Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Laboratorium w lesie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Laboratorium w lesie   04.12.16 0:55

Laboratorium w lesie

O tym, że lasy potrafią kryć niezwykłe tajemnice, może przekonać się każdy, kto trafi w to niekonwencjonalne miejsce. Niepozorna, chyląca się ku upadkowi chatka skryta w lesie, wydaje się wtapiać w tło, niemal całkowicie otulone przez leśne mchy, spowite porastającymi gałązkami dębu, jemioły i dzikiego bzu. Pomyłka łatwa do przeoczenia, ale - jeśli tylko odrobinę się postarać i uchylić nieduże drzwiczki - krajobraz gwałtownie się zmienia. To bowiem właśnie tu, pośród głuszy, zbudowane jest magiczne laboratorium odwiedzane przez ekscentrycznego czarodzieja-pustelnika i samozwańczego naukowca, Armanda Buchanana. Chociaż staruszek niemal stuletni wydaje się bardziej przypominać zasuszona gruszkę, drzemie w nim silna magia, która skutecznie odstrasza nieproszonych gości, chyba że zaskoczysz go niespodzianką, zagadką lub... sernikiem.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   20.01.17 14:46

koniec kwietnia
Ostatnie wydarzenia nie były niczym co pozwalało mu utrzymać spokój umysłu. A nie mógł normalnie funkcjonować bez tego, dlatego podjął gwałtowną decyzję o opuszczeniu pałacu i udaniu się w miejsce sobie nieznane. Nie wiedział, dlaczego wybrał właśnie London Borough of Waltham Forest. Przecież nienawidził stolicy, ale jednak postanowił, że jego celem będzie właśnie to miejsce. Może znane okolice przypominały mu jedynie o irytującym braku jednego z podopiecznych w rezerwacie, a tutaj czuł pewien rodzaj izolacji? Nie miało to większego znaczenia w tej właśnie chwili. Przeszedł z jednego krańca dzielnicy, by znaleźć się w lesie na skraju miasta i pnąc się wciąż w górę, w kierunku północno-zachodnim, szedł przez okolicę która w niczym nie przypominała tak żywego i cywilizowanego centrum. Można by nawet sądzić, że wśród tych chaszczy nigdy nie postanęła ludzka noga. Nie zwolnił jednak kroku, idąc nadzwyczaj pewnie, zatrzymując się tylko od czasu do czasu, by odszukać spojrzeniem na jakieś widoczne oznaki pobytu kogokolwiek w tej okolicy. Nic jednak o tym nie świadczyło, a przynajmniej nie dopóki nie zobaczył przed sobą ułamanej gałęzi. Wisiała ledwo trzymając się ostatka na wysokości odpowiadającej dorosłemu mężczyźnie. Na pewno nie odpowiadało za to zwierzę. Morgoth spojrzał na gałązkę, ale przeszedł dalej. Szedł przed siebie tak około dwóch godzin i słońce miało się już ku zachodowi, kiedy otoczyło go pustkowie, a las zaczął się niewątpliwie bardziej zagęszczać. W końcu jednak dotarł do pewnego rodzaju polany. Był to jakby płaskowyż położony u szczytu niedostępnego niemal wiszaru, zalesiony gęsto od dołu do samej góry i usiany ogromnymi kamieniami, które zdawały się leżeć luźno na ziemi i niejednokrotnie nie staczały się w dół jedynie dlatego, że były oparte o drzewa. Głębokie jary przebiegające w różnych kierunkach przymnażały jeszcze krajobrazowi wyrazu oddalonej od cywilizacji głuszy. Wyżynę, na którą wszedł, porastały tak gęsto chaszcze jeżyny, iż przekonał się, że przejście bez pozbycia się ich było praktycznie niemożliwe. Do tego zahaczały o jego płaszcz, powstrzymując każdy kolejny krok. Wyciągnął różdżkę i dzięki Planta auscultatoris utorował sobie ścieżkę do stóp ogromnego klonu, który wznosił się na płaszczyźnie w otoczeniu ośmiu
czy dziewięciu dębów i przewyższał je nie tylko wysokością, ale również i rozłożystością. Jak na początek wiosny rozkwitał wyjątkowo szybko. W chwili w której znalazł się przy grubym konarze, coś mokrego uderzyło go delikatnie w nos. Zawiał mocniejszy wiatr, który wydął poły jego płaszcza, zapowiadając przyjście deszczu. Morgoth jednak nie zamierzał ustępować. Jeśli miało go zmoczyć od stóp do głów, niech będzie, ale nie chciał wracać. Zobaczył na horyzoncie kłębiące się burzowe chmury i błyski oddalonych grzmotów. Odszedł kawałek, by zsunąć się po piaszczystym zboczu i stanąć znów wśród drzew. Przeszedł może kilkaset metrów, gdy z nieba dosłownie rozerwał się donośny grzmot, a zaraz za nim poleciały milion ciężkich kropel. Bombardowały las bez litości, każąc Yaxley'owi się wycofać. Natura nie znała jednak uporu młodego opiekuna smoków. Nie zwalniając kroku, zmienił się w wilka i popędził przed siebie, z łatwością już wymijając drzewa i krzewy. Wiedział jednak że musiał gdzieś przeczekać tę burzę. Sam nie wiedział jak, ale znalazł obrośnięty mchem półkolisty budynek. Wydawało się opuszczone, więc nie było na co czekać. Podbiegł pod drzwi, ale te były zamknięte. Morgoth zmienił się z powrotem w człowieka, by pchnąć je ramieniem. Usłyszał zgrzyt, ale w końcu ustąpiły pod naporem.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   30.01.17 11:10

