Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Danson Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Danson Park   04.04.15 23:38

First topic message reminder :

Danson Park

To zdecydowanie największy publiczny park w London Borough of Bexley, gdzie spacerowicze mogą podziwiać piękne widoki o każdej porze dnia czy roku. Zresztą... Czyż Twoja pamięć nie sięga mimowolnie do dnia, w którym Wasze oczy po raz pierwszy się spotkały? Od początku tkwiła w Tobie myśl, że to musi być prawdziwe, ta więź między Wami... Chęć zaproszenia go do domu tkwiła w Twojej duszy zakorzeniona tak głęboko, że aż wywoływała drżenie Twego ciała... Weź go, zabierz go do siebie! Piękny, biały łabądek patrzył na Ciebie swymi rozumnymi oczami, strosząc dumnie piórka i wypinając pierś. Wreszcie czar opadł, gdy zwierzę rzuciło się w przód, wyrywając Ci bułkę z ręki i połykając w całości parówkę z hot doga. Mimowolnie przyspieszasz swoje kroki, wasza relacja skończyła się tak szybko i zdecydowanie nie chcesz do niej wracać...


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   11.04.16 21:02

Przemierzał park dziesiątkami razy - niezliczonymi, mogąc odtworzyć w pamięci każdy układ drzew (których obecnie ogołocone sylwetki o pnących się ku niebu konarach, uginały się posępnie wraz z tchnieniem oziębłego wiatru) przy kolejno stawianym kroku, każdy dźwięk podeszew butów odbijających się od twardej powierzchni cichym stukotem, łącząc z rytmem narzucanym przez pozostałych przechodniów. Pamiętał ruchy wody na tafli jeziora, które obecnie chłonęło promienie zawieszonego nad horyzontem słońca, migocząc gdzieniegdzie w drobnych przebłyskach. Pamiętał niemal dokładnie głębię wszystkich widzianych obrazów, lecz przy kolejnej przechadzce - wszystko zarazem ulegało zmianom, przeistaczało się, odkrywając coś zupełnie nowego. Danson Park i jego niemożliwy do zaprzeczenia urok, zawsze nakazywał mu się zatrzymać; nakazywał odpocząć, zwolnić kroku i chłonąć elementy malowniczej scenerii, bez przejmowania się bezdusznym tłumem, którego ścisłe sploty sylwetek niemal przyprawiały o brak powietrza. S p o k ó j. Nic innego i żadnych zmartwień, aż do opuszczenia ostatniej spacerowej alejki. Kostki chodnika jednak były pokryte cienką warstewką lodu, co nakazywało uważać - niestety, paskudna brytyjska pogoda, dawała o sobie znać we wszystkich możliwych aspektach. Całe szczęście, pamiętał o tym i stawiał kroki ostrożnie - nieprzesadnie, lecz cały czas słysząc z tyłu głowy pobrzmienie na temat aktualnego stanu rzeczy. Jednym głębszym wydechem opróżnił niemal całkowicie płuca, chowając później do kieszeni z lekka kąsane zimnem dłonie.
Następnie zamarł - lecz wyłącznie na chwilę, szybko odzyskując trzeźwość myśli, po wyłapaniu w ułamku sekundy rozgrywanego przed nim wydarzenia. Wzrok prześlizgnął się po nieistotnych elementach, zatrzymując na tej właściwej sylwetce. Młoda kobieta zachwiała się momentalnie; nawet nie podejmując większej walki o równowagę - szybko upadła, zderzając się ze śliskim, niemal lodowatym podłożem. Ów ułamek chwili był próbą wyzbycia się na obojętność; niemniej jednak nieudolną, bowiem ruszył natychmiast, pokonując szybko dzielący ich dystans. Niech to, miał nadzieję, że nie wyjdzie na co najmniej przewrażliwionego. Choć nie wiedział już, czy lepsza jest owa opcja, czy wypadek z prawdziwego zdarzenia, zwieńczony skręconą kostką albo jakimś złamaniem.
- Wszystko w porządku? Może pani wstać? - zapytał, kiedy odległość była już dostateczna. Przykucnął, gotów pomóc w każdej chwili (i w równie każdej odejść), utkwiwszy spojrzenie w twarzy (nie?)znajomej... znajomej jednak, o dziwo; jego źrenice rozszerzyły się nieznacznie w zaskoczeniu charakterem spotkania, szybko reflektując, kto właściwie znajdował się tuż obok niego.
- Lady Nott. - Padło powoli, niby jak dodatek do poprzedniego zdania, lecz zarazem coś zupełnie odmiennego. Teraz mógł ujrzeć ją dokładniej; miała oczy tego koloru co on, z błękitem rozlanym w okoleniach tęczówek. Aktualnie czuł tylko jedno.
Dziwnego rodzaju niepewność, związaną z - jakby stąpaniem po grząskim gruncie. Nikt jednak nie powiedział, że aż tak obawiał się ryzyka.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Isabelle Nott
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2608-isabelle-nott#41369 http://www.morsmordre.net/t2627-sowa-isabelle http://www.morsmordre.net/t2629-izkowe-relacje http://www.morsmordre.net/f257-nottingham-dworek-nottow http://www.morsmordre.net/t2866-isabelle-nott
Pianistka
21
Szlachetna
Panna
Tak piękne kłam­stwo up­lotłam so­bie w wyobraźni.
Cu­dow­ny mały światek!
Nie roz­glądałam się, by go nie zachwiać.
A nóż, nie jest ta­ki, jak chcę.
15
10
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   18.04.16 17:52

