Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala numer jeden

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala numer jeden   30.03.15 23:57

First topic message reminder :

Sala numer jeden

Niedawna wojna zrobiła z Mungiem swoje - znaczna większość pomieszczeń potrzebuje remontu; pociemniała biała farba na sufitach, którą bardziej określić można jako szaro-żółtą lub zwyczajnie szarą, w zależności od oświetlenia, parapety pomalowane paskudną olejną farbą, wszelkiego rodzaju rysy, obdrapania, ślady po stuknięciach... Chybotliwe łóżka, pod których nogi częstokroć podstawiane są drewniane klocki lub kawałki gazet, by jakoś je ustabilizować, z lekka nieszczelne okna, na które niby rzucane są wszelkiego rodzaju zaklęcia, lecz raczej z dosyć marnym skutkiem... Długo by wymieniać wszelkie mankamenty.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   20.06.16 22:30

Niespiesznie złożył gazetę na pół, potem jeszcze na pół. Szeleściła. Może to i dobrze, zagłuszała jego myśli, które ze zbyt głośnym łoskotem obijały mu się o wnętrze czaszki, wywoływały echo, pogłos, kakofonię nieprzyjemnych dźwięków.
Tower. Więzienie. Martwi. Zawiedzione zaufanie.
Poruszył się nieco, żeby odłożyć gazetę na nieodległą szafkę nocną. Wygiął się w tak niefortunny sposób, że wzdłuż jego prawej nogi powędrowała fala przeszywającego bólu, ale nie pozwolił sobie nawet na grymas, nawet na skrzywienie; zamknął tylko na chwilę oczy, by odciąć się od zbyt dużej ilości atakujących go impulsów. Nie chciał czuć tak dużo na raz, nie chciał dusić się w tak dużej ilości bólu nie tylko fizycznego, ale też psychicznego - paliły go wyrzuty sumienia, poczucie beznadziejnej pustki, ale też narastająca złość, rozkwitające zalążki nienawiści. Do przedstawicieli władzy. Do egzekutorów sprawiedliwości; ale to absurdalne, paradoksalne, przecież sam był jednym z nich.
Dlaczego dobro i zło nie mogą stanowić oddzielnych tworów, a świat tonąć w czerniach i bielach, zamiast być skąpanym we wszystkich odcieniach szarości?
- Czterech - poprawił go, nadając głosowi żartobliwą nutę. Wyglądał słabo; przemęczenie odbijało się bladością na twarzy pokrytej niezliczonymi konstelacjami złotych piegów, a na spierzchniętych, popękanych wargach układał się uśmiech tak lekki, że mógł być wyłącznie grą świateł, wytworem wyobraźni. Radość ledwie sięgała podkrążonych oczu. - Nieraz bywałem w gorszym stanie, Barry, nie musisz dramatyzować. Ani siać niepotrzebnej paniki. Czuję się naprawdę dobrze - ale to naprawdę jakby ledwo przeszło mu przez gardło.
Przez chwilę milczał, badawczo wpatrując się w brata i mogłoby się zdawać, że intensywnie błękitne tęczówki chciały przewiercić go na wskroś.
- Co u panny Baudelaire? - spytał w końcu, choć zakładał, że wszystko w porządku; gdyby było inaczej, dalej otrzymywałby rozwścieczone sowy, a brat nie byłby w stanie go odwiedzić. Zresztą - nie był pewien, czy tak do końca go to na ten moment obchodziło. Czytane artykuły splatały się w całość, zwodziły go na skraj stabilności psychicznej; nie był pewien, jak jeszcze trzymał się w całości bez rozpadnięcia się na drobne kawałki. Być może przed załamaniem chroniła go tylko świadomość, że nie mógł sobie na nie pozwolić.
Ten rok był tragiczny. Ale żadne, żadne z okropnych wydarzeń nie odbiło się na nim piętnem tak bolesnym jak śmierć przyjaciela, z którym tak wiele przeszedł. Na którym mógł cały czas polegać. Który pomagał mu prowadzić coś, w co nie wiedział już, czy wciąż wierzył.
- Wie. Oczywiście, że wie, Barry, jesteście moją rodziną, uzdrowiciele nie będą przed wami niczego ukrywać - rzucił wymijająco, na chwilę odwracając spojrzenie od brata. Nie był pewien, czy miał teraz ochotę na jakąkolwiek rozmowę; wolałby walczyć z myślami w ciszy, choć odbył już z nimi tyle batalii, że jedna w tę czy we w tę nie zrobi najpewniej różnicy. Przyjrzał się własnemu przegubowi; był bledszy niż zwykle, przez co mocniej uwydatnił się na nim błękit żył.
Wypuścił ciężej powietrze i powrócił wzrokiem do Barry'ego.
- A ty jak się masz? - spytał, bo miał już dość ciągłych rozmów wyłącznie o nim, wiecznych pytań - jak się czujesz? czy wszystko w porządku? trzymasz się jeszcze?
Nie, kurwa mać, nie trzymał się. Oczywiście, że się nie trzymał.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   20.06.16 23:21

Trzy czy cztery - w przypadku Garretta miało to jakieś znaczenie? I tak był połamany jak diabli, lecz i to powoduje, że Garrett uśmiecha się. Lecz nie zdoła oszukać brata swym bladym uśmiechem, bo przecież gołym okiem widać, szczególnie po jego białej cerze i spękanych warg, że jest zmęczony, wyczerpany. Tylko pytanie, co takiego się stało, ze został doprowadzony do takiego stanu? - Widać.- powiedział wysyłając jemu słaby, aczkolwiek pocieszający uśmiech, lecz też chciał dać znać bratu, że widać inaczej, niż on opisuje. Że nie wierzy w jego aktualne dobre samopoczucie, lecz tego nie powie na głos. Sam Garrett przecież będzie wiedział najlepiej.
Zaraz jednak poczuł na sobie jego wzrok, tak mocno świdrujący, że przez chwilę dosłownie nie mógł poruszyć się. Jakby wchodził w jego głębię, która w pewnym momencie zamyka się. Komunikuje, że istnieje bariera, a ową barierę chyba ukryło jego pytanie, bo zaraz otworzyło inne przejście, które także było zamknięte. Diabli wzięli wczorajsze wydarzenia.- Dobrze.- oznajmił na początek i cicho westchnął podejrzewając, że jedno słowo aurorowi nie wystarczy, szczególnie że mieli jakąś korespondencję z ojcem dziewczyny. - Znaczy żyje... jest cała i zdrowa, lecz jeszcze jej nie widziałem po wczorajszym ataku... ale nie martw się. Jak widać, żyję i chodzę o własnych siłach.- powiedział w skrócie mówiąc mniej niż więcej, lecz cokolwiek od niczego. Barry nie chciał konkretnie mówić, co się stało, jak oberwał, kto go wyleczył, więc wszystko dawkował pewnymi słowami. A czemu tego nie ukrył? To akurat nie było dla niego mocno niebezpieczne. No chyba że fakt, że owi bandyci od dawna polują na niego, lecz o tym brat nie musi wiedzieć. On nie jest w to wmieszany, a z resztą ma swoje sprawy na głowie. Po co jemu zagradzać własnymi, wręcz prywatnymi wojnami i problemami? Chociaż to był brat...
Rodzina. Słowa Garretta uderzyły w myśli młodszego, że aż zerknął na swoje, poplamione łzami siostry dłonie i przypomniał sobie, co jej uczynił. Czy tak wygląda rodzina? Czy tak powinien wtedy postąpić? Wtedy nie widział innego, bezpieczniejszego dla niej wyjścia. A co by teraz uczynił? Tak by nie narażać jej jak i swoich tajemnic na szwank? Trudno jest jemu powiedzieć, bo codziennie dosłownie co innego spotyka, inne przeszkody, z którymi nawet niekiedy nie umie sobie sam poradzić. Z ponurej melancholii minionego zdarzenia wyrwało pytanie brata, na które zamiast powiedzieć cokolwiek, podniósł głowę z ponurym wzrokiem i wrócił nim na brata, zmieniając go powoli na łagodniejszy, spokojniejszy. - Ja ... dobrze.- powiedział, a raczej skłamał, bo na pewno dobrze nie jest. Lecz tego nie powie na głos tu - w szpitalu. Owszem, chciał porozmawiać o problemach ze starszym bratem, lecz szpital to nie jest miejsce do takich rozmów. Lecz wzrok brata nie dawał jemu spokoju. Czuł coraz większe palące winy z powodu tych wszystkich kłamstw, oszustw, a przecież tego nie miało być między nimi. Mieli sobie ufać, pomagać, a nie być skryci i kłamliwi za każdym razem. Rudzielec wstał i podszedł do okna, z którego zaczął wypatrywać... może lepszego jutra? Może czegoś, co nie było wzrokiem ani brata, ani nestora? Wczoraj ledwo wyszedł cało z rozmowy, całe szczęście że nestor jeszcze nic nie wie o narkotykach, tylko dowiedział się o Nokturnie i kazał się z niego wycofać. Z tymi myślami odwrócił głowę w stronę brata, z kłamliwym, lecz dobrze udawanym uśmiechem na twarzy.
-Nie spodziewałem się naszego kolejnego spotkania w szpitalu, wiesz? Owszem, chciałem się z Tobą spotkać, lecz całkiem w innych okolicznościach.- powiedział odwracając już całe ciało i oparł się o ścianę posyłając wzrok na brata. Może następne ich spotkanie odbędzie się w innych okolicznościach. Może w spokojniejszych, albo i nie. Może Barry wymyśli coś, co może by odpokutowało chociażby częściowe jego winy? Bo sam nie może sobie wszystkiego przebaczyć, a co dopiero ktoś inny mógłby coś takiego uczynić.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   21.06.16 1:47

