Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Południowa wieża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Południowa wieża   04.12.16 0:12

Południowa wieża

Wieża leżąca w południowej części rezerwatu, stanowiąca w pewien sposób również i jego najbardziej wysunięty na południe kraniec. Służąca jako punkt obserwacyjny, kiedyś spełniała swoją funkcję o wiele częściej. Teraz pozostawiona jako relikt, opustoszała, wybija się ponad linię drzew, chociaż poszukujący swoich zgub opiekunowie od czasu do czasu wchodzą na jej szczyt, by stamtąd wypatrywać podopiecznych.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   26.12.16 10:55

18 kwietnia
Osamotniona południowa wieża wznosiła się nad starym polem bitwy przy kamiennym moście, jak apatyczny wartownik strzegący łąki pełnej powoli rozkwitającego wiosennego kwiecia i snujących się kłębów porannej mgły, która upodabniała się z tej perspektywy do duchów. Chłodny wietrzyk niósł zapach mułu i rosy z pobliskich wzniesień, a drzewa otaczające okoliczne tereny aż po horyzont już zaczęły swe ciche naszeptywania, którymi przerywały ciszę świtu. Ze starych, acz solidnych murów Morgoth obserwował padający na pola cień wielkiego stworzenia. Smok nadciągał cicho i niestrudzenie, chociaż na terenach pod nim widać było uciekające, chowające się zwierzęta. Cienie potężnego cielska zbierały się w dolinach, a poranne, niskie chmury otaczały wzgórza zalewając ich szczyty mlecznymi kłębami. Gdzieś w dole słyszał stłumione głosy dwóch pracowników Peak District, przygotowujących posiłek. Kazano im udać się do południowej wieży koło czwartej rano, gdzie miał się kręcić jeden niepokorny smok. I widzieli go, ale był zbyt daleko, by sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Morgoth spojrzał w dół, gdzie trzaskały drwa ogniska. Dym, chwytany przez przeciągi wiejące wśród starożytnych ruin, unosił się jak pokutujący duch, zdający się zamieszkiwać w tym miejscu.
- Trzech trębaczy stoi na górce, a wiatr dmie, dmie, wiatr dmie. Oni grali głośno i piskliwie, a wiatr wiał dalej - cichy męski śpiew poniósł się w górę razem ze słowami starej szkockiej pieśni. Yaxley wiedział, że Gallow był Szkotem, chociaż zawsze wesoły mężczyzna, ostatnio znajdował się w dziwnym marazmie. Najwidoczniej przez to gapiostwo to właśnie jego smok oddalił się tak bardzo w stronę południowej granicy i musieli się tym zająć. Podniósł spojrzenie. Na południu Morgoth widział ciemną nitkę wijącą się i znikającą za nierównym zboczem porośniętego lasem wzgórza.
- Człowieka, który spędza czas, gapiąc się w dal, i nie pomaga przygotowywać posiłku, wkrótce bardziej zacznie męczyć głód niż chęć znalezienia tego smoczyska!
Stary Umbridge nie bał się zwracać bezpośrednio do szlachciców, a Yaxley za bardzo szanował tego pracownika, żeby cokolwiek mu wypominać. Mężczyzna wołał do niego z dołu, wygłaszając swoją kolejną mądrość. Morgoth ledwie zdołał dostrzec łowcę, który spoglądał z dolnych części wieży.
Zamknął oczy i przypomniał sobie mapę, którą przeglądał rozłożoną na stole Travisa. Za starą wieżą rozpościerały się pustkowia - całe mile porośniętych gęstymi lasami wzgórz, które w końcu przechodziły w łąki, a później w pola uprawne, zamknięte w ramkach żywopłotów i kamiennych murków. Można tam było znaleźć wioski mieszkańców nizin, domy z wybielonych kamieni, wyrzuconych przez rzekę na brzeg. Yaxley otworzył oczy i spojrzał na południe, gdzie na horyzoncie pojawiły się niewielkie chmury. Powiódł spojrzeniem wzdłuż biegu nurtu, przy którym w pewnym momencie bezpośrednio nad nim łagodny łuk starożytnego mostu wznosił się jak lecąca strzała nad przepaścią, zbudowany z wygładzonych, ociosanych z kamieniołomu głazów. W pewnym momencie tuż nad głową szlachcica przemknął cień. Uniósł głowę, by szybko zorientować się, co się wydarzyło. Smoczyca zwabiona może zapachem paleniska lub znajomym głosem zaczęła krążyć dookoła wieży, unosząc się na razie wysoko na niebie jakby próbowała wyliczyć, gdzie najlepiej dla niej będzie wylądować. Morgoth jeszcze raz spojrzał na ogromne cielsko, które zataczało kręgi nad jego głową, a potem ostrożnie zszedł z muru. Widział, że jego dwójka towarzyszy już była w gotowości. Musieli działać, by zwabić monstrum z powrotem do centrum rezerwatu Peak District, gdzie miała wkrótce zrobić sobie legowisko, a w gnieździe złożyć jaja. Nikt nie chciał, żeby przytrafiło jej się coś zagrażającego jej zdrowiu lub życiu. Ostatnimi czasy nastroje w Peak jak i bezpieczeństwo ludzi jak i smoków były bardzo chybotliwe. Można by nawet rzec, że niebezpieczne. Wciąż nie ustalono co wydarzyło się w grudniu i dlaczego tamta smoczyca była tak potwornie poraniona.
Gallow podniósł głowę w górę, obserwując swoją podopieczną, po czym skinął głową, ale skupił uwagę na drugim ze swych towarzyszy. Umbridge pochylił się i w gasnącym świetle uważnie oglądał rękojeść swojej różdżki. Był człowiekiem, który nie znosił bezczynności. Ustalili bez słów, że opiekun wejdzie znowu na szczyt, by przywołać swojego smoka, a pozostała dwójka spróbuje ją zwabić dalej. Gdy smoczyca pozostawała w powietrzu, zwrócenie na siebie jej uwagi mogło się równać ze śmiercią. Nie zamierzali podejmować takiego ryzyka. W milczeniu robili swoje. Tego wieczoru dało się wyczuć między nimi jakieś napięcie i Morgoth nie był pewien, co jest tego przyczyną. Mimo wszystko mieli działać wspólnie i tez to właśnie robili. Razem ze starszym łowcą zeskoczyli z dolnych partii wieży i przenieśli się na polanę, bliżej linii drzew. Niewątpliwie mieszanka ziół, które mieli w buteleczkach miała zwrócić jej uwagę. Musieli czekać. Wstrzymał oddech i po dłuższej chwili spośród niskiej mgły, tuż przed nim, wyłoniła się olbrzymia uskrzydlona istota. Najwidoczniej wcześniej musiała zanurzyć się w pobliskim jeziorze, bo krople wody spadły na niego niczym deszcz. Wzbiła się w powietrze i na moment, bijąc potężnymi skrzydłami, zawisła nad jego głową. A potem, wydając z siebie jeszcze jeden grzmiący okrzyk, opadła na ziemię wcale też nie cicho, tylko niemal z łoskotem. Yaxley mógł poczuć jak ziemia się pod nim zatrzęsła, a niektóre liście z drzew również opadły. Dlatego mimo woli – choć nie mógł przestać podziwiać piękna magicznego stworzenia – cofnął się o krok, zaraz jednak potem, spojrzał na Umbridge'a, który uważnie go obserwował i skinął głową. Skoro przyciągnęli już jej uwagę, musieli zawrócić ją od granicy. Nikt nie chciał, żeby uciekała tak daleko, a już na pewno nie oddalała się od swojego legowiska, którym musiała się zajmować. Może któryś smok ją przestraszył, chociaż było to wątpliwe. Samica pilnująca swoich młodych była praktycznie nie do powstrzymania, jeśli chodziło o dostanie się do jaj. Co więc spowodowało jej tak daleką wyprawę? Umbridge rzucił teorię, że była jeszcze za młoda. Może i smoki dojrzewały o wiele później niż ludzie, ale Morgoth nie sądził, żeby było to związane z jej wiekiem. Ten okaz był ogromny jak na swój wiek. Nie dałaby się przegonić z legowiska. Lśniąca i wspaniale umięśniona, ważyła chyba dwa razy tyle co pełen autobus i mimo że nie osiągnęła jeszcze rozmiarów dorosłego smoka, czyli wielkości małego domu, już wyglądała imponująco. Łuski były granatowe jak głębia oceanu, oczy w tym świetle poranka lśniły najwspanialszym złotem. Płetwa na grzbiecie, jak piękny żagiel, swój początek brała między długimi, wygiętymi w tył rogami koloru kości słoniowej, a kończyła się u nasady wręcz niszczycielskiego ogona. Ogona, który smok teraz, w pozycji stojącej twardo na czterech łapach, owinął wokół tylnych stóp ze szponami. Patrzył na młodego opiekuna wytrwale, czując zapach mieszanki ziół w jego dłoni. A on obserwował jego - Morgoth patrzył na pociągły, pokryty łuskami smoczy pysk, w którymś momencie uświadamiając sobie, że jeden zły ruch i skończyłby w jego paszczy albo spopielony przez ogień. W końcu uwagę smoczycy odwrócił Umbridge, który oddalony o kilkanaście metrów otworzył buteleczkę z esencją w tej samej chwili, w której zamknął swoją Yaxley. Później dołączył również i Gallow, który wyglądał już na mniej przybitego. Dość sprawnie zaczęli się teleportować co ustalony dystans, zwabiając smoczycę w głąb rezerwatu jak najdalej od jej granic. Nie była im tam potrzebna. Chodziło jedynie o zadbanie o jej zdrowie jak i życie jej potomstwa. Morgoth miał nadzieję, że był to pierwszy o ostatni raz, gdy samica zdecydowała się oddalić od swojego terytorium. Podczas jej nieobecności jaja były pilnowane z określonego dystansu, by żadne inne stworzenie nie pojawiło się niechciane do czasu jej powrotu. W końcu wszyscy musieli dbać o swoich podopiecznych. Takie było ich zadanie.

