Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pasaż Laverne de Montmorency

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pasaż Laverne de Montmorency   17.10.16 0:16

First topic message reminder :

Pasaż Laverne de Montmorency

Jedna z bocznych uliczek Pokątnej, pomimo niepokojących czasów, zwracająca uwagę swoją elegancją. Panuje tutaj o wiele mniejszy tłok niż na głównej ulicy, być może to przez wysokie ceny, a być może przez nietypowość sprzedawanych rzeczy? Znajdują się tutaj małe kawiarenki, kilka restauracji, malutkich księgarni oraz bardziej nietypowe sklepy, gdzie można odnaleźć rzadkie przedmioty. Zegary wskazujące miejsce pobytu, a może wrzeszczące lustro? Mówi się, że pierwszy sklep założyła tutaj sama Laverne de Montmorency, czarownica, która wymyśliła eliksir miłosny, by zamaskować własną brzydotę - być może jest w tym odrobina prawdy, gdyż tuż u wylotu pasażu znajduje się niewielki sklep z gotowymi eliksirami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   26.07.17 23:37

Biedna, nieświadoma Josie. Może to i dobrze, że na ogół nie była altruistką i nie wtrącała się w cudze sprawy. Zajmowała się leczeniem w Mungu, pomagając doświadczonym uzdrowicielom i ucząc się od nich, ale poza jego murami nie wyszukiwała rozmyślnie na ulicy biednych i cierpiących, by wspaniałomyślnie nieść im pomoc i ratować ich przed złem świata. Pilnowała swojego nosa, czego nauczył ją rodzinny dom oraz Hogwart, a szczególnie ostatnie dwa lata nauki. Była dobrze wychowaną panną, a praca, choć była jej pasją i ambicją, nie była czymś, czemu oddawała się bez reszty i dla czego byłaby wiele zaryzykować. Neutralność i nie angażowanie się w potencjalnie ryzykowne sytuacje – to zdaniem jej ojca było kluczem do pomyślności i braku dodatkowych problemów.
Ale jednak nie mogła być zupełnie obojętna, stając twarzą w twarz z osobą taką jak ta kobieta. Gdyby nie jej wymizerowany wygląd, pewnie jej udawanie nie byłoby tak przekonujące, ale nabrała Jocelyn – w końcu w jej świecie, tym poza pracą, ludzie nie chodzili tak mizerni, bladzi i zaniedbani, chyba że byli chorzy i w Mungu. A na ulicy? Cóż, nieczęsto miała okazję korzystać ze swoich umiejętności, a bez użycia odpowiednich zaklęć nie zawsze dawało się bezbłędnie odróżnić prawdę od fałszu. Oczywiście i w Mungu trafiali się symulanci, ludzie, którzy pragnęli kilku dni wolnego od pracy i udawali chorobę, by dostać zwolnienie, bądź też wymigać się od jakiegoś zobowiązania. Niektórzy byli łatwi do rozszyfrowania, niektórzy tak przekonujący, że udawało im się zwodzić nawet bardziej doświadczonych niż Jocelyn... Przynajmniej do momentu rzucenia zaklęć diagnostycznych, które demaskowały nawet najbardziej przekonujący fałsz i wymówki, a nawet podrobione objawy. Zaklęcia weryfikowały wszystko, jeśli się znało ich pełne możliwości, ale na Pokątnej i tak nie mogłaby użyć nawet najprostszego czaru. Wiedziała o tym i nie podobało jej się to, bo utrudniało pracę uzdrowicieli, którzy pewnego dnia mogli trafić na naprawdę potrzebujący przypadek.