Nagłe zniknięcie Garretta wzbudziło w niej niepokój. Im więcej czasu mijało od momentu, w którym powinien pojawić się w mieszkaniu po kolejnym dniu pracy, tym bardziej była podenerwowana, choć przecież przez ostatnie miesiące przywykła do zupełnie nieprzewidzianych powrotów starszego Weasleya. Godziny zamieniały się w dni i nawet lakoniczny liścik od niejakiego Foxa, innego aurora, nie był w stanie ukoić jej niepokoju. Jaki cel miała ta zagraniczna misja i dlaczego Garrett nie wspomniał ani słowem, że ma wziąć w takiej udział? Dlaczego zniknął tak nagle bez żadnego znaku życia? Nie ufał jej, nie chciał jej narażać, czy po prostu zwyczajnie zapomniał nadmienić o tak istotnym fakcie, choćby po to, by oszczędzić jej późniejszych trosk i zamartwiania się, których nie potrafiło stłumić nawet malowanie. Każdy, kto ją wtedy widział (choć opuszczała mieszkanie rzadko, tylko w przypadku najpilniejszych zleceń, jakby łudząc się, że Garrett lada chwila pojawi się na progu) mógł zauważyć, że coś ją dręczyło.
A później, kiedy umysł podpowiadał jej już rozmaite nieprzyjemne scenariusze, przyszła kolejna wieść – Garrett nagle odnalazł się w Mungu. Miejscu, którego Lyra unikała i którego wręcz się obawiała, jednak nawet traumatyczne wspomnienia sprzed ponad roku nie były w stanie odwieść jej od chęci jak najszybszego zobaczenia brata, przekonania się co do jego stanu i powodów nieobecności. Może i była naiwna, ale wymówki o misji wydawały jej się szyte naprawdę grubymi nićmi. Jeśli ten cały Fox myślał, że tak łatwo nabierze ją i uspokoi tymi wyjaśnieniami, to się grubo mylił.
Nie dane jej było jednak wypytać brata, przez pierwsze dni w ogóle nie wpuszczano jej do sali, gdzie dochodził do siebie po otrzymanych obrażeniach. Nie pomogły nawet krzyki, płacze, chaotyczne metamorfozy i desperackie błagania o możliwość odwiedzenia go choćby na pięć minut. Lyrze nie zdradzono wielu szczegółów, jednak to, co wiedziała, wystarczyło, żeby wzbudzać w niej niepokój o brata. To, co działo się z Garrettem, nie było jej obojętne i dlatego tak trudno było jej po prostu czekać.
Wpuszczono ją do brata na początku grudnia. Pojawiła się na mungowskim korytarzu, szybkim krokiem zmierzając w stronę sali, gdzie znajdował się Garrett i jednocześnie starając się panować nad emocjami, nie dać im pokazać się poprzez łzy czy zmianę koloru włosów. Dopiero przed drzwiami zatrzymała się, patrząc na nie z wahaniem, jednak po chwili pchnęła je i wsunęła się do środka. Garrett leżał na łóżku, blady i wymizerowany, jednak, ku jej zdumieniu, obok niego siedział już Barry.
- Nie wiedziałam, że tu będziesz – powiedziała do niego, po czym przysiadła z drugiej strony najstarszego brata, to jemu powinna teraz okazać najwięcej uwagi; na rozmowę z Barrym przyjdzie czas później. – Jak się czujesz? Och, tak się martwiłam! Kiedy zniknąłeś...
Urwała nagle, zdając sobie sprawę, że nie powinna przytłaczać go lawiną wyrzutów, nie teraz, kiedy był ranny i osłabiony, kiedy wyglądał tak mizernie, niemal krucho, zupełnie jak nie on. W tej sponiewieranej powłoce trudno było się doszukać dziarskiego aurora, rudowłosy mężczyzna wydawał się wyraźnie znękany i to nie tylko na ciele. Czyżby podczas jego misji wydarzyło się coś nieprzewidzianego? W jej głowie kłębiło się tak mnóstwo pytań, że z trudem powstrzymywała się przed zadaniem ich. Siedziała jednak wyprostowana, lekko muskając dłonią chłodną rękę brata, chcąc poczuć, że naprawdę tu był, żywy i przytomny.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam, braciszku. Cieszę się, że znowu jesteś z nami.
W jej oczach, oprócz troski, błyszczała głęboka ulga, że Garrett się odnalazł.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   21.06.16 19:11

Garrett wzruszył tylko lekko ramionami - nie chciał ponownie wdawać się w polemikę na temat swojego samopoczucia. Połamane (nie - pogruchotane) kości, liczne obicia i siniaki barwiące fioletem bladą skórę na dany moment stanowiły najmniejszy z jego problemów; z obrażeniami tego typu wystarczy rozprawić się jednym zaklęciem, jednym eliksirem, jedną maścią, a potem pozwolić czasowi na zadbanie o resztę leczenia.
Gorzej z tym trawiącym od środka poczuciem pustki.
Wyjrzał przez okno; słabe promienie słońca przebijały się przez lekko zachmurzone niebo i nadgryzały chłodną od mrozu szybę. Nie mógł przyjrzeć się im dobrze z tej odległości, ale wyobrażał sobie, że płatki śniegu kręciły się w tanecznych piruetach, podrygując w rytm nieznacznych podmuchów grudniowego, nieprzyjemnego wiatru. Takiego, który mami policzki szkarłatem i wybiela zziębnięte wargi.
Nie odrywając nieco nieobecnego spojrzenia od okna, skinął głową na znak, że uważnie słucha słów Barry'ego. Ale nie widział potrzeby, żeby odpowiedzieć; nie przeszkadzała mu cisza, nie drażniło go milczenie, choć w nim - i w ciemności, która na szczęście jeszcze nie zapadła - wychodziły z ukrycia najgorsze demony, dręcząc myśli, nadwyrężając spokój.
Niespiesznie wyprostował i zgiął lewą rękę, by zaraz stanowczym, mocnym ruchem rozmasować własny łokieć. Rozlewała się na nim sina plama wielkości męskiej dłoni, powoli nabierająca już odcienia zieleni; stłuczenie nie dokuczało tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. A sinica już dawno przyzwyczaiła go do znacznie gorszych widoków.
- Trochę nie brzmisz, jakby było dobrze - powiedział, znów opierając rękę o biały, twardy materac. Przeniósł spojrzenie na brata i choć przez chwilę patrzył na niego badawczo, nie wymagał od niego potwierdzenia, opowieści, wylewności. Znał go na tyle, żeby dostrzec, że coś było nie tak, ale nie drążył tematu. Czekał, aż Barry sam zdecyduje się go poruszyć.
- Byłoby ciężko o inne okoliczności, ostatnio w Mungu spędzam połowę wolnego czasu - uśmiechnął się blado, ale był to żart poniekąd gorzki, bo skrywało się w nim zatrważająco dużo prawdy. Kwestia przyzwyczajenia - doskonale wiedział, na co się pisze, najpierw przystępując na wymagający i niebezpieczny kurs aurorski, a potem godząc się (bezmyślnie) na przyjęcie na ramiona brzemienia zbawiciela świata.
Nawet jeżeli uważał, że nie wypadał w tej roli zbyt dobrze.
Ale zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, w pomieszczeniu pojawiła się ich siostra; podążył za nią spojrzeniem, układając usta w wyrazie ciepłego uśmiechu.
- Lyro - rzucił w formie powitania, już ostatecznie rezygnując z rozważań: był absolutnie pewien, że miał bardziej ochotę na samotne przypatrywanie się ścianie niż konfrontację z rodziną, ale nie pozostawiono mu zbyt dużego wyboru ani możliwości ucieczki.
Szczególnie na tych połamanych nogach.
- Znacznie lepiej, odkąd nie widzę własnego piszczela - odpowiedział z lekkością na jej pytanie o samopoczucie i chociaż żartobliwe podejście do złamań otwartych na pewno nie było zdrowe, minęły lata, odkąd Garry przestał troszczyć się o urazy i wypadki. W jego pracy przytrafiały się codziennie, tak samo jak każdego dnia śmierć mogła spojrzeć w oczy temu, który nie zachowywał pełnej czujności. Lub znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
A potem już nie wiedział, co powiedzieć - nie znał tematów, które chciałby poruszyć, nie był pewien, czy jest w stanie w pełni beztrosko rozmawiać o sprawach, które na dany moment obchodziły go mniej niż zeszłoroczny śnieg. Spojrzał na siostrę, potem przeniósł spojrzenie na brata i poczuł, że nie powinien milczeć, że nie było to wobec nich sprawiedliwe, ale z drugiej strony - mówienie bez ładu i składu nie było sprawiedliwe dla niego, kiedy nie miał na to najmniejszej ochoty.
- Coś ominęło mnie w życiu rodzinnym? - spytał więc o pierwszą rzecz, która wpadła mu do głowy, a potem tknęła go nadzieja, że jego rodzice nie wiedzieli o kolejnym zniknięciu, kolejnym urazie, kolejnym zagrożeniu życia. Ale ich troska - czyjakolwiek troska; no, może za wyjątkiem jednej osoby - nie była w stanie odwieść go od zajmowania się tym, co uwielbiał.
Kolekcjonowaniem sytuacji, w których balansował na pograniczu śmierci.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   21.06.16 21:12

