Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ogród zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Ogród zimowy   06.08.16 19:11

Ogród zimowy

Niewielkich rozmiarów budynek znajdujący się na tyłach posiadłości, właśnie tam, gdzie najdłużej padają promienie słoneczne, został prawie w całości wykonany ze szkła. Temperatura w środku jest zdecydowanie wyższa niż na zewnątrz, a nałożone na oranżerię zaklęcia zapewniają rosnącym w środku roślinom optymalne warunki, niezależnie od pory roku. Dużą część roślinności stanowią wszelakie odmiany róż i orchidei, lecz nie braknie tu również roślin egzotycznych czy pieczołowicie pielęgnowanych ziół, szczególnie tych, które wykorzystać można przy przyrządzaniu podstawowych eliksirów leczniczych. W najdalszej części ogrodu znajduje się rządek krzaków herbacianych, których szczepki zostały przywiezione z indyjskiej plantacji Lovegoodów.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   10.08.16 13:28

| początek stycznia

Jak znalazł się w Cantenbury? Gdzie zgubił grube, wełniane rękawice, jakie otrzymał niegdyś od Fredericka, na któreś z urodzin? Jakim cudem przeżył tych kilka dni, właściwie nie potrafiąc przypomnieć sobie żadnego detalu z przepływających potwornie szybko godzin? Kiedy ostatnio jadł coś innego od śmierdzącego spalenizną steka o twardości podeszwy, podanego na brudnym talerzu przez brzydką kelnerkę w Mantykorze? I czy w ogóle - chociaż na kilka minut - wytrzeźwiał? Ostatni normalny dzień rozpływał się już w nieprzejrzystej mgle alkoholu i narkotyków a Ben panicznie bał się zniknięcia tej łaskawej zasłony. Podskórnie wiedział, co się stało; gdzieś w półmroku czaiła się smukła sylwetka Percivala a jego mocne ramiona obejmowały go niezgrabnie, blisko, tak że mógł poczuć gorący, urywany oddech na swojej szyi...ale nie był w stanie wrócić do tej tragicznej chwili, w której cały poukładany świat rozpadł się na kawałki. Strawiony Szatańską Pożoga, przeklęty pradawnym zaklęciem, wyrzucony w powietrze przez tornado. Rzeczywistość, jaką znał i jaką dla nich planował, wywróciła się do góry nogami, stając się nie do zniesienia. Tak prymitywnie, dosłownie nie do zniesienia.
Wright wytrzymał w życiu naprawdę wiele. Złamane kości ramienia, wykręcone stawy, uderzenia rozpędzonego tłuczka, atak wielu dzikich zwierząt, upadek z grzbietu rozpędzonego abraksana, bezpośredni kontakt z rozjuszonym żmijoptakiem. Skóra przedramion płonęła smoczym ogniem, szorstkie łuski ogona obdarły skórę na łydce a niepokorny testral kopnął go w bok, łamiąc żebra. Głodował w mugolskim więzieniu, obrywał od silniejszych od siebie Rosjan w dziwnej, rumuńskiej spelunie. Przebrnął przez najpotworniejszy zjazd życia po spożyciu Śnieżki, zamknięty we własnym, nieskończonym koszmarze. Nigdy jednak nie opanował go ból tak nieznośny, niewytłumaczalnie silny, jak w momencie, w którym Percival Nott obdarł go ze złudzeń, łamiąc serce na drobne kawałki. Głupie, romantyczne porównanie, które jednak oddawało doskonale to, co działo się z podstawowym mięśniem ludzkiego ciała.
Nie mógł tego wytrzymać na trzeźwo. Ognista także nie pomagała; potrzebował mocniejszego bodźca, odcinającego do gwałtownie od uczuć, wpychającego w inny świat, gdzie Percival nie istniał. Nie uśmiechał się znad obtłuczonego fajansowego kubka z kawą, tuż przed pracą. Nie pachniał zakurzonymi dokumentami. Nie całował go słonymi ustami, wsuwając chłodną dłoń pod ulubioną szarą koszulkę. Nie krzywił się rano przed pierwszymi promieniami słońca, wpadającymi przez niezwykle brudne okno. Nie mówił, że go kocha. Ostatnio rzeczywistość Benjamina składała się z samych pytań i zaprzeczeń; nic już nie było pewne, nic nie mogło powstrzymać go od zrobienia kolejnych kroków w przepaść. Z rozbiegu. Nawet roztrzaskanie się o skały kilometry niżej byłoby lepsze od bólu i beznadziei. Musiał więc odcinać mózg, karmiąc go narkotycznymi wizjami lub...działać. Chaotycznie, bezsensownie, właściwie instynktownie, bowiem nie miał pojęcia, jak znalazł się właśnie tutaj.
W ciemnym ogrodzie Harriett. Tuż przy wysokim murze domu z jednej strony a szklaną taflą oranżerii z drugiej. Bez żadnego światła, bez drogi ku wejściu, gdzieś na tyłach, gdzie mógł podziwiać tylko mur albo swoje niewyraźne odbicie w zaszronionych szybach. Ciemna, niewyraźna plama, postrzępiona na brzegach. Artystyczny obrazek, rozjuszający Wrighta do tego stopnia, że postępował skrajnie idiotycznie, uderzając w jedną z szyb pięścią, aż roztrzaskała się na drobne kawałki. Wystarczyły dwa uderzenia, by szkło posypało się na śnieg i posadzkę po drugiej stronie, a wychłodzony Ben poczuł gorący podmuch powietrza. Uśmiechnął się krzywo, wariacko - tak chyba powinien czuć się w momencie, w którym wracał do domu. Ciepłe objęcia, zapach herbaty, kwiatów i róż.
Przekroczył resztki roztrzaskanej szyby, wchodząc w głąb pomieszczenia. Drobne światła rozbłysły gdzieś pod kopułą, wydobywając z mroku szczegóły ogrodu. Krzaki, chwasty, szalona zieleń; zatrzymał się w pół kroku, przytłoczony nadmiarem bodźców. Prosto z śnieżnej obojętności do egzotycznego królestwa zapachów i kolorów. Resztki krążącego w żyłach narkotyku zaprotestowały gwałtownie nad intensywnością doznań, po chwili jednak wzmagając je jeszcze bardziej. Wright zaśmiał się sam do siebie i ruszył dalej, przewracając przy tym kilka stołów zastawionych orchideami. Co tutaj robisz, Ben? Nie wiedział, nie chciał wiedzieć; nie, kiedy poczuł wyraźny zapach herbacianych drzewek. Indie. Długie schody do posiadłości. Tarasy wyłożone nagrzaną terakotą. Szum oceanu, białe fale, biały piasek, białe włosy Harriett, unoszące się na wietrze niczym ślubny welon. Drobny pierścionek na drobne, gładkie dłonie. Słodkie usta, łzy szczęścia w kącikach wielkich oczu, otoczonych jasnymi, długimi rzęsami.
Zrobiło mu się niedobrze; wizje z indyjskich zaręczyn stały się zbyt realne. Nawet nie zauważył, kiedy przestał rozcierać drobne listki w dłoni, zamiast tego wyszarpując cały krzaczek z doniczki, by rzucić go na ziemię. Zdeptał go, przechodząc dalej, ku kolejnej pamiątce szczęścia, potrącając przy okazji całą piękną konstrukcję wiszących róż, upadającą z głośnym hukiem na posadzkę. Miał wrażenie, jakby odurzający zapach kwiatów i herbaty wywoływał jeszcze bardziej bolesne spięcie każdego mięśnia.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   10.08.16 21:03

