Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Warsztat

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander http://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 http://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler

w zagubionej przestrzeni trwam, cały świat płynie obok gdzieś

13
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Warsztat   10.01.17 21:41

Warsztat

Spowity półmrokiem, pachnący drewnem, pełen drzazg i starych ksiąg - zgromadzonych na wszelki wypadek, gdyż Ollivanderowie znają je niemalże na pamięć. Pomieszczenie nie jest duże, ale uporządkowane, co znacznie ułatwia pracę. Mnóstwo magicznych szafek, opisanych dokładnie i reagujących na komendy, mieści w sobie kawałki drew, rdzenie, kamienie, runy, zapiski - wszystko, co potrzebne do wytworzenia nowej różdżki bądź dopieszczenia i odnowienia używanej od lat. Znajduje się kilka kroków od domu, stanowiąc niewielki, oddzielny budynek.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander http://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 http://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler

w zagubionej przestrzeni trwam, cały świat płynie obok gdzieś

13
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Warsztat   10.01.17 23:43

od połowy do końca marcaŻaden czarodziej o zdrowych zmysłach nie śmiałby stwierdzić, że jego różdżka, dopasowana idealnie pod charakter, przekonania i sposób bycia, jest martwa. Jeśli ktoś zdecydowałby się na tak absurdalne zdanie, musiałby poddać w wątpliwość swoją moc, wypełniającą ciało razem z krwią. Niemalże wyrzekłby się wyjątkowości, odróżniającej go od zwykłego mugola. Martwe nie były też drzewa, budzące się powoli ze snu zimowego. Wbrew wszelkim pozorom, one również były wrażliwe na zmiany pór roku, wiosna zaś sprzyjała im niesamowicie. Słońce przygrzewało coraz bardziej i nikt, kto znałby Ulyssesa, nie mógłby sobie wyobrazić, że tego roku ominie zwyczajowy rytuał, dzięki któremu kolejne miesiące pracował we względnym spokoju. Marzec i część kwietnia oznaczały prawie całkowite wyłączenie z życia rodzinnego - w warsztacie stacjonował więcej czasu niż w domu, nie mówiąc o godzinach spędzonych na leśnych spacerach, z których wracał z naręczami nowych kawałków - nigdy całych, ściętych drzew! - drewien. Był mistrzem w ocenie, ile z takiego skrawka można wykorzystać. Intuicja, niczym wewnętrzny kompas, kierowała go w gromady najstarszych, najbardziej szlachetnych roślin. Potrafił rozpoznać, która gałąź dębu przyjmie skrajnie kapryśny rdzeń, która nie sprawi problemu z czarną magią, a która zdecydowanie odmówi złączenia się z włosem trolla.
Wyjątkowy czar wiosny sprowadzał się do tchnięcia w przyrodę niezwykłej dawki życia. Po ospałym, zimowym okresie, przygotowywały się do wydania na świat nowych liści, a Ollivander, który z tematem drzew zapoznawał się od pierwszych kroków na leśnych ścieżkach, wykorzystywał tę unikatową energię. Podróżował więc po najróżniejszych lasach, starając się nie ograniczać do znajomych terenów - z każdym rokiem zasięg powiększał się, a kolekcja była uzupełniana o nowe gatunki i nowe dusze, które miały wiązać się z rdzeniami.