Obydwoje nie należeli do ludzi wylewnych. Woleli ukrywać swoje sekrety przed najbliższymi z nadzieją, że one nigdy nie wyjdą, a sami nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że to co usta nie mówią, mówią to oczy i mowa ciała. Obydwoje mogą nawet to przed całym światem ukrywać, lecz i tak ostatecznie wszystko ujrzy światło dzienne. Zarówno tajemnicze milczenie brata, które nie dawało rudzielcowi na razie do myślenia, gdyż sam też potrzebował ciszy. Aby móc ułożyć sobie wszystko w myślach, by zastanowić się, jaką kartę dać, co pokazać, a co ukryć.
- Po prostu nie zwykłem do takich rozmów.- powiedział unikając wzroku brata, który jeszcze przez sekundy widniały na nim. Wytrzymał parę sekund z jego spojrzeniem, więcej nie mógł. Wolał spojrzeć w stronę okna, uwidaczniającej się bieli i tłumu londyńskich ulic popołudniową porą. Czemu to nie jest widok fauny, albo flory, tylko plebsu próbującego zarobić codziennie na chleb, jak oni? Może próbowali powiedzieć młodemu, że tak wygląda życie, na ciągłej pracy? A co, jeśli ktoś zabłądził i trafił w ciemną uliczkę, z której teraz nie umie się sam wydostać? Bo Barry'ego nie zatrzymuje wcale ani Nokturn, ani Burke, tylko narkotyki. Te zioła, od których wręcz nie umie sam się uwolnić, bo jest od nich uzależniony. Kiedyś chciał napisać o tym w liście bratu, lecz ostatecznie spalił list i napisał czystą fikcję, fantazję, w którą pewnie uwierzył, bo inaczej by zaczął się dopytywać. Czyżby nadszedł kres ciemności i wyciągnięcia ręki po pomoc? Trzy lata próbował sam się uporać ze swoim nałogiem, i co się stało? Tylko pogłębił się.
- Przynajmniej ktoś się tobą opiekuje.- powiedział bardziej do siebie, niż do brata, lecz pewnie i on dosłyszał słowa rudzielca, który zaraz jakby poprawił swój nędzny uśmiech. - Znaczy się... postaraj chociaż w święta tu nie wrócić.- dopowiedział weselszym tonem, do którego sam siebie wręcz zmusił. Zaraz chciał powiedzieć bratu, że chciałby z nim porozmawiać, jak już wyjdzie ze szpitala, na spokojnie, bez żadnych świadków, a szczególnie Lyry, gdy właśnie do środka weszła siostra. Spojrzał na nią nieco zaskoczony, a nawet uniósł brwi zdziwiony. Czemu musiała w takim momencie wejść. Akurat, gdy zaczął na spokojnie rozmawiać z Garrettem od kilku tygodni. - To już nawet brata odwiedzić nie mogę?- nieco może źle zareagował, może zbyt powściągliwie wykorzystał słowa Lyry jako atak na siebie, a przecież nie chciał się tutaj kłócić. Nie przy bracie, który leży zmizerniały w łóżku. Zaraz spojrzeniem wróciłem na brata, nie mogąc spojrzeć już siostrze w oczy, jak i ugryzł się nieco w język, by powstrzymać go od kąśliwych uwag. Coś czuje, że skoro siostra tu przyszła, to on będzie mógł sobie stąd wyjść, nie naruszając spokojnej atmosfery między rodzeństwem. Nie chciał tutaj wywoływać jakichkolwiek spin.
Zaraz jednak padło głuche pytanie od Garretta, na które Barry w pierwszym momencie nie wiedział co odpowiedzieć. Wziął wdech, dwa, i przypomniał po raz kolejny tego dnia rozmowę z nestorem. - Nestor ma nadzieję, że unikniesz kolejnych wizyt tutaj w czasie świąt jak i sabatu. I ciągle dopytuje się o tą twoją Dianę.- powiedział po chwili. Może wcześniej Lyra coś powiedziała o rodzicach, mogła. Może jej przerwał między jej słowami, też tak mógł zrobić. Barry wtedy był gdzie indziej myślami i dopiero wtedy, gdy wrócił do nich ze wczorajszych wspomnień, które były nader żywe, powiedział, czy może poniekąd powtórzył słowa nestora.
Spoglądając na brata, zadał także jemu nieme pytanie, które poniekąd łączyło się z tym, co właśnie zaistniało w przestrzeni, a co raczej zostało wyprute z jego ust. Jakby niema prośbo-komenda.
Nie pytaj.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   21.06.16 23:05