Obserwowała ją uważnie, gdy siadała na chodniku. Może gdyby próbowała doszukiwać się w jej zachowaniu jakiegoś spisku, zauważyłaby, że coś jest nie w porządku, ale nie próbowała. Naiwna Josie, która próbowała być dobra i zainteresować się przypadkowo napotkaną kobietą.
- Cóż, jeśli to nie jest pierwszy raz, to może faktycznie powinna się pani udać do magomedyka. Niedaleko stąd jest kominek, którym można się bezpiecznie przenieść – zaproponowała. Tam kobieta mogłaby uzyskać profesjonalną pomoc bez ryzyka, że za użycie magii na Pokątnej obie wylądują za kratkami, a Josie wspaniałomyślnie mogła podprowadzić ją ten kawałek do Dziurawego Kotła, dla spokoju własnego sumienia. – Mogę pomóc pani tam dojść. Nigdy nie należy lekceważyć kwestii zdrowia, nawet jeśli wydaje się, że to nic takiego. – Nie lubiła się zbytnio angażować w problemy obcych ludzi, ale byłaby naprawdę fatalnym materiałem na uzdrowiciela, gdyby ją tak zostawiła i poszła dalej, nie przejmując się jej słabością, która wcale nie musiała, ale mogła być oznaką poważniejszych dolegliwości. Kurs nauczył ją, że nie zawsze wszystko widać na pierwszy rzut oka. Widywała ludzi, którzy twierdzili, że są tylko zmęczeni i osłabieni, a tak naprawdę zaczynało rozkładać ich jakieś choróbsko lub oddziaływało na nich zaklęcie lub eliksir, o których prawie zdążyli zapomnieć.
Ostrożnie podała jej rękę, zamierzając pomóc jej wstać z chodnika. I spojrzała na nią pytająco, oczekując potwierdzenia, czy chce się dostać do kominka, czy nie. Jeśli będzie się bardzo upierać, że woli wrócić do domu, Josie nie będzie mogła nic na to poradzić, przecież nie zaciągnie jej do Munga wbrew woli. Tutaj była tylko zwykłą dziewczyną na zakupach, którą wzięło na bycie dobrą dla obcej kobiety.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Masza Dolohov
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4721-masza-dolohov-budowa-nie-zagladac http://www.morsmordre.net/t4735-poczta-maszy#101445 http://www.morsmordre.net/t4734-masza-i-niedzwiedz#101443 http://www.morsmordre.net/f320-smiertelny-nokturn-27 http://www.morsmordre.net/t4736-masza-dolohov
Złodziejka, handlarka i oszustka
28 lat
Półkrwi
Zamężna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
11
12
0
0
10
0
1
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   08.08.17 15:45

