Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Bodmin Moor

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 11, 12, 13
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Bodmin Moor   07.10.16 22:37

First topic message reminder :

Bodmin Moor

Bodmin Moor to jedna z najbardziej znanych części Kornwalii z licznymi skalnymi pagórkami, które otaczane są przez dziesiątki kilometrów dzikich wrzosowisk. Zwykle tereny te służą mugolom jako pastwiska, lecz czarodzieje bardziej kojarzą je z przedostatnimi Mistrzostwami Świata w Quidditchu, gdzie u podnóża najwyższego szczytu Kornwalii Anglia rozgromiła albańską drużynę. Tereny te podlegają rodowi Macmillanów, którzy chętnie po dziś dzień przeprowadzają tu mniejsze jak i większe rozgrywki. Efektem sportowych rywalizacji jest niewielki stadion, którego granice wyznacza koryto biegnącej rzeki.


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 10.10.16 17:01, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   13.11.16 21:17

Ciemność nieba coraz częściej rozświetlały postępujące po sobie błyski piorunów. Wiatr wzmagał się, a deszcz coraz mocniej rozmazywał widoczność. A mimo to jedna mała kruszyna, na przekór całej rzeczywistości tłoczącej wokół niej przeszkody - złapała znicz. Just. Samuel wyhamował w powietrzu, czując jak chłód - mimo magicznej ochrony ich bluz - przenikał skórę, mierzwiąc lodowatym powietrzem, jak batem. Rozlegający się gwizd tylko potwierdził rzeczywistość, którą zaobserwował. Koniec meczu.
Skamander pochylił się nad trzonkiem miotły i łukiem opadł na błotnistą już ziemię. Skończyło się bez większych tragedii i nikt nie wylądował w Mungu. Możliwe, że sam żałował, ani razu nie obrywając śmigającą niebezpiecznie piłką. Wyszczerzył się zawadiacko na przekór spływającym po jego twarzy deszczowym kroplom i przesiąkniętym włosom. Odwzajemnił skinienie głowy Seliny, tym mocniej śmiejąc się z gestu, który mu posłała. Czekam - wypowiedział bezgłośnie, nim kapitan wygranej drużyny odwróciła się od niego, kierując ku Glaucusowi.
Oparł na ramieniu miotłę, by tym razem obdarzyć uśmiechem Just, której radosna sylwetka zamachała mu przed nosem zwycięska zdobyczą. Zmrużył tylko oczy, gdy pokazała mu język, ale zanim odeszła, przejechał dłonią po mokrych włosach Tonks - Uzdrowicielu, ulecz się sam - dodał do gestu, spoglądając na jej obite biodro, nim Just pognała...w stronę Benjamina. Temu ostatniemu kiwnął głową, podobnym gestem obdarzył pozostałych członków drużyny. Raz jeszcze odszukał wzrokiem swoją skrzydłową , odpychają nieprzyjemne wrażenie, gdy potężna sylwetka Wrighta nachyliła się nad nią. Widocznie zapowiadało im się coś...o czym wiedzieć nie chciał.
Oddał pożyczoną miotłę, zsuwając z ramion magicznie chroniąca go bluzę. jeszcze przez moment lustrował trybuny w poszukiwaniu jednej, jasnowłosej istoty, by ostatecznie zmęczony i przemoczony, opuścić boisko.
Nawet jeśli przegrali mecz, dobrze było przypomnieć sobie świst powietrza podczas lotu miotłą. I trzask serwowanego przeciwnikom tłuczka. Kącik ust uniósł się i zniknął z zawieruchy, która toczyła się nad jego głową.

zt






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
36
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   23.12.16 2:12