Także Lyra pod tym względem była podobna do braci: często zdarzało jej się zatajać przed bliskimi sprawy, które mogły ich niepokoić, chociaż zazwyczaj udawało jej się to z mizernym skutkiem. Garrett z pewnością potrafił łatwo wychwycić jej zdenerwowanie i niepokój, wykryć kłamstwo w mających go uspokoić słowach. Niestety nie potrafiła zbyt dobrze udawać i kryć się ze swoimi troskami, te zdecydowanie zbyt łatwo przejawiały się w jej spojrzeniu i zachowaniu, a ona czuła się winna, że przysparza bratu dodatkowych trosk.
Ale teraz sytuacja była odwrotna, to Garrett był tym, który przysporzył zmartwień bliskim, to on zniknął bez słowa na dłuższy czas, by odnaleźć się mocno potłuczonym w Mungu. Gdzie w wyniku swojej pracy niestety trafiał wyjątkowo często, a Lyra była coraz bardziej wdzięczna losowi, że ten skutecznie wybił jej z głowy niedojrzałe, nastoletnie mrzonki o pójściu w ślady brata. Była artystyczną duszą zupełnie nieprzystosowaną do ryzykownych działań i częstych obrażeń. Zresztą, nawet bez aurorowania i tak w ciągu ostatnich miesięcy przytrafiło jej się aż nadto pechowych sytuacji.
Odwzajemniła jednak uśmiech brata, choć miała wrażenie, że jej wargi poruszały się jak w zwolnionym tempie. Wciąż była podenerwowana tym wszystkim.
- Och, braciszku – rzuciła cicho w odpowiedzi na jego uwagę, która w zamierzeniu zapewne miała być lekka i rozładować napiętą atmosferę, jaka zaistniała pomiędzy rodzeństwem, które spotykało się w pełnym gronie pierwszy raz od dłuższego czasu. Bo w ostatnich miesiącach widywali się rzadko; Lyra miała Garretta na co dzień (nie licząc okresu jego zniknięcia), z Barrym widziała się ostatni raz w listopadzie, kiedy ćwiczyli razem pojedynki. A wcześniejsze spotkanie w trójkę miało chyba miejsce tamtego pechowego dnia pod koniec października, kiedy padła ofiarą dekretu i po powrocie do domu napisała do Barry’ego, chcąc by dotrzymał jej towarzystwa i ukoił lęki. To było tak niedawno, ale wydawało jej się teraz, jakby minęło więcej czasu niż w rzeczywistości. Nie dało się jednak nie zauważyć, że oba te spotkania miały miejsca w niezręcznych okolicznościach.
Na uwagę Barry’ego tylko się skrzywiła i obrzuciła go szybkim spojrzeniem, jednak ściągnęła usta i nic na ten temat nie powiedziała, nie chcąc podsycać żadnych spięć. I bez tego atmosfera wydawała się nieznośnie gęsta.
- Mam nadzieję, że już niedługo będziesz mógł wrócić do domu. Postaram się upiec twoje ulubione ciasto, żeby poprawić ci humor – powiedziała, znowu przenosząc wzrok na Garretta i nadal ostrożnie dobierając słowa, nie pozwalając swojemu rozżaleniu i wyrzutom przebić się na zewnątrz. To nie był dobry moment. – I postaraj się nie lądować tutaj zbyt prędko, zwłaszcza że obiecałam mamie, że wkrótce wpadniemy w odwiedziny. – Biedna Lyra jeszcze nie wiedziała, co rodzina jej oraz Glaucusa już powoli dla niej szykowały. Nie wiedziała, że to ostatnie tygodnie jej wolności. – Martwiła się i chciałaby nas zobaczyć jeszcze przed świętami. Wszystkich – dodała jeszcze, krótko ściskając bladą dłoń brata. Nie miała jednak pojęcia, że źródło jego przygnębienia nie znajduje się w ranach, a w czymś zupełnie innym, czymś, o czym nie powiedział swoim bliskim.
A potem znowu spojrzała na Barry’ego, przez chwilę rozważając jego słowa.
- Widziałeś się z nestorem? – zapytała ze zdziwieniem, zastanawiając się, jakie sprawy skłoniły najstarszego członka rodu do zainteresowania się Barrym. Cóż, w kwestii spraw środkowego brata również nie była na bieżąco. – Diana chyba nadal się nie odnalazła. A przynajmniej nic takiego nie słyszałam. – Może rzeczywiście narzeczona Garretta uciekła, chcąc uniknąć ślubu z Weasleyem. Na myśl o takim scenariuszu Lyra aż się skrzywiła, myślała przecież, że Diana jest całkiem w porządku, a tymczasem... – Będziesz musiał porozmawiać o tym z mamą. Może będzie wiedziała, co zrobić w zaistniałej sytuacji.
Poruszyła się nieznacznie, nie wiedząc, co zrobić, by rozładować to całe napięcie. Dlaczego nie potrafili już ze sobą rozmawiać tak, jak kiedyś, zaledwie parę lat wstecz?






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   23.06.16 3:38

Nie składał żadnych obietnic; spojrzał tylko na brata z nieukrywanym rozbawieniem podszytym cynizmem, gdy ten zasugerował mu, aby na święta nie wracał do Munga. Tak, bo to on decyduje, kiedy na misjach aurorskich trafia go czarnomagiczny urok, kiedy kruszą mu się kości, kiedy spotyka go cała gama nieszczęść - powstrzymał się od wypowiedzenia tego z przekąsem na głos, wybierając bezpieczne milczenie.
Bo nie miał najmniejszej ochoty na słowne potyczki i zabawy sarkazmem. Prawdę mówiąc, nie miał ochoty już na nic; mimo to potrzebował odskoczni, czegoś, co pozwoli mu całkiem wyłączyć natarczywe myśli i stłumić wątpliwości. Między innymi w tym celu próbował wczytać się w stronice gazet z poprzedniego tygodnia, sprawdzić, co go ominęło, ale to tylko brutalnie rozogniało bolesne rany.
Dostrzegł na prawym przedramieniu zieleniejącego już siniaka, którego nie zauważył wcześniej. Wydawał mu się prawie interesujący.
Ciszą podsumował także nieprzyjemności, jakie wymienili Lyra z Barrym - pewnie mógłby im w tym przeszkodzić, a nawet powinien to zrobić, ale ich kłótnie i spory były mu wręcz abstrakcyjnie obojętne. Znów poprawił poduszkę, o którą się opierał, bardziej po to, żeby mieć czym zająć ręce, niż dlatego, że mu przeszkadzała; wszystkie słowa, które dziś padały, zdawały mu się puste, wymuszone, bezsensowne. Bezcelowe. Jak to wszystko.
W widoczny sposób przekroczył dzienną dawkę nihilizmu.
- Na dniach mają mnie wypisać - i choć Samael przepowiedział mu całomiesięczną pokutę spędzoną w łóżku w szpitalu, nie wierzył w sens odczekiwania do czasu pełnej rekonwalescencji. W końcu nie ma lepszej rehabilitacji niż codzienne spacery po piętrach w Ministerstwie - wzywały go obowiązki aurorskie, doskwierał mu nawet ten nadprogramowy tydzień zdrowotnego urlopu. Zdawał sobie sprawę, że z nie do końca wyleczonymi nogami nikt nie wyśle go na samobójczą misję; mimo to zostało mu trochę zaległej papierologii w Biurze, która najpewniej pogrążała się w rozpaczliwej tęsknocie za nim, kiedy robił wszystko, żeby tylko nie musieć jej dotykać.
A teraz nie będzie miał wyboru.
I znów chciał przypomnieć siostrze, że częstotliwość powracania do Munga nie do końca od niego zależy, ale elementem dorosłości była wiedza, kiedy należy odpuścić. Ledwo widocznie zacisnął mocniej spierzchnięte usta, odwrócił spojrzenie. Sięgnął do stojącej przy łóżku szafki i chwycił wypełnioną wodą szklankę; ugasił pragnienie łykiem, choć, niestety, nie stanowiło to remedium na chęć ucieczki przed konfrontacją z rodziną i przymusem rozmowy, która w jego oczach stanowiła wyłącznie parodię normalności.
Szczególnie na tematy, o których wolałby nadmiernie nie myśleć.
- Nie wybieram się na Sabat - skwitował krótko słowa Barry'ego, nie widząc powodów do wylewności. Uznawał to za oczywistość i, w świetle ostatnich wydarzeń, właściwie zdziwił się, że jego rodzeństwo mogło choćby przez chwilę pomyśleć inaczej.
Kolejna kwestia, której w tej chwili spodziewał się najmniej - czy właśnie Barry i Lyra, odwiedzając go pierwszy raz od dłuższego czasu, poruszyli kwestię, o której wiedzieli, że jest drażliwa? Krótki przebłysk zaskoczenia w spojrzeniu Garretta przekształcił się w mieszaninę irytacji i niezadowolenia, których nawet nie starał się ukryć.
Bo tak, do szczęścia brakowało mu tylko kolejnej porcji wyrzutów sumienia spowodowanych zaginięciem Diany. Gdy zmarszczył brwi, na jego czole pojawiła się zmarszczka.
- Nie rozumiem, o co miałby się dopytywać - odezwał się w końcu, a w jego głosie pobrzmiewała kumulowana od dłuższego czasu złość, której nie umiał już - i nie chciał - dłużej zduszać. - Zniknęła, zaręczyny zostaną zerwane, koniec.
Nie ma po co drążyć tematu.
Ponownie odwrócił spojrzenie, by wbić je w widok rozpościerający się za oknem, lecz płatki śniegu wirujące w powietrzu wcale nie zadziałały na niego uspokajająco.
- Dobrze wiem, co robić, Lyro - dalej nie panował nad cynizmem, a może właśnie panował doskonale i celowo zabarwił nim każdą zgłoskę.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   23.06.16 10:13