No tego mi jeszcze brakowało, wizyty w Mungu. Nie dość, że nie udała mi się kradzież, to miałam trafić jeszcze na jakiegoś medyka, który próbowałby mi znaleźć jakąś chorobą na wszelką cenę. Na brodę Merlina, nie i jeszcze raz, nie. Pójdę do Cassandry w tym miesiącu, albo w przyszłym o ile mi się nie poprawi. A teraz wcale się źle nie czułam, tylko udawałam, to tym bardziej nie. Może gdybym faktycznie czuła się źle, to byłabym bardziej skora do współpracy. Nie w momencie, gdy byłam zła, że nie udało mi się ściągnąć jej torebki. Widocznie jedna udana kradzież na miesiąc to był szczyt moich możliwości.
- Nie, nie, nie dziękuje, ale mam jeszcze trochę rzeczy do załatwienia. To pewnie po prostu przemęczenie - zaprzeczyłam od razu.
Zrezygnowałam z tej kradzieży, trudno, może innym razem. Tym razem jej dobra wiara w ludzkość i przekonanie, że jest bezpieczna, a źli ludzie jej nie otaczają nie zostanie zniszczona. Ale było to kwestią czasu, w końcu przyjdzie ten moment, kiedy przejrzy na oczy i dowie się, że na świecie nie żyją tylko dobrzy ludzie, ale także ci źli, którzy będą próbować ją na każdym kroku wykorzystać. Tak jak ja przed chwilą, tylko im się uda.
Ale chwyciłam rękę, przyjmując pomoc od kobiety, jednak w żadnym wypadku nie miała ochoty godzić się na odprowadzenie do kominka w Dziurawym Kotle, to było w zupełnie inną stronę niż chciałam iść. Chociaż może w drodze przydarzyły się jeszcze jakaś okazja, to jednak przechodziłybyśmy przez środek zatłoczonej ulicy, nie chciałabym by ktoś nas razem widział. Chociaż nie raz już się o tym przekonywałam, że czasami w takich miejscach było najłatwiej, ale podjęłam już decyzję. Trudno, łatwy łup przeszedł mi obok nosa. Trzeba było mocniej ciągnąć za torebkę.
- Nie, nie, poradzę sobie, ale dziękuję za chęć pomocy - odpowiedziałam z uśmiechem.
Zaczęłam otrzepywać swoje ubranie z kurzu, który osiadł na mnie podczas upadku i siedzenia na ziemi. Zaraz miałam ruszyć dalej i poszukać jakiegoś kolejnego łatwego celu. A jeśli jeszcze kiedyś spotkam tę pannę, to na pewno jej nie odpuszczę i zwinę jej tą torebeczkę, co tak zwisała na jej ramieniu. Chyba, że o tym zapomnę, co też się zdarza, wtedy kobieta będzie mogła uznać, że miała ogromne szczęście.




