Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Justine "Just" Tonks

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks http://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 http://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
10
6
0
2
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Justine "Just" Tonks   20.08.16 4:06


Justine "Just" Tonks

Data urodzenia: 13 kwietnia 1929 r.
Nazwisko matki: Wilde
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: mugolska
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód:ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym, Departament Magicznych Wypadków i Katastrof
Wzrost: 157
Waga: koło 50, od kilku lat się nie ważyła
Kolor włosów: teoretycznie blond, w praktyce zależy od nastroju
Kolor oczu: niebieski
Znaki szczególne: Włosy, nad którymi pomimo upływu lat nie potrafi do końca zapanować, przeważnie jednak, gdy nie targają nią silne emocje zdają się być koloru blond wpadającego w wypłowiały odcień błękitu.
Dwa długie równoległe ślady od ugryzień węża koło lewej łopatki. Następny niżej, trochę bardziej na prawo. Trzeci tylko kawałek nad linią spodni.


Historia, jeszcze nie moja.


Rozdział I - Moja babcia była aktorką

Dwa pokolenia wyżej.


Charlotte kochała Royal Ophera Theatre. Pokochała go tego dnia, gdy po raz pierwszy tam weszła. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. W momencie przekroczenia wnętrza jej oczy zrobiły się wielkie jak galeony, a usta uchyliły się lekko z wrażenia. Widok, który rozpościerał się przed nią zapierał dech w piersiach. Miała dziesięć lat i rodzicie postanowili, że to czas najwyższy by ich córka poznała taką instytucję jaką jest teatr i zobaczyła matkę w swojej największej roli. Trzymała za rękę ojca rozglądając się na wszystkie strony. Robiła to tak szybko, że jej jasne kosmyki opadały i wznosiły się co chwilę padając na twarz i przesłaniając spojrzenie, ona jednak niestrudzenie odgarniała je ręką i rozglądała się dalej z ciekawością i ekscytacją wypisaną na twarzy.
Char pamiętała ten dzień lepiej niż jakikolwiek inny. To właśnie tego dnia postanowiła, obrała ścieżkę. Miała zamiar stanąć na deskach Royal Ophera Theatre i zachwycić publikę tak samo, jak zachwycono ją tego dnia, gdy po raz pierwszy znalazła się w tym miejscu. Chciała by ludzie wyszli z bijącym sercem z uczuciem spełnienia a jednocześnie z kołatającymi się w głowie pytaniami dotyczącymi dalszych losów bohaterów. O tym marzyła, tego zamierzała dokonać.

***

-Następna-rozległa się głośna komenda. Char poderwała się z miejsca, miała dwanaście lat. Była przygotowana. Odziedziczona po matce zdolność miała jej pomóc. Miała grę we krwi. A przynajmniej to zawsze słyszała od obojga rodziców. Weszła na scenę. Plisowana spódnica poruszała się razem z każdym jej kolejnym krokiem. Blond włosy opadały falami na plecy. Stanęła na środku sceny. Panika ogarnęła jej ciało. Całe. Krew przyśpieszyła tak bardzo, że Lotta czuła szumiącą ją w uszach. Tak bardzo tego chciała, a teraz... Teraz zaczynała panikować i świrować. Zamknęła oczy i spróbowała się uspokoić.
-Ciekawe- usłyszała, zanim zdążyła cokolwiek zrobić. Otworzyła oczy i spojrzała kompletnie zdumiona na reżysera, który wyglądem przypominał norkę.
-Przecież nic jeszcze nie zrobiłam. - powiedziała spanikowana, bojąc się, że jej marzenie wymyka się z rąk.
-Zamieniłaś kolor włosów kochanie z blondu na zielony. - wytłumaczył jej łagodnie reżyser. Charlotte podniosła dłoń i złapała za kosmyk swoich włosów, podstawiła go sobie pod nos i oniemiała stwierdzając, że rzeczywiście są one koloru zielonego. Chciała coś powiedzieć. Zareagować. - Zapanuj nad metamorfomagią, to przydatna umiejętność w tym zawodzie. - poradził i skinął jej głową z uśmiechem. Wiedziała, że dzisiaj to nie jej dzień. Ale nie zamierzała się poddawać. Uśmiechnęła się do reżysera i skinęła mu głową schodząc ze sceny. Zamierzała nauczyć się panować nad swoją zdolność i podbić świat. Miała już cel. Teraz musiała tylko do niego dotrzeć.

***

Stałam przed najważniejszym wyborem mojego życia, przed wyborem, który nawet nie był mój. Czy było wyjście z tej sytuacji? Czy była nadzieja? Chyba nie? Nie dla nas. Nie dla niego. Tylko jedno mogło żyć. Tylko jedno miało iść dalej. Dłonie Nicolasa złapały moje, jego zielone oczy spojrzały głęboko w moje błękitne oczy, nie robił sobie nic, z zagrożenia, nic z mężczyzny celującego w jego plecy. Byliśmy bezbronni. Śmierć zataczała nad nami krąg niczym sęp.
-Kocham Cię-wyszeptał na chwilę przed tym nim śmiertelne zaklęcie uderzyło go w plecy. Rozbłysło zielone światło. Padł na deski, nieprzytomny, nieżywy. Mój cały świat, moje całe...

