Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala numer jeden

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala numer jeden   30.03.15 23:57

First topic message reminder :

Sala numer jeden

Niedawna wojna zrobiła z Mungiem swoje - znaczna większość pomieszczeń potrzebuje remontu; pociemniała biała farba na sufitach, którą bardziej określić można jako szaro-żółtą lub zwyczajnie szarą, w zależności od oświetlenia, parapety pomalowane paskudną olejną farbą, wszelkiego rodzaju rysy, obdrapania, ślady po stuknięciach... Chybotliwe łóżka, pod których nogi częstokroć podstawiane są drewniane klocki lub kawałki gazet, by jakoś je ustabilizować, z lekka nieszczelne okna, na które niby rzucane są wszelkiego rodzaju zaklęcia, lecz raczej z dosyć marnym skutkiem... Długo by wymieniać wszelkie mankamenty.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   03.04.17 21:21

W zasadzie nie narzekałem na swoją pracę. Byłem świadom z czym ona się wiąże i, ku mojemu szczęściu, również Lorraine starała się to zrozumieć. Bywały takie dni, kiedy pokazywałem się w domu dosłownie na chwilę, by po zamienieniu kilku słów ponownie wrócić do Munga. Nie narzekałem na nią przez skomplikowane przypadki pacjentów czy długie i męczące dyżury. Zdarzało mi się mieć wątpliwości tylko wtedy, kiedy omijało mnie coś ważnego w domu. Szczególne nasilenie takich momentów przypadło na pierwszy rok życia Miriam i Edwina - za każdym razem, kiedy wracałem do Dorset, dowiadywałem się o nowym słowie swojego dziecka czy kolejnym rekordzie kroków i nigdy mnie przy tym nie było. Cały czas pocieszam się, że jednak podczas swoich nieobecności ratuje ludzkie zdrowie i życie, ale czasami nawet ten argument mi nie pomaga. - To dobrze - odpowiedziałem. - Nie ma wielu gorszych rzeczy od nieudanego aranżowanego małżeństwa - dodałem, uśmiechając się przy tym gorzko. Dobrze wiedziałem o czym mówię, choć moje aranżowane małżeństwo na szczęście zakończyło się na etapie zaręczyn. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie w roli męża tamtej kobiety i dziękowałem Merlinowi (a raczej dobrej woli nestora, ojca i paru innych osób), że udało mi się tamten związek zakończyć. - Nie prowadzę twojego przypadku - zauważyłem, żeby Lyra nie brała moich słów za pewnik. - ale z tego co widzę w karcie, wszystko powinno być w porządku, o ile będziesz przestrzegać zaleceń uzdrowiciela. A sądzę, że z tym nie będzie problemu - powiedziałem, wzruszając lekko ramionami. - Naprawdę miło jest to słyszeć, wiesz? - Powiedziałem, przyglądając się Lyrze. - Że tak dobrze ci się ułożyło życie - dodałem. Doskonale wiedziałem jakie podejście ma do tego Garrett i dlatego nie chciałem w żaden sposób wchodzić w ich konflikt, niemniej najwidoczniej Lyra doskonale odnalazła się w nowej roli i była szczęśliwa, a chyba o to w tym wszystkim chodzi. - Jakiś czas temu stwierdziliśmy z Lorraine, że warto by było zamówić portret. Niby w obecnych czasach można zrobić zdjęcie, ale jednak... To nie to samo - odparłem. - Także cieszę się, że chcesz się podjąć tego zadania! - Na razie nie chciałem jej uświadamiać w poziomie trudności tej prośby, w końcu w słowniku moich dzieci nie istniało wyrażenie stać w miejscu. - Dogadamy się listownie jak już wyjdziesz ze szpitala - dodałem.
- Nie. Dlaczego zawsze wszystkich to dziwi - westchnąłem z nutą rezygnacji w głosie. Bo miały mięciutkie futerko? Nigdy nie rozumiałem fascynacji magicznymi i niemagicznymi stworzeniami, ale przez wszystkie lata życia zdążyłem się nauczyć żyć w odosobnieniu z tą opinią. - O - wyrwało mi się, słysząc wzmiankę o festiwalu. Od razu zrobiło mi się też tęskno za sierpniem. - Faktycznie. Kto wie, co się wydarzy w tym roku - roześmiałem się. - Chyba na twoim miejscu również spróbowałbym opanować ten strach. Czuję, że taka podróż może się okazać przygodą życia - sam nie obraziłbym się za żeglugę z Traversem, oni znali się na tym jak nikt inny. Moja przygoda z wodą ograniczała się do zabaw w oceanie, nigdy nie wypływałem w jego głąb. Cóż, miałem kolejną rzecz do dopisania na listę życiowych marzeń.




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   04.04.17 14:59

Lyra jeszcze nie wiedziała, jak to jest – godzić życie zawodowe z życiem rodzinnym. Miały minąć miesiące, zanim jej dziecko się narodzi, a jeśli chodzi o życie małżeńskie, jej praca nie przeszkadzała w niczym, ponieważ mogła wykonywać ją w domowym zaciszu, nie licząc portretów, które wymagały patrzenia na malowaną osobę i w związku z tym Lyra często wykonywała je w posiadłościach klientów. To jej małżonek mógł regularnie znikać, jak ostatnio, kiedy nie było go w kraju długie trzy tygodnie. Gdy mały Travers już pojawi się na świecie, zapewne będą się zdarzać okresy, w których nie będzie mógł obserwować rozwoju malucha, a co najwyżej czytać o jego postępach w listach od Lyry. Na tę myśl Lyrze zrobiło się smutno, ale taki już los żony żeglarza. Matka Glaucusa co nieco jej o tym opowiadała.
- Masz rację. Ale chyba po prostu... miałam szczęście – powiedziała, zdając sobie sprawę, że mogła trafić na kogoś, kogo by nawet nie lubiła, nie mówiąc o chęci spędzenia z nim życia, ale wierzyła, że wtedy matka nie pozwoliłaby jej wpakować w taki układ. Wiedziała też, że małżeństwo Archiego nie było zaaranżowane, co podobno było raczej rzadkie, ale cieszyła się, że udało mu się jednocześnie znaleźć własne szczęście oraz zadowolić rodzinę. Jej niestety się nie udało. Pragnąc ratować honor rodu, tylko straciła przychylność braci, którzy nie chcieli uczestniczyć w jej nowym życiu.
Lyra zdawała sobie sprawę, że czeka ją trochę ograniczeń. Musiała na siebie uważać i unikać zagrożeń czy silniejszych stresów, musiała także regularnie pojawiać się w Mungu w celu kontrolowania przebiegu ciąży.
- Oczywiście, będę na siebie uważać, Archibaldzie. Nie chcę znowu przeżywać czegoś podobnego – powiedziała, ale przecież nie miała żadnej pewności, czy znowu coś się nie stanie, skoro została napadnięta w miejscu, które teoretycznie miało być bezpieczne. Jak się okazało, dekrety nic nie pomogły, bo i tak została trafiona zaklęciem na Pokątnej. Ponadto Glaucus ostrzegał ją później, że źle się dzieje... i mimowolnie poczuła niepokój.
- Trudno byłoby mi się oprzeć takiej propozycji. Będę zaszczycona, mogąc was sportretować – zapewniła. Zdecydowanie wolała przyjemnie spędzić czas w domu Prewettów, malując ludzi, z którymi miała dobry kontakt, niż malować rozkapryszone damy i spasionych, nudnych szlachciców. Po debiucie na wernisażu miała więcej klientów i była bardziej szanowana, co ją cieszyło, ale nie ze wszystkimi dobrze się współpracowało, bo byli tacy, którzy narzekali na efekty jej pracy. A niepewne siebie i swojej pozycji dziewczątko bało się utraty przychylności klientów.
Dla Lyry to było rzeczywiście dziwne, bo raczej rzadko spotykała się z podobnym stanowiskiem i otwartym przyznawaniem się do niechęci do zwierząt. Uśmiechnęła się do niego blado, a myślami cofnęła się do ubiegłego Festiwalu Lata.
- Mam nadzieję, że tegoroczny będzie równie przyjemny i pozostawi po sobie równie dobre wspomnienia – powiedziała, chociaż biorąc pod uwagę, co wydarzyło się na sabacie, i co w ogóle działo się ostatnimi czasy, trochę się obawiała. – Nie wiem, jak mi się to uda, ale spróbuję. Glaucus obiecał, że nauczy mnie sobie z tym radzić. Powiedział, że to niezbędne, jeśli chcę kiedykolwiek z nim podróżować, a tak bardzo fascynuje mnie to, ile on zobaczył i przeżył! Ja o takich miejscach mogę tylko słuchać i czytać, a chciałabym kiedyś zobaczyć na własne oczy, jak wygląda świat poza Anglią.
Zresztą, chciała też spędzać więcej czasu z mężem, poza tym zdawała sobie sprawę, że jej dzieci zostaną wychowane na Traversów, i jeśli urodzi syna, ten pewnego dnia także może zostać żeglarzem.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   10.04.17 20:48