Stało się - szlama złapała znicz. Ostatnim razem, kiedy brał udział w podobnym przedsięwzięciu, grał z ludźmi, którym nie wstydził się podać ręki - zupełnie nie rozumiał, co się stało, że tym razem u jego boku na miotle leciała kolorowa jak papuga szlama. Zawdzięczał jej wygraną swojej drużyny, po raz kolejny pod komendami Seliny Lovegood, ale wcale nie czuł smaku zwycięstwa. Wszystko skończyło się zbyt wcześnie, on nie zdążył się odnaleźć na zupełnie nowej i obcej dla siebie pozycji obrońcy - która, nawiasem mówiąc, już wiedział, chyba nie leżała mu najlepiej - nie zdążył się też wykazać. Ciężkie warunki pogodowe, zbierający się wiatr, wciąż tnący deszcz, sprawiały, że tym bardziej ochoczo skierował miotłę w dół i podążył za gwizdkiem sędziego, na ubłoconą murawę. Przelotnie spojrzał na Tonks, nie wypowiadając w jej kierunku, jednakże, nawet krótkiego słowa przekazującego gratulacje. Przytaknął za to Glaucusowi, dziękującemu za grę, samemu ignorując grzecznościowe sportowe zachowania. Nie odczuwał potrzeby ściskać dłoni aurorom, przelotnie spojrzał również na Skamandera. Benjamin już zniknął.
W tym tłumie tak naprawdę interesowała go jedna istota, odnalazł wzrokiem siostrę, uśmiechając się do niej bezczelnie - musiała przełknąć gorycz porażki.
- Powinnaś się już nauczyć, że lepiej jest grać ze mną w jednej drużynie - rzucił z rozbawieniem, nie zgłębiając się zanadto w odmęty hipokryzji odnośnie tego, dzięki komu tak naprawdę wygrali, jak i tego, że tym razem jego wkład w zwycięstwo był żaden. Nieważne - drużyna Druelli przegrała. - Chodźmy do domu - dodał, kiedy deszcz ponownie wzmógł się na sile. Pogoda naprawdę była paskudna - czas się ogrzać w ciepłych czterech ścianach, przed kominkiem i przy szklaneczce dobrego skrzaciego wina. - Dawno nie byłaś w Dover. - Dopiero moment przed tym, jak zniknął z boiska, kątem oka dostrzegł na trybunach Harriett z Inarą.

/zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Marcel Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson http://www.morsmordre.net/t3826-eros http://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome http://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 http://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Doradca wizerunkowy "he he"
27
Szlachetna
Kawaler
Dziewczyny tkwiły w tej układance
układ ze smukłą dupą uwypukla bycie samcem
10
0
0
0
19
0
29
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   28.12.16 10:59

Miał ochotę odtańczyć dziki taniec zwycięstwa, choć pewnie nie byłoby to rozsądne zważywszy na podmokły grunt oraz błyskające wokół pioruny. Zamiast tego wywinął kilka młynków na pożyczonej miotle, by po raz ostatni poczuć pęd powietrza we włosach oraz buzującą we krwi adrenalinę. Dopiero, gdy musiał oddać sprzęt uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił za quidditchem, jak świetnie było podczas szkolnych mecz. Do diaska, czemu wcześniej nie pomyślał o karierze zawodowego gracza?
Widowisko jednak się skończyło - ich szukającą złapała znicza niemalże tuż przed nosem kobiety, grającej w drużynie przeciwnej. Efektownie, zgrabnie, można by opiewać ich zwycięstwo w nieskończoność. Zbierająca się jednak burza nie zapowiadała na plenerową imprezę, zatem Marcel rozdając wszystkim piękne uśmiechy oraz po królewsku machając dłonią, czym prędzej zmył się z Bodmin Moor i teleportował się do domu. Do ciepłego domku, gdzie planował przez kilka godzin wygrzewać się pod kocykiem i popijać kakao usłużnie podsuwane mu przez domową skrzatkę.

zt


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
20
0
0
0
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   01.01.17 14:02