Och, losie! Czemu muszę Cię tak często wzywać, prosząc o łaskę i lamentując nad tym, co mi zesłałeś?! Czemu nie możesz dać mi tego, czego pragnę? Czemu nie udekorujesz mojego życia nowymi wrażeniami, ozdobionymi romantyczną otoczką, do której mogłabym wzdychać, czując jak moje serce bije w znacznie przyspieszonym tempie?! O losie, o Merlinie, czy jakakolwiek siło wyższa, która kierowała moim (i nie tylko) życiem! Czy nie mogłeś mi dać jakiegoś znaku, który skutecznie odwiódłby mnie od pomysłu wybrania się tego chłodnego dnia na spacer?! Ja wiem, że rodzina odradzała mi, powołując się na zimno i oblodzone drogi. Ja wiem, że nawet służka kręciła głową z powątpiewaniem, powtarzając ,,Pani, nie wiem, czy to dobry pomysł. Zmarzniesz, zmokniesz, a czarnoksiężnik jeden wie, co może się jeszcze wydarzyć. Zostań w domu". Ja jednak uważam to za stanowczo niewystarczający znak. Och, Merlinie, dlaczego się o mnie nie troszczysz?!
Gdybym wiedziała, że tak się to potoczy, nie wybrałabym się tego dnia na spacer. Dość jednak miałam siedzenia w domu i obserwowania świata zza przezroczystej szyby, która czasem stawała się ofiarą pary wodnej. Chciałam iść na spacer, potrzebowałam tego, ale nikt mnie nie rozumiał! Ubrałam się więc nienagannie, uczesałam starannie, zapięłam płaszczyk i wyszłam, słuchając stukotu własnych obcasów o posadzkę. A potem, po trochę dłuższym czasie, bowiem droga była dosyć długa, znalazłam się w parku, w którym być miałam właśnie ochotę. Mały kaprys, ale nawet dama mogła miewać takie od czasu do czasu, prawda? No właśnie! Przykro jednak mi się zrobiło, gdy zobaczyłam jak smutno to wyglądało o tej porze roku. Ach, jak ja nienawidziłam zimy! Czemu zupełnie nie pomyślałam o tym, że jedno z moich ulubionych miejsc nie jest teraz takie jak wiosną i latem, choć to było tak oczywiste? Czemu zapomniałam o lodzie, który pokrywał ziemię, kiedy stąpałam nieco zbyt szybko po tym niepewnym gruncie? Przypomniałam sobie, bardzo szybko. Ale wtedy było już za późno.
Poczułam ból, ale chwilę dochodziłam do siebie, kiedy mój umysł przetwarzał to, co się stało. Byłam skołowana, można powiedzieć, że zbyt zaskoczona, aby spróbować się podnieść od razu. Dopiero po chwili do mych uszu dobiegł czyjś głos. Musisz wstać, pomyślałam w panice, ale w praktyce wychodziło mi to znacznie gorzej.
- Ała, ała - jęknęłam, podnosząc się na rękach. Zapytana o to, czy mi pomóc, kiwnęłam nieznacznie głową, przyjmując pomocną dłoń z ulga i wdzięcznością. A gdy już stanęłam na własnych nogach, chwilowo przestałam odczuwać ból. Miast tego schowałam twarz w dłoniach, kuląc się nieco. Bolało aż tak, że nie mogłam wytrzymać? Bolało aż tak, że zamierzałam zaraz się rozpłakać? Tak mogło to wyglądać w oczach każdego, kto by to zobaczył. Gdy jednak tylko odsunęłam dłonie, układając je na policzkach i odsłaniając część twarzy, można było łatwo dostrzec, że nie zalałam się łzami. A zrobiłam się czerwona jak dorodny buraczek. Nic, tylko urwać parę listków i przyczepić mi do czubka głowy. Jęknęłam z rozpaczą, chowając twarz w dłoniach ponownie.
- Och, Merlinie! Ale wstyd! - Jęknęłam załamana, choć mógł głos tłumiły dłonie, których ciągle nie zabierałam. Chwilę tak trwałam, bojąc się spojrzeć na osobę przede mną. Na Merlina, czemu akurat ja musiałam się wywrócić?! Czemu akurat teraz? Czemu?!
Gdy już powoli i niepewnie odsunęłam drobne dłonie od twarzy i zerknęłam na twarz mojego wybawiciela, dygnęłam najpierw w podzięce.
- D-dziękuję bardzo za pomoc, panie... - wydukałam słabo, jeszcze nie do końca pozbierawszy się po tym upokorzeniu. Co jeżeli upadając pokazałam światłu dziennemu nie tylko numer buta, ale także to, co skrywało się pod suknią?! O Merlinie, jakie upokorzenie! Na samą myśl moje policzki znowu robiły się czerwone. By zająć myśli czym innym, nieco uważniej zmierzyłam wzrokiem mężczyznę przed sobą, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że skądś go znam. I nagle złapałam głośno powietrze, zatykając usta dłonią. Oświecona!
O MERLINIE! ZA CO?!
Panika momentalnie wymalowała się na mojej twarzy, a ja omal nie zaczęłam wymachiwać rękami i biegać dookoła, robiąc z siebie głupka. Wiedziałam już skąd go znałam. Wiedziałam kogo mam przed sobą. Złapałam dłońmi za policzki, znowu pąsowiejąc, aż zaczęły mnie piec uszy. Machałam rękami, nie do końca wiedząc co z nimi zrobić.
- Na Merlina, Pan Daniel Krueger! - Wykrzyknęłam. Ale nie było w tym nic z radości. Była tam rozpacz, strach, panika, błaganie o litość. WSZYSTKO! - Błagam, niech wzmianka o tym małym wypadku nie ujrzy światła dziennego! - Jęknęłam płaczliwie, nie zdając sobie sprawy jaką gafę popełniam. Ten człowiek nie zajmował się plotkami. Ale w sumie nie zmieniało to faktu, że mógł to sobie zapamiętać i wspomnieć kiedyś o tym przy jakimś wywiadzie. Zrozpaczona miałam ochotę zacząć mu grozić. Czym? Czymkolwiek. Tatą, bratem, sąsiadem, kotem, czymkolwiek! Powstrzymałam się jednak, zdając sobie sprawę z bezsensu tego pomysłu. Rozejrzałam się dyskretnie dookoła, chcąc dać nogę. Nawet zaczęłam się kręcić w miejscu i zrobiłam jakiś krok w tył, nagle zdając sobie sprawę z tego, że jedna z nóg boli mnie dość mocno. Znowu otworzyłam szeroko oczy, głośno łapiąc powietrze. Złapałam się za głowę.
- O MERLINIE ZŁAMAŁAM NOGĘ! - Wykrzyknęłam spanikowana, machając rękami. - O Boże, utną mi ją! - Jęknęłam, wyrzucając z siebie słowa niczym z procy, przez co mogły stać się nieco niezrozumiałe. I co ja miałam teraz zrobić?! Wolę umrzeć niż paradować z jedną nogą!


