Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematuShare | 
 

 Pokój Dzienny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Pokój Dzienny   19.02.17 11:05

Pokój Dzienny

Główny salon, zazwyczaj często oblegany przez mieszkańców dworu, pełen szerokich kanap, wygodnych foteli, krzeseł z wysokimi oparciami i miękkich puf, rozstawionych w przeróżnych konfiguracjach na tej dość niewielkiej - w porównaniu z innymi pomieszczeniami - przestrzeni. Serce dworu, miejsce niezobowiązujących rozmów, przypadkowych pozdrowień i krótkich zatrzymań, by wysłuchać melodii wygrywanej przez magiczną harfę, skarcić biegające zbyt szybko dzieci, podsunąć graczom w czarodziejskie szachy rozwiązanie ostatniego ruchu lub po prostu na chwilę wypocząć na długim szezlongu, wsłuchując się w szmer rozmów. W tym miejscu należy uważać na słowa, bowiem trudno o intymność i poszanowanie prywatności. Zasiadając przy jednym ze stolików kawowych należy liczyć się z natychmiastowym towarzystwem, co jest jednocześnie najpiękniejszą i najbardziej denerwującą cechą Pokoju Dziennego.


Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   12.04.17 17:30

20 kwietnia
Miała czekać na tatę w pokoju dziennym, odprowadzona tam przez panią Abernathy - tym razem, wiedząc, że tata nie byłby zadowolony z jakiegokolwiek nieposłuszeństwa kobiecie, szła za nią grzecznie i spokojnie, witając się ze wszystkimi mijanymi osobami - zarówno tymi żywymi, jak i sportretowanymi. Dała dobry przykład młodszej kuzynce, mówiąc do niej w sposób godny, choć zachowywała się niezbyt poprawnie, krzycząc i wyrywając się swojej opiekunce. Pod czujnym okiem własnej nie upomniała jej, pozostawiając ten zaszczyt osobie do tego uprawnionej.
W pokoju spotkała kilka osób, dlatego guwernantka uznała, że może bezpiecznie oddalić się, pozostawiając Marianne w dobrych rękach cioć i wujków. Przez pewien czas stanowiła główną atrakcję pomieszczenia, opowiadając każdemu chętnemu o swoich drobnych sukcesach i życiowych planach, potykając się nieznacznie na językowych przeszkodach, zbyt wysokich dla niespełna sześciolatki. Wszyscy byli wyrozumiali i kiwali ze zrozumieniem głowami, ale pokój powoli pustoszał, a Malfoyówna ulegała subtelnemu znużeniu, dlatego usiadła gdzieś w kąciku, składając rączki na podołku, aby w spokoju poczekać na Abraxasa. W tym czasie wszyscy zniknęli.
Rozejrzała się, zaskoczona - prawie nigdy nie bywało tu pusto, ale trafiła w jeden z tych nielicznych momentów, kiedy rozlegał się wyłącznie dźwięk harfy, niezmącony rozmowami obecnych. Instrument, jako główne źródło życia w salonie, przyciągnął jej uwagę natychmiastowo. Nigdy nie miała okazji grać na harfie i nie przeszkadzało jej, że ta nie potrzebuje nikogo, aby snuć śliczne melodie. Kontrolne spojrzenie obiegło otoczenie, zanim wyciągnęła paluszek w kierunku strun, szturchając jedną z nich i mącąc bieg utworu. Harfa zignorowała ją, a Marianne nie była zadowolona z tak małej ingerencji w dzieło - szarpnęła jeszcze trzy struny, potem kolejne cztery, aż w końcu instrument zbuntował się i wybrzmiał wszystkimi na raz, drżącymi nutami wyrażając irytację, po czym ucichł obrażony. Dziewczynka zaśmiała się, podejmując próbę stworzenia własnej kompozycji. Efekt był nieskładny i nieprzyjemny dla ucha, aż wreszcie, ciągnąc kilka żyłek naraz zbyt mocno, harfa zabrzmiała boleśnie, z czymś na kształt jęku reagując na pęknięte struny. Blondyneczka zakryła usta, zaskoczona, po czym umknęła, chowając się za jedną z wystawnych kanap. Wkrótce usłyszała dźwięki znajomych kroków - taty i jego nieodłącznej laski.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   14.04.17 19:52

Szarpane dźwięki harfy odbijały się echem po pustym korytarzu, łaskawie zagłuszając nierówne kroki, stukot laski o marmurowe podłogi i głośne, emocjonalnie nieuporządkowane myśli Abraxasa. Perspektywa udzielenia Marianne reprymendy nigdy nie napawała go radością. Znał wielu ojców, dla których jedyną słuszną ścieżką edukacji była ta, wyłożona surowymi karami; ba, sam zaliczał się do tego grona, ale wyłącznie, gdy chodziło o wychowanie swych synów. Marianne traktował zupełnie inaczej - była jego iskierką, sensem, najsłodszą istotą, na której wybryki często nie zwracał uwagi, a jeśli już w zachowaniu córki pojawiły się niechciane naleciałości, łaskawie pozwalał na wykonanie wyroku Larissie. Kobiecie, odpowiedzialnej za uroczą latorośl. Moralna dychotomia, pozwalająca głowie rodziny na bardziej pobłażliwe traktowanie żeńskich reprezentantek rodu, sprzyjała Abraxasowi, nie zdarzyło się bowiem jeszcze, by Marianne postąpiła tak lekkomyślnie, by narazić się na gniew ojca. O drobniejszych przewinach córki albo nie słyszał albo - nawet jeśli pani Abernathy odważyła się szepnąć kilka słów o nieobyczajnym kłusowaniu panienki po korytarzach, potrącając przy tym przechodzących mieszkańców dworu - nie chciał słyszeć, uznając (zapewne słusznie), że winę ponosił tak naprawdę wpływ lekkomyślnego Brutusa lub nieuważne opiekunki.
Tym razem było jednak inaczej. Marianne naraziła się na niebezpieczeństwo i chociaż Malfoy odruchowo uznał główną guwernantkę za winną przewinienia, wręcz przestępstwa przeciwko szlacheckiej rodzinie, i tak czuł się w obowiązku, by porozmawiać z córką. On sam. Nie przez łagodne słowa Larissy ani rzeczowe wywody wiekowej niani, zajmującej się od dziesięcioleci pięknymi latoroślami rodu. Tylko tak dziewczynka mogła zrozumieć powagę swego występku i otrzymać ważną lekcję...jaką otrzymał również sam Abraxas. To on przecież uległ słodkim namowom Marie, pozwalając jej wybrać się na Pokątną, na ulicę, która od niedawna stała się miejscem wyklętym, plugawym i zdecydowanie nieodpowiednim dla małej damy. Cóż, uwierzył w zapewnienia, zaufał zbyt mocno pani Abernathy i on także musiał ponosić tego konsekwencje. Paraliżujący strach, zmieniający się w palącą wściekłość; podniesiony głos, zaciśnięte na różdżce palce, płomienie buchające z nagle przejrzystych, groźnych oczu. W Wilton nie było już miejsca dla kogoś, kto naraził dziedziczkę rodu na niebezpieczeństwa. Pozostawał głuchy na idiotyczne argumenty, mówiące o tym, że Marie jest cała i zdrowa, że zniknęła na zaledwie kilka chwil: Abraxas wolał nie zastanawiać się nad tym, co mogło spotkać ukochaną córkę, nie zamierzał także doceniać łutu szczęścia, sprowadzającego złotowłosą z powrotem w mury domu.
Złość, zamknięta za bladą, flegmatyczną fasadą typowego zafrasowania, przebijała się jednak w spojrzeniu, którym Abraxas od razu po wejściu do salonu obdarzył Marie, wyglądającą zza wysokiego oparcia kanapy.
- Marianne - powitał ją spokojnie, przystając na środku pomieszczenia, zarówno dlatego, że oczekiwał natychmiastowej poprawy swego zachowania - chyba wiedział, kto stał za nieeleganckim droczeniem się z harfą, które w innym wypadku odebrałby jako oznakę kiełkującego zmysłu artystycznego a nie niegrzeczną zabawę - jak i z powodu nasilającego się dyskomfortu, promieniującego z lewej nogi. Przywykł do stukotu laski, o którą właśnie opierał obydwie dłonie, ale i tak czuł kiełkującą pogardę do samego siebie, kuśtykającego przez opustoszały salon. Wolał więc na razie stać w miejscu, patrząc wyczekująco na córkę. - Masz mi coś do powiedzenia? - spytał, jeszcze statecznie, lecz w jego głosie nie było słuchać typowej łagodności, z jaką zwracał się zawsze do córki.


Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   18.04.17 0:11

Nie spodziewała się, że sprawa przybierze taki obrót i wycieczka zakończy się tak niefortunnie - choć ona sama narzekać nie mogła, spędziła przyjemnie czas z cukiernikiem, którego nigdy nie powinna poznać, wypiekała ciasteczka, których nigdy nie powinna wypiekać. Sądziła też, że pani Abernathy zrozumie powagę sytuacji i będzie milczeć aż po grób, udając przed tatą zadowolenie z zachowania małej lady Malfoy podczas wycieczki, zamiast zdawać mu relację ze zniknięcia podopiecznej. Nie tak się umawiały. Opiekunka ściągnęła na siebie niepotrzebny gniew lorda, a Marianne już niedługo miała zdenerwować się na nią i przyjąć reprymendę od taty - tylko dlatego, że kobieta nagle zmieniła ich wspólne ustalenia! Dziewczynka trzymała wszystko w ścisłej tajemnicy, dzieląc się swoimi doświadczeniami tylko z Brutusem, który także miał siedzieć cicho. Zdążyła już nawet zapomnieć o tym, że Abraxas byłby niezadowolony z występku i obecnie żyła aktualną sytuacją - harfą, spotkanymi w salonie czarodziejami, oczekiwaniem na tatę.
Z początku ukryła się za kanapą cała, nie zwracając uwagi na to, że tata mógł usłyszeć jej kroki, gdy umykała z miejsca zbrodni, ale nie wytrzymała, zerkając znad oparcia, z palcami zaciśniętymi na nim jak gdyby miały jej pomóc w zwalaniu winy na wyimaginowanych obecnych. Prawie zadrżała i spuściła wzrok pod spojrzeniem mężczyzny, odczytując z łatwością jego złość. Opadła na pięty, wcześniej wspięta na paluszki, przez co zza kanapy wystawał tylko czubek głowy. Zacisnęła powieki ze zdenerwowania, czując również, jak serduszko przyspiesza - nie lubiła takiego ojca, wolała rozczulać go i poprawiać humor, wolała cieplejszy i nie tak suchy głos. Odetchnęła pod nosem jak najciszej, ale westchnienie i tak było słyszalne. Zbierała odwagę. Zsunąwszy palce z rzeźbień oparcia postawiła kilka kroków, stając najpierw naprzeciwko taty. Oj, była pewna, że chodzi o harfę, nie podejrzewała nawet zdrady pani Abernathy.
- Tato - przywitała się, na lekko drżących nogach wykonując dygnięcie, zgrabne na dziecięcy sposób. Odczekała chwilę, nie mogąc zebrać się na uśmiech, z wielkim skupieniem decydując się na podejście do Abraxasa. Chwyciła jego wolną rękę, bojąc się troszkę, że ją odtrąci, dlatego szybko zaczęła mówić - Nie wypada tak stać podczas rozmowy. Potrzebujemy wygodnego miejsca i herbaty i wszystko ci powiem - ruszyła trochę za wcześnie, jeszcze nie kończąc zdania w obawie, że nie będzie chciał ruszyć - lecz jego tempem, do którego przywykła, poprowadziła go w strony kanapy i zdobionej wężami etażerki. Zadbała o to, by tata usiadł, sadowiąc się obok i rozglądając kontrolnie. Wciąż byli sami, ale towarzyszył im skrzat, na którym zawiesiła spojrzenie i uniosła lekko głowę. - Herbata - powiedziała krótko, stanowczym, i przez to zabawnym, głosikiem. Skrzat wykonał polecenie zapewne przez wzgląd na mężczyznę, ale Marianne zupełnie się tym nie przejęła, chwilowo podziwiając, że jej posłuchał.
- Tato... ona... - wzrok utkwiła w dłoniach, złożonych grzecznie na podołku - wraz ze spojrzeniem palce ruszyły wolno, przeplatając się ze sobą w stresie. Nie sądziła, że aż tak widać po niej zdenerwowanie. - Pani Harfa, wiesz, ona była dzisiaj trochę niegrzeczna i chciałam tylko sprawdzić, czy jak zagram jej ładniejszą piosenkę, to ona posłucha, ale ona wcale nie chciała ze mną grać i wtedy pękła struny - przyznała się, mówiąc odrobinę zbyt szybko, cicho, ale zrozumiale i wyraźnie. Błękitne tęczówki wyjrzały zza rzęs dopiero po chwili, wpatrując się w tatę rozbrajającym wzrokiem. - Przepraszam, nie chciałam - wzrok znów trochę uciekł.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   25.04.17 20:41