Kurtyna, ciemność. A za chwilę ogłuszający aplauz. Wiwat ludzi. Kurtyna unosi się znów, światła padają na Charlotte, która soi w rzędzie obok pozostałych aktorów. Ukłony. Kwiaty. Wiwaty. Premiera jest sukcesem. Jej sukcesem. Ona Charlotte jest aktorką. Metamorfomagiem i aktorką.

Nie, to jeszcze nie moja historia



Rozdział II - Historia moich rodziców sprzedałaby się jako bestseller.
Jedno pokolenie wyżej.

August poznał swoją przyszłą żonę na ulicy, kompletnym przypadkiem i wtedy jeszcze nie wiedział że zwiąże z nią swoje życie. Jane przez kompletny przypadek zmaterializowała się przed nim, a potem zniknęła, tak samo szybko jak się pojawiła. Jednak młody mężczyzna nie potrafił o niej zapomnieć, więc wędrował tą samą ulicą często w nadziei, że w końcu ją spotka. Nie pomylił się, w końcu znów na siebie trafili i nie czekając więcej młody Tonks rozpoczął rozmowę. Zaczęli się spotykać, a Jane nadal skrzętnie ukrywała przed nim fakt, że jest czarownicą. Głównie przez strach przed odrzuceniem, no i przez Zasady Tajności ustalone przez ministerstwo.
W końcu się oświadczył, wiadomym było, że do tego dojdzie. Nigdy zaś nie wiedział, czego tego dnia dowie się o swojej wybrance. Zniknął, a Jane była pewna, że już się więcej nie pojawi. Zaskoczył ją wracając i wyrażając chęć by nadal ją poślubić.

Ogólnie, może nie brzmi to jak bestseller, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że kompletnie nie mam zdolności do opowiadania historii. Mama z tatą nie raz opowiadali nam tą historię, potem tylko mnie, bo mogłam jej słuchać godzinami. I gdy robili to we dwójkę było to naprawdę magiczne, zapierające dech w piersiach, opowiadanie. Niestety, musicie wierzyć mi tylko na słowo.


Tak! Teraz będzie all about me!


Rozdział III - Ta opowieść nadal trwa


Podrozdział I - Gdy byłam małym pisklątkiem

Każdy kiedyś się urodził. Taka jest kolej rzeczy. Dwójka ludzi zakochuje się, potem zaś z tego biorą się dzieci. Znaczy, wcześniej wmawiali mi, że przyniósł mnie bocian. Mike lubił mówić, że to nie był bocian, tylko listonosz, który miał nos czerwony i długi jak bociani dziób. Strasznie mnie tym wtedy straszył, więc biłam go piąstką w twarz, tak, jakby należał mu się cios za głupotę, ale jednocześnie wierzyłam w każde słowo, które mówił.
Taka już chyba była rola starszego brata, by dręczyć młodszą siostrą. Był o siedem lat starszy więc tytuł dręczyciela rodzeństwa dostał wraz z urodzeniem, tak samo jak przed nim najstarszy z naszej gromady. Gdy miałam siedem lat on już dawno siedział w Hogwarcie, będąc dwa razy starszy. Z okresu przed pójściem do szkoły mam jedno wspomnienie, które wielokrotnie powtarzało się w czasie mojego młodego życia, bowiem mama często lubiła wspominać tą sytuację. A kreowała się ona mniej więcej w momencie, kiedy to moja rodzicielka przyłapywała mnie na konkretnej nudzie, zaczynała historię i gdy dochodziła do momentu, w którym mówiła:
-..i wtedy.. - przerywałam jej, bo mimo, że byłam młoda, to pamięć miałam niezłą.
-tak wiem, wiem moje włosy mieniły się w różnych kolorach a brwi były pomarańczowe – powtórzyłam po mamie. Słyszałam tą historię milion razy. Tak samo jak milion razy matka zarzekała się, że widziała jak się zmieniam. Jednak ja w to nie wierzyłam, nigdy nie zaobserwowałam u siebie żadnej zmiany. Najmniejszej. Moje oczy zawsze posiadały barwę błękitnego nieba w słoneczny dzień, a włosy odcień nadmorskiego piasku. Przez lata nic się nie zmieniało. Mama jednak ciągle upierała się, że gdy czegoś chciałam włosy błyskały na kilka sekund na zielono, a gdy coś mocno mnie zdenerwowało można było zauważyć jak włosy wpadają w odcień czerwieni. Na co dzień zaś mama lubiła twierdzić, że patrząc pod słońce można dostrzec w nich kolorowe refleksy. Nie wierzyłam.

