Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Julia Prewett

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett http://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 http://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 http://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
4
5
6
20
0
2 (40)
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Julia Prewett   11.01.17 23:43


Procella Julia Prewett

Data urodzenia: 05.06.1931r
Nazwisko matki: Selwyn
Miejsce zamieszkania: Weymouth
Czystość krwi: Szlachetna
Status majątkowy: Bogata
Zawód: Weterynarz
Wzrost: 162cm
Waga: 51kg
Kolor włosów: Rudy
Kolor oczu: Zielony
Znaki szczególne: Bardzo długie, rude włosy, blada cera, "strzelające" stawy w rękach i lewej nodze.





Zaczęło się jak w bajce. Znali się już w szkole, jednak jako, że czarownica była o dwa lata młodsza, nie mieli ze sobą bliżej do czynienia. Dopiero na jednym z Sabatów oczarowała go swoją osobowością, żywiołową naturą, ogniem jaki palił się w jej oczach i ciepłem w szczerym uśmiechu. Była to piękna, młoda kobieta, elokwentna i pełna klasy. W owych czasach nie jeden o nią zabiegał, zwracała uwagę, przyciągała spojrzenia. Złośliwi twierdzili, że odpychając mężczyzn i w pusty sposób ciesząc się powodzeniem, skończy jako stara panna - w jakim więc wszyscy byli szoku, kiedy pojawił się ten jeden, jedyny kawaler, którego zalotów nie odepchnęła! Młody Fern Prewett, uzdrowiciel na oddziale urazów magizoologicznych, śmiały i otwarty mężczyzna, który w ramach żartu założył się z nią na pierwszej randce, że do końca roku zostanie jego żoną.
Ślub odbył się trzydziestego pierwszego grudnia.



Nie przyszło im długo czekać na dzieci - dodatkowo od razu doczekali się męskiego potomka, Lacusa. Był to żart ojca, który widząc czułość i troskę swojej żony, gdy ta wzięła w ręce nowo narodzone dziecię oznajmił, że będzie to woda przygaszająca jej temperament. Tak też się niewątpliwie stało i kolejnych synów i córki także otrzymały imiona związane z tym żywiołem.



Jestem Procella, burza, moja siostra bliźniaczka Mare - morze, najstarszy z braci, który niestety umarł tragicznie, choć na swój dziecięcy sposób bohatersko miał na imię Lacus, co oznacza jezioro. Archie, który podobnie jak ja używa drugiego imienia, właściwie jest rzeką - Fluwiusz. Najmłodszy z nas został za to pieszczotliwie nazwany mżawką. Roratio. Tak, trzeba przyznać, nasi rodzice mają fantazję.



Myślę, że Lacusowi należy się więcej słów w tej opowieści. Nie poznałam go nigdy. Kiedy umarł, miałam zaledwie roczek i znam go jedynie z historii rodzinnych. Wiem, że kiedy byłyśmy z Mare malutkie, na plażę należącą do naszych terenów dostał się zbłąkany smok. Rodzina pobiegła natychmiast ratować przebywających tam mugoli, ośmioletni ówcześnie chłopiec dostał zadanie pilnowania rodzeństwa w pokoju.
Jak nietrudno się domyśleć, nie wykonał go. Chciał być jak rodzice, chciał walczyć, nie ważne jak. Nie myśląc o tym, co może się stać wymknął się z pokoju i pobiegł na plażę.
Potężny ogon uderzył go, zanim ktokolwiek zrozumiał, że jedno z dzieci znalazło się na zagrożonym terenie.
Order Merlina jaki otrzymała cała moja rodzina dla mamy i taty jest więc bardzo gorzką pamiątką. Myślę, że nigdy sobie nie wybaczyli, że nie zabezpieczyli drzwi zaklęciem - choć czy mogli przewidzieć, że ośmiolatek postanowi zrobić coś takiego? Nie wiem, jak to wydarzenie zmieniło rodziców. Myślę, że przez to stali się odrobinę nadopiekuńczy - choć nie mogę mieć pewności. Może już przed tym wszyscy (a w szczególności ja i Mare) byliśmy oczkami w ich głowach?



