Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Danson Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Danson Park   04.04.15 23:38

First topic message reminder :

Danson Park

To zdecydowanie największy publiczny park w London Borough of Bexley, gdzie spacerowicze mogą podziwiać piękne widoki o każdej porze dnia czy roku. Zresztą... Czyż Twoja pamięć nie sięga mimowolnie do dnia, w którym Wasze oczy po raz pierwszy się spotkały? Od początku tkwiła w Tobie myśl, że to musi być prawdziwe, ta więź między Wami... Chęć zaproszenia go do domu tkwiła w Twojej duszy zakorzeniona tak głęboko, że aż wywoływała drżenie Twego ciała... Weź go, zabierz go do siebie! Piękny, biały łabądek patrzył na Ciebie swymi rozumnymi oczami, strosząc dumnie piórka i wypinając pierś. Wreszcie czar opadł, gdy zwierzę rzuciło się w przód, wyrywając Ci bułkę z ręki i połykając w całości parówkę z hot doga. Mimowolnie przyspieszasz swoje kroki, wasza relacja skończyła się tak szybko i zdecydowanie nie chcesz do niej wracać...


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Raven Baudelaire
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t935-raven-baudelaire
brak
20
Półkrwi
Panna
...
5
6
5
1
4
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   17.09.15 2:00

Raven nie zdawała sobie sprawy, że i Chloe obawia się ich spotkania. Tak na dobrą sprawę nie wiedziały o sobie zbyt wiele. Obie były skryte i strzegły swoich tajemnic. Chyba nie było nikogo, oczywiście poza jej ojcem, kto by wiedział o tym, co działo się w jej dzieciństwie. Nawet Colinowi jeszcze się nie przyznała, choć pewnie było to tylko kwestią czasu, aż mężczyzna w końcu się domyśli. Mieszkali razem, więc prędzej czy później zauważy niektóre jej dziwne zachowania, albo nawet blizny, choć te maskowała zaklęciami. Wstydziła się ich, nawet sama nie znosiła na nie patrzeć, a co innego pozwalać, żeby patrzyli na nie inni. Nie chciała być postrzegana przez otoczenie jako ofiara, zresztą, bała się, co by się stało, gdyby zdradziła ojca i powiedziała komuś prawdę o jego uczynkach.
Tak czy inaczej, zdawała sobie sprawę, że Chloe była na tyle daleką rodziną, że z pewnością nie wiedziała o tym, co wyrabiał William Baudelaire. Ale i tak towarzyszyły jej pewne obawy, gdy opuszczała dom Colina, o czym ten, będąc nieobecny, nawet nie wiedział, i pojawiła się w jednym z londyńskich parków.
Siedziała spokojnie na ławeczce, z dłońmi grzecznie splecionymi na ukrytych pod ciemną spódnicą udach i wzrokiem utkwionym w stawie, kiedy nagle usłyszała głos. Wyrwana z zadumy, poruszyła się niespokojnie i spojrzała w tamtą stronę, zauważając znajomą postać.
- Nie, oczywiście, że nie – powiedziała, przesuwając się na ławeczce, jakby w zachęcającym geście, by usiadła. – Przyda mi się trochę odpoczynku na świeżym powietrzu, więc się nie gniewam – dodała. – Miło cię widzieć.
Jako asystentka Colina zwykle zajmowała się pracą nad księgami w jego pracowni. Ale teraz nie miała nic konkretnego do roboty, a że Fawleya nie było, postanowiła wybrać się do Londynu. Jak to dobrze, że w świecie magii istniała teleportacja! Mieszkała w końcu teraz niemal na drugim końcu kraju.
- A ja mam nadzieję, że nie oderwałam cię od żadnych ważnych spraw – powiedziała. Nie wiedziała, czym dokładnie zajmowała się Chloe, ale kojarzyła, że dostała się na jakiś staż do ministerstwa. Gdyby nie tak napięte, wręcz niezdrowe stosunki z ojcem, pewnie też teraz byłaby na jakimś stażu. Ale z drugiej strony, wtedy nie poznałaby Colina, swojej nadziei na zaczęcie wszystkiego od nowa, bez ojca decydującego o jej życiu. – Bardzo dawno cię nie widziałam.
Spojrzała na dziewczynę, lustrując ją czujnym, uważnym spojrzeniem niebieskich oczu.


Powrót do góry Go down
Chloe Baudelaire
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t672-chloe-baudelaire http://www.morsmordre.net/t730-mumford#2463 http://www.morsmordre.net/t708-chloe-baudelaire
stażystka, śpiewa w Wenus do kotleta
22
Czysta
Panna
Nie ma zła i dobra. Jest światło i ciemność.
Światło może oślepić, ciemność może zwieść.
0
4
0
0
10
0
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   20.09.15 18:34

Jedna nie wie o problemie drugiej, ale nas obie spotkało możliwe najgorsze. Skrzydła, w które powinno się dmuchać powietrze, aby lecieć jak najwyżej przycięła nam najbliższa rodzina. Raven ojciec we własnej osobie, a mnie kuzynka. Każdej w innej formie, każda straciła, co innego, ale ból i blizny na duszy są takie same. Nie można przejść nad nimi do porządku codziennego, zawsze czają się gdzieś w kącie umysłu. Nigdy nie wiadomo, co zechcą zburzyć, jaki grunt uznają dostatecznie żyzny, aby zasiać ziarno zwątpienia.
Tym razem nic takiego się nie dzieję. Nie czuję w sobie irracjonalnego strachu, że zaraz mnie wyśmieje albo odrzucić. Praktycznie jej nie znam, ale mam wrażenie, że nie jest złą osobą. Wydaje się taka krucha i drobna, delikatna.
- Cieszę się – odpowiadam, zakładając za ucho pojedynczy kosmyk włosów, który zdołał wydostać się z koka. Nie jestem zdenerwowana, ale wciąż czujnie rozglądam się po parku. Szukając wzrokiem niewiadomo czego. – Ciebie też dobrze widzieć. – Praktycznie od końca Hogwartu nie miałam z nią kontaktu. Skupiłam się na stażu oraz kursie animagii. Taką przynajmniej uknułam w głowie wymówkę, aby uniknąć gryzącego sumienie poczucia winy. Chociaż czasem zastanawiałam się, co u niej, jak potoczyło się jej życie. Każdy człowiek stanowi fascynującą historię, która tylko czeka, aby ją odkryć. Może nie jestem duszą towarzystwa i stałą bywalczynią salonów, ale lubię towarzystwo ludzi. Ktoś powiedział kiedyś, że człowiek to istota społeczna, która nawet z naturą samotnika musi od czasu do czasu mieć kontakt z innymi. Miał, na brodę Merlina, rację!
- Nie, skądże. Dobrze mi zrobi oderwanie się od rutyny. – I od rodziców, chciałabym dodać, chociaż gryzę się w język. To najszczęśliwsi ludzie na ziemi. Nie mogę uwierzyć, że udało im się tak dobrać, stworzyć tak doskonałe uczucie mimo tylu przeciwności losu. Nawet kryzys związany z przeprowadzką spod Paryża do Londynu nie zdołał ich rozdzielić. Chyba najzwyczajniej w świecie im zazdroszczę. Tej czystej, nieskażonej niczym i kompletnej miłości. Nie mam pojęcia jak można stworzyć coś takiego. To musi być prawdziwa magia, taka pierwotna, jakiej nie nauczą nas nawet w Hogwarcie. Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy to nie uwierzyłabym.
- Trochę czasu minęło – odpowiadam wymijająco, w końcu poruszamy temat, który nie bardzo bym chciała. – Wszystko u ciebie dobrze? – Mam nadzieję, że nie odczyta tego, jako wścibstwa z mojej strony. Dlatego kiedy nasze spojrzenia się krzyżują od razu odwracam wzrok.




