Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 śnieżny luty 1955

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/t4028-pokoj-deirdre#78458 http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
prostytutka
25
Czysta
Zaręczona

my ashes
become
steel


5
10
0
0
0
36
2
0
Czarownica

PisanieTemat: śnieżny luty 1955   09.12.16 20:48

Henry Bates nie należał do ulubionych gości kuszących wenusjanek. Wysoki i barczysty, o rozwianych złotych włosach i zielonych oczach, sprawiał jak najdoskonalsze pierwsze wrażenie - zadbany, czysty, nieawanturujący się - które jednak pryskało przy intensywniejszym kontakcie. Podobno skrywał nieprzyjemny sekret, którego jednak w pełni nie poznała żadna z kurtyzan, lecz poszlaki w postaci bolesnych zasinień, mogły naprowadzić na odkrycie tajemnicy.
Boleśnie obnażonej przed Miu każdego wieczoru, gdy na progu jej komnaty pojawiał się Bates. Wybierał ją, tylko ją, płacąc najwyższą cenę za milczenie i zgodę. Podyktowane nie tyle sakiewkami pełnymi galonów - podobno zdobytymi na nielegalnych wymianach handlowych z goblinami - co niewinnością prostytutki. Pracowała tutaj od niedawna i chociaż przewyższała swoje koleżanki pod każdym względem, to w jej czarnych oczach ciągle czaiła się perfekcyjnie ukrywana niepewność. Henry potrafił ją odkryć, a potem boleśnie łamać, raz za razem. Smukłe ciało należało do niego; pojawiał się regularnie, późnymi wtorkowymi wieczorami, które zawsze przebiegały w ten sam sposób; schemat cierpienia zadziwiająco banalny, zerwany jednak tej lutowej nocy, gdy po raz pierwszy Miu wyraziła swój sprzeciw.
Jednoznacznie, mocno, gwałtownie. Beznamiętnie i beznadziejnie zarazem; miała wrażenie, jakby jej pamięć zacięła się w pewnym momencie, bez końca odtwarzając wyłącznie kilka obrazów, zapętlonych w skupieniu na detalach. Woreczek z narkotykiem. Rozszerzone źrenice. Obłęd. Wykrzywione ze złością zakrwawione usta. Uniesiona dłoń. Ciemnobrązowy, skórzany pasek z lśniącą złotem sprzączką. Karmazyn zmiętej pościeli. Wilgoć pojawiająca się nagle w kącikach oczu i na krótkich, jasnych rzęsach mężczyzny.
Jego ciało tężało, drżało, a pasek zaciskał się coraz mocniej i mocniej, powodując podskórne wybroczyny. Widziała je dokładnie, pojawiały się jak po rzuceniu zaklęcia spowalniającego; piękne, fioletowiejące żyły, skontrastowane z białą skórą i przerażonymi, piwnymi oczami, których tęczówki powoli mętniały, zasnute dziwną, fascynującą mgłą, rozlewającą się w końcu po przekrwionych gałkach ocznych i wprowadzającą spustoszenie w źrenicach. Nie liczyła sekund, nie czekała metodycznie na ustanie akcji serca; kurczowo zaciskała palce na pasku aż zaczęły boleć ją dłonie, łokcie i ramiona. Dopiero wtedy, gdy dyskomfort stał się nieznośny, puściła skórzany materiał i wzięła głęboki, chrapliwy oddech, prostując się na jego martwym ciele. Działała jak w transie; nie czuła ani wyrzutów sumienia ani strachu, dziwnie obojętna na to, co właśnie się stało. Jedynie organizm reagował tak, jak powinien, zupełnie odseparowany od zdyscyplinowanego umysłu. Cała