Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Salon   12.10.16 18:49

First topic message reminder :

Salon

Salon Carterów jest przytulnym pomieszczeniem, niegdyś będącym swoistym centrum życia rodziny. Choć minęło trochę czasu od śmierci rodziców Sophii i Raidena, we wnętrzu niewiele się zmieniło, wciąż widać tu rękę ich matki, która urządziła pokój. Salon jest urządzony w ciepłych barwach, na ścianach oraz na gzymsie kominka znajdują się ruchome fotografie przedstawiające członków rodziny. Znajdują się tu też kanapa, fotele i stół; salon jest miejscem do przyjmowania gości oraz wypoczynku. Ze sporych rozmiarów okna roztacza się widok na znajdujący się za domem ogródek.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Sophia Carter dnia 01.10.17 12:52, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   14.04.17 23:00

Salwa pytań, która nastąpiła po wypowiedzeniu ostatnich słów, wcale jej nie zaskoczyła; spodziewała się, że Sophia będzie chciała wiedzieć więcej. Była w końcu aurorem, podejrzliwość i czujność wpisane były w jej zawód, zwłaszcza w zderzeniu ze strzępkami informacji, które właśnie dostawała. Margaux odetchnęła, prostując się nieznacznie i unosząc do ust kubek z herbatą. Płyn zdążył lekko już przestygnąć, ale wciąż miał w sobie coś z kojącej nerwy bliskości; rozluźniła nieznacznie ramiona, na krótką chwilę odrywając spojrzenie od twarzy kobiety.
Wciąż pamiętała rozmowę na temat Zakonu, którą początkiem stycznia przeprowadziła z Dunym; nie mogła nie pobiec do niej myślami i teraz, choć – co zauważyła z pewnym smutkiem, ale bez zbytniego zdziwienia – tamto spotkanie budziło w niej zupełnie inne emocje. Sytuacja była bliźniacza tylko pozornie; w rzeczywistości różniła się wszystkim, bo poszczególne głoski i sylaby zostały już na zawsze naznaczone niedawnymi tragediami i całym mnóstwem niewielkich, ale składających się w niepokojącą całość dramatów. Wtedy po podzieleniu się z przyjacielem sekretem czuła ulgę, ciężar podnoszący się z barków; dzisiaj towarzyszyła jej jedynie rosnąca troska.
Opuściła ściskające kubek dłonie, dla wygody opierając je na własnych nogach, kciukami bezwiednie obrysowując drobne, wypukłe wzory na ciepłej porcelanie. – Nie jestem pewna – odpowiedziała szczerze, starając się odnaleźć odpowiednie słowa wśród wymykających się jej spomiędzy palców myśli. – Nie było mnie przy tym. To było coś w rodzaju ducha. Może wspomnienia. Magii, której nie potrafię do końca zrozumieć. – Wzruszyła ramionami. Zawsze zdawała sobie sprawę, że przynależność do Zakonu wymagała od nich ogromnych pokładów wiary, bo realne i namacalne dowody były raczej rzadkością; musieli wierzyć, że kierowała nim wyższa idea, że Bathilda miała naprawdę dobre zamiary oraz że ich poświęcenie – gdy kiedyś nadejdzie – nie pójdzie na marne. – Kimkolwiek… Czymkolwiek był, Dumbledore zostawił Zakonowi instrukcje i silnie chronioną kwaterę. Jej położenie mogą zdradzić tylko Strażnicy Tajemnicy – dodała, przypominając sobie noc, w którą sama trafiła do chaty po raz pierwszy; tę samą, w czasie której stracili Luno i Cressidę.
Zamilkła na chwilę, zastanawiając się, w jaki sposób sformułować odpowiedzi na kolejne pytania, orientując się, że mówienie o Zakonie w którymś momencie przestało kojarzyć jej się z opowiadaniem surrealistycznej, nakrapianej mrokiem bajki; niezwykła historia, połączona z osobistymi doświadczeniami, nierozerwalnie scaliła się z rzeczywistością, zaczynając brzmieć prawie znajomo. Nie była pewna, jak czuła się z tym faktem. – Wybacz, że odpowiem nie po kolei, ale… Tak, należę do Zakonu od listopada. Ministerstwo najprawdopodobniej o nas nie wie, choć może coś podejrzewać, ich działania wydają się czasami zbyt wygodne, jak na zbiegi okoliczności. Jeśli chodzi o nas… – zawahała się; jak wiele mogła zdradzić jej na tym etapie? Znów zawiesiła spojrzenie na złotych oczach Sophii, jakby starając się odnaleźć tam odpowiedzi. – Naszym głównym celem jest odnalezienie sposobu na powstrzymanie Grindelwalda. Zbieramy informacje, szukamy słabych punktów, próbujemy ustalić, co planuje. Ale to bardziej skomplikowane, niż może się wydawać. Grindelwald… Podjął kroki, żeby się zabezpieczyć. Z tego, co wiemy, wyciął sobie serce i zastąpił je sercem smoka. – Przełknęła ślinę; sama myśl o tym zawsze powodowała, że po plecach przebiegał jej nieprzyjemny dreszcz. – Dosłownie – dodała cicho, w razie gdyby Sophia uznała, że posłużyła się jakąś barwną metaforą.
Margaux wolałaby, żeby to była metafora.
Zanim odezwała się ponownie, pozwoliła, by salon na dłuższą chwilę wypełniło milczenie, w czasie którego opuściła wzrok na własne dłonie, jedną z nich odrywając od kubka; szczupłe palce uniosła do twarzy, gdzie założyły za ucho nieistniejący kosmyk włosów. Wiedziała, że musiała powiedzieć coś jeszcze, ale ta konieczność wcale nie sprawiała, że przywoływanie duchów przeszłości stawało się łatwiejsze. – Sophia, zanim na cokolwiek się zdecydujesz, musisz wiedzieć, że to, co robimy, jest niebezpieczne – uniosła spojrzenie, z którego znikła część łagodnego ciepła, zastąpiona powagą i jakimś nieuchwytnym echem smutku. – Od czasu powstania Zakonu, część naszych przyjaciół zapłaciła za chęć walki życiem. Oprócz Grindelwalda i jego popleczników, istnieje trzecia siła. Gardzący mugolami i mieszaną krwią czarodzieje gromadzą się wokół człowieka, którego nazywają Czarnym Panem. Potterowie… – urwała szybko, orientując się, że Dorea i Charlus pracowali z Sophią w tym samym biurze. Zmarszczyła brwi, posyłając rudowłosej kobiecie pytające spojrzenie, zastanawiając się, czy ich znała. Czy przyjaźnili się ze sobą, pili razem kawę na korytarzach, narażali się na akcjach? – Dorea i Charlus byli jednymi z nas.I zginęli, bo działaliśmy zbyt wolno.




I've polished this anger
and now it's a knife


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   15.04.17 0:13

Chociaż Sophia nie była aurorem na tyle długo, by popaść w kompletną paranoję, musiała bardzo ostrożnie podchodzić do uzyskiwanych informacji i nie przyjmować wszystkiego bezkrytycznie. Od zdrowego rozsądku często zależało bardzo wiele, a brawura rzadko kiedy wychodziła na dobre. Aurorzy, którzy byli zbyt lekkomyślni i nieostrożni, rzadko dożywali starości, jeśli, oczywiście, jakimś cudem przeszli przez cały trzyletni kurs.
Musiała więc pytać. W końcu nie chodziło o żadną błahą kwestię, a poważne sprawy. Chociaż Sophia dopiero dziś pierwszy raz usłyszała o istnieniu Zakonu Feniksa, z samej postawy Margo i tonu jej głosu mogła wyczytać, że w grę wchodzi coś większego. Atmosfera była daleka od lekkości i swobody, trudno było się rozluźnić w takich okolicznościach, tym bardziej że Sophia naprawdę chciała pokazać, że jest godna okazanego jej tak wielkiego zaufania. Słuchała w skupieniu, z uwagą chłonąc kolejne padające słowa, poznając informację o działalności, w którą zaangażowała się Margaux i z pewnością nie tylko ona. Niektóre z nich były bardzo zaskakujące nawet jak na świat magii. Kto by pomyślał, że Dumbledore może dawać jakieś znaki zza grobu, że znajdzie sposób, żeby dziesięć lat po swojej śmierci powołać do istnienia sekretną organizację, mającą, według słów Margo, powstrzymać Grindelwalda oraz tajemniczą trzecią siłę?
Jakkolwiek dziwacznie to brzmiało, cząstka Sophii pragnęła wierzyć, że nie są to żadne szalone rojenia. Przecież ufała Margo na tyle, by wiedzieć, że ta nie przyszłaby do niej z wyssaną z palca opowiastką. Jej słowa mimo pewnych zaskakujących elementów brzmiały bardzo prawdziwie, a Sophia intensywnie rozmyślała nad właśnie zyskanymi informacjami.
- Więc myślisz, że te wszystkie wydarzenia... To, co się dzieje w ostatnim czasie... Te zmiany w ministerstwie, zaginięcia, tajemnicze zgony... To robota Grindelwalda lub tej... „trzeciej siły”? – zapytała. W kwestię Dumbledore’a musiała po prostu uwierzyć na słowo, bo tego nie dało się w prosty, logiczny sposób wytłumaczyć; być może nawet sama Margo nie wiedziała do końca, jak to się stało. – To naprawdę brzmi niesamowicie... zaskakująco... i niepokojąco. Dumbledore dający znaki zza grobu, smocze serce Grindelwalda... To trochę jak fragment jakiejś baśni. – Skądś kojarzyła mgliście motyw z sercem, ale wątpiła, żeby coś takiego było możliwe w rzeczywistości. Nawet w świecie czarodziejów istniały rzeczy niemożliwe, bo wszystko posiadało swoje ograniczenia, również magia. Póki co jednak skupiła się na tych bardziej przyziemnych kwestiach, jak próba połączenia słów kobiety z tym, co sama mogła zaobserwować w ostatnim czasie, zupełnie jakby chciała za wszelką cenę znaleźć wyjaśnienie tych okropności.
Zdawała sobie też sprawę, że ta (zapewne nielegalna) działalność nie mogła być całkowicie bezpieczna, ale jednak wieść o Potterach i o innych nieznanych ofiarach była kolejnym zaskoczeniem. Zesztywniała, a jej drobna dłoń tak mocno zacisnęła się na kubku, że prawie oblała się jego zawartością. Oczywiście, że miała okazję ich poznać, i choć nigdy nie znali się szczególnie blisko, wieść o ich tragicznej śmierci poruszyła nią. Do tej pory była pewna, że zginęli z powodu swojej pracy. Aurorzy często budzili niechęć wśród czarowników, których ścigali, i jakkolwiek straszliwy spotkał ich koniec, Sophia nie doszukiwała się w tej tragedii czegoś więcej. Aż do teraz.
- Potterowie należeli do tego Zakonu? – zapytała cicho. Jakie jeszcze zaskakujące wieści usłyszy? Może jeszcze okaże się, że Raiden jest w tym tajemniczym Zakonie, choć nigdy ani słowem jej o czymś takim nie wspominał? Sophia nie wiedziała nawet, że rzeczywiście miała pod swoim dachem Zakonniczkę Feniksa – Artis. – Czy ich śmierć była w jakiś sposób powiązana z waszą działalnością?
O to także musiała zapytać. Ryzyko było jednak nieodłącznie wpisane w zawód aurora, bo wielu z nich ginęło lub odnosiło ciężkie rany. Sophia musiała przez cały czas liczyć się z tym, że też może zostać ranna lub nawet zginąć. Może dlatego po śmierci swojego narzeczonego i podjęciu decyzji o rozpoczęciu kursu unikała nowych tak głębokich znajomości, wiedząc, że może kogoś zranić, tak jak odejście Jamesa zraniło ją. Ale on nawet nie był aurorem, a uzdrowicielem, który umarł od czarnomagicznego zaklęcia wracając z pracy do domu.
Przyjęcie na siebie kolejnego ryzyka nie mogło więc zbyt wiele zmienić w jej sytuacji, skoro i tak już żyła w zagrożeniu i będzie w nim żyć, nawet gdyby odmówiła. Jeśli jednak naprawdę mogła zrobić coś dobrego, nie mogła stchórzyć i powiedzieć, że boi się zaryzykować. To kłóciłoby się z tym, w co wierzyła, decydując się na właśnie taką drogę życia.
- Zdaję sobie sprawę, że to niebezpieczne, zwłaszcza teraz, kiedy tyle się dzieje. Ale zagrożenia już są wpisane w moje życie, w zawód, który wybrałam w pełni świadomie, chociaż każdego dnia zdaję sobie sprawę, że może przyjść ten dzień, gdy po prostu... nie wrócę do domu – powiedziała cicho. Oczywiście nie chciała tego, nie miała skłonności samobójczych i nie pragnęła ginąć, w końcu bardziej przysłuży się światu, żyjąc. Ale każdy auror, który zaczynał czynną pracę, miał świadomość, z czym się to wiąże. – Chcę zrobić coś dobrego, Margaux. Dziękuję za zaufanie mi i ostrzeżenie, ale skoro uznałaś, że naprawdę mogę wam pomóc, nie wycofam się. Jeśli jest jakiś sposób, by powstrzymać to, co się dzieje, chcę w tym uczestniczyć, bo nie możemy siedzieć z założonymi rękami, kiedy świat, który znamy, zaczyna drżeć w posadach.
Znowu umilkła, zdając sobie sprawę z tego, jak odważną deklarację właśnie złożyła, chociaż póki co jej wiedza o Zakonie opierała się głównie na wierze w słowa Margo. Nie było to łatwe, ale musiała zaufać i uwierzyć.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   15.04.17 20:24