Kwiecień zwiastował wiele niespodzianek, chociaż to marzec okrzyknąłem miesiącem drastycznych zmian wywracających życie do góry nogami. Wszystkie jedne póki co wydawały się być jeśli nie przyjemne, to przynajmniej dobrze rokujące na przyszłość. A to już coś. Gdybym nie nosił nazwiska Burke, można było pomyśleć, że ogarnia mnie o p t y m i z m, a to za dużo powiedziane. Nie wiem w gruncie rzeczy co to takiego, odnajdując wręcz masochistyczną potrzebę uprawnia czarnowidztwa zakrapianego sceptycyzmem. Jeżeli coś idzie dobrze, w mig się rozpieprzy - z takim przekonaniem od zawsze przedzieram się przez życie. Nieco więc w trwodze oczekuję dnia, kiedy cała misternie budowana konstrukcja nowego, lepszego jestestwa runie w dół niczym domek z kart. Jedno jest pewne - usiłuję o tym nie myśleć, naprawdę. Zarówno wtedy, kiedy otwieram oczy przebudzony ze snu, jak i podczas porannej toalety. I nawet wtedy, kiedy opuszczam nie tylko swoje komnaty, ale również Durham w poszukiwaniu nowych składników do eliksirów. Może udałoby mi się stworzyć nowy rodzaj trucizny? Marzenia marzeniami, z pewnością spacer mi nie zaszkodzi.
Spacer, podjęty pod samym Londynem, w lesie, zajmuje mi więcej czasu niż na niego przeznaczyłem będąc jeszcze w domu. Łatwo się gubię pośród rozlicznych kniei. Do tego stopnia, że nawet zwyczajny kompas mnie zawodzi. Nie wiem do końca, że jest to wynikiem przedziwnej magii tego miejsca - zbliżając się do tajemniczego laboratorium, o którego istnieniu jeszcze nie wiem, niezrozumiałe pole zakłócające działanie różnych przedmiotów zostaje zakłócone. Zaczynam się trochę denerwować kiedy okazuje się, że północ znajduje się nie tylko na północy, ale też na wschodzie, zachodzie oraz południu. Co za nonsens! Wściekam się na srebrny przedmiot pozostawiony w mojej dłoni - potrząsam nim zdenerwowany. Nie potrafię zmusić go do współpracy. Wzdycham na wpół rozdrażniony, na wpół zniecierpliwiony. Rozglądam się po ciemniejącym wnętrzu lasu. Nie tyle, co zapada zmrok, co zbiera się nagła, mocno porywista burza. Na niebie pojawiają się niebezpieczne, ciemne kłębowiska chmur; ściółkę leśną oraz całą roślinność, jak i zresztą mnie, w mig zrasza rzęsisty deszcz. Do akompaniamentu opadania ciężkich kropel na powierzchnię dołącza grzmot błyskawicy. Nieprzystojnie klnę pod nosem w jednej ręce trzymając płócienny worek z ziołami, a w drugiej zamieniam bezużyteczny kompas na różdżkę. Nierozsądnie jest stać pod drzewem w tak paskudną pogodę - nie wiadomo, czy to nie w nie postanowi walnąć zbłąkana błyskawica. Dlatego zaczynam biec dość na oślep, co jakiś czas starając się przetrzeć oczy z nagromadzonej weń wilgoci utrudniającej pole widzenia.
Kiedy przed nimi majaczy mi sylwetka opuszczonego, zdawałoby się, budynku, bez zastanowienia ciągnę za klamkę wejścia. Ze zdziwieniem orientując się, że drzwi nie walczą z moim nagłym przybyciem. Z wrażenia aż zapominam ich zamknąć, wpuszczając do środka rześkie, burzowe powietrze o zapachu wiosennego deszczu. Ubrania przemoczone do suchej nitki coraz dotkliwiej przylegają do ciała, a pozorne ciepło gnieżdżące się we wnętrzu chaty wywołuje lekkie dreszcze. Co jest niczym w porównaniu do mężczyzny, którego kojarzę z niedawnego ślubu Tristana, ale którego nie spodziewam się zastać w tej chwili, w tym miejscu. Zaciskając dłoń na różdżce zamieram zdziwiony patrząc na twarz Morgotha. Tak, zapamiętałem to imię. Nie, nie potrafię w tej chwili zareagować, zaskoczenie paraliżuje moją zdolność reakcji.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   31.01.17 11:45

Dni po powrocie Morgotha do Anglii były bardzo pracowite. Nie tyle pod względem spraw w rezerwacie, chociaż porwanie jego podopiecznego z Peak District było niezwykle priorytetowym i czasochłonnym w tym momencie punktem, pod który podporządkowywał sobie wszelkie inne zajęcia. Chociaż raz przełożył sprawy Rycerzy nad poszukiwania Gostira. Parę dni wcześniej w nocy bowiem miał porwać lady Megarę Carrow. Znał miejsce, gdzie mieli się udać jak i porę i sposób przechwycenia żony Deimosa. Marianna też o tym wiedziała, chociaż nie posiadała aż takiej władzy jak on. Wyższy pewnego rodzaju stopniem jak i urodzeniem w pewnym sensie dowodził tą misją. Mieli wydobyć z niej informacje dotyczące zakonu. Musiał przyznać, że nie podobał mu się ten pomysł. Z samej racji, że przydzielono go do kobiety, a Yaxley miał twarde zasady. Nie zamierzał krzywdzić dziewczyny ani jej dziecka, chociaż mogły nastąpić komplikacje nad którymi nie miał kontroli. Zamierzał ją jedynie nastraszyć, a potem wypytać o parę spraw i odesłać do domu. Nie potrzebował jej życia tak samo zresztą jak ciała - tylko umysłu. Tylko o niego chodziło. Była to jednak już przeszłość, a teraz mógł się skupić na przyszłości, chociaż nie było to takie proste. Myśli wciąż buchały mu jak szalone, a zaklęcie połączenia wciąż dawało o sobie znać. Smok gdzieś tam był nieodnaleziony, a on to wyczuwał. Jeszcze. Skrzywił się, przypominając sobie ból, który odezwał się w jego lewym ramieniu i obraz krwi kapiącej na pokrytą rosą ziemię. Kolejny raz poniósł konsekwencje swoich działań związanych z nią. Wściekłą i patrzącą na niego z wielkim rozczarowaniem i litością. Nie chciał tego. Może dlatego szybko wyciągnął różdżkę pod dachem opuszczonego budynku, by się wysuszyć. Jedno zaklęcie i już na powrót jego płaszcz był nienagannie suchy, a garnitur pod spodem zupełnie jakby dopiero co wyprasowany. Zauważył parę śladów po gałęziach i szarpanych krzakach, ale wiedział, że to tak naprawdę nie było nic wielkiego. Zaraz jednak jego uwagę odwrócił hałas przy drzwiach, przez które właśnie wszedł. Z różdżką w gotowości stał gotowy na każdą ewentualność. Każdą chociaż nie na taką. Widok niedawno wspomnianego na weselu Tristana i Evandry lorda skołował go do tego stopnia, że nie powiedział nic tylko zmarszczył brwi. Opuścił drewno, by schować je w wewnętrznych połach płaszcza, chociaż gdyby okazało się, że przybyły miał inne zamiary, mogło bardzo szybko wrócił do jego dłoni.
- Lord Burke - odezwał się jako pierwszy, przerywając ciszę, która zapadła pomiędzy nimi. Z zaskoczenia i zdezorientowania zabrakło im słów. Patrzył na przybyłego, zupełnie zbity z tropu. Quentin Burke w taką pogodę znalazł się właśnie w upadłym laboratorium? Ten wieczór chyba był pełen dziwnych zbiegów okoliczności. - Przepraszam za tę reakcję - dodał po chwili, mając na myśli różdżkę wycelowaną jeszcze chwilę temu w twarz mężczyzny.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   06.02.17 5:48