Nic jednak nie mogło równać się temu, co stanowiło najprawdziwszy i największy (oczywiście poza ich geniuszem w kwestii różdżkotwórstwa, a może zaraz obok niego) powód do dumy. Stopniowe oddalanie się zimy zawsze niosło ze sobą odwiedziny u zaprzyjaźnionych entów, pamiętających wydarzenia sprzed lat. Wciąż chętnie pomagały rodowi, nie próbując otworzyć się przed nikim innym tak bardzo. Z początku, niedługo po ukończeniu Hogwartu, Ulysses wybierał się do nich z ojcem, ale przestali praktykować ten zwyczaj, kiedy okazało się, że młodszy Ollivander jest dla stworzeń bardzo wdzięcznym rozmówcą. Może była to kwestia ciągłego rozwoju - siłą rzeczy wiedział mniej niż ojciec. Enty jednak z zainteresowaniem przyjmowały jego podejście do drzew oraz różdżkarstwa, sugerując mu nowe rozwiązania oraz sposoby.
Tego roku wybrał się do nich pod sam koniec marca, już w drodze wyczuwając nietypową atmosferę. Najpierw natrafił na mnóstwo połamanych gałęzi, nędznie zwisających z grubych pni - zarówno konary, jak i mniejsze wypustki ucierpiały w tajemniczych okolicznościach. Wyglądało na to, że coś szamotało się wśród koron, spadając i niszcząc wszystko aż do ziemi. Kierując się tym tropem, czując coraz większe zaniepokojenie, natrafił również na sporo całkowicie powalonych drzew. Nie były to okazy zbyt rosłe, ale skala strat i tak robiła wrażenie. Żadnych śladów, poza najbardziej oczywistymi, nie udało się odnaleźć, choć Ulysses szukał zawzięcie, spędzając w znajomym lesie większość dnia. Zboczył więc z drogi zniszczeń. Do entów dotarł dopiero, gdy słońce chyliło się ku horyzontowi, choć zachmurzone niebo nie pozwalało ostatnim promieniom przebić się do niższych warstw świata, wypełniając otoczenie tym większym niepokojem. Stworzenia zdawały się czymś mocno przejęte, ale mimo usilnych prób, mężczyźnie nie udało się odgadnąć, co było tego powodem. Języka entów uczył się dopiero od pewnego czasu, znając zaledwie kilka reguł i słów. Zazwyczaj radził sobie bardziej z odczuwaniem ich intencji i przeczuć, co wystarczało na coroczne pozyskanie kilku gałęzi, mających posłużyć za materiał do najbardziej wyjątkowych różdżek. Tym razem o skrawkach nie było mowy, ale i Ollivander nie nastawał na to specjalnie. Doskonale dało się wyczuć nastrój stworzeń, ale dopiero przy przerażającym ryku, poprzedzonym donośnym trzaskiem, zdał sobie sprawę, że wyczuwały istotne i realne zagrożenie.
- Co u licha... - mruknął pod nosem, odwracając się gwałtownie w kierunku źródła dźwięków. Nie zobaczył w ciemniejącym lesie zbyt wiele, a lumos nie miałoby szans oświetlić tak dalekiej przestrzeni, ale szybko okazało się, że wcale nie było to potrzebne. Pomarańczowe światło rozprzestrzeniło się razem z kolejnym rykiem. Las stawał w płomieniach. - Jasna cholera - syknął pod nosem, rozglądając się odruchowo, aby zetknąć się z oczywistym faktem - las był zupełnie opustoszały. Stworzenia czmychały przed ogniem, a Ulysses deportował się szybko.
Nie szukał ucieczki, raczej pomocy. Nie był głupcem - mało kto porywałby się na próby ujarzmienia smoka, nie mając w tym temacie żadnego doświadczenia, do tego działając w pojedynkę. Szanse były zerowe. Wszystko zależało dosłownie od momentów, nie było nic bardziej podatnego na płomienie niż tysiące drzew, po których ogniki skakały z zatrważającą prędkością. Aportował się jak najbliżej domu, szczęśliwym trafem prawie wpadając na ojca, który wybierał się do znajomego na wieczorną partię szachów czarodziei.