|zt




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   27.12.16 20:20

22 kwietnia
Jak kilka dni wcześniej znajdował się przy północnej wieży, jednak skąd miał wtedy wiedzieć, że następnym razem znajdzie się tam przez taką sytuację? To prawda, że zniknięcie każdego smoka, by go dotknęło. I to nie tylko w Peak District. Szanował te zwierzęta i podziwiał je. Smok to czysta potęga. Władza, gracja, strach, ale i piękno. Nigdy nie szły na kompromisy. To właśnie było ich potęgą. Co więc się zmieniło? Dlaczego dał odebrać sobie jednego ze swoich podopiecznych? I to jeszcze chlubę całego rezerwatu? Słyszał już głosy współpracowników, którzy zadziwieni zamieszaniem, które zaczęło się od grudniowych wydarzeń zaczęli dostrzegać we wszystkim sabotaż. Ale kto? Dlaczego miałby to robić? Czy miało to podłoże czysto zawodowe, czy może Greengrassowie zadarli z kimś prywatnie, kto mścił się na ich spuściźnie? Był to chyba najokrutniejszy sposób na odegranie się. Jednak jakikolwiek był powód, musiał się teraz zająć konsekwencjami. Nienawidził takich półśrodków i podchodów. Dlaczego ktoś miałby się mścić na niewinnych stworzeniach? W żaden sposób nie były wplątane w wojnę między ludźmi, ale może się mylił. Może wszyscy się mylili i w tych aktach agresji chodziło o coś innego? Myślenie o wszystkich możliwościach go męczyło. Chciał po prostu znaleźć swojego smoka i winnego za to wszystko! Dlaczego? Po co? Jak? Te pytania wciąż kotłowały mu się po głowie i nie dawały spokoju. Wędrując o świcie w stronę wieży, zdawał sobie sprawę, że nie zobaczy tam Gostira w całej okazałości opartego o wzgórze. Jednak nie mógł nie przyznać się, że w głębi na to właśnie liczył. Może wróciłby? Jednak to był ogromny samiec, który nigdy nie uznawał żadnych autorytetów. Nawet inne smoki go unikały. Był samotnikiem i to też łączyło go z Morgothem. Może właśnie dlatego go wybrał? Nie tylko przez jego siłę, ale pewien rodzaj niewidzialnej nici porozumienia. między zwierzęciem a człowiekiem. Znajdował się tam już drugą godzinę i nie wiedział, co robić dalej. Stał niedaleko podnóża wieży i patrzył w miejsce, gdzie znajdowała się owa wyrwa w granicy. Wyczuł, gdy się zbliżała. Nie wiedział jak, ale wyczuł jej zapach tak charakterystyczny.
[bylobrzydkobedzieladnie]




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves



Ostatnio zmieniony przez Morgoth Yaxley dnia 28.03.17 12:00, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   28.12.16 0:43