Przyglądał się drobniutkiej Marianne, wychylającej się za wysokiego obicia sofy, z drobiazgową uwagą, zupełnie odmienną od tej, jaką obdarzał ją przy przyjemniejszych okazjach. Kontrolujące spojrzenie oraz pieczołowite zapisywanie w coraz grubszej księdze umysłu każdego wątpliwego działania i wymagającej późniejszej nagany akcji kierował jedynie w stronę synów. Oceniał ich od najmłodszych lat, z niepokojem wypatrując odchyłów od szlacheckiej normy. Septimus nie przynosił mu wstydu, spełniając pokładzione w nim nadzieje - z zadziwiającą dokładnością dopasowywał się do ojcowskiego ideału, wywołując w Abraxasie szalone poczucie dumy - natomiast Brutus zbyt przypominał Lycusa, by móc cieszyć się równą wyrozumiałością. Malfoy był gotowy zniszczyć jakiekolwiek genetyczne naleciałości młodszego syna już w zarodku, dlatego też śledził jego postępy - a raczej niegrzeczne, żywiołowe zachowania, godzące w godność małego lorda - z upartością zafiksowanego na celu sępa, krążącego nad jeszcze żyjącą ofiarą. Samo spojrzenie mętnych, niebieskich oczu, mogło spowodować widowiskowe potknięcie, lecz Abraxas pozostawał ślepy na subtelne podszepty żony, sugerującej mu złagodzenie wymagań. Oczekiwał posłuszeństwa, oczekiwał szacunku, oczekiwał odpowiedniego charakteru: stalowego, statecznego, dorosłego. Cóż z tego, że miał do czynienia z kilkulatkiem...lub z kilkulatką, z Marie, z najsłodszą istotą, jaką nosiła ziemia.
Dygnęła przed nim uroczo, roztopiła - na sekundę - serce bezpośrednim, czułym zwrotem i delikatnym chwytem drobnej rączki, zaciskającej paluszki na chłodnej skórze jego dużej dłoni, lecz żaden z dotychczas wykorzystywanych wytrychów, czyniących Abraxasa podatnym na sugestie córki, tym razem nie zadziałał. Zmarszczył jedynie brwi, ignorując wibrujący oddaniem głosik, postępując jednak za prowadzącą go dziewczynką. Nie mógł odmówić tej bliskości: nawet pomimo gniewu, buzującego pod pozornie spokojną fasadą, blondynka pozostawała jego Marianne. Przypomnieniem tej, którą naprawdę pokochał, która zawładnęła jego sercem i która pokazała, że jest zdolny do tak silnego, pełnego magii uczucia. Minęły lata, odkąd po raz ostatni spoglądał na Marie - był boleśnie świadomy tamtego finalnego razu, gdy spoglądała na niego zza ramienia plugawego męża - lecz powracał do niej myślami nawet teraz, w zupełnie odległej sytuacji, przyszłościowej fantasmagorii, jaka nigdy nie miała stać się jawą. Czy ich córka też miałaby złote włosy, błękitne oczy i nieodpowiedzialną naturę? Na sekundę jego usta wykrzywił wyraz smutku i niezadowolenia, którego córka nie mogła dostrzec, zaaferowana wydawaniem rozkazu pojawiającemu się znikąd skrzatowi. Abraxas nie zwrócił na niego uwagi, zasiadając na przeciwko dziewczynki za stolikiem kawowym na tyle wysokim, by był w stanie ukryć dziwnie wygiętą kostkę i stopę. Ponownie ułożył dłonie na srebrnej główce laski i powrócił spojrzeniem do przejętej dziewczynki. Zawsze mówiła dużo, pięknie, składnie - czyżby odziedziczyła po nim retoryczne umiejętności? a może, jak każda kobieta, wprawiała się w sztuce chaotycznej konwersacji? - ale tym razem wyczuwał w jej tonie pewną nerwowość. Nie tylko matki znały swoje dzieci; Abraxas także spędzał z nimi dużo czasu, potrafiąc wyczuć pośród dziecięcej gadatliwości pewien fałsz. Wysłuchał go jednak do końca, nie spuszczając wzroku z jasnowłosej dziewczynki. Dalej milczał, odzywając się dopiero po dość długiej chwili, tuż po tym, jak usłużny skrzat postawił na blacie stolika dzbanek herbaty i rodowe filiżanki.
- Za co naprawdę przepraszasz, Marianne? - spytał rzeczowo, spokojnie, choć z chłodem czającym się w zaakcentowanym słowie. Miał nadzieję, że córka pojmie aluzje i zrozumie, że otrzymała właśnie ostatnią szansę na przyznanie się do swego występku - przypadki Harfy doprawdy mało go obchodziły i obydwoje doskonale o tym wiedzieli.


Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   28.04.17 17:26

Wiek narzucał granice, których nie mogła przeskoczyć nawet mimo usilnych starań - próbowała je forsować dojrzałością właściwą starszym, urokiem, wszelkimi możliwymi środkami, jakie tylko znajdowały się w realnym (choć i nierealne miały swe pamiętne próby, wyobraźnia wciąż była w niej żywa i kolorowa) zasięgu jej drobnych dłoni oraz stałe rozwijającego się intelektu. Chciała rozumieć wszystko i wszystkich, naiwnie i niewinnie nieść im radość, ale z wyraźnymi korzyściami dla siebie, sprytnie - bo spryt kiełkował w niej nieśmiało lecz skutecznie, uczyła się na małych przekrętach i sprawdzała sposoby, unikając wielu przykrych zakończeń poszczególnych historii z życia sześciolatki. Nie były to sprawy zbyt poważne (zazwyczaj), nie miały tez dużego znaczenia w oczach dorosłych, ale w jej własnych rosły do rangi przełomowych i faktycznie wpływały na zdolność postrzegania. Nie wszystkiego mogła jednak uniknąć i dopiero godziła się z przykrą prawdą - zaplanowane rzeczy nie zawsze poddawały się ludzkiej woli, a umysły innych nie musiały wcale słuchać wersji przedstawionej im przed Marianne. Czasem wydawało jej się, że jest nieomylna, ale przy Abraxasie uczucie to potrafiło rozpaść się w mig. To on był nieomylny i czekała ją długa droga, jeśli chciała nauczyć się od ojca pewnych przydatnych cech. Teraz potrafiła na zmianę uciekać wzrokiem, by znów wrócić i spróbować podjąć niewyrównaną w szansach konfrontację z chłodem tęczówek i mocnym spojrzeniem. Cechowała się uporem, ale nieczęsto bywała arogancka, przed mężczyzną siedzącym obok uwielbiała wypadać jak najlepiej - może w innych rodzinach, nie tak zakorzenionych w glebie tradycji i zasad, najważniejsza była bliskość i swoboda - tu liczył się respekt i szacunek.
Nie wiedząc co począć z dłońmi, rozgrzanymi już nieco nadmiernie, złapała w nie frędzle szala, pozostawionego na kanapie przez jedną z dam, ale zaraz przestała, orientując się, że była juz oskarżana o podobne okazywanie nerwów. Wzrok uniosła tylko na moment, ale prawie pisnęła, jak pan Salvador kiedy Septimus zamykał go niechcący w objęciach ciężkiej księgi. Obawiała się i naprawdę szukała w pamięci przewinień, ale żadne nie wydawało jej się obecnie ważniejsze niż harfa - ślepo wierzyła, że pani Abernathy słówkiem nie rzekła o minionej sprawie. Przecież się umawiały dla wzajemnej korzyści. Brutus nigdy nie wygadywał, był bardzo dzielny w trzymaniu sekretów w tajemnicy. W błękicie odbiła się obserwowana zastawa - jak i szansa na odwrócenie własnej uwagi od niezadowolonego taty. Wyciągnęła drżące lekko dłonie po filiżankę, ale zaraz syknęła, kiedy okazało się, że drżą mocniej niż się spodziewała, pomagając gorącej herbacie uciec na palce. Oczy zaszły jej łzami i czuła się doprawdy beznadziejnie. Pociągnęła noskiem, ale powstrzymała się przed płaczem, unosząc w końcu nosek do góry, aby zerknąć na tatę, dzielnie i nieśmiało w tej samej chwili.
- Proszę o jedną podpowiedź, lordzie tato - poprosiła, teraz nie uciekając spojrzeniem, niezależnie od tego, jak silne było tatkowe, co można było zaliczyć do jawnych postępów.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   29.04.17 15:51

