Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Korytarz   30.03.15 23:57

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.


Powrót do góry Go down
Felix Tremaine
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1475-felix-tremaine http://www.morsmordre.net/t1556-papierowe-wspomnienia#15039 http://www.morsmordre.net/t1522-nieistotny-dysonans#14241 http://www.morsmordre.net/f177-smiertelny-nokturn-13-poddasze http://www.morsmordre.net/t1577-felix-tremaine
goni mnie przeszłość
27
Półkrwi
Kawaler
w środku pękają struny
chwil, pulsuje rzeka
czerwienią moich win,
gonię sam siebie i znów
zamiera świat.
12
11
0
0
0
3
0
10
Czarodziej
maybe I deserve all of this.

PisanieTemat: Re: Korytarz   13.12.15 22:48

| wrzesień, dzień po bójce
W ciemności wiruje w szaleńczym tempie białawy punkt, pulsujący świetlistymi promieniami coraz intensywniej. Opadam na samo dno czeluści nieznanej, wyciągając dziwnie zniekształcone ręce w kierunku nadziei, lecz wtem nagle dostrzegam brakujący element układanki i już w i e m, spływa na mnie jasność – to przecież kryształ, który w kurczowym uścisku trzyma najbliższa mi na świecie osoba, zdająca się mnie w ogóle nie zauważać. Wykrzykuję imię Orpheusa najgłośniej jak potrafię, mając wrażenie, że zdzieram sobie gardło, lecz on nadal nie odwraca wzroku od oślepiającej bieli kwarcu. A potem widzę, że kryształ wypełnia się czerwienią niepokojąco przypominającą krew. To jednak wcale go nie smuci, wręcz przeciwnie – zszokowany dostrzegam, iż na pociągłej twarzy wykwita paskudny uśmiech. Podbiegam do przyjaciela, szarpiąc Baheire’a za poły płaszcza w desperackim geście przywrócenia go do porządku i spostrzegam wreszcie, że po moim ciele płyną strużki krwi, którymi zabrudziłem elegancki granat noszonej przez niego jesionki. Dopiero wtedy odnajdują się nasze spojrzenia, lecz… nie tonę w tak dobrze znanym mi burzowym niebie, bowiem… spoziera na mnie gorzki brąz. Sylwetka Orpheusa deformuje się, wybrzusza, pęcznieje – mija wieczność, może ułamek sekundy - z tym samym, okrutnym uśmiechem czającym się na ustach stoi przede mną Wright, miażdżąc w dłoni resztki kryształu. Rzucam się na niego, krzycząc, że…

Wrzask zamarł na jego ustach, jeszcze chwilę rozbrzmiewając echem w sali… szpitalnej? Tremaine rozejrzał się wokół siebie nieufnie, krzywiąc się nieznacznie, gdy zalała go fala wspomnień. Strzępki myśli i bodźców zaatakowały go w tym samym momencie, a on trochę się w tym wszystkim pogubił. Potrzebował chwili, by ułożyć sobie chronologicznie zdarzenia z ostatniej nocy; by przypomnieć sobie pozornie nieistotne detale, które jednak pozwalały na odtworzenie całości – co było mu potrzebne do swoistego rozliczenia się z przeszłością (i ponownego przyrzeczenia sobie w myślach - tym razem w pełni świadomy znaczenia tych słów - że nie daruje Wrightowi wczorajszego występku).
Przyszedł też czas na oględziny swojego ciała, które ucierpiało znaczniej bardziej niż honor mężczyzny. Jednak ze zdziwieniem przyjął fakt, że miał na swoim miejscu wszystkie zęby – krzątaninę lekarzy pamiętał jak przez mgłę, a samego momentu podania eliksiru nie kojarzył, jednak niewątpliwie uzdrowiciele zadbali o ten dość istotny etap kuracji.
Przeciągnął się, rozprostowując obolałe mięśnie, rozprężając zastygłe kości... i zdecydował, że nie ma najmniejszej ochoty na gnicie w tym pomieszczeniu, więc skorzystał z okazji, że akurat nie było w pobliżu żadnego medyka i zakradł się do windy, by udać się na najwyższe piętro, gdzie mieściła się urocza herbaciarnia. Wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie, a proces przemieszczania się zajął mu zbyt wiele czasu, jednakże uzdrowiciele odwalili kawał dobrej roboty łatając jego powłokę, która jeszcze kilka godzin temu wyglądała tysiąc razy gorzej. Mimo wszystko ta eskapada była dość lekkomyślna, bo samo przejście kilkunastu metrów zmęczyło go tak, jakby przebył kilkanaście kilometrów. W herbaciarni osunął się na krzesło przy jednym z wolnych stolików i sięgnął po najnowszego Proroka, z lekkim znudzeniem przeglądając same nagłówki. Przewracał czwartą stronę, gdy nagle coś zaświtało w jego umyśle, a on powrócił do zlekceważonego wcześniej tekstu, przy którym widniało zdjęcie… Nie, to… Niemożliwe? Ale za nic w świecie nie pomyliłby przecież jej twarzy… Zdążyła już wyryć się w jego pamięci, gdy ubiegłej nocy tak długo wpatrywał się w nią błagalnym wzrokiem. Tylko że… Na Merlina, uratowała go wczoraj lady Naifeh? To… Rozejrzał się dyskretnie wokół siebie i gdy nikt nie patrzył… cóż, wydarł tę stronę, uszczuplając szpitalny egzemplarz nieznacznie. Zmiął ją starannie, po czym uformował pięść, by nie było widać, że trzyma coś w dłoni.
Skorzystał z windy, żeby dostać się na parter. Zamierzał wrócić do swojej sali, tylko… Jeszcze chwila, potrzebował dosłownie kilku sekund, aby opierając się o chłodną ścianę korytarza złapać oddech i nabrać sił do przejścia dzielącego go od łóżka niebotycznego w tym momencie dystansu.




what matters most is how well you walk through the f i r e.
Powrót do góry Go down
Isolde Bulstrode
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t918-isolde-bulstrode http://www.morsmordre.net/t936-oktawiusz http://www.morsmordre.net/t933-czesc-isolda http://www.morsmordre.net/f149-whitehall-10-4 http://www.morsmordre.net/t1307-isolde-bulstrode#10005
magipsychiatra
24
Szlachetna
Zaręczona
Ne puero gladium
5
5
4
7
3
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   14.12.15 4:37