Robi się chyba coraz cieplej w sali. Nie z powodu temperatury, tylko z uwag, które były raz kąśliwe, raz nieprzyjemne. Ktoś próbował ratować sytuację, która zamiast neutralizować po prostu rosła i rosła. Barry nie mógł powstrzymać się od zetknięcia niebezpiecznie swoim spojrzeniem z siostrą, która trwało zaledwie sekundę. Nie umiał hamować swych emocji, tych złych, które zaczynają wychodzić. To chyba przez to, że jeszcze nie brał narkotyków, a powinien lada dzień je wziąć, by mieć spokój na kolejne dwa tygodnie. Rudzielec robił się coraz bardziej drażliwy, na cokolwiek. Powinien zniknąć stąd, w tej chwili, by prawda się nie wydała. Ale z drugiej strony jeśli wyjdzie stąd nagle tak po przyjściu siostry, to też zaczną się domyślać. I tak źle i tak niedobrze. W milczeniu przysłuchiwał się tej rozmowie, kiwając głową kiedy brat oznajmił o wypisie. Czyli jeszcze przez te kilka dni jest bezpieczny, potem będzie musiał uważać jak diabli.
Święta. Czy naprawdę oczekiwali, że Barry zjawi się na nich? Przecież on tam wybuchnie jak nic, i nie pod względem fizycznym, tylko psychicznym. A co, jeśli do tej pory zaręczy się z Marcelyn? Może da wymówkę i powie, że był na święta u niej, bo tak wypadało. Bo Barry nie widział siebie przy jednym stole z rodziną. Nie teraz. Dlatego zamiast od razu uprzedzić o swej nieobecności, powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarzu na ten temat.
- Szczęściarz.- rzucił komentując szczęśliwy wybór brata. Choć Barry niespecjalnie oczekiwał brata na tym przyjęciu, to mimo wszystko miał jakąś nadzieję, że nie będzie tam sam wśród gadów, którzy tylko czają się by pozbyć rudzielców jak najprędzej. Barry tam będzie niczym młoda, niedoświadczona ofiara wśród agresorów, którym będą się ślinić usta.
Barry zaraz po minie Garretta zrozumiał, że niepotrzebnie wspomniał o Dianie, jak i dobitnie zignorował pytanie Lyry odnośnie nestora. Rudzielec nie chce o tym myśleć, a co dopiero rozmawiać. Zbyt świeże jest wspomnienie, by mógł spokojnie im powiedzieć, jak i nagiąć prawdy tak, by nie była zbyt brutalna, na jaką wygląda.
Była odczuwalna nerwowa atmosfera, która zaczynała się udzielać także Barry'emu, który miał ochotę stąd wyjść, jak najszybciej. Jednak nie umiał powstrzymać języka, gdy usłyszał jakim tonem Garrett mówi. Odsunął się od przyjemnie chłodnej ściany i z chłodnym wzrokiem spojrzał na brata.
- Nie wiem. Mnie to obchodzi niczym złamany knut. Mówił, to przekazałem, a co z tym zrobisz, to nie moja sprawa. Mam sam wiele własnych problemów na głowie, by jeszcze myśleć o twojej zaginionej.- zaczął niezbyt miłym tonem, bo już tak atmosfera sięgała do sufitu, że aż Barry po prostu już nie mógł, czy raczej nie potrafił przystopować. Rudzielec stanął przy łóżku brata specjalnie nie zerkając na siostrę, tylko na brata.
- Ale wiesz co było wczoraj bardziej wkurzające niż pytanie o twoją Dianę? To że po rozmowie z nestorem, gdy znalazłem się w cholernym ogrodzie botanicznym, nagle wylądowałem w lesie i ledwo uszedłem stamtąd żywy. Myślisz że wiesz wszystko o mnie - guzik prawda.- mówiąc, a niekiedy też podkreślając wyraźnie ostatnie słowa, czuł, jak jedna jego ręka drży, lecz całą siłą powstrzymywał ją trzymając mocno za łóżko brata. To wszystko poszło za daleko, czyny, emocje, słowa. Czuł że nie wytrzyma, że może zaraz wszystko powiedzieć, a przecież nie tak to planował rozwiązać. Czuł niewielki ścisk przy żebrach, lecz nie pokazał teraz swej słabości. - Wracaj do swoich walk o życie z ciemną stroną. Lecz do mnie się nie mieszaj. Szczególnie ty Lyra.- jak na zawołanie zaraz spojrzał na siostrę. - Jeszcze raz spróbuj śledzić mnie...- zaczął, lecz nie dokończył, bo ugryzł się w język i posłał swe wściekłe spojrzenie w jej stronę. Spojrzał jeszcze raz, chyba po raz ostatni na brata, po czym z emocjami na wierzchu, które nie umiały wytrzymać w ryzach, wręcz wyszedł z impetem zostawiając za sobą otwarte drzwi. Nie chciał rozmawiać z żadnym z nich. Dlatego będąc przy wyjściu, na chwilę się zatrzymał, by wziąć oddech. Ktoś się spytał, czy coś jemu dolega, lecz Barry machnął ręką, by dać jemu spokój. Merlin wie, że Barry nie chciał w ten sposób zakończyć tej wizyty. Tylko cholera od wczoraj zbyt wiele się dzieje, a jeszcze organizm potrzebuje kolejnej dawki narkotyku. Teraz to definitywnie nie przyjdzie na święta, ani nie spotka się z rodzeństwem. Nie będzie mógł zmusić się do tego.
Po chwili oddechu wyszedł ze szpitala nie odwracając się za sobą.

z.t [Barry inaczej nie umie : (]