- Lyro, naprawdę nie masz się czym przejmować - powtórzyłem i miałem zamiar powtarzać te słowa tak długo aż w końcu w nie uwierzy. Z pewnością zdawała sobie sprawę, że w tej chwili stres nie służył ani jej ani tym bardziej jej dziecku. Wbrew pozorom byłem cierpliwy, w przeciwnym wypadku trudno by mi było pracować jako uzdrowiciel, więc nie przeszkadzało mi ciągłe pocieszanie pacjentów. Dziwnym trafem moje pokłady cierpliwości znacznie się zmniejszały po wyjściu ze szpitala, ale wtedy też przestawałem być tak dokładny i zorganizowany. Doktor Prewett zostawał w pracy, a do dom wracał roztargniony Arczi.
- Z nieba nam spadasz! Nie chcieliśmy zatrudniać kogoś całkiem obcego - wytłumaczyłem, wzruszając ramionami. Nasz dom miał wiecznie otwarte drzwi i nie mieliśmy nic przeciwko poznaniu nowych osób, niemniej odnosiliśmy wrażenie, że ktoś znajomy łatwiej nas uchwyci. - Nie spieszy nam się, więc umówimy się na spokojnie jak już stąd wyjdziesz i dojdziesz do siebie - odparłem.
- Tegoroczny będzie jeszcze lepszy i pozostawi najlepsze wspomnienia - zapewniłem, od zawsze uważając coroczny festiwal Prewettów za jedno z najważniejszych wydarzeń w roku, a już na pewno za najważniejsze podczas lata. I wcale nie dlatego, że organizowała je moja rodzina - no, przynajmniej tak sobie wmawiałem. - Uda ci się - stwierdził. - Skoro masz mieć z tego tyle korzyści to na pewno ci się uda - dodałem, samemu mogąc jedynie marzyć o tak długich podróżach. Całe życie siedziałem na wyspach i zazwyczaj mi to nie przeszkadzało - miałem tutaj rodzinę, pracę, ulubione miejsce. Nawet nie miałem czasu marzyć o poznawaniu świata, ale ostatnio taka myśl zaświtała w mojej głowie i regularnie do niej wracała. Miałem ochotę się stąd wyrwać i coś zobaczyć - zdecydowanie musiałem dokładniej to wszystko przemyśleć i zaproponować Lorraine konkretny plan wyjazdu. Wydawało mi się, że chętnie na ten plan przystanie, ale musiałem również brać pod uwagę tą gorszą wersję. Zerknąłem na zegarek i niezadowolony stwierdziłem, że czas się stąd zwijać. - Muszę iść do swoich pacjentów - westchnąłem, wstając z niewygodnego taborecika. Odsunąłem go z powrotem w kąt, żeby w niczym nie przeszkadzał Lyrze, i wygładziłem limonkowy kitel. - Szkoda, że musieliśmy się spotkać w tym miejscu, ale przynajmniej umówiliśmy się na kolejne spotkanie - powiedziałem, uśmiechając się kątem ust. - Myślę, że jeszcze uda mi się do ciebie wpaść - stwierdziłem, stojąc już w progu. - Trzymaj się - pożegnałem ją i zniknąłem w tłumie limonkowych ludzi. Przerwa dobrze mi zrobiła, ale musiałem wpaść w rytm i powrócić do biegania po oddziale.

|zt fluffy




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   10.04.17 21:38

Lyra miała to do siebie, że była wrażliwa i przejmowała się często, a teraz chyba miała czym. Miała w pamięci wydarzenie na Pokątnej i strach o życie dziecka, a także późniejsze ostrzeżenie męża. Bała się o niego i o innych bliskich. Wiadomo jednak, że taki stres nie wpływał dobrze na nią ani na dziecko, więc musiała spróbować się uspokoić, co nie było takie łatwe. Dodatkowo stresował ją sam fakt bycia w ciąży i presji, jaka się z tym wiązała, ale o tym pewnie będzie myśleć więcej w kolejnych miesiącach.
Westchnęła cicho, poprawiając się w pościeli, ale i z ulgą przyjmując zmianę tematu na sprawę malowania portretu.
- Dobrze. Więc chyba jesteśmy umówieni. Liczę, że w maju uda mi się u was zjawić. Naprawdę bym tego chciała – powiedziała. Kiedy zostanie wypisana z Munga, będzie musiała zapewne dojść do siebie i zażywać dużo wypoczynku w domowym zaciszu, ale później nic nie powinno stać na przeszkodzie, żeby znowu malować obrazy. Taką miała nadzieję.
- Też mam taką nadzieję. Bardzo chciałabym go zobaczyć – rzekła po chwili, mając nadzieję, że festiwal będzie równie przyjemny i spokojny, co poprzedni i wspomnieniami cofając się do zeszłego lata. Wybrała się na festiwal z bratem, z którym wtedy jeszcze miała dobre relacje, spędziła sporo czasu z przyjaciółmi, odkryła w sobie nowy lęk... ale i przekonała się, że w niektórych wróżbach może kryć się ziarnko prawdy. Wierzyła zresztą, że Archie i jego rodzina naprawdę dołożą starań, żeby kolejny festiwal był równie udany, jak poprzednie.
Oczywiście, że i Lyra była bardzo przywiązana do swojego życia na wyspach, tym bardziej, że nie znała niczego innego, ale pod wpływem tych wszystkich fantastycznych opowieści Glaucusa i innych Traversów skrycie marzyła o zobaczeniu czegoś nowego, muśnięcia kawałka tego, co było światem jej małżonka.
Westchnęła, gdy okazało się, że Archibald musi już iść, ale zapewne miał dużo własnych obowiązków, a do Lyry wpadł tylko przy okazji.
- Dziękuję, że mnie odwiedziłeś – powiedziała jednak. Samotność w takim miejscu jak to była dość uciążliwa, bo nic nie odrywało jej uwagi od nieprzyjemnych myśli, ale wizyta Archiego poprawiła jej humor. – Wobec tego będę czekać. Pozdrów Lorraine i dzieci... I przyjdź kiedyś, jak będziesz mieć wolną chwilę, a jeśli ci się nie uda, to umówimy się kiedyś na malowanie waszego portretu.
Posłała mu lekki uśmiech, odprowadzając go wzrokiem, gdy ruszył w stronę drzwi i po chwili opuścił salę. Lyra została sama, przez chwilę wpatrując się w sufit, ale w końcu ułożyła się na boku, postanawiając się zdrzemnąć.

| zt.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Eleanore Meadowes
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t5079-eleanore-meadowes http://www.morsmordre.net/t5115-parapet-eleonory#110828 http://www.morsmordre.net/t5112-pani-meadowes#110740 http://www.morsmordre.net/f338-dom-nad-zatoka-mount-s-bay-kornwalia http://www.morsmordre.net/t5116-eleanore-meadowes#110891
uzdrowicielka
28
Czysta
Wdowa
Every minute and every hour
I miss you, I miss you, I miss you more
10
10
0
15
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   07.08.17 14:56