- Pożar, ojcze - wypalił szybko, chwilę później tłumacząc mu, gdzie powinni interweniować. - Wybiorę się do Greengrassów - dorzucił jeszcze na koniec, sugerując, że powodem jest smok, chwilę przed tym, jak ojciec zniknął z trzaskiem, aby wybierać się po pomoc. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć, z jak poważnym problemem mają do czynienia.
Tereny i posiadłość Greengrassów znał na szczęście dosyć dobrze, a sytuacja z pewnością usprawiedliwiała nagłą, niezapowiedzianą wizytę, która w każdych innych okolicznościach mogłaby uchodzić za najście. Zdenerwowanie w dziwny sposób mieszało się z zimną krwią Ulyssesa, ujawniając się tylko w drobnych gestach. Nie zwlekał z wyjaśnieniami, nieco bagatelizując dobre maniery na potrzebę ratowania rodowego dziedzictwa.
- Dobry wieczór - właściwie nie do końca - bestia, prawdopodobnie smok, sieje zamęt w naszych lasach - streścił, szczerze wierząc, że to wystarczająca motywacja do natychmiastowej reakcji kuzynów. Jakimś cudem udało się zebrać kilka osób, choć trzeba było ściągać je z Peak District. Krótka relacja, niezbyt szczegółowa, bo sam Ulysses nie zdążył zobaczyć wiele, wystarczyła, aby wybrali się do Silverdale.
Po lesie kręciło się teraz wiele osób, smród dymu szklił oczy, a żar wyciskał ze wszystkich poty. Ollivander dołączył do części walczącej z pożarem, licząc na to, że straty nie będą zbyt wielkie. Dzięki szybkiej akcji ogień zwalczono prędko, ale krajobraz prezentował się paskudnie. Z odnalezieniem smoka nie było problemów, więcej sprawiło jego okiełznanie. Na dociekanie, skąd się wziął i dlaczego nikt nie zdołał go wykryć, miał być czas później. Snuli się z różdżkami, oglądając powalone drzewa i poczerniałe pnie, stygnące w lekkim wietrze. Enty nie ucierpiały.
Sytuacja, choć drastyczna w przebiegu i skutkach, nie zdołała odciągnąć Ulyssesa od pracy. Gromadzone przez cały marzec skrawki drzew piętrzyły się, pogrupowane według logiki mężczyzny, której nie rozumiał ani ojciec, ani wuj, ale ci już dawno przestali się wtrącać w sposoby młodszego wytwórcy. Warsztat okupował całymi godzinami, przywołując kolejne gałęzie i drwa. Pierwsze kilka dni upłynęło mu na struganiu i kształtowaniu różdżek. Nie skupiał się na zdobieniach - bardziej starał się oddać charakter drewna, pamiętając, co, gdzie i w jaki sposób udało mu się zdobyć. Niektóre były smukłe - długie i zgrabne. Inne pozostawały sztywne, mocne i konkretne. Mógł zajmować się rzeźbieniem cały rok, ale wiosną wychodziło mu to najlepiej. W bardziej pogodne dni wychodził do ogrodu, zmuszany przez matkę, która nie mogła znieść jego odosobnienia. Nie skupiał się na ilości obrobionego drewna, ale na różnorodności - wiele sztuk zmarnował też przez nieuwagę, zmęczenie i rozpraszające myśli. Nadchodzący kwiecień kojarzony był głównie ze śmiercią Ophelii, co ciągnęło za sobą wspomnienia o Valerie. Strugał więc zawzięcie, przelewając swoje burzliwe emocje w sztukę, jaką parali się Ollivanderowie. Z ulgą zabierał się za zdobienia, rozrysowane wcześniej na skrawkach papieru. Rzeźbił małe runy, wstęgi, niesamowite wzory. Choć nie było to jeszcze idealne, szkolił się, w skupieniu obserwując najmniejsze rysy pod lupą, lewitującą swobodnie nad tworzonym dziełem. Układał gotowe różdżki na trawie, porównując i oceniając, a rdzenie krążyły gdzieś w jego świadomości, podszeptując, z którym drewienkiem będzie im najlepiej.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander http://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 http://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler

