Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Budynek Administracji

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Budynek Administracji   04.02.17 13:57

First topic message reminder :

Budynek Administracji

Dwie mile od głównej bramy rezerwatu, we wschodniej jego części, znajduje się rozłożysty, kamienny budynek, który tylko oficjalnie nosi nazwę Siedziby Administracji. Większość pracowników nazywa go po prostu Gniazdem: to tutaj znajduje się serce Peak District. W rozbudowywanych rok po roku wnętrzach mieści się gabinet głównego zarządcy oraz nadzorców obydwu obszarów rezerwatu, a także pośrednie gabinety, miniaturowa sowia poczta, kominki sieci Fiuu, niezwykle bogata biblioteka z wspaniałym zasobem książkowej wiedzy o smokach i pieczołowicie prowadzone archiwum. Chcąc załatwić przepustkę albo inne sprawy wagi niemalże państwowej, należy udać się właśnie w to miejsce, w którym opiekunowie smoków zaczynają i kończą pracę, składając raporty, oprowadzając wycieczki lub znosząc ministerialne kontrole.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   11.06.17 10:29

Lorraine doskonale znała ten zapracowany tryb życia. Chociaż sama ograniczała swoje obowiązki znawcy prawa do minimum to Archibald niemal całe dnie spędzał w szpitalu. Doskonale znała te cienie pod oczami, nieobecny wzrok i bezradność, którą czasem ciężko było dostrzec spod piętrzącej się irytacji. Ona prawdopodobnie nie byłaby w stanie poświęcić tyle czasu na pracę mającą w domu dwójkę rozbrykanych dzieciaczków. To ich wychowanie zawsze stawiała na pierwszym miejscu i dlatego wolała zostawiać wszystko ludziom, którzy bardziej tych godzin w zajmowaniu się pracą potrzebują. Fakt, że potrafiła się od tego uwolnić nie sprawiał jednak, że przestawała się martwić o innych. Wręcz przeciwnie. Każdego dnia patrzyła jak Archie skrada się wieczorami do domu by tylko nie zbudzić dzieci, widziała jak marszczy brwi zirytowany tym, że kolejny raz nie zdążył przeczytać im bajki. Ufała, że robienie tego co się kocha jest warte marnowania swojego zdrowia i czasu chociaż każdy kto znał blondynkę choć trochę wiedział, że nie potrafiła przyglądać się niczemu z boku. Jeżeli miała coś do powiedzenia to mówiła o tym głośno. Przed przyjściem do rezerwatu zastanawiała się nad tym jak bardzo wpływa na niego wejście w nową rolę. Nie potrafiła go sobie wyobrazić wśród dokumentów, skrupulatnie wypełniającego każdą rubryczkę, utrzymującego wszystko w doskonałym porządku. To był Ben. Ben, który niezliczoną ilość razy wytykał jej ze śmiechem francuską akademię, który doprowadzał na skraj nawet niewzruszoną zawsze Grusię. Może właśnie dlatego, że ten awans nie pasował jej kompletnie do jego sposobu bycia tak bardzo się o niego martwiła? Bo nie można nagle zmienić całkowicie swojego zachowania i nie zderzyć się z przykrymi następstwami tej rzeczywistości. Przyglądając się  jego dłoniom ciężko zaciskającym się na skroniach pomyślała, że tylko to dzieli go od całkowitej kapitulacji. Przewróciła oczami na jego szybką zmianę przyjemnie brzmiącego imienia na tytuł, który przecież nic nie znaczył wśród jej bliskich. Chociaż nigdy nie była w żaden sposób uprzedzona do osób innej krwi to jako idealna córka swojej matki nie miała zbyt dużego kontaktu z nimi. Nie mogła wtedy powiedzieć co mogłoby ich dzielić bądź łączyć. Nawet akademia choć łączyła ze sobą różnych ludzi była też w pewnym stopniu jakimś połączeniem zachowań. Krew nigdy niczego nie zmieniała, a jednak potwierdziła, że ludzie są wspaniali. Bez względu na to gdzie się urodzili, bez względu na to jaki ciężar nieśli na ramionach. Byli dla niej wspaniali. - Widzę… - mruknęła przejeżdżając spojrzeniem po kartkach i zaraz wracając do twarzy mężczyzny. Uśmiechnęła się delikatnie chociaż miała ochotę rzucić ignitio na tę stertę papierzysk. - Podoba ci się to własne miejsce? - zapytała rozglądając się lekko po pomieszczeniu. Ona pewnie czułaby się tutaj dobrze, ale ona w takich miejscach spędziła całe swoje dorosłe życie, studiując księgi, ucząc się przepisów. To nie był świat, który on znał. - Przykro mi, że widzę cię w tak złej formie. - odpowiedziała niemal od razu kręcąc głową. - Pamiętasz chociaż o tym, że czasem trzeba coś zjeść? Wiesz, że te papiery tutaj… to nie wszystko? - westchnęła. - No niby dorosły chłop z ciebie, a czasem nic o sobie nie pomyślisz. - dodała ruchem ręki odrzucając na bok serwetkę z koszyka i przesuwając delikatnie wszelkie papiery wiedząc, że w tym nieładzie jest taktyka. Z koszyka wyleciało zawiniątko z pieczonymi przez Grusię bułeczkami, talerz z przygotowaną dla Bena cielęciną i wielki dzban kawy. Lorraine złapała w locie jabłko i zaczęła przecierać je w dłoniach posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech. - Nie patrz tak na mnie… zjemy razem obiad czy tego chcesz czy nie. - mruknęła sięgając po nożyk i przecinając jabłko na kilka części.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   11.06.17 11:22