| 2 maja

W Mungu zwykło się żartować, że dwa dni wolnego to już właściwie urlop i powinno się na taką okazję zaplanować coś wyjątkowego. Eleanore nie czuła się jednak jakby wróciła z urlopu i bynajmniej tak nie wyglądała. Dwa dni to za mało, by odpocząć po kilku stresujących tygodniach nieustannych dyżurów. Szczególnie, gdy - jakby na złość! - świat decyduje w międzyczasie przewrócić się do góry nogami. Zamiast siedzieć z córką na plaży, bawić się gargulkami lub marnować czas w jakiś równie rozkoszny sposób, Nora nie spała przed dwie doby zajęta próbami dowiedzenia się: a) co do cholery się wydarzyło? i b) czy wszyscy jej bliscy są bezpieczni? Mimo usilnych prób nie uzyskała pełnych odpowiedzi na te dwa pytania, co też bynajmniej nie poprawiało jej humoru. Cieszyła się, że dzisiaj jej obecność jest już niezbędna w Mungu, bo zajęcie się pracą chociaż częściowo osłabiało trapiące ją poczucie bezsilności. Zgodnie z grafikiem równo o ósmej stawiła się na odprawie u ordynatora. Szpitalowi bardziej niż zwykle brakowało rąk do pracy i wszyscy uzdrowiciele byli potrzebni. Z całego kraju przybywali do nich czarodzieje, którzy w ten czy inny sposób ucierpieli w wyniku ostatnich zdarzeń. Korytarze były wypełnione oczekującymi. Ktoś nieustannie pojękiwał z bólu. Zawsze było też jakieś dziecko, które rozpaczliwie wołało matkę. Typowe odgłosy szpitala. Gdy Eleanore przemierzała kolejne części budynku w swoim limonkowym kitlu, ktoś nieustanie łapał ją za łokieć, by zapytać czy może mu pomóc. Zawsze odpowiadała z tym samym łagodnym uśmiechem, że teraz jest bardzo zajęta, ale ktoś z pewnością zaraz znajdzie chwilę i bez dalszych wyjaśnień pędziła dalej. Pod pachą ciążyła jej gruba teczka wypełniona kartami pacjentów, których musiała odwiedzić w czasie swojego porannego obchodu. Naprawdę nie miała czasu na dodatkowe zajęcia! Zwłaszcza, że z powodu całego tego chaosu, zamiast zostać na swoim oddziale, kręciła się po całym szpitalu, szukając po salach odpowiednich osób.
Wreszcie dotarła na parter. Wymieniła pozdrowienia z jedną z pielęgniarek, po czym zastukała do drzwi pokoju numer jeden, by w ten sposób zaanonsować swoje przybycie. Nie czekała jednak na zaproszenie i już sekundę później przekraczał próg pomieszczenia. Oczy uzdrowicielki były podkrążone, a skóra wyraźnie poszarzała, ale na jej ustach gościł ciepły uśmiech.
- Dzień dobry, lady Travers. - przywitała się natychmiast, jeszcze zanim przyjrzała się powierzonej jej opiece pacjentce. Widziała w kracie, że młoda arystokratka trafiła do nich jeszcze w kwietniu z podejrzeniem zagrożenia ciąży. Eleanore spodziewała się zatem dojrzeć jakąś nieznajomą z (jakże typową dla arystokratek!) wyniosłą miną i roszczeniową postawą. Zamiast tego spoglądała na niezwykle piegowatą i bardzo znajomą twarzyczkę Lyry Weasley!
Lenora wyraźnie straciła rezon. Zamarła w progu z ręką na klamce. Zmarszczyła leciutko brwi, zamrugała jakby z niedowierzaniem i ponownie zerknęła w kartę, która wciąż spoczywała na jej przedramieniu. Szybko przebiegła po niej wzrokiem upewniając się, że wszystko jest jak należy... i że siedząca w pościeli młoda kobieta to w istocie Lyra Weasley, jej niegdysiejsza pacjentka. Tylko, że już nie Weasley, ale Travers!
- Słodka Morgano. - westchnęła, ewidentnie zażenowana swoim własnym roztargnieniem. Potarła palcami nasadę nosa, a potem zamknęła za sobą drzwi. Powoli odłożyła na sąsiednie łóżko ciążący plik dokumentów. -Toż to moja ulubiona pacjentka! Powiedziałabym, że miło Cię widzieć, skarbie, ale nigdy nie cieszy mnie widok znajomych twarzy w szpitalnych łóżkach. - uśmiechnęła się nawet szerzej niż poprzednio, choć w jej oczach łatwo było dostrzec troskę. Zbliżyła się do łóżka Lyry i delikatnie przysiadła na jego brzegu. Złożyła dłonie na podołku i przebiegła wzrokiem po twarzyczce młodej lady.
- Opowiedz mi proszę, jak się dziś czujesz. - dodała zaraz, nieco ciszej i jakby... ostrożniej? Lyra wydawała się być w kiepskim stanie psychicznym, to Eleonora umiała stwierdzić już na pierwszy rzut oka. Zaczerwienione oczy, opuchnięte policzki, spierzchnięte wargi - nie trzeba być uzdrowicielem, by zauważyć, że lady Travers dużo ostatnio płacze. A przecież w jej stanie nadmierny stres był niewskazany!




Don't ever mistake my silence for ignorance my calmness for acceptance and my kindness for weakness.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   07.08.17 17:33

Lyra miała sporo szczęścia. Przespała noc na przełomie miesięcy względnie spokojnie, by dopiero rano dowiedzieć się o dziwacznych anomaliach mających miejsce w całym kraju. Jakby tego było mało, zaledwie dzień później spadła na nią kolejna tragiczna wieść przyniesiona przez matkę – Barry nie żył. Wrażliwa nastolatka wpadła w prawdziwą histerię i nie wiadomo, jak by się to skończyło dla niej i dziecka, które nosiła, gdyby nie szybko i sprawnie rzucone zaklęcia uspokajające i odpowiednie eliksiry, które ustabilizowały jej stan psychiczny zanim zdążył wywrzeć zgubny wpływ na jej osłabiony organizm.
Przespała większość dnia, wolna od niepokoju o męża i resztę rodziny oraz rozpaczy po utracie brata. Nawet jeśli się pokłócili, a ona stała się częścią innego rodu, nadal pozostawał jej rodziną. Bratem, z którym już nigdy nie naprawi relacji i zawsze będzie żyła ze świadomością, że umarł, gdy byli skonfliktowani. Już bez szans na to, że kiedyś odwołają krzywdzące słowa, które padły z obu stron i odnajdą porozumienie.
Nie powiedziano jej, co dokładnie się stało. Próbowała sobie wmówić, że to tylko zły sen albo pomyłka. Trudno było uwierzyć w to, że Barry naprawdę mógł umrzeć. Że już go nie było, tak po prostu. Ale miała też inne zmartwienia. Mąż. Dziecko. Reszta rodziny męża oraz jej własnej. Czy na pewno nic im nie groziło po tych dziwnych wydarzeniach? Przecież słyszała przez ściany swojej sali wyjątkową krzątaninę, głosy mówiące o anomaliach w magii i innych dziwnych zawirowaniach, które wpędzały młódkę w stan przerażenia.
Minęło dobrych kilka godzin i wizyty matki oraz tragicznych wieści. Lyra zaczęła się budzić, a zaklęcia i eliksiry chyba powoli traciły na działaniu, bo do dziewczęcia znowu zaczęły docierać zewnętrzne bodźce i narastający strach. Leżała w pościeli, drżąc i przygryzając spierzchnięte wargi, a po policzkach spływały łzy. Eliksir najwyraźniej wciąż jeszcze działał, powstrzymując dziewczę od gwałtowniejszej manifestacji strachu i żalu, ale nie była już zupełnie spokojna. Bała się. Najpierw incydent na Pokątnej, w wyniku którego została trafiona zaklęciem, które zagroziło jej ciąży i wywołało krwotok, a później te wszystkie dziwne wydarzenia!
Leżała na boku, a łzy spływały po jej policzkach na poduszkę. Barry nie żyje. Nie żyje, wciąż obijało się w jej myślach, widziała zbolałą twarz matki, która przyszła do jej sali żeby jej to przekazać. A teraz Lyra pragnęła schronić się w ciepłych ramionach męża i już dłużej nie myśleć, ale była sama i nie było nikogo, kto rozproszyłby jej rodzący się na nowo niepokój.
Wtedy usłyszała skrzypnięcie drzwi i przez mgłę lekkiego otępienia przedarł się kobiecy głos, który rozpoznała dopiero po chwili. Podniosła się nieznacznie, a kobieta mogła zobaczyć zapłakaną, piegowatą buzię, potargane włosy i smutne, wystraszone spojrzenie. Oczywiście, że Lyra ją pamiętała i to jeszcze ze swojego dawnego pobytu na oddziale urazów pozaklęciowych, gdzie spędziła sporo czasu i poznała niektórych uzdrowicieli.
- Barry... Mój brat... nie żyje – wyszeptała drżącym głosem, wciąż zbyt odrętwiała, by silić się na grzeczne powitania; zapewne podczas swojego dawnego pobytu wspominała o braciach. I o swojej pasji do malarstwa. Ale później wiele się zmieniło; skończyła Hogwart, zaręczyła się, wyszła za mąż, w międzyczasie spełniła marzenie o zostaniu malarką... Nie była już biedną Lyrą Weasley, a lady Travers, żoną swojego męża... i przyszłą matką jego dziecka.
- Ja... Boję się. Te dziwne wydarzenia... Proszę mi powiedzieć, co się dzieje – powiedziała cicho, a po jej policzkach wciąż spływały łzy. Bała się, jak to wszystko może wpłynąć na jej nienarodzone dziecko, bała się też, że oprócz Barry’ego ktoś z jej bliskich również mógł ucierpieć w wyniku tych dziwnych zdarzeń, których istoty zupełnie nie rozumiała.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Eleanore Meadowes
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t5079-eleanore-meadowes http://www.morsmordre.net/t5115-parapet-eleonory#110828 http://www.morsmordre.net/t5112-pani-meadowes#110740 http://www.morsmordre.net/f338-dom-nad-zatoka-mount-s-bay-kornwalia http://www.morsmordre.net/t5116-eleanore-meadowes#110891
uzdrowicielka
28
Czysta
Wdowa
Every minute and every hour
I miss you, I miss you, I miss you more
10
10
0
15
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   07.08.17 19:10