Trzy przyspieszone uderzenia serca - dokładnie tyle czasu minęło pomiędzy usłyszeniem głuchego trzeszczenia śniegu gdzieś za otwartym na oścież sypialnianym oknem a ostrym odgłosem tłuczonego szkła, blisko, zdecydowanie za blisko, by na pustkowiu, jakim była okolica Honey Hill założyć, że dźwięk ten dobiegał z sąsiedniego domu, który przecież nie istniał w zasięgu widnokręgu. Kolejne trzy uderzenia, jeszcze szybsze, wzmocnione adrenaliną - tyle trwały próby uruchomienia mechanizmu wyparcia, nim Lovegood poderwała się z łóżka, odrzucając na bok wypchaną pierzem pościel i sobolowe futro, by postawić bose stopy na chłodnej posadzce i czym prędzej znaleźć się na korytarzu, po drodze chwytając jeszcze tylko jedwabny szlafrok, którym przewiązała się w pasie, kierując się w stronę pokoju Charliego. Modliła się, chociaż nie wierzyła w żadne mugolskie byty niematerialne, o zwyczajnych chuliganów i celny rzut cegłą w jedno ze strzelistych okien salonu. Nie byłby to pierwszy raz, gdy zdarzyło się coś podobnego; w czasach, gdy jako świeżo upieczona pani Naifeh obwieszczała zakończenie kariery, incydenty autorstwa nieprzychylnego jej gminu miały miejsce, dopóki Zaim nie zadbał o odpowiednie zaklęcia ochronne. Te jednak umarły razem z nim, zostawiając ją bezbronną po raz kolejny. Handlarze śnieżką podpowiadały jej najgorsze z możliwych instynkty, a głowę wypełniły wizje zorganizowanej grupy, która w oczywisty sposób uznała jej dom, a właściwie ją i jej dziecko, za łatwy cel. Czy powinna wzywać pomoc, wysyłać patronusa z niepokojącą treścią do Tristana, właśnie teraz, w środku nocy? Ewakuować się z synem siecią Fiuu, by pojawić się niezapowiedzianą w zupełnie innym miejscu, a cały swój dobytek zostawić na łaskę i niełaskę włamywaczy, by najpewniej po powrocie zastać wszystko w płomieniach? Harriett nie słyszała już nic, oprócz szumu gorącej krwi we własnych uszach, gry lewą dłonią opierała się o framugę w wejściu do pokoju Charliego, przyglądając się słodko śpiącemu chłopcu. Muffliato. Silencio. Zaklęcie Kameleona, wszystko po to, by nie obudzić chłopca, uciszyć go na wypadek przebudzenia i zakamuflować na okres co najmniej godziny - gdyby sprawy przybrały niepożądany obrót, musiała mieć świadomość, że przynajmniej jej pierworodny nie zostanie znaleziony i będzie bezpieczny. Niezależnie od tego, co stanie się z nią.
Kamienne schody nie skrzypiały tak jak drewniane, gdy schodziła na parter, by ze zdumieniem odkryć, że nigdzie nie leżały odłamki szkła, a zimowy wiatr nie nawiewał do środka małych płatków śniegu. Nie rozumiała zupełnie nic z tego, co się dzieje, była już skłonna uwierzyć w to, że się przesłyszała, tkwiąc wciąż w połowie w krainie koszmarów sennych, lecz wtem dostrzegła kątem oka oranżerię i światła, które rozbłyskiwały mocniej niż wymagała tego roślinność tylko wtedy, gdy w środku ktoś się znajdował. Wsunęła stopy w pierwsze lepsze buty, tak absurdalnie odcinające się od jej niewyjściowego stroju, lecz nie zwracała na to uwagi, pędzona naiwną myślą, że z nielegalnym łowcą ingrediencji, który najwyraźniej spodziewał się znaleźć w jej zimowym ogrodzie rzadkich ziół, rozprawi się bez problemu. Ściskając w szczupłej dłoni różdżkę, w parę chwil dotarła na miejsce, nie czując zupełnie smagającego ją chłodu, który już po chwili wyparło charakterystyczne ciepło buchające z wnętrza oranżerii.
Szkło zachrzęściło dźwięcznie pod jej podeszwami, lecz nie zważała na to, wpatrując się jak zahipnotyzowana w szkarłatną krew pozostałą na ostrych krawędziach wybitej szyby. Brnęła przed siebie, boczną, dobrze ukrytą pomiędzy rzędami roślin ścieżką, nie potrafiąc jeszcze połączyć faktów, które zdawały się nie mieć logicznego punktu wspólnego. Ale o logice należało zapomnieć już chyba dawno temu - brzdęk tłuczonych doniczek i huk opadającej konstrukcji działał skuteczniej niż kompas, doprowadzając Harriett aż do samego włamywacza, którego sylwetki nie potrafiłaby pomylić z nikim innym. Jasne oczy rozszerzyły się w wyrazie nieskrywanego zdumienia, wciąż jeszcze nie rozumiała, co rozgrywa się tuż przed jej nosem, gdy wpatrywała się z Benjamina bezczeszczącego herbaciane drzewko - jedyne, mające wartość inną niż ozdobną. - Przestań - zawołała, a raczej chciała zawołać, gdy wszelkie dźwięki ugrzęzły w jej zaciśniętym gardle, gdy pokrętne i zdecydowanie zbyt daleko idące porównanie, że oto Wright niszczy nie tyle, co sam krzew, a wszystko to, co sobą symbolizował, uderzyło ją prosto w twarz. Odskoczyła do tyłu, odruchowo, gdy w dół runęły kolejne doniczki, a jeden z ceramicznych fragmentów drasnął jej odsłoniętą łydkę, odbijając się od podłogi. Róże, w które wpadła, zaszeleściły w proteście, najprawdopodobniej zdradzając jej obecność, lecz nie to martwiło ją najbardziej - gdzieś pomiędzy gęstymi gałęziami znajdowała się obecnie jej różdżka, gdy ręka po natrafieniu na kłujące delikatną skórę kolce w głupim odruchu zwolniła uścisk.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home