w zagubionej przestrzeni trwam, cały świat płynie obok gdzieś

13
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Warsztat   03.02.17 4:23

większość z kwietniowych dniMiał ochotę zbyć ignoranta zrezygnowanym i ciężkim westchnieniem, dając upust swojej irytacji. Nie ułatwiał mu pracy, wygadując bzdury i uważając, że pobieżne (do tego zupełnie błędne) liźnięcie tematu daje jakiekolwiek predyspozycje do udzielania rad i stawiania wymagań niemożliwych do spełnienia. Nie mieściły się w żadnych kryteriach, a kiedy Ulysses, z niezbitą zresztą cierpliwością, starał się wytłumaczyć ten drobny mankament, klient pieklił się i oznajmiał, że czytał inaczej choć konkretnej lektury nie potrafił wskazać. Jakby tego było mało - zarzucał Ollivanderowi brak kompetencji i drwił z niego jawnie, prosto w twarz, wytykając, że nie potrafi podjąć się zadania o randze zupełnie przeciętnej. Jeśli jego pobocznym celem było wytrącenie wytwórcy z równowagi, nie osiągnął powodzenia. Choć Ulysses krzywił się na myśl o jego paskudnym, francuskim akcencie, nie zdradzał w obecności jegomościa żadnych symptomów urazy. Nie było to pierwsze zamówienie Adelarde Richilieu - każde jednak mieściło się w podobnych granicach absurdu, każde było podparte jego rzekomo wielką mocą, przy każdym okazywało się, że różdżka ma przodować we wszystkich dziedzinach - bo we wszystkich był przecież najlepszy. Pycha i zaślepienie biły od jego postawy, wyzierając z każdego zakamarka osobowości. Najgorszy zaś był zapach jego perfum - nieprzyzwoicie duszący, przebrzmiewający nawet przy zmyśle różdżkarza, osłabionym i nierozwiniętym tak, jak u większości ludzi. Podjął próbę zerwania współpracy dwukrotnie - nie w bezpośrednim starciu z klientem, rzecz rozchodziła się bardziej o ojca, po którym tego człowieka przejął, nie spodziewając się, że wpędzi się w takie bagno. Żadna nie odniosła skutku - nawet przy jawnym zdenerwowaniu, skutkującym męczącym bezdechem. Opanowanie miało swoje granice, Ondyna nie była zbyt łaskawa, kiedy tracił je na zbyt długo, a ciągnący się wieki interes doprowadzał go do szewskiej pasji. Mało było rzeczy działających tak drastycznie na Ulyssesa. Francuz był wysoko sytuowany, miał duży majątek i nie szczędził galeonów, a do tego roznosił po świecie bardzo przychylne opinie, kiedy już dostawał swoją idealną, nieco przekłamaną, własność.  
Od trzech miesięcy Richilieu bombardował go listami, w których powoli tłumaczył rozwój swojej najnowszej historii - klient wymagał, aby były one śledzone na bieżąco, ponieważ burzliwy i pełen zwrotów akcji tryb życia sprawiał, że różdżki tracił wyjątkowo często. Niemniej, opowieść dłużyła się w nieskończoność i w większości opierała się na wydumanych faktach, swój punkt kulminacyjny osiągając w momencie starcia z potężnym czarodziejem, gdzieś na granicy (niestety Ollivander nie zdołał zmusić swojej pamięci do zanotowania, jakiej dokładnie), oczywiście pojedynek zwycięski dla autora listów, mimo utraconej różdżki - ponoć nie wytrzymała takiego przepływu mocy. Wtedy też niepokonany dostał olśnienia, decydując się na powrót do zgłębiania tajników czarnej magii i na gwałt potrzebował przymiotu odpowiedniego do rangi jego przedsięwzięć. Zapasowe dzieło, jak pisał, nota bene wykonane również przez Ulyssesa na wszelki wypadek, nie nadawało się do tych celów. W lipcu miał wybierać się na planowaną od lat wyprawę, a do niej wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Wyjątkowo jestem w stanie przeznaczyć na to zadanie aż dwa miesiące, pisał, dlatego wymagania są wyższe. Cena nie gra roli. Stawię się u Pana w dogodnym terminie, choć nie ukrywam, że jestem niezmiernie podekscytowany wizją przedstawienia lordowi swoich doświadczeń oraz zamysłów. Licząc, że mój entuzjazm został podzielony, a historia rozpaliła chęci do współpracy, spodziewam się jak najbliższej daty.
Nie mając wyjścia, rozłożył nowy idealny plan na ławie przed domem, zwlekając dobre pół godziny z jego przejrzeniem. Adelarde wcisnął mu go w ręce tuż przed końcem spotkania, ignorując wszystkie słowa, jakie wyszły od Ulyssesa względem omówienia rozbuchanych potrzeb.
- O losie - niemalże jęknął pod nosem, widząc ścianę tekstu i kilka pokracznych rysunków, które bardziej przypominały przybliżone kształty korniczaków, niż projekty, jakie sam tworzył. Zaśmiał się ze zrezygnowaniem, przeczuwając dwa miesiące intensywnych podejść i kolejne odrzucone różdżki. - Richilieu, zróbże przysługę i zejdź już z tego świata - tym optymistycznym akcentem rozpoczął nowy rozdział współpracy.