Czułość, jaka emanowała z Lorraine, wydawała się czymś naturalnym, w ferworze życiowych zakrętów wręcz niezauważalnym, wziętym za oczywistość, ale ostatnie przejścia pozwoliły Benjaminowi otworzyć oczy szerzej i docenić swoich bliskich. Tak naprawdę docenić, głębiej, po chwili zastanowienia, już nie rubasznym śmiechem, kuksańcami czy sprawieniem drobnych niedogodności - pamiętał, jak złamał krzesło w kuchni Prewettów - a zrozumieniem. Własne cierpienie nauczyło go dostrzegać coś więcej poza ciepłym uśmiechem, który - chociaż absolutnie szczery, w prawdziwość sympatii Lorrie nigdy nie wątpił - wymagał wiele pracy. Wyrzeczeń. Odsunięcia własnych problemów na dalszy plan, by zaopiekować się osłabionymi przez życiowe demony przyjaciółmi, nie tracąc przy tym pogody ducha. A przecież nie miała łatwo: nawet jeśli przyziemne kwestie utrzymania nie dotyczyły lady Prewett, to obydwoje z Archibaldem ryzykowali wiele, przyłączając się do wspólnej sprawy. Ich sprawy. Kiedy zimowego popołudnia rozsiadał się w ich kuchni, wśród jedzenia i skrzatów - nieco deprymowały go salony dworu - nie sądził, że kiedykolwiek zdoła czuć do nich coś więcej, ale gdy okazali się sojusznikami, cenił ich jeszcze bardziej.
Spoglądanie na delikatnie uśmiechniętą - i nieco...zafrasowaną? - Lorraine odciągało jego myśli od tych swoich, ciemnych, pokręconych, destrukcyjnych. Mógł albo się im poddać, psując im obydwojgu humor, albo wykorzystać chwilę przerwy na podreperowanie utraconych sił. Nie bez trudności wybrał to drugie, a gdy finalnie zasiadł obok złotowłosej, odetchnął głęboko, przymykając na sekundę oczy. Musiał być niezwykle ostrożny, żeby nie zasnąć, ale wygrał ze zmęczeniem, rozklejając powieki.
- Jest...niezłe. Ładny widok na wschodnią część rezerwatu. No i nie cuchnie - kto by pomyślał, że wątpliwy aromat będzie kiedykolwiek Wrightowi przeszkadzać -  Na szczęście pracuję też w terenie, więc nie utknąłem w tej dębowej trumnie na zawsze - dodał już nieco żywiej, kręcąc głową najgwałtowniej, jak potrafił, by odegnać wrażenie złej formy. Nerwowe trzepanie szczęką wywołało jej ból, a cały ten zaprzeczający ruch nadał mu wyglądu zdezorientowanego psa, który właśnie oberwał deską w pysk, przez co wcale nie prezentował się weselej. - Jestem po prostu zmęczony, Lorrie. To nic poważnego. Nie martw się, regularnie jem, piję, sypiam - powiedział głębokim, uspokajającym tonem, chociaż na trzy ostatnie - oczywiste - kłamstwa, umknął wzrokiem z jej twarzy gdzieś w kierunku gabloty z dokumentami, niczym przyłapany na oszukiwaniu uczniak. Nic nie poradził na to, że przy Prewett nie potrafił łgać w tak najprostszych sprawach. Opiekuńczy błysk w oku Lorraine wykrywał każde minięcie się z prawdą.
- Wiem. Wiem, że to nie wszystko - sprostował po krótkiej chwili milczenia, uśmiechając się nieco słabo do rozmówczyni. Do niedawna to praca była całym jego życiem, trzymającym go w względnie dobrej formie, ale teraz oddałby każdego smoka i każdy awans za rozwiązanie problemów Zakonu. Nawet będąc w swoim żywiole, ciągle powracał myślami do Próby, do trzeciej siły, do serca Gellerta, do nasilających się prześladowań mugoli, właściwie nigdy nie uwalniając się od ciężaru odpowiedzialności. Machinalnie obrócił na palcu złotą obrączkę: metal zdawał się dziś ciepły, kojący.
- Dziękuję - powiedział cicho, zerkając na pyszności, wyłaniające się spod kolorowej serwety. Od razu chwycił talerz w duże dłonie, nie kłopocząc się ustawianiem go na biurku. - Grusia wie, co lubię - dodał, już z pierwszym kęsem mięsa w ustach, przez co brzmiał dość niewyraźnie. - Co u małej Miriam? Dalej mądra i piękna, jak jej mama? A Edwin? Stęskniłem się za tym urwisem - zagadnął, wspominając o uroczych dzieciach Prewettów. Nie widział ich sto lat, ale może to i dobrze, że nie narażał ich na spotkanie z cieniem dawnego wuja Bena, niegdyś podrzucającego ich pod sufit i zabierającego na miotlarskie przejażdżki. Teraz mógłby najwyżej rozpłakać się na widok tych niewinnych buzi, niewiedzących, jakie niebezpieczeństwo może czyhać na ich rodziców.
Zdecydowanie powinien się zdrzemnąć - bez snu robił się jeszcze bardziej depresyjny. Przełknął pokaźny kawał mięsa, robiąc brudnym widelcem nieco dziwaczny gest. - Archibald ciągle zdradza cię z zaborczą kochanką - szpitalem? - spytał, starając się odnaleźć w sobie chociaż minimalne pokłady wesołości.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   16.06.17 17:38

Lorraine to bolało. To wszystko co działo się w ich świecie uderzało w nią ze zdwojoną siłą. Zawsze była bardziej empatyczna, bardziej zamartwiała się nad innymi, zawsze bardziej dotykała ją krzywda innych ludzi. Czuła wojnę całą sobą. Bo przecież właśnie tym było to z czym się mierzyli nawet jeśli świat nadal uparcie tkwił w przekonaniu, że wszystko jest tak jak być powinno. Dwa fronty zmierzające się ze sobą. Lorraine jako Abbott doskonale znała tego typu rywalizacje. Uważała to za zdrowy ciąg życia. Nie wszyscy mogą się ze sobą zgadzać bo przecież każdy jest inny.  Od tego było prawo i od tego była sprawiedliwość, do której wszyscy dążyli. Jednak jak wszystko na tym świecie nawet konflikt poglądów; ma swoje granice. Wszystko co łączy ze sobą śmierć, ból, cierpienie i strach. Wszystko co sprawia, że czujemy się obcy w świecie, w którym przyszło nam żyć. W takich momentach nie istnieją dobre rozwiązania. To wszystko przerasta nawet tych o nigdy nie zmąconym niczym spokoju. Przerasta nawet najwytrwalszych. Prewett naprawdę chciała znaleźć w tym wszystkim coś co trzymałoby ich razem. Nie mówiąc tu o celach jakie są przed nimi stawiane i o próbach jakie przyjdzie im jeszcze wspólnie przejść. Chodziło o coś prostego i normalnego. Nieskażonego złem rosnącym w siłę na ich oczach. Pewnie było w tym trochę naiwności. Kiedyś było łatwiej wierzyć, że ta naiwność naprawdę działa. Teraz już doskonale wiedziała, że trzeba się o nią postarać, a jeden Merlin świadkiem, że nikt nie robił tego lepiej od niej. Przytuliłaby do siebie świat gdyby tylko wiedziała, że ten odpowie jej nie dusząc w zarodku. Chciała tu przyjść. Zobaczyć go w nowej roli. Oczywiście na samym szczycie znajdowało się nieprzerwane niczym zmartwienie, ale pod tym tkwiła gama innych uczuć, które teraz śmiało dawały o sobie znać. - O ile wygramolisz się z tych wszystkich… - westchnęła. - Jestem pewna, że ktoś kto wcześniej się powinien tym się zajmować to się nie zajmował i teraz wszystko zrzucili na ciebie… jeśli chcesz. - mruknęła zaraz uśmiechając się bo przecież marudzi odkąd tu przyszła, a jeszcze ani razu mu nie pogratulowała. Chyba mieli tak wszyscy. Dostrzeganie nawet w pozytywnych rzeczach negatywów. Upieranie się, że coś co mogłoby być dla nas dobre finalnie nas zrani. Nic dziwnego, że we wszystkim doszukiwała się spisku i drugiego dna. Jednak nie mogła tak żyć dłużej. Paranoja jest przyjaciółką obłędu, przed którym musieli się bronić. - Cieszę się, Ben. Zasłużyłeś na to by awansować. Zobaczysz to wszystko jeszcze wyjdzie na dobre. - dodała uśmiechając się szeroko. Szlachcianka oparła głowę o zagłówek fotela spoglądając na mężczyznę z uniesioną brwią, która tylko podkreślała to jak bardzo mu w tym momencie nie wierzyła. Nie miała jednak zamiaru wchodzić to głębiej. Potrzebował ją uspokoić, a ona potrzebowała poczuć się uspokojona. Czasami nie można było na siłę zmieniać swojego i czyjegoś życia tylko dlatego, że znaliśmy prawdę. To wszystko nikło gdzieś niesione sprawami większej wagi. Ciężko było sobie wyobrazić to co tak naprawdę miało nadejść i chociaż bardzo chciałaby zobaczyć coś w swoich wizjach wiedziała, że jeżeli się pojawią to nie będą zwiastować niczego dobrego, a kolejną tragedię, której trzeba będzie sprostać. - Grusia może krzyczeć kiedy chodzi się w butach po jej świeżych dywanikach, ale też szybko się przywiązuje. - dodała. To był tylko przykład tego jak mogło to wszystko funkcjonować gdyby nie znajdowali się w środku burzy. A może gdyby nie znajdowali się w środku burzy nie potrafiliby tego docenić? Może łatwiej byłoby im to odrzucić? - Miriam… jak zwykle ciekawa świata. Ostatnio zapytała mnie dlaczego ośmiornice nie piszą listów i wzięła sobie do serca nauczenie pisania chociaż jednej. A Winnie rozrabia dalej krzycząc na całe West Lulworth, że dziewczyny są fe i nie można im ufać. Coś w tym chyba jest. - zaśmiała się wrzucając sobie kawałek jabłka do buzi. - Tęsknią za wujkiem Benem więc… nie masz innego wyjścia jak w końcu wyjść z biura z ładnym widokiem na wschodnią część rezerwatu i nas odwiedzić. - powiedziała tonem, który ciężko było zignorować. Na pytanie o Archibalda westchnęła. - Obawiam się, że to już przesądzone. Patrząc na czas spędzany w szpitalu śmiem twierdzić, że to ja jestem kochanką. - wzruszyła ramionami, a kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Przyzwyczaiła się już do tego, że jej mąż ciągle pracuje. - Wy mężczyźni tak po prostu macie. - skwitowała.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   16.06.17 20:21