Ostatnio zmieniony przez Harriett Lovegood dnia 10.08.16 23:44, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   10.08.16 21:55

Odurzający zapach ziół, herbaty i kwiatów drażnił Benjamina coraz bardziej. Przywykł do innych bodźców, prosto z plugawego Nokturnu. Ostre aromaty alkoholu, potu, zgnilizny, zatęchłych zaułków, zdechłych szczurów i spleśniałego mięsa, podawanego w najgorszych spelunkach jako przysmak - oto, co sprawiało mu przyjemność lub w najgorszym przypadku okazywało się obojętne. W przeklętej oranżerii Benjamin czuł mdłości. Słodycz, piękno, niewinność, dbałość o delikatne rośliny; wszystko, czym pogardzał i co charakteryzowało Harriett, roztaczającą opiekę nie tylko nad ludźmi, ale i nad zupełnie niepotrzebnymi ideami. Bo czym były te zielone badyle, troskliwie hodowane pod kloszem, by zaspokajać nowobogackie, estetyczne pragnienia ładu i porządku? Idiotyczne, głupie, naiwne, jak i sama Hatsy, nagle stającą się główną postacią w chaotycznych myślach Benjamina. Już wiedział, co sprowadziło go do odległego Cantenbury; co przywiodło go tutaj, na śliczne wzgórze, Honey Hill, będące synonimem tego co słodkie, niewinne i tak odległe od obecnego stanu ducha Wrighta, jak to tylko możliwe.
T o była jej wina. Nie widział dokładnie, o czym myślał - pamiętny, styczniowy dzień nie istniał, przesłonięty dokładnie ćpuńską mgłą miłosierdzia nad złamanym sercem - ale wina Lovegood wydawała się oczywista. Zniszczyła jego życie raz, dokładnie, wtedy, gdy porzuciła go w momencie, w którym potrzebował jej najbardziej i robiła to ponownie, nie mogąc znieść świadomości, że był szczęśliwy. Że mimo cierpienia ułożył sobie życie. Że ktoś go pokochał, że mógł odwzajemnić tę miłość, że mógł w nią zainwestować, ponownie zaufać, kupić psa, planować ucieczkę tam, gdzie byliby w pełni sobą i...
Niestety, twarz Percivala wyłoniła się nagle zza mgły i Benjamin przyłożył dłonie do skroni, prawie wręcz uderzając własną głowę zakrwawioną ręką. Ból powrócił, wyrywając spomiędzy ust Wrighta ponury, cierpiętniczy wrzask. Głuchy, lecz na tyle głośny, by nie usłyszał wchodzącej do oranżerii kobiety. W ustach zebrało się zbyt wiele śliny; splunął ją gdzieś w kąt, na połamane kwiaty, wyszarpując kolejny krzew z doniczki, by miotnąć nim o ścianę. Krew z poranionej szkłem dłoni ściekała po nadgarstku, ale w ogóle tego nie czuł, dalej skupiony na psychicznym cierpieniu. Osiągającym niedorzeczny wręcz poziom, gdy w końcu zorientował się, że nie przebywa w oranżerii sam.
Odwrócił się powoli, oddychając ciężko, w milczeniu. Czarne oczy o rozszerzonych źrenicach, zlewających się z ciemnymi tęczówkami, odnalazły w końcu chwiejącą się Harriett. W rozchełstanym szlafroku, odsłaniającym jasną skórę. Z złotymi włosami, okalającymi piękną twarz. A wszystko to przykryte brudną, brunatną aurą kłamstwa, jadu i nienawiści, w końcu odwzajemnianej przez Benjamina w stu procentach. Jego twarz wykrzywił grymas skrajnej pogardy i niechęci, przerażająco szybko zastąpiony jednak szerokim uśmiechem. Nienormalnym, szaleńczym, pogłębiającym się, gdy robił zdecydowany krok w jej stronę.
- Cześć, Hatsy - powitał ją niskim, miękkim tonem, lecz oczy pozostawały chłodne i obce. Lustrował ją wzrokiem, będąc jednak zbyt rozedrganym, by zauważyć, że nie ma różdżki. Wolał się upewnić, że pozostanie bezbronna i nie przeszkodzi głupim działaniem w poważnej rozmowie, jaką miał zamiar z nią przeprowadzić. Na spokojnie, chyba...chyba że znów pulsujący ból stanie się nie do zniesienia. - Jak na zdradziecką szuję wyglądasz całkiem dobrze. Nie przeszkodziłem w puszczalskiej schadzce? - mówił dalej spokojnie, wręcz uprzejmie, wyciągając nagle różdżkę. - Expelliarmus - powiedział, starając się wycelować prosto w Harriett, choć zakrwawiona dłoń mocno mu się trzęsła, utrudniając poprawne rzucenie zaklęcia.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   10.08.16 21:55