***

-Oddawaj to – darłam się na cały dom, ba na całe sąsiedztwo goniąc brata. Dzisiaj jednak przegiął. Poszliśmy po moje pierwsze zakupy, tak dostałam list i w końcu otrzymałam swoją pierwszą różdżkę. Oczywiście, pierworodny naszej mamy musiał się mnie uczepić. Niby był starszy o tyle lat, a czasem zachowywał się jak dzieciak.
-Mamo. - zakrzyknęłam w końcu postanawiając użyć ostatniej borni masowego rażenia w postaci swojej rodzicielki. - Zabrał mi różdżkę - poskarżyłam się, byłam na niego wściekła. Miał swoją, nie musiał mi robić na złość. Chciałam posiedzieć i popatrzeć się na nią z dumą i zacząć wyobrażać sobie sytuacje, w których będę mogła z niej skorzystać. Głownie jakieś niebezpieczne akcje z magicznymi stworzeniami miały zająć moje myśli, to nic że na widok biedronki ogarniała mnie panika. Mama podniosła na mnie głowę znad lektury i na chwilę jej oczy rozszerzyły się, potem zaś na jej twarz wstąpił uśmiech, podniosła się. Sięgnęła do torebki i dobyła lusterko, które podała mi, kompletnie ignorując moją skargę. Z uniesioną brwią odebrałam lusterko i spojrzała na mamę, która kiwnęła głową, jakby mówiła no zobacz. Więc zobaczyłam i nawet nie wiedziałam kiedy paszcza sama mi się rozdziawiła. Mojej głowy nie pokrywał dłużej pisakowy blond, zamiast tego mieniła się w oranżowych i czerwonych kolorach.
-A nigdy mi nie wierzyłaś. - odpowiedziała śpiewnym głosem wracając do swojego zajęcia. Sprawa z różdżką jakoś na tę chwilę straciła swoją ważność.

***

Ja i woda nigdy nie byłyśmy dobrymi przyjaciółkami. Co prawda uwielbiałam ciepłe letnie dni, kiedy na ziemię spadał deszcz, a ja mogłam rozłożyć dłonie i pozwolić, by zbawienne krople chłodziły moje ciało. To jednak tak naprawdę nigdy nie nauczyłam się dobrze pływać - chociaż wierzcie mi na słowo, tata naprawdę starał się mnie nauczyć jak poprawnie to robić. Wewnętrznie zapierałam się i już samo wciągnięcie mnie do wody było sporym osiągnięciem. W wieku dwunastu lat odkryłam, że cierpię na lęk związany ze zbiornikami wodnymi i bezkresem. Małe baseny sprawiały tyko, że czułam dyskomfort w ich pobliżu. Prawdziwym wyzwaniem były żywe zbiorniki, wiecie, jeziora, rzeki, morza. Czułam się przy nich lekko chora. Niepewna. Na tyle, że o wiele pewniej czułam się na brzegu przez lata odwlekając chwilę, w której nauczę się pływać.


Podrozdział II - Hogwart był jedną wielką przygodą


Lubię wiedzieć. Wiedzieć to dla mnie jak być. Pochłaniam książki jak odkurzacz. Kocham je, wprowadzają sens do tego bezsensownego świata. Mają jakieś reguły. Nie są tak irracjonalne jak życie. Wiem dużo, a przynajmniej staram się wiedzieć.  Dlatego też nie dziwnym było, że Tiara umieściła mnie w niebieskim domu. Choć odwagi miałam w swoim sercu tyle co męstwa, to jednocześnie pociąg do wiedzy zdawał się górować nad tym wszystkim. A mój umysł w jakiś dziwny sposób podsuwał mi rozwiązania, o których nawet nie wiedziałam, że je posiadam. Życie w Hogwarcie minęło o dziwo bardzo szybko. Niby nie wierzyłam gdy Michael mówił że tak będzie, a jednak ten jeden raz miał rację (może miał więcej, ale nigdy bym tego nie przyznała na głos). To właśnie w szkole pierwszy raz spotkałam się z dyskryminacją, którą powodowali arystokraci patrząc się na wszystkich z niższym statusem z wyższością. Przez moje usposobienie nie raz im podpadłam, głownie dlatego, że zaparłam się jak osioł, by traktować ich jak równych sobie i w życiu do żadnego nie powiedziałam z należnym im szacunkiem. Otwarcie komnaty nastąpiło, ledwo po tym, jak zaczęłam Hogwat. Był to czas straszny, opiewający w duże ilości strachu, zwłaszcza dla ludzi takich jak ja, ludzi z brudną krwią. I choć nic mi się nie stało, Hogwart przez jakiś czas, mimo, że nadal piękny, to jakby odrobinę przygasł. Mama przez chwilę mocno zostawiała się, czy nie ściągnąć mnie do domu, ale zagroziłam jej ucieczką i wieczną nienawiścią więc pozwoliła mi dokończyć edukację. W szkole też przeżyłam swoje pierwsze wzloty i upadki(okazało się, że jestem w odwiecznej zwadzie z eliksirami). Odbębniłam niezliczoną liczbę szlabanów, które sprowadziłam sama na siebie głównie przez częste spóźnianie i niewyparzony język. Poznałam też uczucie pierwszego zakochania, jak i złamanego serca(to pierwsze zdecydowanie przyjemniejsze). I to wtedy ukształtowało się moje poczucie i chęć, do robienia czegoś dobrego, do pomagania.
Śmierć Dumbledora mocno mnie dotknęła, niektórym może się zdawać, że nastolatki nic nie rozumieją. Rozumieją, jeśli chcą. Czasem nawet więcej niż inni. Tak sądzę. Dar obserwacji w połączeniu z bystrością i inteligencją gubił mnie czasami. Dostrzegam rzeczy, których większość nie widzi. Wiem rzeczy, których nie powinnam i których nie chcę wiedzieć. Czasem to przekleństwo. Nadmierna dedukcja nie może prowadzić do niczego dobrego. Mój mózg działa samoistnie, jakbym nad nim nie panowała. Zanim zrozumiem co się dzieje przychodzą wnioski i rozważania, na tematy, na które nie chciałam myśleć. O których nie chciałam wiedzieć. Przegrywam w walce o swój własny umysł. Co nadejdzie, gdy padnie ostatnia obrona?

