Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Drew Macnair

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Drew Macnair   23.02.17 13:25


Drew Macnair

Data urodzenia:17 stycznia 1927
Nazwisko matki: Ogden
Miejsce zamieszkania: Strych na ulicy Śmiertelnego Nokturnu
Czystość krwi: Czysta ze skazą
Status majątkowy: Biedny
Zawód: Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
Wzrost: 180cm
Waga: 76kg
Kolor włosów: Szatyn
Kolor oczu: W słońcu brudny piwny, zaś nocą zgaszona zieleń
Znaki szczególne: Kolor oczu, kilkudniowy zarost. Blizna wzdłuż kręgosłupa będąca pamiątką po bliskim spotkaniu z salamandrowym ogniem oraz druga w okolicy prawej brwi powstała podczas pojedynku. Znamię z lewej strony klatki piersiowej na wysokości drugiego żebra.


Pragnienie oryginalności oblane nutą metaforycznego oceanu stwierdzeń i porównań, by na siłę wykazać swą mądrość wyczytaną w zeszłotygodniowym wydaniu proroka codziennego oraz wyższość spowodowaną rodowodem, nie osobowością. Kilkunastogodzinne autobiograficzne opowieści złożone głównie z ukoloryzowanych, fikcyjnych wstawek zasłyszanych z naprzeciwległego stolika w Dziurawym Kotle i nabytych umiejętnościach nie mających żadnego podłoża w praktyce. Chęć sławy wiążącej się z niekończącym byciem na ustach wszystkich magicznych istot, dla których stanowiłoby się niepodważalny w żadnym aspekcie autorytet. Sen, a jednocześnie marzenie tak wielu zapatrzonych we własne odbicie ludzi, że ciężko dać wiarę w ich logiczne myślenie. Bądźmy szczerzy- w jakiekolwiek rozumowanie.
Moja historia jest banalna, mało szokująca i nie okalająca się sukcesem wartym spisania jej na strony księgi, która miałaby służyć przyszłym pokoleniom. Zwykły zlepek faktów, kilku nieco ciekawszych opowieści nadających się w sam raz do ognistej whisky, której zapach dostatecznie zniwelowałby dymiący między wargami Stibbons. Dzieciństwo i wychowanie, szkoła i nauka, praca i doświadczenie, aż w końcu śmierć i samotność. Czy ktokolwiek obrał inne tory? Czy ktokolwiek wyszedł poza powszechne ramy? Nie, albowiem nie ma ludzi wyjątkowych- takowe mogą być jedynie ich czyny i to właśnie o nich pamięć pozostaje. Całe życiowe tło staje się niezauważalną ramą arcydzieła, bo nie ma znaczenia to kim się było, lecz to czego się dokonało.
Biegu historii świata nie zmieniła biografia jednostki tylko podjęte przez ów potentata decyzje- powtarzałem to zawsze, ale mało kto potrafił słuchać wciąż zapełniając strony własnej książki zbędnymi fragmentami nieinteresujących nikogo- nawet jego samego.