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   23.06.16 15:07

To zdumiewające, że w ciągu zaledwie kilku miesięcy tak wiele się zmieniło. Dawniej byli tak zgodnym, zgranym rodzeństwem, a teraz, jak się okazało, nawet nie potrafili spokojnie wytrzymać w jednym pomieszczeniu i rozmawiać bez żadnych zawoalowanych wyrzutów, szczególnie ze strony Barry’ego. Lyra odniosła wrażenie, że w przeciwieństwie do przygnębionego i zrezygnowanego Garretta, to on był tutaj najbardziej skory do konfliktu, o czym świadczyły choćby posyłane jej spojrzenia i napastliwy ton, jakim mówił. Trudno byłoby nie wyczuć, że nie chciał tutaj jej obecności, że jej nagłe pojawienie się w tej sali było mu nie na rękę. Tylko dlaczego? Tego nie wiedziała.
Postanowiła więc póki co go zignorować i skupiać się wyłącznie na Garretcie. W końcu to do niego tutaj przyszła.
- To wspaniała wiadomość – ucieszyła się na myśl o jego rychłym powrocie do domu, pewna, że tam powinien poczuć się lepiej. W końcu dom był pod każdym względem lepszy niż przygnębiające sale Munga, długotrwałe, monotonne leżenie w miejscu i kręcący się wszędzie uzdrowiciele. – Ale... Nie idziesz na sabat?
Szybko jednak uświadomiła sobie, że nie powinno jej to dziwić. Garrett od dłuższego czasu dosadnie dawał jej do zrozumienia, że nie przepadał za salonami i próbował również ją zniechęcić od pokazywania się w tego typu miejscach. Podejrzewała, że wolał w spokoju dojść do siebie po niedawnych problemach i spędzić ten czas we własnym gronie, zamiast, tak jak ona, nieporadnie próbować zaistnieć.
Może wspomnienie o Dianie faktycznie nie było odpowiednie, jednak to Barry zaczął ten temat. Lyrę zdziwiła nieco obojętność Garretta na tę kwestię, ale może po prostu tak dobrze maskował swoje emocje, nie chcąc dzielić się nimi z rodzeństwem? A może po prostu jej zaginięcie było mu na rękę, zwłaszcza teraz, gdy do Londynu powróciła jego była ukochana... której Lyra wolałaby nie widzieć u boku brata dla jego własnego i całej rodziny dobra.
Chcesz nas zdradzić, miała ochotę powiedzieć, gdy stwierdził, że wie, co robić. Domyślała się przecież, że kiedy tych dwoje znowu się spotkało, coś mogło zaistnieć pomiędzy nimi od nowa, sprawiając, że kwestia zniknięcia Diany i zaręczyn stała się zupełnie nieważna, bo tylko zawadzała Garrettowi na drodze do egoistycznego szczęścia na przekór rodzinie. Chociaż sama także była w tym momencie egoistką, chcąc, by ich mała, ale kochająca się rodzina nadal stanowiła jedność, ponieważ nie wyobrażała sobie, że mogłaby go nagle utracić.
Ale rozsądnie wolała zamilknąć i całkowicie zignorować ten temat, by nie dolewać oliwy do ognia. Atmosferę w sali i tak niewiele dzieliło od ostatecznego załamania się, które zresztą nastąpiło chwilę później, kiedy to Barry wybuchnął, wypowiadając nieprzyjemne słowa. Lyra poczuła się, jakby właśnie została uderzona w twarz.
- O czym ty mówisz, Barry? – zapytała głośno, wstając tak raptownie, że prawie wywróciła krzesło. Jej roziskrzone spojrzenie było utkwione w tyczkowatej sylwetce środkowego brata. – Co tu się dzieje? I co... Przecież cię nie śledziłam! Dlaczego ty... Barry!
Jej słowa brzmiały chaotycznie; była wzburzona, ledwie panowała nad swoim głosem, i nawet jej włosy zaczęły szybko zmieniać kolory, by nagle zabarwić się na ognistą czerwień. Nie pamiętała przecież, że parę miesięcy temu faktycznie go śledziła i że jej przebudzenie się w Mungu pod działaniem narkotyków oraz bez wspomnień wcześniejszych wydarzeń było bezpośrednim skutkiem podążania za Barrym aż na Nokturn. Wymazał jej wtedy pamięć, dlatego jego obecna uwaga wydawała mu się dziwaczna i niezrozumiała, jak zresztą całe jego zachowanie.
A potem po prostu wyszedł. Lyra wciąż stała w miejscu z chaotycznie przebarwionymi włosami, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Miała ochotę pobiec za bratem, przemówić mu do rozumu, jednak po wykonaniu zaledwie kilku kroków w stronę drzwi zawahała się i znowu spojrzała na Garretta wciąż apatycznie tkwiącego w łóżku.
- Dlaczego tak się dzieje? – zapytała cicho, wciąż płacząc i zupełnie zapominając o tym, że dla dobra Garretta miała się kontrolować. – Dlaczego nie potrafimy już normalnie ze sobą rozmawiać, tak jak kiedyś?
Wszystko zaczynało się sypać, a ona kompletnie się w tym gubiła.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   26.06.16 3:28

Nie zrozumiał przyczyn nagłego wybuchu Barry'ego, nie zrozumiał też celu słów, które wypadły z jego ust; z początku spoglądał na niego z uniesionymi lekko brwiami, aż w końcu ułożył twarz w wyrazie bezpiecznej obojętności, choć hybryda zniecierpliwienia i pełnego cynizmu rozbawienia powoli rozgrzewała mu krew. Rozżalenie brata, który sam poruszył ten temat, zdawało mu się absurdalne. Szczególnie że to jemu powinno przysługiwać prawo do nagłego wybuchu złości.
Istniała przecież niepisana zasada, żeby nie martwić ani nie nękać osób tkwiących w szpitalnym łożu - czemu jego rodzeństwo nie potrafiło się do tego zastosować, nawet jeśli dzięki temu zapobiegliby nawarstwianiu się kolejnych bezcelowych konfliktów?
- Nie, nie idę - potwierdził niewylewnie, rzeczowo, nie widząc celu w drążeniu tematu; pytanie o zamiary Lyry wydawało się zbędne, bo doskonale wiedział, jaką odpowiedź usłyszy. A wcale nie chciał, żeby ta przecięła powietrze - nie potrzebowali kolejnych kłótni, krzywych spojrzeń, palących rozczarowań, a właśnie tak zakończyłoby się zderzenie ich skrajnie różnych priorytetów.
Bo Garrett nie widział najmniejszego celu we wdzięczeniu się na salonach, wkupywaniu się w łaski osób, które nienawidziły go tylko i wyłącznie dlatego, że stanowił zagrożenie. Był w końcu Weasley'em - należał do starego rodu o bogatej historii sięgającej dalej niż rodowody co poniektórych arystokratów. W jego żyłach płynęła krew władców, wojowników, potężnych czarodziejów, a mimo to własnowolnie wyrzekał się blichtru, jasno stawiał swoje zdanie, nie krył się za zasłoną konwenansów. Wyłamywał się ze schematów, pokazywał tym, którzy wcale nie chcieli tego zobaczyć, że da się żyć inaczej. Nie potrzebował poklasku, uwagi, podziwu osób, których podejściem gardził. Nie uginał karku. Nie błagał o atencję. Po wielkich przodkach odziedziczył honor zakrawający o arogancję, twarde zasady moralne, których nic nie było w stanie nagiąć. A jego duma w życiu nie pozwoliłaby mu na to, by spuścił uniesioną bezwstydnie głowę i próbował przypodobać się tym dwulicowym gnidom.
Po prostu nie rozumiał, dlaczego Lyra tak bardzo starała się zostać salonowym pieskiem.
Uważał za niedorzeczność jej chęć pławienia się w gnieździe fałszywych żmij, które czyhały tylko na to, żeby ją zniszczyć. Pragnienie zaistnienia w świetle salonowych reflektorów uważał za błazenadę. Lyra była młoda, miała prawo do błędów; tylko dlaczego to zagubienie musiało wiązać się z niemym przyzwoleniem, aby odarli ją z honoru, czyniąc z niej kolejną kukłę w wyzbytym emocji teatrze, gdzie miłość istniała tylko na papierze, a każdy gest i półuśmiech odmierzony był od linijki?
Obserwowanie Lyry powoli zatracającej się w świecie, którego częścią tak bardzo pragnęła się stać, utwierdzało go tylko w przekonaniu, że robił dobrze - nawet jeżeli po drodze sam zabłądził, teraz, gdy do jego życia na nowo wkroczyło wszystko to, co kochał najbardziej, nie pozwoli już się złamać. Zgoda na zaręczyny była błędem, za który przyszło mu zapłacić wiele; na szczęście zdusił już marazm, który sprawiał, że nie dostrzegał we własnej egzystencji większego celu i zwodził go do robienia rzeczy wbrew własnemu moralnemu kodeksowi.
Mógłby pomóc Lyrze zrozumieć jej błąd. Ale odkąd zaczęła ignorować wystawioną w jej kierunku dłoń, po prostu przestał się wychylać. Miała rację. Była dorosła. Tylko jej przyjdzie się zmierzyć z konsekwencjami własnych wyborów.
Jakby ta chwila nie mogła być jeszcze bardziej abstrakcyjna, głos zabrał Barry, wyrzucając z siebie potok słów będący najmniej racjonalną reakcją na daną sytuację, jaką tylko Garrett potrafił sobie wyobrazić. Monologu brata wysłuchał z dziwną obojętnością, niepasującym do niego chłodem - miał już dość tego wszystkiego tak mocno, że przestał przejmować się konsekwencjami swoich gestów czy pełnych goryczy spojrzeń.
Apatia, z jaką zareagował na dramatyzm całej tej sytuacji, zdziwiła jego samego. Odwrócił spojrzenie od Barry'ego ostentacyjnie opuszczającego pomieszczenie, dając mu prywatność, której tak pragnął. Ponownie wbił spojrzenie w płatki śniegu chaotycznie wirujące za oknem i tańczące w rytm delikatnych podmuchów wiatru.
- Dorośliśmy - odpowiedział krótko na histeryczne pytanie, wreszcie przenosząc spojrzenie na siostrę; mówił szczerze, nie szczędząc jej prawdy. Prawdy brutalnej. Cierpkiej. Nieprzyjemnej. - A każde z nas wybrało inną drogę.
Zdawał sobie sprawę z tego, że nie to chciała usłyszeć.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cassian Morisson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t2183-cassian-t-morisson#33199 http://www.morsmordre.net/t2797-whisky#45280 http://www.morsmordre.net/t2247-witaj-w-piekle#34028 http://www.morsmordre.net/f225-blackhorse-lane-13-5 http://www.morsmordre.net/t2795-cassian-tobias-morisson#45256
UZDROWICIEL ODDZ. URAZÓW POZAKLĘCIOWYCH
33 LATA
Mugolska
Wdowiec
I will not budge for no man’s pleasure, I
3
5
9
16
0
1
0
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   27.06.16 14:22