Która to już godzina?
Która to już godzina bez snu? Straciłam rachubę przy trzydziestej piątej. Czas płynie już znacznie wolniej, minuty zdają się wydłużać w nieskończoność. Wskazówki zegara stoją w miejscu, kiedy bezmyślnie wpatruje się w okno - nawet nie udaję już, że czytam leżące przede mną medyczne dokumentacje, i tak znam je prawie na pamięć. Nie wertuję też żadnej ze swoich zakurzonych ksiąg, po prostu siedzę bezczynnie, patrząc na szare niebo za oknem. Kończy się lato. Promienie słońca coraz rzadziej przebijają się za chmury, liście powoli żółkną. Moje myśli są jednak ponad liśćmi, drzewami, trawą czy deszczem, poza podwórkiem na które wychodzi moje okno, odleciałam tysiąc mil w górę, do księżyca i z powrotem. Odrywam się chwilowo od wszystkich niepokoi ostatnich tygodni, od pytań na które odpowiedzi poznać chcę tak dramatycznie, że aż oddaję za nie duszę, od uciekającego oddechu i lamentu wilkołaków, od pierścionka który obcym jeszcze blaskiem świeci się na moim palcu. Jego ciężar wciąż jest obcy, zdaje się odstawać i nie pasować do dłoni, a przecież już nigdy ma jej nie opuścić. Towarzyszyć do samego końca, Przypominać o obietnicach pięknie brzmiących na ustach, szczególnie kiedy przysięga się je przed setką eleganckich gości. Nie zostawię, nie opuszczę, będę wsparciem teraz i na wieki. Aż do samego końca.
Samego końca.
I sama nie wiem co przeraża mnie w tej wizji bardziej - para zgorzkniałych staruszków siedząca po dwóch stronach gasnącego kominka czy jedno z nas, w pełni sił i młodości, stojące nad grobem drugiego. Coraz wyraźniej dociera do mnie, że w zamian za możliwości oddałam nie tylko swoje bezpieczeństwo - a całe swoje życie do dyspozycji. Transakcja wiążąca bardziej niż małżeństwo.
A jednak - gdyby dać mi wybór zrobiłabym to znowu, i znowu, i znowu. Tak wielki trapi mnie głód.
Która to godzina?
Która godzina bez snu? Kofeina przestaje działać, głowa ciąży, powieki opadają - a jednak, to nie czas na sen. Nie miejsce na sen. Oddech ucieka coraz częściej. Już nie bawi mnie igranie z Ondyną, prześciganie się która będzie danej nocy szybsza, ona ze swoim bezdechem czy jednak ja, otwierając oczy w ostatnim momencie na zaczerpnięcie tchu. Pełnia księżyca i nagle w pełni zaczynam doceniać życie, czuję czas uciekający przez palce, każdy z listów otwieram jednocześnie ze strachem i ekscytacją, czując zawód i ulgę, kiedy nie widzę podpisu Toma Riddle. Moje życie przestało należeć do mnie. I wcale nie przez nową biżuterię. Przehandlowałam je.
Która to już godzina bez snu, nie wiem, ale męczą mnie cztery ściany gabinetu, duszą i przytłaczają. Wynajduję więc powody do spacerów po oddziale, nawet te najbardziej błahe, noszę papierki. Nie mam już kogo odwiedzać na piątym piętrze, wybieram więc te niższe. Byle dalej od własnych myśli. Rzeczywistość coraz bardziej przysłania mgła, zmysły rozleniwiają się, bodźce docierają z lekkim opóźnieniem. Nie wybieram windy, schodzę po schodach i przez chwilę czuję się jakbym znowu miała siedem lat. I zbiegała po kolejnych stopniach w rodzinnej posiadłości, długich i krętych, biegła w dół, dół, dół aż nie zakręci mi się w głowie. Teraz lekko wiruje świat, kiedy stopy dotykają posadzki parteru, na policzkach pojawia się lekki róż a oczy przez chwilę lśnią blaskiem dziecięcej beztroski. Ułamek sekundy, chwila - potem wracam do bycia chłodną Isoldą Bulstrode, poprawiam swoją szpitalną szatę.
I właśnie w tym momencie dostrzegam wysoką sylwetkę opierającą się o ścianę. Smętnie wyglądasz nieznajomy, nie widzę twej zasłoniętej włosami twarzy. Z której sali uciekłeś, tak sponiewierany? O ironio, czy właśnie spotkałam na swojej drodze kolejną ofiarę pijanej bitki? - Czy został pan już skierowany do którejś z sal? - pytam, dotykając twojego ramienia, mój drogi nieznajomy. Niech nie zmylą cię moje gabaryty, mam w sobie wystarczająco dużo sił by pomóc. Udaje mi się przegonić senność, zmysły odzyskują na ostrości, umysł wrócił na dobre tory.
W którą stronę pójdziemy?


Powrót do góry Go down
Felix Tremaine
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1475-felix-tremaine http://www.morsmordre.net/t1556-papierowe-wspomnienia#15039 http://www.morsmordre.net/t1522-nieistotny-dysonans#14241 http://www.morsmordre.net/f177-smiertelny-nokturn-13-poddasze http://www.morsmordre.net/t1577-felix-tremaine
goni mnie przeszłość
27
Półkrwi
Kawaler
w środku pękają struny
chwil, pulsuje rzeka
czerwienią moich win,
gonię sam siebie i znów
zamiera świat.
12
11
0
0
0
3
0
10
Czarodziej
maybe I deserve all of this.

PisanieTemat: Re: Korytarz   16.12.15 16:03

Pozostawał w dziwnym stanie myślowej nieważkości, opierając się całym ciężarem ciała o zimną ścianę, orzeźwiająco działającą na powolnie zachodzące w jego głowie procesy. Nawet nie zauważył, że kurtyna loków odgrodziła go od szpitalnej rzeczywistości – skutecznie utrudniały mu to przymknięte powieki, które opadły, gdy oddychał głęboko (fantomowo wciąż odczuwał jeszcze przebłyski wczorajszych zdarzeń i paskudne uczucie zalewającej krtań krwi, która niemal uniemożliwiała mu oddychanie), odliczając w myślach do trzynastu.
Dwa.
To musiała być ona. Przecież nie wymyśliłem sobie tej kobiety. Muszę jakoś pokombinować i się upewnić – powinna chyba wypełniać jakieś papiery na Izbie Przyjęć. Na pewno zapytali ją o tożsamość, aczkolwiek…
Pięć.
Na Merlina, dlaczego to zawsze muszą być szlachcianki? Już wtedy – pięć lat temu, gdy zaciągnąłem swój pierwszy dług u Allison… Czułem się cholernie paskudnie. Bo niby jak mogę się im odwdzięczyć? Dzięki, że uratowałaś mi życie, postawię Ci kolejkę w Wywernie… To zabrzmiałoby żałośnie, ale przecież tylko tyle jestem w stanie zrobić.
Siedem.
Zdobędę jej adres. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, ale chyba nie powinno być aż tak trudno – szlachta nie kryje się po kątach… Żyją sobie w wystawnych dworkach, mają serca z marmuru, a dusze przeżarte na wskroś wygodnictwem. Zazwyczaj…? Mniejsza o gnijące wnętrze większości reprezentantów arystokracji, ważne, że dworek zdecydowanie trudniej ukryć.
Dziesięć.
A więc to chyba wszystko, co potrafię jej zaoferować – bliżej niesprecyzowaną obietnicę, którą będzie mogła wykorzystać w dowolnej chwili i dowolnych okolicznościach. Po raz kolejny zawierzę swój los w jej rękach – tym razem w ramach odkupienia. Nigdy…