Wylądowawszy na murawie, która przypominała raczej trawiaste bajoro, podążałem wzrokiem za jednym tylko punktem. W strugach deszczu wymieniałem mechaniczne uściski i gratulacje z członkami obu drużyn, ale to wszystko działo się jakby obok mnie, w innym wymiarze, w którym zmuszone było pozostawać moje ciało. Myśli krążyły bowiem wokół ciebie, a spojrzenie pozostawało zaklęte, śledząc każdy twój ruch. Subtelność, z jaką obchodziłaś się wobec miotły. Zacięcie i duma, jakie towarzyszyły ci podczas konfrontacji z pozostałymi zawodnikami. Wymowne gesty, które miały zwiastować rychłe nieszczęście. I w końcu pozbawiony drwiny uśmiech, skierowany wprost w moją stronę.
Z mokrymi włosami, które przykleiły ci się do twarzy, nie wyglądałaś wcale łagodniej. Jeden z niesfornych kosmyków sprytnie zakręcił się wokół twojego policzka, zakańczając swoją śmiałą wędrówkę tuż przy kąciku ust. Zanim zdecydowałem się odpowiedzieć na twoją fałszywą deklarację, opuszkami palców złapałem zbłąkany skrawek jasnych włosów i leniwym gestem odkleiłem go od mokrej skóry.
I z trudem powstrzymałem się, aby chwilę po tym nie złożyć na twoich ustach pocałunku. Życie jednak było mi jeszcze miłe, a strzępki zdrowego rozsądku w porę przypomniały o oceanie świadków.  
- Twoja dobroduszność jak zwykle pozostaje nieoceniona. - Mówię i uśmiecham się przy tym tak nonszalancko, że trudno uwierzyć w prawdziwość moich słów. A jednak próżno było doszukiwać się w nich ironii czy złośliwego tonu. Były lekkie, a jednocześnie słodko-gorzkie.
Zupełnie jak ty.
Noc trwała w pełni, paskudna pogoda nie ustępowała, a ja wiedziałem, że nie pozwolę ci tak po prostu odejść. Wrócić do domu, zrzucić z siebie ubrania i zagrzać się w ciepłym łóżku. Nie beze mnie.  
- Zamiast zaprzątać myśli przegraną drużyną, proponuję celebrować zwycięstwo. Nie jutro. Nie w najbliższej wolnej chwili. Teraz, zaraz. Już. - Stanowczo szepczę ci do ucha, zmniejszając dzielący nas dystans. Kiedyś nie liczyła się dla ciebie pora dnia. Na moje spontaniczne propozycje przystawałaś bez wahania. Nie zamierzałem dopuścić do tego, by tym razem było inaczej.

zt?