Czuła się odrobinę winna, bezlitośnie odsłaniając przed Sophią kolejne fragmenty ich pogrążonej w półmroku rzeczywistości oraz wyciągając na światło dziennie połączenia, które dla większości wciąż pozostawały niewidoczne. Ignorancja była błogosławieństwem; kiedyś nie rozumiała pełnego sensu tego powiedzenia, dzisiaj wiedziała doskonale, jak wielka prawda kryła się pod niepozornymi słowami. Czasami – w chwilach słabości, gdy wydawało się, że na bliskim horyzoncie czaiło się po prostu zbyt wiele – łapała się na sentymentalnym zerkaniu w przeszłość, do czasów, w których nie zdawała sobie sprawy z obecności drugiego dna wstrząsających czarodziejskim światem wydarzeń. Zastanawiała się, jak bardzo inaczej wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy nie dowiedziała się o istnieniu Zakonu; czy byłaby szczęśliwsza wierząc, że referendum było uczciwe, policja antymugolska stanowiła tylko chwilowe potknięcie władzy, a seria morderstw okazała się zbiorem odosobnionych i niepowiązanych ze sobą przypadków? Czy spałaby spokojniej, nie czując naglącej potrzeby oglądania się przez ramię za każdym razem, gdy opuszczała mieszkanie i nie wiedząc, że jej najbliżsi każdego dnia narażali swoje życie i zdrowie w desperackich próbach przywrócenia porządku w świecie ogarniętym chaosem?
Pierwszy impuls sugerował, że tak; rozsądek przypominał, że niczego by to nie zmieniło. Chowanie się za kłamstwami bynajmniej nie sprawiało, że prawda przestawała istnieć – nieistotne, jak bardzo chciałoby się, żeby tak było. Ignorancja może i była błogosławieństwem, ale była też luksusem, na który nie każdy mógł sobie pozwolić, a za który – prędzej czy później – przyszłoby im srogo zapłacić.
Zamrugała szybko, słysząc kolejne pytanie Sophii. Tym razem opuszczały już sferę solidnych faktów, przenosząc się na pole przemyśleń oraz ponurych domysłów. – Nie wiem. Tak. To ma sens, prawda? – Wzruszyła ramionami, żałując, że nie jest w stanie udzielić konkretnych wyjaśnień, ale tutaj wszyscy wciąż poruszali się we mgle; wiedzieli zbyt mało, żeby definitywnie wskazać palcem na winnego – zwłaszcza, że mieli do wyboru więcej niż jedną osobę. – Grindelwald zabił profesora Slughorna. Teraz ginie nauczyciel obrony przed czarną magią? Na niebie pojawiają się dziwne znaki, dwadzieścia trzy osoby giną w ciągu czterech tygodni, ktoś zabija jednorożce, a ministerstwo odwraca naszą uwagę w stronę mugoli? – Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym jej głos podniósł się lekko, a dłonie zaciskane na kubku zadrżały; przywołała się do porządku niemal natychmiast, biorąc głęboki wdech i bardzo powoli wypuszczając z płuc powietrze. Chyba naprawdę była zmęczona, skoro na gładkiej powierzchni spokoju i opanowania – tak bardzo potrzebnego w jej pracy, tak długo wyrabianego w czasie dorastania z wrażliwym na wszelkie zmiany nastroju braciszkiem – coraz częściej zaczynały pojawiać się bulgoczące bańki wypełnione złością.
Słysząc słowo baśń, zaśmiała się bezgłośnie, nie otwierając ust, a zwyczajnie wydmuchując nosem porcję powietrza – ale Sophia miała rację. Gdy usłyszała o sercu po raz pierwszy, jej natychmiastowym skojarzeniem również były snute opowieści dla dzieci, zaprojektowane w ten sposób, by ich czegoś nauczyć (i może nie pozwolić na przespanie kilku nocy). Główna różnica polegała na tym, że książkę z baśniami można było odłożyć na półkę; ich baśń ożywała natomiast na ich oczach, przesączając się do każdego aspektu życia i nawiedzając ich nie tylko w sennych koszmarach, ale również i na jawie; zaglądając w miejsca, gdzie nie powinna mieć dostępu i panosząc się tak zaborczo, że nie było już przed nią ucieczki. – Ta baśń, niestety, jest jak najbardziej prawdziwa – powiedziała cicho. Chwilami wciąż czuła na sobie lodowate macki niosącej ją wody, a pod powiekami migały zielonkawe, chłodne świetliki z podziemnej jaskini. – Kilka tygodni temu znaleźliśmy skrzynię z sercem Grindelwalda, choć jeszcze nie udało się nam jej otworzyć – dodała, wręczając w ten sposób Sophii kolejny kawałek przerażającej układanki, pomijając jednak chwilę, w której syczące fale pochłonęły Roberta; wciąż nie czuła się na siłach, żeby po raz kolejny opowiedzieć tę historię. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie w stanie wracać myślami do tamtej nocy, nie czując przy tym duszących palców wyrzutów sumienia i palącego żalu.
Wystarczył jej smutek; gorzki, zimny, otaczający ją nieprzerwanie i szczelnie, jak dodatkowa warstwa niechcianego ubrania, do której przyzwyczajała się z każdym dniem coraz bardziej – aż wreszcie nie wiedziała już, jak wyglądała rzeczywistość bez niego. Czaił się gdzieś na krawędzi, nienachalny, lecz stale obecny; czuła go również teraz, bez problemu zauważając nagłą reakcję Sophii. A więc miała rację, musiała słyszeć o nich wcześniej; skinęła milcząco głową, potwierdzając jej słowa. – Od samego początku – powiedziała, na nowo ściszając głos. – Nie mamy stuprocentowej pewności, dom spłonął, ale… – Opuściła spojrzenie na własne dłonie. – Trudno nie dopatrywać się powiązań. – Oczywiście brała pod uwagę fakt, że para aurorów była szczególnie narażona na ataki czarodziejów lubujących się w czarnej magii, ale nie wierzyła w tę wersję ani przez chwilę – choć zapytana o argumenty, nie potrafiłaby podać zbyt wielu.
Być może chodziło też o to, że zwyczajnie potrzebowała czegoś, co mogłaby obwiniać. Pogodzenie się z rażącą niesprawiedliwością, jaką była śmierć Dorei i Charlusa, samo w sobie zakrawało o niemożliwość; przyjęcie, że za ich morderstwem nie kryło się głębsze znaczenie, że nie było żadnego sposobu, żeby uczcić ich pamięć, wydawało się po prostu złe i Margaux nie potrafiła się na nie zdobyć. Nie mogła; nie ze świadomością, że za okazane zaufanie zapłaciła im obietnicą, którą mogła spełnić tylko w jeden sposób – czyniąc świat Jamesa Pottera bezpieczniejszym miejscem.
Spodziewała się, jaka będzie odpowiedź Sophii, zanim jeszcze z jej ust padły pierwsze słowa, i mimo że miały w sobie oczywisty ciężar i powagę, nie mogła nie unieść lekko kącików ust. Wypowiadane wyrazy brzmiały aż nadto znajomo i wpasowywały się idealnie we wszystko, czego zdążyła nauczyć się o ich autorce; koniec końców, miała przed sobą tę samą kobietę, która bez zawahania naraziła kiedyś siebie, żeby ochronić przed zaklęciem nieuważną ratowniczkę czarodziejskiego pogotowia. – Wiem – mruknęła cicho, odrywając palce od letniego już kubka i pochylając się do przodu, żeby opuszkami dotknąć wierzchu dłoni Sophii. Zakonniczki. Przyjaciółki? – Nie przyszłabym tutaj, gdybym nie była pewna, że powiesz właśnie to – dodała, teraz już uśmiechając się wyraźnie i ciepło, chociaż gdzieś za szaroniebieskimi tęczówkami kryła się nieodłączna troska. – To wszystko na początku będzie chaotyczne. W szeregach Zakonu spotkasz sporo osób, które już znasz. Być może takich, które uważasz za bliskie. Pamiętaj proszę, że do trzymania cię w niewiedzy nie zmusił ich brak zaufania, tylko ostrożność i obietnica złożona wyższej sprawie. – Wiedziała, że to mogło być trudne; pamiętała własne dylematy, gdy przez wiele tygodni z rozdartym sercem okłamywała Just. Ale może Sophia rozumiała; w końcu nie wystawiała się na niebezpieczeństwo od dzisiaj. – W razie czego na wszystko ci odpowiem i ze wszystkim pomogę – dodała jeszcze, odszukując spojrzeniem oczy kobiety. Musiały trzymać się razem.
Teraz bardziej niż kiedykolwiek.