Cielęcina smakowała wyśmienicie - co prawda Benjamin nie miał wygórowanych oczekiwań wobec jedzenia, pochłaniał je łapczywie niczym wygłodzony kundel, ale i tak potrafił docenić dodatkowe, ukryte aromaty. Nie potrafił ich nazwać ani rozpoznać, lecz z pewnością działały zbawiennie na wyposzczone kubki smakowe, przywykłe do miętowej herbaty pitej w zatrważających ilościach oraz suchych kanapek, skleconych z przypadkowo nawijających się pod rękę składników. Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz jadł prawdziwy obiad. Ciepły, przygotowany specjalnie pod jego gusta, przyniesiony do pracy przez troskliwą osobę. Każdy kęs nie tylko zaspokajał głód, ale też zasypywał pustkę innego rodzaju: blada twarz Benjamina nabierała powoli koloru a matowe oczy powracały powoli do typowego blasku, lśniąc orzechowo-brązową poświatą. Był w domu: nawet jeśli znajdywał się w nowym gabinecie, z dala od mieszkania Margaux i Justine.
- Masz trochę racji, mój poprzednik miał początki demencji i... - westchnął, robiąc dziwny gest dłonią: niestety tą, w której trzymał widelec. Zamachnął się nim tak mocno, że soczysty kawałek mięsa poszybował przez pokój, z mlaszczącym odgłosem przyklejając się do jednej ze ścian. Wright niezbyt się tym przejął, powracając do pałaszowania potrawy. - no i chaosu tu tyle, jakby hipogryf postanowił zatańczyć w składzie porcelany, ale radzę sobie - wymamrotał z pełnymi ustami, zamykając je w końcu, gdy Lorraine przekazała mu gratulacje. Przyjął je z dziwną miną, przez chwilę wyglądając tak, jakby się zadławił. Wykrzywione wargi, dziwnie zezujące oko, krótki kaszel: opanował zawstydzoną reakcję tak szybko, jak potrafił, wbijając wzrok w prawie pusty talerz. Nie przywykł do pochlebstw ani wyrażania dumy; krępowało go to niezmiernie, zwłaszcza w obecnej sytuacji, w której myślami błądził znacznie dalej, poza murami rezerwatu. Wzruszył dziwnie ramionami i pochłonął ostatnią porcję potrawy, chcąc tym sprytnym sposobem umknąć od skomentowania gratulacji. Obawiał się, że pokazanie, jak bardzo wzruszyły go te krótkie zdania, otworzy puszkę okropieństw, z którymi radził sobie słabiej niż średnio, a obecność empatycznej Lorrie rozklei go na dobre. Nie mógł na to pozwolić, dlatego z ulgą przyjął odpowiedź na swoje pytania.
Słuchając kobiety, odstawił talerz na blat biurka i mało subtelnie zerknął na jabłko trzymane w ręku lady Prewett. Chętnie połakomiłby się także i na nie.
- Przejdzie mu - skwitował z całkowitą powagą; sam doskonale pamiętał dziecięce lata, w czasie których zabawa z dziewczynami wydawała się koszmarem. Chłopcy byli lepsi, ale szybko wyrósł z tego dysonansu. Prawie całkowicie, ale takimi szczegółami nie zamierzał dzielić się z nikim. - Za kilka lat będzie sprowadzał do dworu nowe kandydatki na żonę - powiedział z pewnością, już widząc nieco pulchnego Edwina w roli rudowłosego casanovy, podbijającego serca niewiast. Wdał się przecież w Archibalda - wybierającego w końcu najlepszą kobietę na ziemi - i w niego samego, chociaż to drugie podobieństwo było czystym rojeniem. Odkaszlnął, sięgając po termos, by rozlać do filiżanek gorącą kawę. - Odwiedzę. Obiecuję, Lorrie. Ostatnio Miriam obiecała, że nauczy mnie w liczenie...A cóż, ogarnięcie liczb bardzo przyda mi się w tym gabinecie - uśmiechnął się lekko, wyraźnie spokojniejszy po posiłku i dobrych informacjach o małych Preweciątkach. - Rozumiem, że nie trafiają do niego żadne argumenty o odpoczynku? - westchnął rozdzierająco; jednocześnie martwił się o przepracowanie Fluviusa, z drugiej strony całkowicie rozumiał poświęcenie w pomaganiu innym. Jeśli ktokolwiek mógł przemówić mu do rozumu, to była to jedynie Lorraine. - Jak mamy? Rzucamy wszystko, by uczynić ten świat lepszym? - zagadnął udawanie obrażonym tonem, podając blondynce chyboczącą się na spodku filiżankę z gorącym napojem. Unosząca się para rozmyła jej rysy i na chwilę ujrzał w jej twarzy rysy Harriett; momentalnie zbladł, przykrywając nieprzyjemne ukłucie nieco nerwowym uśmiechem. - Jak sobie radzisz z tym wszystkim, Lorrie? - spytał delikatniej, jak na siebie wręcz czule, poruszając krzaczastymi brwiami, by nadać swojemu spojrzeniu nieco trzeźwości i odegnać świeże mary, powracające w najmniej spodziewanych momentach.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   22.06.17 11:37