The member 'Benjamin Wright' has done the following action : rzut kością


'k100' : 70


Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 0:52

T e n  wrzask wciąż odbijał się echem w jej głowie, mimowolnie wymiatając z zakamarków jej pamięci wszystkie nawet najdrobniejsze wspomnienia w poszukiwaniu dźwięku podobnego. Na próżno. Wysokie decybele atakowały błony bębenkowe, nie przypominając jednak ani krzyku bezsilnej złości, ani fizycznego bólu, ani strachu i chyba właśnie na nieuchwytność kwintesencji i niemożliwość skategoryzowania była najbardziej przejmująca na jakimś dziwnym, niepojętym dla Lovegood poziomie - dlatego też wmówiła sobie, że gęsia skórka pokrywająca jej przedramiona to efekt wychynięcia na mróz w zbyt lekkim odzieniu. Harriett pozostawała tak słodko nieświadoma, że nie potrafiła nawet dostrzec tego, jak sztuczny był światek, który kreowała naokoło niczym mały budyneczek zamknięty w szklanej kuli wypełnionej nierozpuszczającymi się śnieżynkami i niedopuszczającej do siebie czynników zewnętrznych. Nie czytała gazet, nie wychodziła z domu, nie utrzymywała kontaktów towarzyskich, zamiast tego spędzając wolne chwile w dającej złudzenie słonecznego lata oranżerii, dbając o każdy najmniejszy listeczek z taką pieczołowitością, jakby zależały od tego losy wszechświata. To było jedyne miejsce, w którym czuła się tak, jakby nic się nie zmieniło - pewnie dlatego, że pomiędzy przezroczystymi ścianami nic się nie zmieniało, niezależnie od pory dnia i nocy, niezależnie od pory roku.
Teraz jej sanktuarium było niszczone, systematycznie, skutecznie i bezlitośnie, a ona sama chłonęła wszystkie bodźce, niezdolna do odpowiedniej reakcji. Petrificus Totalus, wystarczyło wypowiedzieć inkantację, a Wright zastygłby w bezruchu, zaprzestając tym samym dzieła zniszczenia. Drętwota, jeszcze krócej i może orchidee przetrwałyby kolejne parę miesięcy zamiast paru sekund. Coś jednak sprawiało, że język nie potrafił zgiąć się do wypowiadania tych zlepków sylab, a nadgarstek nie unosił się w ofensywno-defensywnym geście, jakiś przebłysk dawnych lat i ich zupełnie odmiennych relacji, jakiś cień przekonania, że niezależnie od tego, co by się działo, nigdy nie powinni mierzyć do siebie różdżkami. Ale Jamie stojący przed nią nie był już jej Jamiem, a ciemnoczekoladowe zazwyczaj oczy ziały niepokojącą czernią rozszerzonych źrenic, gdy w końcu zwrócił się ku niej z miną sprawiającą, że w ułamku sekundy zamieniłaby Wrighta na całą szajkę handlarzy śnieżką - oni mogli wydrzeć serce z jej piersi tylko jeden raz.
- Nie jesteś sobą - rzuciła przyciszonym, lecz doskonale słyszalnym głosem, automatycznie cofając się o krok. Co właściwie aktualnie znaczyło dla Bena bycie sobą? Jasnowłosa trzymała się kurczowo odrealnionej wizji napuszonej dodatkowo widmami przeszłości, a otrzeźwienie, jak zwykle, miało nadejść zbyt późno. Zmienił się. Zmienili się oboje. - Chyba mylisz mnie z jakąś swoją nokturnową dziwką - odpowiedziała, porywając się na strzępy hardości, swojej ostatniej deski ratunkowej przed otwartym przyznaniem, że Wright w tym wydaniu napawał ją lękiem. - Nawet otoczony tysiącem kwiatów cały cuchniesz tanimi perfumami - kontynuowała żałosną linię obrony, nim oczy półwili, skierowane nagle w dobytą niespodziewanie różdżkę, urosły do rozmiaru spodków, uwidaczniając zaszokowanie, poczucie oszukania i niewypowiedziane rozczarowanie. Nie widziała już krwi, spływającej w dół benjaminowego nadgarstka, nie widziała drżenia jego dłoni, nie widziała niczego poza końcem sekwojowego drewna skierowanego wprost w nią i całej gamy możliwych uroków. Nim świetlisty promień wystrzelił w jej kierunku, w jedynym zdrowym tej nocy odruchu wcisnęła dłoń między kaleczące kolcami różane gałęzie, by przynajmniej spróbować sięgnąć jedynego przedmiotu, który znajdował się pomiędzy nią a kompletną bezbronnością.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 0:52