I've polished this anger
and now it's a knife


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   15.04.17 22:04

Chociaż Sophia jeszcze nie zdawała sobie z tego w pełni sprawy, ten moment, rozmowa, podczas której usłyszała o Zakonie Feniksa, mogła wiele zmienić w jej życiu. Nie można było powiedzieć, że tkwiła w całkowitej ignorancji; opierała się jednak na przeczuciach, nie faktach. Mogła jedynie podejrzewać, snuć pozbawione dowodów teorie spiskowe, że referendum zostało sfałszowane, a tajemnicze zgony kryją w sobie wspólny mianownik, którego jeszcze nie odkryli. A przynajmniej część z nich mogło go w sobie kryć, bo wątpliwym było, żeby aż tylu zwyrodnialców jednocześnie wpadło na pomysł obcinania głów mugolom. Z czasów swojego kursu nie pamiętała tego typu przypadków, a teraz w ciągu zaledwie paru tygodni znaleźli kilka takich ciał.
Pragnęła jednak wiedzieć. Ignorancja bywała błogosławieństwem, ale pewnego dnia mogła stać się przekleństwem i przyczyną tragicznych w skutkach błędów, których można było uniknąć, gdyby wcześniej wiedziało się coś więcej. To wszystko, o czym mówiła Margaux, było podejrzane, tym bardziej, że zdarzyło się w tak krótkim czasie. Nie można było zignorować oczywistych oznak zmian, które naprawdę mogły zagrozić ustalonemu porządkowi.
- Masz rację, to jest dziwne i niepokojące. To, że to wszystko dzieje się akurat teraz, a ministerstwo uparcie udaje, że największym zagrożeniem są mugole. Wydaje mi się raczej, że to oni mogą być zagrożeni, skoro część tych przypadków dotknęła właśnie ich – powiedziała, przypominając sobie mgliście sprawę prowadzoną z Samuelem. Znaleziono wtedy bezgłowe ciało młodej mugolki, zapewne całkowicie nieświadomej, że umiera za sprawą magii. Sophia nie wiedziała, czemu akurat teraz sobie o niej przypomniała; może dlatego, że być może jej sprawa naprawdę była powiązana z tym, o czym właśnie słuchała?
Niektóre elementy tej historii rzeczywiście brzmiały jak wyrwane z baśni. A Sophia, choć dorastała w świecie magii od urodzenia, zdała sobie sprawę, że były rzeczy, które nadal mogły ją zaskoczyć. Jak opowieść o Grindelwaldzie i wyciętym sercu zastąpionym przez serce smoka. Wydawało się to niemożliwe; Sophia może nie była uzdrowicielką, ale miała wystarczające pojęcie o anatomii, by wiedzieć, że nikt nie był w stanie przeżyć, nie posiadając serca. Chyba że inferius lub inna istota tego pokroju, ale ich nie można było określić mianem żywych. Ciekawe więc, ile prawdy się w tym kryło – może to serce było tylko metaforą, nie prawdziwym organem, ale innym cennym dla czarownika przedmiotem? Członkowie tajemniczego Zakonu zapewne musieli sporo ryzykować, żeby wejść w jej posiadanie, cokolwiek było w środku.
Ale wieść o Potterach skutecznie odciągnęła jej uwagę od Grindelwalda i jego domniemanego serca. Trudno było przejść obojętnie obok tragedii ludzi, których się znało. Czasami mijała Potterów na korytarzach Biura, a w lutym razem z Artis pojawiła się przelotnie na chrzcinach ich malutkiego synka. Wydawali się piękną, szczęśliwą parą, która odeszła stanowczo zbyt szybko – z powodu swojej pracy, albo, jak mówiła Margaux, Zakonu Feniksa, chociaż to mogło być teorią spiskową równie śmiałą jak ta, którą sama snuła od momentu poznania wyników referendum.
- Ktokolwiek za tym stoi, to straszne – powiedziała tylko, kręcąc głową. Trudno było opisać słowami to, co czuła, myśląc o tym zdarzeniu i jego możliwych znaczeniach. – Czy wiadomo, co się stało z ich dzieckiem? – Oby okazało się, że małego nie było w domu Potterów w momencie, gdy zostali zaatakowani. – Mam nadzieję, że odpowiedzialni za to zostaną szybko znalezieni.
Wątpiła jednak, żeby ministerstwo naprawdę starało się rozwikłać tę sprawę, która zapewne pozostanie zagadką jak wiele innych dziwnych zdarzeń. Jedyna nadzieja w tym tajemniczym Zakonie, jakkolwiek działał i ktokolwiek do niego należał.
Sophia może i była w oczach niektórych tylko kobietą, nadającą się wyłącznie do papierkowej roboty, ale traktowała swoją pracę bardzo poważnie. Na kurs popchnęły ją już nie chwiejne młodzieńcze marzenia snute w Hogwarcie, a poczucie misji zrodzone, gdy dowiedziała się, że jej ukochany zginął od czarnej magii, a tamtejsi aurorzy nie kwapili się, by znaleźć sprawcę. Odczuła je tym silniej, gdy zginęli jej rodzice i zapragnęła działać, nawet jeśli dla jej bliskich było za późno. A jeśli Biuro Aurorów działało niewystarczająco, ograniczane przez ministerstwo, Zakon mógł otworzyć dla niej inną drogę, za sprawą której nie będzie musiała błądzić we mgle ani biernie patrzeć na kolejne tragedie.
Posłała Margo blady uśmiech. Może działa lekkomyślnie, przyjmując na sobie to ryzyko, ale czuła, że powinna to zrobić i nie wybaczyłaby sobie, gdyby stchórzyła.
- Jestem gotowa się z tym zmierzyć – powiedziała, zdając sobie sprawę, że pewnie jeszcze niejeden raz się zdziwi, może nawet przyjdą chwile, gdy dopadną ją wątpliwości. – Rozumiem. I zdaję sobie sprawę, jak wiele ty ryzykowałaś, mówiąc mi to wszystko, choć nie miałaś pewności, jak zareaguję na to, co mi powiedziałaś. Dziękuję za takie zaufanie, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Mam nadzieję, że nie zawiodę. – Skinęła lekko głową, a w oczach barwy płynnego złota czaiła się powaga. Zdawała sobie też sprawę, że będzie musiała to wszystko pogodzić: pracę aurora oraz przynależność do Zakonu Feniksa. – Czy to oznacza, że teraz, skoro już wiem, skoro opowiedziałaś mi to wszystko, to w pewnym sensie jestem już członkiem waszego stowarzyszenia? I kiedy będzie trzeba coś dla niego zrobić, będę o tym wiedzieć? – zapytała, zastanawiając się, w jaki sposób Zakon dotrze do niej, kiedy będzie jej potrzebować. Może to było głupie pytanie, ale nadal nie wiedziała nic o strukturze organizacji, do której właśnie zgadzała się przystąpić, mając pełną świadomość, że nie będzie to dziecięca zabawa w udawanie, nawet jeśli początkowo będzie się czuła jak dziecko błądzące we mgle i uczące się funkcjonować w nowym stanie rzeczy, w którym będzie nie tylko aurorką, ale i Zakonniczką Feniksa wierzącą w sens walki o lepsze jutro.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   16.04.17 2:24

Nie potrafiła wyrazić słowami, jak wielką ulgę i wdzięczność wywołały w niej słowa Sophii, nie tylko przytakujące jej przypuszczeniom, ale również zdejmujące ciężar odpowiedzialności z niczego nieświadomej społeczności niemagicznej. Mugole, a zwłaszcza stosunek czarodziejskiego świata do nich, był dla Margaux tematem wyjątkowo drażliwym i budzącym sprzeczne emocje; wychowana w całkowitym odizolowaniu od magii, chowała głęboki sentyment do pozbawionej czarów rzeczywistości, a zwłaszcza do ludzi, którzy byli jej częścią. Świadomość, że coraz więcej czarodziejów zaczynało patrzeć na mugoli wrogo, traktując ich nie tylko jak gorszy sort, ale też dostrzegając w nich potencjalne zagrożenie, budziła w niej jednocześnie strach, gniew, jak i poczucie palącej niesprawiedliwości, pogarszanej jedynie przez fakt, że ogólnemu brakowi zrozumienia przyklaskiwało Ministerstwo Magii, niwecząc nawet tę wątłą nić porozumienia, którą zapewniały biura odpowiadające za kontakty ze światem niemagicznym. W zestawieniu z nienaruszalną – zdawałoby się – instytucją, czuła się wyjątkowo bezsilna, więc każdy najdrobniejszy przejaw wsparcia ze strony czarodziejów sprawiał, że dostrzegała nową iskierkę nadziei. Odosobnione zdanie pojedynczych jednostek nie mogło co prawda uzdrowić całości, ale może wystarczyłoby, żeby wzbudzić wątpliwość – a to przenosiło ich już o krok dalej od otwartej niechęci.
Posłała Sophii spojrzenie przepełnione wdzięcznością, choć kiedy się odezwała, przez sylaby nadal przelewał się smutek i okruchy goryczy. – Najłatwiej jest zrzucić winę na kogoś, kto nie jest w stanie się obronić – zauważyła cicho, odwracając spojrzenie w stronę okna. Na zewnątrz powoli zaczynał zapadać zmrok; mimo że dni były już dłuższe niż zimą, wszechobecna mgła i zasnuwające niebo chmury sprawiały, że noc zapadała szybciej. Upiła łyk herbaty, zawieszając spojrzenie na nieokreślonym punkcie za szybą, jednak ciemności nie przyniosły jej oczekiwanego spokoju. Czasy, w których późny wieczór kojarzył jej się głównie z końcem wyczerpującego dnia i kojącymi objęciami ciepłego mieszkania, należały do przeszłości; dzisiaj w mroku dostrzegała czające się niebezpieczeństwa, a sen częściej niż zwykle przynosił przepełnione obawami koszmary, lepiące się do skóry i myśli jeszcze długo po przebudzeniu.
Jak wypełnione wyrzutem, martwe spojrzenia przyjaciół, śledzące ją milcząco spomiędzy długich cieni.
Wspomnienie o Jamesie skutecznie zmusiło ją do powrotu do rzeczywistości i ponownego przeniesienia uwagi na Sophię. Nie odpowiedziała od razu, dopiero teraz przypominając sobie, że przecież ona również była gościem na wyprawionych w domku Potterów chrzcinach; wiedziała więc, komu Charlus i Dorea powierzyli opiekę nad swoim jedynym synem, w razie gdyby stało im się coś złego. I kto w związku z tym niewybaczalnie ich zawiódł. – Chłopiec jest bezpieczny – powiedziała wreszcie, cicho i odrobinę mechanicznie, jakby wydobycie z siebie głosu sprawiało jej trudność. – Przepraszam, nie mogę powiedzieć więcej – dodała jeszcze, uświadamiając sobie, że jej odpowiedź mogła wydać się zbyt lakoniczna. Ufała Sophii, ale jednocześnie nie mogła złamać złożonej Samuelowi obietnicy; oboje zgodzili się zresztą, że im mniej osób będzie znało dokładnie miejsce przebywania Jamesa, tym lepiej.
Jej następne słowa były ledwie słyszalne. – Ci, którzy są za to odpowiedzialni, zapłacą – mruknęła, chyba nie do końca zdając sobie sprawę, że wypowiadała ciche myśli na głos, nie tłumacząc się jednak w żaden sposób; nie przyznawała się – nawet przed samą sobą – że jakaś zamknięta część jej umysłu miała nadzieję, że aurorzy i ministerstwo nie będą pierwszymi, którzy dotrą do morderców. Wbrew własnym przekonaniom i kodeksowi moralnemu liczyła na to, że ubiegnie ich Zakon; i że wymierzy sprawiedliwość według swoich zasad.
Odwzajemniła słaby uśmiech Sophii, uświadamiając sobie, że na pewien sposób, naprawdę czuła się lepiej; być może w utrzymaniu pionu pomagała jej sama świadomość, że wciąż istniały osoby, które nie dały się omamić szerzonej przez ministerstwo propagandzie. Chociaż podskórnie wiedziała, że rudowłosa właśnie do takich należała, to werbalne potwierdzenie dodatkowo dodało jej otuchy. Mieli po swojej stronie kolejną dobrą, gotową do walki o lepsze jutro duszę. – To ja ci dziękuję – odpowiedziała szczerze, zniżając nieznacznie głowę w kierunku Sophii. Wiedziała, że decyzja o przystąpieniu do działającej poza wyznaczonymi przez prawo granicami organizacji nie musiała należeć do najprostszych; każdy, kto do nich dołączał, ryzykował wiele, skazując samego siebie nie tylko na życie w ciągłym poczuciu zagrożenia, ale również na poruszanie się w gęstej siatce kłamstw i niedopowiedzeń.
Uśmiechnęła się, przytakując. – Tak, możesz się uważać za oficjalnego członka Zakonu Feniksa. Wiem, wygląda to mało spektakularnie, ale takie mamy czasy – odpowiedziała, pozwalając sobie na zgubienie poważnego tonu chociaż na moment, mając nadzieję na rozrzedzenie ciężkiej atmosfery przynajmniej odrobinę. – Póki co o spotkaniach, zadaniach i misjach będę informować cię ja albo ktoś inny spośród Zakonników. Przynajmniej dopóki nie dostaniesz pióra. – Zawiesiła głos, orientując się, że mogło to zabrzmieć raczej dezorientująco. – Magiczne pióro feniksa to swego rodzaju symbol przynależności do Zakonu – wyjaśniła, wyciągając dłoń, na której tkwiła srebrna, opleciona roślinnym motywem obrączka. – Transmutujemy je w pierścienie, które służą nam do komunikacji. Gdy ktoś potrzebuje zwołać zebranie – najczęściej Bathilda albo Garrett – pierścień rozgrzewa się, a na jego powierzchni pojawia się data – dodała, odruchowo przejeżdżając opuszkiem palca po cieniutkiej obrączce – w tej chwili gładkiej i zupełnie pozbawionej napisów.