Lorraine nie wymagała od życia zbyt wiele. Od dziecka ją uczono, że nie powinno się rozmyślać nad przyszłością, a jedynie skupić się na tym co dzieje się tu i teraz. To nie było łatwe, a już na pewno nie dla kogoś kto wiedział o przyszłości więcej niż inni. Wychowanie jednak miało na nią niesamowity wpływ dlatego nigdy nie widziała siebie w roli żony, matki czy…wojowniczki. To wszystko działo się w jej życiu samo, a ona dostosowywała własnej decyzje do tego przez co aktualnie musiała przejść. Każdy jednak przechodził przez życie inaczej i ona nigdy nie uważała, że jej sposób jest dobry. Nie chciała po prostu zastanawiać się nad tym co przyniesie im następny dzień w szczególności gdy tak wiele złego działo się wokół nich. Jeżeli mieli tylko dwadzieścia cztery godziny szczęścia to nie miała zamiaru tracić ani minuty na myślenie o nadchodzącej tragedii. Może właśnie dlatego tak bardzo chciała ich wszystkich mieć przy sobie? Może właśnie dlatego dbała by żadna z tych relacji nie znikła w eterze? Może właśnie to wszystko określało Lorraine Prewett? Spojrzała na lecący w stronę kawałek cielęciny i przez chwile patrzyła jak mięso zsuwa się po zimnej ścianie by w końcu zatrzymać się w połowie. Blondynka przeniosła spojrzenie na mężczyznę unosząc przy tym brew. Ona też była do tego przyzwyczajona. Jedzenie na ścianie przyprawiało o zawał jedynie Grusie, która później musiała je sprzątać. Czasami się zastanawiała czy robili dobrze, że pozwalali dzieciom dorastać w swoim własnym tempie bez tego szlacheckiego przymusu. Oczywiście Lorraine doskonale wiedziała, że dzieci będą musiałby to wszystko przyswoić bo to było ich dziedzictwo, ale nie bez powodu szlachcianka wolała by stało się to w swoim własnym tempie. Bez nacisku z każdej możliwej strony. Byli jeszcze tylko dziećmi. Wiedziała, że mówienie pochlebstw nie jest u niej zbyt częste. Chociaż miała w sobie tyle empatii, uczuć i właściwie chciała przytulić do siebie cały świat to sama nie lubiła przyjmować pochlebstw. Dlatego zwykle rzucała złowrogimi spojrzeniami, na które nikt nigdy się nie nabierał, a matczynym tonem nawoływała do porządku, do którego i tak nikt się nie stosował. Nie musiała mówić tego wszystkiego na głos. Oni musieli wiedzieć jak bardzo z nich wszystkich była dumna. Kącik ust uniósł jej się w delikatnym uśmiechu. Dobrze wiedział, że to mu się należało. Docenienie go. Westchnęła słysząc o kandydatkach na żonę. - Nie mów mi o kandydatkach na żonę. To wszystko co mówi się o matkach jest prawdą. Już wiem, że jej nie polubię. - ale to nie była prawda. Lorraine nie potrafiła kogoś nie lubić tylko dlatego, że tak zdecydował los. O losie i jego przekorności Prewett wiedziała wystarczająco dużo. Kiedy obiecał wyciągnęła w jego stronę palec i w tym jednym geście pomieściła wszystkie ostrzeżenia i groźby świata. - Przyjmuje tę obietnicę. - uśmiechnęła się szeroko kiedy w jej wyobraźni pojawił się obraz małej Mirci uczącej liczyć dużego wujcia Bena. - No przecież na edukacje nigdy nie jest za późno. - dodała wyciągając w stronę mężczyzny odkrojoną połówkę jabłka. - Trafiają. Tylko, że to nie jest tak, że może w pełni o tym zdecydować. Kiedy na jego oddziale pojawia się ktoś potrzebujący pomocy to nawet jeżeli nie będzie spał od trzech i jadł od dwóch to i tak zrobi wszystko by pomóc. W życiu nie wymagałabym od niego myślenia o sobie bo wiem, że sama nie byłabym w stanie w takiej sytuacji. - odparła wiedząc, że tak właśnie trzeba postąpić. Byli ze sobą już wystarczająco by wiedzieć, że niektórych rzeczy nie da się zmienić. Ona nawet by nie chciała w nim tego zmieniać. Słysząc jego słowa westchnęła i pokiwała głową. - Chociaż często przy tym odbiera wam rozum to tak...rzucacie wszystko by uczynić ten świat lepszym. - mruknęła sięgając po kawę, której aromat już od dłuższego czasu czuła. Pytanie mężczyzny było potwierdzeniem tego co wszyscy czuli. Nie mogli przewidzieć tego co nastąpi w następnej chwili, ale mogli przynajmniej podbudowywać się nawzajem. Wzruszyła lekko ramionami przenosząc wzrok z filiżanki na mężczyznę. - Chyba jak każdy kto idzie w stronę wielkiej niewiadomej. - pokręciła głową. - Źle to zabrzmiało. Nie będę mówić, że się nie boję. Po prostu póki wiem, że jest warto czuje się… pewnie. Muszę czuć się pewnie, Ben. - powiedziała. Każdy z nich był tylko człowiekiem. Miał tylko jedno życie, które co chwile wystawiał na próbę. To nie było łatwe. Stanąć twarzą w twarz ze złem całego świata. A jednak życie nigdy nie było proste, prawda? - Czujesz się inaczej?




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   22.06.17 20:55

Popołudniowe, miękkie światło, wpadające przez uchylone okno o zepsutych zawiasach, opromieniało lewy profil Lorraine, sprawiając, że złote kosmyki włosów skrzyły się jeszcze intensywniejszą barwą, nadając jej wygląd zwiewnej, efemerycznej istoty. Już mniej podobnej do Harriett, która nie uśmiechała się tak miękko - zdołał zapomnieć o tej dobrej, czułej twarzy półwili, pielęgnując w głowie jedynie obraz wykrzywionych ust, grymasu nonszalanckiego zadowolenia, które musiała czuć, gdy z premedytacją deptała to, co ich łączyło. Pozostawał ślepy na oczywiste powiązania z błędami, które sam popełniał, naiwnie sądząc, że odkupił je już dawno - były tylko nieświadomymi, przypadkowymi potknięciami. Wspomnienie Lovegood bolało, ale przez dłuższą chwilę nie potrafił wyrwać się spod tego czaru, nieco markotniejąc, co na szczęście można było odebrać jako smutek po zakończonym zbyt szybko posiłku. Cielęcina smakowała doskonale, całkiem nieźle radząc sobie z przykryciem bolesnej goryczy.
- Daj spokój, Lorrie, będziesz najmilszą teściową na świecie - odparł od razu, prawie wywracając oczami. Nie wyobrażał sobie lady Prewett krzywiącą się na kogokolwiek, nawet za kilkanaście lat, gdy Edwin zacznie sprawiać prawdziwe problemy wychowawcze. Rozmowa na ten temat łagodnie odwracała uwagę od kryjącego się głębiej smutku, jednocześnie odrobinę go podsycając. Temat dzieci, ich złudnej przyszłości, poświęcenia pozwalał spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. Mniej przyjemnej, spisanej, prawdopodobnie, nazwiskami kolejnych ofiar, w gronie których mógł znaleźć się każdy, kto był im bliski. Wright pojmował cenę, jaką przyjdzie mu w końcu zapłacić, ale nie potrafił wyobrazić sobie podobnego oddania ze strony Prewettów. Mieli siebie nawzajem, mieli dzieci, mieli przyszłość: powinni o nią walczyć, kochał ich za to jeszcze mocniej, ale gdzieś podskórnie nie zgadzał się na większe zaangażowanie. I tak robili wiele, wiele dobrego dla Zakonu i dla innych, niezwiązanych z ideą Dumbledore'a. Także w murach szpitala, gdzie pracował Archibald.
- Lepiej, żeby to dobro odbierało nam rozum niż, na przykład, jakaś panienka odsłaniająca zbyt dużo dekoltu - rzucił żartobliwie, starając się nieco zmniejszyć ciężar rozmowy, ponownie spychając ją na przyjemniejsze tematy, lecz nie zamierzał robić tego na siłę. W oczywisty sposób zbaczali z wytyczonych ścieżek niezobowiązującej pogawędki, docierając do tego, co naprawdę ich martwiło. Niepokoiło. Wirowało w tyle głowy za każdym razem, gdy podejmowali na ślepo decyzje, dotyczące ich bliskich. Uśmiechnął się znów, tym razem smutniej, odbierając kawałek jabłka i pochłaniając je jednym, głośnym chrupnięciem. - To normalne, że się boisz. Każdy się boi - powiedział po chwili ciszy, wkładając w krótkie słowa jak najwięcej siły i pogody ducha. Zgadzał się ze słowami Lorraine i jeszcze kilka tygodni temu i jeszcze kilka tygodni temu w pełni podzielałby stateczny optymizm: teraz ciągle istniejący, ale mocno nadwyrężony. Mimo to pielęgnował go, doglądał, nie pozwalał sobie ześlizgnąć się ponownie w dół po stromej, śliskiej ścianie studni, a utrzymanie się na powierzchni było znacznie łatwiejsze w towarzystwie Lorrie. - A strach nie wyklucza pewności - dodał trochę ciszej, po chwili refleksji; ubieranie myśli w zdania wychodziło mu bardzo słabo, nie potrafił ich sformułować ani ukazać w odpowiednim świetle. - Czuję się...spokojnie. Spokojnie przestraszony, ale staram się być dobrej myśli - wyrzucił z siebie w końcu mało logicznie, chociaż w głębi wrightowskiego serca miało to sens. Może złudny, może naiwny, lecz wierzył w to, co miały przynieść następne dni. I chociaż bał się podejmowanych decyzji, wielkiego ryzyka i odpowiedzialności, to nigdy nie cofnąłby się przed kolejnymi działaniami. Nie, kiedy w grę wchodziło ludzkie życie.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   30.06.17 18:15