Byłyśmy wychowywane inaczej niż bracia. Zdecydowanie mniej surowo. Więcej się nam wybaczało, przyjęłam to jako coś całkowicie naturalnego i po prostu cieszyłam wygraną pozycją.
Nie umiałabym wskazać chwili, kiedy zrozumiałam, że jestem zwierzousta. To po prostu zawsze było oczywiste. Zawsze też oczywistym był mój pociąg do lasu i natury. Uwielbiałam wszystkie zwierzęta, nie tylko psowate, choć jedynie je rozumiałam. Nigdy też nie bałam się zwierząt, w jakiś sposób po prostu wiedziałam, jak z nimi postępować. Kiedy inne dziewczynki piszczały na widok myszki, czy pająka, ja brałam je na ręce i wynosiłam, żeby nie zrobiono im krzywdy.
Myślę, że dla Mare też było to oczywiste. Musiała nie raz słyszeć, jak dyskutuję z psem naszej kuzynki, który chętnie opowiadał mi o tym, co zobaczył lub usłyszał w domu albo na spacerze. Kilka razy nawet nakrzyczałam na nią, że jest niegrzeczna ignorując go. Chyba to Archie wtedy mi wytłumaczył, że tylko ja rozumiem, co Puppett mówi.



Kłóciłyśmy się dość często, bo im bardziej rosłyśmy, tym wyraźniejsze były między nami różnice. Ona była słodka i kochana, taka idealna. Tata z resztą faworyzował ją za jej łagodny, uległy charakter, choć nigdy nie miałam mu tego za złe. Ja… cóż, zawsze byłam niepozorna. Na pierwszy rzut oka dokładnie taka jak siostra. Bardzo grzeczna, bardzo urocza, cicha i spokojna, czyli taka jaka powinna być młodziutka szlachcianka, prawda? Mr Hyde jest w moim wypadku bardzo utajony, rzecz w tym że ja zawsze muszę mieć czego chcę w taki sposób w jaki tego chcę i dążę do tego. Zawsze tak było. Tak więc jako mała dziewczynka chciałam jak najwięcej czasu spędzać ze zwierzętami. Potrafiłam pokłócić się o coś nieistotnego z siostrą, żeby nie miała ochoty spędzać ze mną czasu i, żebym mogła czmychnąć między drzewa. Nie zrozumiałaby. Nikt tego nie rozumiał, ale tam czułam się naprawdę dobrze. I… to nie tak, że to tylko przez moje geny. Wcale nie szukałam zawsze psowatych, lubiłam obserwować każde zwierzę, czy chociażby kontakt z samą naturą.
Gdyby nie właśnie siostra, najpewniej rosłabym na odludka - mając jednak tę drugą osobę obok siebie przez większość życia trudno jest być samotnikiem. Z czasem zawsze zaczynałam tęsknić. Co w tym wszystkim najciekawsze, nigdy nie musiałam jej przepraszać. Zawsze trochę mnie to denerwowało, jej absolutna łagodność w chwilach, kiedy powinna się na mnie wściekać, ona z reguły zaczynała tęsknić w chwilę po tym, jak znikałam za drzwiami.
Ona też jest dla mnie bardzo ważna. Najważniejsza. Muszę przyznać, kiedy wyszła za mąż, trochę byłam zazdrosna o to, że znalazł się ktoś, kto stał się dla niej ważniejszy ode mnie, ale nie wybiegajmy za mocno do przodu!
Jak wspomniałam - byłam uparta i musiałam stawiać na swoim, choć środki jakie wykorzystywałam zależały od tego z kim miałam do czynienia. Na tate działają uśmiechy, trzepanie rzęsami i uroczy głosik, wstyd przyznać, ale w wypadku siostry bywało to wpływanie na jej wrażliwe emocje (matko, brzmi jakbym była strasznym potworem, a naprawdę skoczyłabym dla niej w ogień!). Arche to już inna para kaloszy. Oto starszy brat, wierny opiekun i… chłopiec. Oczywiście, że nie chciał nas, mnie i Mare ze sobą zabierać, kiedy robił coś fajnego. Czasami dawał się przekonać, czasami jednak musiało dojść do klasycznego i jakże skutecznego “jeśli nas nie zabierzesz, powiemy tacie co wyrabiasz”. Eh, byłam koszmarną siostrą!
Tak było na przykład, kiedy ruszał podglądać mugolskich żołnierzy, którzy stacjonowali jakiś czas na naszych terenach. To było niesamowite! Oczywiście miałam osiem lat i jedynie udawałam, że cokolwiek rozumiem, pewnie do dziś nie bardzo wiedziałabym czym są te wszystkie dziwne rzeczy jakie tam mieli. Doskonale pamiętam jednak ten dreszczyk emocji, adrenalinę, lęk przed zostaniem złapaną. I… coś jeszcze, fascynację. Mugole byli niesamowici. Widziałam ich po raz pierwszy i wszystko co robili wydawało mi się dziwne i jakby odrobinę magiczne, ale w całkowicie inny sposób. Gdyby Archie mnie nie powstrzymał, pewnie pobiegłabym do nich pytać o wszystko, głupiutka.