Jeszcze nie odnajduję się w nowej roli, do której przyszło mi dołączyć wraz z końcem marca. Wierzę jednak, że to tylko kwestia czasu. Nie pamiętam, że Morgotha nie było na ostatnim ślubie, a konkretniej to Inary oraz Percivala - miałem wtedy inne rzeczy na głowie. Trzeba przyznać, że z góry założyłem twoją bytność w Londynie lordzie Yaxley, wszak tu chodziło o twoją najbliższą rodzinę. Widząc cię teraz tutaj próbuję dopasować twoją twarz do zebranych na uroczystości z początkiem miesiąca gości, ale nie odnajduję jej w swoich wspomnieniach. Nasze ostatnie spotkanie, na zaślubinach Tristana, wydaje mi się być mocniej zarysowane w odmętach pamięci. Rzadko kiedy milczy mi się dobrze z kimś, kto nie jest bezpośrednio moim krewnym, a tu proszę, czekała na mnie pozytywna niespodzianka. To właśnie ta pozytywność ogarnia mój umysł oraz ciało kiedy rozpoznaję z kim mam do czynienia - a niestety trwa to odrobinę dłużej niż powinno. Dopiero twoje słowa przecinające niezręczną (tym razem) ciszę pozwalają mi na otrzeźwienie. Wybudzenie się z tego dziwnego zaskoczenia, niemającego podstaw do trwania jeszcze dłużej niż dotychczas. Co skutkuje tym, że posłusznie chowam swoją różdżkę do wewnętrznej kieszeni czarnej, wierzchniej szaty, rozluźniając uścisk z rękojeści. Oddycham coraz wolniej oraz mniej łapczywie nienapędzany ani wysiłkiem fizycznym, ani adrenaliną spowodowaną tym niecodziennym spotkaniem. Układam ręce wzdłuż ciała.
- Ja również przepraszam. To wina… zaskoczenia - tłumaczę się, wpatrując się twoją twarz, chociaż krótko i niezbyt nachalnie. - Dość zaskakujący obrót sytuacji - dodaję ni stąd, ni zowąd, dopiero teraz odważając się na rozejrzenie dookoła. Pomieszczenie wygląda naprawdę niezwykle. Musi być niesamowicie stare oraz trochę zaniedbane. Za to przyjemnie ciepłe oraz jakby… zamieszkałe? W mojej głowie od razu rodzi się cały szereg pytań, które niestety pozostają bez odpowiedzi. Przynajmniej na razie. - Czy mogę… - odzywam się nagle, chcąc być przede wszystkim dobrze wychowany oraz nie wzbudzać niepotrzebnej paniki, ale w pewnym momencie urywam swoje pytanie - u góry rozlega się huk, jak gdyby pospadały książki? Momentalnie odczuwam niepokój podsycany możliwością obecności osób trzecich. Dlatego nie zważając na nic, automatycznie znów sięgam po różdżkę, ponownie dzierżąc ją w dłoni. Niepomny na ociekanie z wody przestępuję na przód, stając na pierwszym ze schodków oraz zadzierając głowę do góry chcąc jak najwięcej szczegółów dostrzec. Bez wątpienia ktoś znajduje się na piętrze wyżej - tylko kto i dlaczego nic nie mówi?




