Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 sylwester 1949

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: sylwester 1949   07.01.17 19:53

- Piękne panie, wspaniali panowie, damy i lordowie, szanowni goście naszej rezydencji...przed nami jeszcze kwadrans szampańskiej zabawy w mijającym roku! Najdrożsi, wykorzystajmy te ostatnie chwile, by w pełni...
Benjamin Wright nie mógł usłyszeć, co dokładnie powinien przeżyć w pełni po raz ostatni w tym błogosławionym roku, bowiem resztę wypowiedzi ubranego w elegancki frak konferansjera zagłuszył tusz orkiestry. Przerwanie prowadzącemu wieczór elegancikowi publiczność przyjęła z aplauzem, od razu powracając do tańca. Szalona fala kolorowych sukien, długich trenów, nieco ekstrawaganckich kamizelek i jedwabnych koszul przesunęła się spod baru i spomiędzy złoto zastawionych stolików prosto na parkiet. Ktoś wesoło chichotał, ktoś podniesionym głosem perorował o polityce, ktoś złośliwie szeptał na temat wyzywająco głębokiego dekoltu pewnej celebrytki, ktoś - mocno spowolniony wypitym alkoholem - dokańczał słowa konferansjera donośnym w pełni, w pełni, jak wilkołaki!, co wywołało kolejną porcję śmiechów. Fioletowe, srebrne i błękitne świece wirowały nad tłumem, francuska orkiestra, wynajęta specjalnie na ten wieczór, wygrywała kolejną skoczną melodię. Wokół wirowały znane pary; kilkoro liberalniejszych szlachciców ze swoimi partnerkami, znani dziennikarze Proroka i Czarownicy, modelka pozująca do serii kontrowersyjnych obrazów, krewni ministra, goście z zagranicy. Feeria barw, kształtów, dźwięków, zapachów; feeria sycąca zmysły, rozkojarzająca wzrok, napełniająca tą specyficzną, sylwestrową radością, trudną do pomylenia z jakąkolwiek inną.
Ale Benjamin Wright - w eleganckim smokingu, przepasanym zdobionym pasem hiszpańskim - nie zwracał uwagi na cały ten blichtr, skupiony wyłącznie na jednej gwieździe; jedynej gwieździe, błyszczącej na nieboskłonie jego miłości. Albo marzeń. Albo czegoś równie romantycznego, czego nie mógł pojąć i czego z pewnością nie mógłby zwerbalizować, ograniczony niedoborem słownictwa. Harriett stała tuż obok, wysmukła, wysoka, zachwycająca; jego Harriett, z błyszczącym błękitem pierścionkiem zaręczynowym na drobnej dłoni, którą nagle ujmował, by poprowadzić ją przez szczęśliwy tłum w stronę stolików. Przeciskał się przez tańczących, dbając o to, by nikt nawet nie musnął jego partnerki, nie mówiąc już o jakimś potrąceniu. Nie szło mu to jednak zbyt szybko: co chwila ktoś przystawał, zagadywał, i nawet jeśli byli to fani Jastrzębi, zachwyceni tegorocznym zwycięstwem, to i tak ich wzrok od razu przesuwał się na towarzyszącą mu półwilę, co wzbudzało w Benjaminie jednocześnie szaleńczą dumę jak i słodką irytację. Zdążył już do niej przywyknąć; odkąd Harriett przyjęła jego oświadczyny, samcze zapędy do roztrzaskania głowy każdemu mężczyźnie, który obdarzył Hatsy spojrzeniem dłuższym niż trzy sekundy, wyciszyły się. Już nie musiał walczyć. Hattie należała już do niego, a on należał do niej. Na zawsze.