List z Hogwartu nie był zaskoczeniem. Szukanie różdżki? Na ten moment czekałam całe swoje małoletnie życie! Miałam tyle ambitnych planów, aż chce się śmiać. Zamierzałam zrobić eliksir albo jakiś amulet dzięki któremu mogłabym rozmawiać ze wszystkimi zwierzętami, nie tylko psowatymi, zamierzałam też przyrządzić eliksir miłosny, żeby w wakacje napoić nim młodszego brata, chciałam znaleźć masę przyjaciół, KONIECZNIE chciałam zostać Gryfonką i oczywiście stać się animagiem.
Oczywiście do domu lwa się dostałam, Tiara ledwie musnęła moją głowę i już powiedziała, gdzie idę. Pękałam z dumy! Przyjaciele? Oczywiście wszystkie pierwszaki miały ten sam plan co ja, jednak w tym wypadku nasze zamiary się wcale nie wykluczały, a uzupełniały. Spośród całego grona wspaniałych ludzi wyłoniło się kilkoro, którzy byli dla mnie szczególnie ważni. Tu nie można pominąć rzecz jasna Weasleyów, czasami sobie myślę że zostaliśmy wychowani żeby być sobie przyjaciółmi. Brendan był w wieku moim i Mare i już po chwili jego ruda czupryna płonęła zaraz obok mojej przy stole Gryfonów.
Tu jednak ogrom moich planów zaczyna upadać, bardzo szybko zrozumiałam, że jestem co najmniej słaba z eliksirów, a amortencja to o wiele wyższy poziom niż podejrzewałam. Było mi bardzo smutno szczególnie, kiedy starszy brat odmówił przyrządzenia tego eliksiru dla mnie! Do dziś uważam, że nie zrobił tego, bo po prostu nie umiał (co nie jest niczym dziwnym, bo eliksir jest bardzo trudny, ale nie oznacza to, że nie podkreślałam tego jak tylko mogłam!). Amulet? Hah, oczywiście że do dziś nad nim pracuję w swoich marzeniach, choć akurat to marzenie straciło na znaczeniu, pojawiły się inne, ważniejsze w jego miejsce. Pozostało więc jedno. Od początku bardzo dużo czytałam o animagii. Ile tylko mogłam! Nikt się temu z resztą nie dziwił, od pierwszego dnia wiadomym było, że nie wolno przy mnie polować nawet na pająki. Nikt też nie sądził, że jest to coś więcej, niż dalsze czcze gadanie o tym, czego nie zrobię i czego nie osiągnę. Zawsze lubiłam opowiadać o swoich wielkich planach na przyszłość.
Do tego podeszłam z resztą o wiele spokojniej. To właściwie Archie ostudził moje zapały i podsunął mi kilka artykułów o ofiarach źle przeprowadzonej nauki tej cudownej sztuki. Załapałam, braciszku. Gdyby nie on, pewnie zrobiłabym sobie bardzo dużą krzywdę przy jednej z prób, a tak? Na długo, bardzo długo pozostałam przy teorii i przygotowaniach.