The member 'Harriett Lovegood' has done the following action : rzut kością


'k100' : 24


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 10:55

Trzęsąca się dłoń jednak nie zawiodła a rozbrajające zaklęcie trafiło Harriett w momencie, w którym zacisnęła już smukłe palce na porzuconej różdżce. Mogła zaledwie musnąć magiczne drewno, zanim szybko poszybowało ono w kierunku Benjamina. Złapał je nadzwyczaj zręcznie drugą ręką a na jego twarzy wykwitł kolejny uśmiech, jeszcze bardziej szaleńczy niż przed chwilą. Już wiedział, dlaczego się tutaj znalazł, wiedział, kto odpowiada za jego cierpienie, wiedział, kto brutalnie odebrał mu szczęście. Najpierw pozwalając się w nim rozsmakować, zanurzyć po głowę, odrzucając jakiekolwiek zabezpieczenia. Lovegood znała go przecież doskonale (choć namiętnie temu zaprzeczał, ale czy myślenie Benjamina miało kiedykolwiek choć odrobinę sensu?), widziała jak się zmienił, powracając na niewygodną ścieżkę spokojnego życia. Próbował nawet wyciągnąć rękę do zgody w jej stronę: był przecież tutaj, w tym domu, z całych sił starając się pokazać od jak najlepszej strony. Pomóc Harriett i jej synowi, którego szczerze polubił. Cały świat zdawał się układać po myśli Benjamina...dopóki Hatsy nie postanowiła go zniszczyć, tym razem już na dobre. Wina półwili wydawała się oczywista i Wright - zwłaszcza pod wpływem narkotyków, jątrzących i tak chory umysł - nie miał wątpliwości komu zawdzięcza każdą sekundę cierpienia, wypełniającego go od trzeciego stycznia. Końca pewnej ery. Ostatniej, bez nowego początku, chyba, że ten oznaczał metodyczne karanie odpowiedzialnych za ten paraliżujący ból. Najpierw Harriett. Potem Percival. I w końcu, gdy już zniszczy tych, których kochał najmocniej, ze spokojnym sercem położy na szali swoje, nic niewarte już życie.
Plan doskonały, przesadnie dramatyczny, rodem z jakichś ponurych wierszy, jakie kiedyś deklamował mu pochmurny Tristan, wpadając w jeden ze swoich przygnębiających nastrojów. Wright nie widział jednak nic pretensjonalnego w histerycznej próbie poradzenia sobie z tak okrutną rzeczywistością. Pozornie emanował szaleńczą siłą, tak naprawdę będąc bliski płaczu i skierowania różdżki raczej w swoją stronę. Nie mógł jednak okazać słabości, nakręcony narkotykami oraz podburzony wściekłością, palącą wnętrzności lodowatym ogniem. Właściwie nie słyszał głupich słów Harriett: krew szumiała mu w uszach za głośno a dudniące donośnie serce zagłuszało resztę bodźców, pozostawiając tylko bolesne, emocjonalne rozedrganie, podsycone odurzającym zapachem kwiatów.
- Jesteś chyba zadowolona, prawda? Kurewsko zadowolona - zaczął powoli, ciągle uśmiechnięty, ciągle spokojny, choć z każdego cala ciała biło nerwowe napięcie, wręcz drżenie, najwyraźniej widoczne w ciągle trzęsących się dłoniach. - Misterny plan wspaniałomyślnej Harriett się powiódł. Gratuluję. Świętowałaś już razem z Inarą? - kontynuował chaotycznie, robiąc jeszcze jeden krok w przód a szczęka zaczynała promieniować stalowym bólem od ciągłego uśmiechania się. Miał wrażenie, że gdy przestanie się szczerzyć, od razu żałosna gula w gardle zamieni go w szlochające zaprzeczenie mężczyzny. Trwał więc w typowej pozie, czując jednocześnie odrazę do siebie i do Lovegood. Jedwabny szlafrok, róże, alabastrowa skóra: piękny obraz, rozwścieczający go jeszcze bardziej. - Dlaczego to zrobiłaś? - warknął, na sekundę tracąc niski, głęboki ton, którym przed laty opowiadał dziennikarzom o swojej miłości do uroczej śpiewaczki. Reminiscencja tamtej sytuacji znów szarpnęła nim niczym niewidoczne zaklęcie. - Casa Aranea - powiedział nagle, unosząc w stronę kobiety różdżkę. Wolał unieruchomić ją zaklęciem: dla jej dobra i dla własnego poczucia spokoju, by nie musiał dotykać tej plugawej, kłamliwej osoby, która odebrała mu kogoś, dla kogo był w stanie oddać własne życie. I zrobiła to dwukrotnie.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 10:55

The member 'Benjamin Wright' has done the following action : rzut kością


'k100' : 65


Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 19:00

Ledwie czuła rozcinanie delikatnej skóry, gdy wyciągała palce coraz dalej i dalej wgłąb krzewu (dlaczego ten nagle zdawał się być tak skrajnie nieprzyjazny, zamiast odwdzięczyć się za troskę, jaką okazywała mu Lovegood?) w rozpaczliwej próbie schwycenia różdżki, lecz ledwie musnęła gładkie drewno, a to już wyślizgnęło się z jej dłoni i pomknęło w kierunku Benjamina. Srebrzyste, potargane w trakcie snu loki sprężynowały, gdy Harriett wyrwała za różdżką, jakby była ją jeszcze w stanie złapać w locie, po chwili jednak zatrzymała się w połowie ruchu. Było już za późno. Zacisnęła usta w wąską linię, chociaż serce zadudniło panicznie w klatce piersiowej, niemalże obijając się o żebra. Wciąż nie rozumiała sceny, która rozgrywała się na jej oczach i w której mimowolnie uczestniczyła, nie znając scenariusza i nie popierając wizji reżysera. Zerknęła na swoją rękę naznaczoną judaszowymi cierniami, nieprzyjemne pieczenie promieniowało w górę zgięcia łokciowego, to jednak zdawało się być niczym w porównaniu z lawą rozlewającą się w jej skręconych paniką trzewiach. Pamiętała ostatnie spotkanie, przedostatnie i jeszcze jedno wstecz - wszystkie mające absurdalny przebieg i każdorazowo kończące się niekontrolowanym spadaniem w niekończącą się otchłań z coraz mniejszą ilością lin asekuracyjnych. Ile jeszcze zostało w zapasie i jak łatwo było je zerwać? Nie chciała się przekonywać, a jednak nie mogła się opędzić od niepokojącej myśli, że test doświadczalny jest tuż za rogiem. Nigdy nie była człowiekiem nauki.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - zaprzeczyła, ignorując już nawet kwiecisty język, który był jej ostatnim zmartwieniem. Jasne brwi drgnęły, kropki w końcu zaczęły się łączyć w całość. Sylwester. Wzburzenie. Gratulacje. Świętowanie. Inara. Hasła pociągające za sobą całą serię obrazków, migoczących krótko i przeobrażających się bezustannie - czy naprawdę mogło chodzić o zaręczyny, o których wspomniała w dobrej wierze, za pewnik uznając to, że nie są żadną tajemnicą dla Wrighta? - Plan? - powtórzyła zdziwiona, cofając się o kolejny krok, automatycznie poddając się zasadzie akcja-reakcja. - Nie mam mocy sprawczej, nie potrafię wpływać na decyzje nestorów ani zmieniać losy rodów szlacheckich - słyszysz sam siebie, Jamie? Czujesz nonsens, w którym się nurzamy aż po szyję? Otworzyła usta, by powiedzieć coś, cokolwiek, najprawdopodobniej kolejne zaprzeczenie, rozwścieczające Benjamina jeszcze bardziej, nie zrobiłam niczego, lecz struny głosowe byłej śpiewaczki zamarły w bezruchu, zamiast rozbrzmieć półsłówkami już na wstępie otrzymującymi miano kłamliwych; świst zaklęcia przeciął powietrze, a Harriett była zbyt blisko, by ratować się chociażby unikiem. Obrzydliwa, nieco śliska w kontakcie ze skórą pajęczyna oblepiła łapczywie nogi półwili, odbierając jej możliwość dalszego wycofywania się chyłkiem. Pierwszy pająk przebiegł po jej stopie, tuż za nim podążył jego kolega. Lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, mimo że czuła się tak, jakby tkwiła w samym środku tropikalnej dżungli. - Zabierz to - popłoch rozbrzmiał w jej głosie pełnią mocy, nie próbowała już nawet zachowywać resztek godności, o której ciężko było mówić, gdy o trzeciej nad ranem tkwiło się w szlafroku w wielkiej pajęczynie pośrodku zdemolowanej oranżerii po utracie różdżki na rzecz rośliny. Benjamin wiedział jak bała się pająków, zawsze przecież wybuchał rubasznym śmiechem, gdy blondynka wskakiwała na łóżko po dostrzeżeniu przedstawiciela gatunku i krzyczała, by go zabił. Wiedział, a teraz rozmyślnie konfrontował ją z czymś, co sprawiało, że chętniej odgryzłaby sobie kończynę, niż pozwoliła pająkowi po niej chodzić. Do wesołej drużyny maszerującej po jej piszczelach dołączyły trzy kolejne stworzenia. Szarpnęła się do tyłu, naiwnie licząc na to, że wyrwie się z pajęczyny, nim ta ściągnie wszystkie okoliczne paskudztwa.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   11.08.16 19:00