I've polished this anger
and now it's a knife


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   16.04.17 12:30

Sophia często stykała się z postawami antymugolskimi, ale wydawało się, że nigdy dotąd nie były tak nasilone, jak teraz. Zazwyczaj kończyły się na niechęci, wzgardzie i słownej dyskryminacji, co można było zauważyć już w Hogwarcie, głównie ze strony Ślizgonów wobec uczniów mugolskiego pochodzenia. Teraz jednak sytuacja wydawała się znacznie groźniejsza, skoro wśród ofiar byli mugole, a i ministerstwo dawało jawny pokaz swojej wrogiej postawy, uchwalając nowe reformy, powołując policję antymugolską i wzywając mugolaków na przesłuchania. Sophia bała się, że to może pójść jeszcze dalej. Wolała nie wyobrażać sobie konsekwencji, jakie mogłoby pociągnąć za sobą wyjście czarodziejów z ukrycia. Byłby to koniec świata, który znali, tym bardziej że mugole byli znacznie liczniejsi i mimo nie posiadania magii również mogli zagrozić magicznemu społeczeństwu. Wtedy po obu stronach ucierpiałoby wielu niewinnych ludzi, dlatego było lepiej, gdy czarodzieje trzymali się z boku, tak jak do tej pory, a oba światy żyły obok siebie w pokoju, chociaż jedna ze stron nie wiedziała o istnieniu tej drugiej, uważając czary za wymysł baśni i legend. Tak było lepiej i bezpieczniej dla wszystkich. Sophia była zresztą zdania, że to nie mugole ani mugolacy byli zagrożeniem dla obecnego ładu, a właśnie ministerstwo... i być może także Grindelwald lub wspomniana „trzecia siła”.
- Niestety. I wydaje się, że nawet nie zdają sobie sprawy z konsekwencji naruszania tej kruchej równowagi między dwoma światami, lub są tak pewni siebie, że to ignorują – powiedziała, zdając sobie sprawę, że to skrajna głupota, tym bardziej, że oba światy naprawdę były sobie potrzebne i jeden nie mógł istnieć bez drugiego. – Myślisz, że Zakon naprawdę może to powstrzymać? Że wciąż istnieje jakaś szansa, żeby odwrócić to wszystko, zanim będzie za późno?
Także spojrzała przelotnie w okno. Chociaż była już druga połowa kwietnia, dni nie były jeszcze tak długie, jak latem, więc niebo stawało się coraz ciemniejsze. Także jej wieczory w ostatnich miesiącach nie były spokojne, gdy dom wypełniała przejmująca cisza, odkąd zabrakło w nim Williama i Marlene Carterów, a jej myśli krążyły wokół pracy i kolejnych niepokojących wydarzeń. Czasami prawie zapominała, jak wyglądały te dawne, błogie wieczory kiedy problemy wydawały się dużo bardziej błahe, a jej rodzina była w komplecie. Wszystko się zmieniło, a teraz, podczas tej rozmowy, jeszcze mocniej niż wcześniej uświadomiła sobie, że nad ich światem naprawdę zbierają się czarne chmury.
Wieść o tym, że chłopiec jest bezpieczny, ucieszyła ją i uspokoiła. To zapewnienie jej wystarczyło – że dziecko Potterów jakimś cudem przeżyło tragedię w Dolinie Godryka. Wierzyła, że bliscy i przyjaciele rodziny dobrze się o niego zatroszczą, a pewnego dnia opowiedzą mu o jego rodzicach. Gdyby znała obawy Margo, zapewne przyznałaby jej całkowitą rację, że im mniej postronnych osób znało prawdę, tym lepiej.
- To dobrze. Najważniejsze, że żyje i jest bezpieczny – powiedziała z ulgą. – Musimy wierzyć, że tak będzie. Straciłabym wiarę w sprawiedliwość, gdyby tacy ludzie, którzy zabijają innych i używają czarnej magii, chodzili bezkarnie po świecie.
Jako auror miała obowiązek i misję, by z czarną magią walczyć, ale coraz bardziej wątpiła, żeby ministerstwo było w stanie ustalić prawdziwe przyczyny tego wydarzenia.
Sophia prawdopodobnie dopiero miała się przekonać o tym, co wiązało się z jej deklaracją przystąpienia do Zakonu. Na razie opierała się na domysłach, które zrodziły się w jej głowie po słowach Margo. Ciekawe jednak, co miała przynieść rzeczywistość i jakich dylematów miała doświadczyć? Oczywiście, że miała pewne obawy, jak to wszystko będzie wyglądać i jak ona sama zmierzy się z nowymi, jeszcze nieznanymi wyzwaniami, ale podnosiła ją na duchu myśl, że nie pozostawała obojętna wobec tego, co się działo i nie dawała się mamić kłamstwom, z którymi stykała się każdego dnia.
Pokiwała głową na jej słowa, rzucając spojrzeniem na pierścień znajdujący się na palcu kobiety. Kto by pomyślał, że niepozorna obrączka, którą wcześniej uznała po prostu za ozdobę, stanowiła jej symbol przynależności do tajnej organizacji?
Po chwili to słowa o Garretcie znowu przykuły jej uwagę. Więc Weasley też był członkiem zakonu?
- Garrett Weasley? – zapytała, żeby się upewnić, ale po chwili zastanowienia uznała, że jeśli ktoś z Biura Aurorów pasował do tego rodzaju działalności, to na pewno on. – Mam wrażenie, że czeka mnie jeszcze sporo takich zaskoczeń – dodała, próbując się zastanowić, kto z jej znajomych mógł jeszcze należeć do tej organizacji. Zapewne prędzej czy później się przekona. – Wobec tego będę czekać na znak. Proszę, informuj mnie o tym, co powinnam wiedzieć.
Zdawała sobie sprawę, że czekał ją teraz bliżej nieokreślony czas oczekiwania na ten dzień, gdy Zakon, do którego zgodziła się przystąpić, upomni się o nią. Nie wiedziała, kiedy dostanie taki pierścień jak Margaux; zapewne będzie musiała dopiero na niego zasłużyć i pokazać, że jest godna zaufania. Póki co musiała polegać na wiadomościach przekazywanych przez kobietę, którą prawdopodobnie mogła uznawać za swoją przyjaciółkę, a w takich czasach było to szczególnie cenne – mieć obok siebie kogoś, komu można było zaufać i kto też widział, że źle się dzieje. To sprawiało też, że jej snute od pewnego czasu teorie spiskowe zaczęły nabierać bardziej realnego kształtu – skoro inni też widzieli, że coś jest nie tak, i próbowali przeciwko temu działać, to znaczyło, że naprawdę coś było na rzeczy.
Herbata, którą wcześniej odstawiła na stolik, była już zimna, gdy znowu chwyciła kubek, ale nie zwróciła na to uwagi; jej oczy wciąż spoglądały na Margaux, a myśli krążyły wokół Zakonu Feniksa, zastanawiając się, jakie zmiany przyniesie on w jej życiu i co jeszcze czeka ich wszystkich w nadchodzącym czasie.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   17.04.17 0:48