Londyńskie ulice świeciły pustką, a szum hulającego wiatru zagłuszał tylko pijacki śpiew mieszkańców dochodzący z barów usytułowanych wzdłuż zasypanych śniegiem chodników. Noc była mroźna i nieznośnie depresyjna, gdyż z oddali wesołe dźwięki przypominały bardziej wołanie o pomoc z krótkimi przerwami na haust świeżego powietrza, kiedy to napastnik nieświadomie rozluźnił palce oplatające szyję. Aura była przygnębiająca podobnie jak rozciągający się wzdłuż Tamizy widok strzelistych gmachów, budynków i kościołów skąpanych w gęstej mgle. Otulone w całej swej okazałości zataiły różnice ich dzielące, podobnie jak geny niemowlęta pod maską niewinności. Mojemu przyjściu na świat towarzyszyła jedynie cisza ubarwiona kilkoma urojonymi łzami bólu, ale i ulgi, bo wiele razy powtarzano, że nic z tego nie będzie. Chciałem się tutaj dostać, pragnąłem być egoistyczną hieną, która wbrew przeciwnościom pojawi się wśród białych korytarzy tłumnie wypełnionych obcymi ludźmi. Nigdy nie miałem żalu, że od samego początku poznałem smak samotności, bo dzięki temu nauczyłem się kroczyć przez świat bez złudnej nadziei na odnalezienie czegoś co nazywająrodziną.
Był wczesny ranek. Pamiętam promienie słońca przebijające się przez zakurzone okiennice niczym nie przypominające tych z rodowych zamków wpół zakrytych bogato zdobionymi zasłonami. Nadal nie chwyciłem okazji poznania własnego ojca, który podróżując po Europie nie wykrzesał czasu dla własnej żony oraz dziecka. Nie czułem przynależności, imperatyw, a przede wszystkim faktu magicznego pochodzenia, gdyż mimo opowiadanych przez matkę historii nigdy nie przejawiłem choć cienia nadprzyrodzonych umiejętności. Widziałem w jej oczach swego rodzaju odrazę, poczucie niesprawiedliwego obowiązku i żalu, którego w pewnych chwilach już nawet nie ukrywała. Rozmawialiśmy rzadko, w późniejszych latach właściwie już tylko wtedy, jak pragnęła wkłuć mi kolejną igiełkę z podpisem „charłak”, gdy dym Stibbonsa zakrywał jej kpiący uśmiech.
Nie byłem na to obojętny niejednokrotnie starając się dowiedzieć, dlaczego tak właśnie się działo i co zrobiłem źle, że mnie to spotkało. Jednak za każdym razem słyszałem, iż to wina mojego ojca, który zamiast budować z nią silny ród oddał się szaleńczym podróżom w poszukiwaniu czegoś, co nigdy nie istniało. Fascynacja artefaktami, mitycznymi przedmiotami wyskrobała z niego nawet najmniejszą rodzinną iskrę, więc w chwili narodzin pierworodnego wyjechał wraz z domowym majątkiem. Pozostawił za sobą jedynie stare mieszkanie przepełnione wonią stęchlizny i cichym łoskotem moli mających tam swój mały raj na ziemi.


Nigdy nie miałem indywidualnych nauczycieli tudzież zajęć z inną wysoko postawioną młodzieżą, więc pozostawała mi nadzieja w książkach, które miały przynieść pierwsze zainteresowania oraz pasje. Początkowo dużo problemów sprawiała mi nauka pisania oraz czytania, gdyż z niewielką pomocą matki, podstawowe kroki w świecie niby tak banalnym naprawdę mogły przyprawić o ból głowy tym bardziej, iż w domu nie miałem żadnych autorytetów. Wielokrotnie nerwy brały górę i wpadałem w szał nie mogąc złapać oddechu, za co otrzymywałem solidną karę. Musiałem być samodzielny, samowystarczalny i cholernie wdzięczny matce za te pierwsze lata, które w jej mniemaniu zmarnowała na moje wychowanie. Nazwałbym to raczej postawieniem na nogi i wykarmieniem, lecz wtedy byłem zbyt młody by się przeciwstawić mówiąc, co naprawdę o tym myślę.  Zmanipulowała mnie swoją opinią, zaraziła bólem i choć naprawdę wewnątrz czułem się potężny to gasiła ona każdą iskrę rozpalającą we mnie jakąkolwiek pewność siebie. Wszystkie cegiełki składające się na otaczający mnie mur były jej nieświadomym dziełem, paskudnie starannie wykonanym rzemiosłem jakiego pozazdrościć mogli najbardziej obojętni ludzie.