Złamałeś tyle serc
A teraz robisz to i mnie
A ja się na to wszystko godzę
W nadziei na choć kilka chwil
I będę wciąż tu tkwić tak beznadziejnie
wierna ciBo całe moje życie to Ty
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   08.08.17 18:49

Josie westchnęła. Kobieta była naprawdę uparta, ale z drugiej strony, trudno było jej się dziwić. Raczej nikt nie lubił lądować u uzdrowicieli. Sama też wolała do Munga przychodzić do pracy, a nie na leczenie i całkowicie rozumiała nawet to, jak niechętnie jej matka zgadzała się leżeć na oddziale i wolała poddawać się leczeniu swojej genetycznej przypadłości w domowym zaciszu.
Nie było sensu się upierać i naciskać, gdy kobieta z uporem odmawiała, a jeśli nie działo się nic wyraźnie złego, nikt nie mógł jej nakłonić do tego, by zgodziła się udać do uzdrowiciela. Jocelyn miała tylko nadzieję że nie skończy się to jakimś nieszczęściem, któremu mogła zapobiec, gdyby była bardziej uparta. Ale chyba trochę brakło jej tego uporu, kiedy wyglądało na to, że nieznajoma jakoś zebrała się w sobie.
Westchnęła tylko, uważnie lustrując ją wzrokiem.
- Skoro pani jest pewna, że to nic takiego... – powiedziała. Ostatecznie w magicznym świecie w wielu miejscach były kominki, byli też inni czarodzieje którzy mogli pomóc, gdyby jednak coś się stało. Josie miała nadzieję że kobieta nie była pozostawiona sama sobie, ani że za kilka dni nie zastanie jej na oddziale, zmożoną jakąś chorobą, nawet jeśli teraz na pierwszy rzut oka nie wyglądała szczególnie niepokojąco poza tą chudością i osłabieniem. – No dobrze, wobec tego chyba nic więcej nie mogę teraz zrobić. Proszę na siebie uważać – rzekła tylko. Bo cóż więcej mogła zrobić na Pokątnej, w obliczu osoby która ewidentnie niechętnie przyjmowała wszelkie sugestie związane z udaniem się do uzdrowiciela i uparcie powtarzała, że wszystko w porządku i da sobie radę?
Nie mając pojęcia, że tak naprawdę miała sporo szczęścia, że przygoda z nieznajomą, która tak naprawdę symulowała, nie skończyła się dla niej dużo gorzej. Mogła więc zachować swoją wiarę w świat i ludzi, a o całej sytuacji pewnie szybko zapomni. Przynajmniej dopóki kiedyś znowu nie ujrzy tej twarzy i wychudzonej sylwetki.
Patrzyła, jak kobieta otrzepuje swoje ubrania po wcześniejszym osunięciu na ziemię, a następnie się oddala. Odprowadzała ją wzrokiem, mając nadzieję, że nie omdleje gdzieś po drodze, ale w końcu zniknęła jej z oczu. Josie mogła więc wrócić do swoich spraw, co też zrobiła. Powróciła do przerwanych zakupów, dla których pojawiła się dzisiaj na Pokątnej, a później skierowała się w stronę Dziurawego Kotła, by przenieść się kominkiem do domu. Idąc tam, już nie spotkała po drodze tajemniczej nieznajomej, a gdy już znalazła się w domu, prawie nie myślała o dzisiejszym zajściu, ani tym bardziej o tym, jak bliska była nieprzyjemnej przygody z wykorzystaniem jej naiwności i próbą kradzieży.