Dziś, po ponad pięciu latach pracy w szpitalu, Eleanore nie byłaby w stanie przypomnieć sobie jak wielu ludzi miała okazję leczyć. A przecież każdy z nich miał jej do opowiedzenia jakąś historię, każdy miał jakieś imię! Niektórzy, tak jak Lyra, wyjątkowo mocno zapadli jej w pamięć. Wszak rozpoznała rudowłosą natychmiast i tylko nazwisko w karcie nijak jej się nie zgadzało. Bo przecież to była ona! Panna-wtedy-jeszcze-Weasley: niewinne, piegowate dziewczątko, które z winy pozaklęciowych komplikacji tkwiło na szpitalnej sali zamiast w murach Hogwartu. Młodzi przebywający w szpitalu zawsze zyskiwali u Eleanore specjalne względy. Trudno jej było wyobrazić sobie jak okropnym przeżyciem musi być dla dziecka oderwanie od znajomej codzienności, od rodziny i przyjaciół. Przy maleńkich dzieciach, matki mogły zostawać na całą noc, oczywiście. Ale przecież nikt nie może porzucić pracy, by czuwać przy nastoletnim podrostku. Oni musieli zachowywać się jak dorośli, nawet jeśli cierpieli z powodu urazów; nawet jeśli chcieli, by mama była obok - utuliła i zapewniła, że wszystko będzie dobrze. Eleanore nie mogła zastąpić niczyjej matki, bo jedyne dziecko pragnące jej uścisków bezpiecznie czekało na nią w Kornwalii. Ofiarowywała jednak młodym pacjentom słowa pełne wsparcia, ciepłe uśmiechy i obietnice rychłej poprawy. Zabawiała ich rozmową, przynosiła książki, poświęcała kilka minut swojej bezcennej przerwy, by choć odrobinę im ulżyć. Lyra nie była wyjątkiem. Wręcz przeciwnie, należała do tych pacjentów, którzy ochoczo włączali się do dyskusji. Eleanore do dziś pamięta, że młodziutka Lyra chciała zostać malarką.
Trudno ocenić czy spełniła akurat to marzenie. Ale dwa lata wiele zmieniły. Lady Travers spoglądała na nią załzawionymi oczyma, w których błyszczało najprawdziwsze udręczenie. Eleanore zlękła się na ten widok. Cóż takiego przytrafiło się tej dziewczynie?! Lyra szybko rozwiała wątpliwości swojej uzdrowicielki, wypowiadając smutne słowa o swoim bracie. Bo przecież byli jacyś rudowłosi młodzieńcy odwiedzający ją na sali. A może wcale nie byli tacy młodzi..? Akurat tego pani Meadowes nie mogła już sobie przypomnieć. Zbyt mocno pochłaniała ją rozpacz widoczna na twarzy dziewczyny. Serce starszej czarownicy zadrżało boleśnie na myśl o utracie brata - bo przecież Rufus, jej kochany Rufus! - potrafiła to sobie przynajmniej wyobrazić. I tylko od tego cierpła jej skóra na całym ciele.
- Och, skarbie. Tak strasznie mi przykro. - powiedziała ze szczerym przejęciem, ujmując jednocześnie drżące dłonie Lyry. Jak to możliwe, że zostawiono ją tutaj samą w takich okolicznościach? Pogrążona w żałobie, pozbawiona wszelkich informacji o reszcie najbliższych! Gdzieś we wnętrzu Eleanore zabłysła iskra gniewu. Obiecała sobie, że w stosowny sposób wyjaśni ostatniemu dyżurującemu lekarzowi jego nieodpowiedzialność. Zaraz jednak przypomniała sobie o chaosie panującym na wszystkich korytarzach Munga i jej gniew zelżał. Pozostawienie Lyry bez stałego nadzoru było karygodne, ale w zaistniałych warunkach, gdy na innych oddziałach ludzi wykrwawiali im się na rękach po rzuceniu najprostszego Lumos...
- Sama bardzo chciałabym wiedzieć. -  westchnęła miękko, jednocześnie delikatnie pocierając lodowate dłonie Lyry, by przywrócić w nich właściwe krążenie. Dotyk bliskiej osoby z pewnością przyniósłby jej więcej pożytku, ale w chwili takiego rozbicia emocjonalnego każdy ludzki gest mógł pomóc jej się uspokoić. Nora chciała się póki co wstrzymać z otępianiem jej magią leczniczą. Odwlekanie tych wszystkich złych wieści w czasie nie będzie w żaden sposób pomocne. Prędzej czy później, Lyra i tak będzie musiała się z nimi zmierzyć.
- Nadal nie jest pewne co doprowadziło do tych magicznych anomalii. Zaszło sporo zmian w Ministerstwie i pewnie dopiero kiedy opanują chaos w kraju zajmą się wyjaśnianiem okoliczności tego zajścia. - mówiła cicho, starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej kojące brzmienie. Nie była nawet pewna na ile lady Travers ją rozumie, jej spojrzenie wciąż było niespokojne. - Magia płata nam figle. Ale obiecuję, że tutaj jesteś bezpieczna. Ty i Twoje maleństwo. - ostatnie słowa zaakcentowała wyraźnie, usiłując jednocześnie złapać spojrzenie dziewczyny i wymóc na niej większą uwagę.
- Bardzo mi przykro, że tak wiele kłopotów jednocześnie spadło na Twoją głowę. Ale teraz proszę, powiedz mi jak się czujesz, żebym mogła pomóc tak jak potrafię najlepiej. Czy coś Cię boli? Czy chciałabyś dostać coś na uspokojenie nerwów? Widzę, że cała drżysz.




Don't ever mistake my silence for ignorance my calmness for acceptance and my kindness for weakness.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   07.08.17 20:54