drżała, zimny pot ściekał po jej plecach i nagle poczuła gwałtowne mdłości. Uniosła dłoń do poranionych pocałunkami ust, czując żelazny smak krwi, osiadający na języku, lecz skutecznie powstrzymała żołądek podjeżdżający jej do gardła. Ciało pod nią dalej było ciepłe, miękkie, obrzydzające właściwie bardziej niż sama śmierć. Czy niektóre organy ciągle pracowały, jeszcze nie poinformowane o zgonie właściciela? Czy mózg już przekwitał i gnił? Czy włożona w martwą dłoń różdżka zalśniłaby jeszcze odrobiną magii?
Deirdre chwiejnie podniosła się z mężczyzny, lecz zamiast wykonać zwycięski krok obok łóżka - przetrwała, przeżyła, wygrała z agresorem - zachwiała się gwałtownie i finalnie skończyła tłukąc kolana o dębowy parkiet, do którego po chwili przyciskała także gorące czoło. Musiałą się opanować, musiała myśleć: tak jak zawsze, spokojnie, bystro, od razu wyszukując najsensowniejsze rozwiązanie. Skuliła się więc w prawie pozycji embrionalnej i wzięła kilka głębokich oddechów, niemalże krztusząc się ciągle wyczuwalnym, ciężkim aromatem wody kolońskiej, po czym chwiejnie sprowadziła się do pionu, od razu kierując się w stronę wiktoriańskiej komody, z której wyciągnęła jeden z pustych pergaminów. Wiedziała już, kogo musiała tutaj ściągnąć: listownie, nie przez kominek; potrzebowała maksymalnej dyskrecji, maksymalnego zaufania i maksymalnego profesjonalizmu. Działała metodycznie, wręcz nieludzko. Dopiero w momencie, w którym uchylne okno przestronnej łazienki zamknęło się z trzaskiem za wylatującą, szara sową, Dei mogła bardziej skoncentrować się na swoim stanie. W wysokim, bogato zdobionym lustrze, widziała półnagą siebie. W opłakanym, niekuszącym stanie. Zerwane ramiączko koronkowego biustonosza przekreślało smętnie jej obojczyk; poza tym miała na sobie jedynie pas i pończochy, dziwnie nienaruszone, perfekcyjnie zdobiące kolumny smukłych i długich nóg. Tak samo jak fioletowa, sina obręcz męskich dłoni podkreślała biel jej szyi, przechodząc w wściekłą czerwień nieco wyżej na uderzonym policzku. Dolna warga karminowych ust nabrzmiała od ugryzienia, ale poza tym...wszystko było w porządku.
W końcu. Nareszcie. Tsagairt odetchnęła ponownie, odruchowo przesuwając dłońmi po biodrach, brzuchu i piersiach. Żadnego złamanego żebra. Żadnego wywichniętego barku. Żadnego podbitego oka, krwistych śladów na plecach, gorzkiego upokorzenia, rozlewającego się po jej ciele gorącą falą, trudną do wyciszenia i ochłodzenia; falą paraliżującą ją jeszcze długo po tym, gdy drzwi Wenus zatrzaskiwały się za Henry'm, a ona starała się nie płakać z bólu i obrzydzenia. Do samej siebie; teraz czuła je jedynie w stosunku do ciała, leżącego na wielkim łóżku. Oparta o framugę bocznych drzwi, prowadzących do luksusowo urządzonej łazienki, widziała je dokładnie. Zmrużyła oczy i chwiejnie ruszyła w bok, by zasiąść w wysokim fotelu. Skuliła się na nim; długie nogi podciągnęła do siebie a twarz ukryła w dłoniach; jedyne, co mogła obecnie zrobić, to czekać. I po raz pierwszy od dawna zaufać komuś bardziej, niż samej sobie.