- Jeśli ten goguś z ministerstwa jeszcze raz podejdzie, żeby spytać, czy nie wystąpisz na ślubie jego córki, to przysięgam na miecz Godryka, że potraktuję jego głowę jak tłuczek - mruknął, ale nie było słychać w jego głosie niezadowolenia. Wyłącznie lekka żartobliwość, przeradzająca się w wygłodniałą czułość, gdy zerkał z boku na Harriett. W końcu udało im wydostać się z parkietu i mogli na sekundę przystanąć przy jednej z kolumn. Ben nie puścił jednak dłoni blondynki, zamykając szczuplutkie palce w swojej dużej, poznaczonej odciskami, dłoni. Spojrzał na nią, unosząc lekko brwi, pytająco. Ulotnijmy się stąd, Hatsy. Nie musiał werbalizować swojej propozycji, jaką przekazywał jej właściwie od początku wieczoru. Wolałby spędzać tego sylwestra tylko z nią, w hotelu, ale nie upierał się. Obydwoje mieli przecież pewne społeczne zobowiązania, których nie mogli wypełniać półnago w łóżku. Chociaż natrętni dziennikarze na pewno bardzo by tego pragnęli.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: sylwester 1949   12.01.17 19:04

Miniony rok był dobrym rokiem, lepszym - to w ogóle możliwe? - od poprzedniego i jednocześnie gorszym od nadchodzącego, który miał przynieść same najcudowniejsze chwile, nie miała co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. Czasem wciąż łapała się na myśli, że wszystko było zaledwie pięknym snem, z którego obudzi się w najmniej odpowiednim momencie, chłodna rzeczywistość nie znała przecież tak oszołamiających barw, w których malowali swoją bajkę, barw znaczących odświętne stroje par, wśród których lawirowała z wdzięcznym uśmiechem rozciągającym usta, jednocześnie jakby nie dostrzegając mijanych osób, będących zaledwie elementem szczegółowo zaplanowanej scenografii. Kąciki karminowych warg drgnęły w rozbawieniu, gdy natchniona przemowa konferansjera doczekała się zakończenia skojarzonego z wilkołakami, chociaż zapewne sama byłaby nie mniej skłonna rzucać podobnymi żartami, gdyby tylko wypity na przyjęciu szampan donośniej zaszumiał jej w głowie.
Uwielbiała ten słodki harmider, jaki panował naokoło niezależnie od tego, gdzie się pojawiali - oni, ulubieńcy blasku jupiterów, duet znajdujący się pod czujnym okiem fotoreporterów właściwie już od pierwszej, wspólnie wypitej herbaty w jednej z londyńskich kawiarenek. Niewzruszeni złośliwymi artykulikami, które wróżyły im nieszczęścia w ilości hurtowej i tylko wyczekiwały ze strony Wrighta pierwszego spadku formy wywołanego stałą obecnością młodej gwiazdki, kapryśnej półwili idealnie nadającej się do robi zabójczego dla kariery sportowca dystraktora, rozczarowali okrutnie wściekłe pismaki i doczekali aż do etapu powtarzających się pytań o potwierdzenie daty ślubu - kwitowanych enigmatycznym uśmiechem i zbywającymi półsłówkami. Zgiełk nie peszył Harriett, dawno już oswoiła się z materializującymi się nie wiadomo skąd fanami, by emanować niemalże odrealniającą ją pewnością siebie: gdy i tego wieczoru zza mężczyzny w grafitowym fraku i towarzyszącej mu brunetki w burgundowej kreacji wychynął rozgorączkowany miłośnik Jastrzębi, który pomimo wyrażania uniesienia nad ostatnim meczem, podświadomie uciekał spojrzeniem w jej kierunku, po prostu uśmiechnęła się uroczo, nie do niego, a do Jaimiego, smukłą dłonią przyozdobioną akwamarynem przesuwając po ramieniu, które obejmowała. Duma i bezgraniczne oddanie mieszały się w lazurowych tęczówkach, chciała, by ten bezimienny młodzieniec tonął w zachwycie, by wszyscy biorący udział w przyjęciu sylwestrowym czuli kłującą zazdrość, by cały świat wiedział, że Benjamin Wright ma wszystko.