Lorraine chciałaby, żeby wszystko było dla nich prostsze. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w życiu złe rzeczy niemal zawsze dotykają tych dobrych ludzi, a te dobre złych. Żyli w świecie egoizmu i braku tolerancji i często bycie dobrym po prostu nikomu się nie opłacało. Spotykała na swojej drodze różnych ludzi. Niektórzy przyjmowali świat takim jaki jest, inni walczyli o niego zacięcie często w różnych sprawach. Każdy z nich cierpiał podwójnie. Każdy z nich żył podwójnie. Godząc walkę o lepsze jutro z coraz to gorszym dzisiaj. Wiedziała, że Ben jak każdy ma swoje własne demony nękającego w przerwach na chwile oddechu. Czasem nie dane było nam się z czymś pogodzić bądź po prostu lepiej funkcjonować. Lorraine zdarzało się zapomnieć, że byli przecież tylko ludźmi. Wciąż podatnymi na zranienia i wciąż posiadającymi swoje granice wytrzymałości. Może właśnie dlatego chciałaby dla nich wszystkich czegoś więcej. Czegoś więcej niż szczęścia. Czegoś co mogliby nazwać spokojem. Uśmiechnęła się na słowa mężczyzny. Chyba taka była właśnie prawda. Nie potrafiła być złośliwa nawet jeżeli tak kiedyś powinno być. Upiła łyk kawy ciesząc się, że udało im się w końcu zobaczyć. Nie, żeby musiała najpierw ściągnąć go na ziemię, ale ona też tego potrzebowała. Patrzyła jak brudne naczynia układają się w wiklinowym koszyku, a kącik ust uniósł jej się w leniwym uśmiechu. Dobrze, że mieli magię po swojej stronie. Nie mogła sobie wyobrazić życia bez tego dobrodziejstwa. O ile ciężej by im się wtedy żyło? A może łatwiej byłoby im docenić to co posiadają. Z rozmyśleń wyrwał ją głos mężczyzny. Rozbawiona pokręciła głową. - No tak, przecież wystarczy skrawek mniej materiału by zawrócić wam w głowach. A mówią, że kobiety to ta słabsza płeć. - pokręciła głową, a w jej oczach tańczyło rozbawienie. Lorraine też nie chciała mówić o tym czego byli świadomi. Oczywiście nie unikała tematu, znała ciężar, który nosili na swych ramionach, ale wiedziała, że będzie jeszcze wiele chwil, które poświęcą zamartwianiom się. Ciężko było jej jednak patrzeć na niego i nie myśleć o tym co już zdążyli przejść. Żadna ścieżka nie jest łatwa, ale ta którą wybrali była szczególnie trudna. Westchnęła i wzruszyła delikatnie ramionami. - Wiem, że każdy z nas się boi… po prostu chyba chciałabym wiedzieć co będzie dalej. - odparła sama do końca nie będąc pewna co miała na myśli. Może to, że jej dar w takich momentach był bezużyteczny, a może to, że zasługiwali na to by dotrzeć do końca? Rozsądek jej podpowiadał by sobie nawet tego końca nie wyobrażać. Przed nimi ciągle była długa droga. - Trzymaj się tej dobrej myśli, Benjaminie Wright. W tych czasach to jedna z tych rzeczy, które pcha nas do przodu. - dodała wstając z fotela. Spojrzała jeszcze raz na kupę dokumentów niemal krzyczących o pomstę do nieba. Przeniosła wzrok na mężczyznę i jeszcze raz powtórzyła to co przez tak długi czas wałkowała. - Nie jesteś maszyną, Ben. Odpocznij. Odetchnij. Wiem, że dopóki tego nie skończysz to nie dasz sobie spokoju dlatego nie będę ci więcej czasu zabierać, ale pamiętaj co obiecałeś. Specjalnie powiem Mirci by słała do wujka Bena milion sów codziennie. - odparła z szerokim uśmiechem biorąc do ręki koszyk. Grusia chyba by ją zabiła wzrokiem gdyby wróciła bez niego.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   01.07.17 18:38

Uśmiechnął się lekko na jej słowa, podsumowujące męski gatunek, gotowy skręcić sobie kark dla ulotnej chwili wzrokowej przyjemności. Kiedyś potraktowałby to z powagą, naprawdę czerpiąc wiele radości z towarzyszenia powabnym dziewczętom niższego stanu, cudownie nieprzejmujących się etykietą i zasadami stroju, ale z biegiem czasu zupełnie zapomniał o drobnych radościach dnia codziennego. Spoważniał. Posmutniał. Może też - dojrzał, pozbywając się rubasznych naleciałości. Starał się pielęgnować optymistyczną siłę ducha, czyniącą go zawsze królem rozmów, potańcówek i meczy, lecz zdawał sobie sprawę z nieuchronności podjętych wyborów: teraz korzystał ze swoich zalet w innym wymiarze, pozostawiając beztroskie lata za sobą. Nie tęsknił za nimi, nie po tym, co przeżył na Próbie, czego mógł zasmakować; rozpaczy, żałoby i chwały, czystej rozkoszy, spełniających się marzeń. Zarówno śmierć jak i sława bolały tak samo, przynosząc finalnie pewne ukojenie. Poświęcił swoje życie - byłby głupi, sądząc, że nie wpłynie to w żaden sposób na jego postrzeganie świata. Akceptował tę zmianę, w pewien sposób cieszył się nią, chociaż to, co stało przed Zakonem, napawało go niepokojem. Mętna, pełna ofiar przyszłość prezentowała się niewesoło. Rozumiał uczucia targające Lorraine, będącą przecież matką dwójki cudownych dzieci. Szlacheckich dzieci; pochodziła z szanowanego, związanego z prawem rodu, brylowała na salonach, a mimo to wybrała niepewną drogę. Podziwiał ją - zachowała przy tym elegancką skromność i rodzicielską troskliwość; była także przy nim, dbając i pamiętając o tym, co przechodził.
Odpłynął w krainę filozoficznych rozmyślań, nie reagując na zabawny przytyk. Ocknął się dopiero po chwili, kiwając mocno głową, chcąc nadrobić moment zawieszenia. - Nawet najlepsi jasnowidze nie wiedzą, co dalej - odparł z przekonaniem, chcąc brzmieć pocieszająco, chociaż z jego suchym, przygnębionym tonem brzmiał mało przekonująco. Pochłonął ostatnie kęsy jabłka a ogryzek poszybował doskonałym rzutem prosto do wypełnionego papierami kosza, stojącego w rogu pomieszczenia. Przynajmniej jedno udane zadanie tego sennego, ciężkiego dnia.
- Z niecierpliwością czekam na listy od Miriam. I od ciebie, Lorrie, też - odparł, powstając z krzesła chwilę po złotowłosej. - Gdyby cokolwiek cię zaniepokoiło - wiesz, gdzie mnie znaleźć - powiedział poważnym, podniosłym tonem, reflektując się jednak, że właściwie lady Prewett może być pozbawiona tej wiedzy. - No, bo teraz pomieszkuję z Margaux i Justine. Już nie Nokturn - dodał gwoli uściślenia, pomagając Lorraine zdjąć z biurka koszyk. Nie wydawał się ciężki, dlatego pozwolił go jej zabrać; zerknął do środka, upewniając się, że nie został tam żaden zapomniany kęs mięsa. - Ty też bądź dobrej myśli, Lorrie. Ucałuj dzieciaki i Archibalda. I...jeszcze raz dziękuję - powiedział nieco zakłopotany, odprowadzając kobietę do drzwi. Krótkie spotkanie dało mu naprawdę wiele i chociaż i tak musiał wrócić do swoich obowiązków, to zasiadał za biurkiem zdecydowanie mniej śpiący, z dodatkową świadomością istnienia ludzi, którzy mu pomagali - a nie tylko tych, wbijających różdżki w plecy.