***

Ah, zapomniałam wspomnieć wcześniej. Nienawidzę swojego imienia. Nie pytajcie dlaczego - nie wiem. Mam na nie alergię. Akceptuję jego pełną formę tylko w ustach rodziców i dziadków. Nikt inny nie ma prawa tak do mnie mówić(no... pozwalałam na to nauczycielom). Dlatego też nigdy nie przedstawiam się jako Justine. Zazwyczaj rzucam "Just Tonks" i muszę przyznać, że byłam dumna z tej gry słownej na którą udało mi się samej wpaść. Ludzie w większości nawet nie domyślali się, że słowo przed nazwiskiem, to skrót od mojego imienia. Przyjmowali do wiadomości, że chcę, żeby mówiono do mnie "po prostu Tonks" i większość z nich respektowała moją wolę. Głównie pewnie dlatego, że na swoje pełne imię włosy zaczynały mi migotać przez zirytowanie, a ja zaś często częstowałam takiego odważniaka możliwością wymiotowania ślimakami przez kilka najbliższych godzin. W ten sposób też poznałam swojego najlepszego przyjaciela w Hogwarcie. Kto by pomyślał, że od ślimaków dojdziemy do skakania za sobą w ogień?

***

Hogwart przyniósł mi wiele doświadczeń. I choć moja stałość w uczuciach była dość marna, to bardzo lubiłam towarzystwo mężczyzn. Dlatego kokietowałam i podrywałam, co chwilę odnajdując sobie nowy obiekt w którymś z rówieśników, czy też starszych kolegów. Dołączenie do drużyny sprawiło, że więcej ludzi mnie znało (jakby trudno było nie zapamiętać dziewczyny z kolorowymi włosami). Latać nauczyłam się szybko, bo już w domu łaziłam za Michaelem tak długo, aż nie pokazał mi jak dosiadać miotły. Szybko odnalazłam się w drużynie zostając szukającą. Choć zawsze marzyłam o pozycji pałkarza, z pewnością wiele szczęścia sprawiało by mi traktowanie zawodników przeciwnej drużyny tłuczkami. I choć nikt by nie wiedział, ci najważniejsi obrywaliby najwięcej razy – jakbym właśnie w ten sposób chciała im pokazać, że mnie interesują. Mój karłowaty wzrost i wątła budowa jednak nie sprostały wymaganiom na tę pozycję. Jednak jako postać mała, idealnie pasowałam do pozycji szukającej i z biegiem czasu odkryłam, że gra w drużynie sprawia mi wiele radości jak i napawa mnie dumą. Raczej nie należałam do grupki popularnych dam które z wyniosłością spoglądały na swoich absztyfikantów. To ja obierałam sobie cel i bez cienia zawahania realizowałam swój plan. Jednak tylko jeśli nie oczekiwałam od niego nic więcej poza chwilowym romansem. Ci zaś, którzy skradali moje serce rzadko się o tym dowiadywali. Mam w swoim dziwnym zwyczaju robienie z takich mężczyzn swoich przyjaciół, przy których boku stoję dzielnie i wspieram, w nocy zaś wzdycham w poduszkę i marzę o tym jak idealne mogłaby być moje życie, gdybym posiadała w sobie tyle odwagi, by o swoich uczuciach powiedzieć.
Niektórych odstraszałam też wyglądem. A właściwie nie skłamię mówiąc, że jak magnez przyciągałam nieprzychylne spojrzenia - mój wygląd zdecydowanie wyróżniał się na tle innych ludzi i to w ten negatywnie odbierany sposób. Dużo był w tym mojej winy, bo choć starałam opanować się moja zdolność i szło mi coraz lepiej, to moje włosy zdecydowanie przechodziły młodzieńczy okres buntu zmieniając kolor wedle własnego mniemania. Nasłuchałam się wielu przykrych słów, zarówno od rówieśników, jak i od starszych babć, które mijały mnie na chodniku i wyzywały o diabelskich pomiotów i innych temu podobnych. Mój charakter pozwalał mi w jakiś sposób przekonywać do siebie ludzi, jeśli tylko dali mi ku temu sposobność. Wrodzona charyzma sprawiała, że zyskiwałam przy poznaniu, choć nie zawsze. Cechowała mnie, może dość naiwna, prawdomówność ale potrafiłam też powiedzieć coś zaskakująco trafnego. A nawet przy odrobinie szczęścia namówić kogoś do swojego zdania, przedstawiając trafne argumenty – w końcu, chcąc nie chcąc z jakiegoś powodu trafiłam do niebieskiego domu i wątpię, bym dostała się tam dlatego, że moje włosy czasem przybierały kolor domu który mnie wychował.