Nigdy nie rozumiała wojny. Owszem, zetknęła się z nią bliżej, niż miałaby na to ochotę – do dzisiaj nie udało jej się wyrzucić z pamięci widoku jej ukochanego, rodzinnego miasteczka, zrównanego z ziemią przez spadające z nieba bomby – ale sam powód, dla którego ludzie decydowali się na rozpętanie bitewnego piekła, pozostawał poza zasięgiem jej pojmowania. Konfliktów rozwiązywanych siłą tak naprawdę nie wygrywał nikt, bo długie miesiące walk zawsze pozostawiały za sobą krwawy ślad zniszczonych nadziei, marzeń zgniecionych na proch i nagrobków na cmentarzach, na których datę urodzenia od daty śmierci oddzielało stanowczo zbyt mało lat; czy nie powinni się już tego nauczyć, czerpiąc mądrości z tej samej historii, którą tak bardzo lubili się szczycić? Przymknęła na moment oczy, przygryzając bezwiednie wewnętrzną stronę policzka; bardzo długo wierzyła, że czarodzieje opamiętają się sami, ale być może ta sprawa była stracona od samego początku. Ludzie, z natury niedoskonali, mieli w zwyczaju zauważać swoje błędy dopiero, gdy było już za późno na ich naprawienie i najprawdopodobniej tym razem również nie miało być inaczej. Być może brzmiało to jak kapitulacja, ale nie liczyła już na cudowne nawrócenie się ministerstwa – ta iluzja rozmyła się w chwili, w której otworzyła list wzywający ją na przesłuchanie. Jedyne, co im pozostawało, to mieć nadzieję na zminimalizowanie szkód, zanim staną się nieodwracalne.
Czy myślała, że odpowiedź na problemy magicznego świata leżała w Zakonie? To pytanie sięgało głębiej niż mogłoby się wydawać, ale z całą pewnością chciała tak myśleć. Innego rozwiązania nie było; po wystąpieniu z Magicznej Konfederacji Czarodziejów, nie mogli już liczyć na pomoc z zewnątrz, a ministerstwo zdawało się kontrolować Biuro Aurorów zbyt mocno, by byli oni w stanie zdziałać cokolwiek na własną rękę. Społeczeństwo dzieliło się na pół, częściowo zaślepione przez płynącą z góry propagandę, częściowo zdezorientowane, wystraszone i niepewne, kogo właściwie powinno słuchać. Przyznanie, że pozostawało im tylko biernie obserwować, nie było opcją, którą miała zamiar rozważać. – Muszę w to wierzyć – powiedziała cicho, ale stanowczo, odruchowo sięgając dłonią do tkwiącego na palcu pierścionka i obracając go kilkakrotnie, jakby chciała się upewnić, że wciąż się tam znajdował. – Jeżeli przestanę, co jeszcze mi pozostanie? – zapytała retorycznie, nie oczekując odpowiedzi i pozwalając, by jej słowa zawisły na moment w oddzielającej je przestrzeni, zanim westchnęła bezgłośnie, opuszczając spojrzenie w dół. Prawda była taka, że tkwiła w potrzasku; nienawidziła walczyć, ale nie mogła się też poddać, bo zbyt wiele osób, które kochała, znajdowało się w samym środku rodzącego się chaosu. Co stanie się z jej rodzicami, jeżeli wojna między czarodziejami a mugolami naprawdę się rozpęta? Ilu z czarodziejskich przyjaciół przyjdzie jej jeszcze stracić? Wiedziała, że mugole, postawieni pod ścianą, wcale nie staliby tam bezradnie i wbrew powszechnej opinii była pewna, że w razie konieczności nie okazaliby się całkowicie bezbronni.
Wyglądało na to, że rozumiała to również Sophia, co tylko dodatkowo wzmacniało poczucie rodzącej się między nimi więzi i odrobinę minimalizowało wyrzuty sumienia związane z narażeniem jej niebezpieczeństwo, nierozerwalnie wiążące się z działalnością w Zakonie. Zresztą – trzymanie jej w niewiedzy tylko ze względu na próbę zapewnienia jej pozornej ochrony, zakrawałoby w jej przypadku o skrajną hipokryzję, biorąc pod uwagę fakt, że dokładnie o to samo oskarżała wszystkich, którzy uparcie utrzymywali, że nie powinna się narażać. Bez względu na powszechnie przyjęte normy, uważała, że każdy powinien mieć prawo do wyboru własnej ścieżki – zwłaszcza, jeżeli stawka dotyczyła rzeczywistości, którą wszyscy – chcąc nie chcąc – byli częścią.
Gdy Sophia powtórzyła imię Garry’ego, przytaknęła, posyłając jej lekki uśmiech; doskonale wiedziała, że to, jak i wiele innych, było dla niej znajome. – Nie jesteście jedynymi aurorami, którzy nie mają ochoty stać z założonymi rękami – potwierdziła, myślami mimowolnie biegnąc w stronę Freddiego, Samuela i Brendana, ostrożnie omijając już jednak Doreę i Charlusa; to była ścieżką, którą nie chciała już dzisiaj podążać. – Będę ci dawać znać o wszystkim, obiecuję. Albo zrobi to ktoś inny w razie gdybym… akurat nie mogła – dodała jeszcze, a w jej głosie zagrała nuta niepewności. Chociaż paranoiczne szukanie spisków i zakładanie z góry najczarniejszych scenariuszy nie leżało w jej naturze, nie mogła już pozwolić sobie na luksus całkowitego nie brania ich pod uwagę. Przesłuchania dla mugolaków zaczynały się za dwa dni, a ona wraz z każdą zasłyszaną nowością była pewna, że wcale nie odbędą się w formie zwyczajnej, neutralnej rozmowy.
Zorientowawszy się, że trzymany w dłoniach kubek ostygł już niemal całkowicie, odłożyła go ostrożnie na stolik, wyplątując palce z porcelanowego uchwytu. Jej spojrzenie znów zatrzymało się na twarzy Sophii, tym razem dokładniej już skupiając się na drobnych szczegółach: bledszej niż zwykle twarzy i lekko potarganych włosach, które mimo standardowego, ognistorudego koloru, wydawały się jakby pozbawione blasku. Teraz, gdy już zrzuciła z siebie ciężar chowanej długo tajemnicy, mogła skupić się na samej kobiecie; i na pytaniu, którego zadania odmówiła sobie na samym początku. – U ciebie wszystko w porządku? – zapytała, prostując się nieznacznie. Wiedziała, że od czasu, kiedy życie potraktowało ją mało delikatnie, Sophia miała skłonności do uciekania w pracę, ale miała nadzieję, że były to jedyne troski, które aktualnie jej doskwierały.




I've polished this anger
and now it's a knife


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   17.04.17 15:15

Szczęśliwie Sophię najgorsze zawirowania ominęły. Był jednak okres, gdy rodzice wysłali ją do dziadków poza Londynem, by tam przeczekała najbardziej niepokojący czas i była bezpieczna, nawet nie wiedząc, jaką grozę mogli odczuwać dorośli, którzy wiedzieli więcej niż ona i dzieci, z którymi bawiła się w okresie pomieszkiwania u dziadków. Jej brat był w tym czasie w Hogwarcie, a ona mimo wiszącego w powietrzu niepokoju próbowała pozostać dzieckiem. Później i dla niej nadszedł czas wyruszenia do szkoły, gdzie żyła w jeszcze większej izolacji od wojennego zamieszania. Zdawała sobie też sprawę, że dorastająca we Francji Margaux mogła jeszcze mocniej odczuć to, co się działo w tamtych nieprzyjemnych latach, zarówno dla mugoli jak i czarodziejów.
Nie chciała, żeby coś takiego się powtórzyło. Ujawnienie się świata magicznego mogłoby się skończyć znacznie gorzej niż w przypadku poprzedniego konfliktu. Może nie była już na bieżąco z mugolskimi nowinkami, ale swego czasu miała z nimi do czynienia a także sporo czytała, więc wiedziała, że też nie byli całkowicie bezbronni, a wielu z nich, bojąc się nieznanego zagrożenia, mogłoby zareagować. Też wolałaby wierzyć, że ministerstwo w końcu się opamięta i zrozumie, jak fatalna w skutkach może być ścieżka, którą od kilku miesięcy kroczyło. Jej ojciec też to widział i prawdopodobnie to dlatego zginął – zapewne wiedział coś, co dla obecnej władzy było niewygodne, a przynajmniej to Sophia wierzyła, że takie mogło być drugie dno jego domniemanego „wypadku”. Może też próbował walczyć z systemem; tego Sophia nie wiedziała na pewno, ale miała świadomość, że to pasowałoby do Williama Cartera, którego znała. I jak się okazało, niedaleko padało jabłko od jabłoni; Sophia właśnie przyjęła propozycję do organizacji, której zadaniem było nie dopuszczenie do upadku świata, który znali. Była całkowicie pewna, że gdyby to jej ojciec został postawiony przed takim wyborem, podjąłby dokładnie tę samą decyzję. A może też był w tym tajemniczym zakonie, zanim zginął? Tego pewnie nigdy się nie dowie.
Pokiwała głową na słowa Margaux, chociaż nie miała pełnej świadomości tego, jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy. Nie ulegało wątpliwości, że wiedziała dużo więcej niż Sophia i mogła dostrzec drugie dno wydarzeń, które miały miejsce. Ale w obecnym stanie rzeczy po prostu musiały wierzyć, że wszystko się ułoży, nawet jeśli niektórzy powiadali, że nadzieja jest matką głupich.
W pewnym sensie czuła się inaczej. Po swojej deklaracji przez moment czuła się bardziej podniośle, dojrzale i świadomie, zdając sobie sprawę, że jej decyzja miała ogromną wagę i naprawdę mogła zmienić jej życie. Chwilę potem przypomniała sobie o tym, że był to zaledwie pierwszy krok w nieznane, w przyszłość owianą mgłą tajemnicy. A ona postawiła ten krok, licząc się z nieznanymi jeszcze konsekwencjami, ale ufając, że tak trzeba. Dla rodziców, dla Jamesa i dla tych wszystkich, którzy już stracili życie lub dopiero mogli je stracić, jeśli złe zmiany nie zostaną w porę powstrzymane. Walka była codziennością aurorów, którzy właśnie do tego byli szkoleni – do zwalczania czarnej magii. Musieli to robić, dopóki istniała czarna magia i ludzie, którzy jej używali. Nawet początkująca w fachu Sophia wiedziała już, jak wyglądała rzeczywistość jej zawodu. Była inna niż rzeczywistość Margaux, której zadaniem było nie walczyć, a leczyć skutki takich działań, ale jednak wstąpiła do Zakonu Feniksa, a teraz wprowadzała do niego Sophię.
Dobrze było słyszeć, że nie była osamotniona, że byli też inni aurorzy, którzy postanowili zrobić coś więcej. W myślach wertowała znane sobie twarze, zastanawiając się, kogo z nich zobaczy w szeregach Zakonu.
- Przynajmniej czuję już, że nie jestem samotna w swoich przekonaniach, i że to, co mogłam zauważyć... To nie przejaw paranoi czy snucia spisków. Chociaż chyba wolałabym, żeby to były tylko teorie spiskowe nie mające pokrycia w rzeczywistości – powiedziała cicho. – Wobec tego będę czekać – dodała jeszcze, wychwytując to chwilowe zawahanie w jej głosie. Domyśliła się, o co mogło chodzić – o przesłuchanie, które nie wiadomo, jak się skończy. – Chciałabym ci powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale... Chyba trzeba przygotować się na ewentualność, że coś może pójść nie tak. Nie ufałabym ministerstwu, a już na pewno nie tej nowej, antymugolskiej strukturze. Mimo to mam nadzieję... że się mylę. I że niedługo będzie po wszystkim.
Ale nie wierzyła w to. W jakiś dziwny sposób miała złe przeczucia odnośnie przesłuchań.
Słysząc kolejne pytanie, tym razem dużo bardziej niewinne, zwyczajne, wyrwała się z niewesołych myśli. Trudno było przejść z tak ciężkich tematów do tych lekkich, codziennych, ale chyba obie potrzebowały trochę normalności w tych dziwnych okolicznościach.
- Poza tym, że w pracy sporo się dzieje, a niektóre sprawy są naprawdę problematyczne... To tak. Moje relacje z bratem znacznie się poprawiły i oboje staramy się jakoś funkcjonować w tej nowej rzeczywistości, w której... mamy już tylko siebie – Kiedyś prawdopodobnie wspomniała mimochodem o konflikcie z bratem jeszcze w Ameryce, gdy zginął James. Wspominała też o śmierci rodziców; zresztą wtedy już się znały i trudno było nie zauważyć stanu Sophii i jej niemalże chorobliwego pracoholizmu, w jaki wtedy wpadła. – Ale on też ma sporo zajęć i też się o niego martwię. Przez pracę oboje mamy niewiele czasu na przyjemności, ale... takie ścieżki życia obraliśmy i takie mamy czasy.
Przygryzła wargę, wiedząc, że mogło być jeszcze gorzej i naprawdę było się czym niepokoić.
- Mam nadzieję, że u ciebie też jakoś się układa, mimo tego wszystkiego, o czym mówiłaś – dodała jeszcze, licząc, że nawet w takiej rzeczywistości i z wiszącą nad nią groźbą przesłuchania czaił się choć nikły płomyk czegoś dobrego.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   29.07.17 18:22