| ztx2




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   03.09.17 16:06

| początek maja

Nowy miesiąc zawsze witał nadzorcę części rezerwatu kolejnymi obowiązkami, związanymi z podsumowaniami i planowaniem następnych tygodni pracy, ale tym razem pierwsze dni maja były jeszcze gorsze niż zwykle. Niespodziewane wybuchy magii i cała seria anomalii, wcale nie przygasających, a przybierających na sile, wstrząsnęły w posadach Peak District, przynosząc ze sobą krwawe żniwo. Wyrzucony na wzgórzach Benjamin w pierwszej chwili nie docenił siły czarnej magii - dopiero kilka dni później, gdy udało mu się prowizorycznie zaleczyć oparzenia i dojść do względnej stabilizacji psychicznej, a także upewnić się, że bliscy są względnie cali i zdrowi, poświęcił całą swoją uwagę rezerwatowi. Sypiącemu się w posadach. Z niedowierzaniem przyjmował kolejne niewesołe reporty, początkowo naprawdę podejrzewając, że przysłani z różnych stron smoczych włości młodzieńcy po dziecięcemu przesadzają, opisując wulkan oraz czarne połacie ohydnej mazi, zalewającej coraz większe połacie nieskalanych dotąd wzgórz. Miejsce, które stało się domem dla trójogonów, rozpadało się na kawałki. Zaklęcia ochronne zostały przerwane, niekiedy działając w wręcz odmienny sposób - niebo lśniło od iskier, przyciągających w te rejony mugoli z pobliskich wiosek. Nieprzebrany, wiekowy las, porastający wschodnie wzgórze, został starty z powierzchni ziemi, a dorodne dęby oraz drzewa pamiętające dawne dzieje, połamane na drzazgi. Opowieści wysłanych w teren posłańców okazały się bolesną prawdą a Peak District stało się widocznie epicentrum tragicznych wydarzeń. To tu spod ziemi wypłynęła ohydna, plugawa maź, to tutaj wyrósł czarnomagiczny wulkan, plujący smolistym ogniem, to tutaj niebo zasnuwał czarny dym, zatruwający powietrze.
Wright znalazł się w tragicznej sytuacji - z wielu względów. Najpoważniejszym problemem okazał się brak ludzi. W wyniku anomalii wielu pracowników rezerwatu zostało rannych, kilku - zaginęło i do tej pory miejsce ich przebywania pozostawało zagadką. Szczęściem w nieszczęściu: żaden z współpracowników nie stracił życia, ale Benjamin posępnie podejrzewał, że było to jedynie kwestią czasu. Rozszalałe smoki, przerażone gwałtownymi wybuchami magii, stanowiły jeszcze większe niż zwykle zagrożenie. Słabsze, pokonane przez czarnomagiczne przeciążenia, oraz te młodsze, nie potrafiące poradzić sobie z napływem okrutnej mocy, pomarły, potwornie pokiereszowane, zbezczeszczone, zbyt szybko zabrane z tego świata, jeszcze zanim zdołały dorosnąć - lub zanim opiekunowie zdołali roztoczyć nad nimi odpowiednią uzdrowicielską opiekę. Wright czuł się tak, jakby najgorszy koszmar przesunął się ciemną chmurą na jedyny aspekt codzienności, który utrzymywał go przez ostatnie miesiące w dobrym zdrowiu psychicznym. W rezerwacie znajdywał ukojenie, pewien relaks, odrywał myśli ciężką pracą od okropieństw - a teraz musiał pracować ze świadomością, że wszystkie nieszczęścia, spadające na Peak District, zostały spowodowane jego decyzją.
Pierwszy wieczór po powrocie ze Świętego Munga do pracy spędził na ocenie szkód. Musiał na własne oczy zobaczyć rany, zadane rezerwatowi - bo chociaż ufał zatrudnionym tu ludziom, to ich opowieści brzmiały zbyt potwornie, by okazać się prawdą. Spacer po terenie rezerwatu, zazwyczaj sprawiający mu przyjemność, przypominał marsz jednoosobowego konduktu pogrzebowego. Roślinność umierała, pozbawiona wody, słońce nie przebijało się przez gęste, trujące kłęby dymu, unoszącego się znad widocznego właściwie zewsząd wulkanu, z wzgórz spływała czarnomagiczna maź. Ponowienie zaklęć ochronnych nie było możliwe, różdżki odmawiały posłuszeństwa, a zamiast skutecznych klątw często dochodziło do przypadkowych podpaleń lub wręcz wzmocnienia wibrującej w powietrzu czarnej magii. Należało jak najszybciej powziąć jakieś kroki, chociaż w obecnej sytuacji podjęcie jakiejkolwiek akcji wydawało się beznadziejne. Obchód upewnił Benjamina w beznadziejnej sytuacji, ale gdy wrócił do swojego gabinetu, nie zmarnował nawet sekundy na załamane wpatrywania się w pustą ścianę. Od razu sięgnął do pierwszej szuflady biurka, wyciągając z niej list od lorda Greengrassa. Mężczyzna w ostrych, ale motywujących słowach nakłaniał nadzorców każdej z czterech części rezerwatu do wytężonej pracy, udzielając także rzetelne wskazówki. Rozpisywał kolejność działań, zapewniał o finansowym wsparciu szlacheckiego rodu i sugerował skontaktowanie się z Kent oraz zagranicznymi rezerwatami w celu wymiany doświadczeń w opanowaniu smoków, narażonych na gwałtowne wahania mocy. Benjamin z trudem odcyfrowywał pismo lorda, postanawiając zignorować ostatni z rozkazów - przynajmniej jeśli chodzi o kontakt z Kent. Wątpił, by uzyskał jakiekolwiek informacje, zresztą albiony znacznie różniły się od trójogonów. Pominięcie jednego z zadań wcale nie zmniejszało liczby wyzwań, dlatego zabrał się do pracy od razu.
Gdyby pozostał na poprzednim stanowisku, od razu wbiegłby w samo serce chaosu, próbując siłą własnych mięśni zapobiec eskalacji trudności, lecz będąc nadzorcą najpierw musiał pomyśleć. Przysunął przed siebie mapę swojej części rezerwatu i używając pióra - obawiał się, że użycie różdżki może podpalić pergamin - zaczął zaznaczać na niej miejsca wymagającej najszybszej reakcji. Wbrew odruchowi, pozbycie się wulkanu nie należało do priorytetów: choć zatruwał rezerwat, dymy otępiały smoki i przesłaniały niebo, uniemożliwiając wzbijanie się zwierząt w powietrze. Ochraniały też, w pewien sposób, widok na zakamarki rezerwatu, sprawiając, że mugole nie przybywali tutaj skuszeni widokiem fruwających magicznych stworzeń - to zepsute zaklęcia ochronne przyczyniały się do zwiększenia zainteresowania. Najpierw należało naprawić zaklęcia broniące rezerwat przed przypadkowymi gośćmi, zapobiegając pojawieniu się kolejnych ofiar śmiertelnych wśród mugoli. Następnym punktem wątpliwie radosnego programu niwelowania koszmaru było wzmocnienie zaklęć ochraniających budynki administracji, terraria i zagrody najsilniejszych smoków: jeśli żaden z opiekunów nie przeżyje najbliższego tygodnia, równie dobrze można było spisać tę część rezerwatu na straty. Nie mogli dopuścić do zniszczenia infrastruktury, utrzymującej w ryzach działanie Peak District. Kolejna czerwona gwiazdka, nabazgrana przez Benjamina, zakwitła nad przedszkolem - do którego postanowił udać się od razu. Dopisał na mapie jeszcze kilka sugestii, dotyczących oczyszczenia drogi prowadzącej na wzgórze i odgrodzenia, za wszelką cenę, rozlewającej się po rezerwacie czarnej magii - kto wie, może uda się ją powstrzymać mugolskimi barierami - po czym zwinął mapę w rulon i wyszedł z gabinetu, by przypiąć ją na tablicy w głównym holu budynku, tak, by każdy pracownik mógł zapoznać się z wytycznymi. Może i powinien rozpocząć dzień od optymistycznej przemowy, ale nie był w stanie kłamać aż tak udanie, by zwieść przejętych współpracowników. Bardziej przyda się na polu walki z nieznanym - ubrał grube rękawice i ochronną kurtkę, po czym ruszył błotnistą wodą w stronę martwego terrarium dla najmłodszych chorych smoków.
Dosłownie, martwego - żaden z kilkutygodniowych podopiecznych nie przeżył wybuchu magii. Peak District straciło wszystkie jaja oraz cały miot noworodków. Okruszek i jego rodzeństwo było ostatnimi, którym udało się przeżyć anomalię; ostatnie pokolenie, ostatnie dzieci, wchodzące w nastoletni wiek w najgorszym czasie. Serce krajało mu się na pół, gdy przekraczał kamienny próg - jego krokom towarzyszyła śmiertelna cisza a w powietrzu unosił się zapach zgnilizny, spalenizny i śmierci. W środku kręciło się kilku pracowników; milczących; żaden z nich nie zareagował na obecność Benjamina, nie przywitali się, nie rozmawiali, ciszą oddając szacunek zmarłym smokom. Najmłodsze leżały w ogrzewanym terrarium - podwyższona temperatura tylko przyśpieszyła zgon, a napęczniałe ciała zalane były krwią. Kilka małych smoków zostało roztrzaskanych o kraty, jedno - rozdarte na pół. Jaimiemu zrobiło się niedobrze a serce zaczęło bić znacznie szybciej - musiał jednak zadbać o to, by smoki spoczęły w spokoju. Wszedł do pomieszczenia i z całą delikatnością uniósł pierwsze ciało - nie chciał używać zaklęć. Smok był ciężki i bezwładny; odruchowo przytulił go bliżej siebie, ponownie przekraczając próg. Nie wyobrażał sobie, by w tej sytuacji wycinać dzieciom zalążki kłów i pazurów, by zdzierać świeżo narośnięte łuski, by rozdzierać i tak pokiereszowane ciało w celu uzyskania cennych ingrediencji. Uznał to za barbarzyństwo - nakazał swoim ludziom wykopać niedaleko terrarium dół, w którego stronę teraz zmierzał, wiedząc, co zobaczy w środku. Wiele ciał małych, ledwo wyklutych smoków oraz dwa tych najbardziej chorych - ukochane Ogniomioty Katalońskie także zginęły w wyniku anomalii. Nie pokonały ich lata tortur w podziemiach Gringotta, poległy dopiero w starciu z czarnomagiczną burzą - którą sam wywołał. Młodszemu stażem opiekunowi udało się przetransportować tu zwłoki - leżały spokojnie w głębokim dole, do którego ostrożnie złożył niesionego młodego smoka. Nie mieli czasu ani miejsca na pochowanie ich osobno, zresztą doskonale wiedział o tym, że nad grobem będzie należało roztoczyć dodatkową ochronę - nie brakowało osób, które zbezcześciłyby ten prowizoryczny cmentarz, chcąc wykraść z niego łuski - to nic, że słabe, że pochodzące od chorych i młodych stworzeń, nie będących aż tak cennymi. Jaimie dotknął przelotnie nogi martwej ogniomiotki - jedna z łusek odpadła samoczynnie; zacisnął ją w dłoniach a potem schował do kieszeni. Jedyna pamiątka po ukochanych zwierzętach - i po świetności rezerwatu, którą musiał teraz spróbować przywrócić. Wspiął się na ścianę dołu i powrócił na górę, ponownie kierując się w stronę terrarium. Miał jeszcze wiele ciał do przeniesienia, a potem - musiał zetrzeć się z przeklętym wulkanem. Na razie pomagał w uspokojeniu żyjących bestii, ale kolejny dzień wdychania trucizny mógł skończyć się tragicznie.