***

W szkole dowiedziałam się jeszcze o sobie dwóch ważnych, przynajmniej dla mnie, rzeczy. Kochałam noce. Wtedy funkcjonowałam lepiej. Gdy zgiełk rozmów cichł, w końcu mogłam odnaleźć w sobie siłę do utrzymania koncentracji, która za dnia rozpływała się, gdy to skupiałam się na coraz to nowych zajmujących mnie rzeczach. Siedziałam więc często do późna, mając później problemy z wstawaniem na zajęcia. W tym momencie łatwo już dojść do wniosku, że na te pierwsze często wpadałam spóźniona. A że nie miałam czasu na zjedzenie śniadania, mój brzuch lubił zaprezentować sali symfonię, którą wygrywały kiszki.
Tą drugą rzeczą był moment, w którym odkryłam jak mocno jednocześnie zachwycają mnie i przerażają burze. Pamiętam jak przez okno obserwowałam jedną z nich ze świecącymi z zachwytu oczami, a jednocześnie czułam, jak serce dygocze mi z przerażenia. Coś niepokojącego było w tym zjawisku, co sprawiało, że dostawałam dreszczy na całym ciele. Jakby nad nami w niebie był ktoś potężniejszy od nas wszystkich, a właśnie piorunami zesłanymi z nieba karał tych, którzy rozzłościli go najmocniej. I choć z biegiem lat dorosłam, to nadal dokuczała mi bezsenność, a rozbłyskujące niebo napawało jednocześnie niepokojem i dziwną ekscytacją.

***

-Zabiję się w ta pogodę. - stwierdziłam spokojnie stojąc nad klifem. Mierzyłam wzrokowo wysokość. Nie była ona zbyt wielka, ale szalał potężny wiatr. Wiatr ten rozpędzał fale, które pieniły się i rozbijały o skały. Ten sam wiatr rozwiewał moje, dzisiaj niebieskie, włosy.
-Dalej, tylko w ten sposób się obudzisz – zachęcała Nits. Od kiedy się pojawiła - chwilę po zakończeniu szkoły - zawsze to powtarzała. Wmawiała mi, że śnię i że nic, co mnie otacza, nie jest realne. Miała moje oczy. Zawsze miała moje oczy. Koloru bezchmurnego letniego nieba. Reszta wyglądała inaczej. Za każdym razem była inna. Tylko oczy pozostawały niezmienne. Takie same. Przychodziła czasami. Niewidoczna dla innych. Mówiła, że nie chce by inni ją widzieli. Mówiła, że tylko ja ją rozumiem. Sama nie wiedziałam, czy jest to prawdą. Nie protestowałam jednak. W Nits było coś znajomego. Coś co powodowało we mnie wrażenie, jakbym znała ją od lat, nie od kilku tygodni. I to właśnie to coś powodowało że robiłam to co proponowała. Wszystko. Czasem od razu, czasem po dłuższej na mowie.
Skoczyłam więc.
Lot był długi. I o dziwo przyjemny. Uderzenie w falę jednak nie. Złamałam w kilku miejscach rękę i nogę w czasie tego wyskoku, ledwie uszłam z niego z życiem i zagwarantowałam sobie pobyt w Mungu.
Pobyt, który pamiętam jak przez mgłę. Nits znikła. Tak, jakby skok był tym do czego próbowała doprowadzić mnie od zawsze. Tak, jakby po wykonanym zadaniu udała się na wakacje. Je jednak żyłam.
Żyłam, kompletnie nie wiedząc, że mara powstała przez klątwę, którą nałożono na me barki. Nie wiedziałam, bo dobrze rzucone zaklęcie zapomnienia zabrało mi nieprzyjemne wspomnienia spotkania na jednej z nieciekawych, ciemnych, londyńskich uliczek. Spotkania, które doprowadziło do mojego skoku. Klątwa Samobójców, zwana też Klątwą Zmyślonego Przyjaciela. Powodowała, że nałożona na człowieka, lub obiekt nawiedzała go projekcją, marą, która mieszała w myślach, poddawała pod wątpliwość prawdziwość świata w którym się żyło. Pozbyć się można jej było tylko na dwa sposoby; pierwszym było targnięcie się na własne życie, drugim - antidotum. Nie wiedziałam tego jednak. Nie spodziewałam się też nigdy, że parę lat późnej klątwa przypomni sobie o mnie w momencie w którym dotknę srebrnego, grawerowanego pierścienia na który była nałożona. Nie spodziewałam się, bo kompletnie wyparłam z swoje świadomości to zdarzenie, Nits wrzucając do zamkniętych na klucz zakamarków własnej głowy.
Właśnie przez to wydarzenie mój lęk przed bezkresem, objawiający się w okolicach dużych zbiorników wodnych, wzrósł do niebotycznych rozmiarów. Sprawiał, że moje funkcje motoryczne przestawały działać poprawnie zalewając całą moją jednostkę strachem, którego nie mogłam w żaden sensowny sposób wytłumaczyć.
Do dziś pamiętam moje pierwsze spotkanie z mostem po tym zdarzeniu. Zdołałam postawić stopę, gdy mnogość doznań, a głównie bezkres, dotarły do mnie z niewyobrażalnie wielką siłą. Skamieniałam i stałam tak, kompletnie nie radząc sobie z napływającym do mnie irracjonalnym przerażeniem. Przerażał mnie bezkres, patrzyłam na horyzont, a woda zdawała się przytłaczać swoim błękitem. Ciągnęła się w każdą stronę i sprawiała wrażenie jakby nigdy nie miała końca. Zimny pot oblał mnie wtedy a ja czułam jak mizernieję na myśl, że jesteśmy tylko nic nie znaczącym, marnym puchem. Całe szczęście, że nie byłam sama i moja towarzyszka zauważyła, że coś jest nie tak i za łokieć wyciągnęła mnie na plażę. Tam jednak i tak nadal potrzebowałam kilku chwil, by ochłonąć i dojść do siebie.
Od tego czasu starannie omijam miejsca, które w swoim otoczeniu mają większe ilości wody. Nie czuję się przy niej dobrze. Nie czuję się bezpiecznie. Podobno z fobiami można walczyć, ja swojej nie pokonałam do dziś.
Z wypartym przeze mnie wspomnieniem powiązane jest coś jeszcze. Po nim nie tylko wzrósł mój lęk, ale i moja zdolność zablokowała się w pewnym miejscu - dokładnie na głowie. O ile  zbiegiem lat nauczyłam się jak zmusić ciało do zmian, o tyle włosy - mimo że poddawały się narzuconym im z góry zmianom - potrafiły też wedle własnego uznania - głównie powodowane emocjami - zmienić kolor bez mojego odgórnego przyzwolenia.