Powrót do góry Go down
Raven Baudelaire
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t935-raven-baudelaire
brak
20
Półkrwi
Panna
...
5
6
5
1
4
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   21.09.15 20:15

Raven nie miała pewności, czy kiedykolwiek uda jej się całkowicie oderwać od przeszłości. Czy nawet jeśli znajdzie swoje szczęście, trauma z dzieciństwa nie będzie kłaść się na nim długim cieniem. Chyba nie dało się go zupełnie pozbyć. Ojciec pewnie nawet nie myślał o tym, jak wielką krzywdę wyrządził własnej córce, wychowując ją w taki sposób.
Wiadomo, że to spotkanie trochę ją stresowało, skoro nigdy nie była z Chloe jakoś bardzo blisko. Ale mimo wszystko dobrze było mieć jakąś rodzinę poza znienawidzonym ojcem. Kto wie, może uda im się znaleźć wspólny język i stworzyć zdrowe, koleżeńskie relacje? Właściwie to byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw. W końcu musiała mieć też jakichś znajomych poza Colinem.
- Mi chyba też. Zbyt dużo czasu kurzę się w tych starych księgach, którymi zajmuję się w pracy – powiedziała. Rzeczywiście zbyt mało czasu spędzała na świeżym powietrzu.
Gdyby Raven wiedziała coś o rodzinie swojej rozmówczyni, z pewnością by jej pozazdrościła, że miała tak szczęśliwych, kochających się rodziców. Raven niestety miała nieszczęście narodzić się w naprawdę chorej rodzinie; była dzieckiem urodzonym przez ofiarę swojego ojca, uprowadzoną i zamkniętą w piwnicy mugolkę w obrzydliwy sposób zmuszoną do tego, by urodzić Williamowi Baudelaire’owi potomka, kiedy jego żona okazała się do tego niezdolna. Mała Raven przyszła na świat w ciemnej piwnicy i od razu została odebrana prawdziwej matce, i ogłoszona córką Williama oraz jego żony Therese. O tym, że to kłamstwo, dowiedziała się dopiero piętnaście lat później, ale niestety, nigdy nawet nie poznała imienia biologicznej matki.
Nie była też pewna, czy kiedykolwiek sama będzie zdolna do stworzenia zdrowej rodziny, skoro dorastała w takich warunkach.
- Taak, u mnie wszystko dobrze – odpowiedziała na pytanie, leciutko przygryzając wargę. – Po skończeniu szkoły wyprowadziłam się od ojca i zamieszkałam osobno. Od tamtego czasu pracuję u Colina Fawleya, jakiś czas temu zostałam jego asystentką.
Łagodziła wszystko, czyniąc z tego lekką, spokojną wypowiedź, jaka mogłaby wyjść z ust normalnej dziewczyny mającej zwyczajne, poukładane życie. Zawsze wypowiadała się ostrożnie, ukrywając pewne sprawy, a inne pokazując w łagodniejszym świetle. Chloe nie musiała w końcu wiedzieć o tym, co robił jej ojciec i jak Raven się go bała, tak samo jak nie czuła się jeszcze gotowa, by przyznać, że czuła do swojego pracodawcy coś więcej.
- A u ciebie? Jak idzie staż w ministerstwie? – spytała po chwili. – W jakim departamencie pracujesz?
Raven była łagodnie zaciekawiona. Nie lubiła jednak się narzucać i ciągnąć za język, bo sama też niezbyt lubiła mówić o sobie.


Powrót do góry Go down
Chloe Baudelaire
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t672-chloe-baudelaire http://www.morsmordre.net/t730-mumford#2463 http://www.morsmordre.net/t708-chloe-baudelaire
stażystka, śpiewa w Wenus do kotleta
22
Czysta
Panna
Nie ma zła i dobra. Jest światło i ciemność.
Światło może oślepić, ciemność może zwieść.
0
4
0
0
10
0
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   26.09.15 17:12

- Pracujesz w księgarni? – spytałam prawdziwie zainteresowana. Pokochałam czytanie książek, od kiedy zaczęłam chodzić do Hogwartu. Stały się moim najlepszymi przyjaciółkami, gdy okazało się, że ludzie zawodzą. Księgi tego nie robiły. Nigdy nie znikały samoczynnie z miejsca, w którym się je zostawiło, nie osądzały, gdy długo się do nich nie zaglądało. W zamian za odrobinę uwagi potrafiły zaprowadzić człowieka do niesamowitych miejsc, pozwalały mu przeżyć niezapomniane przygody, których nigdy nie mógłby doświadczyć w życiu albo sprawiały, że uwierzył w szczęśliwe zakończenie. Stałam się zapalczywą kochanką książek, nie mogąc się od nich oderwać na długie godziny. Miałam szczęście, że trafiłam do Ravenclawu, bo nasze dormitorium bardzo często oświecała łuna wydobywającego się z końców różdżek światła, które pozwalało na nocne czytanie. Szybko jednak zmieniał upodobanie i odstawiłam przygodową prozę na półkę. Zaintrygowała mnie tematyka, którą zgłębiałam na lekcji, ale wciąż było mi mało. Transmutacja miała wiele tajemnic, które bardzo chciałam odkryć. Poprowadziło mnie to do miejsca, w którym jestem, czyli do trwającego kursu na animaga.
- Fawley? Ten Fawley? – spytałam unosząc brew w zdziwieniu. To wyjaśniałoby pracowanie między księgami. Odwiedzałam jego księgarnie wielokrotnie, chociaż nigdy nie miałam okazji spotkać właściciela osobiście. Nie skomentowałam ani słowem jej wyprowadzki, bo skupiłam się na odpychaniu uczucia, które rozlało się we mnie po tym stwierdzeniu. Zazdrość. Słodko-gorzka, niezbyt przyjemne i zdecydowane nie na miejscu. Jednak Raven miała coś, czego ja jeszcze nie posiadłam. Wolność, samodzielność, prywatne cztery kąty. Przez stan majątkowy nie mogłam się wyprowadzić od rodziców. Praca, którą podjęłam nie miała przynosić profitów mi, a odciążyć rodzinny budżet. Arystokraci ostatnio niechętnie kupowali wino od Baudeliare’ów przez ich politykę tolerancji. Czystokrwiści burżuje nie chcieli pić alkoholu, który był równie dostępny dla mugoli. Co za tępi, zacofani idioci.
- Staż w porządku. Pracuję w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów – odpowiadam rozglądając się po przyjemnym krajobrazie parku. Jego spokój wpływa na mnie kojąco. – Wreszcie jest jakiś pożytek z mojego francuskiego – mówię przesadnie używając swojego francuskiego akcentu, co w połączeniu z angielskim brzmi wręcz komicznie. Kiedyś się tego wstydziłam i długo walczyłam z pozbyciem się tej naleciałości, ale w końcu się z tym pogodziłam. Nie chciałam wymazywać swojego rodowodu, który kochałam. Jestem przecież dumna z bycia Francuską.




Powrót do góry Go down
Raven Baudelaire
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t935-raven-baudelaire
brak
20
Półkrwi
Panna
...
5
6
5
1
4
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   27.09.15 0:24

Raven potwierdziła skinieniem głowy.
- Tak, przynajmniej na początku. Teraz większość pracy wykonuję poza sklepem, zajmuję się księgami – odrzekła.
Dla osoby nieśmiałej i mało towarzyskiej to było lepsze niż praca w samej księgarni, gdzie musiała obsługiwać klientów. Więc takie zaufanie ze strony Colina bardzo ją ucieszyło.
Raven także była Krukonką, została tam przydzielona ledwie Tiara Przydziału dotknęła jej głowy. Ten dom był dla niej idealnym miejscem, ponieważ nikogo tam nie dziwiło jej zamiłowanie do uciekania w świat nauki i książek. Czuła się tam lepiej, niż mogłaby się czuć w jakimkolwiek innym domu.
- Tak, właśnie ten – odpowiedziała. Już dawno zdążyła zauważyć, że Colin pod wieloma względami różnił się od innych czystokrwistych, także w kwestii zajęcia, jakim się zajmował. – Jest w tym całkiem niezły i w dodatku przykłada się do tego, co robi.
Raven na szczęście mogła sobie pozwolić na małe mieszkanko na Pokątnej, bo mimo wszystko nie była całkowicie odcięta od majątku ojca. Praktyczne podejście do życia zazwyczaj wygrywało z dumą, bo przecież jakoś musiała żyć, a w księgarni też nie zarabiała jakichś zawrotnych sum. Zresztą, pewnie gdyby miała normalne, zdrowe relacje rodzinne, nadal mieszkałaby w rodzinnym domu, jak większość dziewcząt przed wyjściem za mąż. Ale biorąc pod uwagę szaleństwo ojca, wyrwała się spod jego pieczy przy pierwszej lepszej okazji, choć kosztowało ją to naprawdę dużo samozaparcia.
- To ciekawa praca, naprawdę. Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów... Też o nim myślałam, gdyby nie... – urwała, kiedy zdała sobie sprawę, że prawie powiedziała „gdyby mój ojciec nie pracował w ministerstwie”. Tak, to właśnie przez niego nie mogła dostać się na staż, a ten departament rzeczywiście był jednym z tych, które najbardziej ją interesowały. – W każdym razie... Pewnie daje ciekawe perspektywy. Współpraca z zagranicą, wyjazdy, delegacje... Brzmi bardzo interesująco.
Raven co prawda zapewne była zbyt mało pewna siebie, żeby poradzić sobie w zajęciach wymagających dużo pracy z ludźmi, ale sam fakt, że taka posada dałaby jej szansę na zobaczenie czegoś poza Anglią, lub przynajmniej dowiedzenia się wielu nowych rzeczy. Ale prawdopodobnie nigdy nie będzie jej dane pracować w ministerstwie, bo nawet kiedy ojciec odejdzie już na emeryturę, to na staże zazwyczaj przyjmowano młode osoby krótko po skończeniu szkoły. Ale mówi się trudno. To i tak była niewielka cena, jaką mogła ponieść za życie w spokoju.