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   21.04.16 18:00

M e r l i n i e.
W co on się najlepszego zapędził! Wszystko pięknie, ładnie; chciał zabawić się w donkiszoterię i pędzić po skutych lodem chodnikowych płytach. Na pomoc. Biednej, młodej kobiecie. Pokusa była matką wszystkich kłopotów.
Zmrużył oczy, chwytając się rozpaczliwie strzępków myśli, które w obecnej chwili krążyły po jego głowie. No cóż, specjalnie dobrze mu to nie wyszło, choć zapowiadało się zupełnie inaczej. Całkowicie inaczej. Już miał odejść, skinąwszy za podziękowanie, ależ przecież żaden problem, nic się nie stało, wszystko całkowicie wraca do normy. Chciałby. Rzeczywistość przygotowała zaś inny scenariusz. Nie dał po sobie poznać, słysząc to, co usłyszał - no tak, następny artykuł napisze na temat niefortunnego upadku znanej pianistki, który najprawdopodobniej przyozdobił jej bladą cerę konstelacją kilku fioletowych siniaków. Fascynujące, nie wiadomo już, co jest lepsze - to czy pisanie na temat kolejnego dekretu. Starał się być neutralny, bo cały czas balansował po cienkiej, trudnej do określenia granicy. Mógł jej pomóc, dotknąć ją, mógł wyjść tak samo łatwo na zbyt nachalnego i na ignoranta. A on naprawdę nie wiedział, co siedziało w głowach tych wszystkich arystokratek, które myślały o zostaniu żonami jakiegoś innego lorda. I nie chciał wiedzieć, usiłując z tej sytuacji wybrnąć.
- S p o k o j n i e - wypowiedział, cedząc niemal litera po literze. - Tylko spokojnie.
Spokojnie, chciało przemówić też jego spojrzenie, przebijające się przez dzielącą ich odległość. Nawet nie chciał specjalnie się rozglądać; na pewno mogła przyciągnąć uwagę kilku losowych gapiów - oby tylko mugoli, bo oni nie obchodzili go w ogóle; gorzej jednak, jeśli w pobliżu znajdował się któryś z informatorów "Czarownicy". Tych, skrytych w losowych miejscach czatownikach, którzy wychylali swe wścibskie nosy, dodając do każdej historii nutkę tragizmu. Bo każdy tragizm lubił, na przykład - wypadek wywołany przez zaklęcie rzucone przez zawistnego dziennikarza. Czyżby nakrzyczała na niego podczas któregoś z wywiadów? Pół a nawet więcej tonów ciszej, nie mógł jednak przekazać jej tego bezpośrednio. Musiał możliwie najszybciej temu wszystkiemu zaradzić.
- Przecież nie pozwolę, by stało się coś złego - tłumaczył dalej. - Zaufa mi pani? - Zlustrował ją po raz kolejny, czekając na reakcję. Odnosił jednak wrażenie, że ona w ogóle, wcale a wcale nie myśli jego zdań słuchać.
Wyglądało na to, że nie słuchała; jeszcze mówiąc coś, co akurat zrozumiał średnio - a raczej to, co zrozumiał, było zbyt absurdalne na użytą w tej chwili wypowiedź. Może chciała coś konkretnego?
- Mogę zawołać pomoc - oznajmił jedynie, czekając na kolejną reakcję. Nawiasem mówiąc, słabo wierzył w to złamanie, upadek raczej nie wyglądał na tak niefortunne zdarzenie. Raczej nie wyglądał. Cóż, doskonałe sformułowanie.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   07.08.16 19:10

