Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   01.04.17 23:29

Sześcioletni Archibald posiadał w swoim niewielkim ciele mnóstwo pokładów energii. Całymi dniami tylko biegał i skakał, nie mogąc spokojnie usiedzieć w jednym miejscu przez chociażby pięć minut. Właśnie dlatego każde lekcje niemiłosiernie mu się dłużyły i tylko zerkał na wielki zegar, oczekując ich końca. Jeszcze nie znał się na zegarach, ale Lacus nauczył go jak odczytywać tą konkretną godzinę, oznaczającą koniec zajęć. I kiedy tylko ta wielka wskazówka przesunęła się na liczbę dwanaście, Archibald wyleciał z gabinetu i popędził na parter. Stary skrzat uchronił go przed bolesnym upadkiem, kiedy stopa pośliznęła mu się na jednym ze stopni, ale nawet tego nie zauważył. Był podekscytowany tym, co miał mu przynieść dzisiejszy dzień, a mianowicie wizytę wujostwa Weasley'ów. Stał pod drzwiami i oczekiwał ich przyjścia, podskakując w miejscu jak piłeczka. Kołnierzyk koszuli drapał go w szyję, więc próbował go jakoś rozluźnić, ale niezbyt mu to wychodziło. Przerwał swoje nieudolne próby, kiedy drzwi otworzyły się na oścież i ujrzał w nich swoją bliską rodzinę. Przywitał się grzecznie z wujem i ciotką, po czym złapał Garretta za rękę i zaciągnął go na podwórze. - Chodź, chodź, muszę ci coś pokazać! - Powiedział podekscytowany, zatrzymując się dopiero przed starym dębem. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to drzewo stało się własnością małych Prewettów: na jednej gałęzi wisiała drewniana huśtawka, a na innej widniały wyraźne próby założenia domku. Archibald zaczął zawzięcie czegoś poszukiwać. - To było tu - mruknął, zaglądając pod średniej wielkości kamień. - Albo tu - pobiegł na drugą stronę drzewa, szukając czegoś na dole pnia. Ostatnio przypadkiem usłyszał jak jego tata mówi brzydkie słowo i chciał je teraz powtórzyć, ale już nie pamiętał jak ono dokładnie szło. Dlatego tylko zacisnął dłoń w pięść i machnął nią w powietrzu właśnie tak jak wtedy jego ojciec. - Garrett, nie wiem, zniknęło - pożalił się, robiąc smutną minę, ale nie trwało to długo. Archibald nie potrafił za długo skupiać się na jednej rzeczy, szczególnie tej złej. Rozejrzał się po ogrodzie, szukając innego pomysłu na spędzenie reszty dnia, ale nic mu nie chciało przyjść do głowy. - Chodźmy do domu, na pewno mają ciasto! - Zadecydował w końcu i ruszył biegiem w kierunku posiadłości.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   04.04.17 0:44

Garrett Weasley miał mieć cały świat u swoich stóp. Ale póki co to on, z racji skrzaciego wzrostu, mógł oglądać wyłącznie stopy świata. Ograniczały go pulchne palce pięciolatka, zaczerwienione z zaaferowania policzki nakrapiane złotem licznych piegów i kaskady przydługawych, wściekle rudych włosów, które wciąż wplątywały mu się pomiędzy jasne rzęsy. Marszczył w degustacji zadarty nos, próbując odgarnąć z twarzy rdzawe kosmyki, gdy biegał wokół nóg papy - sięgał mu ledwie do pasa. Stawał niekiedy na palcach, przyglądając się pokątnie brzuchowi jego mamy. Powoli zaczynał rozrastać się niczym pękata dynia, a papa powiedział mu, że za parę miesięcy będzie taki wielki, jak gdyby mama połknęła cały kociołek. A potem z tego kociołka wypadnie mu brat. Z początku Garrett nie mógł posiąść się z radości - zawsze marzył o starszym bracie, miałby w domu swojego prywatnego Archiego - ale potem dowiedział się, że z brzucha wyskoczy nie gotowy do zabaw kilkulatek, a mała, pomarszczona, różowa i brzydka morela. Morela, która mogła nosić dwa imiona - Elethea, jeśli okaże się panią morelą i Barry, jeśli będzie jednak panem morelem. Garry'emu opadł więc nieco entuzjazm - i pęczniało w nim nawet coś na kształt zazdrości jedynaka - ale szybko zapomniał o tym, gdy tylko na horyzoncie zamajaczyła mu rudawa czupryna Archiego. Z rozpędu wbiegł w nogi papy i byłby się po nie potknął, gdyby ten w ostatniej chwili nie zdołał go złapać za piegowate ramiona; Edgar zaśmiał się jeszcze nisko, ciepło, postawił syna na nogi i pozwolił mu oddalić się razem z przyjacielem.