Dotyk. Lekkie muśnięcie. Poczuł jej ciepłą dłoń na swym zziębniętym ramieniu okrytym jedynie jakimś szpitalnym przyodzieniem. Białawą szatą zastąpiono jego wczorajszy i zdecydowanie niedzisiejszy strój – wykazywał bowiem tendencję do wynajdowania ekscentrycznych ubrań w ponurych barwach i o najdziwniejszej fakturze, łącząc je ze sobą tak, by tworzyły kostiumowe konstrukcje, za którymi ukrywał się on – były cyrkowiec, które życie wypłowiało dwa lata temu i nie ma już gdzie nosić podszytych feerią barw strojów.
Dźwięk. Usłyszał jej głos – choć powinien go rozpoznać… Zabrzmiał on nieznajomo. Klinicznie czyste dźwięki przedostały się do jego umysłu, a Felix rozebrał je na drobne cząsteczki, by było mu łatwiej przyswoić pytanie kobiety, gdyż wciąż rozbrzmiewała w jego czaszce kakofonia dźwięków – nieco cichsza niż wczoraj i już niemal ujarzmiona - acz nieustająco złośliwa.
Obraz. Drobna. Niziutka. Tonęła w szpitalnej szacie – zupełnie jak on. Grzywka (po nocnej zmianie?) układała się chaotycznie. Ogromne oczy wpatrywały się w niego uważnie. A karmazynowe usta mocno odznaczały się na tle jej bladej cery.
Czy on już czasem...? Czy oni nie…?
Krótkotrwała iluminacja rozjaśniła dziurę w pamięci, a Felix odwzajemnił baczne spojrzenie. To jedna z nich – dziwacznej grupy, która spotkała się w jednej z sal Wywerny. Wywoła swą obecnością spore poruszenie męskiej części, dlatego też utkwiła Tremaine’owi w pamięci.
- Hm, tak… Ja… Niepotrzebnie się pani niepokoi, wyszedłem dosłownie na moment – starał się odegrać swoją rolę najlepiej, jak tylko potrafił. Chwilowe zawahanie, niby przypadkowe zerknięcie w stronę toalety, a przede wszystkim – zatarcie konsternacji, w którą wprawiło go odkrycie, że tuż przed nim stoi właśnie ona.




what matters most is how well you walk through the f i r e.
Powrót do góry Go down
Isolde Bulstrode
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t918-isolde-bulstrode http://www.morsmordre.net/t936-oktawiusz http://www.morsmordre.net/t933-czesc-isolda http://www.morsmordre.net/f149-whitehall-10-4 http://www.morsmordre.net/t1307-isolde-bulstrode#10005
magipsychiatra
24
Szlachetna
Zaręczona
Ne puero gladium
5
5
4
7
3
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   27.12.15 3:44

Witaj, to ja.
Dokonałeś doskonałej charakteryzacji mojej osoby. Drobna, niska, o karmazynowych ustach mocno odznaczających się na tle bladej cery. Wywołująca spore poruszenie - czasem zupełnie niepotrzebnie. Jak wtedy, w białej Wiwernie. Sama dałam się ponieść emocjom, zaślepić złości.
Wiesz, drogi nieznajomy, powiem ci coś w sekrecie. Nie rozumiem emocji - a to, czego nie potrafię pojąć często mnie przeraża. Są ciężkie w kontroli, czasem wręcz niemożliwe do ujarzmienia, przysłaniają rozsądek. Całkowicie relatywne. Nie można dopasować do nich żadnych wzorców, nie odpowiadają schematom. A jednocześnie tak żałośnie zależnie od sytuacji, od innych ludzi. Z jednej strony najbardziej nasze - wszak nie ma nic bardziej indywidualnego jak odczuwanie - z drugiej najmniej zależne od nas, często działające wbrew woli.
Poszukując oddechu, lubię tak poetycko nazywać swoje nauki medytacji, spotkałam na swojej drodze kilku mnichów, którym się udało okiełznać wewnętrzne burze. Ale jak oddać życie spokojnej medytacji, kiedy z każdej strony trapi mnie głód? Pożądanie wiedzy, które już dawno przekroczyło granicę zdrowej ciekawości czy godnej podziwu ambicji. Czy, mój drogi nieznajomy, ciebie też trapią chore fascynacje?
To zabawne jak znacznie prościej jest się otworzyć przed obcym człowiekiem - być może na tym polega sukces mojego zawodu. Przekonanie, że nigdy więcej nie spotkamy danego człowieka pozwala na naturalność. Nie trzeba żyć z konsekwencjami ewentualnego ośmieszenia, uciekać przed pogardliwym spojrzeniem. A przecież każdy chce od czasu do czasu wyrzucić z siebie wszystkie, nawet najczarniejsze sekrety. Wystawić na światło dzienne najgorsze zakamarki naszych dusz by poczuć jak uścisk nie dający oddychać odpuszcza, chociaż na chwilę.
- Na początku musimy znaleźć dla pana cieplejsze nakrycie – z uśmiechem na twarzy decyduję by zignorować pańskie słowa. Wszak noce przecież są zimne. Szczególnie tutaj, w tych starych salach, gdzie farba odłazi ze ścian, a tynk już dawno popękał. Okna są nieszczelne, wciąż słychać świst wiatru. Jak w gotyckich powieściach grozy. Wyznam ci pewien sekret, mój drogi nieznajomy, wciąż lubię przeczytać jedną od czasu do czasu – A potem, jeśli pan pozwoli, zbadam pana raz jeszcze? Chwilowe wyjście z sali nie powinno kończyć się w ten sposób – i bądźmy ze sobą szczerzy. Obydwoje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Nie czuje się pan dobrze i jedynie ja, jako lekarz, mogę temu zaradzić. Nawet zlecając jedynie odpoczynek. I znajdując dla pana ciepły koc, przyda się. W najgorszym z możliwych przypadków ukradnę dodatkową szpitalną koszulę i transmutuję ją w coś cieplejszego. Nigdy nie myślałam idąc na staż, że i tym będę się zajmować.
Trzeba się było bardziej przykładać do transmutacji.
- Więc? Która sala? – pytam i zaufaj mi, mój drogi nieznajomy, to ton nieznoszący sprzeciwu. Niech cię nie zwiodą moje małe gabaryty, potrafię być niezwykle stanowcza – I, mam nadzieję, że wybaczy mi pan impertynencję, ale mam wrażenie, że już się spotkaliśmy – nawet wiem doskonale gdzie, ale jestem przekonana, że nie wypada mi rozmawiać o tych okolicznościach z kimkolwiek poza grona rycerzy – Dlatego tym bardziej nie chciałabym by padł pan bez życia na podłogę – to byłby smutny widok, taka przystojna sylwetka rozłożona na zimnej posadzce Munga!
Zupełnie jak w powieści grozy.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   17.06.16 13:03