The member 'Harriett Lovegood' has done the following action : rzut kością


'k100' : 88


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   12.08.16 11:27

Z każdą sekundą przebywania z Harriett pod tym samym niebem - szklanym, magicznie zaklętym, by ochraniać potrzebujące wiecznego słońca rośliny - Benjamin jednocześnie uspokajał się i wspinał na wyżyny naćpania. Miał ją tutaj, bezbronną, tuż przy sobie, mógł wymierzyć odpowiednią karę za kłamstwa, jednakże coś chłodziło jego gorącą głowę, domagającą się odebrania sprawiedliwości w najostrzejszy ze sposobów. Złapać za te piękne, długie, srebrzyste włosy i odciąć je tuż przy skórze. Zedrzeć delikatny materiał jedwabnego szlafroka, obnażając ją i upokarzając. Złapać za kark, przyciągnąć do siebie, blisko, by poczuła prawdziwy strach. Może nawet złamać smukłą jak gałązka rękę, tak nieporadnie radzącą sobie w kryzysowej sytuacji. Wypuściła różdżkę. Pojawiła się w środku nocy w oranżerii, gdzie mogło czyhać na nią prawdziwe zło - siebie postrzegał przecież w kategorii Jedynego Sprawiedliwego - i pierwsze, co robiła, to pozbycie się jedynej możliwości obrony. Widział zakrwawioną dłoń, pokłutą kolcami tych przeklętych, pedalskich kwiatów, ale nie wzbudziło to w nim żadnego współczucia. Cały był agresją i rozpaczą, pomieszanymi w wybuchowych proporcjach. Równie dobrze w ciągu następnej sekundy mógł wybuchnąć żałosnym szlochem jak i miotnąć w Harriett czarnomagiczną klątwą.
Na razie jednak nie robił niczego, dziwnie stabilny, zwłaszcza po unieruchomieniu Hatsy w najpodlejszy ze sposobów. Doskonale pamiętał jej typową, kobiecą słabość. Piski, gdy widziała robactwo. Obrzydzenie na widok wielkich pajęczyn. Cóż z tego, skoro teraz nie czerpał żadnej przyjemności z jej strachu. Zero frajdy, zero poczucia sprawiedliwości, zero złagodzenia poszarpanych narkotykami myśli. Dalej bolało tak samo i choć uśmiechał się szeroko - typowy ćpuński szczękościsk - to oddychał z trudem, nie chcąc przyjąć sensownych słów Lovegood do wiadomości. Utworzył zbyt dokładny labirynt myślowy, gdzie główną winowajczynią każdego cierpienia była Harriett, by móc przetworzyć rozsądnie rzeczywistość. Percival nie zostawił go przez rozmowę z Hatsy. Zostawił go, bo wybrał coś innego. Kogoś innego. Co jednak ponownie kierowało ostrze sprawiedliwości w stronę półwili. A może i Inary? Nie wierzył, naprawdę nie wierzył, by Carrow mogła zrobić mu coś takiego, sycąc się nieszczęściem, ale skoro przyjaźniła się z przeklętą harpią to może i także co do wspaniałej towarzyszki smoczych wypraw się mylił? Może już wtedy ona i Percival...
Znów jęknął głucho, podnosząc palce lewej dłoni do czoła. Skroń pulsowała nieregularnie, tak samo, jak biło jego serce, zagłuszając część słów Harriett. Wyrywającej się z sieci. Wyprostował się ponownie, rzucając różdżkę kobiety gdzieś za siebie, aż zniknęła pośród połamanych gałązek i podeptanych kwiatów. - Rozmawiałaś z nim. O czym? - powtórzył ostrym tonem, ciągle mierząc w nią własną różdżką. Na razie bez ponowienia zaklęcia, chociaż cały aż drżał z chęci zmuszenia jej do szczerości. W końcu, po tylu latach łgarstw, oczekiwał prawdy. - Mów - ponaglił ją, obserwując jak kilkanaście małych pajączków wypełza spod potrzaskanych doniczek, by szybko wspinać się po lepkiej sieci. Podniósł jednak wzrok, by ponownie utkwić go w twarzy przerażonej Hatsy. Znów zalała go fala nagłego żalu, na szczęście hamowanego zbawienną adrenaliną, nie pozwalającą - na razie? - na rozpłakanie się i dopełnienie tym samym żałosnego obrazu naćpanego szaleńca, robiącego wszystko, by obrzucić winą kogoś, kogo kiedyś naprawdę kochał.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   13.08.16 13:44