Ostatnia przygoda Marianne szczerze go zmartwiła, nie tylko ze względu na jawne nieposłuszeństwo córki. Miał do siebie żal, dużo żalu: uległ czarowi ukochanej latorośli, okazał słabość, a tym samym naraził ją na niebezpieczeństwo. Potrafił surowo oceniać własne występki, lecz nie zamierzał posypywać głowy popiołem. Był tylko ojcem i to właśnie ojcowska wyrozumiałość i chęć przychylenia Marie merlińskiego nieba sprowadziła na ich oboje dyskomfort. Rzecz jasna główna wina spadała na ramiona nieuważnej opiekunki, która straciła małą lady z oczu a później nie potrafiła jak najszybciej jej odnaleźć. Rozmawiał już jednak z pani Abernathy, wyraził swoją skrajną dezaprobatę i wręczył kobiecie elitarny wilczy bilet na wszystkie szlacheckie dwory: pozostała mu więc jedynie rozmowa z Marianne, przemówienie do jej dziewczęcego rozsądku, uwrażliwienie na kwestie, które - jak naiwnie sądził - już pojęła a które wymagały surowego przypomnienia.
Spoglądał na nią z uwagą, bez mrugnięcia okiem, pozornie niewzruszony i obojętny nawet w momencie, w którym wielkie, błękitne oczy zalśniły wilgocią słonych łez. Żadna kropla nie spłynęła po gładziutkim, nieco zarumienionym policzku, ale Abraxas doskonale wyczuwał emocje córki, swojego dziecka, wyczekiwanej księżniczki, wprowadzającej w jego życie ład, spokój i dawno zapomnianą czułość. Obecnie: zminimalizowaną, zamrożoną; nie mógł ulec gwałtownej chęci rozpogodzenia Marie i ujrzenia jej twarzyczki wykrzywionej radosnym uśmiechem. Lekcja, jaką miał zamiar jej udzielić, wymagała odpowiedniej, poważnej oprawy: dziewczynka musiała zdać sobie sprawę z ciężaru swego występku; chodziło nie tyle o okrucieństwo wymierzanej kary, co o upewnienie się, że nigdy więcej nie dojdzie do podobnej sytuacji. Na samą myśl o drobnej blondyneczce, zagubionej na coraz mniej bezpiecznej Pokątnej, Abraxasowi robiło się słabo. Co, gdyby zawędrowała aż na Nokturn, co, gdyby lepkie, ohydne łapy obecnych tam mętów, zacisnęłyby się na jej drobnym ciałku, odbierając mu ją na zawsze? Gniew mieszał się ze strachem, wywołując najgorszą mieszankę uczuć, zżerających Abraxasa od środka, jednak jedyną ich wizualizacją były blade, długie palce, zaciskające się coraz mocniej na srebrnej głowie hebanowej laski.
Na prawie płaczliwą prośbę, pokręcił lekko głową, zaciskając i tak wąskie usta w jedną linię. Dał sobie sekundę na poskromienie chęci podniesienia głosu - nigdy nie używał go przy Marie i nie chciał tego zmieniać - po czy odkaszlnął, unosząc wysoko jasne brwi. Cóż, brnęła w zaparte, należało więc przejść do konkretów.
- Jestem zawiedziony twoją postawą, Marianne - rozpoczął monolog w miarę delikatnie, chociaż jego spojrzenie nie błyszczało nawet odrobiną łagodnej wyrozumiałości. - Zarówno obecnym zachowaniem, ukrywaniem pewnych faktów i kłamstwem, jak i nieposłuszeństwem, jakie okazałaś podczas wyprawy na Pokątną - ciągnął, uważnie obserwując buzię córki, w poszukiwaniu jakiejkolwiek skruchy lub przebłysku wyrzutów sumienia. - Dobrze wiesz, że zgodziłem się na ten spacer w drodze wyjątku, dobrze wiesz, że uznałem wizytę tam za zbyt niebezpieczną. Obiecałaś mi posłuszeństwo i ostrożność, o których widocznie zapomniałaś - ciągnął coraz oschlej, ignorując postawioną przed nim filiżankę. Zwerbalizowanie swego niepokoju jeszcze mocniej raziło zmysł (nad)opiekuńczości i nawet jeśli planował brzmieć nieco przyjaźniej, to ton wypowiedzi z każdą chwilą stawał się coraz groźniejszy; wciąż co prawda daleki od przemów, którymi obdarzał Brutusa, lecz wykraczał znacznie poza delikatne standardy dotychczasowego ojcowskiego kontaktu z córką.


Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   02.05.17 13:03

Rozumowanie ojca nie było dla niej możliwe do pojęcia - mogła powiedzieć mu tylko, że kiedy zginął lord Nox i przez chwilę myślała, że kot już nigdy się nie odnajdzie, nawet jeśli książę Bott mówił co innego, rzeczywiście zrozumiała, co może czuć pani Abernathy. Wtedy też przyjęła do siebie pewną lekcję, lecz dziecięca pamięć lubiła płatać figle, a Marianne wyrabiała się dopiero, koncentrując uwagę na znacznie większej ilości rzeczy niż inne dzieci. Uczyła się dodatkowego języka, tanecznych kroków, nut, równolegle wypisując pierwsze słowa i starając się opanować zawiły świat liczb. Dodatkowo musiała pamiętać o przygodach oraz rozczarowaniach, o wymaganiach, o przyszłości, uprzejmości, zachowaniu. Było tego naprawdę wiele. Słuchała Abraxasa, nie śmiąc mu przerywać, choć poczucie niesprawiedliwości rosło i rosło, sięgając już coraz bardziej przeszklonych ocząt, ale łzy krążyły tylko w ich obrębie. Z dumą i niebywałą odwagą nie odwracała się, aż ojciec nie skończył. Potrzebowała chwili, nie chcąc wyrywać się od razu do chaotycznych wytłumaczeń i spodziewając się, że takie działanie mogłoby zakończyć się tylko i wyłącznie potokiem łez. Przecież nie chciała, by jej najlepszy tata oglądał ją tak brzydką, z czerwonymi i spuchniętymi oczami! Nie mogła się mazgaić. Powtarzała sobie w myślach to, co wszyscy zawsze powtarzali - że chcą dla niej jak najlepiej, że chcą ją ochronić i zrobią to, że będą przy niej i nie pozwolą światu jej skrzywdzić. Teraz istotnie czuła się skrzywdzona, przez panią Abernathy, która musiała się wygadać... a może nie? Może tata naprawdę widział wszystko? Może wiedział o tym, co robiła w kuchni z księciem Bottem? Na tę myśl serce zatrzepotało jej gwałtownie w piersi i wreszcie przegrała, odwracając spojrzenie. Wzięła głęboki oddech, drżąco wypuszczając go za moment, a razem z nim spłynęła pierwsza łza, łza prawdziwie smutna, z prawdziwie smutnych oczu. Tych, które zamrugały kilka razy, zdobiąc rzęsy słoną rosą.
- Tato - odpowiedziała poważnie, nie zamierzając kręcić, wpatrując się w swoje kolana, okryte materiałem sukienki, ale zaznaczające się pod nim delikatnie. Głos wciąż w nerwach, ogólnych i ciężkich do sprecyzowania, ale słowa miały nadrobić tę nieścisłość. Najpierw chciała przysunąć się bliżej i objąć go swymi ramionami, poczuć jego dłoń na własnej główce, zaznać trochę czułości, do jakiej lgnęła instynktownie, ale powstrzymała się, wyczuwając, że nie jest to najlepszy pomysł - co dodatkowo zasmuciło ją jeszcze bardziej. Pociągnęła noskiem, znów próbując być dzielną damą. Odwróciła głowę i otarła ukradkiem mokre policzki, by móc spojrzeć na sumiennego lorda.
- Nie chciałam zrobić pani Abernathy przykrości, ani tym bardziej tobie - zaczęła, łamiąc zdanie swoim smutkiem. - Naprawdę nie wiedziałam że mówisz o... o tym i... - kolejna przerwa, kilka prób podejścia, oddech - Nie uciekłam, naprawdę, pilnowałam lorda Noxa i szłam z panią Abernathy, a potem nagle zrobiło się głośno, ale szłam za nią dalej i okazało się, że już za nią nie idę, ale wtedy trafiłam na ks... - ups, dobrze że akurat teraz musiała przerwać na wzięcie oddechu - na pana Botta, a on odprowadził mnie do pani Abernathy. Lord Nox też na chwilę się zgubił i bardzo się martwiłam, dlatego przeprosiłam panią Abernathy, tato. Powiedziała ci? - zapytała z nadzieją. - Musiała ci powiedzieć. Ale to ona mnie zgubiła, tato, przysięgam na lorda Noxa - bardziej chyba nie mogła przysięgać.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   02.05.17 13:51