Podrozdział III - Od czasów starych do tych nowszych i dziejących się teraz.

Kocham ludzi. Pewnie dlatego też zdecydowałam się na karierę w magicznym pogotowiu. Możliwość pomocy, tak jak myślałam, choć nie była łatwa, to dawała wiele satysfakcji. Jednak zanim się o tym przekonałam minęło wiele czasu. Po szkole poszłam na staż. Zderzenie z rzeczywistością i dorosłość zawsze wgniatały w ziemię. Zwłaszcza, gdy do ludzi w końcu docierało, że szkolne korytarze były najłatwiejszą z części ich życia. W Ministerstwie jeszcze mocniej można było dostrzec podziały, jakie funkcjonowały w społeczeństwie, a samo miejsce wiało chłodem. Jednak nie poddawałam się, co rano wykrzesywałam z siebie dwa razy więcej entuzjazmu i, jak zwykle spóźniona, biegłam na zajęcia. Co rano dostawałam tuziny krzywych spojrzeń, głównie dlatego, że zawsze kogoś potrąciłam, albo powiedziałam coś nie tak, no i przez moje włosy, nad którymi, mimo wielkich chęci nadal nie potrafiłam zapanować. Margaux okazała się moją towarzyszką w niedoli. Już po kilku dniach zarzucałam ją kilogramami zbędnych słów, bo jak zwykle nie potrafiłam zrobić dobrego pierwszego wrażenia. A jednak nasze pozytywne nastawienie i chęć pomocy, którą mocno tłamsiło życie i Ministerstwo, zbliżyło nas do siebie na tyle, że nawet zamieszkałyśmy razem. Obie trafiłyśmy do Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego, byłam mocno podekscytowana wizją, w której obie ruszamy by ratować ludzkie życia i świat. Jednak równie mocno się rozczarowałam. Papierkowa robota zdecydowanie nie była moją bajką, głównie dlatego, że nigdy nie potrafiłam usiedzieć na miejscu. Mając jednak u boku Margaux nic nie było na tyle straszne, byśmy nie miały dać sobie z tym rady. Nawet raporty odstręczały mnie jakoś mniej. A że Francuzka nigdy nie narzekała pozwoliłam sobie robić to za nas dwie, jednak w jakiś dziwny sposób moje narzekania znów zaczynały bardziej przypominać występ komika, niż użalenie się nad ponurą rzeczywistości. Pół roku później przeniesiono nas do Munga, jednak i tam zamiast ratować życia patrzyłyśmy jak inni to robią. Tam już nie narzekałam, jedynie pewnie doprowadzałam do szewskiej pasji przełożonych, gdy zadawałam kolejne z pytań, chcąc jak najlepiej zrozumieć tok przyczynowo skutkowy różnych chorób. Z rozszerzonymi z podekscytowania oczami patrzyłam jak leczeni są kolejni pacjenci, czasem, zwyczajowo, łapiąc Margaux za nadgarstek jakby chcąc w ten sposób przekazać "zobacz, jakie to super". W końcu ruszyłyśmy w teren i w końcu zrozumiałam po co było to wszystko. I przyznaję, że lata spędzone na bezsensownej robocie nauczyły mnie jak kontrolować siebie, jak przywyknąć do widoku chorych, czy rozczepionych czarodziejów. Nits przestała się pojawiać. Zdiagnozowałam ją u siebie jako niegroźny odłam choroby psychicznej i zepchnęłam w odmęty zapomnienia. Widocznie w tamtych czasach potrzebowałam towarzysza rozmów. Teraz miałam Margo, zjawa przestała być przydatna. W każdej wolnej chwili której nie poświęcałam magii leczniczej ćwiczyłam swoją rzadką umiejętność i mimo, że zanim dobiłam dwudziestu trzech lat potrafiłam zmieniać swoje ciało, to włosy jakby ciągle pozostawały poza moją kontrolą robiąc na mojej głowie co tylko chciały. Jednocześnie też zrozumiałam, że bycie samym zaburza moją zdolność egzystencji. Potrzebuje ludzi, potrzebuje miłości, potrzebuje możliwości sprawdzenia się, czynienia dobra. Może jestem naiwna, ale odmawiam wiary w to, że świat pozbył się resztek dobroci. Nazwijcie mnie głupią, ale szczęście można odnaleźć wszędzie i zawsze i nikt nie powie mi, że jest inaczej.