Lyra nigdy nie lubiła przebywać w murach Munga, ale musiała tam spędzić pewien czas – trudno było uwierzyć, że to było prawie dwa lata temu. Szczęśliwie doszła do siebie i z biegiem czasu komplikacje po zaklęciu przestały jej dokuczać, chociaż musiała o siebie dbać i być ostrożna. Niestety, jak się okazywało miała tendencje do wpadania w tarapaty i zwykły, niewinny wypad na Pokątną zakończył się uderzeniem zbłąkanego zaklęcia i krwotokiem, który osłabił ją tak mocno, że musiała tu pozostać. To było kilka dni temu i była na naprawdę dobrej drodze, by dojść do siebie i niedługo stąd wyjść... gdyby nie te dziwne anomalie i śmierć Barry’ego. Wszystko to sprawiło, że dziewczę znowu popadło w głęboki lęk, a najbliższa przyszłość zdawała malować się w czarnych barwach.
Przez cały ten czas pozostawała w sali, ale słyszała rozgardiasz i podniesione głosy, zabiegani uzdrowiciele wpadali tylko na chwilę, by podawać jej eliksiry i odnawiać zaklęcia, ale nikt nie miał czasu, żeby powiedzieć jej coś więcej. Nawet mąż jeszcze u niej dzisiaj nie był (tak jej się przynajmniej wydawało – w końcu sporą część dnia przespała zmożona eliksirami), przez co zaczęła naprawdę się o niego martwić. Czuła się samotna, ale musiała mierzyć się ze swoimi lękami, w czym pomogła jej wcześniej magia lecznicza. Niestety powoli odpływała i Lyra znowu zaczynała się bać.
Dobrze było choć na chwilę mieć towarzystwo. Dlatego mimo całej tej atmosfery niepewności ucieszyła się z wizyty znanej już sobie uzdrowicielki, która niespełna dwa lata temu podnosiła ją na duchu, gdy mozolnie dochodziła do siebie po klątwie i której pokazywała swoje rysunki. Polubiła ją, uważała, że to dobrze, że pacjenci byli pod opieką tej sympatycznej i wrażliwej kobiety.
Jej spierzchnięte usta zadrżały lekko, ale zielone oczy podniosły się, by spojrzeć na Eleonore. Pozwoliła, by kobieta chwyciła jej drobne, blade dłonie; ten krótki, ciepły uścisk miał w sobie coś kojącego, tak samo jak zainteresowanie i poświęcenie jej chwili czasu, który zapewne był teraz bardzo cenny, gdy tyle się działo. Ale wystraszona Lyra potrzebowała teraz nawet drobnych gestów, które pomagałyby jej nie myśleć o tragediach.
- Dziękuję – szepnęła. – Nie zniosłabym myśli... że coś mogłoby mu się stać – spojrzała w dół, na kołdrę; miała na myśli swoje dziecko, swoje nienarodzone maleństwo, które jeszcze nie zdążyło przyjść na świat, a już było zagrożone. Ale nie tylko o nie się bała. – Czy mój mąż... Chciałabym go zobaczyć – szepnęła; miała nadzieję, że Glaucus był cały i zdrowy. Że spędził tę noc spokojnie w Norfolk i niedługo tu przyjdzie, oby z dobrymi wieściami. Lyra zdążyła bardzo się z nim zżyć, polubiła też jego rodzinę, więc o nich też się martwiła. O jego rodziców i rodzeństwo, którzy przyjęli ją po ślubie jako jedną z nich. Nie zniosłaby myśli, gdyby coś mu się stało, bo te wszystkie wydarzenia, groźba utraty dziecka, śmierć Barry’ego i anomalie uświadomiły jej, że czuła do niego coś więcej. – Mam nadzieję... że to się niedługo skończy. Cokolwiek się stało... i dlaczego.
To wszystko było jedną wielką tajemnicą. Nie pamiętała, by za jej życia zdarzyło się coś podobnego, by magia dawała o sobie znać w niekontrolowany i często groźny sposób. Magia była częścią ich świata, czymś naturalnym i normalnym... Ale z jakiegoś powodu nagle przestała taka być.
- Chyba... mnie nie boli – szepnęła, cofając jedną dłoń i ostrożnie dotykając nią brzucha. Jej głos drżał, zdradzając targające nią emocje. – Ja tylko... boję się o nich wszystkich. Boję się, że nie tylko Barry... – Na ten moment wciąż myślała, że Barry był ofiarą anomalii. Nie znała prawdziwych przyczyn jego śmierci. – Chciałabym się nie bać. – Eliksiry i zaklęcia mogły przytępić jej niepokój, ale niestety nie wyeliminują przyczyny jej niepokoju. Prędzej czy później znowu będzie musiała zmierzyć się ze swoimi lękami o najbliższych oraz o przyszłość, która nigdy nie wydawała się równie mroczna.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Eleanore Meadowes
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t5079-eleanore-meadowes http://www.morsmordre.net/t5115-parapet-eleonory#110828 http://www.morsmordre.net/t5112-pani-meadowes#110740 http://www.morsmordre.net/f338-dom-nad-zatoka-mount-s-bay-kornwalia http://www.morsmordre.net/t5116-eleanore-meadowes#110891
uzdrowicielka
28
Czysta
Wdowa
Every minute and every hour
I miss you, I miss you, I miss you more
10
10
0
15
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   08.08.17 13:08

Przybywając tego ranka do szpitala spodziewała się wszechobecnego niepokoju i była na to przygotowana psychicznie. Wypracowała już sobie pewną odporność na dobiegające zewsząd jęki i szlochy. Empatia była ważną cechą u uzdrowiciela, ale nie można było pozwolić, by przejmowała kontrolę. Gdyby Eleonore nie umiała powściągnąć swoich uczuć płakałaby przecież nieustannie, przejęta losem swoich podopiecznych. Dziś było to nawet trudniejsze niż zwykle z uwagi na tłumy ciągnące do szpitala po pomoc. Do tej chwili radziła sobie tak dobrze! Bez trudu skupiała się na obowiązkach, by w ten sposób ograniczyć niechciane reakcje ze strony własnego ciała. Teraz jednak jej samokontrola zadrżała w posadach. Zapewne dlatego, że Lyra miała znajomą twarz i jej los (jakkolwiek nie chciałaby się do tego głośno przyznawać) obchodził ją odrobinę bardziej niż tych anonimowych ludzi oczekujących na jej przybycie w innych salach. Jakby tego było mało, Eleanore z łatwością utożsamiała własne wspomnienia z aktualnymi problemami lady Travers. Doskonale znała targający sercem ból po stracie ukochanej osoby i obezwładniający lęk matki o dziecko. Oczy nieco jej zwilgotniały, gdy tak przyglądała się zrozpaczonej szlachciance i był to dla niej wyraźny sygnał, że należy wziąć się w garść. Skarciła się w duchu za nieprofesjonalne podejście i głębszym wdechem uspokoiła serce, które coraz boleśniej kołatało o żebra. To nie czas i nie miejsce na wspomnienia własnych przeżyć. Przypomniała sobie, że jej córka jest bezpieczna w domu, a ona jest teraz w pracy. Dobro pacjentów było priorytetem.
Skupiła się więc na Lyrze: nie tylko na tym co mówiła, ale także na tym co dostrzec mogło jedynie sprawce oko uzdrowiciela. Szybki, urywany oddech. Rozszerzone źrenice. Zimne i wilgotne dłonie. Kiedy Lyra cofnęła jedną rękę, by opiekuńczym gestem dotknąć brzucha, Eleanore skorzystała z okazji i sięgnęła do kieszeni fartucha, by wyciągnąć z niego kieszonkowy zegarek. Przesunęła palce na nadgarstek młodej lady i ucisnęła palcami tak, by wyczuć puls. Przez kilka sekund obserwowała poruszającą się nieśpiesznie wskazówkę, jednocześnie licząc w myślach każde szybkie uderzenie serca rudowłosej kobiety. Gdy otrzymała wynik, minimalnie zmarszczyła brwi. Zdecydowanie zbyt wysokie tętno. Dziewczyna bez wątpienia przechodziła właśnie atak paniki.
- Zaopiekujemy się Tobą i Twoim maleństwem, tym nie musisz się już martwić. - powtórzyła swoją obietnicę bez najmniejszego wahania. Z cichym trzaskiem zamknęła zegarek i ponownie schowała go do kieszeni fartucha. Teraz puściła już obie dłonie Lyry i zamiast tego wychyliła się w kierunku pustego łóżka, na którym zostawiła swoje dokumenty. Otwarła teczkę na kolanach, przekartkowała kilka plików i szybko odnalazła listę ostatnich leków podanych dziewczynie.
- Lord Travers nie pojawił się jeszcze dzisiaj w szpitalu, ale to dlatego, że jesteśmy przed godzinami odwiedzin. Jest dopiero chwilę po ósmej, skarbie. Zaznaczę w recepcji, by wpuścili go do Ciebie, gdy tylko się pojawi. - posłała jej uspokajający uśmiech i wyciągnęła z kieszeni służbowe pióro, które dla wygody użytkowania nie wymagało kałamarza. Jego końcówka zaskrobała cichutko, gdy Lenora dopisywała swoje obserwacje do notatek poprzednich uzdrowicieli. Po chwili znów podniosła jasne oczy na swoją pacjentkę. Chciałaby przysiąc jej, że ten chaos niebawem dobiegnie końca, ale akurat tego nie mogła zrobić. Miała jedynie swoją własną głęboką nadzieję, że tak faktycznie się stanie.
- Czy czujesz ból w klatce piersiowej? Duszności? Zawroty głowy? - zapytała wciąż tym samym, łagodnym tonem. Każdą odpowiedź skwapliwie wpisywała do karty. Potem zakreśliła coś jeszcze w kółko i zamknęła teczkę z piórem wciśniętym pomiędzy strony tak, by nie zgubić właściwej kartki. - Za minutę do Ciebie wrócę. - oznajmiła z kolejnym uśmiechem, po czym z papierami znów wciśniętymi pod ramię opuściła pomieszczenie krokiem tak energicznym, że fartuch powiewał za nią niczym osobliwe skrzydła. Powędrowała do urzędującego na tym piętrze alchemika, od którego odebrała fiolkę eliksiru na uspokojenie. Z nim wróciła do sali Lyry i znów zajęła miejsce na brzegu łóżka.
- Ten eliksir złagodzi objawy lęku. - obwieściła, wręczając jej odkorkowane naczynie. Póki magia szalała, wolała (wyjątkowo!) zaufać przygotowanym wcześniej miksturom, a nie własnej różdżce.