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   06.02.17 13:27

Jako daleki wujek Inary powinien być na tym ślubie. Powinien bardziej niż na weselu Tristana. Ale przyjechał dla Majesty i dla spotkania z Riddle'm. Głównie dla tego ostatniego. Wrócił, by zaraz wyjechać i cieszył się z tego, że mógł szybko opuścić Anglię. Nie znosił tego okrytego kłamstwem Ministerstwa Magii, które jedynie nagabywało swoich obywateli. I jak się okazało antymugolska jednostka nie zajmowała się tylko brudnokrwistymi, ale stawiało zarzuty członkom rodzin takich jak właśnie Rosier. Quentin na pewno wiedział o tym, co wydarzyło się w Royal Opera House. Nikt się tego nie spodziewał, a skoro o tym mowa, należało uderzyć mocniej i gwałtowniej. I nie tylko na Zakon Feniksa, chociaż oni także stanowili problem. Kolejni zwolennicy bratania się z brudną krwią napawali Yaxley'a odrazą i strach było pomyśleć, który jeszcze szlachcic należał do szalonego zgrupowania. Pamiętał Quentina. Stali wspólnie na końcu marca ramię w ramię na wielkiej sali balowej, nie czując wyrzutów z drugiej strony za własne milczenie. Najwidoczniej narzeczony Darcy rozumiał to, że jeśli nie trzeba to nic się nie mówi, a jeśli można jedynie skinąć głową, robi się to. Obaj to rozumieli i szanowali. Nie było w tym nic krępującego, chociaż ktoś inny mógłby pomyśleć co innego. Morgoth nigdy nie należał do towarzyskich osób, chociażby dlatego, że był Yaxley'em, preferującym życie pośród rozlewisk, dziczy i natury. Ludzie nigdy go nie satysfakcjonowali. Byli słabi. Chociaż zdarzały się wyjątki spoza rodziny. Czy lord Burke do nich należał? Czas miał pokazać. Lepiej jednak było widzieć właśnie jego twarz niż kogoś bardziej... Niepożądanego. Wpierw on, a potem jego śladem również podążył jego zaskakujący towarzysz, by schować różdżki. Nie byli dla siebie zagrożeniem, chociaż wcześniej nie znając swoich tożsamości tak właśnie sądzili.
- Yhymm - mruknął w odpowiedzi na jego słowa Morgoth, chociaż nie miało to w sobie nic z ironii. Po prostu potwierdzenie wypowiedzi mężczyzny. Fakt. Nie była to normalna sytuacja, a fakt, że znaleźli się obaj dokładnie w tym momencie i w tym miejscu... Napawała podejrzeniami i zaskoczeniem. Kto by się tego spodziewał? Yaxley zaczął również wędrować spojrzeniem po wnętrzu opuszczonego laboratorium, które z zewnątrz wydawało się bardziej zapuszczone. Teraz mając chwilę czasu, jego spojrzenie przyglądało się zadbanym umocnieniom, zatamowanym zaciekom... Zupełnie jakby... Huk. Nagły i gwałtowny stawiający w gotowości. Znowu różdżka z cisu trafiła do dłoni Śmierciożercy i jakby automatycznie podążył śladem Burke'a, osłaniając go w razie potrzeby. Gdy ten przystanął, Morgoth jednak wysunął się w przód, kładąc mu powoli dłoń na ramieniu i patrząc wymownie. Musieli podejść jeszcze bliżej, by zrozumieć z czym mieli do czynienia. Yaxley wątpił, że byłby to jakiś wilkołak, bo nie była na nie pora. Ale trzeba było być gotowym na wszystko. Gdy stanął na kolejnym schodku, z górnego piętra rozległo się kichnięcie, a zaraz potem usłyszał coś podobnego do Incarcerare. Ktoś rzucał zaklęcia, a oni musieli zareagować. Zaraz też ruszył naprzód dość szybko, ale w tej samej chwili tuż przed jego nosem śmignęła miotła i ktoś na niej. Daleko nie poleciał, bo uderzył w jedną ze ścian laboratorium, upadając ciężko na leżące w tamtym miejscu materiały.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   01.03.17 18:02

Byłem tam dla Inary. I dla Darcy - sam pewnie nie zdobyłbym się na samotną wędrówkę ślubną. Może złożyłbym osobiście życzenia oraz wręczył prezent, ale na tym moje uczestnictwo w zabawie skończyłoby się. Nie dlatego, że zamierzałem ten ślub bojkotować, wręcz przeciwnie. Nie znoszę towarzystwa obcych, nieciekawych osób. Tych wyjątkowych nie było wiele, a z każdym mógłbym spotkać się poza oficjalnymi uroczystościami. Nie potrzebowałem do tego zezwolenia nestorów oraz samej lady Nott. Początkowo zdziwiłem się, kiedy nie ujrzałem krewnego rodziny, z drugiej strony - nie było to moją sprawą. Starałem się dać z siebie wszystko podczas gonitwy (co niestety nie przyniosło żadnych wymiernych rezultatów) oraz później podczas wyławiania lampionu ze swoją narzeczoną. Reszta pożądanych lub wręcz przeciwnie twarzy rozmyła się na wietrze czasu zapełnionego tak zwaną rozrywką. którą zacząłem doceniać dopiero niedawno.
Teraz wspomnienie ślubu wydaje się być równie odległe co moja osoba przebywająca poza Durham. Mężczyzna, który ma zostać mym towarzyszem w tych niespodziewanych okolicznościach, jest osobą należącą do wąskiego grona ludzi wartych uwagi. Wkrótce dowiem się, że nie jest to jedynie zasługą podobnych poglądów, zachowań czy więzów krwi - za jakiś czas nadejdzie porozumienia na płaszczyźnie ideologicznej popychającej nas w ramiona tej samej, znamienitej persony. Czarny Pan - to ktoś, kto bez wątpienia łączy czarodziejów o najlepszej hierarchii wartości. Takich, których należy trzymać blisko siebie.
Teraz zajęty jestem zupełnie innymi rozmyślaniami. Próba osuszenia ubrań oraz samego siebie spełza na niczym - a to wszystko za sprawą tajemniczego hałasu mającego swoje źródło nad naszymi głowami. Trzymam różdżkę w pogotowiu, wyciągniętą przed siebie. Morgoth reaguje szybciej (co za zaskoczenie!) i przestępuje przez kolejne stopnie schodów. Idę tuż za nim, nasłuchując najpierw odgłosu kichnięcia, następnie zaklęcia, a później już… lotu na miotle oraz głuchego uderzenia w ścianę? Marszczę brwi trochę zdenerwowany tym, co może dziać się na górze. Kiedy docieramy na górę widzimy jakieś starca - całego ubrudzonego w sadzy, w granatowo-złotej szacie oraz mającego wielkie binokle na nosie. Wygląda na zdziwionego oraz przerażonego naszą obecnością.
- Do diaska, kim jesteście? - pyta drżącym głosem, starając się otrzepać z brudu oraz postawić starcze ciało do pionu. - Nie wiecie, że w noc spadających zodiaków nie można wychodzić na zewnątrz?! - zadaje następne pytanie, wyraźnie podenerwowany. Nie przejmując się, że najprawdopodobniej obaj nie mamy najmniejszego pojęcia o czym on do nas mówi. Zerkam niepewnie na Yaxley’a, to na szaleńca dzierżącego w dłoni miotłę oraz lustrującego nas krytycznym spojrzeniem. Odczuwam wielkie zażenowanie oraz skrępowanie zaistniałą sytuacją.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   09.03.17 21:07