- Och, nie bądź taki, Jaimie, nie powiesz mi chyba, że sam nie chciałbyś gościć prawdziwej nimfy na ślubie swojej córki - odpowiedziała roześmianym głosem, nie potrafiąc z pełną powagą bronić motywów kierujących planującym uroczystość urzędnikiem. Przyjemne ciepło promieniowało z okolic jej splotu słonecznego, zupełnie z niewiadomych powodów, gdy wypowiadała dwa ostatnie słowa. Jego córka, ich córka, jaśniejąca wyraźnie w wyobrażeniach ich przyszłej rodziny, o której myślała coraz śmielej, odliczając dni dzielące ich od czerwcowej ceremonii. Oparła się plecami o kolumnę, chłodny marmur kontrastował z jej rozgrzaną po tańczeniu skórą niezakrywaną przez lejący materiał sukni; nowe pantofle na wysokiej szpilce dawały się jej we znaki, lecz nie pozwoliła na to, by cokolwiek psuło jej wieczór, by cokolwiek ścierało z jej ust uśmiech, gdy gładziła kciukiem wierzch dłoni zamykającej w uścisku jej własną. Przygryzła delikatnie dolną wargę, podchwytując śmiałe spojrzenie Jaimiego. Nie teraz, jeszcze nie teraz. - Za osiem minut północ - oznajmiła niby czysto informacyjnie, w oderwaniu od budującego się bezustannie napięcia. Za osiem minut północ i huczny pokaz fajerwerków, ostatni punkt programu, przy którym twardo obstawała, twierdząc, że skoro postanowili już wystąpić publicznie, wcześniej wychodzić nie wypada. Później - mogą świętować w o wiele kameralniejszej atmosferze, rozbłyskujące nad Tamizą sztuczne ognie podziwiając z hotelowego balkonu.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: sylwester 1949   13.01.17 12:33

- Prawdziwa nimfa będzie towarzyszyć mi każdego dnia, nie będę musiał jej zapraszać - odparł nadzwyczaj logicznie, za oczywistość uznając, że Harriett będzie błyszczała u jego boku przez wszystkie lata szalonego żywota, nie tylko na oficjalnych okazjach, do jakich z pewnością należały zaślubiny córki. Ich córki, pięknego, złotowłosego aniołka o ciemnych oczach i zadziwiająco silnych ramionkach, wręcz stworzonych do przerzucania kafla przez pętle na końcu boiska. Widział to już oczyma wyobraźni: wychowają dziewczynki odważne, silne, jak ich matka, i pełne wrażliwego, zachwycającego uroku, zupełnie jak ojciec. Albo odwrotnie. Uzupełniali się przecież wzajemnie, stanowiąc parę doskonałą, o czym wiedzieli nie tylko oni sami, uszczęśliwieni miłością, ale i większa część magicznego świata, którą rzetelnie informowano o kolejnych stadiach związku jaśniejących gwiazdek. Mieli w sobie dużo egzotyki, a także, ze względu na prostsze pochodzenie, dziennikarze nie musieli ograniczać się w wypisywaniu dyrdymałów oraz korzystaniu ze zdobyczy magicznej techniki, gdy fotografowano ich w każdym dostępnym miejscu. Szlachta prowadziła się zbyt godnie, chowając się za wielkim szacunkiem i równie wielkimi murami rezydencji, podczas gdy brutalny zawodnik Jastrzębi oraz zachwycająco piękna półwila stanowili o wiele dostępniejszy kąsek. Czytelnicy łatwiej mogli porównać się właśnie z nimi, z chłopcem i dziewczynką znikąd, którzy ciężką pracą dotarli na szczyt, by odnaleźć tam nie tylko sukces, ale także miłość. Prosta baśń trafiała do ludzkich serc i choć z czasem zainteresowanie mediów stawało się irytujące, to Wright jeszcze nie dotarł do ściany, wymagającej od niego męskich poczynań w obronie prywatności. Wyżywał się na boisku, dawał z siebie wszystko jako pałkarz, słuchał trenera, ćwiczył i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nawet jeśli czasem musiał wciskać się w smoking, ograniczający ruchy, i wytrzymywać nędzne pogawędki, jakie toczono na salonach. Jeszcze kilka lat temu pewnie spędziłby ten wyjątkowy wieczór z kumplami, pijąc w jakimś zadymionym barze, przeklinając, przechwalając się sportowymi sukcesami i kłócąc o taktykę, ale teraz wcale nie tęsknił za tamtą samczą wolnością. Muzyka była, co prawda, znacznie gorsza - nie grali rockandrolla, przy którym najlepiej wywijało się na parkiecie, dosłownie zmiatając z niego uciekających w popłochu spokojnych tancerzy - a wyrafinowany alkohol smakował jak oranżadka, ale obok niego stała kobieta, którą kochał do szaleństwa, więc nawet te drobne rysy nie mogły zepsuć idealnego wieczoru.