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   05.07.17 3:46

1.04

Dziennikarka Czarownicy, młoda dziewczyna, pisarka, aspirująca nawet, ponoć pisała całkiem dobre opowiadania. Starszy łamacz klątw Gringotty. I mugolski pasterz, co mogło łączyć tych trojga ludzi - za wyjątkiem sposobu, w jaki stracili życie? Zostali znalezieni nad ranem, z wytoczoną do ostatniej kropli krwi; nienaturalnie wygięte ciało przed śmiercią z całą pewnością cierpiało pod wpływem psychicznych klątw, które nie zostawiały stałych śladów: być może Cruciatus, być może coś lżejszego, jeśli tylko to słowo można uznać za odpowiedniejsze  - prawdopodobnie nie można. Odcięte głowy, nie narzędziem, Vulnareiro. I zmiażdżone kości, uda i ramiona, paliczków - brak, pozbierane. Kim mógł być ten zwyrodnialec - i dlaczego zaczął atakować nawet mugoli? Byli łatwiejszymi ofiarami, to oczywiste, bezbronnymi wobec magii, wiedział o tym. Nie był też głupi i pozostawał świadomy nadchodzącej wojny, czy ten człowiek mógł być jednym z jej żołnierzy? Mógł, oczywiście, że mógł - każda hipoteza była tak naprawdę równie prawdopodobna, każdą należało sprawdzić, większość odrzucić, pozostawić jedną - i dowieźć jej prawdziwości. Brzmiało łatwo, wielka szkoda, że praktyczne wykonanie już tak prosto przeważnie nie wychodziło. Przeważnie to złe słowo - nie wychodziło nigdy.
Przyszedł czas na pasterza, przysiadłszy na kamieniu nieopodal pastwiska, na którym widywano go najczęściej, na kolanie przeglądał raporty, kątem oka obserwując towarzyszącą mu amnezjatorkę. Niestety, w tym przypadku nie obejdzie się bez przesłuchania mugoli - którym będzie trzeba następnie usunąć pamięć o wszystkim, co się wydarzyło. To bardzo przykre: zapomnieć o widoku własnego męża i ojca, ale nie mieli innego wyjścia; Kodeks Tajności właśnie tego od nich wymagał - a, przynajmniej póki co, Kodeks ten wciąż obowiązywał - pomimo wyjścia z tej całej pieprzonej Konfederacji. Może i nie był głupi i potrafił odnaleźć się na scenie politycznej, ale to jeszcze nie znaczyło, że tę scenę w jakimkolwiek, najmniejszym choćby stopniu, akceptował.
Raporty były jasne: odnaleziono go w Londynie, w kamienicy z pogranicza ulicy Śmiertelnego Nokturnu - cóż za absurdalne zaskoczenie - oraz Pokątnej, w tym samym mieszkaniu, gdzie dwa pozostałe ciała. Jego stan nie pozostawiał złudzeń, został tam przetransportowany już po śmierci, a trawa i zwierzęcy zapach na jego ubraniu wskazywały na to, że zamordowany został gdzieś tutaj, gdzieś w okolicy. Ze wstępnych ustaleń wynikło bowiem, że pracował na pastwisku w okolicach Bodmin Moor, jego dom mieli przed sobą: nieduża drewniana chata malowana w wiosenną zieleń i niski drewniany płotek dookoła, a jego stanowisko pracy - za sobą - pastwisko owiec, nad którym dyżurował. Dziś stał tam młody chłopiec, ale nie rozmawiali z nim. Ich celem była wdowa - o której na dobrą sprawę nie wiedzieli nawet, czy zdawała sobie sprawę z tego, że była wdową.
Udało się ustalić, że nazywał się Willy Jerks i miał czterdzieści trzy lata. Żonę, trójkę dzieci, zajmował się owcami. Jak to mugol, wiódł spokojne życie, a przekazane od mugolskiej policji informacje nie dodawały do tej sprawy nic - nie mieli nawet jego akt, facet nigdy nie zrobił nigdy niczego złego - oprócz oczywistego faktu znalezienia się tamtego dnia w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze, choć nie mógł pojąć, dlaczego takim miejscem miałoby być pastwisko pośrodku cholernego niczego.