5 lutego


Musiał odetchnąć. Od pracy, braku postępu w sprawie śledztwa, które nieoficjalnie prowadził i tego, którym zajmował się już jawnie. Wiadomość o tym, że będzie odpowiedzialny za kontynuowanie urwanej dwa lata temu przygody grupy czarodziejów odbiła się na nim poważniej niż zwykle. Przesłuchanie Peony wybiło go z rytmu. Nie chciał się z nią spotykać w ten sposób. Zresztą kto by chciał… Nie było przyjemnie mówić jej o tym, że w końcu jest szansa na dowiedzenie się, co stało się z jej mężem. Nienawidził tego faceta i wolałby, żeby wszyscy o nim zapomnieli niż rozgrzebywali stare rany. Dlatego wziął dzień wolnego, nie mówiąc nikomu, że był to dzień jego urodzin. W czasie pobytu w Ameryce spotykał się ze swoimi znajomymi w pobliskim barze i po prostu pili piwo. Tutaj jego jedynym sojusznikiem był Cillian Moody, jednak on miał swoją rodzinę i Carter nie zamierzał zaprzątać mu głowy. To tylko głupi dzień. Nic więcej. Potrzebował tej chwili oddechu, dlatego po wstaniu po godzinie dwunastej, zjedzeniu sutego i niezdrowego śniadania (lub obiadu) ubrał się i wyszedł na spacer. Było to o drugiej, a dochodziła już szósta. Słońce powoli zaczynało zachodzić, a Raiden szedł dalej. Nie patrzył, gdzie prowadzą go nogi. Chciał się wyrwać i to był zadziwiająco prosty sposób na przestanie na razie przejmować się sprawami rodzinnymi i związanymi z pracą. Co ciekawe te dwie płaszczyzny lubiły się przenikać w jego życiu. Nie zauważył, kiedy znalazł się w Danson Park. Czyli zrobił ładny kawał drogi… Dopiero gdy ocknął się z dziwnego amoku, zauważył osamotnione pary, które chodziło po alejkach, ciesząc się pięknym końcem niedzieli. Patrząc na nich, poczuł się wyjątkowo osamotniony. Sophia dalej nie chciała z nim normalnie rozmawiać. Pozwoliła mu przynajmniej wrócić do mieszkania, chociaż Raiden wiedział, że ten weekend siostra spędzała u przyjaciółki i gdy wróci, zastanie pusty dom. Podkurczył ramiona, gdy zawiał zimniejszy wiatr, alarmujący o tym, że nie była to wiosna, a dalej zima. Carter skrzyżował się spojrzeniami z przechodzącą kobietą i uśmiechnął się lekko. Odpowiedziała mu tym samym, po czym zniknęła za zakrętem. Pracownik Wiedźmiej Straży ruszył dalej, by za chwilę zobaczyć coś niesamowicie interesującego.




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna
you're the water to quench my throat
and if i never let you go
will you keep me young?
12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Danson Park   07.08.16 21:25

Kornwalijskie łąki zdawały jej się być bardziej przystosowanymi do króliczych łap - w wysokich, suchych turzycach i niskich, rzadkich kępach traw mogła się szybko schować, skulić, zrobić z siebie kłębek króliczej wełny, który pewnie nie stanowiłby dla nikogo zagrożenia ani nie zapraszał do spożycia króliczego, różowego mięska z dodatkiem sosu chrzanowego i marchewek. No... Londyn był tylko architektoniczną puszką z chodnikami, na których odbijało się codziennie tysiące niemagicznych i magicznych podeszew butów z obcasami lub bez. Niewiele było tu zieleni, zwłaszcza zimą, kiedy śnieg ogołaca wszystkie pozostałe drzewa z każdego, nawet najmniejszego listka.
Mimo to Eileen zdecydowała się wyjść na zewnątrz, by jej mały, beżowo-różowy nosek poczuł znów zapach chłodu, by pod łapkami śnieg zachrzęścił szczęśliwie, dając jej w ten sposób znak, że znów może być wolna. Choć przez chwilę, choć przez jedno kicnięcie przez większą grudę śniegu.
Nie wiedziała, w którym momencie zaczęły gonić ją dwa czarne koty, które, jak jej się wydawało, spadły z nieba. Nie była też w stanie stwierdzić, w której chwili jeden z niej wyciągnął swoje białe pazury w jej kierunku i dziabnął nimi jej pokryte grubym futrem, królicze udo. Bolało przez sekundę czy dwie, potem zaczęła działać adrenalina i liczyła się tylko walka o życie. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni uciekała z taką wolą przeżycia i taką desperacją, która poruszała zaciekle każdym jej mięśniem, każdym ścięgnem; która tak wyczulała każdy zmysł, sprawiając, że świat nagle stał się hiper wyraźny.
W czasie tej szalonej pogoni, której po drodze towarzyszyły piski londyńskich dam i intensywne ujadanie psów, wejście do parku okazało się być tylko formalnością - tak samo jak pędzenie na łeb na szyję przez wysypane piaskiem alejki i ośnieżone pobocze. Adrenalina już nie krążyła tak szybko w jej żyłach, siły powoli odchodziły, a sama Eileen zaczęła modlić się o to, żeby te przeklęte koty dały w końcu spokój. Gdy jednak była na skraju wytrzymania, wpadła nagle w czyjeś nogi. Spojrzała do góry, zastrzygła długimi, puchatymi uszami, potem spojrzała za siebie i zaczęła intensywnie skrobać pazurkami o spodnie mężczyzny, którego staranowała, tym niemym gestem błagając o pomoc.
Miauczenie kotów nigdy nie było dla niej tak irytujące i przerażające zarazem.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Danson Park   07.08.16 21:51