Wyglądała wspaniale. Wysoka, wysmukła, o roziskrzonych oczach i ciepłej, iskrzącej rumieńcem skórze. Odsłonięte ramiona kusiły niezmiernie i Benjamin wykorzystywał całe pokłady samokontroli, by nie przygwoździć Harriett do marmurowej kolumny i nie zacząć jej całować, badając spragnionym językiem obojczyki, zagłębienie szyi, wrażliwą skórę tuż za uchem. Musiała widzieć, czuć to intensywne spojrzenie, napięcie, z jakim trzymał jej dłoń, cierpiąc katusze, że wyłącznie w taki sposób może ją dotykać.  
- Technicznie rzecz ujmując, północ już dawno minęła. Gdzieś tam, daleko. Czas jest względny, Hattie. Kiedy w lipcu graliśmy na Mistrzostwach w Chinach i słońce niemiłosiernie świeciło nam w oczy – tylko dlatego przegraliśmy z tymi napuszonymi psidwakami - tutaj była noc. Albo i nastąpiło wczoraj. Niesamowita rzecz, ten czas, nie sądzisz? Pewnie w jakimś wymiarze jesteśmy już małżeństwem – odparł filozoficznie. Zaskakujące, na jak inteligencki tryb przełączał się mózg Benjamina Wrighta, gdy krew odpływała w inne miejsce: prosto do opętanego miłością serca. Nic więc dziwnego, że przy Harriett udzielał swoich najlepszych wywiadów, nie ograniczając się do stałego repertuaru stwierdzeń ‘no, dałem z siebie wszystko, a gra ze złamaną ręką to norma, przywykłem’, ‘bzdura, wcale nie uderzyłem go po gwizdku, tylko tuż przed, no, ryzyko zawodowe po prostu, nie moja wina, że ten cienias spadł z miotły’ oraz ‘jeszcze policzymy się z tymi cienkimi denkami od kociołków w następnym meczu’. Przy niej mężniał, dojrzewał, zostawiał za sobą skołowanego chłopca, spętanego wyrzutami sumienia i wątpliwościami. Już wiedział, że to z nią chce spędzić życie, i choć nie stracił jeszcze swojej lekkomyślności, zwłaszcza na boisku, to czuł wewnętrzny spokój. Tak miało być, miał stać właśnie tutaj, przy niej, a za pół roku miał złożyć najważniejszą przysięgę. W zdrowiu i w chorobie, w świetle fleszy i w intymnym blasku świec, w ferworze długich rozmów i w męczącej ciszy po kłótni, w sztywnym, głupim smokingu i zupełnie nago, w otoczeniu spragnionych plotek ludzi i w gronie zaufanych przyjaciół. Na zawsze. To określenie przestało go przerażać, gdy stał sobie sprawę, że wieczność spędzi właśnie z tą, konkretną kobietą, która zawróciła mu w głowie, jednocześnie przywracając duszy rozkoszny spokój.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: sylwester 1949   13.01.17 19:26

Jeśli po nadmiarze wrażeń na parkiecie subtelny rumieniec nie wstąpił jeszcze na jej lica, tak słowa Benjamina przywołały go już z całą pewnością. Była żywym i oddychającym utożsamieniem paradoksu: bezpruderyjna w tak wielu prywatnych sytuacjach, równie często okazywała się być niemalże chorobliwie wstydliwa, rzucając sugestywne wypowiedzi i prowokując drobnymi gestami nieprzeznaczonymi dla cudzych oczu, jednocześnie bywała sparaliżowana oplatającymi ich w miejscach publicznych mackami nieprzyzwoitości, emanująca pewnością siebie niejednokrotnie spuszczała spojrzenie, pragnąc, by fala złocistych loków zakryła pąsowiejące wbrew jej woli policzki.