Dużo nad tym myślała, starając się znaleźć w głowie jakąś konkretną myśl. Podpowiedź, która pomogłaby wyciągnąć z głowy wszystko co wiedziała na temat smoków i rezerwatu. Przeszukiwała wspomnienia ze swoich wypraw zastanawiając się czy miała kiedykolwiek do czynienia z klątwą na tak potężnym zwierzęciu. I choć nic nie udało jej się konkretnego znaleźć nie czuła się z tym źle. Wiedziała, że dopiero następnego dnia ma mieć okazję dowiedzenia się więcej. Zobaczenia tego na własne oczy, a przecież nic bardziej się nie liczyło. Nie pamiętała kiedy ostatni raz nie spała pogrążona w problemie dotyczącym klątwy. Zwykle udawało jej się rozwiązać istniejący problem zanim miała okazje nad nim się główkować dłużej. Pamiętała te noce kiedy starała się wydusić więcej i więcej z przeklętego naszyjnika lady Yaxley. Chociaż towarzyszyła jej wtedy niesamowita frustracja i całkowita bezradność to wiedziała, że do czegoś dąży. Nie stoi w miejscu. Teraz poczuła coś podobnego chociaż była to tylko chwila. Ściana odgradzająca ją od myśli, które ciągle do niej napływały. Bo jak miały nie napływać? Bo nie było nic co mogłaby zrobić by całkowicie pozbyć się go z głowy. Kiedy przebudziła się nad ranem, a słońce dopiero pojawiło się złotym blaskiem na horyzoncie zobaczyła leżący u stóp uchylonego okna list. Myślała, że je zamknęła, a jednak nie kłopotała się tym. I tak było jej zawsze zimno. Efekt uboczny jej choroby. Widząc znajomą jej pieczęć serce zabiło jej szybciej, a ona przez chwile zwlekała z otworzeniem koperty. Czemu? Przecież sama poleciła mu wysłanie listu w razie potrzeby. A jednak jak wszystko co z nim się kojarzyło… było bolesne. Nie wiedziała jak ludziom mogą takie rzeczy przychodzić z łatwością. Jak mogą wyzbywać się napływających obrazów. Ona nie umiała. Na list nie odpowiedziała w końcu i tak zaraz miała zjawić się w rezerwacie. Szybko się ubrała przygotowując się na to, że w sytuacjach takich jak ta musi mieć możliwość zwinnego poruszania się. Kiedy wychodziła z mieszkania nadal świtało, a ona wiedziała, że Morgo lord Yaxley już tam jest. Wiedziała, że nie mógłby spać mając świadomość, że jego smok został uprowadzony. Wiedziała, że zrobiłby wszystko, żeby go znaleźć, a ona kolejny raz miała mu w tym pomóc. Prowadzona przez tego samego mężczyznę co poprzedniego dnia Lynn podziwiała uroki rezerwatu. Nie dziwiła się, że niektórzy spędzali w tym miejscu całe życie. Sama wcale by nie narzekała. Kiedy go zobaczyła podziękowała mężczyźnie za zaprowadzenie upewniając go, że dalej pójdzie już sama. Zastanawiała się czy on też nie wiedział co powiedzieć. Zastanawiała się czy też czuł się w jej obecności tak jak ona w jego. Chociaż miała się nie zastanawiać to ciągle to robiła. Niektórych myśli nie da się zatrzymać. Stanęła obok niego spoglądając na rozciągające się wzgórza rezerwatu, a także na ich miejsce docelowe w tej podróży. Przerwana bariera. - Proszę mi wybaczyć, że nie wysłałam odpowiedzi na list. Przeczytałam go zaledwie dwie godziny temu i nie chciałam lorda niepokoić kolejną sową.- zaczęła spoglądając na niego kątem oka. Przecież podobnych słów użyła, kiedy wybierali się do jaskini Oktawiana. Jak wiele mogło się od tamtego momentu wydarzyć?




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   28.12.16 10:01

Oczywiście że w tym całym zamieszaniu myślał o niej. To było nieuniknione. Zastanawiając się nad całą tajemniczością wydarzenia, ciągle wracał do osoby, w której pokładał nadzieję i która miała mu pomóc w rozwikłaniu tego problemu. Tego jeszcze nie było, by został skradziony smok. Owszem. Jajo, jakieś ingrediencje jak krew lub łuski, ale nie cały dorosły smok. Nie wiadomo czy była to sytuacja do wyśmiania przez społeczeństwo czarodziejów i obserwowania nieprawdziwej nieudolności pracowników Peak District czy trzeba było zastanawiać się nad tym, kto posiadał taką moc, by to zrobić? Czy działał w imię dobra ogółu czy prowadził prywatną vendettę? Cokolwiek nim kierowało, dla Morgotha nie miało teraz znaczenia. Liczył się tylko Gostir i jego poszukiwania. Nie wierzył w to, żeby tego ogromnego stwora dało się tak łatwo zabić. Zresztą kto wykradał smoka, by zaraz go zabijać? Jednak niewątpliwie go to nie uspokajało. Dalej był nerwowy, nie spał, nie jadł, tylko chodził po rezerwacie. W liście który napisał do Lucindy skłamał. Nie mógł zmrużyć oka, dlatego już koło jedenastej wieczorem wrócił ponownie do rezerwatu, gdzie spędził całą noc na poszukiwaniach śladów. Może źle przeszukano Peak District? Może w jakiejś jaskini Gostir po prostu się zaczaił? Może wcale nie uciekł? Była to płonna nadzieja, ale była to nadzieja. Zawsze i wszędzie towarzyszyła rodzajowi ludzkiemu. Można było uważać, że była zgubna i Yaxley musiał przyznać tym oponentom rację. Jednak miała również w sobie siłę. Jak wtedy gdy walczył o życie swojej matki. Mógł się upierać, że wtedy chodziło o coś zgoła innego, że napędzała go chęć zemsty. To była prawda, ale w tym wszystkim tkwiło coś jeszcze - właśnie nadzieja, że uda mu się ją ocalić. Udało mu się, jednak w tym wszystkim nie był sam. Zapewne nie udałoby mu się tego osiągnąć, gdyby nie ona. Czy gdyby znał koniec tego wszystkiego, pozwoliłby na to, by miała wpływ na jego życie? Wiedział, że tak. Jednak nigdy nie powiedziałby tego wszystkiego przed jej domem. Bo chciał, żeby była szczęśliwa. Nawet jeśli oznaczało to, że jego nie miało być obok. Ale najwidoczniej odnalazła pewien spokój. A przynajmniej na taką wyglądała, gdy widział ją w Dover.
Wstrzymał na chwilę oddech, gdy stanęła przy jego boku. Zupełnie jak przed znalezieniem Oktawiana, ale wtedy patrzyli na zachód i nie dzieliły ich okrutne słowa, które wypowiedzieli. Morgoth wierzył wtedy w to, że byli przyjaciółmi. Nie spojrzał na nią, gdy mówiła, wpatrując się przed siebie i z uwagą badając okolicę wzrokiem. Jakby miało to coś pomóc.
- Wiem - odparł krótko. Nie oczekiwał, że odpisze nawet gdyby przeczytała list dnia poprzedniego zaraz po przyjściu. I tak by tutaj był. Nie czekając na żadną odpowiedź, ruszył przed siebie w stronę bariery i owej wyrwy. Nie znał się na żadnych klątwach, dlatego nie mógł nic o owej dziurze powiedzieć. Lucinda musiała sama ją zobaczyć i stwierdzić czy jej pomoc była potrzebna czy nie. Było mu ciężko się nie oglądać, ale nie zamierzał tego robić. Nie potrzebowała jego pomocy i dobrze o tym wiedział.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   28.12.16 14:34