Abstrakcyjność sytuacji, w której się znaleźli, wwiercała jej się w głowę, tworząc tam aż nadto podatny grunt dla najczarniejszych wizji najbliższej przyszłości. Za każdym razem, gdy była już pewna, że oto właśnie ten moment, tak wygląda koniec, tak tańczy się na zgliszczach ostatniego spalonego mostu i przekracza się granice nieprzekraczalne, Benjamin Wright czynił wszystko, co w swojej mocy, by pokazać jej, jak przeraźliwie klaustrofobiczna była jej perspektywa. Istniały kolejne granice, nawet jeśli Harriett wolała ich nie dostrzegać - a Jamie, bezbłędnie namierzający ich lokalizację, z brutalnością wymalowaną na twarzy stawiał stopę na ziemi świętej, wcale nie ostrożnie czy delikatnie, a wprost przeciwnie, by jak najsilniej odcisnąć swój ślad, jeden, drugi, kolejny i kolejny w bezlitosnym poszukiwaniu następnego słabego punktu. Czy tym razem sięgnęli już dna, czy tym razem uderzyli o ostre kamienie, uniemożliwiające powtórne wychynięcie na powierzchnię?
Pajęczyna naprężyła się, wydając przy tym dziwny dźwięk, nieco podobny do naciągania strun harfy, lecz Lovegood za nic na świecie nie chciała porównywać obrzydliwej materii będącej siedliskiem najplugawszego robactwa z nieoczywistym pięknem jej ukochanego instrumentu. Może kilka lepkich nitek pękło, zupełnie jak resztki spokoju półwili, szarpnięcie wciąż jednak było niewystarczająco silne, by mechanicznie wyrwać się z więzienia przywołanego zaklęciem. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w pajęczą paradę, starając się opanować niekontrolowane dygotanie kolan, niemalże czując, jak z jej twarzy odpływa cała krew, pogłębiając tym samym niezdrową bladość, po czym powróciła spojrzeniem do buchającego złością brodacza tylko po to, by stwierdzić, że po stokroć bardziej od przyglądania się twarzy człowieka, który zwykł być dla niej wszystkim, woli obserwować niepokojące ruchy nadzwyczaj szybkich odnóży i nieproporcjonalnie dużych odwłoków. Do czego to doszło. Uniosła głowę, odchylając ją do tyłu i w przeszklonym suficie znajdując inne miejsce do skierowania lazurowych tęczówek, lecz świetliste punkty na widocznym mroźnego wieczoru nieboskłonie rozmyły się szybko.
- Jeśli chciałeś porozmawiać, wystarczyło powiedzieć - głos zadrżał jej jednak, tak samo jak wątłe ramiona, na których zaciskała mocno palce, ostatniem sił zmuszając się do tkwienia we względnym bezruchu (jakby to miało przekonać pająki, że nie jest jednak obiektem na tyle interesującym, by skupiać na niej swoją uwagę) i nierozpoczynania histerycznego podrygiwania i wywijania rękami w osobliwym dążeniu do strąceniu coraz odważniej poczynających sobie stworzeń. Tego było już za wiele. Lovegood nie wiedziała sama, czy bardziej dręczą ją faktyczne skutki zaklęcia, obraz wściekłego Bena, przekreślającego wszystko, czym kiedyś się szczycili, czy wisząca nad nią groźba padnięcia ofiarą jeszcze mniej przyjemnej inkantacji, podyktowanej przez rozgorączkowany umysł człowieka, którego nawet w swoich najgorszych koszmarach nie widziała celującego różdżką właśnie w nią. Runęły ideały, runęła wewnętrzna równowaga, runęła zdolność do ubierania myśli w słowa, nie wspominając o sensownym odpowiadaniu na pytania. - Zabierz to - powtórzyła głucho, gdy niejasną informację o tym, czego właściwie od niej oczekiwał, zagłuszyło dudnienie jej własnego serca. Nie mogła już patrzeć rozszerzonymi z przerażenia oczami ani w górę, na gwiazdy, których nie dostrzegała zza tafli gromadzących się łez, ani przed siebie, na rozjuszonego byłego narzeczonego, ani w dół, na uziemiającą ją sieć usianą pająkami przeróżnych rozmiarów, wspinających się po jej nogach. Skryła twarz w dłoniach, niczym pięciolatka wierząca w to, że ten gest uczyni ją niewidzialną. Miała dość.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   13.08.16 17:43

Chciał po prostu prawdy. Jakiejś podstawy, której mógłby się uchwycić, traktując ją jako deskę ratunkową albo nieco zgniłą kłodę, rzuconą rozbitkowi. Miał dość kłamstw, urastających we własnej głowie do rozmiarów wielkich katedr, przytłaczających drobnymi zdobieniami. Wykonanymi jego ręką. Ściskał w dłoni składany nóż w drewnianej oprawie; mocno, aż do krwi, cieknącej słabnącymi strumykami w dół nadgarstka. Wyższa siła zmuszała go do tego taniego artyzmu, popychając ku tworzeniu, zbudowaniu wokół siebie tej monumentalnej budowli o chwiejnych fundamentach. Sekunda nieuwagi - sekunda zrozumienia, zdrowego rozsądku, dystansu i obiektywizmu - a mizernie utkana konstrukcja runęłaby, grzebiąc Benjamina pod gruzami własnego szaleństwa. Zaklinał przecież rzeczywistość, mozolnie wycinając trudny materiał do swojego, poszatkowanego wzorca, by pozostać ślepym na prawdę...której tak bardzo pragnął. O ile pasowała do pożądanej wizji świata, w jakiej on pozostawał tym niewinnym. Niesłusznie oskarżonym. Jedynym sprawiedliwym. Odważnym, samotnym mścicielem, wytrwale dążącym ku dobru, pomimo rzucanych mu pod nóg kłód i czarnoksięskich klątw. Głównie przez Harriett, bowiem tylko ona wytrwała przy nim pomimo upływu lat i serii niefortunnych wydarzeń, wywracających ich relację do góry nogami. Mógł stosować najpodlejsze sztuczki, mógł przecierać najbrudniejsze szlaki i na ślepo szarżować w niezbadanym kierunku, a ona i tak nie odwzajemniła się tym samym. Być może dlatego nie dawał jej spokoju, krążąc wokół, by w odpowiedniej chwili pojawić się znienacka, niszcząc to, co zdążyła sobie poukładać.
W ćpuńskiej fantazji - pod krzyżowymi sklepieniami katedry własnych kłamstw - role się zamieniały. To Lovegood sączyła jad do jego codzienności, to ona odebrała mu Percivala, to ona popełniła niewybaczalny błąd, to ona go zostawiła, gardząc odkrytą przypadkowo odmiennością. W oczach Wrighta stawała się jednocześnie wszechmocną wariatką, gotową tylko sobie znanymi sposobami zamienić jego życie w piekło, oraz najgorszym, najsłabszym typem kobiety. Bezbronnej, biernej, niepotrafiącej nawet utrzymać w ręku różdżki. Lub powstrzymać dziewczęcej histerii na widok pająków, zbiegających się coraz większą, czarną grupką do błyszczącej srebrzyście nici. Hipnotyzującej Wrighta, co doskonale wskazywało na stan dość dosadnego znarkotyzowania. Nie śledził przecież odsłoniętego dekoltu blondynki, nie przyglądał się długim nogom, nie podchodził w jej stronę, by zacisnąć dłoń na karku lub wygiąć nadgarstki. Po raz pierwszy (w życiu? w czasie ich relacji?) nie spoglądał na Hatsy przedmiotowo, nie zaspokajał samczych wyobrażeń, nie oczekiwał od niej kokieterii - za którą zostałaby, rzecz jasna i szowinistyczna, skrytykowana. Chciał po prostu prawdy, rozjaśnienia ciemności, rzucenia nowego światła na to, co stało się na zimowym przełomie i co doprowadziło go do tego miejsca.
Wyczuwał, że zbliża się zjazd, że jeszcze kilka minut a drgawki przybiorą na sile, zamieniając całe ciało w węzeł napinających się boleśnie mięśni. Zaschło mu w ustach a pomimo tego czuł żelazny smak krwi. Zapach także? Dopiero teraz zerknął na swoją dłoń: czerwona ciecz wsiąkała w różdżkę, skapując na podłogę, usianą płatkami róż. Jakże romantycznie. Usta Jaimiego znów wykrzywiły się w uśmiechu, choć początkowa agresja wypalała się razem z działaniem narkotyku. Chciał więcej, chciał, by wyjątkowo wielki pająk wspiął się po szczupłych nogach Harriett aż do jej ust, chciał, by go połknęła, by oplótł siecią jej piękną twarz. Obrzydliwa wizja paradoksalnie uspokoiła go na chwilę. Nie opuszczając różdżki cofnął nagle zaklęcie, choć ciągle mierzył w kobietę, patrząc na nią uważnie, wyczekująco. - O czym z nim rozmawiałaś? Co mówiłaś o mnie? - powtórzył uparcie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, dając im ostatnią szansę. Na szczerość? Na uniknięcie czegoś gorszego, co spopieliłoby ich żywcem? Zaczął oddychać nerwowo, ciężko, oblizując suche wargi. Potrzebował narkotyku. Albo prawdy. Czegoś, co zagwarantowałoby mu nagły, ostry bodziec, odsuwający przerażające myśli o zdradzie, samotności i porzuceniu.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   14.08.16 19:14