Wciąż pamiętał słowa, które wysłał Inarze zamiast życzeń dla młodej mężatki. Nigdy nie był sentymentalny, a małżeństwo traktował nie jako wyraz uczuć a dobicie targu. Kobieta jak i mężczyzna byli w tym przypadku kartami przetargowymi. Nikim więcej, nikim mniej. To był czysty interes i nie rozumiał ludzi, którzy oczekiwali po tym czegoś więcej. Byli aż tak naiwni lub aż tak głupi, by się do tego nie przyznać lub tego nie zauważać. Żyli w takim świecie, w którym dane im było egzystować i musieli albo się zaadoptować lub zginąć. Wybór był prosty i Morgoth nie zamierzał akceptować w swoim otoczeniu osób, które nie potrafiły tego zrobić. Nie odczuwał jednak słabości w osobie Quentina. Pomimo że nie znali się, minęli również w murach Szkoły Magii i Czarodziejstwa, chwila na ślubie Tristana w pewien sposób przekonała go, że jest to osobowość warta uwagi. Nie wiedział, co myślał lord Burke, ale zdawało się, że nie traktuje go jako szczeniackiego Yaxley'a, który jest zbyt dumny i wyniosły, by poświęcić komuś chwilę swojego cennego czasu. Jak słusznie zauważył jego towarzysz już wkrótce mieli się dowiedzieć, że stoją ramię w ramię w imię lepszego jutra i trwałej idei, za którą zamierzali podążać. Nie chodziło o samego Czarnego Pana. Nie jego chwała była najważniejsza - chodziło o świat magii bez mugoli. Bez brudnej krwi. Już trudno było mu zaakceptować niektórych zwolenników tego tematu ze statusem półkrwi, ale nie interesowało go to aż tak, dopóki działali w jednej sprawie. Z chwilą w której miał się dowiedzieć o przynależności lorda Burke do Rycerzy Walpurgii, miał wiedzieć, że zyskali kolejnego pewnego sojusznika.
Nic jednak nie mogło utrzymać jego myśli w jednym kierunku, gdy starzec śmignął mu przed twarzą, by wpaść na ścianę i uderzyć w nią, łamiąc przy tym miotłę z okropnym trzaskiem. Aż mięsień mimiczny Yaxley'a drgnął na ten dźwięk. Nie obchodziło go jednak co się działo ani kim był. Nie opuścił różdżki, a słysząc jego słowa, zerknął jedynie pytająco w stronę swojego towarzysza. Nie dało się nie zauważyć, że on również był zmieszany. Kto by nie był...
- Przeczekamy burzę - odparł, ignorując podenerwowanie szalonego starca. - Już koniec - dodał, nie słysząc uderzeń kropli o dach ani gwizdu wiatru. Znowu spojrzał na Quentina, niemo mówiąc, że powinni odejść, ale w tej samej chwili mieszkaniec laboratorium zapowietrzył się i zaczął krzyczeć Nie! Nie! Nie!
- Nie pozwolę wam! Sprowadzicie klątwę na mój dom! Incarcerare maxima - ryknął, wsiadając na przetrąconą miotłę i wzbijając się znów w powietrze. Machał różdżką jak szalony, a im zostało jedynie złapać go za wszelką cenę.
[bylobrzydkobedzieladnie]




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came



Ostatnio zmieniony przez Morgoth Yaxley dnia 01.04.17 19:39, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   27.03.17 15:56

Słabość kryje się w środku, chociaż na szczęście nie taka, która mogłaby przysporzyć mi nieskończoną pogardę. I nie taka, której nigdy nie mógłbym sobie wybaczyć. Teraz natomiast muszę wzbudzić w sobie siłę - do walki oraz do tego, żeby przetrwać tę cholerną ulewę. Nie wiem dlaczego nie skorzystałem z zaklęcia oddalając się od miejsca, gdzie rola magii zdaje się być zakłócona. Co dziwne, tutaj, w tym budynku wydaje się być wszystko w porządku. Oprócz starego czarodzieja tłukącego się na piętrze. Zerkam porozumiewawczo na Morgotha, a chwilę później już kroczymy po schodach na górę. Nie mogę wręcz uwierzyć obserwując zmagania staruszka, który chyba mocno uderzył się niegdyś w głowę. Drżenie twarzy spowodowane nagłym hukiem oraz postępującym po nim trzaskiem ustępuje, ale ja i tak czuję się zbyt zdezorientowany rewelacjami, które słyszymy. I które nie pozwalają nam opuścić tego pomieszczenia. Ściągam gniewnie brwi.
- Finite incantantem - mówię trochę zirytowany tym całym bałaganem, brakiem zrozumienia oraz dziwactwem stetryczałego mężczyzny. Niestety, ale… różdżka jakby w tym momencie czernieje nie wydobywając z siebie nawet iskier. Próbuję raz jeszcze i raz jeszcze, ale nic się nie dzieje. Zaciskam mocno szczęki obserwując, jak szaleniec znów wzbija się w powietrze. Z tego wszystkiego nawet nie wiem, że burza rzeczywiście się już skończyła, gdyż nie słychać żadnych dźwięków należących do pogody.
- Proszę natychmiast przestać i cofnąć zaklęcie. - To już nie prośba, to już nie ciche słowa, to gniewne warknięcie. Czuję się jak jakiś zakładnik niezrównoważonego psychicznie dziadka. Przecież to zakrawa o idiotyzm. Głupio mi tak skakać wymachując rękoma oraz starając się go pochwycić, dlatego stoję trochę nieprzydatny do niczego. Pieklę się nie wierząc, że nie potrafię nic zrobić. Czuję się skrajnie bezsilny, upokorzony niemożnością używania magii oraz złapania stukniętego czarodzieja. Mogę tylko zgrzytać zębami obserwując podniebne loty tego wariata. Który nic nie robi sobie z mojej złości.
- A figę! Nikt stąd nie wyjdzie aż do rana! - Staruszek brnie w zaparte, nie przejmując się swoimi nieproszonymi gośćmi. I kiedy już się wydaje, że będzie tak bez końca latał nam nad głowami, to… mężczyzna nagle znika. Zostawiając mnie w niemym osłupieniu.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   01.04.17 19:48