Którym wydaniem Harriett była teraz?
- Może od czasu do czasu byłoby miło gdzieś ją zaprosić, na przykład na spacer w St. James’s Park - właśnie tam, gdzie po raz pierwszy odważyłam się chwycić twoją dłoń - do herbaciarni w ogrodzie botanicznym Marjoribanksa - do tej, w której upajający zapach egzotycznych kwiatów mieszający się z wonią herbaty sprawia, że można się poczuć jak w Indiach - na sierpniowy festiwal w Weymouth - ten sam, na którym pierwszego naszego lata pobiłeś rekord w najszybszym wyławianiu wianka - albo do domku nad jeziorem w Kumbrii - do tego samego, w którym spędziliśmy nasz pierwszy wspólny weekend, z sukcesem odrywając się od zobowiązań, by z dala od Londynu, w Krainie Jezior (a może w krainie szczęścia?), spędzić całe trzy dni. Mówiła przyciszonym, choć doskonale słyszalnym dla Wrighta głosem, odwołując się do wszystkich tych cudownych wspomnień, które z pewnością równie żywo trwały w jego pamięci, co w jej własnej, nawiązując do tych najważniejszych miejsc, które w jakiś sposób naznaczyli swoją historią. Jednocześnie wyprostowała się, chłodny marmur przylgnął do jej łopatek, gdy uniosła drugą dłoń, by w czułym geście poprawić muszkę Jaimiego, nieco przekrzywioną zapewne w wyniku przedzierania się przez gąszcz świętujących sylwestrową noc. Wiedziała, jak przeraźliwie nie znosił smokingu, kolejnych warstw krępujących materiałów i zapiętej na ostatni guzik koszuli, której kołnierzyk miał w sobie coś niepokojąco przywodzącego na myśl pętlę na szyję - wiedziała i choć nie upierała się przy tym, by na co dzień stroił się równie absurdalnie, nie mogła pozostać obojętna na to, jak szalenie przystojnie prezentował się w wydaniu tak odmiennym od tego, do którego wszyscy przywykli, od tego, w którym przechadzał się po boisku krokiem triumfatora, ze skórą promieniejącą odniesionym zwycięstwem i błyszcząca cienką warstwą potu, odziany w szaty Jastrzębi przylegające ściślej do godnej pozazdroszczenia muskulatury, która sprawiała, że żeńska część widowni wzdychała z zachwytem, a męska zgrzytała zębami z zazdrością. W odświętnym stroju nie poruszał się jednak jak kołek, jego ruchy nie traciły sprężystości, pomimo odczuwanego dyskomfortu - a może dzięki obietnicy jak najszybszego zniwelowania go?