| zt.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Masza Dolohov
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4721-masza-dolohov-budowa-nie-zagladac http://www.morsmordre.net/t4735-poczta-maszy#101445 http://www.morsmordre.net/t4734-masza-i-niedzwiedz#101443 http://www.morsmordre.net/f320-smiertelny-nokturn-27 http://www.morsmordre.net/t4736-masza-dolohov
Złodziejka, handlarka i oszustka
28 lat
Półkrwi
Zamężna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
11
12
0
0
10
0
1
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   10.08.17 21:20

Cieszyłam się, że dziewczyna bardziej na mnie nie naciskała. Nie znała mnie, nie stało się też nic strasznego, dlatego nie czuła parcia na to, aby koniecznie mnie przebadano. Prawdopodobnie, gdybym przy okazji zrobiła sobie jakąś krzywdę, to nie udałoby mi się z taką łatwością wymigać. Otrzepując do końca swoje ubrania byłam trochę zła na siebie, że nie wykorzystałam takiej sytuacji, ale już się pogodziłam z faktem, że dzisiaj nie będzie łatwego zarobku. A szkoda, nie pogardziłabym kolejną porcją sporej gotówki. Chociaż patrząc na tę pannę, to miałam wrażenie, że w jej sakieweczce spoczywało zdecydowanie mniej monet, niż w sakiewkach szlachcianek.
- Tak, jestem pewna - zapewniłam ją jeszcze.
Byłam całkiem uprzejma, w końcu okazała mi swoją życzliwość, nie mogłam więc być niemiła, jeśli jeszcze kiedykolwiek ją spotkam i będę chciała w jakiś sposób wykorzystać, to nie chciałabym sobie spalić wszystkich mostów. Kiedyś mogłyby być mi one potrzebne, chociażby do tego, aby w końcu dobrać się do jej torebki. Z zasady nie powinno się okradać dwóch tych samych osób, ale skoro nic się nie wydarzyło, to można chyba spróbować jeszcze raz, tylko dużo, dużo później, kiedy panna już o mnie dawno zapomni.
Pożegnałam ją uprzejmym uśmiechem, odwróciłam się i poszłam w przeciwnym kierunku do tego, w którym szła tamta dziewczyna. Dopóki nie straciła mnie z oczu starałam się iść pewnie i przypadkiem nie zachwiać, coby nie poszła za mną i nie nalegała z powrotem do skorzystania z pomocy uzdrowicieli. Skręciłam w uliczkę, na szczęście za mną nie podążyła. Westchnęłam ciężko, tak zmarnować sytuację, to chyba tylko ja potrafiłam. Ale faktycznie, kobieta miała prawdziwe szczęście. To musiało być naprawdę przykre doświadczenie, kiedy zdawało się sprawę z tego, jak bardzo zostało się oszukanym i wykorzystanym, że straciło się swoją własność, na którą tak długo się pracowało. Znaczy, tak myślę, bo nigdy nie zostałam okradziona. Wzruszyłam jednak ramionami. Takie było ryzyko tego świata, można było trafić na każdego i wszystko się mogło przydarzyć. Kradzież również. Trzeba było być czujnym, nie wierzyć każdemu i nie okazywać zbytniej naiwności, bardzo łatwo było to wykorzystać. I takie osoby jak ja to robiły i nie czuły z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Już dawno się ich pozbyłam gdy okazało się, że kradzież, czy handlowanie nielegalnymi przedmiotami, jest jedynym sposobem, abym mogła wieść w miarę normalne życie u boku męża i syna. Ciągle pamiętałam swoje przygody gdy pracowałam w pubie, nigdy więcej nie chciałam być pod dyktandem innej osoby, która mogła mnie wykorzystywać. Teraz sama byłam sobie panem, sama wybierałam ofiary, sama je okradałam i jedynie Siergiej mógłby coś kazać. Nikt inny. Ruszyłam do domu w nie najlepszym humorze, jakoś straciłam już dzisiaj ochotę na szukanie kolejnej łatwej ofiary. Spróbuję jutro. Może następnym razem bardziej mi się powiedzie?