Wiedzieliśmy, że on żyje, więc z uwagi na honor rodziny matka nie umawiała się z innymi mężczyznami po ciemnych zaułkach. Po drugiej stronie lustra widać było dumną damę z dorastającym synem czekającym na list ze szkoły Magii i Czarodziejstwa, gdyż przejawiane przez niego zdolności z pewnością musiały zostać docenione. Gustowne szaty, piękna biżuteria i rzekomy dworek, o którym ubarwione historie przedstawiane były na wszelkich salonach. Próżność osobowości, obyczajów i paskudny lęk przed potępieniem wiązanym z odrazą zmuszał Ophelię do kłamstw na temat własnej rodziny oraz jej dobrych korzeni. Macnairowie byli majętni, więc nikt nie mógł spodziewać się, iż to w co była odziana to jedynie pamiątka po bogactwie roztrwonionym przez Augustusa. Kwestia jego podróży, sukcesów i powrotu na każde Boże Narodzenie także nie schodziła jej z ust, choć nigdy nie miałem okazji życzyć ojcu Wesołych Świąt. Żyła w obłudzie- w świecie wykreowanym we własnej głowie, który nijak miał się do rzeczywistości i związanych z nią realiów. Chciała mnie do niego porwać, zassać na tą planetę fałszu i choć aprobowały mi idące za tym korzyści to wiedziałem, że tylko sam jestem w stanie sobie na to zapracować. Osiągnąć sukces, którym będę się pławił przed wszystkimi ciekawskimi oczami lustrującymi lekko przetarte rękawy fraku pożyczonego od przyjaciela mojej matki. Nim to się stanie musiałem w końcu udowodnić, że nie jestem tylko zwykłym charłakiem, a to było najtrudniejszym z zadań- zupełnie niezależnym ode mnie.
Był to jeden z wielu letnich, późnych wieczorów, w których poświęcałem się nauce języka rosyjskiego, ponieważ to właśnie on sprawiał mi wiele kłopotów. Miałem jednak świadomość, że jeśli moją aspiracją było podróżowanie i odkrywanie tego, co przeoczył mój ojciec to musiałem zrobić wszystko, by swój język wzbogacać. Składałem litery, następnie słowa starając się nie brzmieć co najmniej śmiesznie i choć po ostatnim zdaniu rozległo się w kuchni głośne stuknięcie to nawet przez myśl mi nie przeszło, że teleportował się właśnie on- Augustus.
Nie poznałem go. Jego duże zielone oczy wpatrywały się we mnie jak w obcego człowieka, a ja nie potrafiłem odwdzięczyć mu się niczym innym. Gdzieś pod lewą piersią serce zabiło mi mocniej, choć z radością i szczęściem nie miało to nic wspólnego. Przestraszyłem się wpadając w panikę, bo nie miałem kompletnego pojęcia czego mogę się po ów czarodzieju spodziewać. Zbyt duża, przemoczona szata okrywała jego ramiona, a różdżka dzierżona w dłoni nawet na moment nie została skierowana w kierunku podłogi. Wydawał się gotów do ataku, czujnie rozglądając się po wnętrzu, jakoby był zdecydowany do przejęcia ów miejsca wraz z resztką niewielkiego dobytku, jaki nam pozostał. Jego twarz wykrzywiona w groźnym grymasie przejawiała cień zmęczenia pokazując, że samotność i ból podróży to jedyne, co mu pozostało. Przełknąłem nieco głośniej ślinę przewracając się na drugi bok, aby sturlać się z wąskiego łóżka. Nie wiedziałem co robić- dosłownie mnie sparaliżowało. Zacisnąłem dłonie w pięści i nim zdążyłem spytać czego chce, moich uszu dobiegł cichy głos matki, która wypowiedziała to paskudnie dźwięczne imię. Wystarczył moment, aby żyrandol ze środka pokoju niebezpiecznie zakołysał się, a następnie runął na chłodną posadzkę wraz z gasnącym płomieniem umocowanych na nim świec. Wysunąłem głowę zaszokowany tym, co właśnie się wydarzyło, bo czułem, że stało się to z mojej winy i przenosząc wzrok na rodziców dostrzegłem jedynie lekko otwarte usta matki, która wskazała dłonią w moim kierunku. Podchodząc bliżej chwyciła między palce bujną czuprynę wyraźnie powtarzając ojcu, że nigdy nie byłem długowłosym brunetem. W tamtej chwili obojętny był mi fakt, że przejawiłem magiczne zdolności oraz pod wpływem emocji zmieniłem fryzurę. Skupiłem się tylko na żalu spowodowanym faktem, iż mosiężny żyrandol nie wisiał nad ich głowami. Widok ojca nie wzbudził we mnie radości, a pragnienie krzywdy, której jeszcze nigdy nie doświadczyli. To był pierwszy raz, jak cząstka demonicznego wnętrza dała mi o sobie znać.