Powrót do góry Go down
Chloe Baudelaire
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t672-chloe-baudelaire http://www.morsmordre.net/t730-mumford#2463 http://www.morsmordre.net/t708-chloe-baudelaire
stażystka, śpiewa w Wenus do kotleta
22
Czysta
Panna
Nie ma zła i dobra. Jest światło i ciemność.
Światło może oślepić, ciemność może zwieść.
0
4
0
0
10
0
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   30.09.15 22:44

Papier przyjmie wszystko. Złe lub dobre słowa, radość bądź smutek, miłość i ból. Słowa sklejone w spójne zdania, a te tworzące większe całości zawarte w księgi to prawdziwe skarbnice wiedzy. Między mądrościami na temat eliksirów, animagi czy zielarstwa skryte są ponadczasowe prawdy o życiu. W końcu każdy czarodziej, który kiedyś jest spisał także był człowiekiem, prawda? Przeżywał wzloty i upadki, a nauka, jaką zdołał przekazać w księgach zdobywał długi czas płacą różną, często nieadekwatną cenę. Obcowanie z księgami musi być więc niezwykłą pracą i zdecydowanie o wiele ciekawszą niż zwykła posada sprzedawczyni w księgarni. Raven ma niezwykłe szczęście.
- To musi być naprawdę fascynujące – mówię i uśmiecham się do niej szeroko. To pierwszy tak szczery i pełny uśmiech, jakim obdarzam dziś świat. Wewnętrzne blokady, jakimi obwarowałam swoje serce przed tym spotkaniem zaczynają się powoli roztapiać niczym lód pod wpływem działania słońca. Delikatnie, ale stanowczo, równomiernie. Nie obdarzyłam tej dziewczyny zaufaniem, ale zdołała zaskarbić sobie moją sympatię. Jest taka delikatna, niewymuszona i niesztuczna jak większość panien o czystej krwi, która nawet nie jest szlachetna.
- Pewnie jest fascynującym człowiekiem. Rozmowa z kimś o tak dużej wiedzy musi być bardzo ciekawa. – Inteligencja. Wyćwiczony i elastyczny umysł. To niezwykłe cechy. Moim zdaniem o wiele ważniejsze od wyglądu oraz bardzo dużo mówiące o człowieku. Uważam, że to właśnie one czynią mężczyzn atrakcyjnych w moich oczach i być może właśnie przez to tak ciężko mi zaimponować. Zapewne też właśnie dlatego mając dwadzieścia dwa lata nie noszę dumnie na palcu pierścionka zaręczynowego. Nie jestem wybredna, to pożądane przeze mnie atuty są towarem deficytowym.
- Gdyby nie? – pytam zanim zdołam ugryźć się w język. Zazwyczaj nie jestem w gorącej wodzie kompana, ale tym razem zapomniałam się i poniosło mnie wraz z prądem rozmowy. Zapytałam instynktownie, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że Raven nie urwałaby wypowiedzi w połowie zdania, gdyby chciała o tym mówić. Przygryzam wargę zawstydzona, ale słowo się rzekło, a nawet magia nie jest w stanie cofnąć czasu. – To ciekawe, owszem, ale nie to chciałabym robić w życiu. – Papierkowa robota, utknięcie za biurkiem, wyszukane formułki grzecznościowe i ściskanie kilkudziesięciu dłoni na powitanie dziennie nie jest moim powołaniem. Istnieją dwie drogi, którymi chciałabym przejść życie, ale obawiam się, że nie będzie mi to dane. Nauka animagi jest trudna i czasochłonna, a moje obowiązki nie sprzyjają nauce. Nie sądzę też, że dane mi będzie osiągnąć taki poziom wiedzy, jaki bym chciała, abym mogła tytułować się ekspertką w tej dziedzinie. Druga droga wymaga ode mnie o wiele mniej wysiłku, ale nie czyni jej to ani trochę łatwiejszej. Co prawda śpiewanie w Wenus do przysłowiowego kotleta to kamień milowy dla mojej nieistniejącej kariery, ale nie sądzę, żeby to wiele zmieniło. Jestem tylko nijaką, śpiewającą blondynką w szarym tłumie wielu mi podobnych.




Powrót do góry Go down
Raven Baudelaire
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t935-raven-baudelaire
brak
20
Półkrwi
Panna
...
5
6
5
1
4
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   03.10.15 19:47

O tak, Raven uważała, że miała naprawdę dużo szczęścia, że znalazła posadę poza ministerstwem, która nie tylko nie budziła w niej frustracji, ale i sprawiała przyjemność. I ponadto, w osobie swojego pracodawcy znalazła kogoś, komu zaufała, i do kogo czuła coś wyjątkowego. Miała nadzieję, że i on czuł to samo, że nie żałował pokładanego w niej zaufania.
- I jest – powiedziała, także się uśmiechając do swojej towarzyszki. – Colin... To znaczy, pan Fawley, jest naprawdę... interesujący.
Nawet nie wiedziała, jak określić go w towarzystwie, żeby jednocześnie nie zdradzić, że nie był tylko jej pracodawcą, a kimś więcej. Nie była raczej typem osoby lubiącej się przechwalać, miała na tyle pokory, by zdawać sobie sprawę z tego, że niektóre rzeczy lepiej zachować dla siebie, także te dobre. Zupełnie jakby w jakiś dziwny sposób bała się, że jeśli podzieli się swoimi uczuciami, te staną się bardziej namacalne i łatwiejsze do utracenia. A może po prostu podświadomie czuła, że to wszystko jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe?
Chloe mimo wszystko wyłapała wcześniejsze wahanie Raven, kiedy ta mówiła o pracy w ministerstwie. Zamyśliła się na moment, przygryzając wargę.
- Cóż, moje relacje z ojcem... nie są najlepsze. Nie chciałabym, żeby rzutowało to na moje życie zawodowe – powiedziała więc lakonicznie, znowu nie zdradzając pełni swoich uczuć. Powiedzenie, że jej relacje z ojcem „nie są najlepsze”, było bardzo dużym niedopowiedzeniem. Podejrzewała jednak, że Chloe, nawet jeśli zna jej ojca, to raczej słabo. Może nawet nabrała się na jego bardzo dobrą grę pozorów? William był w tym bardzo dobry. Potrafił świetnie udawać i ukrywać swoje podejrzane sprawki.
Porozmawiały jeszcze przez jakiś czas, głównie o swoim życiu zawodowym i planach na przyszłość, choć Raven była bardzo ostrożna w mówieniu o swoich. Nawet nie zauważyły, jak szybko zleciał im czas i w końcu trzeba było się rozstać. Raven musiała wrócić do swojego obecnego domu, do Colina, mając nadzieję, że ten się nie pogniewa o jej zniknięcie na tyle godzin bez uprzedzenia. Takie obawy były pierwszą oznaką, że coś jest nie tak, ale póki co nie zwróciła na to uwagi. Pożegnała się z Chloe, mówiąc, że jeszcze kiedyś chętnie się z nią spotka, po czym, znalazłszy jakiś ustronny, wolny od mugoli zakątek parku, zdeportowała się.

zt.


Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   04.11.15 21:33

/mniej więcej połowa sierpnia(?)