Obserwowanie, jak kolejne bliskie jej osoby włączają się w pozornie niemożliwą walkę o – nie dało się tego powiedzieć mniej podniośle – lepszy świat, budziło w niej wyjątkowo sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuła ulgę; każdy kolejny członek Zakonu, każdy kolejny czarodziej, ogłaszający entuzjastycznie gotowość do poparcia wspólnej idei, był małym dowodem na to, że nie zwariowała; potwierdzeniem, że ich działanie za plecami najpotężniejszych jednostek magicznego świata było nie tylko słuszne, ale i jak najbardziej konieczne. Rozumiała doskonale, co miała na myśli Sophia, mówiąc o samotności, rzekomej paranoi i teoriach spiskowych – wobec szerzącej się wszem i wobec propagandy, trudno było czasami wierzyć samemu sobie, nawet jeżeli dowody stawały się coraz bardziej oczywiste. Chwilami miała wrażenie, że ministerstwo właśnie to miało na celu, biorąc na celownik czarodziejów pochodzących z mugolskich rodzin i tworząc w społeczności rozłam dokładnie w miejscu, które kruszało już od dłuższego czasu. Gdy dzieliły ich poglądy, gdy szalała między nimi nieufność, byli słabsi – a tym samym bardziej podatni na szeroko zakrojoną manipulację. Potwierdzało to niedawne referendum, potwierdzały pojawiające się w prasie artykuły, wreszcie – ostateczne przypomnienie stanowił list z charakterystyczną pieczęcią, wciąż płasko rozłożony na jej kuchennym stoliku. Nic tak nie pogłębiało lodowatej samotności i izolacji jak zgodne wytykanie palcami oraz przyklejanie etykietek, dlatego była wdzięczna za każdy, najmniejszy nawet przejaw zrozumienia – szczególnie, gdy pochodziło od ludzi, którzy wcale nie musieli jej go okazywać.
Skłamałaby jednak, gdyby powiedziała, że wewnętrzny konflikt, szarpiący jej wnętrznościami w sposób mocno dotkliwy, nie istniał; choć przekonana w stu procentach o słuszności popieranej idei, nie potrafiła nie wzdragać się z przestrachem na myśl, że oto własnoręcznie popychała kolejne osoby – dobre osoby, osoby, które zasługiwały na długie, pozbawione trosk życie – ku sprawie, która mogła przynieść im zgubę i cierpienie. I to nie fantomowe, iluzoryczne, czy pozostające w obszarze pewnej ewentualności, niemającej nigdy się ziścić; czająca się nad nimi śmierć dawno opuściła już krainę cichych strachów i milczących koszmarów, przyjmując formę jak najbardziej rzeczywistą i realną. Margaux czuła jej obecność nawet teraz, siedząc w przytulnym salonie Sophii i od czasu do czasu podnosząc spojrzenie tylko po to, żeby za plecami rudowłosej kobiety dostrzec cichą postać Roberta – wciąż w podróżnym płaszczu, wciąż z czerwono-złotym szalikiem owiniętym wokół szyi; tym samym, który własnoręcznie wydziergała dla niego w ramach gwiazdkowego prezentu. W ostatnich dniach towarzyszył jej często; nigdy się nie odzywając, ale zawsze obserwując, milczący sędzia wszystkiego, co robiła.
Ja też im nie ufam – przytaknęła cicho, jednocześnie doskonale zdając sobie sprawę, że niczego nie pragnęła tak bardzo jak tego, żeby się mylić. Żeby przesłuchanie naprawdę okazało się rutynową procedurą, niewyjaśnioną pomyłką; żeby za kilka dni mogła beztrosko śmiać się sama z siebie, wyrzucając sobie zamartwianie się na zapas. W jakiś sposób jednak wiedziała, że tym razem nie mogła liczyć na uśmiech od pobłażliwego losu. Los od dawna nie był już dla niej pobłażliwy.
Otworzyła usta, jakby mając zamiar dodać coś jeszcze, ale po sekundowym zawahaniu zamknęła je z powrotem, zamiast tego po prostu słuchając, zatrzymując spojrzenie na bladej twarzy Sophii. Cienie zalegające w salonie wydłużyły się znacznie od momentu, w którym po raz pierwszy postawiła w nim stopy; wydawało się też, że wisząca w wiosennym powietrzu wilgoć wreszcie postanowiła opaść na ziemię w postaci lekkiej mżawki, bo przestrzeń wypełniło ciche uderzanie kropel o szybę. Kiedyś ten dźwięk bez problemu ukoiłby jej skołatane nerwy; dzisiaj tylko nieprzyjemnie grał na naciągniętych zbyt mocno strunach, sprawiając, że tym trudniej było jej przywołać na twarz spokojny, szczery uśmiech.
Nie zapewniła Sophii, że wszystko się ułoży. To była obietnica, na którą nie potrafiła się już dłużej zdobyć.
Jestem wdzięczna za to, co mam – odpowiedziała po krótkiej przerwie, bezwiednie opuszczając wzrok na własne dłonie – blade, szczupłe, o krótko przyciętych paznokciach i jaśniejszych skórkach, które skubała nieświadomie w chwilach zdenerwowania. – Biorąc pod uwagę wszystko to, co się dzieje, mogły spotkać mnie o wiele gorsze rzeczy – dodała, nie mając pojęcia, jak blisko prawdy padały właśnie jej słowa.
Westchnęła bezgłośnie, unosząc głowę i zerkając za siebie, jakby dopiero teraz stała się świadoma upływających minut. – Późno już – zauważyła, prostując się lekko – a ja zabrałam ci już wystarczająco dużo czasu. – Podniosła się z miejsca i zaczekała, aż Sophia zrobi to samo, zanim wyciągnęła przed siebie ramiona, żeby zamknąć aurorkę w ciepłym, pożegnalnym uścisku. – Dziękuję – powiedziała cicho, nie precyzując, za co właściwie dziękowała, ale zamykając w tym słowie więcej, niż byłaby w stanie wyjaśnić.
I przepraszam, dodała już we własnych myślach, mając nadzieję, że przyniosła dzisiaj ze sobą coś więcej, niż tylko szalejącą burzę.

| zt <3




I've polished this anger
and now it's a knife


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   30.07.17 1:42

Możliwe, że Sophia wkrótce też to poczuje, gdy uświadomi sobie, ile znajomych twarzy już walczyło. Może też będzie szczęśliwa, że więcej ludzi nie było obojętnych na tragedie, że nie tylko ona widziała, że źle się dzieje. Może będzie się bać kolejnych przykrych i zupełnie niepotrzebnych strat. Pewnym było, że właśnie zaczynał się dla niej nowy rozdział życia, rzeczywistość, w której kolejna wojna wydawała się realną groźbą, a działalność w Zakonie Feniksa konkretną alternatywą dla szerzącego się zła, sposobem na to, by nie być biernym. Być może będzie musiała zmienić swoje podejście do pewnych spraw, nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości, z dodatkowym zobowiązaniem ciążącym na barkach, które w młodym wieku i tak dźwigały wiele. Ale ktoś musiał to zrobić, a ona, będąc aurorem, w pełni świadomie liczyła się z tym, że jej życie nie będzie spokojne i usłane różami.
Ale na pewno nie spodziewała się, że przyjdzie czas, kiedy nie będzie mogła ufać ministerstwu. To powinno być naturalne dla każdego aurora, ufać swoim przełożonym, i na początku rzeczywiście tak było. Wszystko zaczęło się psuć dopiero w tym roku, kiedy dotychczasowa polityka zaczęła stawiać na głowie i ministerstwo zaczęło obwiniać o wszystkie nieszczęścia mugoli i mugolaków, a wielu z nich zaczęło ginąć lub znikać. Jeszcze to referendum, przesłuchania i inne zmiany... Nie, Sophia nie mogła po czymś takim dłużej ufać ministerstwu i pozostawać ślepa na jego poczynania. I nie potrafiła już nawet czerpać pełnej dumy z bycia aurorem, choć tak marzyła o tej pracy. To wszystko zasiewało w niej wątpliwości i sprawiało, że była rozdarta między tym, co czuła, a tym, co wpojono jej na kursie. Chciała postępować słusznie, w innym przypadku wewnętrzny konflikt nie dałby jej spokoju.
Zastanawiała się, co się stanie z mugolakami wezwanymi na przesłuchanie. Miała nadzieję, że wkrótce znowu zobaczy Margaux – całą i zdrową, mówiącą, że to była tylko zwykła, niegroźna procedura. Ale chyba trudno było jej uwierzyć, że ministerstwo zadawałoby sobie trud tylko po to, by wezwać mugolaków na zwykłą, rutynową rozmowę. Ściągnęła usta, nie chcąc wypowiadać na głos kolejnych obaw.
- Oby wszystko jakoś się ułożyło. Prędzej czy później – powiedziała cicho. – I ja dziękuję... za tą rozmowę – dodała jeszcze. Za rozmowę, która otworzyła jej oczy na pewne niepokojące sprawy, wyjaśniła kilka wątpliwości i wskazała nową drogę, dzięki której mogła nie być całkowicie bierna. – Mam nadzieję, że wkrótce znowu się zobaczymy.
Pytanie tylko, co w międzyczasie się wydarzy?
Pożegnała się z Margaux, a potem znowu opadła na kanapę i utkwiła spojrzenie w kominku, by następnie przenieść je na okno, za którym padał deszcz, a chwilę później niebo nieznacznie błysnęło. Stanowiło to całkiem dobre podsumowanie tej rozmowy, smętną wróżbę, że naprawdę mogła czekać ich burza w czarodziejskim świecie. Znowu zastanawiała się nad wszystkim, co usłyszała i nad tym, co miała przynieść przyszłość, która chyba nigdy nie wydawała się równie niepokojąca, jak teraz.

| zt. <3





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   16.08.17 1:14

| 08.05?