Jedna tylko rzecz bardzo mnie rozproszyła na pierwszym roku. Otwarcie Komnaty Tajemnic. Zastanawiałam się czym jest ten potwór, w duchu uznałam go za przerażone zwierzę, które poczuło się zagrożone. Marta znana była z dość hałaśliwego, pełnego wyrzutów, jęczącego sposobu bycia. Może była zbyt głośna? To nie tak, że uważam, że to jej wina, absolutnie nie! Nie chciałabym też źle mówić o zmarłej, nie znałam jej dobrze. Byłam w poważnym szoku, bo chodziły straszne plotki. Oczywiście, byli idioci którzy dokuczali mugolakom, jednak to… śmierć była czymś abstrakcyjnym i nie mieściła mi się w głowie. Chyba właśnie żeby nie myśleć o samej śmierci, tak skupiłam się na istocie oskarżonej o spowodowanie tragedii. To, co znaleziono, pająk… nie pasował. Do dziś tego nie rozumiem. Wtedy zaczęłam dużo czytać i szukać, wolałam myśleć o tym niż o martwej dziewczynie, a jak myślę z perspektywy czasu, ta informacja bardzo mną wstrząsnęła, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Z czasem przyjęłam, że w Zakazanym Lesie można zapewne znaleźć wszelkie cuda. Nie jestem wszechwiedząca, a na pewno nie byłam mając jedenaście lat. Nie dziwne, że wtedy nie podano nam zbyt wielu informacji, dyrektor nie chciał zbiorowej paniki, brak informacji sprawił, że właściwie nie wiedziałam czego szukać, teraz już w ogóle wiele szczegółów zatarło się w mojej pamięci.
Nigdy nie myślałam, że to naprawdę bestia, czy potwór. Rozjuszone, bardzo niebezpieczne, może jadowite zwierzę.
To wydarzenie sprawiło, że poczułam się winna. Jako arystokratka. Pierwszy raz pomyślałam o tym poważnie. Pierwszy raz… nie wiem, doszło do mnie, że tak właściwie tytuł lady nic nie oznacza, został mi dany z dniem urodzenia, nie zawalczyłam o niego, nie uzyskałam go, po prostu się z nim urodziłam. Nie traktowałam innych osób jak gorszych od siebie, jednak wzbudziła we mnie dziwny wstręt pewna wyższość, jaka zawsze wiąże się z arystokracją.
Tak, pierwszy rok szkoły i tyle emocji. Doszłam jednak do siebie i pewnych przemyśleń, nie samodzielnie, po części dzięki przyjaciołom. Wydaje mi się, że to był bardzo ważny moment, chwila kiedy zaczęłam kształtować swój światopogląd. Doszłam do wniosku, że nie można być neutralnym, kiedy komuś dzieje się krzywda. Brak otwartego sprzeciwu to przyzwolenie, a osoba która pozwala krzywdzić innych w niczym nie jest lepsza od tych, którzy wyrządzają krzywdę.