Niewieście łzy nie wzruszały Abraxasa: za dużo napatrzył się na nie za młodu, obserwując swe siostry, umiejętnie wykorzystujące kobiece przymioty dla osiągnięcia własnych celów, głównie: do umknięcia odpowiedzialności za drobne przewinienia. Błękitne oczy Marianne lśniły podobną wilgocią, lecz w przypadku ukochanej córki nie mógł pozostać aż tak obojętny. I chociaż nawet drobny gest nie zdradził nagłego poruszenia ojcowskiego serca, to w środku coś prawdziwie go uwierało. Chciał widzieć swe dzieci beztroskie, szczęśliwe, uśmiechnięte, poznające świat, który przejmą niedługo we władanie - jak jednak miał je nauczyć odpowiedzialności i ostrożności, jeśli nie karząc? I tak łagodnie; nie wpisywał się w staroświeckie schematy cielesnych napomknień lub prawdziwych tortur, naprowadzających nawet najczarniejsze owieczki na słuszną drogę, lecz widząc łzy córki czuł się jak najgorszy tyran. Nieco go to deprymowało - w kontakcie z synami nie miewał takich oporów, ale ta drobna istotka roztapiała zlodowaciałe okowy, czyniąc jego spojrzenie nieco przychylniejszym. Dalej utrzymywał stosowny dystans, dalej spoglądał na nią karcąco, lecz w jego wzroku dało się wyczuć pewną rosnącą delikatność.
Wysłuchał jej wytłumaczeń w ciszy - dzieci uczyły się głównie poprzez naśladownictwo, traktował je więc jak dorosłych, nie przerywając i szanując ich czas...za wyjątkiem szaleńczych słowotoków Brutusa, które należało ukrócić jak najszybciej - i kiwnął tylko krótko głową. Tak, usłyszał historię pani Abernathy, ba, zgadzał się z poglądem Marianne o głównej winowajczyni, co nie zmieniało faktu nieposłuszeństwa. I zbyt długiego, jak na zwykłe zagubienie, przebywania poza troskliwym okiem byłej opiekunki.
- Owszem, winę za narażenie cię za niebezpieczeństwo ponosi twoja guwernantka. To ona nie dopilnowała obowiązków, dlatego też opuściła już Wilton. Jak najszybciej znajdziemy kompetentną osobę, która nigdy nie dopuści do podobnej sytuacji - zaczął konkretnie, w końcu puszczając srebrną głowę laski. Ujął w dłonie filiżankę herbaty, podnosząc ją do góry i upijając kojący łyk. Wrzątek podobno działał zbawiennie na rozkołatane nerwy. - Nie znaczy to jednak, że zachowałaś się tak, jak powinnaś, Marianne - kontynuował uparcie, zmierzając w dydaktyczne rejony już uspokajającego się oceanu reprymendy. - Zamiast zostać w miejscu i żądać doprowadzenia cię do opiekunki, wdałaś się w rozmowę z kimś nieznanym. Twoja nieobecność trwała zbyt długo, mogę więc podejrzewać, że zamiast od razu zwrócić się do tego... - skrzywił się lekko; świadomość, że przedstawiciel brudnego plebsu bez rodowodu spędził choć chwilę z jego córką wywoływała w nim mdłości - Botta i wymóc na nim odnalezienie pani Abernathy, rozpoczęłaś z nim uprzejmą konwersację. Doskonale wiesz, że nie powinnaś rozmawiać z obcymi, zwłaszcza w tak niebezpiecznym miejscu, zwłaszcza z tymi, którzy nie należą do naszej, szlacheckiej rodziny - drążył zdecydowanie, powracając wzrokiem do Marianne. - To się nie może powtórzyć. Rozumiem twój strach i zagubienie w nowej sytuacji, nie winię cię całkowicie, lecz ta sytuacja uświadomiła mi, że jesteś jeszcze zbyt młoda na dalekie i prawie samodzielne wyprawy - powiedział już nieco delikatniej, odkładając spodek i filiżankę. Przez chwilę blada dłoń zawisła nad zastawą, po czym musnęła delikatnie drżące paluszki Marianne, ściskając je w pocieszającym geście. Abraxas szybko przerwał jednak wywołaną słabością pieszczotę - nie mógł dawać dziecku mieszanych sygnałów i łagodnieć - i wyprostował się ponownie. - Od tej pory każda wycieczka poza Wilton będzie odbywać się w towarzystwie kogoś dorosłego, kogoś z rodziny. I wyłącznie do miejsc, które uznam za stuprocentowo bezpieczne - zdecydował, przez chwilę wahając się nad dodatkową karą. Nie postrzegał jej w ten sposób, ale był pewien, że właśnie tak odbierze to Marianne. Cóż, na szczęście to on był tu ojcem, biorącym odpowiedzialność za wymierzane potomstwu lekcje. - Ponadto, biorąc pod uwagę ciężkie przeżycia oraz zmianę opiekunki, do końca miesiąca pozostaniesz w domu. Z pewnością nie brak ci będzie książek, zabawek oraz zajęć muzycznych - poinformował z zadziwiającą łagodnością, starając się pohamować dodanie czegoś o obserwowaniu ewentualnych reperkusji kontaktu z kimś brudnym i plugawym. Kto wie, może czymś ją zaraził? Z Pokątnej na Nokturn niedaleka droga; co, jeśli jej kochaną córkę toczy niewidoczna klątwa lub, co gorsza, świerzb? Wzdrygnął się wewnętrznie, uważnie obserwując Marianne. - Mam nadzieję, że wyciągniesz z tego wydarzenia odpowiednie wnioski. Żałuję, że muszę ponownie przekazywać ci najprostsze zasady, Marianne - dodał z westchnieniem, kręcąc z dezaprobatą głową, ale w jego gestach nie było czuć już pierwotnego napięcia i zdenerwowania.


Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   02.05.17 16:14

Nie stosowała manipulacji - przynajmniej nie tym razem, bo jej zalety zazwyczaj stawały bardzo wyraźnie przed jej oczyma i potrafiła już sprytnie wykorzystać urok, by przekabacić opornych na własną stronę oraz dostać to, o czym marzyła. Była rozpieszczona i nie sposób temu zaprzeczyć, lecz jej siła leżała w podejściu - dostrzegała wiele ważnych rzeczy i nie zachowywała się wcale jak rozkapryszona księżniczka, pielęgnując w sobie jedną z głównych ślizgońskich cech, przebiegle podchodząc bliskich. Instynktownie, lecz wciąż - ze skutecznością, której niejeden dorosły mógłby jej pozazdrościć. Abraxas budził respekt na tyle duży, by nie próbowała podchodów, szczególnie w tak trudnych i nietypowych rozmowach. Największym zarzutem, jaki można było jej postawić, okazywały się drobne ucieczki, lecz nigdy w trakcie ważnych zajęć. Uchowała się od zepsucia, nie kaprysiła, w uroku widząc większą skuteczność i przyjemność. Miewała gorsze dni, lecz było ich skrajnie mało - odnajdywała się w swoim świecie i podziwiała go. Zapewne gdyby urodziła się niżej, wśród półkrwistych i uboższych, również potrafiłaby się przystosować do warunków, obserwując życie na nieco inny sposób, ale z podobną aurą i energią.
Tata mówił długo, ale słuchała go uważnie, uspokajając się nieco pod łagodniejszym tonem i zmianą w obejściu, w duchu wzdychając z ulgą, co na chwilę zgubiło jej koncentrację - serce wciąż łomotało, ale zanosiło się już na pozytywne zmiany, dlatego szybko powróciła wzrokiem do jasnych oczu ojca, by w odpowiednich momentach kiwnąć głową na znak zrozumienia, czy spuścić pokornie spojrzenie. Miała jeszcze trochę nadziei na uniknięcie kary, jakby upomnienie ostrym tonem było wystarczające. Nie zamierzała, nie mogła się sprzeciwiać. Zdążyła się nauczyć, że nie miało to sensu i mogło tylko pogorszyć sprawę, dlatego kiedy jej się udawało, trzymała własne zdanie głęboko, nie wypuszczając na światło dzienne. Nie zawsze osiągała w tym sukces, teraz zaś nie miała innego wyjścia, bojąc się powrotu taty do stanu, w jakim pojawił się tu przed paroma momentami. Cieszyła się ze zmniejszonego dystansu i chwilowego zetknięcia jego palców z własnymi, dało jej to odwagi i upewniło w przekonaniu, że jest po jej stronie, nie po stronie pani Abernathy. Kiwnęła pokornie głową, chcąc odpowiedzieć na jak najwięcej rzeczy.
- Wszystko rozumiem, tato - poinformowała, podejrzewając, że tak właśnie jest, ale nigdy nie było pewności, co umknęło świeżemu umysłowi - mam już prawie sześć lat i nie chcę żebyś musiał się powtarzać, wiem, że nie jesteś ze mnie zadowolony. Musiałam porozmawiać z kimś nieznajomym żeby znaleźć panią Abernathy i pamiętałam, że nie mogę być nieuprzejma, dlatego rozmawiałam z panem Bottem - wytłumaczyła się. - To się więcej nie powtórzy i przemyślę to dużo razy, dużo dużo razy, obiecuję! - zapewniła, kładąc grzecznie dłonie na kolankach, ale przy okazji przygryzając wargę, wahając się chwilę.
- Tato, czy to znaczy, że pani Abernathy już nie wróci? - zapytała, bez krzty smutku, tylko chcąc się upewnić. Mówiła jej, że będzie miała kłopoty, ha, trzeba było słuchać wyżej urodzonej damy! - I czy to znaczy, że muszę odmówić Arleen spotkania? Zaprosiła mnie do siebie po ostatniej wizycie u Helene... - mruknęła smutno. Maj zdawał się tak strasznie daleko! Nawet jeśli dwudziesty ósmy kwietnia od maja leżał niedaleko. - A będę mogła wychodzić z ciocią Sefcią? I wujciem Magnusem? - zapytała jeszcze z nadzieją, zaraz dodając - Będę grzeczna i zaplanuję atrakcję na urodziny, Septimus i Brutus na pewno mi pomogą - iskra nadziei w ciężkich czasach dziesięciodniowego szlabanu.
- Przepraszam, tato - westchnęła w końcu, mimowolnie garnąc się do mężczyzny, nieco niezgrabnie wspinając wyżej na kanapie i siadając bliżej, lecz zamiast przytulić, chwyciła jego dłoń we własne łapki. - Tylko niech nowa pani będzie ładniejsza od pani Abernathy, proszę.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Abraxas Malfoy
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4208-abraxas-cronus-malfoy http://www.morsmordre.net/t4374-serafin#93911 http://www.morsmordre.net/t4350-kronika-niefortunnych-zdarzen#93156 http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4602-abraxas-malfoy#99143
znawca prawa, polityk
33
Szlachetna
Żonaty
The strength of a nation derives from the integrity of the home
17
17
0
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   02.05.17 20:49

Monolog, pełen powtarzalnych, oczywistych treści nieco go zmęczył, uniósł więc ponownie bogato zdobioną filiżankę, dopijając do końca intensywny, gorzki napar. Ciągle dręczył go niepokój i nie czuł się zbyt komfortowo ze świadomością niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad Marianne przeklętego, spacerowego popołudnia, ale koił swój lęk powziętymi postanowieniami. Roztoczy nad nią ściślejszą opiekę a guwernantki sprawdzi do ósmego pokolenia wstecz, upewniając się, że należą do wykwalifikowanej elity tego trudnego zawodu. Musiał też zmężnieć: w stosunku do córki zawsze pozostawał przesadnie łagodny, gotów zdobyć dla niej wszystko, czegokolwiek by nie zażądała. Gwiazdka z nocnego nieba, zastęp różowych jednorożców, ufryzowana głowa Wilhelminy Tuft: dostarczyłby je bez wahania. Poniekąd kierowała nim ojcowska słabość, podszyta jednak czymś więcej, wspomnieniem identycznego imienia, drżącego na jego wąskich, chłopięcych wargach, które z bolesną tęsknotą kierowały się na bladą dłoń jego Marianne. Jego jedynie w snach, coraz intensywniejszych; minęły lata a on wciąż pamiętał. Choroba zdawała się rozdzierać zasklepione rany, łechtać męskie ego, podburzać racjonalność, nakazującą mu zamknąć tamten etap. W starciu z młodzieńczymi uczuciami był jednak słaby, zbyt słaby, a wypowiadanie imienia córki dzień w dzień przypominało mu o kobiecie, której nie potrafiłby odmówić. Marie miała nad nim kontrolę nawet w ciele niepodobnej, jasnowłosej istotki, krwi z jego krwi, jaką pokochał równie mocno.
I jakiej nie mógł pozwalać już na wodzenie go za nos. Postanowił być nie tyle surowszy, co bardziej czujny. Ostrożniejszy. Była jego największym skarbem i mógł dla niej zaryzykować nawet obarczenie mianem nadgorliwego i nadopiekuńczego rodzica.
Kiwnął po raz kolejny głową - wiedział, że Marianne nie kłamała, wspominając o wielokrotnym przemyśleniu swego czynu - odkładając pustą filiżankę na blat stolika, jednocześnie podsuwając dziewczynce jej porcję herbaty, której nawet nie skosztowała, zbyt przejęta tłumaczeniami. Nie musiał ich już komentować; wierzył, że pierwsza taka ojcowska reprymenda na długo pozostanie w umyśle dziewczynki, chroniąc ją przed podobnymi nieposłuszeństwami.
- Zgadza się, pani Abernathy nie zasługuje na to, by pomagać naszej rodzinie - potwierdził sucho, rozpogadzając się jednak na chwilę przy ostatnim, subtelnym, przytyku. Na jego bladej twarzy wykwitł krótki uśmiech: nigdy nie zwracał uwagi na kwestie estetyczne, lecz dla młodej damy oglądanie niezbyt urodziwych ludzi mogło być niezbyt przyjemnym doświadczeniem. - Najważniejsze są kompetencje, moja droga, ale postaram się wybrać osobę o przychylniejszej prezencji - obiecał, nawet w tak zwykłym zdaniu przemycając pewne edukacyjne treści: wiedział, że Marianne spyta Septimusa o znaczenie trudniejszych słów, których użył, dzięki czemu wzbogacą się jej retoryczne zdolności, i tak wybujałe jak na młody wiek.
- Obawiam się, że musisz odwołać spotkanie - odparł powoli, od razu powracając do weselszej tematyki. - lecz z pewnością spotkacie się w naszym szczęśliwym miesiącu, maju, świętując twoje urodziny - uśmiechnął się ponownie, ustanawiając rekord ostatnich dni, a nawet tygodni, w których jego twarz przypominała zbolałą, odstręczającą maskę. - Oczywiście, Marianne. Sephora jest naszą najbliższą rodziną, a jeśli chodzi o Magnusa - wolałbym wcześniej wiedzieć o podobnych spacerach. Lord Rowle jest bardzo zajętym człowiekiem i sądzę, że odpowiedniejszym towarzystwem dla młodej damy byłyby starsze kobiece wzory, którym mogłabyś się przyglądać - zakończył dyplomatycznie, milknąc na kilka chwil. Poważną rozmowę należało zamknąć delikatniejszą klamrą, dlatego też ponownie zwrócił twarz ku córce. - Słyszałem, że nauczyłaś się nowej kompozycji. Chętnie jej wysłucham - zasugerował, płynnym ruchem różdżki przyzywając do salonu drobną wiolonczelę, najlepszą przyjaciółkę Marianne - z pewnością bliższą od kapryśnej harfy.