Minęło kilka dni, odkąd z ulgą opuściła mury Munga, gdzie spędziła końcówkę kwietnia i pierwsze dni maja z przerwą na tajemniczą anomalię, która nieoczekiwanie wydarła ją w środku nocy z łóżka i rzuciła w obcym, nieznanym miejscu. Niestety nie był to koniec problemów. Na świecie zapanował prawdziwy chaos, kiedy magia, która do tej pory towarzyszyła czarodziejom i była nieodłączną częścią ich życia, zaczęła zachowywać się nieobliczalnie. Gdy trafiła do Munga, była świadkiem, jak wielu czarodziejów ucierpiało, ale i później docierały do niej głosy, że w niektórych miejscach anomalie wciąż działały, i że dotykały również mugoli. Chaos nie omijał i ministerstwa; Sophia słyszała o nowych zmianach, dziwnym zachowaniu minister i niespodziewanej zmianie na najwyższym stanowisku, odwracaniu wielu wcześniejszych reform i próbach opanowania sytuacji. Z ulgą powitała wiadomość, że ministerstwo odstąpiło od paskudnych planów zniszczenia najważniejszych budowli w mugolskim Londynie, chociaż wciąż była sceptyczna wobec niektórych ich działań. Nie tak łatwo było odbudować utracone zaufanie, a choć zależało jej na aurorskiej pracy i była w nią zaangażowana, pewnych działań tolerować nie potrafiła. Dlatego też z wielkim żalem przyjmowała świadomość, że nie może w pełni ufać swoim ministerialnym zwierzchnikom. Ale jeszcze pod koniec kwietnia wskazano jej nową drogę, dzięki której mogła zrobić coś dobrego w zgodzie z własnymi przekonaniami, i tej myśli się uczepiła, wierząc, że to naprawdę ma sens. Zapewne sporo ryzykowała, ale czy nie robiła tego już samym byciem aurorem? Jej praca stanowiła ciągłe ryzyko, więc w pewnym sensie była już do niego przyzwyczajona, i dlatego decyzja o dołączeniu do Zakonu Feniksa przyszła jej łatwiej.
Była też zdumiona, gdy okazało się, jak wielu czarodziejów z różnych środowisk także okazało się chcieć coś zrobić w obliczu tych wszystkich złych rzeczy. Na swój sposób podnosiło to na duchu, że nie była osamotniona w swoich poglądach, a byli też inni, którzy chcieli zawalczyć o lepsze jutro. Wciąż jednak wiedziała o tym wszystkim żałośnie mało i była jak dziecko we mgle, podobnie jak wtedy, gdy Margaux opowiedziała jej o Zakonie i odważnie zgodziła się do niego przyłączyć, nawet bez znajomości wszystkich faktów. Wiedziała, że Zakon już działał, ale były aspekty, o których dopiero miała się dowiedzieć.
Spodziewała się dzisiaj wizyty bardzo nietypowego gościa i prawdę mówiąc, trochę się denerwowała. Już kilka dni temu zadbała o dodatkowe zabezpieczenia domu za pomocą zaklęć ochronnych, o czym powinna pomyśleć już dawno, a jej brata miało tu dziś nie być, jako że wciąż dochodził do siebie po ciężkich poparzeniach w czarnomagicznym pożarze na Nokturnie. Mimo to nie opuszczał jej pewien niepokój, ale w ostatnich dniach niepokoiła się prawie przez cały czas. Czuła się tak nie tylko dlatego, że rozmowa mogła i najprawdopodobniej będzie mieć ścisły związek z Zakonem, ale też tego, kim miał być jej gość. Nie była pewna, czy będzie potrafiła się przy nim właściwie zachować, bo choć miała szlachetnie urodzonych znajomych, a nawet współpracowników, jej dzisiejszy rozmówca był dodatkowo sporo starszy i obawiała się, że w którymś momencie może go niechcący urazić swoją ignorancją w kwestii odpowiednich zwyczajów, które były jej obce. Nie chciała tego, w końcu zależało jej na tym, żeby poznać innych Zakonników i nawiązać z nimi dobre relacje. Kto wie, u czyjego boku pewnego dnia przyjdzie jej toczyć walkę, więc postanowiła podejść do tego podobnie, jak do pracy aurora: warto było poznać współtowarzyszy i w miarę możliwości spróbować stworzyć z nimi pozytywne stosunki. W sytuacjach zagrożenia wzajemne zaufanie było sprawą kluczową.
Ostatecznie na to spotkanie wybrała chyba najlepiej prezentujące się pomieszczenie w domu i starała się w miarę je przygotować do przybycia gościa. A potem pozostało jej na niego czekać i nasłuchiwać odgłosów zwiastujących przybycie.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Salon   28.08.17 5:13

Ciężko było pojąć jak wiele się wewnątrz niego działo. Te wszystkie zmiany, wydarzenia...powietrze przesiąknięte tragedią dusiło jego duszę, strach o to co najcenniejsze w życiu nakłuwał jego serce szpilami zadając na tyle głębokie sznyty by krwawiło, lecz za płytkimi by sprawić by przestało bić. To wszystko znajdowało się jednak poza spojrzeniami innych. Ukryte za grubymi kotarami gry, sztuki, której on sam był twórcą i aktorem. Miał być w oczach innych tym kogo potrzebowali - uzdrowicielem nie trwożącym się śmierci, przybywającym na ratunek ojcem, pocieszycielem, głosem rozsądku, doradcą, a dziś - wysłannikiem.
Wyszedł z Munga trochę wcześniej niż planował.Nie marnując czasu zapuścił się na londyńskie przedmieścia by zaraz również zjawić się pod adresem pod którym miał się znaleźć. Sophia Carter. Córka policjanta, którego cudem udało mu się wyratować z objęć pożogi. Niecałe półtorej tygodnia temu. Przez chwilę pomyślał o tym, jak mogłoby wyglądać to spotkanie gdyby człowiek ten umarł pod jego różdżką. Jak by wytłumaczył wówczas to, że przychodzi z nadzieją?
Zapukał rytmicznie, żywo w drzwi wejściowe. Gdy te się uchyliły, a zza nich wychyliła się rudowłosa kobieta - Adrien pochylił czoła,zdejmując w wymownym geście nakrycie głowy. Uśmiechnął się ciepło.
- Witaj, Sophie - zaczął miękko, przyjaźnie. Zwracał się bezpośrednio wiedząc że nawet, gdyby nie robił tego umyślnie nie zostałby to uznane za złe. Wiek który był mu obecnie przypisany prócz siwiejących włosów niósł za sobą te bezkarne przyzwolenie swobody. Chętnie z tego korzystał - Jestem Adrien Carrow, choć to już pewnie wiesz. Tak samo jak to w jakiej sprawie przyszedłem. Tak więc...mogę wejść...? - kąciki jego ust uniosły się wyżej, a ręce splótł za plecami przyjmując dość osobliwą pozę oczekiwania mogącą uchodzić za osobliwą.
Gdy udzielono aprobaty jego zamiarom zgrabnym ruchem ściągnął ze swego grzbietu przemoknięty płaszcz - Och, przepraszam, pogoda taka, jak widać - usprawiedliwił się, gdy strugi deszczówki sączyły się strumieniem z płaszcza na podłogę - Mogłabyś, Sophie odwiesić go gdzieś by sobie ociekł w spokoju? Byłbym niezmiernie wdzięczny - zaproponował śmiało nie chcąc powodować większych zniszczeń na dywanie i podłodze. Zdjął też buty.
Gdy udali się w głąb domu i pojawili się w salonie, Adrien stał sobie oglądając ściany pomieszczenia. To dużo mówiło o mieszkańcach. Niektórzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego jak wiele.
- Ach, mów mi po imieniu, gołąbku. U towarzyszy...idei to typowe - zagaił jak na razie nie zobowiązująco chcąc wyczuć, jakim typem osoby jest Sophia.


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   28.08.17 14:22

Sophia była bardzo ciekawa tego spotkania, choć trochę się stresowała. Nie co dzień gościła w swoim zwyczajnym domu prawdziwego szlachcica, więc trochę nie wiedziała, jak powinna się zachowywać, żeby nie urazić przybysza. Wiedziała też, że Adrien Carrow uczestniczył w leczeniu jej brata, i to między innymi dzięki jego uzdrowicielskim staraniom Raiden przeżył i dochodził do siebie.
Gdy usłyszała pukanie, natychmiast pospieszyła w stronę drzwi i otworzyła je, wpuszczając mężczyznę do środka.
- Dzień dobry – powiedziała, uśmiechając się nieco niepewnie i mając nadzieję, że nie popełni żadnej gafy. Naprawdę zależało jej na dobrym przebiegu spotkania. – Proszę wejść, przygotowałam już salon – rzekła jeszcze; zamknęła za nim drzwi i odwiesiła jego płaszcz w przedpokoju, po czym wskazała mężczyźnie drogę do salonu. Pomieszczenie wyglądało całkiem gustownie, ale zapewne było skromne w porównaniu z warunkami, do jakich przywykł Carrow. Sophia podejrzewała, że w jednym pomieszczeniu jego dworu mógłby się zmieścić cały ten dom, ale mimo wszystko nie zamieniłaby tego miejsca na żadne inne. To tu się wychowała, to tu wciąż żyły wspomnienia jej zmarłych kilka miesięcy temu rodziców. Po ich odejściu nie zmieniła niczego w wystroju wnętrz; w salonie wciąż można było dostrzec rękę Marlene Carter, zupełnie jakby zaledwie wczoraj zawiesiła na ścianach sielankowe obrazy i ruchome rodzinne fotografie. Na wielu z nich znajdowała się Sophia w towarzystwie brata lub rodziców. Na jednym z nich sama śmigała na miotle, machając do widza ręką i zaraz odlatując poza krawędź ramki, a inne pochodziło z czasów pobytu w Ameryce; wysłała je matce listem w czasach, gdy tam mieszkała. Stała na nim na charakterystycznym moście w Nowym Jorku, wiatr rozwiewał jej niesforne rude kosmyki, a w tle było widać mugolskie zabudowania miasta. Nie brakowało też Sophii jako siedmioletniego szkraba z umorusanymi kolanami i zadziornym, nieco psotnym spojrzeniem, a zaraz obok wisiało zdjęcie mężczyzny o takich samych jak u niej złotych oczach, oraz rudowłosej kobiety wyglądającej jak starsza kopia Sophii.
- Podać herbaty? – zaproponowała, gdy weszli do środka. Sophia mogła zauważyć, że Adrien rozglądał się po pomieszczeniu i przyglądał ścianom. – To dawny dom moich rodziców. Teraz mieszkam tu z moim bratem, Raidenem. Mężczyzną, którego pan niedawno leczył – rzekła, także mu się przyglądając. Zastanawiała się, kim był Adrien Carrow poza byciem uzdrowicielem i członkiem jednego ze szlacheckich rodów, i to tych bardziej konserwatywnych. Co takiego sprawiło, że trafił do Zakonu Feniksa? Jakie pobudki kierowały nim, gdy to zrobił?
- Ja... dobrze. I proszę o to samo, Adrienie – powiedziała, gdy zaproponował przejście na swobodniejszą formę. To mogło świadczyć o tym, że mężczyzna nie był tak nadęty jak większość jego pobratymców; niektórzy byli bardzo urażeni, gdy zapominało się o użyciu ich tytułu. Na szczęście zdarzały się i bardziej postępowe jednostki, które nie tkwiły mentalnie kilka wieków wstecz.
Chwilę później przyniosła do salonu dwie filiżanki wypełnione parującym napojem. W ten wyjątkowo zimny i deszczowy jak na maj dzień dobrze było trochę się rozgrzać. Usiadła na kanapie, spoglądając na mężczyznę.
- Wiele się ostatnio wydarzyło, prawda? – zapytała, ostrożnie próbując wybadać grunt; była ciekawa co mężczyzna sądził o tych zmianach, anomaliach i innych zawirowaniach, w tym tych dotyczących ministerstwa. Był w Zakonie dłużej, więc mógł wiedzieć rzeczy, które nie dotarły jeszcze do Sophii. Skoro chciał się z nią spotkać, może przynosił ze sobą informacje, które powinna i chciała poznać. Teraz stali po tej samej stronie barykady mimo wszelkich dzielących ich różnic.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Salon   19.09.17 0:35