carry me, hooting and howling, to the river to wash off my hands of the hot blood the sweat and the sand
x
Powrót do góry Go down
Daisy Mulpepper
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3999-daisy-mulpepper http://www.morsmordre.net/t4033-listy-daisy#78528 http://www.morsmordre.net/t4035-daisy#78567 http://www.morsmordre.net/t4034-daisy-mulpepper#78535
koroner
26
Półkrwi
Panna
she has that grave look
in her eyes like she is
constantly killing and
burying people in her
h e a r t.
2
5
16
8
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: śnieżny luty 1955   14.12.16 7:28

Dziób sowy zarysowuje oszronioną szybę, a ja - kolejne z rzędu całonocne czuwanie w półśnie - stęskniona zrywam się z rozmemłanej pościeli. Bose stopy obrastają kurzem, gdy moje zaspane ciało zmaga się z zamarzniętym mechanizmem okiennic, skrzypiących tak bardzo, że wwiercają się w me myśli i jestem w stanie słyszeć już tylko ten nieprzyjemnie intensywny akord, rezonujący boleśnie w rytmie drgania zbłąkanych, rozszczepionych w nokturnowym powietrzu promieni powoli budzącego się słońca. Moje spojrzenie - kwitnie w nim obficie nadzieja - zatrzymuje się na liście niechlujnie przywiązanym do zatopionej w śnieżnej dolinie nóżce. Nie znam tej sowy - ale przecież nie kojarzę żadnej z tych, których on używa - bowiem zawsze wysyła jakieś przypadkowe; nigdy jeszcze nie skorzystał ze swojej zbyt charakterystycznej płomykówki - rdzawy posłaniec za bardzo kontrastowałby z mrokiem Śmiertelnego.
Kolejny list o świcie - obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę na to, aby pospiesznie nakreślone słowa sprawiły, iż rzucę wszystko, byleby tylko skraść mu choć kilka chwil. Tylko że podwaliny tego postanowienia stopniały tak szybko jak wczorajsze krupy, bo ten łajdak znowu milczy - to już trzeci tydzień, odkąd się widzieliśmy, więc serce drży mi żałośnie (nie jestem w stanie go kontrolować), gdy łapczywie sięgam po niewielką kopertę, zachłannym gestem rozdzierając przemoczoną powłokę. A potem przecinam półmrok pokoju, sunąc różdżką po chropowatym pergaminie coraz wolniej - aż moja dłoń zupełnie zamiera, przytwierdzona do papieru; oświetlając tylko jedno zdanie.
Zdanie bynajmniej nie napisane ręką tej osoby, o której myślałam z początku, ale w tym momencie nie ma najmniejszego znaczenia, że to nie wiadomość od niego - poraża mnie treść listu. Myśli zdobywają mój umysł szturmem, gdy wciąż dziwnie spowolniona (trudno to nazwać szokiem - prędzej chwilowym rozstrojem we względnie poukładanej rzeczywistości) wrzucam epistolarny zwiastun kłopotów do pustej, szklanej wazy po zwiędłych jakiś tydzień temu kwiatach i podpalam czym prędzej, jakbym łudziła się, że spopielenie tejże nowiny wystarczy, by rozwiązać ciasno zaplątujący się na mojej szyi supeł problemów.  
Resztki zwęglonego pergaminu wciąż jeszcze się żarzą, kiedy deformuję sylwetkę, otulając się czarną płachtą. Ze swoistego rodzaju namaszczeniem (ta czynność pomaga mi się uspokoić i zaplanować dokładnie to, co powinnam zrobić) naciągam na ręce sięgające kościstych łokci rękawice z grubej skóry (niknące pod okryciem wierzchnim, zlewające się z nim kolorystycznie) i jeszcze tylko pozwalam na to, by kaptur skrył całkowicie mą twarz - jestem gotowa.
Za progiem naszej kamienicy teleportuję się wprost przed tylne wejście, o którym pisała Deirdre. Z trudem powstrzymuję się od biegu, uporczywie powtarzając sobie, że niczego tym nie przyspieszę, a mojego jedynie spaprać tę całą… akcję? Przede wszystkim muszę być tylko cieniem sunącym po krwistej czerwieni rozciągniętej wzdłuż zdających się nie mieć końca korytarzy; rozmytym bez-kształtem, po którym przypadkowe spojrzenie jedynie się prześlizgnie - nigdy nie postąpiła tu moja noga, ta wersja ma obowiązywać aż do momentu, gdy wrócę tu za jakąś godzinę - już oficjalnie - na miejsce zbrodni jako koroner.
Postrzępione myśli nie dają mi spokoju (wciąż nie potrafię zrozumieć, jakim cudem Deirdre - piekielnie zdolna, piekielnie ambitna, piekielnie bystra - znalazła się w burdelu; ani dlaczego dokładnie dwadzieścia osiem minut temu zgasiła ludzkie istnienie), jednak zastygają, jakby ktoś trafił w nie Immobulusem, gdy tylko odnajduję właściwy pokój.
Obrzucam uważnym spojrzeniem scenerię śmierci, przez dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na męskim ciele, jednak przede wszystkim interesuje mnie ona - bez słowa podchodzę do Deirdre, dokonując pospiesznych oględzin jej naznaczonego fioletem ciała, skamieniałego w skulonej formie. - Skurwiel - wyrywa mi się, gdy dostrzegam siną obręcz zakleszczającą się na jej szyi intensywną barwą, mogącą powstać tylko na skutek długotrwałego podduszania. Delikatnie dotykam jej kości policzkowej - tak, aby nie naruszyć czerwonego piętna, odciśniętego najpewniej szybkim i mocnym uderzeniem w twarz - i okrążam promień bólu, zatrzymując się na jej podbródku - unoszę go odrobinę, by zmusić Deirdre do spojrzenia mi w oczy. - Nie zasłużyłaś sobie na to, co cię spotkało - może to oczywistość, ale chcę, by wiedziała, że nie pomyliła się, wysyłając do mnie sowę. Naprawdę może mi ufać - jestem po jej stronie. Nawet (przede wszystkim?) teraz. - On tak - dodaję, a przed oczami mam tylko grę kolorów na bieli kruchego ciała Dei. - Zajmę się tym - cicha obietnica, głośne myśli. Spoglądam w stronę ogromnego łóżka i zaczynam tworzyć układankę.