Wszystko trzeba było przeprojektować, a do pierwszego podejścia z pierwotnego schematu Ollivander zdecydował się zostawić tylko rdzeń, wybrany prawdopodobnie przypadkowo, ale trafiony. Włos szyszymory. Pracował z tym rdzeniem tylko raz, lata temu, z ojcem. Pamiętał wyprawę, jedną z bardziej niesamowitych - zebrali wtedy wiele rdzeni, w tym rzeczony włos, ale nieźle napracowali się z uchwyceniem szyszymory. Pierwszym, co zrobił, było przekopanie się przez stosy ksiąg w domowej biblioteczce. Przeznaczał na szukanie spisu, który musiał niefortunnie zaginąć akurat w tym momencie, w którym najbardziej go potrzebowano, około czterech godzin dziennie - czasem towarzyszyła mu matka, wykorzystująca okazję do spędzenia czasu z synem. To właśnie ona, po prawie tygodniu, trafiła na poszukiwaną listę. Chwyciła go za łokieć, trząsając lekko, a w oczach wymalowany miała ten typowy, żywy entuzjazm.
- Ully, wygrałam - oznajmiła i gdyby nie fakt, że miała już swoje lata, łatwo byłoby pomylić ją z młodszą siostrą. Uniósł brew, powątpiewając w charakter tej zabawy. Chłodne spojrzenie nie studziło wcale Odetty. - Marcus musiał zapomnieć, że odłożył ten tom do działu o zwalczaniu szkodników leśnych - wyjaśniła, przyklepując okładkę, kiedy już wcisnęła mu ją w ręce. - Czytaj szybko, kuchnia uwija się już z kolacją - poinformowała, zamykając cicho drzwi i wiedząc doskonale, że nadszedł moment, w którym absolutnie nie powinno się go rozpraszać.
Wyciągnięcie potrzebnych informacji nie zajęło wiele czasu. Spis był wyraźny i nietrudno było odnaleźć w nim rodziny o rozległych korzeniach, w których można było natrafić na rodową szyszymorę. Komplikacje gnieździły się raczej w niuansach - nie każdy ród miał na karku umierającą akurat w tym czasie istotkę. Trzeba było uruchomić oczy - i to nie swoje. Na domiar złego, jego sowa postanowiła zniknąć, utrudniając korespondencję - bez niej wyprawy byłyby prowadzone na ślepo. Szukanie igły w norze szpiczaków. Posiłkował się więc pożyczonymi ptakami pocztowymi, rozsyłając listy z zapytaniami o stan zdrowia - nie bezpośrednie, starał się wyznaczyć zaufane osoby do zdobycia informacji o umierających. Pierwsza iskierka nadziei pojawiła się w połowie kwietnia, dlatego niezwłocznie wyruszył w okolice Birmingham, gdzie przeniósł się z Irlandii jeden ze starszych rodów. Spędził tam mnóstwo czasu, klucząc w ukryciu, ale zawodzenie szyszymory nie przecięło ciszy. Druga okazja wymagała podróży do irlandzkiej miejscowości Daingean. Spędził tam dwie noce, zaszywając się w lesie nieopodal dworu - nie na marne. Jęk przypominał mu nieco ten wydawany przez zjawę, na którą trafili z Lucindą w wierzbowej alei, podczas nieplanowanego spotkania, ale było to zawodzenie jeszcze gorsze - ponure, martwe, mrożące krew w żyłach. Rozejrzał się kontrolnie, choć miał świadomość, że nie było jej blisko. Różdżkę miał już w pogotowiu. Przez bitą godzinę starał się dotrzeć do źródła dźwięków, ale te zmieniały miejsce, zwodząc go na różne strony świata - każda była zła. W końcu jednak, kiedy zmienił strategię, kierując się zawsze w odwrotnym kierunku, natrafił na nią. Była cieniem pośród drzew, jeszcze nieświadoma obecności Ollivandera, nabierając powietrza, aby znów przeszyć otoczenie zwiastunem śmierci, złożonym w upiorne nuty. Przygryzł wargę w zastanowieniu. Z początku chciał ją spetryfikować, ale zdecydował się załatwić sprawę bez czarów, nie ryzykując ingerencji w potencjalne rdzenie. Odetchnął więc bezgłośnie i dwoma dużymi krokami doskoczył do szyszymory, unieruchamiając ją w uścisku. Nie była groźna, jej najgorszą bronią było zawodzenie. Wyrywała się, ale wątła postura nie pozwoliła jej na manewry - darował jej zbytniego cierpienia (o ile jakiekolwiek odczuwała), wychwytując kilka włosów i oddalając się w akompaniamencie jej przedłużanego śpiewu. Najgorszą część miał za sobą, a tak przynajmniej mu się wydawało, gdy wracał do warsztatu po kilku dniach przerwy, podczas których zdobyte włosy leżakowały w roztworze wzmacniającym. Drewno, zdobyte w marcu, było wystarczającym zapasem, aby mógł coś z niego wybrać, dlatego odłożył to na później, teraz skupiając się na przygotowaniu rdzenia. Uniósł różdżką pojedynczy włos z eliksiru, owijając go ostrożnie na oku żuka. I wtedy zaczęło się piekło. Włos wchłonął niewinny składnik, ciemniejąc i połyskując, ale wymykając się też spod kontroli.
- Szlag - burknął Ollivander, rozglądając się za rdzeniem, który zdążył umknąć w mgnieniu oka. Szybko wyszło na jaw, że wspina się po ścianie niczym rasowa gąsienica. Szkoda tylko, że postanowił pokazać swój potencjał przed końcową preparacją - szyszymora miała widać więcej energii, niż się Ulyssesowi wydawało. Z niemałym trudem przekonał rdzeń do powrotu, szczelnie zamykając go w fiolce. Wyglądało na to, że kwiecień dobiegał końca, a rdzeń potrzebował jeszcze przynajmniej kilku dni na okiełznanie swoich humorków.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
 

Warsztat

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» [P1] Zbrojownia i warsztat
» Warsztat
» Warframe
» Warsztat Starka
» Warsztat Koali

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Lancashire, Silverdale, posiadłość Ollivanderów-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17