- Chodźmy, Dona - westchnął, wstając na równe nogi; zwinięty w rulon pergamin z raportem wrzucił do kieszeni szaty. Zmiany w Ministerstwie po ostatnich - śmiesznych - reformach formalnie pozbawiły ją stołka, ale nie miała zamiaru rezygnować ze sprawy, do której przydzielono ją przed kilkoma dniami. Była tutaj potrzebna - i dobrze o tym wiedziała, nawet, jeśli jej obecność nie była już przez Ministerstwo pożądana. Formalnie nie dostała jeszcze oficjalnego wypowiedzenia.
- Naprawdę nie miałeś innych ubrań? - Pokręcił głową na jej krytyczną uwagę, raczej z grzeczności niż z zainteresowaniem. Nie znał się na ubraniach, ani czarodziejskich, ani mugolskich, więc ubierał się w to, w co akurat był w stanie. Dla mugoli z pewnością wyglądał staromodnie w przydługim płaszczu i białej koszuli ozdobionej żabotem, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia: przecież to tylko ubiór i tak czy inaczej nie będzie wyglądał dziwniej od samych mugoli. Dona pracowała z nimi na co dzień - potrafiła dużo łatwej wychwytywać niuanse i najlepiej wiedziała, na co powinni zwracać uwagę. Ich kultura, ich świat, był mu na tyle obcy, że nie dostrzegał potrzeby zmiany stroju: pozostając głuchy na podpowiedzi towarzyszki.
Wygiął palce, eksponując kłykcie, nim zapukał do rozchwianych, drewnianych drzwiczek chatki, z których chwilę później wyszła kobieta - w wieku podobnym do denata, i, jak miał nadzieję, jego żony.
- Policja - zerknął kątem na Donę, szukając potwierdzenia: jakoś tak się to nazywało. Odnajdując u niej przytaknięcie, kontynuował. - Chcieliśmy porozmawiać o panu Williamie Jerksie, zna go pani?
Pobladła, odnotowywał szybko w myślach, ucieka rozbieganym wzrokiem od jednej twarzy do drugiej, zwleka z odpowiedzią. Zna go. Zna go na pewno, pytanie jak dobrze.
W końcu: skinęła głową.
- Willy... mój mąż, on... znaleźli go państwo?
- Jeszcze nie. Pani Jerks, Brendan Weasley i Dona Mellbourn - wtrąciła grzecznie Dona, równie grzecznie uśmiechając się do Brendana; umknęła mu ta oczywistość.
- Kiedy widziała go pani po raz ostatni? - zapytał więc zamiast tego, kontynuując przesłuchanie; wpierw rzecz jasna skinąwszy głową na słowa asystentki, potwierdzając ich prawdziwość. - Musi nam pani powiedzieć wszystko, co pani wie - przypomniał jej, wychwytując na jej twarzy zawahanie. - Być może posada pani informacje, które mogą nam pomóc... uchwycić sprawcę.
- Trzy noce temu - szepnęła.
- Przepraszam - Dona weszła jej w słowo, ignorując poirytowane spojrzenie Brendana. - Czy moglibyśmy wyjść dalej od domu? W środku pewnie są dzieci, nie chcielibyśmy, żeby były świadkami tej rozmowy - dodała z nieodłączonym uśmiechem, wyprowadzając kobietę dalej - nie oponowała, ruszyła przed siebie w wiosenny spacer, wiatr rozwiewał jej długą, ciemnoczerwoną spódnicę i siwiejące włosy.
- Widziałam go trzy noce temu - powtórzyła głośniejszym szeptem, wiedząc zapewne, że wiatr porwie jej słowa, a okna jej domu znajdowały się zbyt daleko, by dzieci mogły ją podsłuchać. - Nikt nie chce mi wierzyć, ale przysięgam, że mówię prawdę - Spojrzała na Brendana z przekonaniem, odnajdując u niego - zaskakująco dla siebie - zrozumienie i brak zaskoczenia. Właśnie tego spodziewali się czarodzieje. - Przysięgam - powtórzyła już bardziej do siebie, nie przerywając wędrówki. - Siedział na tamtym głazie - Oskarżycielsko wysunęła rękę, wskazując odpowiednie miejsce. - Z psem naszym, ostatnio coś jedno jagnię podgryzło i szukał z nim winnego. A wtedy, znikąd, pojawiła się zakapturzona postać. I wtedy Willy... Willy... - Głos ugrzązł jej w gardle, czerwieniejące policzki zdradzały, że zbierało jej się na płacz. - Willy zaczął krzyczeć, jakby obdzierali go żywcem ze skóry - wydusiła z siebie w końcu - jakby umierał - wpadła w szloch; starła dłonią z twarzy tak ślady łez, jak brudu pod nosem. - A potem, opadł bez życia, w okół błysnął zielony grom. Zielony, przysięgam, nie kłamię. Ludzie mówią, że on zwariował, dlatego tak krzyczał. Ale ja wiem, że to był ból, tylko nie wiem, co ten... człowiek, jeśli tylko to był człowiek... mógł mu zrobić.