Przez cały park słychać było jakiś hałas, szczekanie psów, zgłuszone kobiece krzyki raz po raz. Raiden zastanawiał się przez chwilę czy to może nie był napad i zdał sobie sprawę, że jego colt wciąż tkwi za tylnym paskiem spodni. Na wszelki wypadek wolał go mieć niż różdżkę, od której się odzwyczaił. A przynajmniej preferował białą broń, która była o wiele bardziej elegancka od patyka. Na poznanie powodu tego całego zamieszania nie musiał długo czekać. Po chwili zza zakrętu wyskoczył jak strzała królik, który uciekał przed dwoma kotami. Po pierwsze – co tutaj robił ten gryzoń i to o tej porze roku? Latem czy wiosną rodziny przynosiły swoich pupili na pikniki, jednak zimą było to całkiem wątpliwe. A po drugie… Raiden zapomniał o czym myślał, bo ofiara pościgu gwałtownie skręciła i wpadła prosto na niego. Lub co było właściwiej powiedziane – zderzyła się o jego kostki jakby uderzyła w drzewo. Spojrzał w dół na małe stworzonko, które patrzyło na niego dużymi oczami, zupełnie jakby chciało, żeby je uratował. Do tego ruszało nerwowo swoim różowym noskiem… Carter raczej nie często się rozczulał i nie chciał wyjść na słabego, ale musiał przyznać, że był to uroczy widok. 
- Cholera… - mruknął pod nosem, ulegając niememu błaganiu o ratunek. Zupełnie jakby królik wiedział, że ma do czynienia ze stróżem prawa. Słysząc syczenie zbliżających się kotów, kucnął i wziął delikatnie zwierzę w dłonie, po czym przytulił je prawą dłonią do piersi. – Poszły stąd! – krzyknął na paskudne dachowce. Te jednak nie przestraszyły się zbytnio uniesionego tonu głosu, więc Raiden pomógł sobie kamieniami ze ścieżki. Nikogo w pobliżu nie było, żeby wyrazić zdegustowanie tym bestialstwem, więc nie musiał słuchać marudzenia wrażliwych obywateli miasta. Gdy napastnicy zniknęli z pola widzenia, odetchnął, po czym spojrzał na królika:
- Chyba ominęła cię kolacja. A ja zostałem dziś bohaterem. Ju-hu!
Uniósł lewą pięść w geście zwycięstwa i zamilkł, stojąc dalej w tym samym miejscu.


|zt x2




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton http://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie http://www.morsmordre.net/t5374-charlie http://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 http://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
alchemiczka, badaczka
23
Półkrwi
Panna
xxx
5
0
15
0
15
0
2 (30)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Danson Park   25.10.17 15:55

| 08.05?