Mimo wszystkich zawirowań, jakie miały miejsce przez tych siedem lat, szkołę wspominam dobrze. Zyskałam wiele pewności siebie i nauczyłam się wytrwałości w dążeniu do celu oraz cierpliwości. Nadal zazwyczaj mam to, czego chcę, teraz jednak sama na to pracuję i, jakkolwiek to brzmi, wierzę że mogę osiągnąć wszystko.
W trzeciej klasie przystąpiłam do klubu pojedynków i nie będę ukrywać - nie byłam mistrzynią. Z początku więcej razy obrywałam, niż wygrywałam, nie miałam do tego czasu żeby często ćwiczyć. Nadal z uporem uczyłam się wszystkiego, co mogłam o animagii, dokonywałam pierwszych prób - czasochłonnych, acz nieudanych. Dołączyłam też do drużyny quidditcha. Możliwe, że zapychałam sobie czas nadmiarem zajęć nie chcąc mieć czasu na rozglądanie się i patrzenie na to, jak świat wariuje.
Nie byłam szczególnie dobrą szukającą, to był kiepski okres sportowy dla Gryffindoru. Uwielbiam latać na miotle, jednak najwidoczniej nie byłam w tym wystarczająco dobra. Tłuczek posłał mnie do Skrzydła Szpitalnego dwa razy, z czego raz trzeba było mnie przenieść do Munga.
Ten drugi raz zakończył moją przygodę. Może starałabym się nadal, gdyby nie Harry (swoją drogą naczelny wróg mojego brata). Powiedział mi, że przewidział te wypadki i jeszcze jeden, trzeci, który jego zdaniem miał się skończyć o wiele gorzej. Uwierzyłam mu. Chłopak był jasnowidzem. Nie zamierzałam zginąć za sport. Do dziś czasami dokucza mi lewa noga, która oberwała wtedy najmocniej i nie chcę myśleć o tym, co jeszcze mogłoby się wtedy stać.