zt




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Budynek Administracji   17.09.17 21:49

13 maja

List który otrzymała od brata zastał ją w jeszcze w rezerwacie, nadal zajmowała miejsce przy biurku w jednostce badawczej przeglądając ostatnie raporty, rozmawiając ze starszym smokologiem wraz z którym pracowała nad badaniami. Nie potrafiła poradzić nic na fakt, ze ostatnie odkrycia sprawiały, że w środku czuła burzące się z podniecenia emocje. A list Tristana tylko utwierdzał ją we wniosku, że czas zacząć działać. Znów fakt, że chciał zabrać ją ze sobą rozlewał na jej ciele przyjemne uczucie bycie potrzebnym i odpowiednim - tak samo jak prośba, którą wystosował w dalszej części wiadomości. Krótki list do zarządcy rezerwatu Greengrasów zapowiadający jej rychłe zjawienie się, powstawał, gdy żegnała się z smokologiem względnie szybko - rozumiał jak ważna dla sprawy jest ta wizyta i nie zatrzymywał jej dłużej. Obiecała wrócić do rozważań następnego dnia i przejrzeć jeszcze raz badania, by sprawdzić czy na pewno nie pozostawały żadne wątpliwości co do tego, co udało im się odkryć.
Była badaczem, behawiorystą smoków - dopiero początkującym, zdawała sobie z tego sprawę, to też pomoc kogoś bardziej doświadczonego była warta wiele galeonów. Początki w rezerwacie nie były łatwe,  wielu jej współpracowników sądziło, że pojawienie się w nim jednej z rosierowych róż jest jedynie chwilą zachcianką, że nie pozostanie tam dłużej niż kilka miesięcy, a potem znudzona znajdzie sobie inne zajęcie. Z początku traktowano ją z należny szacunkiem, ale widziała wątpliwości i obłudną sympatię spowodowaną jej statusem. Dopiero miesiące ciężkiej pracy, które potem zmieniły się w lata spowodowały, że ludzie przestali spoglądać na nią przez pryzmat pochodzenia i jednorazowej rozrywki i pomału zaczęli przekonywać się zarówno do niej samej, jak i do wniosków przed nią stawianych. W końcu, kilka lat później Melisande była pewna swoich umiejętności - choć zdawała sobie sprawę, ze nie są one jeszcze kompletnie rozwinięte - jak i była pewna zespołu badaczy z którym przyszło jej się spotykać każdego dnia. Wiedziała też, że obecne zajęcie jest jedynie wstępem, podróżą, którą sama postanowiła wykonać, zanim finalnie zajmie obraną przez siebie pozycję. Dlatego poza sprawami stricte badawczymi spędzała też czas w gabinecie dyplomaty, pomagając mu w rozpatrywaniu spraw i obserwując jego poczynania. Głównie po cichu, odnotowując w myślach posunięcia skutkujące pozytywnym rozwiązaniem sprawy, jak i te, które nie przynosiły żadnych efektów. Potem, siedząc w domowych ogrodach z filiżanką herbaty, obserwując chowające się za horyzontem słońce - czasem z przymkniętymi powiekami, pozwalając by ostatnie promienie dnia osiadały na jej skórze - studiowała jeszcze raz wszystko, co udało jej się zaobserwować. Stawiała wnioski, wyciągała nauki, próbowała dojść do tego, co należało zrobić inaczej i zazwyczaj pozostawała w mało satysfakcjonującym uczuciu, że nie ma siły sprawczej, by móc sprawdzić, czy jej założenia były właściwe. Wszak nikt nie potrafił naprawiać przeszłości.
Peak District nie było jej obce, ale nie znała go też tak, jak znała ich rodziny rezerwat. Bywała tutaj, często właśnie z mężczyzną zajmującym stanowisko dyplomaty u nich w rezerwacie Kent. Głównie obserwowała, ucząc się, dzisiaj jednak miała odbyć wizytę sama. Fakt, że Tristan powierzył jej takie zadanie budował jej poczucie własnej wartości i przeczucie, że dobrze obrała ścieżkę kariery życia. Ale sama wiara w jej umiejętności nie była w stanie zagwarantować sukcesu. Musiała zrobić wszystko, by wyjść stąd z tym, czego potrzebowała.
Przez chwilę obserwowała leżące na biurku raporty finalnie postanawiając nie zabierać ich ze sobą - wiadomości, które w nich się znajdowały znała niemal na pamięć. Potrzebowała jednak dowodu, czegoś, co poza słowami będzie znaczyło na jej korzyść i prawdziwość słów, które padną z jej ust. Ruszyła ku laboratorium, łuska znaleziona na smoczym cmentarzysku którą badali od jakiegoś czasu spoczywała pod zamkniętym szklanym naczyniem. Ściągnęła wieko, by ostrożnie, przy pomocy różdżki przetransportować je do przeźroczystego pudełka, wyścielonego czarnym aksamitem. Zamknięte zabezpieczyła zaklęciem, nie chcąc, by cokolwiek stało się tak ważnym przedmiotem badań, a potem ruszyła w drogę.
Czarna, nosząca ślady żałoby po ojcu, okalająca jej ciało i zakrywająca je od szyi, aż po nadgarstki, niknęła pod krwistą czerwoną spódnicą, nie ciężką, zwiewną pozwalająca na swobodne ruchy - jednak zdobioną przy pasku na tyle, by każdy kto nie zna jej osobiście wiedział, jakie nazwisko nosi. Skromna kolia okalała skrytą pod materiałem szyję i układała się wdzięcznie na obojczykach. Zamiast wymyślnej fryzury włosy splecione były w długi, prosty warkocz opadający na plecy. Poprawiła w lekkim zdenerwowaniu spódnicę, po czym wkroczyła do budynku administracyjnego kierując się prosto do gabinetu zarządcy. Denerwowała się - oczywiście, że tak. Potrafiła rozmawiać, względnie dobrze formować wnioski, ale nigdy wcześniej nie robiła tego jeszcze sama i z ramienia rezerwatu.
- Lady Rosier. Jak zwykle miło lady zobaczyć. - usłyszała po przekroczeniu drzwi do jego gabinetu. Jasne tęczówki spoczęły na mężczyźnie za biurkiem - przycięta na miarę marynarka okrojona w rodowe kolory, spokojne spojrzenie piwnych źrenic i siwiejące na końcach ciemne włosy.  