Don't ever mistake my silence for ignorance my calmness for acceptance and my kindness for weakness.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   08.08.17 16:50

To na pewno był trudny czas dla wszystkich, ale Lyra miała teraz na głowie własne tragedie i lęki, które absorbowały ją na tyle mocno, że nie była w pełni świadoma powagi sytuacji rozgrywających się wydarzeń. Najważniejsi byli jej bliscy, przede wszystkim małżonek i nienarodzone dziecko. O nich martwiła się dużo bardziej niż o bezimiennych, nieznanych ludzi, choć miała wielką nadzieję, że cokolwiek się dzieje, szybko ustanie i te wszystkie tragedie także się skończą. Pragnęła żyć w spokojnym, bezpiecznym świecie, w jakim dorastała. Chciała urodzić i wychować dziecko, być może kiedyś doczekać się kolejnych, i w końcu powoli zestarzeć się u boku męża w rodowym dworku. To było jej małe, choć może egoistyczne marzenie. Nieświadoma tego, co działo się wokół, tego, że jej bliscy narażali się, by ratować świat, ona żyła w swoim świecie i snuła swoje naiwne marzenia o pięknej, kolorowej przyszłości. Jak przystało na artystkę, była marzycielką, ale była też wrażliwa i podatna na grozę tego, co wcale nie było piękne i dobre.
Jej ciałko także reagowało na niepokój poprzez wyjątkową bladość, szybkie bicie serca, niespokojny oddech i zimne dłonie. Siedziała oparta o poduszkę, drżąc pod okrywającą ją kołdrą. Naprawdę miała nadzieję, że kobieta miała rację i nie groziło im tu żadne niebezpieczeństwo, i że nie musiała się martwić.
Okazało się też, że straciła poczucie czasu i że w rzeczywistości upłynęło go mniej niż myślała od wizyty matki. Może eliksiry zamroczyły ją na tyle, że straciła kontakt ze światem wewnętrznym i była całkowicie przekonana, że jest popołudnie. Mogła więc mieć nadzieję, że mąż później do niej przyjdzie i opowie jej, co się działo i czy u Traversów wszystko w porządku. Miała nadzieję, że tak.
- Och – powiedziała cicho. – Nie wiedziałam, że jest tak wcześnie... Będę więc na niego czekać. Mam nadzieję, że przyjdzie, gdy tylko będzie mógł, bo nie wiem jak długo... zniosę tę niepewność.
Gdy leżała w Mungu, zwykle odwiedzała ją jej matka, mąż, a czasami wpadała jego siostra lub matka, które pomagały dziewczęciu odnaleźć się w nowej rodzinie, a teraz okazywały jej wsparcie gdy leżała tutaj dochodząc do siebie po tamtej niebezpiecznej sytuacji. Była samotna głównie wieczorami i nocami, ale w obecnym czasie samotny czas niepokojąco się dłużył i czekała, aż ktoś do niej przyjdzie i przyniesie wieści. Oby tym razem lepsze niż te, które przyniosła mama. Oby tym razem czekały ją dobre wieści o tym, że reszta ważnych dla niej osób była bezpieczna.
- Nie – odpowiedziała na zadane jej pytania. – Może tylko trochę mi... słabo. Ale ostatnio często się tak czuję.
Lyra była osłabiona, ale chyba bardziej cierpiała na duchu niż na ciele. To we wnętrzu jej umysłu istniały jej obawy i lęki, nawet jeśli miały wpływ też na reakcje jej organizmu. Pozostała na miejscu, gdy kobieta na chwilę wyszła, by później wrócić z eliksirem. Ostrożnie chwyciła fiolkę i wypiła jej zawartość. Po chwili zaczęła odczuwać, jak ogarnia ją spokój. Bicie serca i oddech zwolniły, spojrzenie stało się bardziej spokojne i nieco zamglone, a troski znowu odsunęły się na boczny plan i skryły za mgłą eliksirowego otępienia. Niestety wiadomo było, że w końcu powrócą.
- Chyba czuję się lepiej – powiedziała po chwili. Jej głos brzmiał już spokojniej, nie drżał tak mocno, jak chwilę temu. Eliksir zaczynał na nią działać. – Ale wciąż trudno mi uwierzyć, że jego naprawdę... już nie ma. Zanim umarł, pokłóciliśmy się... I nigdy więcej nie będę mogła z nim porozmawiać – mówiła, a jej spojrzenie przesunęło się na moment w bok, by potem znowu wrócić do uzdrowicielki. – Czuję się... Och, naprawdę wolałabym, żeby to wszystko było złym snem. Chciałabym teraz... obudzić się w swoim łóżku... i przekonać się, że wszystkie wydarzenia ostatnich dni... to tylko wyjątkowo długi koszmar.
Nie rozpłakała się, choć zacisnęła lekko drobne dłonie, czując, jak wypełnia ją złość, że te złe anomalie zabrały jej brata i wciąż mogły stanowić niebezpieczeństwo. Eliksir działał dobrze, ale mimo tego myśli dziewczyny wciąż jeszcze uciekały do nurtujących ją problemów, a ona sama próbowała nacieszyć się tą chwilą, gdy nie była sama i ktoś się nią interesował.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   06.09.17 0:23

Pognała korytarzem dużo szybciej, niż jej guwernantka przewidywała i zdecydowanie - nie nadążyła za dziesięciolatką, która nabrała sił, widząc jak pulchne policzki Gertrudy nabierają śmiesznej czerwieni. Liliana nie lubiła siedzieć w miejscu, a czekanie w pustej sali, w której tak brzydko pachniało było ostatnim, na co miała ochotę. Mama mówiła, że tato już się czuje lepiej i musi z nim porozmawiać i Lila na swój dziecięcy sposób wierzyła, że jej nie oszukiwano. Przecież była ważna! była najmłodsza z trójki rodzeństwa, a tylko ją zabrano w brzydkie mury Munha. Te wszystkie nazwy też były zabawne i, gdyby chociaż pozwolili jej pobiegać po korytarzu, goniąc śmieszne, przyklejone do ścian cienie - bawiłaby się  o wiele lepiej.
Jasne włoski, w lokowanych puklach podrygiwały za każdym razem, gdy w podskokach gnała przez korytarz w końcu znikając z oczy pędzącej za nią guwernantki. Blady róż sukieneczki i kokarda wiązana na plecach zbyt łatwo wskazywał jej obecność, jako niepożądaną i dlatego musiała się schować. Och! zabawa w chowanego byłaby taka urocza, może panna Gertruda chciała się z nią tylko pobawić? Wiedziona szaleńczy biegiem myśli (i własnych stópek), początkowo planowała schować się pod wysokim stolikiem, ale już z daleka widziała, że będą wystawać jej nóżki! I w nagłym impulsie, widząc uchylone drzwi gdzieś po prawej stronie z impetem wparowała do środka, by zatrzymać się gwałtownie, niemal ze ślizgiem tuz przed łóżkiem, na którym była Pani. Wydęła usteczka, a dwa błękity oczu wlepiła w miedziany blask, który otulał twarz nieznajomej - Czy pani włosy są prawdziwe? - wypalił bez zastanowienia - Widziałam księżniczki z jasnymi włosami, czy jest pani księżniczką? - Lila nie zastanawiała się, że przeszkodziła, że mogła sprawić jakikolwiek kłopot, że jej potok słów może zostać nawet zignorowany, aferując się widokiem, który wykwitł na ustach szerokim uśmiechem.
- Bawię się w chowanego! - dodała nagle, przypominając sobie cel swojej niekończącej się podróży, zmieniając temat i z gracją małej baletnicy. Czy słyszała ciężki odgłos pantofli jej opiekunki? - Gdybym miała różdżkę, to nikt by mnie nie znalazł, ale mi nie pozwalają używać - wydęła usta ze smutkiem i pomknęła do okna i jednej z zasłoń, która kryła ścianę, zwalniając kroki tuż przed granicą ścieżki. Uniosła drobne rączki i zniknęła za kotarą. Para różowych bucików wystawała zza zasłony.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.