zt x2


Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   14.06.17 18:52

| 18.04
Czy to naprawdę rzeczywistość? Czy to może zupełnie inny świat? Kiedy teleportuję się do Wilton wyobrażam sobie, że to nie może być prawda. To niemożliwe, że tak dawno mnie tu nie było. Wiele pozostało takie samo, przynajmniej z pozoru, Kamień niewiele traci przez kilka lat. Kamienie z których zbudowano ten dwór z pewnością widziały więcej i słyszały więcej historii niż ktokolwiek kogo znam. Ich jednych nie dotykał czas, nie pożerał ich, nie nadgryzał swoim sławnym zębem. Oczywiście i one musiały ulec - jednak trzymały się o wiele lepiej niż ludzie. Kiedy przemierzam bogato zdobione korytarze po rozmowie z Abraxasem i jego uroczą małżonką, udaję się, by zobaczyć Ciebie. Jestem trochę przerażony tym jak możesz teraz wyglądać. Minęły prawie dwa lata - dla dziecka to chyba dużo. Nie wiem, bo nie znam się na dzieciach. Nie lubię dzieci. A jednak Ciebie darzę wyjątkową sympatią. Białą lilię wśród setek tysięcy róż. Przekraczam próg głównego salonu. Może tylko mi się wydaje, ale jestem niemal pewien, że kiedy ostatnio tu byłem, nie był tak umeblowany. Wszystko stało gdzie indziej. A może po prostu zawodzi mnie pamięć. Wciąż stoi tu jednak fortepian, szeroki, dumny, piękny. Czymś co zaskakuje jest panująca tu cisza - pokój ten raczej zawsze tętnił życiem, niemal nie można było dosłyszeć własnych myśli. Siadając przy stoliku kawowym niemal natychmiast znajdowałeś towarzystwo, ludzie rozmawiali o poważnych politycznych sprawach, międzynarodowych traktatach, inni plotkowali, wypowiadając kwestie rodem z Czarownicy. Bo ta ruda Harpia, co była ścigającą, teraz już nie jest bo podobno zakochała się w zawodniku Tajfunów i teraz będzie grała dla nich. Bo ta lady zerwała zaręczyny z tym lordem i zostanie starą panną - nie grzeszy urodą, nikt jej nie zechce, a głupia nie korzysta z okazji, którą ma. Czy ich nie powinno w ogóle się wydziedziczać? Wzdycham. Cisza nakłania do przemyśleń, a zwykle tu obecny gwar przynajmniej zajmował czymś myśli. Wzrokiem szukam Cię wśród nielicznych sylwetek w zasięgu wzroku, także tych na korytarzu - kiedy nasze spojrzenia się spotykają posyłam Ci serdeczny uśmiech i robię kilka kroków do przodu.




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   16.07.17 20:33

Nie dostrzegała pomniejszych zmian w Wilton - była pochłonięta własnym światem, w którym dominowały codzienne obowiązki i niecodzienne przygody, wzbogacane niespodziewanymi objawami rozwijającej się w niej magii, kiedy ulegała emocjom zbyt skrajnym. Przebywała na dworze niemalże non stop, ale przede wszystkim była za młoda, by dostrzegać pewne różnice, choć niektóre rzeczywiście rzucały jej się w oczy. W ostatnich czasach, na przykład, pokój dzienny pustoszał, jakby wszyscy zyskali nagle masę obowiązków, wcześniej nieznanych. Mama, gdy Marianne pytała o to dziwne zjawisko - obawiając się, że wielka paszcza smoka w korytarzu, na którą bała się nawet patrzeć, zaczęła pożerać mieszkańców - odpowiadała, że to zasługa dobrej pogody i sporo dam zażywa teraz spaceru na świeżym powietrzu. Przechadzały się pomiędzy żywopłotami, w cieniu ozdobnych, ażurowych parasoli (pamiętaj, Marianne, słońce nie powinno przypiekać twojej delikatnej skóry!) i tylko czasami salon rozbrzmiewał gwarem dyskusji. Mała lady Malfoy pozostawała jednak wierna własnej teorii, gdyż na dużej przestrzeni ogrodów ludzi wydawało się mniej, niż gdy byli stłoczeni w jednym pomieszczeniu. Niektórzy kryli się za roślinami, gdy nieudolnie próbowała ich liczyć, inni znikali za krzewem różanym i pojawiali się chwilę później w drugiej części podwórza, dlatego rachuba okazywała się zadaniem zbyt trudnym.
Nie spodziewała się tego spotkania - rodzice najwidoczniej nie zakładali, że Alastair postanowi zobaczyć się także z ich pociechą, jedyną córką. Przygotowała się więc w chaosie, z pomocą pani Abernathy, szybko i sprawnie. Pamiętała wujka Notta jak przez mgłę, ale kojarzyła go przyjaźnie, dlatego nie krzywiła się na spotkanie, a przeszła w entuzjazm, kiedy była już blisko celu. Opiekunka upomniała ją cierpliwie, przypominając o dobrych manierach (och, przecież wcale nie musiała!), zanim przekroczyły próg, po czym zajęła miejsce w dalszej części pomieszczenia, by nie przeszkadzać krewnym w spotkaniu. Dziewczynka zaś dygnęła, jak to miała w zwyczaju, unosząc leciutko poły sukni, po czym wygładziła je dyskretnie, by wszystko układało się jak należy.
- Miło cię widzieć, wujku lordzie Nott - szczerze i uprzejmie, z promiennym uśmiechem, starając się, by nie był zbyt obszerny. - Mam nadzieję, że wizyta w Wilton będzie dla wujka przyjemna i bardzo cieszę się, że smok w holu pozwolił nam na to spotkanie - ta straszna, okropna paszcza! Brr! - Jako gość naszego dworu, może wujek wybrać, co będziemy razem robić - kiwnęła uprzejmie głową.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   28.07.17 14:06