Cassian nie miał dzisiaj dyżuru, ale mógł udać, ze ma. Tak też zrobił, przywdziewając szatę magomedyka i prawdopodobnie omijając i ignorując kilku pacjentów, którzy zaczepili go na korytarzu. Szedł w określonym przez siebie kierunku, do odpowiedniej Sali, gdzie, jak sądził, miał spotkać największego z nieszczęśników i idiotów, jaki chodził po tym globie. Wparował do Sali numer jeden z bardzo niefrasobliwą, pełną negatywnej energii miną na twarzy. Ściągnął brwi, zmarszczył czoło, napiął mięśnie i robiąc wokół siebie dużo hałasu, bo drzwi, które tu otworzył obiły się o ścianę, a zaraz potem od niej odbiły i zatrzasnęły się za mężczyzną. Ten już w kilku krokach znalazł się przy łóżku Garetta, całkowicie zakłócając jego spokój, jak i poważną rozmowę z siostrą.
Garettcie „Jestem-Bezmyślnym-Idiotą” Weasley! — fuknął na wejściu, zdając sprawę, ze nazwiska mógł nawet nie dodawać. Ono było przecież synonimem dla dopisanego Garry’emu pseudonimu. Podchodząc bliżej mężczyzny, miał o na wyciągniecie ręki, dlatego chwycił go za szpitalnianą koszulę i szarpnął nieco w swoim kierunku, a nieco w górę, usadawiając go tym samym trochę wyżej na poduszkach. — Co Ty tu do stu piekieł odwalasz?! — miłe powitanie. Cassian „Agresor” Morisson w całych swoich nerwach na aurora, który oczywiście musiał sobie połamać giry, żeby odwiedzić go w szpitalu, nie zauważyl Lyry, a przynajmniej nie w pierwszym momencie — Jeszcze Ciebie tutaj brakowało. Ty… — urwał, bo coś go tknęło, żeby zerknać w bok. Lyra stała tam, jak to Lyra, przesłodka i urocza, możliwie nieprzygotowana na takie powitanie. Możecie nie wierzyć, ale to był Cassian okazujący troskę o (nie)przyjaciela. Chrząknął i cofnął łapę z piersi Garretta, dorzucając niechętnie:
Sprawdzam jego funkcje życiowe — bąknął, ale zamiast rzeczywiście dokończyć kontrolne badanie, czy tego Garret chciał i czy mu się to podobało czy nie, pacnął go w głowę, jak młodszego od siebie kolegę, którego karci się za jego narwanie. Spiorunował go wzrokiem, jak hipokryta, którym przecie był. Jeszcze nie tak dawno temu to Garrett niańczył Morissona w swoim domu.




I don't want to understand this horror
There's a weight in your eyes

I can't admit

Everybody ends up here in bottles



Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   27.06.16 18:22

W słowach Garretta było bardzo dużo prawdy. Każde z nich wybrało zupełnie inną ścieżkę, ale Lyra przez większość czasu po prostu nie chciała tego widzieć, woląc się łudzić, że ich problemy są tylko przejściowe i jest kwestią czasu, aż wszystko wróci do normy. Do tego dawnego, lepszego ładu, kiedy ich relacje były jednoznacznie pozytywne, proste i nieskomplikowane, kiedy się wzajemnie wspierali i mogli porozmawiać o różnych sprawach. Kiedy Lyra jako dziecko, a potem nastolatka była w nich zapatrzona jak w obraz. Ale teraz jej dawny ideał zaczynał powoli kruszeć wzdłuż pierwszych rys, które dostrzegała w ostatnich miesiącach, zaś Barry... Był już zupełnie odrębną sprawą, jego zachowanie wydawało jej się jeszcze bardziej irracjonalne i niezrozumiałe, tak samo jak to, że każde ich spotkanie w trójkę kończyło się kłótnią, przede wszystkim między braćmi, a Lyra musiała przyglądać się temu z boku, nie wiedząc, w jaki sposób ich pogodzić.
Jej naiwna chęć zaistnienia i infantylna wiara, że to w ogóle możliwe, była jeszcze inną kwestią. Nie potrafiłaby, tak jak Garrett, jednoznacznie się tego wyrzec i pozostać wyrzutkiem; w odróżnieniu do brata, przejmowała się tym, jak ich ród był postrzegany przez innych. Tego typu myśli, godzące w jej i tak zaniżoną samoocenę, bolały, nawet teraz, gdy już nie była nastolatką w Hogwarcie. Poza tym, nie była Garrettem, silnym, zaradnym i odważnym, który potrafił sobie poradzić bez aprobaty szlachty. Choć obawa o jego wydziedziczenie spędzała jej sen z powiek, był mężczyzną, aurorem, nie musiał się bać, że skończy w nędzy, w przeciwieństwie do Lyry, która odwracając się od tego światka, straciłaby swoją główną grupę klientów, w końcu nikt nie chciałby powiesić w posiadłości portretu namalowanego przez zdrajczynię bez względu na to, jak duży miałaby talent. To im zawdzięczała to, że może rozwijać ukochaną pasję (czego nie mogła robić wcześniej), jej tak upragniona i dobrze zapowiadająca się kariera malarska zostałaby załamana, nie wspominając o tym, że nie miałaby za co żyć, a większość dobrych ścieżek kariery pozostawała poza jej zasięgiem. Jej dzieci również przyszłyby na świat w biedzie, jak ona, w szkole stając się obiektem drwin, a tego nade wszystko pragnęła uniknąć. Więc nie chciała w pełni przyjąć do wiadomości fałszu i obłudy tego światka, choć oczywiście nie wszystkich w nim darzyła sympatią i nie na wszystkich sympatii jej zależało, były jednak osoby, z którymi pragnęła utrzymywać dobre stosunki. Ale takie istniały i poza światem czystej krwi, a Lyra była rozdarta, nie chcąc musieć wybierać jednej ze stron. Była gotowa również poślubić Glaucusa, wiedziała, że matka chciała dla niej jak najlepiej, porozumiewając się z Traversami, zresztą sam Glaucus również nie był jej zupełnie obojętny. Nie wiedziała jednak, że ich ślub nastąpi wcześniej niż planowany styczeń, żyła jeszcze w błogiej nieświadomości.
Otworzyła już usta, by odpowiedzieć na jego słowa (prawdziwe, ale nieprzyjemne), kiedy nagle usłyszała trzask i do środka raptownie wpadł jakiś mężczyzna, którego w pierwszej chwili nie rozpoznała i rzucił się w kierunku Garretta, krzycząc na niego. Z wrażenia Lyra aż zapomniała o wcześniejszych wyrzutach i rozterkach, próbując zrozumieć dziwaczną sytuację, jaka miała teraz miejsce.
- Co pan wyprawia?! – zapytała głośno Lyra, natychmiast rzucając się w kierunku dwójki mężczyzn. Jej włosy znowu zmieniły kolor, a drobna dłoń w powstrzymującym geście chwyciła rękę mężczyzny ciągnącego Garretta w górę. – Nie widzi pan, że mój brat jest wykończony? Proszę go zostawić!
Przez chwilę wpatrywała się w mężczyznę roziskrzonym wzrokiem, dopiero po chwili dostrzegając jego uzdrowicielski strój i przypominając sobie, że już go gdzieś widziała. Nie była jednak pewna, czy miało to miejsce podczas jej pobytu w Mungu po wypadku, czy może widziała go u Garretta? Tak czy inaczej, puściła go i cofnęła się nieznacznie, nie przestając jednak łypać na niego podejrzliwie. Nawet jeśli był uzdrowicielem, jego zachowanie i słowa budziły jej poważne wątpliwości.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   29.06.16 21:09