Ruszyła za nim chcąc jak najszybciej rzucić się w wir tego co jej znane. Tego czego była pewna. Mogło się to wydawać dziwne. Mogło to być nawet pozorne. Fakt, że można czerpać spokój ze znalezionej na przedmiocie klątwy. Nie chodziło jednak o skutki jakie niosły ze sobą te wszystkie klątwy, a poczucie, że jest to jedna z pewnych rzeczy w jej życiu. Wszystko inne mogło zostać jej odebrane. Wszystko inne mogło zostać stłamszone, podeptane, zniszczone w drobny mak, a jednak to miało jej towarzyszyć już zawsze. Nic nie powiedziała mając świadomość, że wszystko co powie w tym momencie będzie sztuczne i niepasujące całkowicie do tej dwójki, a ten fakt działał na nią jak płachta na byka. Wolała jednak pozostać w spokoju bo nikomu nie miało to pomoc. A już na pewno nie zaginionemu smokowi. Kiedy dotarli do przerwanej bariery Lynn zatrzymała się w półkroku ogarniając wzrokiem całe to miejsce. Od razu przed oczami stanął jej możliwy scenariusz tej sytuacji. Wizualizacja wydarzenia, które na pewno wstrząśnie na pewien czas rezerwatem i po części światem czarodziejów. Bo przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Smoki nie uciekają codziennie z rezerwatu, a czarodzieje nie głowią się nad ich zaginięciem. Nie wiedzieć czemu od razu pomyślała o Prewettcie i jego śmierci. Wtedy nie zastanawiała się jak doszło do tego, że smok go zaatakował. Nie rozumiała jak bardzo groźne są te zwierzęta bo widziała je tylko pod opieką tego miejsca. W środowisku jakim przyszło mu żyć. Na zewnątrz było to zwierze wolne. Tylko czy ten konkretny smok mógł być wolny? Wyciągnęła dłoń w stronę bariery chcąc wyczuć coś chociażby w koniuszkach palców, ale to tak nie działało. W takich momentach potrzebowała czegoś więcej. Jeżeli to klątwa zniszczyła barierę przy południowej wieży to musiała być skonstruowana z zaklęć nie tylko związanych z czarną magią, ale także z transmutacją. Podeszła krok bliżej i wyciągnęła różdżkę jak zwykle ukrytą w cholewce buta. Nawyk poszukiwacza. Płaszcze bardzo często traciła podczas wypraw. Czuła się obserwowana przez Morgo, ale na chwile wyrzuciła to z głowy. Nie mogła już zmienić tego faktu. Chciała pomóc odnaleźć smoka nawet jeśli to oznaczało pomoc właśnie jemu. - Finite Incantatem – mruknęła cicho chcąc przerwać działanie zaklęcia jeżeli te wciąż jest aktywne. Właśnie dzięki temu, że zaklęcie wciąż działało inni mogli znaleźć ślady klątwy na barierze. Rząd iskier pofrunął wzdłuż bariery niknąc w miejscu gdzie nie dosięgnęła jej klątwa. Lucinda wyciągnęła dłoń przejeżdżając dłonią po miejscu gdzie jeszcze kilkanaście godzin wcześniej istniało pole siłowe. - Wiesz może jakie… - zaczęła obracając się w stronę mężczyzny i szybko gryząc się w język. - Wie lord może jakie zaklęcia zostały rzucone na barierę wcześniej? Impervius może? - zapytała. To, że ktoś użył tutaj czarnej magii połączonej z innymi zaklęciami było pewne. Jednak żeby wiedzieć jaka to była klątwa musiała najpierw sprawdzić jakie zaklęcia zostały użyte. - Dlaczego ktoś miałby porywać tego konkretnego smoka? - zapytała znowu wracając spojrzeniem do przerwanego miejsca.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   28.12.16 22:38

- Na pewno Cave Inimicum, Repello Mugoletum, Salvio Hexia - wymieniał zgodnie z jej prośbą. Nie wiedział nic o zaklęciu, które wymieniła. Impervius jak już musiałby mieć silne działanie. Rezerwat i stworzone bariery były bardzo stare i były tutaj jeszcze zanim nawet się narodził. Niewiele mógł powiedzieć o tym, co je tworzyło. Kilka razy pomagał je umacniać, ale nie tworzyć. Nigdy dotąd nikt nie złamał tych zabezpieczeń. Były zwyczajnie... Nie do zdarcia? Najwidoczniej się mylono. I to bardzo, bardzo mocno. Czy był to przypadek, że właśnie teraz, właśnie jego smoka uprowadzono? Nie były to dobre pytania. Lub właśnie bardzo trafne, ale wzbudzające w nim niepewność. A co jeśli ktoś wiedział, co zrobił? To było niemożliwe. Rzucał odpowiednie zaklęcia, miał ze sobą jej kompas... Nic nie mogło pójść źle! To musiała być pomyłka i zbieg okoliczności... Ale czy on, Morgoth Yaxley, w nie wierzył? Znał odpowiedź przed samym pytaniem. Żałował, że nie jest wiarołomnym sukinsynem i nie mógł odrzucić tej myśli. Wiedział, że nie było rzeczy niemożliwych. Nie było bram nie do złamania, ludzi, którzy nie oddaliby wszystkiego za władzę. Magia się rozwijała, a wraz z nią ludzie, którzy posiadali wrodzony dar do jej wykorzystywania. W dobry sposób lub nie.
Zdał sobie sprawę, że zbyt długo milczy. Dlaczego ktoś miałby porywać tego konkretnego smoka? Pytanie było niezwykle kłujące i przypominające o tamtej nocy, w której podjął się tego, czego między innymi uczył się na wyjeździe. Z daleka od spojrzeń nieprzychylnych i ciekawskich czarodziejów. Udawało mu się i posiadał odpowiednią do tego wiedzę.
- Nie - odparł krótko i podszedł do bariery. W pewnym momencie gdy stał blisko niej, poczuł jakby ktoś kiedyś go na nią rzucił. Było to bardzo gwałtowne i szybkie odczucie, zupełnie jak sekundowe zapomniane wspomnienie. Wspomnienie, którego nie pamiętał. - Wpierw próbował zmusić go do samoistnego przedostania się... - wymruczał pod nosem i bez zastanowienia przeszedł na drugą stronę. Poza granicę Peak District. Poza wszystko co tworzyło jego świat. Zaraz jednak usłyszał swoje nazwisko i zerknął przez ramię na biegnącego Jonesa, który wyglądał na dość zaaferowanego. Yaxley nie spodziewał się tego ranka nikogo więcej. Zaraz jednak pracownik oznajmił mu, że list od lady Carrow czeka na niego w biurze. Było to dość dziwne... Może chodziło o to, że wrócił i nie dał znaku życia? Majesty nie lubiła, gdy jej kuzyn nie pozostawiał informacji.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   29.12.16 11:40