zt




Złamałeś tyle serc
A teraz robisz to i mnie
A ja się na to wszystko godzę
W nadziei na choć kilka chwil
I będę wciąż tu tkwić tak beznadziejnie
wierna ciBo całe moje życie to Ty
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna

she tastes like every dark
thought I've ever had

20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   17.12.17 12:41

| 13 czerwca

Trzynaście; zaledwie od trzynastu minut wędrowała mroźną Pokątną, otulając się szczelniej nowym, zimowym płaszczem, pachnącym jeszcze wnętrzem projektanckiego atelier, ale już czuła się skrajnie zirytowana otaczającymi ją ludźmi. Odzwyczaiła się od tłoku, tłumu, innych osób, spacerujących tuż obok niej, potrącających, wchodzących w drogę, wrzeszczących do siebie i nawołujących dzieci, które pałętały się pod nogami, zachwycone opadami śniegu. Deirdre zawsze omijała skupiska ludzi w okolicach świąt, lecz w tym roku anomalie sprawiły nie lada psikusa, zamieniając pierwsze tygodnie parnego lata w zimową gehennę. Mogła przewidzieć, że tak skończy się jej wizyta w Londynie, ba, mogła wysłać Prymulkę, by odebrała nowo uszyty płaszcz - lecz przecież i tak musiała go ponownie przymierzyć, z zadowoleniem przyjmując przesuwające się magiczne szpilki, podtrzymujące materiał. Przytyła, zauważała to dopiero w odbiciu lustra, i chociaż ciągle daleko było jej do zdrowej wagi, przestała wyglądać jak wycieńczony szkielet. To spostrzeżenie poprawiło humor na zaledwie chwilę, bowiem znów musiała konfrontować się z ściśniętym na Pokątnej motłochem - umknęła przed nim w jedną z bocznych uliczek, spokojniejszych, mniej zatłoczonych. Nie zdążyła jednak odetchnąć z ulgą; zrobiła zaledwie kilka kroków, gdy spod kolumn pasażu wyskoczyła jakaś szalona kobieta.
- Tiary, najpiękniejsze tiary dla najpiękniejszej dzierlatki, modne i wygodne - zaćwierkotała namolnie, zastępując Deirdre drogę. Tsagairt skrzywiła się, lecz było to jedyne, co zdążyła zrobić: sięgnięcie po różdżkę w tej publicznej sytuacji nie wchodziło w grę, a ostre protesty, jakie padły z jej ust, zdawały się tonąć w monologu sprzedawczyni, zachwalającej swe wyroby. Zanim się spostrzegła, kobiecina wsunęła na jej głowę czarną tiarę, lśniącą od drobnych gwiazdek, ozdobioną także koronkową woalką.
- Jak śmiesz ty... - wycedziła prawie bezgłośnie, zaciskając dłoń na ukrytej w kieszeni różdżce. Ponownie: nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bowiem z tiary zaczęła wydobywać się potwornie głośny śpiew, owszem, w rytmie i z dość przyjemnym dla ucha tembrem głosu, ale nie przekreślało to stopnia irytacji, w jaki wpędził Dei ten nagły atak. Niewiele myśląc, sięgnęła bladymi dłońmi do góry, chcąc ściągnąć z głowy tiarę - bezskutecznie, w dodatku rozwścieczyła nakrycie głowy, prowokując je do wydawania z siebie ciągłego, potwornego wrzasku. Tsagairt gotowa była uwierzyć, że przeklęta sklepikarka uszyła tiarę ze skóry szyszymory. - Tango, tango, tańczyć tango, najpiękniejszy taniec miłości dla najpiękniejszych ludzi, uczucie, szum krwi, bicie serca, pasja i romantyzm - bełkotała tiara, sprowadzając na Deirdre piekielne męki. Wspaniale. Ileż by dała, żeby wrócić na Pokątną i dać się zdeptać tłumi, ba, pozwoliłaby się nawet popchnąć chichoczącym dzieciom albo poczuć na biodrze lepką dłoń spoconego mężczyzny - wszystko byłoby lepsze od tego okrutnego upokorzenia. Co z tego, że w bocznej uliczce było mniej ludzi: i tak się tam znajdowali, wgapieni w śpiewającą, gadatliwą czarę. Niemożliwą do zdjęcia. A mogło być jeszcze gorzej: sekundę później nakrycie głowy pisnęło zachwycone i jakąś dziwną siłą pociągnęło swą nosicielkę w bok, w stronę przypadkowego przechodnia. Koronkowa woalka nieco przesłaniała Deirdre widok, kobieta nie potrafiła rozpoznać nieszczęśnika, spetryfikowana wściekłością. Gniew ściskał gardło i spinał mięśnie; nienawidziła bezwolności i upokorzenia, a właśnie to spadało na nią tego pechowego dnia, wraz z ohydną tiarą, głośno gloryfikującą tango ponad innymi rodzajami tańca - i domagającą się wykonania namiętnych kroków w towarzystwie nieszczęśnika, w którego ramiona popchnęła Deirdre, zamieniając śpiew na taneczne mruczenie.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   30.12.17 2:59