Słabość człowieka nie tkwiła w nim samym. Słabością byli inni ludzie, bliscy, których trzeba było chronić za wszelką cenę. Za których oddałoby się życie. Ciało jak i umysł nie były ułomnościami, bo jeśli miało się dla kogo żyć i dla kogo walczyć, nic nie stało na drodze do osiągnięcia sukcesu. To uczucia zdradzały gdzie trzeba było uderzyć, by zabolało najmocniej. Yaxley'owie zdawali sobie z tego sprawę i nigdy nie pozwalali, by ktokolwiek wiedział, co myśleli. Ich wrodzone wyodrębnienie jedynie pomagało im to osiągnąć. Morgoth przekonywał się z tym z każdym kolejnym dniem, każdego następnego uczył się, że nie tylko słabość tkwiła w najbliższych. Świadomość i umiejętność ich obrony stanowiła, że człowiek był mocniejszy. Siła i równocześnie drzemiąca słabość w tym samym miejscu. Można było powiedzieć że to niemożliwe. Jeśli ktoś tak uważał, mylił się. Dobro bliskich było jego głównym motywatorem do podejmowania drastycznych działań. A jednak wydawało mu się zawsze, że to potrafił ich bronić. Nie tak jak jego ojciec, ale że był w stanie zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. Nie zdawał sobie wtedy sprawy z tego, że pojawi się ktoś jeszcze, kto zaburzy jego wiarę w wierność jedynie Yaxley'om. Ale ten czas już przeminął, dzięki tego co się wydarzyło uświadomił sobie własne niedoskonałości, a co za tym szło mógł to naprawić.
Podniósł spojrzenie na przelatującego przed nim starca, który wydawał się jak zamknięte w klatce zwierzę. Nie wiedział co zrobić z większą przestrzenią. Usłyszał za plecami rzucone przez Burke'a zaklęcie, ale najwidoczniej nic nie dało, skoro stary czarodziej nie wydawał się wcale przejmować tym, że mężczyzna uniósł różdżkę. Nie było sensu próbować go w żaden sposób ściągać na ziemię, bo najwidoczniej znał to miejsce jak własną kieszeń. Gdy razem z Burke'm weszli na górę, ukrył się z łatwością za jednym z urządzeń znajdujących się w laboratorium, a chwilę później przeniósł się zupełnie gdzieś indziej. Jego towarzysz próbował przemówić mu do rozsądku, ale Yaxley wiedział, że to raczej nic nie da. Skoro wydarł się na nich już an wstępie, nie znając ich zamiarów zapewne zwykła prośba nie miała zrobić na nim wrażenia. Zrobił jednak wrażenie na opiekunie smoków, gdy nagle zniknął. Morgoth odwrócił się, by zbiec po schodach i stanąć przy zamkniętych drzwiach. Dokładnie przy tych samych przez które wszedł. Ani magia, ani siła fizyczna nie zamierzały pomóc mu ich otworzyć. Przeklął w myślach starca, który sprowadził na nich tę sytuację. Rozejrzał się po wnętrzu, próbując dostrzec coś, co mogłoby dać im przewagę, ale prócz dziwnych przyrządów, nie dostrzegał nic godnego uwagi. Skrzyżował spojrzenie ze swoim towarzyszem, ale nie zastanawiając się dłużej przeszedł na drugą stronę laboratorium, szukając innego wyjścia. Morgo przystanął w pewnym momencie, zastanawiając się nad jedną rzeczą. Nic nie zaszkodziło spróbować. Cichy szept Dissendium przerodził się za chwilę w skrzypienie gdzieś z przodu. Ruszył tym śladem i nie trwało długo nim odkrył, skąd dochodził.
- Burke! - zawołał kompana, stojąc przed otwartą w podłodze klapą, z której zionęła ciemność i zapach ziemi. Zerknął na Quentina, po czym zaczął schodzić po drewnianych schodkach.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   09.04.17 16:55

Zgodziłbym się z każdą myślą Morgotha. To właśnie ci bliscy stanowią największą słabość każdego człowieka. Nikt nie rani tak mocno jak ktoś, na kim nam zależy. Wróg jeśli chce uderzyć - uderza właśnie w nasz skarb wiedząc, że dla niego jesteśmy gotowi na wszystko. To takie proste! Za to trudniejszym zadaniem jest żyć tak, żeby nikogo do siebie nie dopuścić. Stracić wszystko i wszystkich oraz nie mieć już nic więcej do porzucenia. Tylko ktoś taki mógłby być prawdziwie silnych. Niestety niewiele osób decyduje się na podobne życie. Jest ono udręką, wieczną samotnością, pustką bez wyjścia. W każdym postępowaniu cena okazuje się być wysoka. Wszystko sprowadza się do wyborów, których natura ujawnia się dopiero z czasem - nigdy do końca się nie przewidzi ich późniejszych konsekwencji. Ja wiem, że w każdej z tych sytuacji byłbym słaby. Nie urodziłem się ani potężnym czarodziejem, ani silnym mężczyzną. Jestem zwyczajnie sobą. I chociaż codziennie staram się zwalczać własne słabości, rzadko kiedy mi się to udaje. Tak widocznie musi już być - wieczna walka o własną duszę. Nawet teraz czuję się bezsilny nie mogąc dosięgnąć staruszka, nie mogąc przełamać jego uroku. Aż on znika, pozostawiając nas samych sobie. W chatce, w środku lasu, bez wyjścia, bez możliwości teleportacji. Ze zdziwieniem na twarzy oraz złością w żyłach. Oglądam się na ciebie Yaxley, szukając wyjaśnienia w twoim spojrzeniu. Jednak zrywasz się na dół. Niespiesznie podchodzę do barierek oraz wychylam się w celu ujrzenia twoich zmagań. No tak, drzwi zamknięte na amen. Prostuję się rozglądając po pomieszczeniu. Naprawdę, żadnych okien, z których moglibyśmy wybić szyby? Jeśli nie za pomocą magii, to z mocą krzesła powinniśmy dać radę… schodzę na dół, poirytowany. Zastanawiam się jak inaczej moglibyśmy stąd uciec kiedy słyszę nawoływanie. Przyspieszam kroku stając tuż przed przejściem w dół. Ciemnym przejściem. Ostatni raz rozglądam się wokół, jak gdyby miała nas zaatakować cała chmara postrzelonych starców, aż wreszcie udaję się za tobą. Pełen obaw - jak to przed nieznanym, ale idę, wierząc, że dojdziemy do miejsca, skąd udałoby się uciec przed tym przeklętym budynkiem.
Schodzimy niemal całą wieczność po tych drewnianych schodkach; czuję coraz większy zaduch, ciężkie, ale ciepłe powietrze przesycone zgnilizną oraz wilgocią. Krzywię się, chociaż nie widzimy absolutnie nic. Wreszcie dotykamy stopami twardego podłoża - innego od stopnia łączącego górę z dołem. Prawdopodobnie znajdujemy się w piwnicy.
- Lumos - mruczę, chcąc się dowiedzieć czy tutaj magia działa. O dziwo na końcu różdżki pojawia się niewielka smuga światła. Niestety daje ona niewielką widoczność. Widzę ciebie oraz kontury przedmiotów ustawionych wzdłuż kamiennych ścian. To meble? Nie umiem powiedzieć. Chyba stanowią wąski korytarz biegnący na przód. - Idziemy? - dopytuję. Może powinniśmy spróbować stąd się teleportować, chociaż… to światło jest na tyle nikłe, że nie wiem, czy zakłócenie magii nie ofiaruje nam przypadkiem rozszczepienia w gratisie. Nie zastanawiam się nad tym minuty, kiedy słyszymy dziwne szuranie oraz później huk, jak gdyby coś spadło. Od razu celuję różdżką w tamtą stronę otwierając szerzej oczy.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   16.04.17 14:14