***

Moje dwudzieste piąte urodziny były ciosem. Jakby dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że czas i mnie nie oszczędza, a wręcz przeciwnie, z każdym dniem staje się coraz starsza. Niby też przy okazji bogatsza w wiedzę i zbierająca życiowe doświadczenie. W tych czasach będąc mugolakiem, a w pakiecie posiadając włosy, nad którymi nie zawsze można było zapanować, nie było łatwo. Zdecydowanie więcej usłyszałam obelg niż komplementów. Ale starałam się tym nie przejmować. Możliwym było, że urodzenie się pechowego trzynastego kwietnia wcale nie pomagało, ale jakoś nigdy nie znalazłam naukowego dowodu potwierdzającego tą tezę.
Ale nie o tym miałam. Swoje ćwierć wieku spędziłam z rodziną i przyjaciółmi. Wspólne wypicie szklaneczki ognistej i truskawkowe ciasto mojej mamy zawsze wynagradzało mi brak jakiś szalonych prezentów. Nie było nas na to stać – rozumiałam to. Tego dnia dostałam jednak coś, czego się nie spodziewałam.
Rzucający się w oczy, żółty garbus był w mojej rodzinie odkąd pamiętałam. Wcześniej to dziadek zabierał mnie nim na przejażdżki. Później robił to ojciec. Lubiłam nasze wakacyjne wycieczki, kiedy ładowaliśmy się w niego, pozwalając mamie w końcu od nas odpocząć. Prawo jazdy zrobiłam najszybciej jak mogłam, chociaż usłyszałam kilka głosów, że jako czarodziej nie powinnam zniżać się do używania mugolskich pojazdów. Nie obchodziło mnie to, bowiem szybko okazało się, że lubię prowadzić. Jednocześnie zakładałam też jednak, że samochód odziedziczy któryś z moich braci. Niestety, Żółtek jeszcze zanim skończyłam staż odmówił dalszego działania i zaległ w naszym garażu po to tylko, by zbierać kurz. Nie było nas stać na jego naprawę. Można więc tylko sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy w chustce na oczach tata zaprowadził mnie do garażu i z „tadam” na ustach zdjął ją, a moim oczom ukazało się ukochane auto. Było stare, ale przynosiło wiele szczęśliwych wspomnień. Nie działało, ale było moje. Teraz musiałam je już tylko naprawić.

***

W końcu zostałam sama. Miałam ludzi wokół siebie, ale brakowało mi mojej najbliższej przyjaciółki, która wyjechała. Musiała wyjechać. Nie pytałam, ja też wiedziałam. Teraz musiałam nauczyć się funkcjonować jako jednostka indywidualna. Ale czy do końca? W końcu czasem pojawiała się Nist. Na nowo zawitała w moim życiu, choć myślałam że ten etap mam już za sobą. Znów zaczęła wmawiać mi, że czas się obudzić. Uznałam że jest to nawrót choroby, której diagnozę wystawiłam sobie już wcześniej - nawet przez chwilę nie zastanawiając się nad tym, że mogłam zostać ofiarą klątwy. Doskonale wiedziałam, że są to symptomy, których nie mogę ignorować wiecznie. Nie chciałam jednak dać się zamknąć w Mugnu, więc milczałam, nie mówiąc o niej nikomu. Czyż nie byłoby to swojego rodzaju ironią, że zamknęliby mnie w miejscu, w kiedyś obywałam praktykę? Czasem uskładałam trochę grosza, by kupić nową część do garubsa i przysiąść przy nim z pomocą znajomego fachowca. Nigdy więc nie byłam sama tak do końca. Mama zawsze powtarzała mi, że jestem wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju. Ja bardziej czułam się mocno zagubiona. W życiu, we własnej głowie. Szukam celu. Potrzebuję żeby docenił mnie ktoś inny. Większy. Ważniejszy. Może tak naprawdę tylko wydaje mi się że coś potrafię, a może rzeczywiście jestem unikatowym egzemplarzem. Nie wiem, ale muszę się tego dowiedzieć. Sens mojego istnienia od tego zależy. Tak myślę. Chyba. Jest w tym jakiś sens?