Dni mijały podobnie do siebie. Jeden za drugim o dziwno nie wlókł się niemiłosiernie, bowiem między dniem spędzonym w Galerii, popołudniem w czasie którego wertowałem kolejne tomy, próbując dowiedzieć się czegoś o lustrze i nocą która nie zawsze bywała w całości przespana nie miałem czasu, na nudę. Miałem więc zajętą każdą chwilę, ale nie żałowałem tego. Robił to co lubię i miałem mieć możliwość zbadania, czy też może odkrycia, jednej z największych zagadek, przed którymi stanąłem. Lustro znajdujące się w Galerii zdążyłem obejść już kilka razy, zdawało mi się, że zbadałem każdą jedną cegłę która tworzyła mury Hogwartu, wiedziałem jednak, że zbadanie wnętrza, to dopiero początek, a przede mną rozpościera się długa i wyboista droga. Byłem pewien, że Mulciber wspomoże mnie swoją wiedzą, tak samo jak każdy z członków organizacji do której należałem. Wszystkim nam zależało, by nie powtórzyła się sytuacja z Białej Wywerny. Nasze spotkania powinny mijać spokojnie, bez zewnętrznych bodźców burzących nasz spokój.
Maszerowałem spokojnie ulicą unosząc dłoń, by poprawić złote oprawki okularów a nosie. Nie, nie rozglądałem się. Ale też patrzyłem przed siebie, jakby nie widząc. Widziałem jedynie przeszkody, które należało omijać pochłonięty całkowicie własnymi myślami i kolejnymi przemyśleniami zmierzałem w stronę małego sklepiku a pasażu laverne de Montmorency w którym miałem odebrać zamówioną kilka dni wcześniej paczkę, pakunek zawierający notatnik, który mógł ruszyć odrobinę moje poszukiwania. Wrzeszcząca tiara spowodowała, że mimowolnie skrzywiłem twarz, jakby jej dźwięk wydawał jednocześnie odór ciężki do zniesienia. I już miałem iść dalej, minąć całe to dziwaczne zdarzenie, gdy w moje ramiona wpadła kobieta. I mimo, że tiara skrywała jej lico, doskonale wiedziałem, kogo trzymałem w ramionach. Tylko ona pasowała do nich tak idealnie. Tylko dla niej miałem w nich miejsce i choć nigdy nie przyznawałem tego an głos, szczerze wątpiłem, bym miał pozwolić komuś zniewolić się jeszcze tak, jak pozwoliłem jej. Nie, zdecydowanie ta ścieżka nie była już dla mnie. Kiedyś widziałem się jako głowę rodziny, z pociechami o ciemnych włosach, możliwie z lekką wadą wzroku. Ale to odeszło razem z tobą, czyż nie?
- Deirdre. - wypowiedziałem swobodnie, jak zawsze, łapiąc cię pewniej, dokładniej. - Jeśli naciągniesz mięśnie odrobinę mocniej, skory jestem postawić sakiewkę galeonów, że tym razem nie wytrzymają i pękną. - słowa wypadły z much ust, owiane w lekki uśmiech, który zatańczył na wargach. Doskonale zdawałem sobie sprawę jak musiałaś się czuć. Odebrano ci kontrolę, wsadzono w sytuację tak bardzo wyjętą spod Twojej kontroli, że twoje całe ciało wręcz krzyczało o tym w efektywnym geście rozpaczy. Nie, zdecydowanie nie należałaś do osób, które rzucały buty na łące skrytej pod rosą i tańczyły do tylko sobie znanej muzyki. Nie, nie łapałaś też płatków śniegu na język i niewiele było w stanie cię rozczulić. Czyż nie? - Myślisz, że jeśli zatańczymy da ci spokój? - zapytałem, podciągając cię odrobinę w górę, układając wygodniej we własnych ramionach. Znów pozwalając, by otumanił mnie twój zapach, ten który od dawna był moją własną, prywatną śnieżką. - Mam nadzieję, że pamiętasz jeszcze iż nie potrafię w ogóle tańczyć - więc za podeptane palce nie biorę odpowiedzialności. - dodałem beztrosko, czując, że moje zachowanie może jedynie cię rozgniewać. A przecież znałem już twój gniew i nie był mi on straszny. Już nie. Pragnąłem cię tak samo jak zawsze, to się nie zmieniło. I choć znamienne dla mnie cechy były podwalinami mojego charakteru, to ja się zmieniłem. Ale nie żałowałem. Niczego. Bowiem tylko głupcy żałują decyzji, które podejmowali sami świadomie.