Dzień, w którym dostałem sowę wraz z listem wspominam z każdym detalem jakby był on wczoraj, choć moja pamięć nie należała do najlepszych, właściwie to była kompletnie beznadziejna. Potrafiłem kilkukrotnie powtarzać sobie zadanie, które musiałem wykonać, by za chwilę zastanawiać się po co w ogóle wychodziłem z mieszkania. Zapominałem imiona kojarząc poznanych ludzi jedynie z twarzy, a tematy przeprowadzanych rozmów zawsze pozostawiałem swojej intuicji. Nie było to jednak świadectwem mojego problemu z nauczaniem tudzież przyswajaniem informacji, albowiem to naprawdę wychodziło mi całkiem nieźle.
Nie wiem czy w ich oczach można było dostrzec ulgę, czy dumę, kiedy zerkałem na nich przez okno Hogwart Expressu. W chwili otrzymania listu wszystko się zmieniło, a przede wszystkim moje wycofanie, które momentalnie stało się motorem napędowym paskudnej pewności siebie. Nie potrzebne było mi ich słowo, nauka i rada, którą tak silnie chcieli mnie wesprzeć  po ujawnieniu magicznych zdolności. Wybudowany mur stał się jednocześnie tarczą na wszelkie emocje, rozgoryczenia i rodzinne przesłanki jakimi już więcej nie dałem się nakarmić. Odrzucenie, kłamstwo, samotność, niezrozumienie towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo i niczym najlepszy druh kierowały do młodzieńczych lat. Przełom nie wyplenił egoistycznego, wręcz demonicznego zasianego ziarna, a jedynie podlał kolejnym wiadrem wody.
Tiara nie miała wątpliwości, aby wysłać mnie w ślady rodziców dumnie kończących szkołę w zielonych barwach. Slytherin był domem, do którego chciałem trafić od samego początku, gdyż znając namiastkę historii Hogwartu zgadzałem się z respektowanymi tutaj wartościami i ambicją cechującą reprezentantów. Podzielałem zdanie odnośnie wyższości czarodziejów, a przede wszystkim czystości krwi płynącej w ich żyłach. Godziła w moje przekonania jedynie kwestia majątku, która rzekomo świadczyła o pozycji w wielkiej hierarchii, lecz zdecydowałem, iż wolę być w środku mrowiska niż po jego drugiej stronie.


Mimo swoich aspiracji nie byłem typem kujona, który zamykał się w bibliotece, aby poszerzać i zgłębiać pole zainteresowań. Miałem wielu kolegów- może i nawet przyjaciół, ale nadal w głębi siebie byłem samotny, gdyż byli mi oni zupełnie zbędni. Traktowałem to bardziej jako odskocznię od codzienności, inną maskę, którą nakładałem w chwili rozpoczęcia rozmowy. Nie lubiłem palić mostów, nie starałem się nawet odpychać kompletnych kretynów, bo żyłem w przekonaniu, że każda znajomość- nawet ta sprawiająca wrażenie zupełnie zbędnej- może się do czegoś przydać. Nie znałem wartości przyjaźni, zaufania, ale korzyści płynących z bycia koleżeńskim i przydatnym w grupie niekoniecznie lubujących się w zasadach uczniów. Nauczyła mnie tego matka w chwili, kiedy z tym durnym uśmieszkiem przechadzała się wzdłuż korytarzy domostw, w których bywała częstym gościem. Ludzie tam mieszkający nie byli dla niej nikim poza kartą przetargową w wyścigu o społeczną pozycję. Właściwie… czy i ja tylko też tym nie byłem? Narzędziem?