Ostatnio zmieniony przez Ain Eingarp dnia 11.09.17 13:08, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   06.09.17 15:28

Lyra porozmawiała jeszcze chwilę z Eleonore, ale kobieta musiała udać się do innych pacjentów. Młódka pożegnała ją cicho, ciesząc się, że znalazła dla niej chociaż chwilę na rozmowę i podniesienie ją na duchu w tych trudnych chwilach. Osamotnione, zrozpaczone dziewczę potrzebowało teraz towarzystwa kogoś, kto po prostu rozumiałby jej strach i ból po utracie brata, ale podany jej eliksir trochę stępił najsilniejsze emocje, zupełnie jakby opadł na nie gruby woal. Ona sama też czuła się nieco przytępiona i oderwana od rzeczywistości, nie do końca wiedziała, czy z powodu eliksiru, czy rozpaczy.
Jej wiotkie ciałko drżało pod kołdrą, a po policzkach wciąż spływały łzy, jednak wciąż siedziała na łóżku i wpatrywała się w przestrzeń pustym, zamglonym wzrokiem. Nie wiedziała, ile czasu minęło od momentu wyjścia Eleonore, kiedy nagle usłyszała skrzypnięcie drzwi; przez krótką chwilę miała nadzieję, że to jej mąż, albo ktoś z jego rodziny przyszedł dotrzymać jej towarzystwa kiedy opłakiwała utratę Barry’ego, ale ku swojemu zdumieniu, w drzwiach dostrzegła dziewczynkę.
Nie była pewna, ile lat miało to dziecko. Mała raptownie wpadła do sali, zatrzymując się tuż przed łóżkiem Lyry. Młódka podniosła wzrok, patrząc prosto na nią; jej zielone oczy były nieco zamglone, ale mimo to przez moment błysnęło w nich zdziwienie. Ich spojrzenia spotkały się i dopiero po chwili dotarł do niej sens słów dziewczynki.
- Tak, są prawdziwe – szepnęła, przeczesując palcami długie, rude i obecnie nieco potargane kosmyki, które i tak wydawały się bardziej wyblakłe niż zwykle. Próbowała je zmienić, ale metamorfomagia okazała się oporna. Po piegowatych policzkach Lyry znowu spłynęło kilka łez. – Księżniczki wcale nie muszą mieć tylko jasnych włosów – uśmiechnęła się smutno, mimowolnie przypominając sobie dziecięce baśnie i zdając sobie sprawę, że jej życie w pewnym sensie przypominało to bajkowych bohaterek. Biedna, niepozorna dziewczynka poślubiająca wspaniałego księcia z bajki i całkowicie odmieniająca swoje dotychczasowe życie. Oby tylko czekało na nich ich własne szczęśliwe zakończenie; na razie nie zawsze było tak bajkowo. Nie, kiedy problemy wciąż uparcie przypominały o pełnej grozy rzeczywistości. Jak dzisiaj. Dzisiejszy dzień na pewno nie był jak z bajki. – Nie wiem, czy nią jestem, ale... chyba mogę się nią czuć u boku pewnego bajkowego księcia. – Mimo całego smutku uśmiechnęła się do tego dziecka, niewinnego i naiwnego, być może wciąż wierzącego w baśniową rzeczywistość. Pewnie nieświadomego tego, że życie nie zawsze było bajką, nawet w przypadku szlachetnie urodzonych dziewcząt. Ale naiwny świat nieznajomej dziewczynki rozczulił ją i przypomniał, że przecież też kiedyś taka była. Pod pewnymi względami wciąż była bardzo naiwna, ale czuła też, że przestała być dzieckiem w momencie, gdy zaczęła widzieć tą nieidealność świata i zderzyła się boleśnie z rzeczywistością. Ale nie zamierzała uświadamiać dziewczynki, zbyt mocno urzeczona jej niewinnością i pogodą ducha w tym okropnym dniu. Powinna móc cieszyć się tym możliwie jak najdłużej.
I nie przeszkadzała jej obecność tego dziecka; dzięki niej mogła oderwać myśli od smutków i skupić się przez chwilę na niespodziewanym gościu, który potrafił być szczęśliwy nawet gdy wokół działo się tak źle.
- Powiedz, jak masz na imię? – zapytała cicho, obserwując ją, gdy mała schowała się za starą, wyblakłą zasłoną. Wciąż było jej spod niej widać różowe buciki, nie była to zbyt skuteczna kryjówka, ale w tej sali nie było ich zbyt wiele. Pozostawała opcja schowania się za parawanem, zasłoną lub pod którymś z łóżek, choć pod tymi pewnie czaiły się kłęby kurzu. Ale Lyra mimowolnie przypomniała sobie, że sama też bawiła się kiedyś w chowanego, i nawet w Hogwarcie lubiła wyszukiwać sobie różne kryjówki, gdzie mogła w samotności oddawać się rozmyślaniom lub twórczemu natchnieniu.
- Kiedyś też bawiłam się w chowanego, wiesz? – odezwała się jeszcze. – Gdy trafisz do Hogwartu, będziesz miała tam tyle kryjówek, ile tylko zapragniesz.
Ta mała, obskurna salka nie mogła się równać z wielkim, starym zamczyskiem pełnym tajemnych korytarzy, nieużywanych sal, wnęk i innych fascynujących zakątków.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   11.09.17 13:12

W dziecięcej głowie nie było za wiele miejsca na analizy i zastanawianie się nad sytuacją. Tym bardziej Lila, która przypominała bardziej żywe srebro, nieustannie w ruchu bezskutecznie zatrzymywana na dłużej przy stoliku z lalkami. Dziewczynka nie umiała długo usiedzieć tym bardziej, gdy wisiała nad nią grubsza guwernantka, która bez przerwy powtarzała, jak ma się zachowywać, czego nie robić i mówić. Czasami było miło, gdy pozwalali jej usiąść do fortepianu, ale gdy tylko kazano jej grać smętne tony - Liliana przerywała. Oczywiście tylko wtedy, gdy nie patrzeli rodzice. Właściwie, ostatnio, gdy nie patrzyła matka, bo tato coraz częściej pozostawał w murach szpitala. Nie widziała go od dłuższego czasu, ale nie przejmowała się tym mocno. Ojciec rzadko poświęcał jej czasu i w wizji małej przypominał bardziej odległą personę nazywaną "tatą" i obdarzaną nieskazitelnym szacunkiem. I nawet dziś, kiedy cicho wierzyła, że go zobaczy, pozbawiono ją szansy, zostawiając na korytarzu z guwernantką. Nie podobało jej się to i myśl, że zabawa odciągnie ją od bezczynnego siedzenia była zbyt kusząca, by nie wprowadzić go w życie.
Poruszyła się niespokojnie, gdy gdzieś za lekko uchylonymi drzwiami usłyszała charakterystyczny tupot ciężkich obcasów. Wydęła ciemny róż drobnych ust, ale momentalnie wróciła do nieznajomej, której włosy błyszczały w bladym świetle, które umykało przez okna - W książeczkach widziałam tylko z jasnymi - wzruszyła ramionkami w dziecięcym roztargnieniu - ale pani wyglądałaby tam ładnie,
ale w zielonej sukience
- przekręciła głowę w bok, próbując ocenić swoja rozmówczynię - tato mówił, że rudy nie jest ładny, ale musiał się mylić - dodała po zastanowieniu, zaplatając palce przed sobą, by pochwycić brzeg wyciągniętej wstążki. Spojrzała w dół, jakby niepewna koloru własnej odzieży i uśmiechnęła się radośnie - cały czas ubierają mnie w różowe, czy to jest ładny kolor? - przy każdym słowie poruszała głową, wywołując błyski na lokowanych puklach, które wydawały się cały czas łaskotać dziecięcą buzię.
- Spotkałaś księcia? Jaki jest? Kochacie się? - drobne usteczka rozchyliły się w nieskrywanej fascynacji, gdy płynęły kolejne pytania, bez ustanku, jak płynna lawa - pani Gertruda mówi, że to tato mi wybierze księcia - wydęła usta w niezadowoleniu - wolałabym sama, takiego też z książeczki, bo wszyscy chłopcy są ... - zawiesiła głos, jakby własnie mówiła coś nieodpowiedniego - ...ale pani na mnie nie naskarży? - zmrużyła oczka i w tej chwili pognała za brzydką zasłonę. Czy była to chęć ukrycia, czy też ponowne dźwięki słyszane na korytarzu sprawiły, że szukała minimalnej ochrony. Nie chciała wychodzić. Pani na łóżku przynajmniej nie zbywała jej kolejnych pytań i nie próbowała zmusić do milczenia - Lila, to znaczy...Lillianna Ursula - poprawiła się, wychylając nieznacznie z niezbyt dobrej kryjówki. Zatrzymała maleńka dłoń na ciężkiej materii zasłony, podpierając się na niej - Nie pójdę do Hogwartu - odpowiedziała nieco ciszej - za tydzień mam urodziny i dostanę list z Francji - dziewczynka nie była pewna, czy miała się cieszyć czy nie. Starsze rodzeństwo po kolei odnajdowało się w europejskiej szkole, a Lila nie miała być wyjątkiem - myśli pani, że tam też znajdę dobre kryjówki? - powoli wysunęła się zza kryjącej ją materii i przestąpiła z nogi na nogę.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   13.09.17 19:28