I won't compromise. I won't live a life on my knees.
You think I am

nothing.

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna

she tastes like every dark
thought I've ever had

20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Pasaż Laverne de Montmorency   30.12.17 21:33

Koronkowa woalka zdobnej tiary irytująco przesłaniała widok, jednocześnie łaskawie kryjąc przed światem zaciśnięte w niemalże niewidoczną linię usta i początki rumieńca wściekłości, spływającego pod ostre kości policzkowe. Głupi, żałosny pech - dlaczego skręciła akurat w tę uliczkę, dlaczego akurat na nią napadła nawiedzona czarownica, dlaczego wokół kręcili się przechodnie, uniemożliwiając naprawę tej tragicznej sytuacji w skuteczny, czarnomagiczny sposób? Deirdre była bliska wściekłego wysyczenia paskudnych klątw, ale najpewniej i one nie przyniosłyby żadnego skutku w starciu z rozwrzeszczanym nakryciem głowy, uporczywie domagającym się wykonania tańca. Pełnego miłości i emocji tanga, doprawdy, stara tiara mogłaby mieć nieco więcej przyzwoitości - przynajmniej nie wyśpiewywała melodii do bezpruderyjnego kankana, goszczącego jedynie na deskach najbardziej wyuzdanych, paryskich rewii. Tsagairt jeszcze raz spróbowała ściągnąć z głowy paskudztwo, bezskutecznie; zachwiała się, lądując w czyichś ramionach, wspierając się odruchowo dłońmi na barkach. W pierwszej chwili nie rozpoznała pechowego mężczyzny, dopiero z następnym wdechem w nozdrza uderzył ją zapach terpentyny, kurzu i włosia pędzli, otoczonego specyficznym, trudnym do przeoczenia aromatem przeszłości. Ich mieszkania, ich pościeli, jego ubrań.
A sądziła, że nie może być gorzej. Gdy rozpoznała w nieznajomym Apollinare'a, zdrętwiała jeszcze bardziej, o ile byłoby to w ogóle możliwe. W jednym miał rację, czuła, że napina się jeszcze mocniej, wręcz do bólu, jak zawsze spetryfikowana w obliczu niespodziewanej sytuacji. Ostatnie miesiące uczyły ją elastyczności, dopasowania do niespodzianek, lecz postawiona pod ścianą upokorzenia ciągle instynktownie zamierała. A on rozumiał to najlepiej, znał tę część dawnej Deirdre na wylot, niejednokrotnie obserwując ją spetryfikowaną nową sytuacją, wśród obcych ludzi i zachowań, wymykających się z ram zasad. Jak w tym przypadku, gdy splot niedorzecznych zdarzeń wepchnął ją prosto w ramiona Apollinare'a, witającego ją czułą kpiną.
- Sauveterre - Siliła się na obojętność, jednakże ton jej głosu bliższy był zirytowanemu sykowi: opanowała się jednak szybko, nie artykułując jego imienia, kojarzyło się ono zbyt romantycznie a i tak utknęła z nim w trudnej sytuacji, z tiarą wyraźnie zachwyconą doborem partnerów do ulicznej wersji Tańca z Gwiazdorami. Nakrycie głowy zaczęło nucić szybki, rytmiczny utwór, ponaglając do wykonania tanga - odpowiedziała także na zadane przez blondyna pytanie, wykrzykując coś o spokoju ducha i wielkim cierpieniu wywołanym brakiem artystycznych doznań. Deirdre zgrzytnęła zębami, zagłuszając na chwilę tiarę; odciągnęła też z twarzy czarną woalkę, lecz nawet przesłonięcie rozcięcia tiary koronką nie wyciszyło nieznośnej mruczanki. - Wiedziałam, że twoja taneczna ignorancja kiedyś przyniesie mi wstyd - wyartykułowała, chociaż to przecież ona generowała wyjątkowo widoczną aurę upokorzenia. Nigdy nie przepadała za tańcem, podczas wernisaży i bankietów trzymała się raczej na uboczu, Apollinare był zresztą zbyt zajęty prowadzeniem dyskusji niż marnowaniem czasu na podobne rozrywki. Teraz mieli pechową okazję nadrobić stracone lata, tak, jak na to zasługiwały: z bolesną świadomości zażenowania i z ruchami bliskimi parodii. - Nie dziwi mnie, że nie potrafisz prowadzić. Może ją powinnam? - dorzuciła kolejną sarkastyczną igłę, mającą wbić się w ego dawnego narzeczonego, mając uwierającą świadomość, że zapewne odbije się od niego jak od niewidzialnej tarczy. Był słabszy - albo takim chciała go widzieć, obniżając w swych oczach wartość Sauveterre jako zagrożenia dla jej spokoju. Trudno jednak o zachowanie dystansu w tak bezpośrednim kontakcie, ciało przy ciele; poprawiła dłoń na jego plecach a myśli odruchowo pomknęły w stronę znaczących je blizn. - To nie powinno tak wyglądać - dodała już ciszej, bardziej do siebie, mając na myśli właściwie wszystko na raz. Ich relację, nieznośną głupotę, jaką się wykazał, zjawiając się majowego wieczoru w Fantasmagorii - i ten żenujący, taneczny występ, jaki rozpoczynali w takt wyśpiewywanej przez tiarę melodii. Okrutnie raniącą uszy.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
 

Pasaż Laverne de Montmorency

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18