- Repello Mugoletum – powtórzyła cicho, kiedy wszystko chociaż trochę zaczęło jej się w głowie rozjaśniać. Nadal nie wiedziała dlaczego ktoś miałby porywać smoka. Nadal nie do końca rozumiała jak ktoś mógł pokonać te wszystkie zaklęcia nałożone na barierę w rezerwacie, ale czuła, że zaczyna rozumieć istotę nałożonych zaklęć. Bo nikt kto by dotknął bariery chcąc nałożyć na nią zaklęcie owładnięte czarną magią nie wyszedłby z tego całkowicie bez szwanku, a już na pewno nie nałożyłby klątwy z powodzeniem. Spojrzała na mężczyznę, kiedy zaprzeczył podchodząc do wyrwy w barierze. Nie bez powodu był to ten konkretny smok, Morgo? Kiedyś mu powiedziała, że nie powinien przed nią uciekać i chować. Teraz wiedziała, że powiedzieć tego nie może. Odrzucili przecież wszystko co łączyło ich ze starą relacją. A jednak właśnie te słowa znowu cisnęły jej się na usta. Czuła, że coś przed nią ukrywa. Nie mówi jej wszystko. Nic nie powiedziała tylko patrzyła jak podchodzi do bariery i tknięty przechodzi na drugą stronę. Jej pytający wzrok w momencie kiedy wypowiedział kolejne słowa wyrażał więcej niż tylko jedno zapytanie. Bez problemu jednak można było sięgnąć po to największe. Skąd to wiedział? I skoro wiedział więcej to dlaczego nic nie powiedział? Czy ukrywanie czegokolwiek w tym momencie miało im pomóc? I pomyślała, że nie bez przyczyny powinien to robić. Właśnie to, że dzielili się wszystkim zaprowadziło ich tak daleko za pierwszym razem. Dalej niż się spodziewali. Ale też właśnie to, że mówili sobie o wszystkim wiele razy uratowało im skórę. Przeszła za nim na drugą stronę o nic nie pytając. Jest cierpliwą osobą i jeżeli to co ukrywał miało mieć duże znaczenie to prędzej czy później i tak wyjdzie na zewnątrz. Uniosła różdżkę przyglądając się wyrwie z drugiej strony. Powietrze w tym miejscu było ciężkie. Duszne. To także była pewna oznaka istniejącej klątwy. W końcu w Anglii powietrze bardzo rzadko kłębi się i sprawia wrażenie ciężkiego. Zbyt często pada deszcz. Odwróciła się w stronę mężczyzny by zadać pytanie, ale właśnie w tym momencie pojawił się ktoś krzyczący nazwisko Yaxleya. Rozpaczliwość w głosie niosącego wiadomość była tak wielka, że mogło się wydawać iż niósł on wieści największej wagi. I chyba tak właśnie było. Lynn wróciła spojrzeniem do przerwanej bariery, ale przecież nie mogła wyrzucić tego z głowy. Powinno ją to w ogóle nie obchodzić. Nie powinna być zazdrosna o kogoś kto żałuje, że ją poznał. O kogoś kto jej nie chce. O kogoś kto zabił na jej oczach innego człowieka. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale jednak to była za mało. Bo przecież… - Wiesz, że życzę Ci dobrze. - powiedziała wracając do niego spojrzeniem. Nie wiedziała czemu to powiedziała. Nie potrzebował jej błogosławieństwa. Taka była prawda. Życzyła mu żeby był szczęśliwy, a skoro znalazł osobę, z którą był to mogła tylko to powiedzieć. Odwróciła wzrok od mężczyzny i rzuciła zaklęcie. - Hexa Revelio – chciała zobaczyć czy coś jeszcze w tym lesie jest objęte klątwą. Chciała zobaczyć czy miejsce zdążyło przesiąknąć. Jasny rozbłysk, który zobaczyli kilka metrów dalej upewnił ją, że ten kto rzucił klątwę na barierę zostawił po sobie coś jeszcze. - Tędy. - ruszyła nie czekając na odpowiedź z jego strony. Chyba się jej bała.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   29.12.16 12:35

Oczami wyobraźni widział jak Gostir wylatuje z koryta rzeki, lądując miękko przy starym drzewie, które było częścią otaczającego ich lasu. Wielki i prawie nie mieszczący się w budynkach sanitarnych smok był nie tylko chlubą całego rezerwatu, ale również i Yaxley'a, który potrafił zbliżyć się do magicznego stworzenia bez odczuwania strachu. Bez odpowiednich zabezpieczeń, bez różdżki, bez szansy ratunku. Oczywiście że w każdej chwili mógł się deportować, ale wtedy straciłby tę więź, która snuła się po jego ciele. W najgłębszych zakamarkach umysłu wiedział, co się wydarzyło. Wiedział, że po tej nocy już nigdy nie miał być taki sam - złączony razem ze smokiem. To wciąż była bestia. Ale ta właśnie dzikość i możliwość zabicia go w każdym momencie tak bardzo go hipnotyzowała, że ryzykował własnym życiem. Zasadniczą kwestią był brak strachu - głupota i odwaga równocześnie. Ambicje Morgotha jednak nie pozwoliły mu się wycofać.
Przechodząc przez barierę na drugą stronę wyczuł w drobinkach powietrza i ziemi, że ta część należała do ciemności. Nic dziwnego, że rozpoznał w tym miejscu użycie czarnej magii. Był jej częścią, więc znajdowanie się koło jej ośrodka było czymś co można było porównać do lekkich drgań. Teraz musiał znaleźć swojego smoka, którego ktoś mógł obłożyć podobnymi zaklęciami. I dowiedzieć się, kto stał za tym wszystkim. Jednak nie tylko dlatego, żeby się go pozbyć. Poczuł na sobie spojrzenie Lucindy, ale nie zareagował. Wiedział, że był dla niej już tylko jednym z wielu. Człowiekiem, którego uznawała za szaleńca. Yaxley zacisnął pięść, po czym przyklęknął na mokrej jeszcze od porannej rosy trawie, próbując uspokoić swoje emocje na tyle, by spróbować chociaż wykorzystać to, co czuł. Że musiał to zrobić. Od tego miejsca po prostu biło mocą i nieznaną energią. Dokładnie to usłyszał od człowieka, którego zabił na latarni. Że są tacy sami, że podążają za czarną magią jak psy gończe i nigdy nie mieli przestać. Chłonął ją jak gąbka, poznając każdego dnia co raz więcej wiadomości z nią związanych. Zakazane praktyki wokół których od narodzin kręciło się jego życie. Jego ojciec wiedział, co robił, a on mu ufał. Zawsze podążał jego śladem, chcąc osiągnąć to co on. Chcąc być taki jak on. I nie zamierzał go zawieść. Ostatnio widział jak ojciec stał się jeszcze zimniejszy niż wcześniej, jednak do teraz chyba nie wybaczył synowi, że wyjechał. Już niedługo miał zobaczyć, że dało mu to więcej niż mógł przypuszczać. Skupienie się jednak zostało mu przerwane nagłym przybyciem pracownika rezerwatu. I wróciłby do tego, co robił jeszcze chwilę temu, gdyby nie słowa Lynn. Wiesz, że życzę Ci dobrze. Co to miało znaczyć? Zmarszczył brwi w pierwszym momencie nie odpowiadając na to zdanie. Dlaczego to powiedziała? Obserwował ją przez dłuższy moment jak ruszyła od razu naprzód, zmieniając temat jakby coś ją dotknęło. Może naprawdę tak było, a może nie wiedziała, co powiedzieć. Fakt faktem mógł zostawić to bez komentarza, ale nie zamierzał tego robić. Nie tylko ze względu na wyjaśnienie sytuacji, ale również dlatego że przypomniał sobie o Travisie. Pamiętał spojrzenia kuzynki w jego stronę i odwrotnie. Był ciekawy jak nestor Carrowów miał to przyjąć... Chciał dla Majesty jak najlepiej, ale ciągle czuł niepokój.
- Minął miesiąc od Palladium - odpowiedział w końcu. Minął niecały miesiąc, odkąd jej powiedział, jaki miał do niej stosunek. - Trzydzieści dni to za mało, żeby zmienić moje szczęście. Cieszę się jednak że ruszyłaś naprzód - dodał, idąc jej śladem. Słowa nie przychodziły mu łatwo. Tak samo jak wpatrywanie się w jej plecy. Morgoth jednak wyminął ją, wychodząc naprzód. W stronę którą mu wskazała. Zwolnił bicie serca i wyczekiwał na charakterystyczne uczucie podobne do drgań. Skupił się na nikłej, odległej wiązce magii, jednak gdy zaczął się nad nią rozwijać okazało się, że to tylko jakiś młody smok w rezerwacie. Szukał dalej. Spędził tak w bezruchu dłuższą chwilę, zanim trafił na ślad, który mógł być tym właściwym. Wstał i przeszedł kawałek. Na mchu leżała czarna, niemal granatowa łuska. Gostir...