Ciemność, biorąca swoje źródło we wnętrzach dłoni, była dziwnie kojąca i dawała złudzenie odcięcia się od wszystkiego naokoło. Odkryła to z niemałym zaskoczeniem, wszak od zawsze to właśnie z ciemności spozierały na nią przerażające widma, gdy tylko otaczała ją zgubna samotność, której nie potrafiła znieść - teraz jej najgorszy koszmar nie chciał się zmieścić w klamrach wybujałej wyobraźni dokarmianej absurdalnymi lękami; znajdował się dokładnie naprzeciwko, realny do bólu, wymykający się wszelkim znanym jej schematom. Trwała więc nieruchomo niczym posąg wyciosany z marmuru (tak jej się zdawało, w rzeczywistości trzęsła się jak galareta), próbując ignorować wszelkie bodźce świata zewnętrznego, mówiące jej, że niechybnie zostanie pożarta przez stado pająków jeszcze nim promienie wschodzącego słońca przebiją się przez szklany sufit oranżerii, a chwilę później faktycznie nie czuła już zupełnie niczego. Wszystko jest w głowie, mawiała emerytowana primabalerina, nakazując umęczonym uczennicom Beauxbatons kontynuować wykańczające ćwiczenia baletowe. Wszystko jest w głowie, powtarzała z zapamiętaniem Lovegood, chwytając się tych słów niczym tonący brzytwy, gdy na rozkrwawionych czubkach palców, pod koniec dnia przywracanych do ładu odpowiednimi eliksirami, okładami i zaklęciami, wykręcała kolejny piruet mający przybliżyć ją do perfekcji. Rzadko kiedy wracała do tych prób oszukiwania samej siebie po tym, jak została poinformowana, że przekroczyła już górną granicę wzrostu, by wciąż myśleć o zawodowstwie w tiulowych strojach, ciasnych kokach i puentach, ale w tym momencie motto dawnej mentorki powróciło do niej ze zdwojoną mocą.
Wolność. Zaczerpnęła ją zachłannie, razem z setką kwiecistych woni i ciepłym powietrzem wypełniającym płuca do granic możliwości. Głupie złudzenie, przecież wciąż znajdowała się w sytuacji opłakanej, a to, że nie widziała Benjamina, wcale nie było równoznaczne z tym, że i on nie widział jej. Opuściła dłonie, najpierw tylko do wysokości brody, by odnotować (nie bez rozczarowania, w końcu co z jej mantrami i samoświadomością?), że srebrzysta pajęczyna zniknęła razem z lokatorami i że najprawdopodobniej - spostrzegawczość jej dopisywała - ma to związek z różdżką Wrighta, do którego w końcu musiało dotrzeć to, że jasnowłosa przekroczyła już limit strachu, tracąc tym samym możliwość przekazywania jakichkolwiek spójnych informacji. Ani myślała dziękować za wspaniałomyślny ratunek, którego nie potrzebowałaby wcale, gdyby nie urojenia brodacza. Cofnęła się, już nie o krok, a całe trzy, korzystając z odzyskanej mobilności i na nowo odczuwając potrzebę zwiększenia dystansu. - O tobie? Rozmawialiśmy o Inarze - nie wszystko kręci się dookoła ciebie, Jamie, jak możesz być takim egocentrykiem? Ścisnęła mocniej pasek szlafroka, poprawiając ułożenie zwichrowanego materiału po przejściach, po czym założyła ramiona na wysokości piersi. Jak wiele mogła mu powiedzieć, nim Wright wybuchnie?
- Powiedziałam, żeby nie robił jej złudzeń i nie skazywał na nieodwzajemnioną miłość, jeśli jego serce bije dla kogoś innego - oznajmiła, odnajdując spojrzeniem błyskające czernią oczy, nie potrafiąc nawet walczyć z rozdzierającą analogią, która gościła w jej głowie tamtego grudniowego popołudnia i która powracała do niej niczym bumerang; o kochaniu niewłaściwej osoby i nieodwzajemnianych uczuciach wiedziała przecież wszystko.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
 

Ogród zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Kwiecisty Ogród
» Hamaki na drzewach
» Wiśniowy ogród
» Pub Zimowy
» Ogródek różany

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Canterbury, Honey Hill-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18