Milczeli w trójkę, stojąc pod niebem, na którym migotały srebrzyste gwiazdy.
- Czy pani mąż często wyjeżdżał? Korespondował z kimś? Miał wrogów, znajomych, przyjaciół?
- Nigdy nie wyjeżdżał. Oprócz dzieci i mnie z mało kim się widywał, nawet sąsiadów nie lubił.
- Czy w państwa rodzinie zdarzały się kiedykolwiek podobne wydarzenia?
- Że ktoś zwariował? - wyraźnie się obruszyła. - Nigdy!
- Miałem raczej na myśli... nadnaturalne zjawiska, których nie potrafi pani wytłumaczyć w żaden sposób.
- Och. Nie. Prawie nie. Nie jestem wariatką, proszę pana, jeśli to właśnie próbuje mi pan udowodnić!
- Co znaczy prawie pani Jerks? Proszę mówić wszystko, wierzymy pani. Chcemy dojść prawdy.
- Och... Chodzi o Juleczkę, naszą córkę, umawia się z chłopcem z sąsiedniej wsi i dziwne rzeczy o nim opowiadała. Juleczka była oczkiem w głowie mojego Willy'ego, i... Nie, państwo chyba nie myślicie, że... To przecież niemożliwe! - Dona położyła dłoń na jej ramieniu, Brendan założył swoje na piersi; wciąż cierpliwie przyglądał się kobiecie.
- Jakie dziwne rzeczy, pani Jerks?
- Że jest czarodziejem. Że magikuje, nie jak w cyrku, czy telewizji, że robi to naprawdę. Że raz zamienił Barbarę, młodszą siostrą Juli, w głupią gęś. Ale... ale to tylko gadanie głupich podlotków, przecież to niemożliwe, zamienić człowieka w zwierzę...
Brendan i Dona spojrzeli po sobie: mieli pierwszą poszlakę, spoiwo, które łączyło historię mugola ze światem czarodziei w jedyny logiczny sposób. Córki były całym jego światem i jedynym, co miał, jeśli wszedł w kimś zatarg - to tylko za ich sprawą. Miało to sens.
- Możemy z nim porozmawiać? Potrzebujemy personaliów tego chłopca.
- Peter... Peter Bears, mieszka na południe stąd, w niedużym domu malowanym na biało. Znajdziecie państwo. Ale państwo chyba nie myslą, że on, on coś komuś zrobił, biedna Juleczka...
- Mamy sporo pracy. Działaj, Dona - Skinął głową towarzyszce; ta ochoczo podchwyciła jego pomysł i ku zdziwieniu kobiety wyjęła z kieszeni rózdzkę, gotując się do zaklęcia zapomnienia. O tym wszystkim, o każdym śladzie złamania kodeksu tajności, musiała zapomnieć. Czy czarodzieje, którzy dopuścili się wyjścia Anglii z Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejskiej, w ogóle zdawali sobie sprawę z tego, jak straszne konsekwencje to wszysko za sobą niosło? Nie, oczywiście, ze nie  - byli tylko politykami. Brendan odwrócił się na piecie i odszedł w kierunku wskazanym przez kobietę, wyjmując z kieszeni płaszcza notatnik i zapisując w nim gęsim piórem nazwisko poszukiwanego chłopca. To jedyne, co mieli, nie mogli tego stracić: a kobieta już im nie pomoże. Nie oglądał się za siebie, nie chcąc patrzeć Donie na ręce: wiedział, że jej doświadczenie zawodowe nie pozwoli jej tego spartaczyć. Świeżo upieczona wdowa straci kilka wspomnień o zmarłym męzu, lecz bez nich jej pamięć z całą pewnością wyda się świeższa. Lżejsza. Mniej niepokojąca.
Ruszył dalej przed siebie - musieli sprawdzić każdy jeden ślad. Każdy jeden kąt. Wszystko, ale na dobry początek - mógł to być sam Peter Bears.
- Mogłabym porozmawiać z pani dziećmi? - Usłyszał zza pleców ciepły głos Dony, zdecydowanie, Barbarze przyda się zapomneić to ciężkie doświadczenie. Julia - też nie powinna wiedzieć tak dużo.