Nauka w Hogwarcie była żmudna, powiedziałbym nawet, iż w żaden sposób nie spełniała moich oczekiwań, które obrałem przed wejściem do pociągu. Wiele przedmiotów opiewało się o teorię, bądź proste, nieprzydatne zaklęcia mające na celu sprawdzenie wilgotności podłoża roślin, czy poznanie świata mugoli. Drugie z wymienionych było ohydne, wręcz obrzydliwe, stąd za każdym razem, gdy słyszałem o ich życiu tudzież technologii miałem ochotę spędzić resztę popołudnia w kaftanie, na kawce u Munga. Do moich dobrych stron nie należała także numerologia, która już po pierwszych zajęciach stała się istną ‘czarną magią’. Nie dawałem wiary temu, czego oko nie widziało, a dodatkowo starałem się korzystać z każdego dnia tak samo, więc wróżba przyszłości była jedynie nic nieznaczącym przypuszczeniem mającym na celu weryfikację pewnych poglądów. Podobnie sprawa miała się z eliksirami i magią leczniczą- cóż brakowało mi do tego cierpliwości, choć zawsze się nią cechowałem. Uczeń bez (T)rolla to jak czarodziej bez różdżki, prawda?
Wbrew pozorom nie byłem takim głąbem na jakiego mogłoby się zanosić, gdyż mimo, że wiele przedmiotów nie współgrało z mą naturą i zainteresowaniami  to znalazły się takie, które porwały mnie zupełnie. Zapewne to nieco przesadzone słowo, lecz adekwatnie odnoszące się do prawdy, albowiem transmutacja i starożytne runy były moim osobistym faworytem. Pierwsze z nich początkowo zaliczałem przymusem zważywszy na moją negatywną dyscyplinę wiążącą się z brakiem panowania nad anomaliami genetycznymi, jednak w przedostatniej klasie wszystko uległo zmianie. Profesor nauczył mnie podstawowej kontroli, która zapobiegała obcowaniu z różowym zarostem i siedmioma pazurami na jednej dłoni przypominającej łapę. Nadal miewałem odchyły, zmienne nastroje ukazujące się różnymi kształtami uszu, jednakże było mi o wiele prościej pozostać w cieniu- bez wyróżniania się.
Runy były moim czarnym koniem. Nie lubowałem się w nich z uwagi na fakt, iż stanowiły jedynie przedmiot dodatkowy, ale przez wzgląd na posiadane umiejętności wyniesione z samotnych nauk. Byłem w tym naprawdę niezły i często przodowałem nad całą resztą, co wzbudzało poczucie pewności siebie, jaką matka w przeszłości tak skrzętnie starała się ugasić. Zawsze chodziłem pod wiatr, nigdy z nim. Spędziłem wiele godzin na czytaniu, zapamiętywaniu, a przede wszystkim szkicowaniu najciekawszych okazów, gdyż byłem pewny, iż to one odpowiadają za moc czarnomagicznych artefaktów będących moją największą pasją.
Wolnym czasem z reguły gardziłem, więc nie marnując go oddawałem się dobrej książce, tudzież uczyłem na kolejną poprawkę z Historii Magii nie dowierzając, że ktoś zdał ją za pierwszym razem. Zdarzały się jednak wyjątki, kiedy wspólnie ze Ślizgonami pływaliśmy w pobliskim jeziorze i zadręczaliśmy obserwujące nas szlamy. To było zdecydowanie ciekawsze od wojen olbrzymów.