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   29.12.16 20:59

Idąc lasem, słysząc chrupotanie gałęzi pod stopami, czując zapach drzew wróciła wspomnieniami do czasu kiedy była jeszcze dzieckiem, a ojciec zabierał ją na piesze wycieczki po górach. Pamiętała tę wolność, pamiętała to poczucie bezpieczeństwa bez względu na to w jakiś akurat sytuacji się znajdowali. Teraz chociaż wrażeniami zmysłowymi potrafiła wrócić do takich chwil to nie czuła się tak samo jak wtedy. Nie czuła się bezpiecznie i nie miała powodów ku temu by się tak czuć. W końcu jeżeli chodzi o jej pracę nie można było spuścić głowy z karku nawet na chwile. Nie mogła sobie pozwolić na przeoczenie czegokolwiek. W końcu szukali smoka. Niebezpiecznego stworzenia, a nie jakiejś myszki polnej. Czym prędzej ruszyła przed siebie wiedząc, że to co powiedziała nie powinno było paść. Nawet jeśli zdania same cisnęły jej się na usta powinna zachować je dla siebie bo tak naprawdę nic ją nie powinien obchodzić fakt czy w jego życiu pojawiła się inna kobieta. A może kobieta, która od zawsze w jego życiu była. Prawdziwie życzyła mu szczęścia, ale nie wierzyła by jej słowa cokolwiek mogły dla niego znaczyć. Dlatego zmieszała się tym, że w ogóle o tym wspomniała. Nie chciała by zabrzmiało to oskarżycielsko, nie chciała też by pomyślał sobie iż nadto się interesuje. Te słowa po prostu z niej wypłynęły i już nic nie mogła zrobić by to zmienić. Dlatego rzucenie zaklęcia i ruszenie za światłem odbijającej się klątwy było dla niej najlepszym rozwiązaniem. Miała nadzieje, że nie odpowie. Słysząc jednak jego słowa nie mogła bardziej bić się w pierś i żałować. Wspomnienie ich rozmowy po spektaklu w teatrze uderzyło w nią z zawrotną siłą. Wszystkie słowa, które między nimi padły i te, które tylko między nimi zawisły. Gdyby teraz prowadzili taką rozmowę… wstrzymałaby się z powiedzeniem kilku rzeczy. Gdyby wiedziała co on tak naprawdę myślał. Gdyby wiedziała, że nie powinna była aż tak się do niego zbliżyć. Ale nie wiedziała. I ku jej własnemu przerażeniu prawdopodobnie zrobiłaby to znowu żeby tylko poczuć to co czuła w tamtym momencie. Jego bliskość. Ciepło. Wymyślone przez nią samą, albo bardzo dobrze odgrywane. - Ruszyłam? - pytanie wyrwało jej się z ust całkowicie poza jej kontrolą. Odetchnęła spoglądając na niego nie do końca rozumiejąc to co do niej mówił. - Po czym wnioskujesz, że w ogóle ruszyłam? - kolejne pytanie zabrzmiało łagodniej, ale czaiła się w nim nuta bezpieczeństwa. Nie wiedziała o czym mówił. Z drugiej strony sama w sobie nie czuła żadnej zmiany więc do czego właśnie pił? Wszystko co mu powiedziała niecały miesiąc temu było w niej świeże. Niczym niezabliźniona rana i wiedziała, że aby ją zabliźnić potrzebowała o wiele więcej niż czasu. Tym razem to tak nie działało. Kiedy znalazł łuskę spojrzała na nią przez jego ramię. Domyśliła się, że to dla nich znak by iść właśnie tą drogą. Musiała później zbadać tę łuskę jeżeli nie znajdą nic więcej. Chociaż mieli bardzo dużo czasu to bez konkretnego planu błądzenie po lesie miało nie przynieść niczego dobrego. Ponownie rzuciła poprzednie zaklęcie, a kiedy tym razem nic się nie stało rozejrzała się dookoła. Po drzewach, po ziemi by znaleźć jakieś ślady. Ktoś równie dobrze mógł je ukryć. - Chodźmy dalej - mruknęła spoglądając na mężczyznę czując, że powinni po prostu iść nadal w tę stronę. Zastanawiała się czy jest jakieś miejsce, do którego smok mógłby chcieć wrócić.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   29.12.16 22:29

- Mężczyzna z którym byłaś na ślubie - odparł, przekazując w swoim stylu całe wyjaśnienie. Nie trzeba było rozwodzić się nad tym wiele godzin. Znała go na tyle, by wiedzieć dokładnie o czym myślał i co chciał przekazać nawet w jednym słowie. Tak naprawdę mógł w ogóle się nie odzywać. Zostawić ten cholerny temat i przejść dalej. Ale nie potrafił. To było silniejsze dla niego i wiedział dlaczego. Nie mógł zignorować osób mu bliskich. Majesty, Leia, matka, ojciec, Adrien... A potem pojawiła się jeszcze ona. Nawet jeśli nie mieli się już nigdy pogodzić, nie mógł jej wyrzucić ze swojego życia. Najwidoczniej wszystko dawało mu znaki, że będą zmuszeni spędzać jeszcze trochę czasu w swoim towarzystwie. A lekarstwem na to miało być znalezienie Gostira. To miał być ich priorytet. Teraz... Zaraz... - Wyglądałaś na rozluźnioną - dodał, nie zamierzając już nic więcej mówić. Wiedziała, co miał na myśli. Spojrzenia nie dało się oszukać, a ona w tamtej chwili zanim się zauważyli, była naprawdę zadowolona. I to właśnie jego obecność zepsuła jej wieczór. Miał nadzieję, że szybko o tym zapomniała, ale on nigdy nie przestał o niej myśleć. Może i sądził, że udawało mu się być ponad to. Stojąc teraz koło niej, wiedział, że było to kłamstwo. Lynn nigdy nie opuszczała jego myśli. Zawsze tam była, chociaż gdzieś głęboko schowana, ale była. Najgorsze było na tym przeklętym weselu, że nie znał człowieka, z którym się pojawiła. Nie interesował się również jak pierwsza lepsza plotkara, jednak dotknęło go to. Nie tożsamość mężczyzny, a właśnie łatwość z jaką przyszło im się pojawić na ceremonii zaślubin Rosierów.
Na chwilę przestał o tym myśleć, gdy podniósł łuskę swojego smoka. Czuł na dłoni jej twardość i wagę, bo samiec był naprawdę ogromny. Łuska wielkości spodka od filiżanki do herbaty praktycznie żyła własnym życiem. Były trudne do zdobycia, jakie więc straszne rzeczy musiały się dziać z jego podopiecznym... Odwrócił się do stojącej za nim Lynn i rzucił lekki, niekontrolowany uśmiech satysfakcji.
- Był tutaj. To Gostir - wytłumaczył jej, chociaż oznaczało to, że naprawdę uciekł. Ale przynajmniej wiedzieli, że tam był. Gdy przeszła koło niego, zacisnął pięść, chowając w niej ślad po smoku. Musieli go znaleźć.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   30.12.16 1:53