Od klapy chłonęło zimnej. Chłodny powiew owiewał stojącego nad nią Morgotha, gdy patrzył uważnie w jej środek, zastanawiając się jak to w ogóle możliwe, że dało radę ją otworzyć. Teoretycznie nie powinno otworzyć się żadne przejście. Ale może była to droga ucieczki, która była obłożona innymi, potężniejszymi zaklęciami zabezpieczającymi w razie wypadku? Może to właśnie do niej przeniósł się czarodziej, gdy się teleportował? Nie było to wcale niemożliwe. Chyba że ukrył takich przejść jeszcze kilka, ale wtedy otworzyłyby się razem z klapą pod siłą magii. Chociaż w tym szalonym momencie nie miało to większego znaczenia. Wiedział, że nie miał zamiaru siedzieć tutaj całą wieczność i czekać na nieznane. Musiał podjąć jakąś decyzję i to była właśnie ona. W końcu bierność to też był wybór i to najgorszy z możliwych. Poczuł obecność Quentina przy swoim boku i w pewnym sensie zadowoliło go to, że trafił tutaj właśnie z lordem Burke, a nie z kimś innym. Samemu też zapewne nie byłoby najlepiej, szczególnie gdy zamierzało się wejść w ciemną otchłań, o której nic się nie wiedziało. Jeśli mężczyzna nie zamierzał trafić go zaklęciem prosto w plecy, było dobrze. Obaj musieli się stąd wydostać, a to powodowało, że nawet wrogowie zawarliby cichy sojusz, zdając sobie sprawę, że jeden potrzebowałby drugiego, by osiągnąć swój cel. Odpowiednie zaklęcie rozproszyło mroki i ukazało drewniane schody w głąb. Słyszał jak drewno pracowało pod jego ciężarem, a chwilę później również i pd kroków Burke'a. Czuć było ziemię i woń charakterystyczną dla rzecznego mułu. Może była to ta wilgoć? Sam nie był pewien, ale nie zatrzymywał się. Quentin miał rację. Musieli dotrzeć do piwnicy, gdzie czarodziej gromadził przeróżne przedmioty. Może prowadził nielegalne lub niebezpieczne badania? Mało było szaleńców gotowych do ryzyka? A akurat o szaleństwie Morgoth wiedział bardzo wiele. Przed zejściem na sam dół jego różdżka zawahała się, a potem zaklęcie straciło swoją moc. Jednak to jego towarzysz rzucił je ponownie, zanim Yaxley zdążył zareagować. Podążył spojrzeniem w stronę podziemnej jamy, która im się pokazała. Chyba widział rząd mebli, ale byli zbyt daleko, a światło było zbyt nikłe. Sprawnie mruknął to samo zaklęcie i mroki ponownie rozproszyły się, ale nie na dobre. Nie odpowiedział na pytanie Burke'a. Nie mieli wyboru, a to było oczywiste by pójść dalej. Wolał nie ryzykować rozszczepieniem, więc i tutaj się zgadzali. Postąpili kilka kroków w przód, gdy kawałek dalej rozległ się hałas. Przypominało to upadek wielkiej księgi. Lub ciała. Z Quentinem przy boku Morgoth zaczął się kierować naprzód, uważając na wszystko, co mogło ich zaskoczyć. Zatrzymał się na chwilę, chyba dostrzegając czyjś nikły zarys. Gdy tylko to zrobił, coś odwróciło się w ich stronę, a dwa świetliki, najprawdopodobniej oczy, zaświeciły mocno i zniknęły. Ktoś lub coś próbowało uciec. - Immobulus! - krzyknął Yaxley. Stworzenie zniknęło za zakrętem podziemnego korytarza, a Morgoth nie zastanawiając się, popędził w tym samym kierunku. Już i tak nie było odwrotu, a to była jedyna droga. - Ignitio! - ponowił czary, by ognista pięść rozświetliła im mrok. Przed nimi rozjaśniał powiewający płaszcz, chociaż stwór poruszał się dziwnym krokiem. Nie wiedział czy Burke za nim pobiegł, ale ufał, że nie odstępował go na krok. Nagle gwałtownie się zatrzymał, gdy przed jego nogami wyrosła głęboka jama, której koniec nikł w ciemnościach. Zachwiał się, a chwila dzieliła go od upadku.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 http://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 http://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 http://www.morsmordre.net/f284-durham-posiadlosc-nad-wear http://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
20
0
0
10
17
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   02.05.17 11:04