Świat widziany oczami kota wyglądał zupełnie inaczej, szczególnie wieczorem. Nie była animagiem od dziś, więc zdążyła do tego przywyknąć, ale na początku, podczas pierwszych przemian, zupełnie gubiła się w natłoku zmysłowych doznań, odcieni, zapachów i dźwięków, których nie mogła doświadczyć w ludzkim ciele. Wtedy zdarzało się, że ponosił ją instynkt, że kocie ciało pragnęło wspinać się na drzewa czy polować na myszy. Kto zostawał animagiem kotem, ten stawał się w pewnym sensie kotem, choć po przemianie zachowywała swoją świadomość i pamięć, wiedziała, kim jest i co robi, a z czasem przychodziło coraz łatwiej odgradzanie się od kocich instynktów. Chociaż wspinać się na drzewa lubiła, o podobnej zwinności mogłaby pomarzyć w swojej ludzkiej powłoce.
Znajdowała się w jednym z londyńskich parków, zmierzając na pewne spotkanie. Bezpośrednio po aportacji zmieniła się w kota i przemknęła przez zarośla. Chwilowo deszcz nie był tak mocny jak w ostatnich dniach, choć mokra trawa i tak łaskotała ją w łapki i moczyła bure futerko. Nie była dużym kotem, wyglądała jak zwyczajny dachowiec z pręgowaną sierścią i jaśniejszym podgardlem, i zielonymi oczami, które połyskiwały lekko w półmroku. Prawdopodobnie o tej porze powinno zachodzić słońce, ale przez chmury nie było go widać. W Londynie było mnóstwo takich kotów, dzięki czemu łatwo jej było przemykać uliczkami i parkami, nie zwracając niczyjej uwagi. Nigdy nie lubiła ściągać na siebie uwagi i chodziła swoimi drogami, więc nic dziwnego, że jej zwierzęciem animagicznym okazał się właśnie kot. Idealna postać; w końcu gdyby zmieniała się w żabę, rybę lub jakieś dzikie zwierzę niespotykane w mieście, miałaby znacznie mniejsze pole manewru.
W parku nie było wielu ludzi. Czasy nie sprzyjały beztroskim przechadzkom i przesiadywaniu w parku, tym bardziej, że pogoda ostatnich dni o wiele bardziej przypominała listopad niż maj.
Usłyszała szelest i poruszyła uszami, próbując wychwycić, z której strony nadciągał. Przycupnęła obok rozłożystego krzewu; niedaleko stąd widziała parkową alejkę z ławeczkami, do której chciała dotrzeć, ale, jak się okazało, los miał dla niej inne plany. Nieopodal usłyszała szczeknięcie, po którym nastąpił warkot, a już po chwili jasnozielone kocie oczy wychwyciły sylwetkę brudnego, ubłoconego psa, który zapewne błąkał się po tym parku. Pies najwyraźniej zwęszył ukrywającą się kotkę i szczeknął znowu, rzucając się w jej kierunku. Charlie, korzystając z kociej szybkości, wystrzeliła do przodu, próbując umknąć. Nie mogła przemienić się w człowieka, skoro znajdowała się w miejscu, gdzie mógł to zobaczyć jakiś mugol, a jak wcześniej mogła zauważyć, w parku znajdowali się pojedynczy ludzie; choć anomalie zdawały się ujawnić mugolom istnienie nadnaturalnych, nieznanych im wcześniej zjawisk, widok kota zmieniającego się w kobietę mógłby być szokujący, a dla niej samej ryzykowny. Poza tym, nawet wtedy nie miała gwarancji, że pies zrezygnuje z ataku. Jeśli był wygłodniałym, pokrzywdzonym przez anomaliowe zjawiska stworzeniem, mógłby i tak się na nią rzucić. Biegła więc, zamierzając nieco się stąd oddalić, zanim zmieni się w siebie. Pies jednak nie dawał za wygraną i nieuchronnie się zbliżał, na domiar złego podczas ucieczki rozcięła sobie łapkę o odłamek szklanej butelki, której nie zauważyła, skupiona na ucieczce przed rozeźlonym psem. Widząc przed sobą drzewo, skoczyła na jego pień, zostawiając na nim nikłe krwawe ślady z rozciętego spodu łapki. Musiała wspiąć się nieco wyżej, żeby znaleźć się poza zasięgiem najeżonej zębami paszczy, a idący z naprzeciwka prawdopodobnie mugol uniemożliwiał przemianę.







Powrót do góry Go down
Lunara Greyback
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5054-lunara-greyback#108735 http://www.morsmordre.net/t5376-piorka#121476 http://www.morsmordre.net/t5430-lunkowe#123439 http://www.morsmordre.net/f96-salisbury-milford-mill-road-19
Opiekunka hipogryfów
29
Czysta
Panna
Coś się kończy, coś się zaczyna
13
12
0
5
0
0
10 (18)
7 (15)
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Danson Park   27.10.17 21:02