Lyra też kiedyś była dzieckiem, i to wcale nie tak dawno temu, choć ostatnimi czasy niekiedy wydawało jej się, że miało to miejsce dawniej niż w rzeczywistości. Może to przez te wszystkie nagłe zmiany w życiu? Nie wiadomo. Jako dziecko była spontaniczną, naiwną i nieświadomą wielu rzeczy osóbką, dopiero później uświadomiła sobie, że na świecie były obecne podziały, i że ona była tą gorszą w oczach sporej części szlacheckich dzieci od początku przygotowywanych do takiego życia. I w jej życiu ojciec był nieobecny, jako że zaginął i będąca wówczas dzieckiem Lyra uznała go za martwego, do tej pory nie potrafiąc w pełni przyjąć do wiadomości, że jednak żył.
Teraz pojawienie się nieznajomej dziewczynki rozproszyło złe myśli i obawy, a uwaga dziewczęcia skoncentrowała się właśnie na niej. Ucieszyła się z jej obecności, bo dawno nie spotkała kogoś, kto bez względu na to, co złego się działo, zachowywał taką szczerą, dziecinną beztroskę i radość.
Uśmiechnęła się lekko słysząc jej słowa, nigdy wcześniej nikt nie uznawał jej za księżniczkę, nawet dzieci. Niewielu też uznawało ją za prawdziwą szlachciankę, ponieważ odstawała dość mocno od rówieśniczek z tego środowiska, nawet jeśli później starała się ten dystans zmniejszyć. Po słowach dziewczynki mogła jednak dojść do wniosku, że być może miała do czynienia z młodą panienką z ważnego rodu, poza szlacheckimi rodzinami pewnie raczej nie praktykowano aranżowanych małżeństw, tak jej się przynajmniej wydawało.
- Rude włosy też mogą być ładne i odpowiednie dla małych księżniczek – powiedziała, przelotnie gładząc swoje kosmyki. – Chociaż nie pasowałyby do różowego koloru, więc rude księżniczki muszą ubierać się w inne barwy. Na przykład zielony – dodała, uświadamiając sobie, że od czasu ślubu najczęściej nosiła ubrania w odcieniach niebieskiego, choć oczywiście lubiła zieleń. Niestety nie wypadało na ważne wyjścia przywdziewać kolorów innego rodu, więc nie wszędzie mogła udać się w zielonych barwach.
Przygryzła wargę, słysząc bezpośrednie (jak to bywało u dzieci) pytanie o to, czy kochała swojego księcia. Niestety nie wiedziała, jak to wyglądało w jego przypadku, ale po chwili skinęła głową.
- Mojego księcia też dla mnie wybrano, ale taki już nasz kobiecy los – powiedziała po chwili. – Ale... chyba nie ma się czego bać. Może wtedy poznasz własnego bajkowego księcia? – dodała, chociaż zdawała sobie sprawę, że sama miała duże szczęście, które nie każda młoda dziewczyna mogła mieć. Nie każda w aranżowanym małżonku odnajdzie bliską duszę, sama Lyra nie była pewna, jak to było z tą bajkowością, bo prawdziwe małżeństwo nie przypominało baśni dla dzieci. Ale nie zamierzała straszyć dziewczynki ani psuć jej zapewne kolorowych wizji. – Na razie ciesz się dzieciństwem i młodością. To piękne lata, niosące ze sobą wiele dobrych wspomnień. – Przynajmniej powinny takie być. W przypadku Lyry też były, mimo że dorastała w skromnych warunkach. Miała nadzieję, że mała też będzie mieć iście bajkową młodość, zanim, jak mówiła, ojciec wybierze dla niej męża. Do tego momentu miała jeszcze dobrych kilka lat; Lyra w jej wieku w ogóle nie myślała o przyszłym zamążpójściu.
- Nie naskarżę – obiecała, posyłając jej blady uśmiech. – Miło cię poznać, Lilianno. Mam na imię Lyra – przedstawiła się, wciąż przyglądając się dziewczynce, która najwyraźniej umknęła matce lub opiekunce, i znalazła kryjówkę w jej sali. – Nigdy nie byłam we Francji, ale wierzę, że tamta szkoła będzie równie piękna jak Hogwart. Na pewno spędzisz tam wspaniały czas i znajdziesz swoje ulubione miejsca.
Znała francuską szkołę wyłącznie z mglistych opowieści, ale wiedziała, że niektóre dzieci ze szlacheckich rodów i nie tylko były tam wysyłane. W takich czasach jak te nie dziwiło jej to; gdyby miała teraz posyłać dziecko do szkoły, wolałaby trzymać je z dala od tego zamętu dla jego bezpieczeństwa. Ale jej własne dziecko miało narodzić się dopiero za niecałe osiem miesięcy, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Tydzień temu niewiele brakowało, aby je straciła, i na tę myśl wzdrygnęła się, a jej oczy nieznacznie zwilgotniały. Dopiero po chwili odpędziła te myśli i znowu skoncentrowała się na obecności dziewczynki.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   17.09.17 12:22

Nieczęsto zdarzało się, by ktoś z dorosłych poświęcał jej uwagę inna od tej "nauczycielskiej". Pani Gertruda nie rozmawiała z Lilianą, korygując jedynie błędy, które popełniała i strofując, gdy pomyliła tony wygrywanej akurat melodii. Miedzianowłosa nieznajoma za to, rzeczywiście interesowała się dziewczyną i tym co mówiła. Nie próbowała zbyć jej uprzejmym słowem, ani oddelegowywać do poszukującej jej guwernantki. A zapewne można było się domyśleć, że ktoś wiercił się na korytarzu, tupiąc obcasami, a gdzieś w oddali usłyszała charakterystyczne "Panienko Lilianno", wołane lekko ochrypłym od emocji głosem. Mała lady powinna się przejąć, ale całą uwagę absorbowała nieznajoma i Lila nie dopuszczała myśli, że mogłaby zbyt szybko przerwać rozmowę - To może ja poproszę o zieloną sukienkę - odpowiedziała poważnie, jakby właśnie rozwiązała sprawę szalonej wagi, a potem całkiem rozbrajająco uśmiechnęła się - będę sobie wyobrażać, że mam takie miedziane włosy i mam księcia z książeczki - uniosła dumnie brodę do góry, powoli zapominając o pierwotnym planie, zabawy w chowanego. Przynajmniej w tej chwili - szkoda, że nie umiem malować... - wydęła usta, przypominając sobie własne próby kreślenia baśniowych księżniczek i smoków, które ją ratowały. A może to miało wyglądać inaczej? Nie pamiętała. Co za różnica?
- Wolałabym się jeszcze bawić - odezwała się cicho - chłopcy są strasznie wredni - dodała, zerkając na drzwi, jakby na te straszne słowa miał wparować wściekły ojciec i ukarać ją za nieodpowiednie zachowanie - Ale ja jestem mądrzejsza...i szybsza! - smutek zniknął z jasnych źrenic i wpłynęła tam rzeczywista duma. Wielokrotnie powtarzano jej o roli, jaką będzie musiała kiedyś spełnić, ale zadbano też o świadomość wartości, jaką posiadała jako szlachcianka, jako przyszła lady.
- Trochę...smutno mi, że muszę jechać tak daleko, ale moje siostra opowiadała, że jest tam pięknie - próbowała znaleźć pozytywy. Chciałaby się bawić, ale nie raz wspominano jej, że w jej wieku, pewne zachowania będą traktowane, jako zbyt dziecinne. Kiedy przestaje się być dzieckiem? Nikt jej nie powiedział - Jest mi niezmiernie miło poznać Lady - dygnęła, tak jak ją uczono, całkowicie wychodząc zza zasłony. Stała jednak przy oknie, wpatrując się w młodą arystokratkę z nieukrywanym zaciekawieniem - Wierzę... - zaczęła, gdy drzwi do sali uchyliły się, a w wejściu pojawiła się najpierw głowa guwernantki, a potem cała postać, gdy kobieta dostrzegła dziewczynkę. Z wypiekami na twarzy wparowała do środka, kiwając głową przepraszająco w stronę leżącej na łóżku Lyry, by dopaść dłoni małej uciekinierki. I kiwając głową w drugą stronę, gdy prowadziła dziewczynkę, Liliana wychyliła się znad ramienia i nim drzwi do sali się zamknęły, wyciągnęła dłoń ku Travers w pożegnaniu - Do widzenia księżniczko - wyszeptała wystarczająco głośno, by Lyra mogła ją usłyszeć.

| zt x2




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
 

Sala numer jeden

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Sala numer jeden
» Sala numer jeden
» Cieplarnia numer jeden
» Sala numer dwa
» Sala numer dwa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: Parter: Wypadki Przedmiotowe-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18