Wieści o Wielkiej Wojnie Czarodziejów stały się dla mnie swego rodzaju inspiracją, pragnieniem, którego nie mogłem dosięgnąć. Marzyłem o władzy nad mugolskim światem, który był niczym w porównaniu do posiadanej przez nas potęgi. Chciałem być częścią tej rewolucji, kartą historii, która na zawsze zmyłaby z prawdziwych czarodziejów brud półkrwistych i zabiła smród szlam. Moja rodzina zobaczyła światło w tunelu dla swojej sytuacji, choć bardzo szybko zostało ono zbryzgane krwią utraconej nadziei. Restrykcyjne prawo doprowadziło do przejęcia mieszkania i pozostałego im dobytku na rzecz długów, których nie byli w stanie spłacić. Czas, w którym prawda wyszła na jaw okazał się najgorszym z możliwych, bo szeroko siany terror zaostrzył wiele poglądów i otworzył sporo ust, które wcześniej bały się głośno opowiedzieć za powrotem do tradycji.
W szkole niedługo musiałem czekać na zgryźliwe komentarze i kpiące spojrzenia, które uderzały bezpośrednio w moją rodzinę. Nic nie zmieniło się w ilości oraz jakości posiadanych przeze mnie rzeczy, ale sama świadomość biedy w domu Macnairów owocowała złośliwościami ze strony Ślizgonów. Pewnego razu nie wytrzymałem uwagi godzącej bezpośrednio w moją osobę, wiążącej się z nieudolnymi próbami zapanowania nad metamorfomagicznymi zdolnościami i w pokoju wspólnym rzuciłem Drętwotę na jednego ze swoich kolegów. Zostałem za to ukarany porządkowaniem książek w bibliotece przez przeszło trzy tygodnie, ale nie żałowałem, a właściwie byłem z siebie dumny. To wydarzenie spowodowało, że wstąpiłem do klubu pojedynków oraz otrzymałem możliwość opracowania planu, jak dostać się do najciemniejszych książkowych zakamarków, by zagłębiać sztukę czarnej magii.


W dniu ukończenia szkoły każdy rozszedł się w swoją drogę z mniejszą, bądź większą nadzieją na kolejne wspólne spotkanie. Nie zależało mi na tym i z obojętnym wyrazem twarzy patrzyłem na wszystkich tych, których zaszklone oczy wyrażały buzujące w środku emocje. Kartkę z adresami wyrzuciłem do pierwszego napotkanego kosza, albowiem za każdym razem przeszłość zostawiałem daleko za moim oddalającym się cieniem.
Nie obawiałem się pierwszej podróży, mimo że w mojej kieszeni dzwoniło zaledwie kilkanaście sykli i knutów, a niewielka walizka mieściła trochę znoszonych ubrań, szatę oraz jednoosobowy namiot. W plecaku trzymałem dziennik, gdzie przez cały okres szkolny spisywałem najważniejsze informacje, obrane tropy i przede wszystkim przydatne zaklęcia. Zdaniem najsławniejszych poszukiwaczy najciekawszym i zarazem najmniej zbadanym terenem był Związek Radziecki, a więc od tamtejszych ziem rozpocząłem swoją tułaczkę.
Podczas badań nauczyłem się jednego, iż milczenie jest złotem, choć galeonów nie daje. Czarodzieje z reguły klepali jak najęci nie znając żadnej granicy w kwestii własnej prywatności, a tym bardziej sferze interesów potencjalnie omawianej osoby. Dorabiałem w podmiejskich barach lejąc kremowe piwo, czy serwując ognistą whisky i dzięki temu miałem możliwość dowiedzenia się o najbrudniejszych tajemnicach oraz kręgach ów kraju. Ułatwiało mi to planowanie tras i pozwalało dotrzeć do miejsc, które swą mrocznością wyprzedzały sklepy na Nokturnie. Cechowałem się cholerną cierpliwością, więc nawet miesiące niepowodzeń, tygodnie wytrzymywania pijackich gadek i awantur, które nie przynosiły żadnych pozytywnych owoców, nie zachęcały mnie do powrotu. Dążyłem wolno do celu zapisując sobie najważniejsze nazwiska, adresy, spostrzeżenia i tworzyłem szkice pożądanych czarnomagicznych przedmiotów, o których istnieniu dowiadywałem się z mieszczańskich legend. Lekcja samozaparcia wynikająca z niepowodzeń pozwoliła mi do perfekcji zapanować nad swoim metamorfomagicznym darem, który często dawał mi niezbędną anonimowość. Byłem od niej uzależniony.