Dzika dusza - tak zawsze o sobie mówiła. Miała ku temu wiele powodów, jako główny mogła oczywiście wymienić swoją co miesięczną futrzastą przypadłość. Kolejnym z nich była chociażby jej miłość do terenów zdecydowanie mniej zaludnionych. Wieś, wraz ze wszystkimi swoimi urokami, zajmowała szczególne miejsce w sercu Lunary. Uwielbiała długie spacery po polach, pośród wysokich traw i kwiatów. Ukochała sobie wielogodzinne spacery wzdłuż rzek i jeziorek. Nawet lasy nie napawały ją niechęcią, chociaż nieodzownie kojarzyły się z wilkami, wilkołakami i jej własną przemianą. Zawsze starała się znaleźć również jaśniejszą stronę medalu. Ot, chociażby, na takich odludziach, jak sama nazwa wskazuje, zdecydowanie ciężej było napotkać drugiego człowieka.
A dzisiejszy dzień był właśnie tym, w którym Lunara zdecydowanie chętniej spędziłaby z dala od przedstawicieli własnego gatunku. Kilka pilnych spraw przygnało ją jednak do miasta. Ba, aż do stolicy. Z niechęcią spoglądała na kłębiące się tłumy, wszędzie gdzie okiem sięgnąć, widziała spieszących gdzieś przechodniów. Dostanie się w upragnione miejsce zajęło jej sporo czasu, do tego musiała jeszcze odstać w kolejce (w której zdecydowanie kilka razy naruszono jej przestrzeń osobistą!). Kiedy więc wyszła ponownie na ulicę, była już zwyczajnie wściekła. A to przecież nie był koniec, zanim zawinęłaby się z powrotem do Salisbury i do swojego niewielkiego mieszkanka, czekała ją druga sprawa do załatwienia, niemal w samym centrum Londyna. Ministerstwo Magii, psidwaka mać, jakby nie można było załatwiać spraw urzędowych przez sowy! Chyba byli w końcu cywilizowanymi ludźmi, prawda? Na myśl o kolejnych minutach spędzonych na czekaniu w kolejce Lunara westchnęła cierpiętniczo. W sumie  nie spieszyło jej się aż tak bardzo, mogła nadłożyć nieco drogi i przejść przez park... Odrobina zieleni powinna naładować jej siły. Jak pomyślała zatem, tak zrobiła. Ledwo przekroczyła bramkę Danson Park, poczuła się minimalnie lepiej. Ruszyła spacerem, podążając ścieżką i chowając się przed deszczem pod parasolem. I prawdopodobnie szła by dalej, aż do końca dróżki i do wyjścia z drugiej strony, gdyby jej uwagę nie przyciągnął nagły harmider i scena niczym z kreskówek dla dzieci. Pies ścigający kota. Całe zdarzenie zwróciło uwagę kilku osób, nikt jednak nie zamierzał interweniować, bo po co? W końcu to tylko pies i kot. Kiedy jednak uciekający zwierzak znalazł chwilowe schronienie na drzewie, Lunara postanowiła mu pomóc. Agresor nie dawał za wygraną, wściekle ujadając i biegając wokół drzewa, kobieta zamachnęła się więc parasolem i trzepnęła go w żebra. Zaskoczone zwierzę chyba nie bardzo wiedziało co właśnie miało miejsce, i chociaż nie stała mu się krzywda, uciekło w siną dal, piszcząc głośno.
- No już. - zwróciła się do kota, zupełnie jakby mógł ją rozumieć. Widziała jak bardzo nastroszona jest jego sierść. - Już możesz zejść, kici, kici.




You know that hiding ain't gonna keep you safe,
Because the tears on your face,
They leak and leave a trace,
So just when you think the true love's begun, run!
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton http://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie http://www.morsmordre.net/t5374-charlie http://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 http://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
alchemiczka, badaczka
23
Półkrwi
Panna
xxx
5
0
15
0
15
0
2 (30)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Danson Park   28.10.17 0:08

Bycie kotem było interesujące i całkiem przyjemne... oczywiście pod warunkiem, że nie było się ściganym przez rozeźlonego psa. Każda postać animagiczna miała swoje dobre i złe strony, choć Charlene zdążyła się przywiązać do swojego drugiego, kociego „ja”. Gdyby tak pozbawiono ją możliwości przemian, czułaby, że czegoś ważnego jej brakuje. Koty zresztą zawsze zajmowały wyjątkowe miejsce w jej sercu; była córką kotoustej kobiety, i choć sama nie odziedziczyła talentu do porozumiewania się z nimi, łatwo zaprzyjaźniała się z kotami, które odwiedzały jej matkę i nieżyjącą już siostrę, oraz z tymi, które pojawiały się pod jej domem w Londynie. Pamiętała, jak w dzieciństwie pragnęła mieć tak wyjątkowy dar, ale lata później zastąpił go jej eliksir umożliwiający rozmawianie ze zwierzętami i oczywiście animagia.
Teraz jednak znajdowała się w tarapatach, wskakując na drzewo, by umknąć przed psem. Jej kocie ciało bardzo zwinnie radziło sobie ze wspinaczką, choć pamiętała, że za pierwszym razem nie było to takie łatwe, póki jeszcze dobrze nie poznała możliwości swojego zwierzęcego wcielenia. Zraniona łapka bolała ją, ale musiała przeczekać, póki pies się nie znudzi; w obecności świadków nie mogła się przemienić. Wciąż przejmowała się zasadami tajności, których zobowiązała się przestrzegać w momencie rejestracji w ministerstwie. Mugole może i ignorowali psa goniącego kota, ale raczej nie pozostaną równie obojętni i niezainteresowani, gdy kot nagle zmieni się w kobietę. Miała w sobie zbyt dużo skrupułów i współczucia, by nie przejąć się ich stanem psychicznym po takim widoku, tym bardziej, że czasy były dla nich równie trudne jak dla czarodziejów, a może nawet jeszcze trudniejsze. Sytuacja jeszcze nie była na tyle kryzysowa, nie pierwszy raz uciekała przed psem. Wytrzyma. Nie może zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi.
Ale wtedy, niedługo później, dostrzegła, że w ich stronę zmierza jedna z kobiet, która odważnie zbliżyła się do rozzłoszczonego psa i uderzyła go parasolem, tak, że ten aż pisnął i zaczął uciekać. Może przez ułamek sekundy zrobiło jej się go żal, póki nie przypomniała sobie, że niewiele brakowało, a miałaby jego zębiska w swoim ciele. Jeszcze przez chwilę pozostała na drzewie, wczepiona pazurkami w pień, ale po chwili zaczęła schodzić. Pewna, że ma do czynienia z mugolką, nie przemieniła się, choć zielone kocie oczy, które spojrzały na nieznajomą, wyglądały bardzo rozumnie. Będąc w kocim ciele wciąż rozumiała co mówili do niej ludzie, choć oczywiście nie potrafiła im odpowiedzieć inaczej niż miauknięciem.
Tylko przez chwilę czuła konsternację, słysząc zwrot „kici, kici”, ale szybko przypomniała sobie, że w taki sposób wołano koty, a kobieta za takowego ją uważała, jak zresztą każdy, kto ją w tej postaci widział. Nawet wśród jej znajomych niewielu wiedziało o jej zdolności animagii, nie chwaliła się tym na każdym kroku.
Opadła na trawnik, niepewnie stając na skaleczonej łapce. Po powrocie do ludzkiej postaci zajmie się zranieniem. Przez chwilę wciąż wpatrywała się w kobietę, lekko poruszając cienkimi, jasnymi wąsikami. Machnęła ogonem, jakby w podziękowaniu za jej fatygę i przepędzenie psa, a potem, starając się zachowywać jak najbardziej kocio, próbowała wyminąć kobietę i znaleźć jakieś zarośla, gdzie mogłaby się dyskretnie przemienić. Chyba jednak ten spacer po parku w kociej postaci nie był najlepszym pomysłem...