Jeszcze będąc na ostatnim roku w Hogwarcie, skuszona namowami koleżanki z dormitorium, umieściła w gazecie malutkie, anonimowe ogłoszenie o poszukiwaniu artystycznych dusz do korespondowania. Była samoukiem, jej matki nie było stać na to, by opłacić dla niej indywidualne lekcje, dlatego wszelkie wskazówki, choćby wyniesione z rozmów z innymi pasjonatami malarstwa i rysunku, były dla niej bardzo cenne i przydatne. Wśród rówieśników z Hogwartu nie było osób szczególnie podzielających jej zamiłowanie do sztuki, więc pewne było, że musiała szukać ich gdzieś indziej, w szerokim świecie poza murami szkoły, gdzie zresztą miała się znaleźć już w wakacje, pozbawiona młodzieńczych marzeń o pójściu na kurs aurorski wzorem brata, za to pełna naiwnych nadziei na zaistnienie w świecie artystów.
Na początku odpowiedziało jej kilka osób, z którymi korespondowała anonimowo, nie zdradzając, kim jest. Z czasem jednak większość tych niezobowiązujących, listownych znajomości się wykruszyła, jednak pozostał jeden szczególnie wytrwały czarodziej, z którym pisała nadal, od czasu do czasu wymieniając wiadomości, aż w końcu, w sierpniu, w jednym z listów pojawił się pomysł spotkania w ramach „towarzystwa anonimowych artystów”. Lyra jako metamorfomag mogła zmienić swoją postać i nadal zachować tajemniczość, więc po namyśle zgodziła się i tym sposobem teraz siedziała w parku pod postacią może dwudziestoparoletniej dziewczyny o ciemnych włosach, które upięła schludnie z tyłu głowy, i mlecznej skórze pozbawionej piegów. Była nawet kilka centymetrów wyższa niż normalnie i tylko zielone oczy pozostawały takie, jak zawsze. Bardzo trudno byłoby w niej dostrzec charakterystyczną urodę Weasleyów, którą miała, będąc w swej naturalnej postaci. Z jakiegoś powodu wolała nie ujawniać już na pierwszym spotkaniu z nieznajomym, kim jest naprawdę, choć nie wiedziała, co właściwie ją do tego pchnęło. Obawa, że może należeć do tych, którzy pogardzają jej rodem? Czy może pokusa skorzystania z daru metamorfomagii i wcielenia się w nową rolę, tym samym kontynuując znajomość dwójki anonimowych artystów? Znajomość przeniesioną ze świata listów do rzeczywistości w taki sposób, by zachowała część tego pierwotnego charakteru, który nadzwyczaj przypadł jej do gustu, gdy wieczorami siedziała nad pergaminem, starannie kreśląc kolejne słowa. Tak cudownie nieświadoma, kim jest jej tajemniczy korespondent, którego uważała za wrażliwego, niepewnego swojego talentu artystę. Była wyraźnie zaciekawiona, rozglądała się dookoła, wypatrując sylwetki idącej w jej stronę. Nie bez powodu wybrała park, bo mimo jej zwykłej naiwności, wciąż tkwiły w niej pewne niepokoje zrodzone zaledwie dwa tygodnie temu, podczas pewnych wydarzeń na Pokątnej i Nokturnie, w których, chcąc nie chcąc, wzięła udział, i które wciąż regularnie nachodziły ją w myślach, przywołując wspomnienie mierzącej w niej różdżki i bezwzględnych oczu kobiety będącej poszukiwaną przez aurorów. W parku, w środku dnia, kiedy co jakiś czas ktoś ją mijał, czuła się jednak bezpiecznie i swobodnie, więc po chwili wyjęła z torby szkicownik i zaczęła rysować na czystej karcie.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   05.11.15 11:38

Nie wiedział skąd wziął się ten absurdalny pomysł Ministerstwa Magii na stałą subskrypcję wszystkich gazet. Te piętrzyły się na jego biurku od kilku dni jak góra lodowa. Za każdym razem zrzucał je na podłogę, ale gdy przychodził taki czas w pracy, gdy nawet kawa traci swój smak i jedyne czego pragniesz, to usiąść w swoim ulubionym fotelu z książką i zdajesz sobie sprawę, że to jest niemożliwe, bo nie utniesz sobie godzin w pracy, sięgasz po tę górę lodową i czytasz. Załamujesz się nad sprawami, które zajmują społeczeństwo. Nie chcesz wtrącać się w życie drugiej jednostki, zwłaszcza jak ta ma wątpliwy status krwi. Nie wiedział, dlaczego czytał ogłoszenia. Był tak zdesperowany, że mógł sięgnąć zaraz po spis ludności albo instrukcję obsługi magicznego pióra. I wtedy trafił na to ogłoszenie. Anonimowi Malarze to nazwa, która bezczelnie łączyła sztukę z nałogiem, z uzależnieniem, z którego nie jest się w stanie zrezygnować.
Pisał, bo słowa na papierze nie zakłócały ciszy jak te, które się wypowiada. Nie wiedział ani kto to ani czy to w ogóle ma sens. Nie miał żadnego pozwolenia na nazywanie się malarzem. Żadne dzieło nie ujrzało światła dziennego. Wszystko pochłaniał bezlitośnie ogień, a Alfie uwielbiał na to patrzeć. Języki muskały idealne kreski i kolory, których się nie bał i często używał. Ciągle w jego obrazach brakowało zieleni i bieli. Płakałby rzewnie, gdyby dowiedział się, że na Morsie jego ranga jest zielona. Nie do końca pamiętał, kto zaproponował spotkanie „AM”. W swoich myślach wolał nazywać grupę „Związkiem Anonimowych Malarzy”. To brzmiało równie dumnie jak każda inna grupa społeczna, która lubiła się wywyższać. Wiedział, co o tym wszystkim sądzi jego ojciec. Sztuka była sposobem wyrażania uczuć, a gdy to robisz jesteś słaby. Nie rozumiał, że malarstwo jest terapią, o której zaawansowane badania naukowe będzie prowadzić się za kilkadziesiąt lat. Stresował się tym spotkaniem. Nie wiedział, kogo zobaczy po drugiej stronie. A co jeśli to jakaś małolata, która nudziła się w Hogwarcie? Albo co gorsza – szlama!
Nie wolno było powiedzieć, że bał się swoje naturalnej postaci albo nie był zbyt pewny siebie. Parkinson’owie nie mogli sobie na wiele pozwolić. To groziło skandalem, zhańbieniem rodu. Wiele ze szlachciców wysyłało swoich wiernych służących na zapoznanie osoby, która do nich pisała. Musieli ich dokładnie sprawdzić, ale to nie było takie proste. Metamorfomagia działała gorzej niż opium. Gdy raz się zaczęło, nie potrafiło się skończyć. Aktorstwo stało się jedną z Twoich pasji, a Ty chciałeś tylko więcej i więcej. Stanął przed lustrem i zastanawiał się, kogo powinien tym razem udawać. Nie widział nigdy prawdziwego artysty na oczy. Zmienił swoje włosy na kręcone, ciemnobrązowe sięgające ledwo do płatków ucha. Nigdy nie widział tak przypałowej fryzury, ale na pewno znalazł definicję brytyjskiego afro. Kości policzkowe nagle stały się bardziej wydatne, a jego masa mięśniowa zmalała. Wyglądał jakby kawałka chleba nie widział od tygodnia. Poprawił swój nos, który najbardziej zdradzał pochodzenie arystokratyczne. Ubrudzona szata od farb okazała się dobrym rozwiązaniem. Wisiała na nim jakby znalazł ją co najmniej na śmietniku i postanowił się nią okryć. Z Alfiego Parkinsona zostały jedynie oczy.
Wciąż obawiał się, kogo może tam spotkać. Nie zmienił swojego wieku, nigdy go nie zmieniał. Traktował go jako swój skarb. Nie chciał być już młodszy. Dwudziestolatkę mógł mieć na kochankę i spijać z niej elastyczność skóry oraz głupotę. Ale sam nie chciał wracać do tamtych lat. Niósł ze sobą pustą aktówkę, w której niby miał jakieś swoje szkice. Nie miał przecież żadnego dowodu na swoją artystyczną duszę. Zawsze mógł minąć śliczną kobietę, malującą na parkowej ławce i nie przyznać się, że to on tak pięknie pisał o sztuce. Tak też zrobił, a ta nie wodziła wcale za nim wzorkiem. Z tym nigdy nie mógł się pogodzić. Jako Parkinson wszystkie kobiety patrzyły na niego jak na źródło wspięcia się po drabinie społecznej i zrobiłyby wszystko, żeby tylko wejść do szlachetnego rodu. Okrążył ławkę i zatrzymał się za plecami Lyry. Obserwował jej kreski, sposób w jaki ołówek dotyka kartki. Czy powiedzenie, że było w tym coś magicznego stanie się hipokryzją?
- Jesteś zbyt niepewna. Boisz się zaryzykować ostrym pociągnięciem czy tylko udajesz, że rysujesz i jesteś artystką? – spytał kąśliwie, zabierając jej ołówek i poprawiając jedną z kresek na mocniejszą. Dobrze, że zdjął swój rodowy sygnet, wtedy dopiero wszystko wyszłoby na jaw!