| 30.11

Unieruchomienie w szpitalnym łóżku jest ciekawym uczuciem. Beznadziejnym. Pełnym marazmu. Odbierającym resztki sił witalnych, sprawiającym, że jedynym, o czym jest w stanie się myśleć, jest jak najrychlejsza ucieczka, zgrabna ewakuacja, dyskretne wyjście po angielsku. Więc kiedy tylko pojawiała się okazja do rozprostowania nóg zastanych przez bezruch, bezzwłocznie się z niej korzystało; w przypadku Garretta problem leżał jednak tam, że średnio mógł je rozprostować w związku z wielokrotnym połamaniem - nie, nawet nie połamaniem, pogruchotaniem - kości. I niewiele rzeczy było w stanie zdeprymować go jeszcze bardziej.
Tkwił zatem przez większość czasu w łóżku, a kiedy akurat ktoś nie przybywał mu z odsieczą w postaci odwiedzin, marnotrawił kolejne godziny na analizowaniu chropowatej powierzchni ściany i odganianiu natrętnych, bolesnych myśli. Bo przecież zawiódł - wszyscy zawiedli, nie będąc w stanie uratować dwóch niewinnych żyć, pozwalając Śmierci, żeby brutalnie i bez pytania wyrwała im je z dłoni, kiedy zdążyli już je złapać.
O śmierci Luno i Cressidy dowiedział się najszybciej, jak tylko mógł, choć i tak z tygodniowym opóźnieniem - inni zdążyli przejść już przez pierwszą fazę żałoby, kiedy on dopiero wybudził się w mugolskim szpitalu po trwającym siedem dni czymś, co najbardziej przypominało śpiączkę. I zderzył się z rzeczywistością, przez którą poczuł się jak balon, z którego ktoś szybko spuścił powietrze.
Naprawdę starał się o tym nie myśleć. Odganiał ciężkie myśli i ucisk w klatce piersiowej, bo te na pewno nie mogły pomóc mu w szybkiej rekonwalescencji, ale i tak często przegrywał walkę z własnym sumieniem. Nie dawał mu spokoju pulsujący ból głowy, bolesne ukłucia w żołądku zmuszały go do marszczenia brwi, choć przecież musiał nieprzerwanie bawić się w teatr; tylko pozostali zakonnicy wiedzieli, co w rzeczywistości miało miejsce, przed całą resztą - rodziną, lekarzami, innymi bliskimi - musiał nakładać na twarz kolejne maski, otwarcie kłamać im w oczy. Przeinaczanie prawdy przed osobami, na którym zależało mu najbardziej, tylko dokładało mu cierpienia - ale nie mógł inaczej, w końcu była to masochistyczna próba uchronienia ich przed przerażającym niebezpieczeństwem. Im mniej osób wiedziało o akcji w Tower, tym lepiej dla nich wszystkich.
Długi czas spędzony w szpitalnym łóżku łączył z bolesnymi rozmyślaniami, a to wszystko stało się dla niego destrukcyjne - w pewnym momencie doszedł nawet do wniosku, że to wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a krew Cressidy i Luno brudziła jego dłonie. Dlatego kiedy tylko pielęgniarka powiedziała mu, że kości wreszcie zrastają się w miarę poprawnie i że może podnieść się z własnego katafalku, przyjął to z wielką ulgą. Nawet wtedy, gdy okazało się, że przez spacer po korytarzu ta młoda kobieta miała na myśli powolne lewitowanie na krześle przez całą długość parterowego holu - wszystko było lepsze od morderczej stagnacji.
Kiedy wybrał się już na spacer, wysilał się nawet, żeby wbrew paskudnemu samopoczuciu wykrzywiać twarz w uśmiechu wysyłanym do przechodzących nieopodal czarodziejów. Szukał w tłumie znajomych twarzy, bo potrzebował lekkiej, niezobowiązującej rozmowy, żeby tylko mieć na czym skupić rozbiegane myśli.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cynthia Vanity
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t984-cynthia-vanity#5464 http://www.morsmordre.net/t1056-gabrys#6288 http://www.morsmordre.net/t1055-arcydobra-uzdrowicielka-wita#6280 http://www.morsmordre.net/f221-moonflower-avenue-24-7 http://www.morsmordre.net/t1057-cynthia-vanity
uzdrowicielka na oddziale wypadków przedmiotowych, cukierniczka, właścicielka Słodkiej Próżności
33
Półkrwi
Wdowa
Dziś rano cały świat kupiłeś,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłeś,
nad czas i morskie głębie lat.
7
5
0
8
1
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   18.06.16 0:19

Nieźle nam się posypała pierwsza misja, bo to była pierwsza misja Zakonu Feniksa, prawda? Przynajmniej moja. Tak bardzo pragnęłam uratować Luno i Cressidę, a ostatecznie straciliśmy jednego ze swoich. Właściwie, trzech swoich, bo nie znałam ich, ale byli z nami, byli nasi, byli Zakonu.
Wydarzenia z Tower nieźle wstrząsnęły moim światem. Na własne oczy widziałam to, co wyrabiają pod woalką władzy, co czynią z prawem, w które wierzyłam, ba!, nad tą wiarą nawet się nie zastanawiałam, bo ona po prostu była… A ta dziewczyna pozostawała już na wieczność taką młodą i umarła… w tak podły sposób w tak podłym miejscu.
Starałam się o tym nie myśleć, a jako że wysłano mnie na urlop, bym trzymała się chwilowo z dala od uzdrawiania i Świętego Munga, nie miałam co zrobić z wolnym czasem. Już nawet nie wspomnę o tym, iż zabroniono mi ratować ludzi, co robiłam, bo musiałam robić, bo czułam się z tym bardzo dobrze, a teraz piekłam, wypiekałam niemal nałogowo i na takie sposoby, o których nawet nie śniło się dzieciakom. Miałam jednakże niezałatwione sprawy, ponadto chciałam sprawdzić jak czuje się Garrett, jak czują się inny, a w domu o tej godzinie zdolna byłam zostać wariatką. Dosłownie, o ile już nią nie byłam. Kulałam przez ten swój skok na wiwernę – musiałam przyznać, że to było bardzo szalone, ale wtedy myślałam jedynie o pokonaniu bestii nim ta spali towarzysza broni żywcem.
Przemykałam korytarzami tak, by nie dojrzał mnie nikt z góry. Znów by mi zarzucano, że przyszłam kraść, w czego temacie milczałam. Nie udowodniono mi złodziejstwa, a przyznanie się, kompletnie zakończyłoby moją karierę uzdrowicielki. To było kłamstwo dla większego dobra… Przemknęłam więc do sali, w której leżał Garrett, o ile moje przemykanie można było nazwać przemykaniem, bo kulałam jak po niezłej masakrze. Chwała, że nie miała na tych kolcach jakichś trucizn. Wtedy pewnie chodziłabym z drewnianą nogą… i to by mi kompletnie nie pasowało. Chyba.
Ooo… Szukałam cię – rzuciłam nagle w trakcie tego skradania się. Uśmiechnęłam się nieznacznie, bo Garrett miał jeszcze gorzej. Zamiast kuśtykać latał… i bardziej rzucał się w oczy. – Jak noga? Już lepiej? – zapytałam troskliwie, zapominając kompletnie o należytym przywitaniu się.