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/t4028-pokoj-deirdre#78458 http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
prostytutka
25
Czysta
Zaręczona

my ashes
become
steel


5
10
0
0
0
36
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: śnieżny luty 1955   19.12.16 20:41

Dłonie, osłaniające bladą twarz, nie miały służyć ochronie przed nieprzyjemnym widokiem nagiego, martwego ciała, zadziwiająco dobrze wpasowującego się w skołtunioną satynową pościel. Deirdre nie czuła mdłości wywołanych wyrzutami sumienia, nie czuła też strachu, paniki ani najdrobniejszego niepokoju. Właściwie każda emocja, jaką jeszcze niedawno od razu połączyłaby równoważną linią z absurdalnie abstrakcyjnym pojęciem morderstwa, wydawała się obecnie poza jej zasięgiem. Niedorzeczna, niepasująca, obca. Jedyne, co pęczniało gdzieś pod chłodną, naznaczoną siniakami skórą, zaklasyfikowałaby raczej jako obojętność. Tą z tych złowrogich, czyszczących duszę z jakichkolwiek słabości, co paradoksalnie czyniło człowieka niezwykle kruchym. I choć palce, jakimi zakrywała twarz, ciągle drżały z podjętego niedawno wysiłku, to chroniły ją nie przed spojrzeniem na to, czego dokonała, skazując się na moralne potępienie, ale przed dość prowizoryczną chęcią działania. Instynkt pracoholiczki z niezadowoleniem szarpał postronki nerwów, nakazując wziąć gorącą kąpiel, wyrzucić brudną pościel, zmienić porwaną bieliznę, ponownie ułożyć włosy w kunsztowny, japoński kok i pozbyć się zwalistego cielska mężczyzny z wygodnego materaca. Powstrzymywała te rzeczowe podszepty, wiedząc, że nie powinna drgnąć ani o cal. Po coś przecież nakreśliła krótką prośbę, przyzywając tutaj jedyną osobę, posiadającą magiczną moc zmiany rzeczywistości. Nie cofnięcia czasu, tego wcale nie chciała, Bates powinien już dawno opuścić ten świat, realizując swoje fantazje na drugiej stronie burzliwej rzeki grzechów śmiertelnych. Posłała go tam z radością, lecz niestety bez doskonałego planu. Działała instynktownie, prymitywnie, brzydko. Uwłaczało jej to i oprócz pracoholizmu odzywała się także ambicja, zażenowana niskim występkiem, z którym nie mogła poradzić sobie sama. Potrzebowała kogoś mądrzejszego, bardziej doświadczonego i - co najważniejsze - kogoś, komu mogła powierzyć tak ciężki sekret bez obawy, że kiedyś zostanie wykorzystany przeciwko niej. W pierwszej, szaleńczej chwili pomyślała o Cassandrze, ale nie chciała i nie mogła ryzykować bezpieczeństwem Vablatsky. Ciągle jeszcze wierzyła także w siłę biurokracji, w bezwzględną maszynę przepisów, protokołów i dowodów, przemielającą codzienność na płaskie pergaminy zapisane drobnym pismem. Także tym, wychodzącym spod ręki Daisy. Równie ambitnej i drobiazgowej, równie drobnej, pojawiającej się niezawodnie w kilkanaście minut po wysłaniu drżącego listu. Kilkanaście godzin? Deirdre straciła wyczucie czasu, zerkając przez palce na wchodzącą...istotę. Równie dobrze mógł być to kolejny klient, lecz gdy osoba podeszła od razu do niej, nie kłopocząc się histeryczną reakcją na urokliwy, trupi obrazek, wiedziała już, że ma do czynienia z Mulpepper. Brudnokrwistą profesjonalistką; w tym jednostkowym przypadku to ten drugi człon przeważał, prawie całkowicie zacierając szemrane pochodzenie Daisy.