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   05.11.15 14:46

Z jego przypuszczeń jedno było prawdziwe – Lyra do niedawna rzeczywiście była małolatą, która nudziła się w Hogwarcie i pragnęła kontaktu z innymi miłośnikami sztuki. Nie była szlamą, ale i tak jej ród uchodził za niezbyt poważany za brak pokaźnego majątku i pobłażliwość, a nawet sympatię do mugoli, tak bardzo widoczną choćby w ojcu Lyry. Który z tylko dla siebie zrozumiałych powodów chciał pomagać mugolom poszkodowanym w czasach wojennej zawieruchy, zaprzepaszczając szanse na zapewnienie lepszej przyszłości sobie i dzieciom, a potem na długie lata zniknął, tym samym pozostawiając córkę w niepełnej rodzinie, z braćmi i matką, która, choć robiła co mogła, nie mogła zapewnić im tego wszystkiego, co mieli ich rówieśnicy z innych starych rodów. Lyra od dzieciństwa miała trudniej niż oni, była zdana tylko na własne dążenia do lepszej przyszłości, a przecież tak wiele rzeczy mogło nie wyjść. Nawet talent nie gwarantował jej sukcesu, bo jeśli nie zostanie zauważona, nie będzie mieć szans na rozwój, na poprawę jakości życia i stania się kimś więcej, niż małą, chudą dziewczyną w znoszonych sukienkach. Nic dziwnego, że te pierwsze tygodnie po Hogwarcie były stresujące, od początków dorosłego życia mogła zależeć jego dalsza przyszłość i musiała dobrze wykorzystać swoje szanse. Zaczęła od zostania uliczną malarką, miała za sobą już kilkanaście wykonanych zamówień, i mimo tego lęku, jasno patrzyła w przyszłość, naiwnie wierząc, że pewnego dnia spełni marzenie o zostaniu artystką z prawdziwego zdarzenia.
Siedziała na ławeczce, ze szkicownikiem rozłożonym na kolanach. Drobna, blada dłoń przesuwała się po kartce, a zielone oczy co jakiś czas unosiły się, by obrzucić spojrzeniem parkową alejkę, przy której siedziała. Obserwowała każdą mijającą ją osobę, jednak nikt z nich nie podchodził. Przesuwali po niej obojętnymi spojrzeniami i szli dalej, pochłonięci swoimi sprawami, a Lyra z westchnieniem wracała do szkicowania, nanosząc kolejne linie, subtelne i lekkie, powoli układające się w zarys rysowanego widoku. Może jednak zmienił zdanie i nie przyjdzie? Może tak naprawdę wcale nie chciał się z nią spotkać, lub zatrzymały go inne pilne sprawy?
Wtedy jednak zdała sobie sprawę, że ktoś za nią stoi. Wyprostowała się nieznacznie, słysząc nieco uszczypliwy głos, ale pozwoliła, by męska dłoń zabrała jej ołówek i poprawiła jedną z linii na mocniejszą, bardziej wyrazistą. Przez krótki moment patrzyła na nią, przesunęła po niej opuszkami, wyczuwając, że ołówek nieznacznie zagłębił się w fakturze papieru, szybko jednak zwróciła wzrok na nieznajomego mężczyznę. Jego twarz nie kojarzyła jej się z nikim, kogo znała, ale nie miała pojęcia, że ma do czynienia z drugim metamorfomagiem. Była to w końcu rzadko spotykana zdolność, której zawsze zazdrościli jej bracia i spora część szkolnych znajomych. Wzięła go więc za kogoś spoza środowiska czystej krwi, gdzie, z racji hermetyczności, większość czarodziejów się znała. Nawet młodziutka Lyra kojarzyła większość nazwisk, nawet jeśli nie znała osobiście wszystkich przedstawicieli poszczególnych rodów.
Ona natomiast w swoim nowym wyglądzie wyglądała dosyć szlachetnie, ale na pewno nie jak Weasley.
- Nie mogę się z tym zgodzić – zaprotestowała na sugestię, że tylko udaje. Uniosła leciutko podbródek, nie chcąc potwierdzać jego (trafnych zresztą) spostrzeżeń o jej małej pewności siebie. – Jestem... To znaczy, pragnę być prawdziwą artystką. Nie chcę i nie zamierzam tylko udawać.
Nie była pewna, czy może nazywać się prawdziwą artystką, choć malowała, a nawet sprzedawała swoje obrazy. Jednak nie miała wyrobionej marki, nie posiadała również dużego doświadczenia ani wiedzy. Uczyła się sama, na własnych błędach. A jak wyglądała sprawa z jej towarzyszem? To się okaże, w końcu nie widziała żadnej jego pracy, a tylko rozmawiali o sztuce w listach. Jedynie ona czasami, razem z wiadomościami podsyłała mu niewielkie rysunki, jednak nigdy nie odwdzięczył się tym samym, choć skrycie na to liczyła, chciała zobaczyć jego styl. Dostrzegła jednak trzymaną przez niego aktówkę. Czyżby to tam miał szkice, które chciał jej pokazać podczas pierwszego spotkania? W jej oczach błysnęła jeszcze większa ciekawość, ale wciąż pozostawała nieco onieśmielona. Nawet zmieniona postać nie mogła sprawić, by Lyra stała się śmiała w stosunku do obcych, tym bardziej mężczyzn.
- Miło mi pana poznać w prawdziwym świecie – powiedziała po chwili, zachęcając, by usiadł obok na ławeczce. – Jednak wolałabym, jeśli pan pozwoli, wciąż pozostać anonimową malarką, która szuka natchnienia i inspiracji.
To jeszcze zdecydowanie nie był czas, by przyznać się, kim była naprawdę, tym bardziej że jeszcze nie nacieszyła się możliwością występowania jako zupełnie inna osoba, ani bycia anonimową pasjonatką sztuki, bez tej etykietki zubożałej ulicznej malarki z Pokątnej. A przecież to do tej myśli zapaliła się, pisząc kolejne listy. Oboje byli anonimowymi artystami bez żadnych ról odgórnie narzuconych przez otoczenie.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   06.11.15 16:05

Wiek nie był aż tak istotny, gdy miało się jakiś olej w głowie. Może ta sytuacja nauczy Parkinsona nie oceniania innych ludzi przez pryzmat nazwiska czy grubości portfela. Jednak jeśli coś wyciąga się z mlekiem matki, a potem każda blizna na ciele oznacza mądrość rodową, nie zdajesz sobie sprawy, kiedy ulegasz temu wszystkiemu. „Szlama” staje się myślą w Twojej głowie i nie zauważasz, kiedy mówisz to na głos do drugiego człowieka. Jesteś już stary, więc nie naprawisz swojego zachowania. Wpadasz w schemat. Wiesz z kim możesz się zadawać, dbasz o to, żeby krew była szlachetna. Niektórzy popadają w obłęd. Uprawiają seks z własną siostrą albo matką, ignorując genetykę. Liczy się pochodzenie, rodowód przypięty do zwierzęcia decyduje o wszystkim. Powiedz mi, jak miała na nazwisko Twoja matka, a ja powiem Ci, ile jesteś wart. Brzydzisz mnie, gdy opowiadasz zalety mugoli. To nie są nawet ludzie. Myślą, że są wyjątkowi, wyniszczając swój naród przez wojny i absurdalne zasady polityczne. W naszym społeczeństwie szaleństwo leczy się pocałunkiem Dementora, u nich elektrowstrząsami. Czy wysmażenie człowieka na brązową grzankę sprawi, że stanie się światły i rozsądny? Talent często równał się chorobie psychicznej. Geniusze nigdy nie pasowali do społeczeństwa. Oni chcieli je zmieniać, a pionki nie dały się naprawiać. Malowało się uczucia, prawdziwe sceny wzruszenia, miłości i ciepła rodzinnego, chociaż samemu się ich nie doświadczało. Wiara nigdy nie działała cudów. Przez nią rodziła się nadzieja, która wyniszczała człowieka od środka. Nie ma nic gorsze niż wierzenie, że coś może się zmienić. Czekasz aż drugi człowiek Cię zauważy, doceni Twoje starania albo zrozumie, że nie jest Ci łatwo. Masz kryzys, dolinę uczuć i Twoja wrażliwość nie mieści się nawet w łyżeczce od herbaty. Wisielczy humor nie pozwala Ci funkcjonować, nie możesz znaleźć wsparcia w przyjaciołach, bo oni nie rozumieją. Uciekasz wtedy do sztuki, a kolory tańczące na płótnie zdradzają każdą Twoją emocję. Gdy czujesz, że się wygadałeś, bierzesz różdżkę i szepczesz: incendio. To takie samo przestępstwo jak usuwanie wspomnień, żeby mniej bolało. Po trzydziestu kilku latach życia zdajesz sobie, że te wspomnienia nie są wcale Twoim krzyżem, a nauką, którą pobierasz od małego. Są cenniejsze od całego Twojego dochodu. Incendio to oblivate sztuki, uczuć i wspomnień. Nie wrócisz do dzieła, nie opowiesz słowami sztuki, a ci którzy to robią, zabijają w niej całe piękno. Powiedz mi, powiedz mi jak wygląda kolor zielony. Dla Ciebie to oczywistość, a dla mnie blizna na plecach. Nie zrozumiesz dopóki nie poczujesz sztuki. Skup się, nie słuchaj niepotrzebnych dźwięków, wyrównaj oddech. Farba pachnie, obraz stara się nie tylko trafić do Twoich oczu, ale i do Twojej duszy.
W Lyrze było coś odważnego. Parkinson nie naraziłby się na to pośmiewisko malowania przy innych. Uważał, że artysta potrzebuje do tego intymnej przestrzeni. Ona wydawała się rozluźniona, pogodzona do granic możliwości ze swoim talentem. Nie wiedział, co chciała przekazać. W listach wydawała się starsza, bardziej dojrzała, a przede wszystkim inaczej rozumiała sztukę. Lustrował ją ciekawym spojrzeniem, przysiadając się na ławce. Nawet jej dłonie były niewinne. W co ja się wpakowałem, pomyślał. Wyjął czarodziejskiego papierosa, pocierając końcówkę o usta. Lubił ten moment, gdy delikatność warg spotyka się z magicznym ogniem.
- Dlaczego prawdziwa artystka maluje na ulicy, nie wystawiając swoich dzieł? Twoje pociągnięcia mówią, że malujesz bez celu, bez serca, bez emocji. Są niepewne, prawie niewidoczne. – wskazał kilka punktów na jej kartce dłonią, w której trzymał też papierosa. Była dorosła, mogła palić i wdychać ten dym. Niech duszą ich własne kłamstwa. Pomimo kilku rys szlachetnych, nie potrafił zgadnąć, kim jest. To zaczęło nurtować wszystkie myśli Parkinsona. Czy była czystokrwista? Czy miała za sobą ród, który wychował ją w duchu „odpowiednich wartości”? W co wierzyła? Jak mieszkała? Czego się bała? Parkinson oparł się i odchylił głowę. Wolno wypuścił dym, spoglądając na letnie niebo. O wiele bardziej wolał jesień. Wolał stonowane kolory. Moment, gdy liście tańczyły wraz z wiatrem, uważał za najpiękniejszy. Niby umierały, ale po zimie rodziły się na nowo. Nie wiedział, czy artysta to ta osoba, która sprzedaje obrazy czy ta, która zauważa najmniejsze szczegóły piękna natury. Wiele osób rozpływało się nad jej kolorami, krajobrazami, które zapadały w pamięć. Nie patrzyli na naturę jak na źródło zbrodni. Umierała, rodziła się na nowo. Natura dawała wiele toksyn społeczeństwu. Ludzie mogli się zastanawiać, po co są owoce, które zabijają człowieka? Dlaczego wąż ma jad? Natura była najpiękniejszym zabójcą. Wrócił myślami do młodej dziewczyny. Czy ona też była piękna?
- Pana? Od kiedy jesteśmy znów w oficjalnych stosunkach? – spytał, dziwiąc się jej nagłym spięciem. Czy wyglądał na aż tak starego? Nigdy nie wysyłał jej choćby rysunku kwiatu. Opisywał jej, jak róże by wyglądały, gdyby na nie właśnie teraz patrzyła. Nie używał nawet zielonego atramentu i swojej rodowej pieczęci. Podziwiała tylko kaligrafię, taniec liter na papierze.
- Och, mam cię zostawić samą, żebyś dalej niepewnie dotykała kartki? Dokonuj jakich chcesz zbrodni, ale sztuki czymś takim nie gwałć. Wymyśl więc imię, nie będę zwracał się do ciebie „kobieto” – nie wiedział, czy grzecznie się z nim żegna czy nie chce się przedstawić. Nie sprawdzał jej prawdomówności. Przynajmniej nie teraz. W listach podpisywał się tylko literą „P”. Teraz miał mało czasu, żeby wymyślić jakieś imię. – Philip – rzucił to luźno jakby powiedział jej najmniej istotną rzecz podczas dzisiejszego dnia. Kreowanie nowej postaci zawsze wiązało się z przygotowaniami, jak kłamać, jak udawać kogo, kim się nie jest. Kim się prawdopodobnie gardzi.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   06.11.15 19:56