Z godnie jej prośbą uraczył progi jej mieszkania swoją osobą. Potem udał się bardziej w głąb, lecz z godnie z niepisaną zasadą zachowania taktu nie pozwolił sobie na swobodę poruszania się po wnętrzu. Zrobił to dopiero, gdy poczuł jak skupia na sobie uwagę dziewczyny, a ta w wyraźnym geście gospodarza kieruje go salonu. Adrien oczami prześlizgiwał się po wnętrzu, ścianach nie oceniając ich poprzez surowy pryzmat materializmu. Był bogaty, mógł sobie pozwalać na niewyobrażalne luksusy co tez zresztą robił, lecz pomimo tego nie czuł obrzydzenia czy zniesmaczenia musząc przebywać w zatęchłych piwnicach. Staż w dolinie Tygrysa i Eufrata, potem wojna, potem bytowanie w obdrapanych ścianach munga przez połowę tego co żył - nie, miejsce w którym się znajdował nie było złe. Miał piękne ściany. Spuścił swoje spojrzenie z jednego z obrazu przenosząc je z wolna na Sophie.
- Byłbym wdzięczny - przyznał, a potem wsłuchujac się w jej wyjaśnienie przyglądał się jej młodszej wersji przecinającej stadion na miotle. Z jej wypowiedzi wywnioskował, że tych rodziców już nie ma. Dawny dom. Żywi rodzice nie miewają dawnych domów - dbają o to by dzieciom udało się stworzyć nowy. Widząc obrazy nie wątpił w to, że matka, jak i ojciec Sophii gdyby żyli zaliczaliby się właśnie do tej grupy rodzicieli - Dojdzie do siebie. najgorsze co mu zagrażało minęło. Teraz będzie tylko lepiej. Zalecam odwiedzać go i dokarmiać - w Mungu mamy dobrych lekarzy, lecz nie kucharzy. - rzucił pół żartem, pół poważnie chcąc zmniejszyć dystans i wprowadzić większe poczucie komfortu dla Sophii. Nie wątpił w to, że się stresowała jego obecnością. Był w końcu starszy, miał straszne nazwisko i w ogóle straszny zawód. W końcu zdarzało mu się czasem doprowadzać dzieci różdżką do płaczu. Na szczęscie widząc jej reakcję na zaproponowaną mniej formalny wydźwiek rozmowyprzypuszczał, że teraz będzie już tylko lepiej.
Rozsiadł się na fotelu przy stoliku, obok kanapy. Poprawi materiał szaty na rękawach by poczuć większy komfort i tak sobie czekał chłonąc atmosferę domu. Tęsknił za Jasnolesiem.
- Prawda - przyznał - Anomalie zachwiały światem magicznym, jak i mugolskim. To nie powinno mieć miejsca. Grindewald co prawda już wcześniej próbował poróżnić i zatrzeć tą wiotką granice, lecz to co się stało w noc z kwietnia na maja...nawet nie chcę myśleć o konsekwencjach. Jeśli to jego sprawka to w sposób spektakularny udało mu się osiągnąć cel - przyznał ze smutkiem, a jego spojrzenie utkwiło w ciemnej tafli we wnętrzu filiżanki. naruszył ją upijając nieco herbacianego naparu, a potem ujął filiżankę oburącz. niczym cenny pakunek ciepła, który zamierzał chronić przed chłodem świata - Zastanawia mnie czy zdarzenie to podzieliło was niewietrzenie w jakiś sposób, czy też u was, aurorów kwestie poglądowe nie mają takiego znaczenia i nikt nimi się nie obnosi? jak to jest? Wszyscy zdają tam sobie sprawę z twoich poglądów, Sophie?


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   19.09.17 18:38

Sophii brakowało tych dawnych, dobrych czasów, kiedy jej rodzina wciąż była pełna. Teraz pozostały po tym tylko wspomnienia i wystrój domu, a ona i jej brat musieli radzić sobie sami. Wczesna utrata rodziców oraz trudy kursu, a potem pracy aurora zmusiły ją do tego, żeby być samodzielną i zaradną. Już w Hogwarcie miała w sobie dość odwagi, by nie wstydzić się swoich poglądów i mieszanej krwi, wiedziała też, czego chce – już wtedy pragnęła być aurorem. Później trochę się pogubiła, gdy wyjechała ze Stanów i poznała Jamesa, ale jego tragiczna śmierć znowu wróciła ją na dawne tory, każąc wrócić do kraju i z dwuletnim opóźnieniem podjąć aurorski kurs. Chciała działać w słusznej sprawie, walczyć z czarną magią i pomagać tym, którzy zostali przez nią skrzywdzeni, nawet jeśli w ostatnich miesiącach miała dużo wątpliwości co do intencji ministerstwa i niektórych jego posunięć, a z wieloma wręcz się nie zgadzała. Na szczęście, jak się okazywało, takich ludzi było więcej, podczas spotkania Zakonu sama zobaczyła, jak wielu ich było. Poczuła się podniesiona na duchu i utwierdziła się w przekonaniu, że postąpiła słusznie, zgadzając się na przystąpienie do Zakonu. Przelotnie wspomniała tamtą rozmowę z Margaux, która odbyła się we właśnie tym pomieszczeniu.
Teraz siedziała w salonie wraz z Adrienem Carrowem, członkiem Zakonu Feniksa i czarodziejem, który uratował jej brata, pijąc herbatkę i prowadząc rozmowę o ostatnich wydarzeniach, zupełnie jakby nie dzielił ich wiek i pochodzenie. Mężczyzna wydawał się zresztą przystępny i normalny jak na kogoś o takim nazwisku, więc wywarł na Sophii całkiem sympatyczne wrażenie.
- O tak, odwiedzam go kiedy tylko mogę. Nie chcę żeby był samotny po tym co musiał przejść – powiedziała, krzywiąc się, gdy uświadomiła sobie, co wydarzyło się w Wywernie, że to właśnie samozwańczy Czarny Pan stojący na czele trzeciej siły prawie zabił jej brata. – Muszę w takim razie przynieść mu coś dobrego, żeby nie zmizerniał przez ten pobyt. – Kącik jej ust uniósł się do góry w nieco niepewnym uśmiechu; niestety Sophia kompletnie nie potrafiła gotować i próby zrobienia czegoś trudniejszego niż kanapki często kończyły się porażką, ale zawsze mogła kupić bratu coś dobrego, jak niekiedy robiła, kiedy to, co nieporadnie przygotowała, zupełnie nie nadawało się do zjedzenia. Kurs oraz praca aurora nie sprzyjały temu, by mieć czas na naukę gotowania.
Także głęboko niepokoiło ją to, co się działo. Spotkanie Zakonu przyniosło odpowiedzi na sporo dręczących ją kwestii, ale nadal nie wiadomo było, czym dokładnie były anomalie, które tak nagle ogarnęły ich świat. Nie wiadomo, kiedy uda im się tego dowiedzieć i czy w ogóle się dowiedzą.
- Czymkolwiek są, jest to niepokojące, zwłaszcza, że dotyka też mugoli... I zapewne może ich uświadomić, że dzielą ten świat z nami, czarodziejami – powiedziała cicho, pijąc łyk herbaty. Nie była uprzedzona do mugoli, zawsze uważała ich za interesujących i podziwiała ich za zaradność. Ale wiedziała też, że mugole od wielu wieków nie wierzyli w czary i mogli poczuć się zagrożeni mnogością niepokojących i groźnych zjawisk, których nie rozumieli. A strach rodził niechęć, niekiedy wręcz nienawiść... i mógł skutkować poważnymi konsekwencjami dla obu światów. – Wolę nie myśleć o tym, co może się stać, dlatego mam nadzieję, że da się to pokonać i przywrócić zdrowy ład. – Ład, w którym mugole żyli w spokoju w swoim świecie, a czarodzieje w swoim. Ład, w którym czarodzieje nie nawoływali do zwalczania mugoli i czarodziejów mugolskiego pochodzenia, i nie wprowadzali krzywdzących poglądów w życie. Ostatnimi czasy granica między mową nienawiści a złymi czynami wydawała się niezwykle cienka, także ministerstwo jeszcze niedawno stało za takimi wrogimi aktami, posuwając się nawet do uprowadzania niewinnych mugolaków i dzieci.
- Anomalie skomplikowały wiele rzeczy, także naszą pracę. Idąc na interwencję nie wiemy, czy różdżka, którą próbujemy się bronić przed atakiem znającego czarną magię opryszka nie zbuntuje się w decydującym momencie – powiedziała; teraz nie mogła czuć się pewnie nawet rzucając zaklęcia, które dobrze znała. Jedyną pocieszającą myślą było to, że próbujący umknąć aurorom napastnik też podlegał anomaliom i również nie mógł być pewny swojej skuteczności.
Słysząc kolejne pytanie mężczyzny, zamyśliła się, także obejmując dłońmi naczynie z herbatą, by nieco się ogrzać. Zastanawiała się, co mu powiedzieć, i czy rzeczywiście mogła mu ufać. Słyszała jednak, że był w Zakonie od dawna, poza tym uratował jej brata, więc chyba nie mógł być złym człowiekiem, prawda? Wolała tak myśleć, bo naprawdę brakowało jej możliwości rozmowy z kimś, kto tkwił w podobnym położeniu. Nawet z bratem nie mogła porozmawiać o wszystkim, bo nie należał do Zakonu.
- Nie wstydzę się swoich poglądów i pochodzenia, ale wiem też, że w niektórych okolicznościach lepiej pewne sprawy przemilczeć, zwłaszcza teraz, kiedy nie wiadomo, komu można zaufać. A ministerstwu trudno ufać po tym, do czego dochodziło w ostatnich tygodniach – odpowiedziała. Nie wstydziła się tego, kim jest, ale nie była głupia, wiedziała, że ostentacyjne obnoszenie się z przekonaniami mogłoby jej wyłącznie zaszkodzić. Ministerstwo z pewnością znalazłoby haka na krnąbrnego pracownika, a uwięziona lub martwa na nic by się nie przydała. Jej ojciec zapłacił bardzo wysoką cenę za postępowe poglądy; Sophia wiedziała już, że jego śmierć nie była zwykłym wypadkiem. I obiecała sobie, że sama będzie bardziej ostrożna. – Nie wszyscy aurorzy należą do Zakonu Feniksa, choć zasadniczo większość z nas w swojej pracy walczy z czarną magią, od tego jesteśmy. Kwestia poglądów jest trudniejszą sprawą, bo nie każdy mówi o nich otwarcie. Ale świadomość, że nie wiem, komu mogę w pełni zaufać, nie pomaga w pracy, gdzie zaufanie... jest bardzo ważną kwestią. – Ale jak pokazały niedawne wydarzenia, wśród aurorów też kryły się zdradzieckie szumowiny, jak pokazał choćby przypadek Crispina Russella. Co, jeśli takich jak on było więcej? – Nie zgadzam się z wieloma sprawami, ale wiem, że muszę wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię. Dla tych wszystkich ludzi, którzy cierpią przez czarną magię. Podejrzewam, że i panu... tobie nie jest łatwo, biorąc pod uwagę... twoją rodzinę i tą całą szlachecką otoczkę – zakończyła ostrożnie; nie chciała w jakikolwiek sposób urazić kwestii rodziny Carrowa, ale zastanawiała się, jak radził sobie ze swoimi postępowymi poglądami w gronie tak konserwatywnych osób. Na spotkaniu Zakonu dowiedziała się, że kilku jego krewnych zasilało szeregi tajemniczej trzeciej siły, a skoro teraz mógł tu być i z nią rozmawiać, to znaczyło, że również musiał umieć być ostrożny, choć z punktu widzenia swojego rodu pewnie mógł być postrzegany jako zdrajca.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Przedmieścia :: Beckenham, Overbury Avenue 13-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17