Powrót do góry Go down
Lunara Greyback
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5054-lunara-greyback#108735 http://www.morsmordre.net/t5376-piorka#121476 http://www.morsmordre.net/t5430-lunkowe#123439 http://www.morsmordre.net/f96-salisbury-milford-mill-road-19
Opiekunka hipogryfów
29
Czysta
Panna
Coś się kończy, coś się zaczyna
13
12
0
5
0
0
10 (18)
7 (15)
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Danson Park   29.10.17 19:47

Czujny wzrok powoli prześlizgiwał się z jednej strony na drugą - raz spoglądał kontrolnie na wciąż gnieżdżącego się na drzewie kota, zaraz potem zerkał czy przypadkiem nie wraca psi napastnik. Po dłuższej chwili jednakże kobieta mogła już z całą pewnością stwierdzić, że jej ratunek przyniósł efekt. Kotowaty został definitywnie ocalony. Miała tylko szczerą nadzieję, że jednak nie wyrządziła temu psu poważniejsze krzywdy... Niby nie uderzyła go mocno, siły z resztą też nie miała wcale zbyt wiele. Pewnie nabiła mu jedynie siniaka. Kiedy pomyślała o tym dwa razy, w taką właśnie wersję postanowiła uwierzyć.  Jej nastrój poprawił się zdecydowanie - w końcu jej zajęciem było pomaganie i opiekowanie się zwierzętami, a w przypadkach podobnych temu nie liczyło się, czy były one magiczne czy też nie. Kiedy więc kot zdecydował się zejść z drzewa, Lunara również postanowiła kontynuować swoją wędrówkę... do czasu aż zauważyła, że zwierzę zdecydowanie utyka na jedną z łapek. I ona miałaby w tym momencie tak zwyczajnie odejść?
- Chodź no tutaj - mruknęła niezadowolona, przysuwając się do kota. Najpierw wyciągnęła w jego kierunku rękę, dając mu poczuć jej zapach, jednak już w chwilę potem trzymała zwierzę w ramionach. Bystre oczy, tak przyzwyczajone do doglądania hipogryfów w rezerwacie, bez większego trudu odnalazły przyczynę utykania. Rana nie wyglądała na poważną, ale z pewnością była brudna. W tym momencie natura Lunary kazała jej zwinąć kota do domu i opatrzyć tę łapę - przecież to tylko zwierzę, nie miało obróżki ani nawet wstążeczki i, chociaż wyglądało na całkiem zadbane, kobieta z góry założyła, że jest bezpański. Z drugiej strony, wciąż nie załatwiła spraw w Ministerstwie Magii... Nie było to co prawda nic bardzo ważnego, mogło to nawet zaczekać kilka dni... Och na brodę Merlina, i bądź tu człowieku rozsądny.
- No nie, tak tego zostawić nie możemy. - mruknęła do siebie. Skoro papierkowa robota mogła zaczekać, Lunara postanowiła zająć się sprawą, która zwłoki nie cierpiała. Podrapała kota za uchem, by go uspokoić, chwyciła mocniej i ruszyła do wyjścia z parku. Za daleko jednak nie odeszła - ukryła się bowiem w jakimś zaułku i po chwili deportowała się. Kierunek: Salisbury!

zt x2 ->tu




You know that hiding ain't gonna keep you safe,
Because the tears on your face,
They leak and leave a trace,
So just when you think the true love's begun, run!
Powrót do góry Go down
 

Danson Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17