Lyra była młoda, jednak słyszała wiele o świecie starych rodów. Czasami sama się gubiła, co jest prawdą, a co tylko wyolbrzymionymi opowieściami. W niektóre z nich ciężko było uwierzyć, ogarnąć je młodym, niewinnym i niewypaczonym umysłem. Dopiero wkraczała w ten świat i będzie mieć okazję, by poznać go znacznie lepiej. Będąc w Hogwarcie, miała zaledwie tego próbkę w postaci czystokrwistych rówieśników. Jednak, jako Gryfonka, obracała się w dosyć zróżnicowanym towarzystwie. Wśród jej znajomych byli również czarodzieje półkrwi i mugolacy, a Lyra wcale nie uważała ich za gorszych. Właściwie, dogadywała się z nimi nawet lepiej niż z tymi zadufanymi w sobie dzieciakami z bogatych rodów. Którzy zresztą woleli trzymać się we własnym, hermetycznym gronie, podobnie jak poza Hogwartem robili to dorośli czarodzieje. Ale Lyra nie chciała się zamykać. Potrafiła okazać pozytywne uczucia każdemu, kto tylko dawał jej na to szansę. Jednak miała świadomość, że chcąc być uznaną malarką, musi skupić się przede wszystkim na zyskaniu aprobaty wśród szlachetnych rodów. Tak wielu ich przedstawicieli interesowało się sztuką i obwieszało swoje rezydencje wykonywanymi na zamówienie obrazami. Panna Weasley byłaby nierozsądna, gdyby nie próbowała zaistnieć wśród nich, ale zdawała sobie sprawę, że spełnianie marzeń będzie się wiązało z lawirowaniem między głosem serca a głosem rozsądku, z wybieraniem między własnymi pragnieniami a oczekiwaniami otoczenia, gotowego doszukiwać się w jej zachowaniu nawet drobnych potknięć.
Może i była naiwna, wierząc w to, że ma szansę coś osiągnąć. Patrzyła w przyszłość jasno, z optymizmem, potrafiła czerpać radość z tego, co robi. Cieszyła ją każda kreska postawiona na rysunku, to, jak obraz z chaotycznej plamy kolorów powoli przybiera konkretny kształt. I cieszyła się, że dzięki sztuce może zachować ulotne piękno miejsc, rzeczy i ludzi, uwiecznić je na płótnie takimi, jak w chwili malowania. Nie wyobrażała sobie niszczenia swoich prac, bo w każdą wkładała cząstkę siebie, swój czas i zaangażowanie. Chciała też, by coś po niej pozostało na tym świecie, nawet jeśli kiedyś jej młodość i świeżość przeminie, jeśli przestanie być tą samą radosną, szczęśliwą młodą dziewczyną, którą była teraz. I choć tylko ona potrafiła w pełni zrozumieć myśli, które przelewała na płótno, podobało jej się to, że każdy odbierał jej sztukę na swój sposób.
Ale między nią i jej towarzyszem była nie tylko spora różnica wieku, ale także podejść do życia i sztuki. Niewątpliwie jeszcze nie raz się o tym przekonają.
Rzeczywiście, wolała malować w spokojniejszych miejscach, jak zacisze swojego pokoju czy park, gdzie tylko od czasu do czasu ktoś przechodził obok, nie zwracając na nią większej uwagi. Na Pokątnej niejednokrotnie czuła się rozproszona przez tłok i hałas panujące na ulicy, więc zamówienia wymagające większego skupienia zazwyczaj wykonywała po powrocie do domu. Oczywiście, że wolałaby lepszych warunków do pracy, jednak to na ulicy miała największą szansę na zdobycie klientów, dopiero później, gdy ich zyska, może pomyśleć o innym miejscu. Oczywiście, gdy już będzie ją na to stać. Nie uważała jednak swojego talentu za coś wstydliwego, niczym za słabość, którą trzeba ukrywać przed światem. Talent był jej dumą, a kształtowanie go napawało ją satysfakcją.
Jej towarzysz nie wiedział jednak, że była biedną uliczną malarką owładniętą marzeniami o lepszym życiu. Nawet, jeśli kiedyś mijał ją na Pokątnej, nie mógł wiedzieć, że ta sama dziewczyna siedziała teraz obok niego w zmienionej postaci.
- Jestem dopiero na początku swojej artystycznej drogi, choć sztuka jest moją pasją od dawna – wyznała, poniekąd przyznając się do młodego wieku. Mogłaby przybrać dojrzalszą postać, ale cóż z tego, jeśli jej młoda dusza jednoznacznie zdradzała niewielkie doświadczenie życiowe. – Ale wezmę sobie do serca te porady.
Szybkimi, ale pełnymi wyczucia ruchami ołówka poprawiła linie na bardziej wyraziste, dzięki czemu szkic nabrał głębi.
Czuła, że przyglądał jej się, zapewne i on próbował doszukać się w niej czegoś znajomego. Oboje jednak mogli tylko się zastanawiać, kim jest ta druga osoba. Byli przecież anonimowymi artystami. To, że odniosła się do niego w tak oficjalny sposób, to po prostu kwestia tego, że pierwszy raz widziała go w prawdziwym świecie, gdzie nie był już ciągiem wyrazów na pergaminie, a prawdziwą osobą. A przecież wpojono jej szacunek do starszych i dziwnie czuła się z myślą, zwracając się po imieniu do starszego od niej mężczyzny widzianego pierwszy raz w życiu. Cóż, pozostawało jej się cieszyć, że nowa powłoka nie okrywała się rumieńcem tak łatwo, jak ta właściwa.
- Oczywiście, Philipie – powiedziała, ważąc w ustach jego imię, pewna, że to artystyczny pseudonim wymyślony na potrzeby tego spotkania. Może ona również powinna mieć swój? – Julie – rzekła, podając pierwsze lepsze imię, które przyszło jej do głowy. – I nie chcę, żebyś teraz odchodził. Byłam tak bardzo ciekawa naszego pierwszego spotkania. Nieczęsto spotykam ludzi, którzy są pasjonatami sztuki.
Na kartce pojawiły się kolejne linie. Leciutko przygryzła wargę, co chwilę zerkając znad szkicownika na twarz siedzącego obok mężczyzny, wciąż próbując go rozgryźć. Niewątpliwie miał w sobie coś intrygującego, i w dodatku był artystą! Przecież tak marzyła o poznaniu innych artystycznych dusz, lubiła te ich listowne rozmowy o sztuce.
- Chciałbyś spojrzeć na moje szkice? – zaproponowała po chwili, naprawdę ciekawa, co sądził o jej wcześniejszych pracach. Obrazów rzecz jasna ze sobą nie miała, jednak mogła pokazać zawartość szkicownika.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   08.11.15 13:28