Podążając na wschód wzdłuż syberyjskich ziem zatrzymałem się w Tarze, która miała być tylko krótką przerwą, a okazała się przełomem na jaki czekałem od początku wyprawy. Zaciągając się do pracy w obskurnym barze prowadziłem rozmowy z pewną starszą ode mnie, blond pięknością, która później stała się moim pierwszym i ostatnim partnerem ekspedycji. Początkowo jako szefowa nie przeglądała należącego do mnie dziennika, lecz później jako kochanka przewertowała go poznając prawdziwy powód opuszczenia kraju. Podzielała owe hobby i choć już wcześniej zagłębiała mnie w najmroczniejsze zakamarki czarnej magii to dopiero ta wiedza zwolniła w niej wszelakie hamulce.
Inspirowało ją to, że byłem zdecydowanie mniej doświadczonym czarodziejem od niej i znalazła we mnie ucznia, którego wydawała się bardzo długo szukać. Szkoliła mnie, wprawiała w osłupienie zaklęciami, które pierwszy raz w życiu mogłem usłyszeć i zaobserwować, a także nauczyła respektu będącego podstawą dobrego pojedynku. Kilkukrotnie widziała buzujące we mnie emocje powodujące zmiany kształtów twarzy oraz sylwetki, więc i temu starała się zaradzić wymuszając cykliczny, poranny trening. Koncentracja, opanowanie, siła- te trzy słowa stały się codzienną mantrą.
Wewnątrz siebie było mi obojętne jej towarzystwo, ale korzyści płynące z jedzenia wspólnych śniadań przewyższały moją potrzebę indywidualności. Posiadała dziesiątki ksiąg, których nigdy wcześniej nie miałem okazji wertować, setki fiolek wypełnionych przeróżnymi składnikami eliksirów i przede wszystkim legendę, której trop stał się dla mnie priorytetem. Spędziłem mnóstwo czasu na dokładnej analizie rodu Romanowów, których rozstrzelano zaraz po tym, jak Ci ukryli swój dobytek. Materialna korzyść była mi obojętna, natomiast miała znajdować się tam szafka zniknięć, której bliźniacza część prowadziła do sekretnego gabinetu rosyjskiego cara wedle plotek spowinowaconego z Neridą Vulchanovą- założycielką i pierwszą dyrektorką Dumstrangu. Wielką czarownicą oraz królową czarnej magii.


Wróciłem do Londynu wczesną wiosną 56’, kiedy już Gellert Grindelwald był na szczycie, a cała Anglia pogrążona była w łapankach. Tamiza wydawała się płynąć krwią, a śmiech triumfujących czystokrwistych czarodziejów rozchodził się echem wzdłuż ciemnych alejek. Podobał mi się unoszący smród mordowanych szlam toteż postanowiłem pozostać w mieście do czasu, w którym nie znajdę kolejnej poszlaki w mojej małej układance. Deportowałem się od wspólniczki zabierając zgromadzone materiały i zdobyte artefakty, ponieważ stała się mi zupełnie zbędna. Przekazując ogrom wiedzy, udostępniając materiały i szkoląc w zaklinaniu postawiła na siebie krzyżyk w chwili, gdy uczeń przerósł mistrza. Moja maska była tak starannie dopasowana, iż zagrałem perfekcyjną rolę na deskach egoistycznego teatru, gdzie ona stała się nieproszonym aktorem. Należało zatem wyciąć akt, w którym planowała wygrać główną rolę i skończyć go epilogiem opartym tylko o złamane serce, a nie interwencje Mojry. Gdy spała uciekłem nie tylko z dobytkiem, wiedzą oraz planem poszukiwań, który wspólnie stworzyliśmy na przyszłe lata, ale przede wszystkim z jej nadzieją, że choć cząstka mnie była prawdziwa.
Jedyną pozostałą mi pamiątką był pierścień, który po nałożeniu przywołał same przykre wspomnienia i o dziwo nie było wśród nich momentu, kiedy ją zdradziłem.