Pozwoliła przemknąć obok nich kelnerowi z tacą zastawioną kieliszkami z musującym bąbelkami trunkiem, nonszalanckie popijanie alkoholu nie kusiło jej ani trochę, gdy kwintesencję rozrywki miała tuż obok siebie. Chłonęła wszystkie bodźce, nie chcąc, by cokolwiek przytępiało jej zmysły. Rozkoszowała się każdą chwilą, każdym drobnym uśmiechem, każdym subtelnym lub odrobinę mniej dotykiem i ciepłem bijącym od nieco szorstkiej skóry, do której przyciskała swoją własną, delikatną i alabastrową, tak śmiesznie niepasującą, a jednocześnie idealnie uzupełniającą, jak oni sami - słynący z brutalności zawodnik quidditcha o wyjątkowo rosłej, przywodzącej na myśl antycznego Zeusa sylwetce, ciemnych, lśniących włosach i burzowym spojrzeniu i ona, eteryczna półwila o lazurowych tęczówkach i lokach jasnych jak słońce, miłośniczka kruchego piękna baletową gracją odpowiadająca na nieugiętość jego ruchów. Przeciwieństwa, które przyciągały się bezustannie.
Uśmiechnęła się znowu (jak to możliwe, że wciąż nie miała jeszcze zakwasów mięśni twarzowych?), słysząc filozoficzny traktat Benjamina, rozprawiającego z powagą nad skomplikowaną teorią czasoprzestrzeni tonem skrajnie kontrastującym z wygłodniałym spojrzeniem, jakim ją pochłaniał, sprawiając, że jej odsłonięte przedramiona pokrywała gęsia skórka.
- O wiele bardziej od technicznego ujęcia wolę praktykę, sam przecież wiesz. Względność czasu jest pasjonująca, lecz interesuje mnie wyłącznie tu i teraz - odpowiedziała niewinnie, w myślach śmiejąc się z nazwania przeciwnej drużyny napuszonymi psidwakami, lecz quidditch w tym momencie nie mógłby jej frapować mniej, nie podjęła więc tematu wspomnianych rozgrywek. - Mam nadzieję, że istnieje tylko nasz wymiar, w przeciwnym razie znaczyłoby to, że ominęła nas cholernie dobra impreza - oznajmiła po chwili, wtrącając jedno z nieużywanych przez nią nigdy słów dla podkreślenia tego, jak niesamowitej zabawy się spodziewa, gdy w końcu nadejdzie upragniony czerwcowy dzień. - i najlepsza noc twojego życia - dodała, zniżając głos do szeptu i z lekkim ociąganiem, jakby zawstydziły ją własne słowa, odnalazła spojrzenie ciemnoczekoladowych oczu. Nigdy nie wspominała o trudach małżeńskich i spodziewanych komplikacjach na ich wspólnej drodze, wybierając zamiast tego same wisienki, które serwowała w kuszącej formie, sama nie wierząc w to, że kiedykolwiek mogliby się mylić względem siebie i swojej przyszłości. Malując to w podobnych barwach, na zawsze brzmiało po prostu jak kolejna cudowna przygoda, którą mieli przeżyć razem. Którą chciała przeżyć tylko z nim.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: sylwester 1949   16.01.17 12:00

Gdyby był przeciętnym mężczyzną, wytresowanym przez kobiety na partnera posłusznego i przewrażliwionego, odebrałby słowa Harriett jako mało subtelne wypominania stanu obecnego w kontrze do świetlanej przeszłości, gdzie upojne randki zdarzały się częściej niż raz na dwa tygodnie. Na szczęście Ben posiadał swój rozum, nie pozwalający mu zapędzić się w tak przesadne analizy. Owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że ostatnio, zamiast spędzać ze sobą coraz więcej czasu, mają go dla siebie wzajemnie mniej, ale uznawał to za naturalne dla dwójki tak zajętych ludzi. Uważał też, że takie preludium przed rychłym ślubem dobrze wpływa na kumulację nieznośnej tęsknoty. Nie, żeby należał do podejrzanego grona masochistów, ale naprawdę lubił quidditchowskie rozjazdy, z których zawsze wracał nie tyle upojony