- Lordzie Greengrass, dziękuję za szybkie spotkanie. - odpowiedziała dźwięcznie skinąwszy lekko głową, odwiązała ciemną pelerynę i ściągnęła ją z ramion wieszając na stojącym w progu wieszaku. Usta ubrała w lekki, nienachalny uśmiech, zajęła miejsca na przeciw niego. Zajęła się ściągnięciem z dłoni cienkich, czarnych rękawiczek. - Sprawa z którą przychodzę - cóż, nie skłamię, jeśli powiem, że może być przełomowym odkryciem naszych czasów. - zaczęła chcąc na początek wzbudzić jego ciekawość. Zerknęła na jego twarz przenosząc wzrok z dłoni. Rękawiczki układając na oparcie bogato zdobionego krzesła. Dostrzegła w oczach to, co planowała osiągnąć tym konkretnym zdaniem, ale wiedziała, że nie gwarantuje jej to jeszcze sukcesu. Oba rody prowadziły inną politykę i w inny sposób pracowały ich rezerwaty, współpraca między nimi zdarzała się, ale przez większość czasu nie dochodziło między nimi do głębszych interakcji. Teraz jednak - zarówno Melisane, jak i Tristan - zdawali sobie sprawę, że potrzebują Greengrasów, a bardziej ich pracowników. Co prawda nie znała wspomnianego Wrighta, ale nie wątpiła w słowa swojego brata.
- Rozbudziła lady moją ciekawość, jednak mniemam, że skoro spotykamy się tu dzisiaj, posiadamy coś z czego chcecie skorzystać. - szybka odpowiedź sprawiła, że Mela zmrużyła lekko oczy, wiedziała, że nie rzuci sie z otwartymi ramionami na ślepo, oczekując czegoś w zamian - wszak sama by tak zrobiła, a on zajmował swoje stanowisko zdecydowanie dłużej niźli ona i miał dane przejść przez więcej rozmów tej podobnych.
-Natrafiliśmy na ślady stworzenia, które jasno pozwalają stwierdzić, że nie dane było nam spotkać go od wieków, jednostka badawcza naszego rezerwatu potwierdza przypuszczenia. - Sięgnęła do torby, którą ułożyła wcześniej obok krzesła, wyciągając z niej ułożoną w pojemniku łuskę. Skrząca się fioletem, jedyna taka w swoim rodzaju, była pewna, że siedzący przed nią mężczyzna nie mógł widzieć jej w swoim życiu - nie pochodziła od znanego i żyjącego gatunku wielkich bestii. Położyła ją na biurku i popchnęła w stronę siedzącego na przeciw niej mężczyzny. - Udało nam się opracować sposób, który - jak zakładamy - pomoże nam schwytać stworzenie. Rezerwat w Kent proponuje podzielenie się wynikami badań i raportami, sprawozdaniem z ekspedycji, w zamian za przydzielenie nam oficjalnych pracowników rezerwatu Peak District na tą wyprawę. - spokojne, stonowane słowa - fakty, które winny przemawiać same za siebie. Moment na uprzejmości był wcześniej, teraz przechodzili do pertraktacji z których musiała wyjść z tym, po co przyszła. Cokolwiek mniej nie było zadowalające. Zarządca w czasie gdy mówiła wziął w dłonie pudełko, skupił na nim swoją uwagę badając to, co znajdowało się w środku z niemałym zaciekawieniem. Wiedziała, że mają niewielką przewagę - znaleźli łuskę jako pierwsi, zdążyli ją już dokładnie zbadać i mogli całość osiągnięć przypisać tylko sobie. Wyciągali rękę do Greengrasów - nie z dobroci serca, a z zwykłej potrzeby wykorzystania ich pracowników.
- Domyślam się, nie zdradzi lady szczegółów owego, wspomnianego, sposobu? - jego brązowe oczy zawiesiły się na Melisande. Skrzyżowała z nim spojrzenie unosząc wargi w uśmiechu, który mówił sam za siebie. Nie, nie zdradzi, jeśli lord Greengras odmówi im pomocy i postanowi na własną rękę zacząć poszukiwania stworzenia mieli przewagę czasową, dostateczną, by doprowadzić sprawę do końca samemu. Zdecydowanie ciężej będzie, ale wiedziała, że dadzą radę. Lepiej jednak zrobić wszystko by mieć jak najlepsze możliwości na wykonanie zadania - zwłaszcza tego zadania. - Jesteście do przodu z badaniami, nierozważnym byłoby zaczynać oddzielne - zwłaszcza, że prawdopodobnie do czasu ich zakończenia, rezerwat w Kent zakończy swoją wyprawę. - Melisande skinęła lekko głową, nie odzywając się jednak, oczekując na jego kolejne słowa. - Dobrze więc, lady Rosier. Rezerwat Peak District przyłączy się do waszej wyprawy. - powiedział w końcu, odkładając na stół oglądaną łuskę i przesuwając ją z powrotem w stronę Melisande, ta zaś uśmiechnęła się szczerze zadowolona.
- Bejamin Wrigt i lord Morgoth Yaxley, lordzie Greengras. Jeśli to nie problem, oczywiście. - dodała a stalowa nuta zaświeciła w jej tęczówkach, gdy ich spojrzenia ponownie się spotkały. Przez chwilę panowała cisza, po której starszy mężczyzna roześmiał się szczerze.
- Muszę przyznać, lady Rosier, że doskonale wie lady, do czego dąży i czego potrzebuje. Dobrze więc, Wright i Yaxley, poinformuję ich o tym jutro. - zgodził się, sprawiając, że Melisane poczuła rozpływającą się ulgę. To nie była prosta rozmowa, choć przypominała niegroźną pogawędkę przy herbatce, zdecydowanie nią nie była. Podniosła się z siedzenia, to samo zrobił lord, obchodząc stół i łapiąc za jej dłoń, na której złożył pocałunek.
- Dziękuję lordzie Greengras. - odpowiedziała spokojnie, podchodząc do wieszaka i zarzucając na ramiona ciemny płaszcz. Założyła rękawiczki i zabrała z biurka łuskę, ponownie chowając ją do torby. - Liczę, że w przyszłości nasza współpraca będzie układała się równie pomyślnie. - po tych słowach opuściła gabinet zarządcy, by zaraz potem zniknąć też z terenów rezerwatu. Musiała poinformować o przebiegu sprawy brata. Była szczęśliwa i zadowolona, wszystko poszło po jej myśli.

|zt


Powrót do góry Go down
 

Budynek Administracji

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Bank Gringotta
» Od administracji
» Strzelnica policyjna
» Rozwalony budynek
» Ogłoszenia od administracji

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Peak District :: Rezerwat Trójogonów Edalskich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17