Patronus:  Patronusem Tonks był pies, bernardyn, pomocnik mugolskich ratowników, przyjaciel na całe życie. Teraz przyjmuje ona postać koziorożca ubierając w świetlisty kształt uczucie towarzyszące jej od lat.
Gdy Tonks wyczarowuje patronusa na myśl przywodzi moment, w którym rodzicie po raz pierwszy opowiadali jej historię o tym jak się poznali. Czuła i widziała w ich spojrzeniach miłość, jak czuli do siebie nadal mimo upływu lat i jednocześnie szczęście, że wychowała się w pełnej, kochającej, rodzinie, myśli też o tym momencie w kuchni, opiece, którą roztoczył nad nią Samuel i tym, jak czuje się obok niego.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 20 +1 (różdżka)  
Zaklęcia i uroki: 15 +4 (różdżka)
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 10 Brak
Transmutacja: 6 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 1 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIII25
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
NumerologiaI2
ONMSI2
RetorykaI2
SpostrzegawczośćII10
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoII0
Jasny umysłII5
Silna wolaIII10
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Brak--
AktywnośćWartośćWydane punkty
Lot na miotleI1
Taniec współczesnyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Metamorfomagia-11
Reszta: 2

Wyposażenie

Różdżka(100), Teleportacja(50), Jastrząb(75), Prawo jazdy(25), Środek transportu (legalny)(50), 10 pkt statystyk(600)


[bylobrzydkobedzieladnie]




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?



Ostatnio zmieniony przez Justine Tonks dnia 12.11.17 21:52, w całości zmieniany 27 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Justine "Just" Tonks   04.09.17 15:12

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Justine urodziła się w rodzinie, w której magia nie była na porządku dziennym. Miała na szczęście starszego brata, który przecierał dla niej szlaki. Just jednak pochwalić się mogła zdolnością odziedziczoną po babce, umiejętnością, której zazdrościć jej mógł niejeden czarodziej o szlachetności krwi - metamorfomagii. To dzięki niej stała się wyjątkowa, ale też nieco dziwaczna dla magicznej społeczności. Jej ekstrawagancja nie będzie łatwa do przełknięcia dla wielu, z tym jednak poradzi sobie Tylko Tonks.

OSIĄGNIĘCIA
Just colors
Egzekutor, Światło w Ciemnościach I, Obieżyświat, Do wyboru do koloru, Weteran,
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Klątwa Samobójców
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Hereward Bartius


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Justine "Just" Tonks   04.09.17 15:16

WYPOSAŻENIE
Różdżka, jastrząb, prawo jazdy, środek transportu (legalny)

ELIKSIRY- Wieczny Płomień (3 porcje, stat. 20) [od Cyrusa]

INGREDIENCJEposiadane:

[27.08.17] Ingrediencje (maj)
[24.09.17] Przekazane (dla Eileen): jaja popiełka, żądło mantykory

BIEGŁOŚCI[03.01.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[22.01.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[07.06.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[06.08.17] Rozwój: +2 PB do jasny umysł
[21.09.17] Rozwój: +3PB do jasny umysł
[12.09.17] Wsiąkiewka (kwiecień II), +2PB
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[28.08.16] KP -900 pkt
[07.09.16] Rozgrywka z konta Ain Eingarp +10 pkt
[06.11.16] +15pkt ; mecz Quidditcha
[25.12.16] Spotkanie Zakonu Feniksa +15PD
[31.12.16] Wykonywanie zawodu (marzec) +50 pkt
[02.01.17] pierścień Zakonu Feniksa
[03.01.17] Wsiąkiewka styczeń/luty +60 PD, +2 pkt biegłości
[22.01.17] Wsiąkiewka marzec +90 PD, +2 pkt biegłości
[27.01.17] Zwrot PD; +20PD, 1pkt OPCM
[22.03.17] Pojedynek (marzec) +10PD
[22.03.17] Pojedynki (kwiecień) +20PD
[04.04.17] Zwrot PD: +1 punkt transmutacji
[13.04.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 PD
[27.05.17]Dodatkowe punkty do statystyk, +5pkt
[07.06.17] Wsiąkiewka (kwiecień), +90 PD, +2 PB
[14.06.17] Aktualizacja postaci: +1L, +2OPCM, -150pd
[26.07.17] Odsiecz, +175 PD, +3 punkty biegłości zakonu
[06.08.17] Zdobycie osiągnięć: Egzekutor, Światło w Ciemnościach I, Obieżyświat, Do wyboru do koloru, +120 PD
[05.08.17] Utrata różdżki; -1OPCM, -2Zaklęcia, -2ML;
[06.08.17] -2PB (na jasny umysł); +4 OPCM, +1 L, +4 Z: -900 PD
[24.08.17] Zakup różdżki: modrzew (+2Z), pióro znikacza (+2Z, +1O), -20 PD
[28.08.17] Zdobycie osiągnięcia: Weteran; +100PD;
[12.09.17] Wsiąkiewka (kwiecień II), +90PD, 2PB
[14.10.17] Rozwój Postaci; +1 OPCM, +1 Zaklęcia, -200PD;
[19.10.17] Spotkanie Zakonu Feniksa, +10 PD
[31.10.17] Transfer punktów w związku ze zmianą mechaniki metamorfomagii: z m. leczniczej do transmutacji (5 pkt)
[11.11.17] Zwrot za statystyki, +220 PD
[12.11.17] Rozwój Postaci; +3 Zaklęcia; -240PD;


Powrót do góry Go down
 

Justine "Just" Tonks

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Justine "Just" Tonks
» Andromeda Tonks
» Pokój Tonks

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17