» Ratujmy Ziemię! «
To jedyna planeta, na której występuje czekolada.
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   18.06.16 12:25

Minął akurat starszego, brodatego uzdrowiciela, który niekiedy sprawował pieczę nad przebiegiem jego sinicy - skinął mu z lekkim, powściągliwym uśmiechem głową, ale nawet nie zdążył zatrzymać się, by choćby przez chwilę beztrosko z nim pogawędzić. Magomedyk szybko mu umknął; zniknął za którąś parą szpitalnych, jasnych drzwi, w widoczny sposób przejęty ogromem swoich obowiązków.
Zaraz potem wpadł na zabieganą pielęgniarkę - nie będąc w posiadaniu różdżki, nie do końca mógł kontrolować tor ruchu swojego krzesła, więc przemykał przez korytarz dość niezręcznie, co jakiś czas taranując Merlinowi ducha winnych czarodziejów. Przepraszał ich pospiesznie, czując się dość zażenowany własną bezradnością, ale w gruncie rzeczy cieszył się z pomysłu na spacer. Lawirując wśród obcych twarzy, mógł skupiać się na ich historiach, przyglądał się obrażeniom tych, którzy wciąż tkwili w poczekalni. Oddalał w czasie walkę z własnymi demonami. Jedna z czarownic wyglądała, jakby właśnie przed jej twarzą wybuchnął kociołek - miała rozwiany, spopielony włos, czarne smugi na twarzy i wielce wytrzeszczone oczy.
Z rozmyślań wyrwał go dopiero znajomy głos.
- Cynthio - rzucił ze słabym uśmiechem w ramach powitania, spoglądając na uzdrowicielkę z pewną dawką troski. - Znacznie lepiej, dziękuję - choć zależy, jak kto definiował lepiej - wciąż było mu daleko od samodzielnego poruszania się, a noga bolała go tak mocno, że bez dużej dawki eliksirów znieczulających nieprzerwanie krzywiłby się cierpiętniczo. - A ty jak się czujesz? - spytał w odwecie, nie wiedząc nawet, czy ma na myśli jej fizyczność czy psychikę - w końcu doskonale zdawał sobie sprawę, że wszyscy uczestnicy akcji w Tower czuli złość. Smutek. Rozpacz. Bezsilność. Bo spieprzyli sprawę, nawet jeżeli nie było to do końca ich winą, a ceną, jaką musieli zapłacić, okazały się trzy niewinne życia.
Poszerzył swój uśmiech, choć nie dał rady wygnać smutku i zmęczenia ze spojrzenia jasnych oczu.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cynthia Vanity
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t984-cynthia-vanity#5464 http://www.morsmordre.net/t1056-gabrys#6288 http://www.morsmordre.net/t1055-arcydobra-uzdrowicielka-wita#6280 http://www.morsmordre.net/f221-moonflower-avenue-24-7 http://www.morsmordre.net/t1057-cynthia-vanity
uzdrowicielka na oddziale wypadków przedmiotowych, cukierniczka, właścicielka Słodkiej Próżności
33
Półkrwi
Wdowa
Dziś rano cały świat kupiłeś,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłeś,
nad czas i morskie głębie lat.
7
5
0
8
1
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   25.06.16 0:15

It’s wonderful, czyż nie? Te słowa zawsze wpadały mi do głowy, kiedy spotykałam się twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością. W szpitalu niejednokrotnie, stąd też nie powinnam dramatyzować w związku z osobami, które zginęły w ostatnim czasie, a o których życie walczyłam jak zwykle, ile tylko mogłam, ile tylko sił w moim przeciętnym ciele i ponadprzeciętnej głowie, a nawet więcej tym razem! Powinnam być z siebie dumna i cieszyć się, że się nie poddałam, że parłam na przód, mimo iż ryzykowałam tym razem swe życie oraz życie swych przyjaciół, którzy, uwaga!, w przeważającej większości przetrwali.
Inną sprawą było to, że właśnie miałam przed sobą Garretta o wiele bardziej poszkodowanego fizycznie i psychicznie, zaś wokół siebie miałam innych biedaków, których dostrzegałam co i rusz, bo mój wzrok latał od Garretta na boki, z boków na Garretta. Miałam nawet kilka odruchów, w których pragnęłam pomóc to tej, to tamtej, ale głos rozsądku, który w moim przypadku miał głos Fredricka, mojego zmarłego męża, przywoływał mnie do porządku. Jeśli chciałam leczyć, nie mogłem leczyć do Nowego Roku.
Halo, Cynka! Tu ziemia! Garrett był znacznie bardziej poszkodowany, przez co moim priorytetem stało się wsparcie go jak tylko się dało i przez to też nieokazanie jakichkolwiek bolączek ze swojej strony.
Ja? Jak zwykle doskonale! Tylko trochę kuśtykam, co śmiesznie z daleka wygląda – przyznałam rozbawiona. Zademonstrowałam to nawet z szerokim uśmiechem na wargach. Zrobiłam kilka kroczków za Garrettem, bo jego siedzisko jakoś tak niekontrolowanie uciekało. Czyżby jedna z różdżek, które miałam w posiadaniu, była jego różdżką, czy auror po  prostu nie dawał sobie rady z prostym zaklęciem? To drugie oczywiście wykluczałam.
Podczas… pływania złapałam dwie różdżki. Chyba jakimś cudem, bo w trakcie ostatniego meczu Quidditcha nie udało mi się złapać znicza, a miałam go tuż niemal przed nosem. Niemal go muskał… mi się zdawało, ale… Momencik! – odparłam ożywionym głosem, choć to nie miało związków pozytywnych. Jedynym plusem było to, że dwójka czarodziejów miała okazję otrzymać z powrotem swoje różdżki, które właśnie wyciągałam ze swojej torby, z której to również zapachniało ciastem. Wieloma ciastami.
Patrz! Kojarzysz je może? Nie znam zbyt wiele osób… wiesz, ale z pewnością to nie Fredericka. Chyba – odparłam, starając się unikać takich zwrotów jak ucieczka z Tower czy Zakon Feniksa. Najwyraźniej potrafiłam również myśleć rozsądnie bez niczyjej pomocy! Fredericku w mojej głowie, pamiętaj!