/zt




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/
Wytwórca mioteł
26
Półkrwi
Panna
Gołębia nie zaduszę,
me czary są bezkrwawe
w czarodziejską potrawę
wrzucę mą własną duszę..
20
12
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   09.09.17 20:00

13 maja

Trzynaście koralików liczyła jej bransoletka, którą zwykła się bawić w chwilach bezczynności, gdy czas biegł zbyt wolno, a ona nie miała się czym zająć. Odliczała kolejno, między palcami obracając każdy z nich, siedząc na wielkim kamieniu, oświetlona pierwszymi promieniami słońca, które lada moment mogły zniknąć — jak zwykle ostatnimi czasy. Linię horyzontu przerywał znajdujący się w oddali majestatycznie wyglądający stadion. Zerkała w tamtym kierunku raz po raz, nie czując już jak kiedyś, tego przykrego ukłucia zawodu, który wiązał się z utraconymi szansami — na Merlina, jakimi szansami, nie miała przecież żadnej — lub raczej głupimi marzeniami, którymi żyła, odkąd tylko Ben stał się szkolną gwiazdą drużyny quidditcha. Też taka chciała być — wielka jak on, silna, nieustraszona i niezwykle utalentowana. Długi czas sądziła, że starała się zbyt słabo, zbyt mało czasu poświęcała na treningi, zaczęła zbyt późno, lecz obwinianie się nie przynosiło ulgi, a już na pewno nie mogło zmienić losu. Musiała się z nim pogodzić, z wysokich, puszystych obłoków zejść na ziemię i zacząć wreszcie po niej twardo stąpać; zajęła się więc dziadkiem, ale dziś i jego nie było obok. Była tylko ta miotła, która leżała na trawie, stara, schodzona, ale jej własna.  
Uśmiechnęła się do siebie pod nosem. Na moment przymknęła oczy, a w jej uszach rozbrzmiały fanfary i hałas skandujących fanów na trybunach. Poczuła na twarzy chłód, świst powietrza, splecione w krótki warkocz włosy wypadały ze splotu pod wpływem nagłych zmian kierunku lotu. Lubiła to sobie wyobrażać; często odpływała myślami do miejsc, które budziły w niej ciepłe uczucia, poprawiały jej nastrój i napawały serce gorącem. I tak teraz, nawet nie wiedząc, kiedy puściła bransoletkę, chwyciła przed sobą powietrze i zaczęła przechylać się z boku na bok. Twarz jej stężała, brwi ściągnęły się ku sobie, usta spięły, wyrażając niecodzienne skupienie. Leciała na miotle, jej drużyna miała wygrać, gdy…
Zdała sobie sprawę, że nie jest sama; czyjeś kroki skutecznie wyrwały ją z zamyślenia, w którym pogrążyła się zbyt dogłębnie.
— Sophia— przywitała ją ciepło, uśmiechając się szeroko i niemalże od razu podrywając do góry. Nie czekając na nią, podeszła bliżej i uściskała ją serdecznie. Minęło trochę czasu, odkąd widziały się po raz ostatni, cieszyła się na to spotkanie, tak jak na list, który od niej otrzymała. W sklepie i tak ostatnio ruch był niewielki, wszędzie wkoło magia szalała, a to popołudnie zapowiadało się przyjemnie. — Wyglądasz wspaniale.— Zmierzyła ją wzrokiem, odsuwając ją na odległość ramion i powróciła spojrzeniem do jej niezwykłych, miodowych tęczówek. Zawsze z przyjemnością w nie patrzyła, były hipnotyzujące.— Strasznie się cieszę, że cię widzę. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło... no wiesz, od twojego ostatniego listu. — Zmarszczyła brwi, odsuwając się lekko, by spojrzeć na stadion. — Ostatnio dzieją się takie dziwne rzeczy. Wczoraj, gdy postanowiłam wyczyścić swoją miotłę i użyłam różdżki do tego i zaraz tego pożałowałam. Wszystko wkoło zaczęło szaleć.— Zerknęła ze smutkiem na miotłę, kilka wici było powyginanych, a ona wyglądała na jeszcze gorszą niż była. Miała do niej sentyment, wiedziała, że zachowa ją na zawsze, nawet gdy kiedyś stworzy sobie nową.





Szlachetny, choćby i upadł,
pada jak piłka, by znowu odbić się
i lecieć w górę. Podły pada bryłą gliny.

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
24
20
0
1
0
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Bodmin Moor   09.09.17 22:07