Matka zawsze powtarzała, że najważniejsze jest to, co zdobyłeś - nieważne jakim i czyim kosztem.


Bad Habits


Patronus: Sprytny, przebiegły i przede wszystkim wyjątkowo cichy. Samotny podróżnik, drapieżca nie ufający nikomu oraz niczemu poza własnemu instynktowi. Lis przychodzi mu z pomocą w chwili, gdy w jego myślach ukaże się moment ujawnienia magicznych zdolności. Jest jak on sam- nie potrzebujący nikogo poza sobą i własnymi aspiracjami.



Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 Brak
Zaklęcia i uroki: 10 3(różdżka)
Czarna magia: 18 2(różdżka)
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 4 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 4 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
rosyjskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
ONMSI2
Starożytne runyIV40
SpostrzegawczośćII10
Ukrywanie sięI2
ZastraszanieI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Jasny umysłI2
Silna WolaI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec współczesnyI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 2,5

Wyposażenie

Różdżka, sowa, teleportacja, 13 punktów statystyk



[bylobrzydkobedzieladnie]






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend


Ostatnio zmieniony przez Drew Macnair dnia 27.02.17 22:53, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Drew Macnair   09.09.17 15:17

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Poszukiwanie odpowiedzi i ukryte tajemnica były impulsami, które pierwotnie pchnęły najmłodszego rodziny Macnair do działania. Magia artefaktów i zakazana ścieżka kusiły bardziej i wczesnej niż można było się spodziewać. A przez gorzkie nauki matki, bardzo szybko odkrył siłę w samodzielnym kształtowaniu umiejętności i siebie samego.
Drew uczył się samotności i przez nią odzwierciedlała się jego przyszła ścieżka. Odkładał na bok wartość społecznych relacji, by wzrastać w wiedzy i korzyściach płynących z obecności innych. Zduszone w dzieciństwie emocje nie znajdowały ujścia w chłodnej wizji rzeczywistości, widzianej z perspektywy pary ciemnych źrenic Macnaira.
Podróże i nieustająca chęć poznania tajemnic zakazanych dziedzin i przedmiotów w końcu zatrzymała mężczyznę w miejscu u boku jednej, wyjątkowej kobiety. I ta jednak stała się dla Macnaira pionkiem na drodze do zdobycia mocy, by na koniec zniknąć i pojawić się jak cień w londyńskiej mgle.
Czy uda mu się oszukać przeszłość i uniknąć zemsty zdradzonej kochanki?

OSIĄGNIĘCIA
Pan własnego losu
Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Samuel Skamander


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Drew Macnair   09.09.17 15:18

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa

ELIKSIRY Eliksir grozy (1 porcja)

INGREDIENCJEposiadane: jad akromantuli, włosie akromantuli, skrzeloziele, łuska smoka

[09.08.17] Ingrediencje (maj)

BIEGŁOŚCI[18.08.17] Wsiąkiewka +2PB
[21.08.17] Zakup: +5 PB do biegłości Jasny umysł (II)
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[23.02.17] Karta postaci, -900 pkt
[02.04.17] Zwrot PD (teleportacja): +1 do czarnej magii
[30.05.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień) +50 PD
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1 OPCM, -40 PD
[19.08.17] Zdobycie osiągnięcia (Ślepy los), +30 PD
[18.08.17] Wsiąkiewka (kwiecień I) +60, 2 PB
[21.08.17] Zakup biegłości: Jasny umysł (II), -5 PB; zakup +2 pkt OPCM, -200 PD
[11.11.17] Zwrot za statystyki, +40 PD


Powrót do góry Go down
 

Drew Macnair

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17