Młodość to czas, gdy możesz popełniać błędy. Masz tylko wykonać wszystko to, czego od ciebie oczekują, a nie masz na to wpływu. Slytherin, dobre oceny z wszystkiego, rozwijanie swoich umiejętności szybciej od innych. Miał być wybitną jednostką, która pielęgnuje wartości, te wartości. Weasley’owie nie zwracali na to uwagi. Narzucano jej „bądź szczęśliwa”, a nie „nie zhańbij naszego rodu”. Lyra nie zrozumie tego jak to jest, gdy od samego urodzenia wpaja się, że uczucia to zaraza, to słabość drugiego człowieka, a na to nie możesz sobie pozwolić. Miłość nie istnieje ani przyjaźń. Nie dorabiaj ideologii do tego, co łączy innych. Małżeństwo to biznes. Wszystko ma mieć swoją strategie. Żyjesz w prawdziwej klatce tego, co ci wolno, a tego na co masz ochotę. Nie rozumiesz, że krew i jej nieczystość może rozprzestrzeniać się jak zaraza. Nie wiesz, jeszcze nie wiesz, że wystarczy chwila, aby odkryć swoją słabość. Ludzie mają oczy po to, żeby patrzeć. Obserwują twoje piękno i rozważają. Czy warto porozmawiać? Czy mogę przed nią zdjąć ubrania i oddać się uniesieniu chwili? Jest tak piękna, jest taka… zakazana. Nieszlachetna. I wtedy, dokładnie wtedy gdy „nie wolno” przeważa w życiu, zaczynasz doceniać metamorfomagię. Gdy jest zakaz, Ty się zmieniasz. Odkrywasz życie. I w szkole, gdy nosisz dumnie barwy Slytherinu wiesz, że nie wolno rozmawiać ci ze szlamą. Jesteś bardziej poinformowany w czystości krwi niż w zadaniach domowych. Lyra nawet nie wiedziała, że nawet malarz musi być czystokrwisty. Może Alfie kiedyś kupił jej obraz. I z przyjemnością go spalił, bo jest z Weasley’ów. Nie miał w ogóle możliwości rozpoznać, kim jest. Dla niego teraz była piękną nieznajoma z talentem, którego chciała poskromić. Bała się czegoś. Może nawet jego. Powinna w końcu. Alfie dążył do destrukcji własnego talentu. Nawet ojciec próbował obudzić w nim nienawiść do kolorów. Każdego wieczoru miał spotkanie z terapeutą zakupionym pewnie w Borginie. Blizny zostały do dziś, tak samo jak w sercu sztuka.
Zazdrościł Lyrze, a raczej Julce. Tej otwartości na świat. Mogła wyjść na ulicę i zaprezentować swoje prace. Przyznać się do nich, wycenić. Bawić się sztuką na oczach innych ludzi. Stać się z nią jednością. Przeżyć to zespojenie i być z tego dumnym. On nigdy nie będzie mógł do tego dopuścić. Parkinsonowie podpisywali się pod aktem własności obrazów nabytych za grube galeony, a nie sprzedawali obrazy. To takie mugolskie, niewdzięczne.
- Co cię w sztuce najbardziej fascynuje? – spytał. Trudno było malować przepiękne krajobrazy, portrety… Nie dało się być geniuszem ze wszystkiego na raz. Malarz zawsze był specjalistą. Nawet gdy podrabia się dzieła albo szuka czy są prawdziwe, są ludzie od twarzy, tła, badania wiekowości farb i płótna. Jego obrazy zawsze były smutne. Chociaż królowały w nim dość intensywne kolory, patrząc na płótno widać było ból. Alfie nie chciał i nie potrafił tego naprawić. Incendio i po wszystkim. Jego rady nie były wybitne. Ani pewnie trafne. Wymądrzał się jak na każdego Parkinsona przystało, a nie sprzedał żadnego obrazu. Nikt nie widział jego talentu. Nawet jego matka. Lyra była w nim zaślepiona, a Alfie tylko grał. Widziała autorytet w kimś, kto karmił się kłamstwem. Obydwoje byli hipokrytami.
- Nie wiem, czy jestem pasjonatem. Szukam piękna – to mogło zabrzmieć dwuznacznie, ale jak każdy z Parkinsonów karmił się aparycją. Hehe, jego żona z Yaxley’ów nie była ładna, więc może dlatego pożegnała się z ziemskim padołem. Lubił obracać się w ludziach, którzy nie tylko mają coś w sobie, ale będą dobrze przy nim wyglądać. Obrastał w piórka, gdy ktoś mówił o jego partnerce jak o bogini. To jednak było mylne podejście. Mógłby wtedy wziąć za żonę wilę, ale ona w środowisku szlacheckim nie była uważana za dobrą partnerkę. Lyra nie wstydziła się przy nim rysować. Zaczęła mu tym imponować. Była jednocześnie pewna siebie, a z drugiej strony miała rezerwę.
- [b]Nie znam się na szkicach, one są zawsze niedokończone, bez kolorów bez głębi. Lubię jak wykańczasz je piórem./b] – opinia fachowca, dobre sobie.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   08.11.15 20:17