Zazwyczaj maj kojarzył się Sophii z przyjemnym czasem, kiedy dni były coraz dłuższe i cieplejsze, a wiosna trwała już w pełni, zwiastując rychłe nadejście lata. W Hogwarcie był to czas przygotowań do egzaminów, a także ostatniego meczu quidditcha, którym emocjonowała się większość społeczności uczniów. Później oznaczał intensywne szkolenia aurorskie, po których jednak, zmęczona, ale pełna zapału i determinacji mogła wypoczywać i snuć marzenia o zostaniu prawdziwym aurorem. Ale w tym roku było inaczej; przełom miesięcy przyniósł nieoczekiwany wybuch magicznych anomalii, które ogarnęły cały kraj i pogrążyły magiczny świat w chaosie, jakiego Sophia nigdy wcześniej nie widziała. Nie było więc beztroskich chwil odpoczynku i oczekiwania na lato oraz krótki urlop, były za to wytężona praca i zmartwienia, dotyczące nie tylko pracy, ale i rodziny. Dwa tygodnie temu omal nie straciła brata, co do tej pory budziło w niej silny niepokój, ale i ulgę, że wszystko skończyło się pomyślnie i jutro miał wrócić do domu.
Ale nawet w trudnym czasie Sophia potrzebowała chwili relaksu i oderwania od problemów, nie była to też czysta fanaberia: naprawdę chciała odświeżyć umiejętności latania. Tamta pierwszomajowa noc, podczas której nieporadnie próbowała przetransportować Samuela na pożyczonej miotle, dała jej do myślenia i uświadomiła, że te umiejętności wciąż mogą być przydatne i niepotrzebnie tak je zaniedbała. Przecież zawsze uwielbiała latać, a jednak odkąd skończyła Hogwart, siadała na miotle średnio kilka razy w roku, bo podczas pobytu w Ameryce miała inne zajęcia, a po powrocie do kraju rozpoczęła intensywne szkolenie aurorskie. Latała rzadko, a zaniedbywane umiejętności musiały podupaść; podczas marcowego amatorskiego meczu czuła się jak uczennica podczas jednego z pierwszych meczów, choć grała w szkolnej drużynie przez kilka lat, i sama była sfrustrowana tym, co z jej umiejętnościami zrobiło kilka lat przerwy.
Hannah wydawała się idealną osobą, którą mogła poprosić o pomoc; była utalentowaną zawodniczką i po Hogwarcie zajmowała się wytwórstwem mioteł, więc z pewnością miała z lataniem do czynienia dużo więcej niż Sophia. Od pewnego czasu nie miały okazji rozmawiać, więc Sophia postanowiła wysłać do niej list, by upewnić się, czy kobieta dobrze przetrwała anomalie, i czy ma czas i chęci na spotkanie. W takich czasach jak obecne nigdy nie wiadomo, zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele problemów anomalie przysporzyły ludziom.
Na szczęście odpowiedź okazała się pozytywna, więc Sophia przybyła na spotkanie, mając nadzieję, że zastanie znajomą w dobrej formie. Gdy aportowała się nieopodal stadionu, dzierżąc w dłoni swoją starą miotłę, szybko zauważyła charakterystyczną sylwetkę Hannah i natychmiast do niej podeszła i uściskała ją, ciesząc się, że widzi ją całą i zdrową.
- Jak dobrze cię widzieć – powiedziała, uśmiechając się do niej ciepło. W ostatnich dniach nie miała wielu okazji do uśmiechu, a pod miodowymi oczami czaiły się sine cienie mówiące wyraźnie, że kiepsko sypiała i sporo się martwiła. – Mamy sporo pracy po tych wszystkich zawirowaniach w ministerstwie, z anomaliami i w ogóle, ale... jakoś żyję. – Była aurorem, musiała być wytrzymała i uparta, nawet, kiedy świat stawał na głowie, a może zwłaszcza wtedy. – Te anomalie chyba każdemu zdążyły uprzykrzyć życie, pracy aurorów też nie ułatwiają. Chyba nikomu nie ułatwiają, a wciąż nie wiadomo, kiedy to się skończy. – Skrzywiła się, bardzo tęskniąc za cudowną normalnością. Oczywiście zdarzało się, gdy dzięki anomaliom łatwiej udawało im się schwytać opryszka, który zamiast rzucić klątwę niechcący przemienił się w królika, ale gdy coś takiego działo się z zaklęciami aurorów, nie było tak wesoło. – Mam nadzieję, że z twoją rodziną też wszystko dobrze? I że przetrwałaś tamtą pierwszą noc i nie obudziłaś się teleportowana w jakieś dziwne miejsce?
Naprawdę liczyła na to, że Hannah nie musiała przechodzić takich stresów, jak ona przez ostatnie dwa tygodnie. Wiedziała, że i ona była zżyta z rodziną, a niepokój o bliskich był w takim czasie chyba najgorszy. Po chwili westchnęła i rozejrzała się po stadionie. To tu odbył się tamten marcowy mecz; kto by pomyślał, że nie minęły nawet dwa miesiące, a tyle się zmieniło?
- Mam nadzieję, że nie napisałam do ciebie w nieodpowiednim czasie, ale naprawdę się cieszę, że zgodziłaś się spotkać – powiedziała po chwili. Oczywiście nie chodziło tylko o latanie, cieszyło ją samo spotkanie i rozmowa. Dawne znajomości były szczególnie cenne w czasie, gdy tak zaniedbała życie towarzyskie na rzecz pracy i zwyczajnie potrzebowała z kimś porozmawiać o czymś innym niż kolejne dochodzenie. – Oby tylko miotły nie zaczęły wyprawiać jakichś dziwnych rzeczy. Naprawdę chciałabym wrócić do regularnego, albo przynajmniej częstszego latania, choć wiem, że to już nie będzie do końca to, co w szkole. – O ile zamieszanie w pracy pozwoli. Ale każdy kryzys musiał dobiec końca, po nim może znajdzie się więcej czasu na inne pasje i rozrywki. Na to przynajmniej liczyła, optymistycznie (choć może naiwnie) wierząc, że będzie lepiej.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
 

Bodmin Moor

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 13 z 13Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 11, 12, 13

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Puddlemere-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17