Mężczyzna z którym byłaś na ślubie. Słysząc te słowa lekko przystanęła. Czy naprawdę była tak nieświadoma tego jak to mogło wyglądać z jego perspektywy? Chyba po prostu nie zdawała sobie sprawy z tego, że fakt iż była na ślubie z Alkiem może przez kogokolwiek odebrany jako… fakt iż łączy ich coś poza przyjaźnią. Pokręciła głową jakby nie do końca jeszcze rozumiejąc co chce jej przekazać. To, że cieszy się, że znalazła kogoś z kim mogła się tam pojawić? A może po prostu to, że nie załamała się kompletnie, pogrążona w smutku i złamanym sercu, bo dla niego to było zwyczajnie nie istotne? Tak, Lucidna czasami zachowywała się tak jakby ktoś zabrał jej rozum. Ale co jej się dziwić? Skoro w jej życiu wszystko było inne niż wyglądało. Kiedy wydawało jej się, że jest na dobrej drodze by być szczęśliwą los podcinał jej nogi i z rzucał na nią kolejną fale nieszczęść. Kiedy myślała, że zapomni los wysyła ją prosto do niego. Mogłaby to zignorować, ale nie potrafiła. Wtedy na ślubie… była całkowitym przeciwieństwem rozluźnienia. Dawno już nie uczestniczyła w takich szlacheckich uroczystościach. Nie wiedziała czy wypadnie dobrze. Stresowała się tym jak mało czym, a Alek… bardzo jej to ułatwił. Kiedy zobaczyła Morgo jej udawany uśmiech prysł, a on mógł zobaczyć to jak naprawdę czuła się przez cały ten ślub i pobyt w rezydencji Rosierów. Ale przecież… nie mógł tego wiedzieć. - Nie ruszyłam naprzód. - powiedziała w końcu jakby czując potrzebę wyjaśnienia mu tego. Nie wiedzieć czemu w końcu nic nie powinno ich już łączyć. A jednak nadal czuła się z nim połączona. Kto wie… może to właśnie ta myśl zirytowała ją na tyle, że powiedziała te słowa, a może po prostu żal jak w niej się piętrzył musiał w końcu znaleźć ujście? - Nie mam zamiaru kolejny raz zbierać drobinek swojego serca z piasku, a już na pewno nie mam zamiaru kolejny raz pozwolić komuś wejść do mojego życia tylko po to by później ta osoba żałowała, że w ogóle mnie poznała, lordzie. - odparła i choć to ona zadała mu w tym momencie uderzenie to sama poczuła się tak jakby wymierzyła sobie policzek. Taki bolesny. Taki, który mógłby ją zgiąć w pół. - Naprawdę życzę Ci szczęścia. Szczęścia i zrozumienia, bo… łatwo można to przeoczyć. - dodała jeszcze i spuszczając wzrok ruszyła w stronę wzgórza. Gdyby ktoś oglądał ich z boku pomyślałby, że kompletnie zwariowali. Wyprzedzali się tylko nawzajem tak jakby brali udział w jakiejś gonitwie. Nie chciała już dłużej z nim o tym rozmawiać. Chciała zająć się pracą. Znaleźć smoka. Wrócić do domu. Jednak z drugiej strony zbyt dużo miejsca zajmował w jej głowie by mogła przestać myśleć o wszystkich pytaniach kłębiących się w jej głowie. Mieli łuskę. Tylko co w tym wszystkim znaczyła jedna łuska? Musieli znaleźć smoka. Całego i zdrowego. Chciała tego dla Morgo chociaż nie powiedziałaby o tym głośno.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   30.12.16 2:18

Gdyby usłyszał jej myśli, zapewne naprawdę uznałby, że ktoś jej ukradł na jakiś czas rozum. Albo uznałby, że wyjątkowo dobrze grała swoją rolę zagubionej w czasie i przestrzeni. Nie sądził, że była to jego wina. Może jedynie niechęć, którą do niego żywiła stawała się przeszkodą w ich relacjach. Najwidoczniej jednak byli kompletnie beznadziejni w kontakcie między sobą. Jednak nie potrafili czytać sobie w myślach ani nawet nie chcieli przyjrzeć się tym wszystkim ruchom ciała, gestom, urywkowym słowom. Nadawali im inne znaczenie lub przesadnie interpretowali. To powinno być proste, a nie było. Miał dość tego, że ciągle się spotykali. Wyjechał na cały miesiąc, by się odciąć od wszystkiego, a ślub Tristana sprawił, że się spotkali. Teraz to... Czy Lynn już zawsze miała pojawiać się w jednych z ważniejszych momentów w jego życiu? Ale nie jako kobieta, z którą łączyło go porozumienie i łatwość kontaktu, ale jako bolesny ślad przeszłości, który nie chciał się zatrzeć... Miał nadzieję, że czas pokaże, że się mylił.
- Nie powinienem był ci tego mówić - odparł po jej wypowiedzi, mając na myśli słowa w teatrze, a przed chwilą właśnie te wcześniejsze. Nie mógł się jednak powstrzymać. Lynn działała na niego elektryzująco, doprowadzając do naprawdę nieprzystających i niepasujących do niego reakcji. Poczuł ten cios, ale nie zamierzał jej tego pokazywać. Nie mógł jej spojrzeć w twarz w tamtym momencie, dlatego odszedł. Starając się powstrzymać drgające ze wściekłości mięśnie. Z trudem rozluźnił pięści. - Nie oczekuję tego - odparł chłodno, mając zwyczajnie dość tego jej mówienia o tym, że życzy mu dobrze. Skoro tak to powiedziane to raz, by mu starczyło. Po co ciągle to wałkować? Nie rozumiał jej. Chciała go zirytować, a może był to jej sposób na odgonienie go z tego miejsca. Najwidoczniej oboje chcieliby znaleźć się jak najdalej od siebie. Morgoth chciał znaleźć Gostira, ale nie mógł wypatrywać śladów lub jakichkolwiek innych pomocy, gdy musiał równocześnie walczyć z nią. W końcu dogonił ją i delikatnie zatrzymał, kładąc jej dłoń na ramieniu. Zaraz się wycofał, przenosząc spojrzenie na dalszą część lasu, równocześnie czując jak coś go tam cięgnie. - Wracaj do domu, lady Selwyn - powiedział powoli, patrząc jej po chwili prosto w oczy. - Najlepiej zapomnij, że tu byłaś. To mój smok - rzucił i po szybkim ukłonie, ruszył dalej nawet na nią nie czekając.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   30.12.16 8:51