» Ratujmy Ziemię! «
To jedyna planeta, na której występuje czekolada.
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   25.06.16 16:12

Być może właśnie ten optymizm Cynthii był mu potrzebny; mimowolnie rozjaśnił twarz w uśmiechu, nie potrafiąc tkwić w nostalgii, gdy radość Cynthii rozpraszała smutki niczym słońce rozgania cienie w ciepły, letni poranek. Garrett widział, jak uzdrowicielka rozgląda się na boki, jak rwie się do działania, jak roznosi ją chęć pomocy wszystkim wkoło - najpiękniejsi byli ludzie w momencie, w którym robili to, co kochali, gdy czuli się spełnieni pomimo wszystkich przeciwności losu.
Podziwiał ją z całego serca, bo potrafiła działać i funkcjonować zadziwiająco normalnie, kiedy on sam gubił się we własnych myślach. Może trochę jej też tego zazdrościł; cały czas ścigały go wyrzuty sumienia i poczucie, że zawiódł, na zmianę z przygniatającą go nienawiścią do systemu i wszystkich tych politycznych gierek, które skazywały na śmierć kolejne istnienia, na jakie zdecydowanie nie przyszła jeszcze pora.
- Wcale nie wygląda śmiesznie - zarzekł się, a w jego spojrzeniu zatańczyło coś nieco weselszego, co dziwnie kontrastowało z przeraźliwie bladą twarzą i mocno znaczącymi się sińcami pod oczami. - Gdybyś o tym nie wspomniała, nawet bym nie zauważył - może nie była to do końca prawda, ale i tak cieszył się, że Cynthia wyszła z tej przygody bez większych szkód; skok na wiwernę był z jej strony bardzo lekkomyślny i mógł zakończyć się tragicznie.
Zmarszczył ledwo zauważalnie brwi, zdając sobie sprawę z własnej hipokryzji; przecież cały ten wypad był wysoko lekkomyślny i od początku wszyscy zdawali sobie sprawę, jakie może nieść za sobą konsekwencję. No i zaniósł - z tym, że nie przewidzieli, że przyjdzie im pogrzebać trójkę przyjaciół.
I tak jedyne, czego mógł żałować, to tego, że nie dali rady wyruszyć prędzej.
Gdy usłyszał o odnalezionych różdżkach, szybciej zabiło mu serce; już zdążył dawno pożegnać się ze swoją, choć nie przyszło mu to z łatwością i nie potrafił pogodzić się z jej stratą. Towarzyszyła mu przecież od samego początku przygody z magią.
Miał wrażenie, że coś uderzyło go w głowę, ale było to, paradoksalnie, uczucie przyjemne.
- Ta jasna, osikowa - zaczął, wyciągając w jej stronę dłoń jak zahipnotyzowany - jest moja. Na Merlina, Cynthio - mówił chaotycznie, nie mogąc powstrzymać uśmiechu przed zakwitnięciem na ustach. - Już byłem pewien, że ją zgubiłem... jakbym nie miał połamanych nóg, pewnie wstałbym i cię wyściskał, sprawiłaś mi najmilszą niespodziankę - zaśmiał się, patrząc na kobietę ciepło, radośnie.
Wreszcie beztrosko.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cynthia Vanity
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t984-cynthia-vanity#5464 http://www.morsmordre.net/t1056-gabrys#6288 http://www.morsmordre.net/t1055-arcydobra-uzdrowicielka-wita#6280 http://www.morsmordre.net/f221-moonflower-avenue-24-7 http://www.morsmordre.net/t1057-cynthia-vanity
uzdrowicielka na oddziale wypadków przedmiotowych, cukierniczka, właścicielka Słodkiej Próżności
33
Półkrwi
Wdowa
Dziś rano cały świat kupiłeś,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłeś,
nad czas i morskie głębie lat.
7
5
0
8
1
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   28.06.16 0:25

Bywało wiele przykrych zdarzeń, które potrafiły wycisnąć ze mnie łzy. Bywały jednakże również te pozytywne sytuacje… Cóż, zatrzepotałam nagle rzęsami, starając się nie uronić łez, bo to wyglądałoby głupio, szczególnie że miałam być silna przed Garrettem, a łzy zazwyczaj były brane za oznakę słabości.
Tylko że ta jego radość i wdzięczność była tak wielka, że zrobiło mi się momentalnie tak bardzo wzruszająco. Spuściłam wzrok na różdżki, po czym przywołałam na wargi uśmiech. Podałam mu tę osikową, tę, która poprawiła mu znacznie pobyt w tym ponurym miejscu. Nadal nie przemalowano ścian na pozytywniejsze kolory, mimo mych próśb i podań.
Cieszę się, że miałam okazję sprawić ci tę najmilszą niespodziankę – odparłam zadowolona z siebie, mimo że złapanie ich było czystym przypadkiem w tej toni, po czym wzniosłam nieco wyżej tę drugą różdżkę. – Nie wiesz może, czyja może być ta wykonana z modrzewia? – zapytałam, bo właściwie Garrett był pierwszą osobą, do której przychodziłam w tej sprawie. Jeszcze nie miałam okazji rozmawiać z innymi na ten temat.
I powiedz mi, jakie smaki lubisz, bo taszczę tu całą torbę przeróżnych ciast… Przeznaczyłam urlop na wypiekanie próbnych smakołyków świątecznych i przyszłam po kryjomu porozdawać. Góra chyba by mnie udusiła, widząc kręcącą się po korytarzach. Powiązali mnie z jakimś zniknięciem fiolek z eliksirem, ale nie mieli żadnych dowodów – przyznałam rozbawiona, machnąwszy ręką i zanosząc się śmiechem, bo kto by pomyślał, że Cynka w swej karierze została już nawet złodziejką i przemytniczką! Ja z pewnością bym nie przypuszczała przed wstąpieniem do Zakonu, którego pierścień dumnie nosiłam na jednym z palców.




» Ratujmy Ziemię! «
To jedyna planeta, na której występuje czekolada.
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   30.06.16 3:29