W piątej klasie odkryłam, że moje serce nie jest z kamienia. Było to odkrycie bardzo bolesne i żenujące. Mój wspaniały luby od dawna już uganiał się za Mare. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy, ale przecież nikt nie zna mnie lepiej niż ona, odrzucała zaloty przystojnego chłopca, który w końcu zwrócił uwagę na moje spojrzenia.
Uchodziliśmy za idealną parę. Ludzie nam zazdrościli. Nie widzieli jego spojrzeń kierowanych na moją siostrę i ja także udawałam, że ich nie widzę. Czy on myślał,  że jestem że tak ślepa? Nie wiem, nigdy nie spytałam. Najbardziej żenujące jest to, że to on to zakończył.
Przyjęłam to z całą siłą, jaką w sobie zgromadziłam i tylko moja poduszka usłyszała wszystkie żale do niespełnionej miłości oraz wszystkie łzy, jakie musiałam z siebie wylać.
Skupiłam się znacznie bardziej na nauce, chcąc zapchać czymś myśli. Nie chciałam żalić się Mare. Nie w tej kwestii.



Piąta klasa to także czas, kiedy zrobiłam duże postępy. Zaczęłam zmieniać się częściowo. Z początku panikowałam, bałam się że ktoś zobaczy, bo powracanie do naturalnego kształtu było o wiele trudniejsze niż samo zmienianie się w wiewiórkę - szczególnie, że jak wspomniałam, nie panowałam nad tym jeszcze jak należy. Zarobiłam kilka szlabanów za pałętanie się po nocach, zyskałam łatkę wagarowiczki, bo kilka razy problemy z dziwnie zdeformowaną dłonią zabrały mi więcej czasu, niż powinny.
Dodatkowo muszę przyznać, że zrobiłam sobie w tej drodze krzywdę. Były chwile, kiedy po niepełnej przemianie bolały mnie stawy, nie szłam jednak do lekarza nie wiedząc, co powiedzieć. Moje ambicje najwidoczniej wymieszały się z głupotą, bo nie przestawałam. Ból podobno jest normalny w trakcie nauki, mi jednak brakowało mentora który mógłby mi wyjaśnić do kiedy jest to naturalne, a kiedy powinnam zacząć się martwić. Do dzisiaj bywa, że bolą mnie stawy szczególnie w dłoniach, nie jest to ból szczególnie silny, przywykłam do niego. Pojawia się szczególnie ze zmianami pogody, po czym znów na jakiś czas znika.
Tak, te lekcje bolały. Szczególnie bez pomocy, czy raczej przy pomocy jedynie książek. Nikomu nie mówiłam, gdzie znikam, od dawna też nie mówiłam o swojej chęci zostania animagiem.
Po raz pierwszy udało mi się w wakacje po szóstej klasie. Pomógł mi przy tym  nieświadomie znajomy animag, w rozmowie wyciągnęłam od niego dużo rad mówiąc, że po szkole najpewniej zapiszę się na kurs.
W lesie należącej do rodzinnej posiadłości siedemnastego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku po raz pierwszy zmieniłam się całkowicie w rudą wiewiórkę o długim, puszystym ogonku.
Dochowanie tajemnicy stało się strasznie trudne. Chciałam to robić co chwila, chciałam się chwalić, opowiedzieć wszystkim o swoim wielkim sukcesie! Zrobiłam to jednak nielegalnie. Rodzina, wychowano mnie na wolnego ducha, na pewno by tego nie pochwaliła. Wolałam nie myśleć, co mogłoby się stać. Pozostałam więc przy sporadycznym dokuczaniu rodzeństwu pod postacią małego gryzonia i uciekaniu w las.



Języka trolli zaczęłam się uczyć jeszcze w szkole. Wtedy też postanowiłam, że będę znała wszystkie magiczne języki i napiszę do nich solidne podręczniki. Oczywiście nie spodobało się to mojej guwernantce, która jednak coraz mniej miała do powiedzenia w kwestii tego czego będę się uczyła. O ile włoski, czy francuski jakiego usiłowała mnie uczyć od małego dziecka nijak nie wchodziły mi do głowy i do dzisiaj potrafię powiedzieć "żemapel Julia" i może pamiętam kilka pojedynczych słówek, o tyle trolliński okazał się dla mnie o wiele łatwiejszy. Nasłuchałam się na ten temat trochę rodzinnych przytyków, jednak rodzice zawsze chętnie wspierali każdą dziedzinę w jakiej chciałam się szkolić, ułatwiali mi więc naukę przysyłając wszelkie teksty na temat tego języka, czy książki jakie wpadły im w rękę, czy od czasu do czasu w wakacje wysyłając do rezerwatów - oczywiście pod opieką - bym mogła potrenować w praktyce. Myślę, że obecnie posługuję się tym językiem równie dobrze, jak angielskim, po szkole także poświęciłam mu trochę czasu. Niedawno zaczęłam się uczyć trytońskiego. Muszę przyznać, że idzie mi to zdecydowanie lepiej. Może dlatego, że jeden język już znam? Nie mam się jednak czym chwalić, to dopiero początki. O ile nauka trollińskiego zajęła mi bardzo dużo czasu, myślę że teraz będzie łatwiej. Mam już pewien dryg, wyrobiłam sobie system nauki języka skuteczny dla mnie, mam też więcej czasu dla siebie i sama decyduję na co go poświęcam, podstawy powinny pójść mi więc zdecydowanie lepiej, niż kiedyś, w szkole gdzie zajęć zarówno dydaktycznych, jak i tych wynajdowanych przez kolegów oraz moją manię zostania animagiem było zdecydowanie więcej.