Spodziewał się, że coś się stanie, ale huk zniecierpliwienia i złości wypadł nie z ust Lyry, a z przeciwległego krańca pokoju - otworzyły się drzwi, ktoś wparował do środka z impetem zdecydowanie nietypowym dla standardowego pracownika szpitala, nie omieszkując przy okazji mało kulturalnie go obluzgać.
Ależ oczywiście, że był to Cassian - kto inny mógłby?
Nie zdążył jednak powitać go względnie pokojowym uśmiechem, nie zdążył też obrzucić charakterystycznie kpiącym spojrzeniem, za którym czaiła się jednak drobna nuta sympatii, bo stała się kolejna rzecz, jakiej się nie spodziewał, choć być może, ze względu na usposobienie Cassiana, spodziewać się powinien.
Poczuł szarpnięcie - niewystarczająco mocne, żeby wstrząsnęło nim w innych okolicznościach, ale był słaby, zmęczony, a na dodatek nieprzygotowany na atak.
- Tak, czuję się - ale w tym momencie potylica jego czaszki zbyt mocno i zbyt głośno spotkała się ze ścianą tuż za łóżkiem - szlag, Morisson, odwołuję wszystko, nie czuję się dobrze - burknął, w każdą sylabę wbijając jak najwięcej cynizmu tylko potrafił; zgromił mężczyznę nieprzychylnym spojrzeniem, nie kryjąc urazy - ale dziękuję za troskę - bo nie spytałeś, a spytać powinieneś; czy nie uczą was kultury osobistej na tym wymagającym, trwającym tak wiele lat kursie uzdrowicielskim?
Uniósł dłoń, by, nie przestając marszczyć przy tym brwi, chociaż trochę rozmasować obolały wskutek uderzenia tył głowy; lecz gdy tył przestał pulsować aż tak uporczywie, kolejna fala bólu rozlała się po przodzie. Serio, Cassian? - zdawało się mówić spojrzenie Garretta, gdy z cierpkiego przemieniło się w nienawistne, pełne wyrzutów. Nie spytał się jednak, czym na to zasłużył, bo doskonale zdawał sobie z tego sprawę - wiedział też, że poruszenie tego tematu w obecności Lyry nie zasługiwałoby na miano najrozsądniejszego posunięcia. Więc milczał, mordując Cassiana wzrokiem, ale już po krótkiej chwili nie mógł skupić się na niczym poza uzdrowicielskim kitlem, który raczej nie miał najlepszych barw; Garry zawsze zastanawiał się, kto kazał im paradować w tych idiotycznych, żółto-zielonych szatach i co miało to na celu. Bo na pewno nie uspokojenie rozszalałych zmysłów obolałych pacjentów.
Powiódł spojrzeniem do siostry, która wydawała się co najmniej poruszona, ale na jej dziecięcej jeszcze twarzy złość oraz podejrzliwość rozmywały się gdzieś wśród delikatnych rysów i konstelacji piegów znaczących jej twarz.
- Chyba zapomniałeś, że wypadałoby się przedstawić młodej lady - rzucił, oburzając się tym nagłym atakiem już trochę mniej. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że oczekiwał przeprosin - za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że w życiu ich nie otrzyma. Poprawił z pedantyczną dokładnością poduszkę, którą Morisson tak haniebnie przekrzywił, a potem znów na nią opadł, upewniając się, że tym razem jego głowa nie obije się tak boleśnie o jasną ścianę.
Biorąc pod uwagę stan rozkładu, w jakim znajdował się Mung, aż dziw bierze, że gdy wcześniej Garrett uderzył potylicą w ścianę, nie przebił jej na wylot.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Cassian Morisson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t2183-cassian-t-morisson#33199 http://www.morsmordre.net/t2797-whisky#45280 http://www.morsmordre.net/t2247-witaj-w-piekle#34028 http://www.morsmordre.net/f225-blackhorse-lane-13-5 http://www.morsmordre.net/t2795-cassian-tobias-morisson#45256
UZDROWICIEL ODDZ. URAZÓW POZAKLĘCIOWYCH
33 LATA
Mugolska
Wdowiec
I will not budge for no man’s pleasure, I
3
5
9
16
0
1
0
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   11.07.16 12:53

Cassian potratował dziewczę bardzo krótkim spojrzeniem. Tylko tyle wystarczyło by stwierdził, ze dziewczyna jest jeszcze za młoda, żeby zadawać mu tak poważne pytania. Powiódł wzrokiem z jej twarzyczki na złowrogie spojrzenie Garretta i splótł ręce na piersi, gapiąc się na niego niemniej markotnie niż sam rudzielec wpatrywał się w uzdrowiciela. Mogli się tak siłować na spojrzenia długi czas i to był w sumie jedyny pokaz sił, do jakiego Cassian Morisson był zdolny.
Jestem uzdrowicielem — wskazał na swoje szaty, jakby dziewczę miało jeszcze nie zauważyć. Miał się z początku nie odzywać, ale uznał, ze tylko w ten sposób zakończy krzyki dziewczęcia. Zaraz potem podsunął sobie krzesło, siadając na nim w rozkroku, ręce wspierając na oparciu, a na nich brodę. Gapił się jak głupi w unieruchomionego zakonnika. Próbował mu tym wzrokiem coś przekazać, bo słowami nie mógł póki Lyra znajdowała się w pomieszczeniu.
Mówiłem, ze sprawdzam jego czynności życiowe. Wydaje się całkiem żywiołowy, jak na zdechlaka.
Zmarszczył brwi, słysząc komentarz Garretta. On miał się przedstawić nastolatce? Zerknął na nią znów. Nikt nie uczył go kultury, dlatego wpatrywał się nachalnie w jej papuśną buzię i w końcu wyrzucił z siebie ze zdecydowaniem.
Nie gadam z dziećmi. Ile ty masz lat…?
Nie dał jej czasu na odpowiedź, bo szybko uznał, ze to pytanie będzie dla niej zbyt odpowiedzialne. Przerastało jej kompetencje. Przeniósł spojrzenie na Weasleya.
Ile ona ma lat? Piętnaście? Porozmawiamy sobie jak podlotek dorośnie.




I don't want to understand this horror
There's a weight in your eyes

I can't admit

Everybody ends up here in bottles



Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala numer jeden   11.07.16 14:12

Lyra wciąż była mocno skonsternowana całą sceną. Wyjście Barry’ego, poobijany i wyraźnie znękany Garrett, niekulturalny uzdrowiciel, który wparował tutaj bez uprzedzenia i dał pokaz swojego prymitywnego zachowania... Nie żeby Lyra dorastała w wysublimowanym środowisku, bo tak nie było, ale nawet ona była zdania, że Morisson zachował się wobec nich niewłaściwie i spojrzała na niego z cieniem przygany w oczach. Uzdrowiciele powinni być w końcu osobami budzącymi zaufanie i troszczącymi się o swoich pacjentów, a zachowanie wobec Garretta było cokolwiek nie na miejscu. Sama również wolałaby nie trafiać w jego ręce, skoro najwyraźniej znalazł się tutaj przez przypadek, więc mimowolnie zaczęła obawiać się o swojego brata.
- Bardzo zaskakujący sposób na sprawdzanie czynności życiowych, ale myślę, że mój brat czułby się lepiej, gdyby nie był niepokojony w tak ordynarny sposób – zwróciła mu uwagę, mimowolnie przybierając wygląd dodający jej nieco więcej powagi, bo widziała wyraźnie, że mężczyzna ją lekceważył, uważał ją za dziecko, któremu nie warto poświęcać zainteresowania. – Mam osiemnaście lat, i proszę nie mówić o mnie tak, jakby mnie tutaj nie było. To bardzo niegrzeczne. – Jej oczy zmrużyły się, gdy zamiast do niej zwrócił się do Garretta, całkowicie ignorując jej obecność.
Gdyby nie to, że nie chciała dokładać zmartwień bratu, być może z czystej przekory kontynuowałaby tę kłótnię z wątpliwym uzdrowicielem, była w takim nastroju że byłaby do tego zdolna, ale zamiast tego po prostu wstała, rzucając jeszcze spojrzenie Garrettowi, który poprawiał się na poduszce.
- Przyjdę do ciebie później, braciszku – zapewniła brata, zwracając się do niego ciepło. Dopiero, gdy spojrzała na Morrisona, w jej oczach znowu błysnął chłód. – Do widzenia, panie Morrison.
Przeszła przez salę i zniknęła za drzwiami, po czym oddaliła się korytarzem. Wróci do Garretta później, gdy będzie sam.

| zt. dla Lyry






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
 

Sala numer jeden

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Sala numer jeden
» Sala numer jeden
» Cieplarnia numer jeden
» Sala numer dwa
» Sala numer dwa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: Parter: Wypadki Przedmiotowe-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18