Zacisnął palce na uchwycie różdżki - z początku powoli, raczej niespiesznie, z pewną dozą powściągliwości i obawą wpisaną w każdy gest. Wbijał badawczy wzrok w drewno o barwie kości słoniowej, nie panując nawet nad uśmiechem, który coraz mocniej rozjaśniał mu twarz. Zaśmiał się cicho; wykonał delikatny, jakby wypracowany ruch nadgarstkiem i niesforny fotel przestał się chybotać, lewitując już pod pełną kontrolą.
Wreszcie przeniósł spojrzenie na Cynthię, a w jego oczach czaiła się wdzięczność tak wielka, że trudno było uwierzyć, iż zmieściła się w jednym człowieku.
- Czułem się jak bez ręki - przyznał lekko; może było to śmieszne, ale przez te wszystkie lata jego różdżka zasłużyła na miano przyjaciółki. Bliskiej, nieodstępującej go na krok, wiecznie niosącej pomoc. Różdżka go definiowała; odkąd stała się drewnianym przedłużeniem ręki, nie mógł bez niej poprawnie funkcjonować. Idealnie dopasowywała się do dłoni, nie była kapryśna, nigdy go nie zawiodła. I choć wiedział, że była tylko martwym przedmiotem, mimowolnie ją personifikował i nie potrafiłby jej zastąpić.
A gdy okazało się, że wcale nie musiał, wypełniła go słodka w smaku ulga.
Zaraz skupił się na drugiej różdżce, którą Cynthia trzymała w dłoni i zmarszczył nieco brwi w nieświadomym geście zastanowienia.
- Nie wiem. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek wspominał o stracie - bo owszem, o stratach rozmawiali, ale tych w ludziach; w perspektywie żałoby po śmierci drogich przyjaciół wszystko inne bezsprzecznie schodziło na drugi plan. Prawdę mówiąc, tego tematu czasem też lepiej było nie poruszać - są takie momenty, w których najodpowiedniejsze jest milczenie.
Chociaż ile można słuchać głuchego dźwięku ciszy?
Znów się uśmiechnął, słuchając o kryminalistycznej działalności pani Vanity, ale zaraz opuścił kąciki ust i starał się wyglądać wyjątkowo odpowiedzialnie.
- Cynthio, pamiętaj, że jestem aurorem - upomniał ją, właściwie sam się dziwiąc, że potrafił zachować powagę - i za tak jawne łamania prawa - w końcu dilerka ciastami w szpitalu to nie przelewki - powinienem cię aresztować - niby przypadkiem zapomniał wspomnieć o kradzieży eliksirów, ale czysto profilaktycznie wolał tego nie rozdrapywać. Bardzo dobrze pamiętał przecież sytuację z listopada i torbę Cynthii wypełnioną wzmacniającymi miksturami, które koniec końców nie okazały się aż tak przydatne, jak pierwotnie myśleli - ryzyko nie było więc potrzebne.
W końcu martwym nie można już pomóc.
- A tak całkiem poważnie, to wszystkie smaki są moimi ulubionymi. W szczególności odkąd jestem na tym oddziale. Posiłki dostajemy tu takie, że już trzy razy rozważałem napisanie do ordynatora listu z pogróżkami, żeby wreszcie zaczęli karmić swoich pacjentów, bo wszyscy skonają z głodu - zażartował, choć temat szpitalnych głodówek wcale nie był zabawny; zamiast dbać o rekonwalescencję pacjentów, wpychano w nich nieokreślone papki i miliony mikstur, które w rzeczywistości nie pomagały w najmniejszym nawet stopniu.
Rozmawianie o rzeczach błahych przyszło Garrettowi z zaskakującą łatwością.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cynthia Vanity
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t984-cynthia-vanity#5464 http://www.morsmordre.net/t1056-gabrys#6288 http://www.morsmordre.net/t1055-arcydobra-uzdrowicielka-wita#6280 http://www.morsmordre.net/f221-moonflower-avenue-24-7 http://www.morsmordre.net/t1057-cynthia-vanity
uzdrowicielka na oddziale wypadków przedmiotowych, cukierniczka, właścicielka Słodkiej Próżności
33
Półkrwi
Wdowa
Dziś rano cały świat kupiłeś,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłeś,
nad czas i morskie głębie lat.
7
5
0
8
1
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   08.07.16 0:18

Temu akurat się nie dziwię – odpowiedziałam od razu, kładąc dłoń na jego ramieniu. Sama nie byłabym w stanie funkcjonować bez różdżki, czy to w szpitalu, czy w cukierni, czy też w domu. Po prostu ludzie przyzwyczajali się do pewnych rzeczy, do pewnych wygód i bez nich nie byłoby im łatwo. Czarodzieje mieli tak z różdżkami!
A co do tej drugiej zguby, to popytam. Raczej nikt ze strażników nie wrzucił swojej do odpływu… – odparłam przyciszonym tonem. Choć z drugiej strony, kto ich wiedział? A może to zguba jakiejś innej grupy odbijającej więźniów? Może ktoś, prócz nas, również ratował kogoś bliskiego z tego podłego miejsca, jakim było więzienie Tower? Nie myślmy o tym! Myślmy o przyszłości! Usianej tęczami i pełnymi beztroskiego śmiechu imprezami plenerowymi. W końcu przecież nadejdzie wiosna, a wraz z nią nowe życie.
Och, te listy nic nie pomogą. Zapewne uzbierali już całą sporawą skrzynię od Cynki… Musze przystopować z tymi sugestiami, bo jeszcze postanowią mnie wyrzucić – przyznałam żartobliwie, choć to mogło wejść w życie. Byłam tego świadoma, ale byłam również zdeterminowana.
Cóż, a żebyś mnie tu nie aresztował, panie Auror, to zostawię ci tu pod opieką ciasto czekoladowe, ziołowe, ale dobre! i zapewniam, że ci nie zaszkodzi, a nawet poprawi smak po tych eliksirach, oraz… śmiejące się gąbki. Mają smak truskawek, jeśli się nie mylę, i chichoczą, gdy się je dotyka, bo mają łaskotki. Nie wiem, czy to dobry pomysł na słodycz, ale zobaczymy jak się będzie sprzedawać. To nowość, panie Weasley, więc może się pan poczuć wyróżniony – dodałam roześmiana, kładąc na kolanach Garretta te wszystkie cuda w torebce nieoznaczonej sklepem Słodkiej Próżności. Nie chciałam zostawiać dowodów. Wyciągnęłam jeszcze ze swojej torby jedną gąbkę o lekko różowym kolorze i nacisnęłam ją. Wydała z siebie chichot godny wróżki czy chochlika. Takiego słodkiego, niepsotnego chochlika, o ile takowy istniał.
W sumie niektórych mogą przerażać, a niektórych bawić – podsumowałam i zjadłam mięciutką piankę czy też gąbkę. – Ciekawe, co powiedziałby o nich Dumbledore. Jeśli dobrze pamiętam, uwielbiał słodkości - wspomniałam dawnego profesora, po czym postanowiłam się juz pożegnać z Garrettem, bo im dłużej tu pozostawałam, tym bardziej kusiłam los.
- Ja będę już leciała porozdawać resztę słodkości, ale gdybyś potrzebował towarzystwa lub dodatkowej dostawy cukru, to pisz śmiało! – odparłam, rozglądając się kontrolnie, czy ktoś mnie przypadkiem nie namierza swym wzrokiem. Z personelu, oczywiście.