Mówią, że upływ lat dostrzega się właśnie w dzieciach - choć jestem pewien, że same dzieci wcale go nie dostrzegają. Zresztą zawsze jest chyba właśnie tak, że zmiany w nas samych i w naszym najbliższym otoczeniu dojrzeć jest ciężko - zmieniamy się tylko troszkę, by krok po kroku dojść w końcu do zupełnie innych wersji siebie. Wilton wydaje się tak białe i jasne w porównaniu z szarymi murami mojego rodzinnego dworu, tak magiczne i pełne życia, kiedy przyrównuję je do samotnego dzieciństwa. Masz to szczęście, że los nie poskąpił Ci rodzeństwa, nawet jeżeli jesteś jedyną córką wśród synów. Prawdą jest, że pogoda w Anglii wydaje się nieco lepsza, choć mnie ciężko byłoby nazwać ją dobrą - bo w porównaniu do jasnych fal Loary odbijanych słońcem, w porównaniu do wiśni kwitnących pod błękitnym niebiem. Gdy teraz spoglądam w górę widzę szarości i biele, nie niebieski. Bo to żaden kolor, w porównaniu z ich intensywnym nasileniem za granicami wyspy.
Inni śmiali się, mówiąc, że słońce jest jaśniejsze, a niebo bardziej niebieskie, wszędzie tylko poza tym krajem wiecznych chmur - ja nie śmiałem się, bo wiedziałem, że tak właśnie jest. Odganiam jednak te smętne myśli, bo dzisiejszy dzień jest naprawdę ładny. Promienie słońca wpadają do pomieszczenia przez kryształowe szyby, a w końcu dostrzegam także i Ciebie, wraz ze swoją guwernantką. Uśmiecham się ciepło, dostrzegając jasne loki i eleganckie dygnięcie.
- Mnie także bardzo miło Cię w końcu zobaczyć, lady Marianne - mówię, słodkim i melodyjnym głosem.
Tak coś czuję, że uważasz się już za prawdziwą damę, choć i dla mnie wydajesz się lepiej wychowana niż wiele z salonowych panien. Wiek to w końcu tylko liczba, nawet jeżeli wciąż jednocyfrowa. Trochę mieszam się na wspomnienie o jakimś smoku, ale nie daję zaskoczeniu odbić się na mojej twarzy. W końcu stwierdzam, że to jakaś dziecięca fantazja, a że nie mam nic przeciwko odrobinie wyobraźni w szarym, zwykłym życiu, nie zamierzam jej burzyć. Elokwentna i dobrze ułożona, w istocie wyglądałaś i zachowywałaś się jak wzorowa lady Malfoy. Uprzejmie kiwam głową, w zapewnieniu, że to prawdziwy zaszczyt móc gościć w tym dworze.
- Abraxas wspominał mi podczas naszego spotkania, że poczyniłaś ogromne postępy w grze na pianinie. W dzieciństwie ja także bardzo lubiłem ten instrument. Może zechciałabyś mi coś zagrać? - pytam uprzejmie.
Nigdy nie zostałem wirtuozem pianina, ale nigdy też nie przestałem na nim grywać. A słodkie dźwięki klawiszy w odpowiednim porządku zdawały się czymś wspaniałym.




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
Marianne Malfoy
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4373-marianne-lamia-malfoy#93831 http://www.morsmordre.net/t4379-alohomora http://www.morsmordre.net/t4380-dwor-panienki-malfoy http://www.morsmordre.net/f229-wilton-w-wiltshire-rezydencja-rodu-malfoy http://www.morsmordre.net/t4457-marianne-lamia-malfoy#95125
lilia wśród róż
5 i 11/12
Szlachetna
Panna
Tata wie wszystko!
0
0
0
0
0
0
3
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój Dzienny   22.08.17 11:37

Upływ lat faktycznie wymykał się prawom fizyki w wyobraźni Marianne. Nie potrafiła sobie na przykład przyswoić faktu, że tata i mama byli kiedyś tak mali, jak ona sama. W jej oczach od zawsze stanowili bowiem pierwiastek obyty, zaznajomiony z kulturą, zasadami, życiem szlacheckim i... właściwie wszystkim. Byli jej autorytetami, za którymi pragnęła podążać z całego swojego serca, wzorami. Ona, Brutus, Septimus i Lucjusz mieli być kiedyś tacy, jak oni - oni z kolei tacy byli zawsze. Przecież Abraxas nie mógł zachowywać się podobnie do swojego najmłodszego syna - byłoby to absurdalne! Tata i mokra plama na szacie? Tata i brzydki ślad po odepchniętym jedzeniu? Tata i donośny płacz, niosący się po korytarzach całego dworku? N i g d y. Czas działał tylko w jedną stronę. Tata będzie kiedyś taki, jak dziadek. Ona będzie kiedyś, jak mama.
Ach, smok w hallu - Marianne nieustannie była pod wrażeniem wszystkich, którzy się go nie bali i potrafili przejść obojętnie obok wielkiej, ciemnej paszczy. W tym przypadku podziwiała też wujka Alastaira, w myślach po ciuchu powtarzając sobie, że kiedyś i ona przestanie się go bać - tak, jak nie bała się mama. Do głowy nie przychodziło jej nawet, że można nie zauważyć tak wielkiego i strasznego potwora, stojącego na straży pałacyku.
- Och, bardzo chętnie! - zobowiązała się, rozpromieniwszy oblicze razem z entuzjastycznym zapewnieniem. - Mogę jednak coś zarus... zaguser... zasugerować? - zapytała, męcząc się chwilę z trudnym słowem, lecz musiała je opanować. Słyszała je bardzo często, wstydem byłoby pomijać tak istotny wyraz, dlatego starała się uzupełnić swój mały słowniczek. Otrzymawszy przyzwolenie na złożenie własnej propozycji, podjęła - Byłoby mi bardzo miło, gdyby najpierw wujek zagrał coś dla mnie - dygnęła dworsko. - Moja nauczycielka powiada, że wiele można nauczyć się wsłuchując w grę oraz obserwując doświadczone palce - wytłumaczyła, wyjątkowo chętna do nauki - miła odmiana, grać sobie z wujkiem! O wiele bardziej przepadała za wiolonczelą, na której zaczęła nauki dopiero w ostatnim czasie, pianino sprawiało jej nieco kłopotów, lecz robiła oczywiste postępy.




Like a lotus blossom soft and pale
Wait and see, when we're through
boys will gladly go to war for you.
With good fortune (and a great hair-do)
you'll bring honor to us all!

Powrót do góry Go down
 

Pokój Dzienny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Droga do Hogsmeade
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Pokój dzienny
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Wiltshire, Wilton, rezydencja rodu Malfoy-
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18