Dlaczego weterynaria? Bywa, że lepiej czuję się w otoczeniu zwierząt niż ludzi. Nie umiałabym się w pełni odizolować od tych drugich, jednak nie lgnę do nich w równie naturalny sposób. Od zawsze chciałam w jakiś sposób wykorzystywać swoje zdolności. Nie tylko możliwość rozmowy z niektórymi, ale też fakt, że zwierzęta mi ufają, a ja posiadam łatwość uczenia się o nich. Mój wybór nikogo nie zdziwił.
Weterynaria zawsze była na pierwszym miejscu, a jednak pchana zapewne ambicjami, chęcią dorównania reszcie rodziny, która "zwierzęcej medycyny" nie traktowała nadto poważnie, a może chcąc zdobyć wiedzę jak najszerszą - dostałam się na kurs uzdrowicielski. Zajmował mi wiele czasu i wysiłku, szczególnie że jednocześnie rozpoczęłam praktykę u starszego mężczyzny, znanego magizoologa zajmującego się zawodowo głównie leczeniem zwierząt.
Wielu moich bliskich było związanych z medycyną, zawsze miałam do kogo się zwrócić - zaklęcia w wielu wypadkach są takie same, lub podobne. Nauka nie sprawiała mi zbytniego problemu. W większości przynajmniej. Rodzinne zbiory dotyczące medycyny okazały się dla mnie bardzo cenne, podobnie jak ojciec i brat, którzy zawsze pomagali mi w razie potrzeby, kiedy z jakimś zaklęciem (a szczególnie eliksirem, do dziś sobie z nimi zbytnio nie radzę) nie dawałam sobie rady.
Chciałam być jak najlepsza w swoim zawodzie, przez długi czas to praktyka była na pierwszym miejscu, to weterynaria od samego początku była moim powołaniem, w pewnej chwili myślałam nawet o porzuceniu kursu, jednak… obserwując, co dzieje się dookoła nie byłam w stanie. Nie jestem uzdrowicielem, nie pretenduję do tego miana, zakończyłam kurs, choć nigdy nie poszłam w tym kierunku dalej, zdecydowanie brakuje mi praktyki, jednak widząc jak ciężkie czasy nadchodzą, chcę w razie potrzeby móc nieść pierwszą, konieczną pomoc także ludziom. Nauka przychodziła mi bez problemu, zarówno teoria, jak i praktyka, dobrze czułam się na zajęciach, tych medycznych jak i tych w domu mojego mentora, który właśnie u siebie prowadził małą klinikę, bez problemu zapamiętywałam słowa uczących mnie osób, jak i to, co wyczytałam z książek. Do dziś wspominam ulgę z jaką przyszło zakończenie kursu - który pożerał niesamowitą ilość czasu i energii. Pamiętam i do dziś czuję jednak także satysfakcję, nadal w wolnych chwilach dokształcam się w tej dziedzinie, często przy pomocy rodziny lub przyjaciół poznanych na kursie. Od trzech lat prowadzę także własną klinikę weterynaryjną - nieskromnie mogę dodać, że klinikę o bardzo dobrej renomie. Trafiają do mnie często zwierzęta odebrane właścicielom lub sprzedawcom za wykorzystywanie ich w niewłaściwych celach, niekiedy te które zbłąkane i spłoszone narobiły sobie i ludziom kłopotu. Pomagam im dojść do siebie, szukam domu lub wysyłam do schronisk, czy rezerwatów. Przyjmuję także zwierzęta prywatnych klientów. Ta klinika to moja duma, zżyłam się z nią tak mocno, że - to nawet zabawne - o upływie lat przypomniał mi dopiero list napominający, że nadchodzi czas, żebym zwróciła uwagę na jakiegoś młodzieńca.
Tak więc zostałam starą panną?



Zakon odkryłam rok temu za sprawą przyjaciela. Nie mogłam zamykać się między zwierzętami do takiego stopnia, żeby nie widzieć co dzieje się wśród ludzi. Chciałam działać i walczyć, zawsze dawałam z siebie wszystko. Jeśli ten świat ma się zmienić, my musimy mu w tym pomóc, prawda? Chciałam pomóc. Nie uważam się za potężną czarownicę, jednak jestem zdania, że każde ręce mogą się do czegoś przydać. Jeśli będzie trzeba walczyć, bez wahania uniosę różdżkę i będę to robić, nie łudzę się że będzie lekko, nie łudziłam się od początku. Ale kiedy chce się osiągnąć coś wielkiego, zawsze trzeba włożyć w to wiele wysiłku.