» Ratujmy Ziemię! «
To jedyna planeta, na której występuje czekolada.
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   08.07.16 14:11

Zawsze dziwiła go bezpośredniość innych; choć jeszcze niedawno sam nie stronił od przypadkowych gestów wyrażających sympatię, dziś budziły w nim nie tyle podejrzliwość, co szczere zdziwienie. Kiedy jednak Cynthia położyła na jego ramieniu dłoń, obdarzył ją jedynie ciepłym uśmiechem - w całym tym zawirowaniu przepełnionym strachem, śmiercią i żalem zdążył już zapomnieć, jak zbawienną moc może posiadać dotyk drugiego człowieka.
- Może któremuś wypadła - zaproponował równie cicho, choć zdawało mu się to dość absurdalne; nie był pewien, czy w momencie, w którym okaże się, że żadne z nich nie zgubiło różdżki, nie powinni jej po prostu przełamać. Tak czysto profilaktycznie.
Zmarszczył lekko brwi, spoglądając na modrzewiowe drewno, ale niewiele mu mówiło.
- A próbowałaś rzucić Priori Incantatem? - spytał nagle, tknięty dość rozsądną myślą. Nie miał jednak pojęcia, czy poznanie ostatniego rzuconego przez różdżkę zaklęcia w czymkolwiek by im w tej sytuacji pomogło.
Pewnie tylko przyczyniłoby się do narastającej frustracji.
- Śmiejące się gąbki? - powtórzył z nutą zaskoczenia, ale również rozbawienia; zmarszczki niepokoju znaczące się na czole lekko się rozprostowały. Uśmiechnął się delikatnie, a wspomnienie o słodkościach skutecznie wybiło mu z głowy wszystkie inne zmartwienia. - Czekoladowe ciasto, niezależnie czy ziołowe czy nie, brzmi świetnie, bo mam wrażenie, że smak eliksiru wzmacniającego już na zawsze wżarł mi się w język - westchnął, myślami wracając również do wszystkich szpitalnych potrawek, które wciskał w siebie wyłącznie dlatego, że coś jeść musiał. Wszystko przemielone, magią zgniecione w łatwo przyswajalną ciapkę, która wejdzie do gardła nawet najbardziej rozchorowanym, najbardziej poszkodowanym.
On aż tak połamany nie był - dlaczego musiał to znosić?
- Obiecuję, że będę godnym testerem twoich nowych wypieków - zaśmiał się, spoglądając, jak uzdrowicielka kładzie mu na kolanach torbę zapełnioną wszystkimi słodkościami. Nie miał pojęcia, gdzie je schowa przed spojrzeniem nadgorliwych pielęgniarek - chyba będzie musiał odnaleźć sojusznika w tej zbrodni, który wyrozumiale pomoże mu zatuszować ślady przestępstwa.
- Dziwne jakby nie lubił - każdy uwielbia słodkości - rzucił z lekkością na uwagę Cynthii, jednak w duszy zastanowił się, czy na pewno nie był to sposób zaszyfrowania jakiejś niezwykle ważnej informacji, której nie powinno się poruszać w tak publicznym miejscu. - Prawdę mówiąc, na dniach będę opuszczać szpital, ale słodkości nigdy nie za wiele, więc pewnie rychło napiszę - przyznał ze śmiechem, spoglądając na Cynthię z dużą dozą sympatii. - Ale nie każ na siebie czekać innym pacjentom, zapewne wylewają łzy za twoimi słodkościami - dodał na koniec, nie szczędząc uśmiechu.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cynthia Vanity
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t984-cynthia-vanity#5464 http://www.morsmordre.net/t1056-gabrys#6288 http://www.morsmordre.net/t1055-arcydobra-uzdrowicielka-wita#6280 http://www.morsmordre.net/f221-moonflower-avenue-24-7 http://www.morsmordre.net/t1057-cynthia-vanity
uzdrowicielka na oddziale wypadków przedmiotowych, cukierniczka, właścicielka Słodkiej Próżności
33
Półkrwi
Wdowa
Dziś rano cały świat kupiłeś,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłeś,
nad czas i morskie głębie lat.
7
5
0
8
1
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   14.07.16 23:13

Może po prostu zajrzę do sklepu Ollivanderów. Oni zawsze wiedzą najwięcej o różdżkach! Jak to leciało? To nie czarodziej wybiera różdżkę, to różdżka wybiera czarodzieja – zacytowałam pokrapianym groźbą tonem. Chyba za bardzo nie wierzyłam w tę mistyczną moc, aczkolwiek, czyż świat czarodziejów nie słynął z tego, że na każdym kroku tak często działo się coś niemożliwego, że aż niemożliwe stało się dla nas codziennością? Wzruszyłam ramionami i zapomniałam o tym przedmiocie na rzecz słodkości. Ten temat bywał dla mnie tak niewyczerpalny, że pewnie zastałaby nas północ, ja zaś dalej trajkotałabym o przeróżnych przepisach oraz pomysłach na nowe receptury.
To świetnie, świetnie! – odparłam na wieść, że Garrett na tyle przekonał się do mnie, by zostać testerem moich wypieków. Byłam pewna, że godność przy tym zachowa, ale pytanie, czy zachowa głowę. Niektóre z moich wypieków potrafiły zwalić z nóg… dosłownie. Tylko że gąbki jadłam od kilku dni i jakoś nic mi nie było, więc mu zapewne również nic nie będzie. Ponadto choremu nie dałabym nic ryzykowanego. Nikomu nie dałabym nic ryzykowanego! Taka nieodpowiedzialna to ja nie byłam… Chyba.
Kiedy usłyszałam jego kolejne słowa, coś we mnie rozbłysło. Zapewne było to widoczne na tyle, by nawet Garrett to ujrzał w moim spojrzeniu oraz zachowaniu.
Panie Weasley, tym oto stwierdzeniem, zyskał pan właśnie nieugiętą sojuszniczkę we wszelkich bataliach! Pójdę za panem nawet na głębokie morze, mimo że świadomość możliwości spotkania się twarzą w twarz z trytonem sprawia, że coś we mnie panikuje cholernie… Ups! Wybacz mi, Garretcie, słownictwo – opanowałam się, niestety nie w porę, nie pokazując klasy godnej damy, ale chyba już i tak każdy wiedział, iż nijak nie nadawałam się na dworskie spotkania i popołudniowe herbatki w towarzystwie ąę-kobiet. – Powiedzmy, że po prostu twierdzę podobnie, iż KAŻDY uwielbia słodkości. Niektórzy zaś po prostu wypierają z siebie tę świadomość, pozostając nieugiętymi – uzupełniłam informacyjnie, po czym jeszcze raz poklepałam Garretta. Żal mi go było tu zostawić samego, bo najwyraźniej nikt nie kwapił się, by go tu odwiedzić. Nie miał to rodziny czy uparcie zakazał kogokolwiek informować?
Cóż, życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia i nie daj się zabić szpitalnemu jedzeniu. Jestem przekonana, że dasz sobie radę. Podeślę coś jeszcze przez znajomą przed twoim wyjściem, a tymczasem bywaj! Jak coś, me okienko zawsze otwarte dla sowy od ciebie – dodałam jeszcze, po czym dygnęłam nieznacznie i oddaliłam się w podskokach, bo miałam wrażenie, że ktoś mi mignął gdzieś za Garrettem.

| z/t




» Ratujmy Ziemię! «
To jedyna planeta, na której występuje czekolada.
Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Tajemniczy korytarz
» Korytarz w lochach
» Korytarz na II piętrze
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: Parter: Wypadki Przedmiotowe-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18