Ród Weasleyów uchodził za ten najbardziej tolerancyjny i pobłażliwy w stosunku do mugolaków i czarodziejów nieczystej krwi. Byli z tego znani w magicznym społeczeństwie i pogardzani przez najbardziej konserwatywne rody. Jednak ta tolerancja najwyraźniej kończyła się w momencie, kiedy potomstwo Weasleyów miało decydować o przyszłych związkach. Bracia Lyry już zostali wpakowani w zaaranżowane narzeczeństwa i kwestią czasu było, aż to samo spotka ją. Ród walczył o przetrwanie, a żeby tego dokonać, rodzeństwo musiało poślubić osoby czystej krwi. Lyra oczywiście mogłaby wybrać kogoś innego, słuchając głosu serca zamiast rozsądku, a rodzice i rodzeństwo pewnie nie spisaliby jej na straty i nie zerwaliby z nią definitywnie kontaktu, jednak nie przeszłoby to bez konsekwencji, zostałaby wydziedziczona z rodu, co z kolei położyłoby kres jej ambicjom o zostaniu znaną malarką. Jednak z pewnością przedstawicielki tych bardziej tradycyjnych rodów miały trudniejszą sytuację niż Lyra, od zawsze uczone, że uczucia odgrywają kwestię dalszego rzędu, a najważniejsze są powinności wobec rodziny i tradycji. Panna Weasley nigdy nie była uczona ignorowania swoich uczuć i pragnień, dorastała w domu, gdzie uczucia były obecne. Nawet, kiedy ojciec zaginął, zawsze mogła liczyć na matkę i starszych braci. I mimo że wielu rzeczy jej brakowało, naprawdę doceniała to, jakie miała szczęście, że dorastała w takiej rodzinie i była wspierana w dążeniu do swoich marzeń. W jej domu sztuka nie była niczym złym czy wstydliwym, nikt nie próbował zepsuć jej przyjemności płynącej ze sztuki. Jej matka żałowała jedynie, że nie była w stanie zapewnić jej lepszego rozwoju, nie mogła pozwolić sobie na opłacenie dla niej indywidualnych lekcji malarstwa. Lyra musiała poradzić sobie sama, ale miała aprobatę bliskich, nawet jeśli malarstwo było tak niepewną ścieżką przyszłości.
Ale teraz udawała kogoś innego. Nie była Lyrą Weasley, a Julie, utalentowaną młodą malarką, która nie żyła z wystawiania swych prac na Pokątnej. Była... no właśnie, kim? Jaka historia mogłaby kryć się za jej nową powłoką, jakie ambicje powinny jej przyświecać? Czy może powinna raczej dążyć do tego, by zmyślać jak najmniej? Kłamstwo podszyte prawdą było w końcu najbardziej wiarygodne. Oboje ukrywali się za maskami, byli anonimowymi malarzami, nie wiedzącymi, że są zakamuflowanymi przedstawicielami nieprzyjaznych sobie rodów, byłymi Gryfonką i Ślizgonem. Wciąż mogła uważać go za pokrewną, wrażliwą, choć nieco szorstką duszę.
Co najbardziej fascynowało ją w sztuce? W zamyśleniu przygryzła wargę.
- Dzięki sztuce mogę przelać na papier swoje myśli, ukrywając je pod postacią kolorów i kształtów, a także zachować wspomnienia. Mogę oderwać się od rzeczywistości w świat dostępny tylko dla mnie – mówiła, ostrożnie ważąc słowa. – Sztuka jest dla mnie bardzo ważna. Zawsze była moją wielką pasją. Lubię ją tworzyć, jak i podziwiać dzieła innych artystów. To zazwyczaj ciekawe i inspirujące doświadczenie.
Lekko przesunęła dłonią po białym, ale pozbawionym weasleyowskich piegów policzku, pozostawiając na nim nikłą smugę ołówka. Rysowanie przy kimś nie peszyło jej szczególnie, była do tego przyzwyczajona, tym bardziej, że nie było dla niej sprawą wstydliwą, wewnętrzną, a czymś naturalnym. Zresztą, czemu miałaby się wstydzić, skoro kreślone przez nią obrazy i ukryte za nimi myśli i wspomnienia były w pełni znane tylko jej, a za malowanie nie spotykały jej żadne przykre konsekwencje, nie uczono jej nigdy, że to jest coś złego i nie przystojącego?
- Mówisz, że te wykończone piórem bardziej ci się spodobały? – spytała; kiedyś wysłała mu parę szkiców wykonanych piórem. Zazwyczaj jednak rysowała ołówkami lub kredkami, albo malowała na płótnie, najczęściej wybierając farby olejne lub akwarele. – Właściwie rzadko szkicuję piórem. Może powinnam poświęcić tej technice nieco więcej uwagi?
Otworzyła jednak szkicownik, nieznacznie przesuwając go w jego stronę. Były tam rysunki wykonane różnymi technikami, choć ołówkowe faktycznie przeważały. Ale można było znaleźć kilka prac zrobionych tuszem.
- Chętnie zobaczyłabym też jakieś twoje rysunki – powiedziała wtedy, zerkając na jego teczkę. – Masz przy sobie jakieś swoje prace?
Liczyła, że mężczyzna, ośmielony tym, że wykonała pierwszy ruch i pokazała swoje prace (choć teoretycznie pierwszy krok w większości sytuacji powinni wykonywać mężczyźni), także postanowi podzielić się z nią swoją sztukę. Bo choć pisał o niej w tak pięknych słowach, nie podzielił się z Lyrą żadnym swoim rysunkiem. A ona była tak bardzo ciekawa!






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Danson Park   14.11.15 13:36

Panna Weasley nigdy nie była uczona ignorowania swoich uczuć i pragnień, dorastała w domu, gdzie uczucia były obecne. Nawet, kiedy ojciec zaginął, zawsze mogła liczyć na matkę i starszych braci. I mimo że wielu rzeczy jej brakowało, naprawdę doceniała to, jakie miała szczęście, że dorastała w takiej rodzinie i była wspierana w dążeniu do swoich marzeń. W jej domu sztuka nie była niczym złym czy wstydliwym, nikt nie próbował zepsuć jej przyjemności płynącej ze sztuki. Jej matka żałowała jedynie, że nie była w stanie zapewnić jej lepszego rozwoju, nie mogła pozwolić sobie na opłacenie dla niej indywidualnych lekcji malarstwa. Lyra musiała poradzić sobie sama, ale miała aprobatę bliskich, nawet jeśli malarstwo było tak niepewną ścieżką przyszłości.
Zaaranżowane małżeństwa nigdy nie kończyły się dobrze. Ród Weasley’ów i tak był pobłażliwy. Oni nie walczyli o swoją pozycję, patrzyli w większości na podbicie swojej majętności. W konserwatywnych, wielkich rodach liczyło się każde powiązanie: relacja, której nie można było cofnąć. A każdy z nas jej człowiekiem, ma swoje słabości. Chce uniesień, walki o następny dzień i tego zimnego dreszczu na karku. Adrenalina uzależniała. Weasley’owie chociaż walczyli o jakieś dobra i względnie byli pokojowi, mieli dużo wrogów. Byli skazą w czarodziejskim, szlachetnym społeczeństwie. Parkinson na sabatach nie mógł patrzeć na te ich uśmiechnięte twarze. Byli dumni z połączeń z mugolami. Chwalili się tym. Powinni im zaserwować eliksir na bezpłodność, żeby rude włosy nie zaczęły stanowić większości na sabacie. Tego właśnie uczył go ojciec i matka. Nienawiści do innych, gdy oczekują od społeczeństwa druzgocącej, nieuzasadnionej zmiany. Dlaczego to właśnie my powinniśmy strzec mugoli? Wszak to oni jeszcze niedawno używając broni, wystrzelali połowę swojej społeczności i zniszczyli ziemię, na których żyli od zalania dziejów. Weasley’owie nie tylko tolerowali mugoli, ale i słabości. Dobrze, że Alfred nie wiedział, kim jest ta piękność obok niego. Dobrze, że odziedziczyła metamorfomafię, skazę na genetyce, która umożliwi jej kontakty z kimś naprawdę szanowanym. Spojrzał na podpis w rogu na każdym szkicu.
- Wydaje mi się, że kiedyś kupiłem twoją pracę – odpowiedział, myślami oddalając się do dworu Parkinsonów, do każdego dzieła, które gdzieś wisiało na ścianie, budząc w tym to co zakazane, czyli emocje. Jej styl malunku powielał się w jego myślach i obiecał sobie, że sprawdzi to, gdy tylko wróci do dworu.
- Pytałem, co zwykle malujesz, a nie co daje ci sztuka – dodał, tracąc cierpliwość. Ona była taka… gadatliwa. Nie znała wylewnego milczenia, czytania z mowy ciała i wycofania. Była chodzącą emocją, duszą, w którą każdy mógł wejść i poczuć na własnej skórze, co Julie ma na myśli. Odkrywała całą siebie. Nie bała się szkicować przy kimś. Opowiadała o sztuce jak o swojej najbliższej osobie, która bądź co bądź nigdy nie będzie taka jak ona. Nie mogła skraść sztuki dla samej siebie. Egoizm w sztuce powinien być karany, powiedziała to osoba, która pali każde swoje dzieło, aby nikt nie zobaczył tej doskonałości.
- Pióro zawsze ma więcej głębi, nigdy nie wiesz, ile atramentu wbije się w kartkę, dlatego jest taki piękny – Lyra korzystała chyba ze wszystkich technik malarskich, ale Parkinson sięgał jedynie po farby. One po pierwsze były łatwopalne, a po drugie… ich magią była szybka zmiana kolorów, a o niego właśnie najbardziej chodziło w sztuce.
- Powinnaś – rozgadany do bólu Alfred jak widać nie był za specjalnie dobrym rozmówcą. Przeglądał szkicownik nie skupiając się na samych rysunkach, a próbując zapamiętać ten podpis. Byli w publicznym miejscu, więc niekoniecznie mógł wyjąć różdżkę poprawiając niektóre z jej kresek. W końcu otworzył na pustych stronach. Wyjął swoje pióro i atrament. Narysował tylko szkic twarzy Julie, która w żadnym najmniejszym szczególe nie przypominała Lyry Weasley. Z końcówki kosmyka jej włosów uformował zamaszyste P, którego nóżka spoczywała na ramieniu rysunkowej Julie. To było kilka kresek, trochę cieniowania, a rysunek i tak sprawiał wrażenie. Nie wiedziała tylko, że atrament znikał po kilku godzinach. Kartka pod koniec dnia znów będzie pusta, a wspomnienie po Parkinsonie równie szybko może zniknąć.
- Już masz jakąś moją pracę – nie sięgnął nawet do teczki. Tylko on wiedział, że świszczy tam pustka. Nie miał żadnego swojego dzieła, wszystkie znikały w odpowiednim czasie tak jak i ten portret Julie, nieznajomej z Danson Park. Wyjął papierosa, potarł go o wierzch nadgarstka i szybko wsunął między wargi – Opinia? – spytał, wypuszczając wolno dym.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
 

Danson Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17