Oto ja. Mam dwadzieścia pięć lat, oddałam się pracy i walce, ale gdzieś w tym zatraciłam chyba trochę własne życie. A może to stało się moim życiem? Nie jestem samotnikiem, nigdy się za niego nie uważałam, wręcz przeciwnie: zwierzęta przyciągają ludzi. Mam wspaniałego bratanka i bratanicę, których próbuję uczyć odpowiedniego podejścia do zwierząt, mam przyjaciół.
Tylko myśl o tym, że powinnam zwrócić na siebie uwagę jakiegoś mężczyzny sprawia, że mój żołądek wywraca się do góry nogami.
A gdyby tak zostać wariatką ze stadem psów?




Patronus: Wspominam ten dzień, kiedy się udało. Okropnie padało, ale byłam uparta. Wcale tego nie przeczuwałam, chciałam po prostu poćwiczyć, sądziłam że znów zmienię się trochę, trochę bardziej. Udało się jednak całkowicie, patrzyłam na świat z wysokości kilkunastu centymetrów i było to niesamowite uczucie. Zaczęłam biegać, wspinać się po drzewach. Do domu wróciłam całkowicie przemoczona, ale najszczęśliwsza pod słońcem. Tak, mój patronus to wiewiórka. Wiewiórki są małe i niepozorne, ale jeszcze udowodnię światu, że potrafią porządnie ugryźć, jeśli trzeba.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 0 brak
Zaklęcia i uroki: 4 2 (różdżka)
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 6 2 (różdżka)
Transmutacja: 20 1 (różdżka)
Eliksiry: 5 Brak
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
język trollińskiII3
język trytońskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIII10
Historia magiiII5
Opieka nad Magicznymi StworzeniamiV35
Silna wolaI2
Zręczne ręceI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI0
EkonomiaI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)II
Literatura (tworzenie prozy)II
Muzyka (wiedza)II
Muzyka (śpiew)II
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI1
Latanie na miotleI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 4

Wyposażenie

Różdżka, 3 pkt statystyk, animagia


[bylobrzydkobedzieladnie]




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.


Ostatnio zmieniony przez Julia Prewett dnia 19.03.17 20:46, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Julia Prewett   02.06.17 16:12

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Natura rządzi się swoimi prawami. Rysują je żywioły, które swoja istotą organizują rzeczywistość. Ta sama dotyczy także ludzi, silnie odzwierciedlając się w magicznej krwi czarodziei. Julia, a właściwie Procella została naznaczona żywiołem wody, burzą skumulowaną nie tylko w znaczeniu imienia.
Rodowe wartości wniknęły w młodą czarownicę, ale ponad wszystko umiłowała sobie naturę. Świat stworzeń, zwierząt nie tylko tych magicznych - wpisał się wyraźną linią, prowadzącą ją do celu. Tak jak animagiczna forma, która przybrała kształt niepozornej wiewiórki.
Julia nigdy nie umiała być obojętna na krzywdę, a fascynacja światem mugolskim upewniła ją w decyzji, by o niezwykłą, niemagiczną rzeczywistość zawalczyć. W szeregach Zakonu Feniksa odnalazła swój kolejny cel i pewność, że (i tu mylnie) niepozorna, rudowłosa panna z rodu Prewett potrafi wiele zdziałać. Jak cicha, szumiąca woda, która w krytycznym momencie może zmienić się w burzę. 

OSIĄGNIĘCIA
Cicha woda...burzę rwie
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Animagia
WYPOSAŻENIE
Różdżka
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[22.03.17] Karta postaci -900PD
[22.03.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień) +50 PD
18.06.2017 Aktualizacja postaci: +5E, +5T, +2Z, -700pd






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
 

Julia Prewett

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Lady Prewett
» Julia Mitchell

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17