Nie powinna mu tego wszystkiego mówić. Nie była pewna dlaczego w ogóle te słowa opuściły jej usta. W innej sytuacji po prostu by o tym pomyślała, ale nie pozwoliłaby sobie na wypowiedzenie tego głośno. Może nie była idealną aktorką, może nie potrafiła ze sprawnością Selwyna zakładać maski kogoś innego na twarz, a on bardzo dobrze o tym wiedział, ale niektóre słowa nigdy nie powinny paść, a ona nigdy nie powinna pozwolić by padły. Nie skoro nie mogła ich teraz cofnąć. Nie mogła i nie wiedziała sama czy chciała. Gubiła się już we własnych myślach i słowach, ale to nie była do końca jej wina. Jego też nie. To przez to, że nigdy nie miała czasu przygotować się chociażby mentalnie na spotkanie z nim. Wrzucana w żywioł jej szalejącego serca i małpiego rozumu. Nie powinienem był ci tego mówić. Pokręciła głową wiedząc, że właśnie powinien. Jeżeli tak myślał to czemu miał jej tego nie powiedzieć? Lepiej żeby wiedziała jak naprawdę sprawa wygląda między nimi, a nie zastanawiała się czy jest w nich jeszcze chociaż tyle spokoju by mogli razem pracować. Prawdą jest, że ich relacja daleka jest do jakiejkolwiek pozytywnej. Może jest po prostu jeszcze zbyt wcześnie. Może chciałaby, żeby to wszystko wydarzyło się wiele lat wstecz, a ona nie musiała trzymać tego żalu w sobie. Piętrzącego się. Do siebie i do niego. Do siebie bo w tym wszystkim zapomniała, że taka nie jest. Zagubiona w cierpieniu i smutku nie mogła odnaleźć dobrego wyjścia z tej sytuacji. A jedyne jakie znała to… ucieczka. Tylko oboje mają świadomość tego, że nigdy nie potrafiła go zostawić. Nie zostawiła go kiedy szukali Oktawiana, nie zostawiła go kiedy Czarnoksiężnik przyciskał zimne ostrze do szyi Yaxleya, nie zostawiła go kiedy zaczęło się robić niebezpiecznie. Bo nie mogła. Bo to było o wiele silniejsze od niej. Teraz jednak czując jego dłoń na ramieniu i słysząc jego głos wiedziała, że musi odejść. Pójść i pozwolić mu robić swoje. Bo… razem nie mieli zdziałać nic dobrego. Śmieszne, że w ogóle próbowali skoro wiedzieli, że tylko będą ranić się nawzajem. I znowu i znowu i znowu. Musiała odpuścić i znaleźć własne wyjście z tego labiryntu. Nawet jeśli znalezienie go miała oznaczać pogodzenie się. Odwróciła się kiedy odchodził. Jej usta otworzyły się by zaraz ponownie się zamknąć. Tyle. Nie miała już nic do dodania. On widocznie też nie. Powiedzieli sobie już o wszystkich złych rzeczach o jakich tylko mogli. Zabrakło jedynie szczerości, ale nie tej złej, ostrej. Tej dobrej szczerości. Tego wyjaśnienia sobie jak człowiek z człowiekiem bez atakowania samych siebie. W tym wszystkim zapomnieli o tym co najważniejsze. By po drodze nie zapomnieć kim naprawdę się jest.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Południowa wieża   30.12.16 9:15

Wszystko mogło wyglądać inaczej. Mógł się nie odzywać. Darować jej przymus swojej obecności już na początku, oprawiając ją, gdy tylko się spotkali. Mieli wiele łamaczy klątw. Dlaczego właśnie padło na nią? Nie wiedział i chyba wolał się nad tym nie zastanawiać. Jak już wiedzieli oboje, los bywał przekorny. W ich przypadku bardzo okrutnie. Nie chciał zostawać, nie chciał znowu przebywać w jej towarzystwie, wiedząc, że myśli jedynie o tym by odejść. On również tak to odbierał, ale raniła go ta świadomość jeszcze mocniej i jeszcze okrutniej. Bo pamiętał co działo się ostatnim razem. Jak dobrze współpracowali, gdy chciał ocalić swoja matkę przed skutkami klątwy. Przecież pomimo upływu czasu udało im się rozwikłać zagadkę. Za wielką cenę. Ceną było ich przywiązanie, ale Morgoth stracił Lynn, by zyskać zdrową matkę. Nie dało się tego zrównoważyć, ale przynajmniej jedna bliska mu osoba była przy nim. I to się liczyło. Krwi i żelaza moc nieugięta. Tak właśnie brzmiała dewiza Yaxley'ów. Po raz pierwszy i ostatni zboczył z tej ścieżki. Myślał, że wie lepiej od wszystkich, od rodziny, ale przekonał się okrutnie, że sprzeciwianie się tradycjom nie mogło skończyć się dobrze. Obdarzając uczuciem osobę, która nie była wybrana przez nestora było okrutnym błędem, a teraz za niego płacił. Za każdą decyzją idą konsekwencje. Kolejne słowa tym razem jego ojca. Człowieka, którego podziwiał i zamierzał być taki jak on. Pomimo że angażował się już o wiele poważniej niż on w sprawy Czarnego Pana, możliwe że nigdy nie miał mu dorównać. Najwidoczniej już skalał tę szansę, gdy czuł, że zaczyna wracać do klatki przy każdym spojrzeniu na Lucindę.
Dlatego się odwrócił i odszedł. Nie mógł być równocześnie jej przyjacielem, kimś kto by wszystko wyjaśnił w prosty sposób i dziedzicem potęgi Yaxley'a. Wiedział, że w zakamarkach swojego gabinetu ojciec już szukał mu żony, ale nie to teraz interesowało Śmierciożercę. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. By znaleźć się jak najdalej od Lynn i odszukać Gostira. Gdy tylko o tym pomyślał, coś chrupnęło mu w ramieniu jednocześnie sprawiając, że się zatrzymał. Dosłownie jakby poraził go piorun i z trudem utrzymał równowagę. Sądził, że to tylko chwilowe przypomnienie o skutkach ostatniego treningu z babką. Zaraz jednak kolana się pod nim ugięły i opadł na jedno, oddychając z niemałym trudem. Zaorał dłonią w ziemi, czując niesamowity ból w ramieniu. Kiedy miało się to w końcu skończyć?!




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
 

Południowa wieża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża
» Szczyt opuszczonej wieży

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Peak District :: Rezerwat Trójogonów Edalskich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17