Na przemian zimno oraz gorąco. Ciemność oraz jasność. Schodzenie w dół trwa wieki, stanie na dole również. Niepewność, strach, adrenalina. Dłoń lekko drży, mięśnie pracują, serce przyspiesza rytmu. Rozglądam się z całą swoją mocą, chcąc zmusić zmysł wzroku do współpracy. Ogarnia mnie zwątpienie, którym nie dzielę się na głos. Podchodzę trochę bliżej do rzekomych mebli - są nimi w rzeczywistości. Mocno zakurzonymi. Przejeżdżam po jednym z nich palcem, krzywiąc się na zastany na opuszku ślad brudu. Strzepuję go z siebie, mocniej przyglądając się nieznanemu korytarzowi. Teraz mogę, skoro dołącza do mnie kolejny lumos. Jest długi, przerażający swoją tajemniczością. Zerkam na ciebie pytająco, kiedy właśnie pobrzmiewa huk. Różdżka na wyciągnięciu ręki kieruje się w stronę źródła harmidru. Kolejne, ostatnie skrzyżowane spojrzenie. Widzę już tylko twoją sylwetkę biegnącą do przodu.
Zrywam się za tobą, próbując dogonić, ale chyba obstawiam tyły. Zresztą korytarz jest zbyt wąski na wymijanie się. Tylko w tym stanie trudniej rzuca się zaklęcia - mogę omyłkowo trafić cię w plecy. Przeklinam w duchu całą tę sytuację, ale nie przestaję w biegu. Próbuję wypatrzeć co takiego przed nami ucieka. Odgłosy ucieczki stają się coraz mocniejsze - dudnienie szybkich kroków obija się o ściany wokół. Szukam dookoła jakiejkolwiek wskazówki, inspiracji do powzięcia następnych kroków. Wreszcie widzę fotel wetknięty aż pod sam sufit.
- Mobiliarbius - mówię szybko, starając się z równym refleksem przenieść mebel wprost na uciekiniera. Widzę, że zarówno immobulus jak i ignitio działają, chociaż niebywale słabiej w porównaniu do ich rzeczywistych efektów. Moje przenoszenie tak jakby dostosowuje się do nich, dzięki czemu przedmiotowi udaje się spaść na tajemnicze coś. Dzięki temu nie musiałem próbować strzelać w prześwity między Morgothem a ścianą, co z pewnością nie powiodłoby się w takim stopniu, w jakim sobie tego życzyłem.
Zatrzymuję się widząc walczącego z ciężarem… człowieka? Nie poznaję, w każdym razie przestępuję do przodu dociskając fotel swoim ciałem, przez co ten ma utrudnioną ucieczkę.
- Kim jesteś? Co tu robisz? Jak się stąd wydostać? Teraz - cedzę przez zaciśnięte zęby. Wraz z rzucaniem zaklęć zniknęło światło, nie widzę więc z kim mam do czynienia. Coś mi jednak podpowiada, że odnaleźliśmy zaginionego staruszka. Tylko co on tu robi?




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium w lesie   19.06.17 18:49

Gdyby nie trzeźwość umysłu zapewne nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Na szczęście mężczyzna zareagował w porę i rzucił zaklęciem prosto przed siebie, równocześnie ściągając go na bezpieczną odległość od zimnej, chłonącej ciemnością jamy, która nagle rozstąpiła się przed Yaxley'em. Postąpił lekkomyślnie, nie biorąc pod uwagę terenu, ale nie miało to znaczenia w tej chwili. Wiedział, że postąpił jak ostatni głupiec, ale najważniejszym w tym momencie było wydostanie się na zewnątrz. Przy okazji oczywiście ścigali domniemanego stwora lub czarodzieja, który przemienił się w dziwaczne zwierzę. Wszystko to jednak prowadziło ich ku jakiemuś celowi, którego może nie znali, ale nie mieli chwilowo nic innego do roboty. Gdy znowu stanął na twardym podłożu, poczuł jak rana na lewym ramieniu jeszcze niezagojona zaszczypała go paskudnie, gdy kilka oparł się mocno o ścianę. Syknął cicho, pozwalając towarzyszącemu sobie mężczyźnie przejść dalej. Tamten sprawnie unieszkodliwił uciekającego stwora i już był przy nim. Morgoth przejechał kciukiem prawej dłoni po szramie po czym podłożył ją pod świecącą różdżkę. No, tak. Krew. Powinien jeszcze dzisiaj coś z tym zrobić. Sęk w tym że nie paliło mu się za bardzo. Ta przyszła blizna miała świadczyć o jego błędzie, którego nie powinien był popełniać, ale równocześnie przypominać o tamtej chwili. A musiał przyznać, że z uwagi na lady Parkinson nie zamierzał jakkolwiek wtedy o niej myślał. Podniósł spojrzenie na Quentina i ruszył w jego stronę oraz ich złapanego celu. Zatrzymał się, kucając przy szamoczącym się pod fotelem stworzeniem. Yaxley nie zareagował na widok, który przypominał mu tamtego szalonego staruszka, który trochę jakby nabrał jaszczurzych cech. Czy był animagiem, czy po prostu wyobraźnia płatała im figle? Pytania Burke'a odbiły się po podziemnym tunelu, niknąc w jego głębinach, ale równocześnie zaczęło sprawiać, że Morgoth miał wyrobić sobie zdanie o lordzie. Gdy było trzeba, mógł być silnym sprzymierzeńcem, a takich należało cenić. Szczególnie teraz. Śmierciożercę ciekawiło czy ów arystokrata również kiedyś miał stanąć w szeregach Riddle'a, bo jego rodzina wyznawała właściwe podejście. Skrzek jednak wybił go z rozmyślenia i po chwili szalony dziadek faktycznie stał się małą jaszczurką i zniknął w prawym rozwidleniu korytarza. Obaj lordowie pobiegli za nim, ale nie zależało im już tak bardzo na schwytaniu szaleńca. Zauważyli prześwit, który zaprowadził ich prosto do lasu. Gdy Morgoth wyszedł na świeże powietrze, zdał sobie sprawę, że słońce wschodziło. Czy oznaczało to, że w laboratorium panował inny czas? Jeśli tak powinien omijać to miejsce w przyszłości. Obrócił się, by zobaczyć wychodzącego za nim Burke'a. Obaj byli pokryci ziemią, a prócz na nowo otwartej ranie Yaxley'a nic im się nie stało. Dziwnego czarodzieja maniaka nie trzeba było szukać, gdy już się wydostali. Morgoth spojrzał na swojego towarzysza i nim zniknął w procesie deportacji, skinął mu głową na rozstanie.

|zt x2




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
 

Laboratorium w lesie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Tajemnicze miejsce w Zakazanym Lesie
» Dróżka w lesie
» Opuszczony ludzki Dom, głęboko w lesie. [+18!]
» Dom w lesie
» Stare laboratorium Hydry

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17