Tsagairt posłusznie, obojętnie podniosła głowę, praktycznie nie czując chłodnych dłoni kobiety, przesuwających się po jej twarzy. Kontrolnie, medycznie; równie dobrze mogła wsunąć smukły palec pomiędzy spuchnięte wargi lub dotknąć białka oka: zapewne nawet nie mrugnęłaby, zbyt obojętna, zbyt zdystansowana, by zareagować w jakikolwiek sposób. Po raz pierwszy odpłynęła tak daleko od rzeczywistości, dokładnie wpisując się w książkowy przykład szoku. Na szczęście ten spłynął na nią jeszcze przed atakiem skrajnych emocji i mogła prezentować Daisy swoją posłuszną, pokorną stronę. Bezwładnie opuściła nagie nogi na podłogę; gruby dywan stłumił głuche uderzenie a Dei równie obojętnie poprawiła urwane ramiączko stanika, poświęcając swojemu skromnemu strojowi więcej uwagi niż brunetce. Przynajmniej w pierwszej chwili; dopiero po kilkudziesięciu dobrych sekundach powróciła zadziwiająco trzeźwym wzrokiem do Mulpepper, marszcząc równe brwi i zaciskając spuchnięte usta w wąską linię.
- Naprawdę sądzisz, że mogłam chociaż przez chwilę pomyśleć, że na to zasłużyłam? - spytała ostro, nieprzyjemnie. Jej głos zazgrzytał nieatrakcyjnym echem i dopiero odbicie zniechęconego tonu przywołało Dei do względnego porządku. Nie przywykła do podziękowań i nawet w tak skrajnej sytuacji nie rozpoczęła żadnej dziękczynnej litanii, chwiejnie wstając z fotela, by przystanąć obok brunetki i tylko drżenie roznegliżowanego ciała mogło sugerować tragiczny stan psychiczny, schowany z dokładnością milimetra pod maską chorobliwej obojętności. - Myślisz, że zdążył dojść? - spytała bezceremonialnie a paznokcie prawej dłoni wbiły się w gruby materiał na przedramieniu Mulpepper - z paniką, jaka nie była w ogóle widoczna w czarnych oczach Tsagairt, wpatrzonych teraz w o dziesięć centymetrów niższą kobietę z dziwną nieprzytomnością. Skrzywiła się lekko do własnych myśli i ponownie powiodła spojrzeniem w kierunku łóżka, tym razem wolną dłonią machinalnie gładząc posiniaczoną szyję. - Pewnie tak, naprawdę to lubił - dodała ciszej, praktycznie szeptem, a obrzydzenie pulsowało z każdej zgłoski, dziwnie stłumionej przez własną dłoń, zaciskającą się na gardle. Zabolało, ale palce nie odsunęły się pod fioletowych miejsc. Deirdre zachowywała się dziwnie, niepoczytalnie, w niczym nie przypominając kobiety, jaką mogła poznać Daisy przed laty lub - nawet! - na korytarzach Ministerstwa.





carry me, hooting and howling, to the river to wash off my hands of the hot blood the sweat and the sand
x
Powrót do góry Go down
 

śnieżny luty 1955

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Śnieżna Księżniczka
» Śnieżna Kraina za lasem
» Szafa Nieśmiałka - pub
» ,,Na ostrych krawędziach decyzji można się nieźle poślizgnąć. ''
» 10.07.1955 r.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17