zwycięstwami, co perspektywą zobaczenia Harriett. Próbował, oczywiście, zabierać ją ze sobą, ale trener Jastrzębi kategorycznie ucinał takie ckliwe, panienkowe - jak to nazywał - płacze za ukochaną i Benjamin nie próbował przemycać Lovegood w walizce. Kogo jak kogo, ale autora sukcesu swojej drużyny słuchał pokornie i bez pyskówek, nawet jeśli patrzył dość krzywo na to zakochanie. Zaakceptował je jednak i uznawał Harriett za właściwie przyjemną dla oka i ucha panienkę, co w ustach starego tetryka zakrawało na największy komplement. - Na sierpniowym festiwalu pojawimy się już jako małżeństwo. Nikt nie ośmieli się nawet spojrzeć na twój wianek - odparł buntowniczo, odruchowo się prostując, jakby sama myśl o ewentualnych rywalach zwiększała dopływ adrenaliny do krwi. Nikt jednak nie groził Hatsy. Żadnych napastliwych reporterów czy nerwowych spojrzeń. Może pomysł świętowania nowego roku w kameralnym gronie medialnych gwiazdek nie było taką złą ideą. Prawdziwe niebezpieczeństwo czyhało dopiero za drzwiami willi, ewentualnie kotłowało się plotkami, powoli rosnącymi w główkach co mniej lojalnych obserwatorów. Żaden z nich jednak nie mógłby powiedzieć czegoś złego o stojącej pod jedną z kolumn parze: subtelne gesty, gorące spojrzenia, uśmiechy, czuła rozmowa, zapewne dotycząca planów na następny, wspaniały rok. Kolejny, który spędzą razem.
Benjamin nie odrywał od niej wzroku, nie dając się zdekoncentrować ani skocznemu utworowi, wygrywanemu od nowa przez orkiestrę, ani coraz głośniejszym rozmowom, zwiastującą rychłe wybicie północy. Liczyła się tylko ona, niewinna i przeklęta, moralna i zepchnięta w piekielne otchłanie, złudna i rzeczywista. Jego narzeczona, jego żona, matka jego dzieci. Czas naprawdę był względny, już traktował ją jako panią Wright, oczyma wyobraźni widząc gromadkę jasnolicych dzieci, szalejących wokół stołu w ich dużej kuchni. Ta rodzinna wizja prysła jednak szybko, zmieniając się w obrazy bliższe teraźniejszości, wyraźniejsze, ostrzejsze. Potrafiła go prowokować, z zadziwiającą subtelnością, na jaką zazwyczaj pozostawał obojętny, a która w wykonaniu Harriett doprowadzała go do białej gorączki. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, pochylając się nad nią, lekko, jakby zamierzał wyszeptać jej wielki sekret. Prosto do ucha. - Cóż to za słownictwo, czyżbym miał na ciebie zły, demoralizujący wpływ, Hattie? - spytał z rozbawieniem i prowokacją, wibrującymi w każdej z głosek, gdy owiewał jej ucho gorącym oddechem. - Każda noc z tobą jest najlepsza - sprostował lekko, nieco przekrzywiając głowę, tylko po to, by mogła zobaczyć jego kpiący acz zwycięski uśmiech. Chciał rzucić jej wyzwanie, ale zanim w ogóle zdołał je przekazać, przegrał. Ze sobą, z jej urodą, z nieznośnym przyciąganiem. Jedna dłoń, szorstka i duża, od razu odnalazła kark kobiety, druga odgarnęła z twarzy zbłąkany kosmyk jasnych włosów; spierzchnięte usta odnalazły te wilgotne, miękkie, łagodne. Całował ją powoli, chcąc nasycić się tym krótkim kontaktem, falstartem przed wygrywanymi o północy melodiami i uniesionymi różdżkami, strzelającymi w sufit feerią iskier. Smakowała szampanem, winogronami i szczęściem, dlatego też uśmiechał się w czasie pocałunku, jak chłopiec, któremu w końcu udało się zdobyć dziewczynę, o której marzył od lat.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
 

sylwester 1949

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Wspólny sylwester 2012/13

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17