- Co? - zapytał Garry momentalnie, truchtając za Archiem o krok - dzielił ich rok, który w tym wieku był przepaścią nie do przekroczenia; przekonały się o tym jego przykrótkie, pięcioletnie nóżki zmuszone do maratonu dla sześciolatków. - Archie, co ty... - ale urwał, bo nie wypracował jeszcze koordynacji pozwalającej na jednoczesne mówienie i wywijanie nóżkami; szczególnie teraz, gdy język mu się plątał, nie napotykając na barierę w postaci górnej jedynki. Parę dni wcześniej wybił sobie mleczaka, wspinając się po kuchennym stole, aby sięgnąć do szafki, w której tkwił słoik z czekoladowymi ciasteczkami. Złamał stół, złamał nos i złamał poczucie własnej chłopięcej godności, gdy ze strachu zalał się łzami - na szczęście jego papa, uzdrowiciel, jednym ruchem różdżki odgonił całą krew, otarcia i siniaki. Nie zwrócił tylko utraconego zęba. Ani godności. - Co tam masz? - dopytywał, za każdym razem zapowietrzając się z ekscytacji, kiedy Archie był o krok od zdradzenia sekretu - i za każdym razem kończyło się to pełnym zawodu westchnięciem. - Co zniknęło? - pytał w kółko, z dziwnego powodu przekonany, że było to bardzo ważne; dlaczego Archie nie chciał mu powiedzieć? - Archie! - oburzył się na koniec, marszcząc brwi jak papa i zaciskając usta jak mama -  i wyglądając przy tym szalenie karykaturalnie. - Ale Archie, powiesz mi, co tam było? Powiesz? - nie odpuszczał, nawet jeśli wieść o cieście sprawiła, że jego rysy złagodniały i zapomniał, że właściwie zaczął się złościć. Gdy Archie pobiegł w stronę posiadłości, ruszył za nim - oczywiście ze sporym opóźnieniem, nie potrafiąc dogonić kuzyna na zbyt krótkich nóżkach. - Archie, poczekaj na mnie! - krzyknął przeciągle i żałośnie, znów zaciskając mocno usta, by wycisnąć z siebie siódme poty i dogonić przyjaciela - co przychodziło mu z marnym skutkiem. Może był jakiś plus z tego, że pomarszczona morela, która wyskoczy z brzucha-kociołka mamy, będzie od niego młodsza - będzie też miała krótsze i pulchniejsze nóżki, na których wolniej się biega.
Zanim dobiegł do domu, minęły wieki i nie mógł odpędzić wrażenia, że Archie zjadł całe ciasto bez niego. - Też chcę ciasto, Archie! - wrzeszczał na całe gardło i miał wrażenie, że któryś z przodków jego kuzyna spogląda na niego z degustacją z wnętrza bogatych ram zdobiących ścianę, ale nie zwracał na to uwagi - pomykał naprzód, wpadając najpierw do złego pomieszczenia, a potem musiał wycofać się, żeby z gracją wykręcić i doczłapać do kuchni. W której wszystko było takie duże - po utracie zęba miał awersję do wysokości, więc zerknął z rozpaczą na Archiego. Nawet jeśli na blacie było ciasto, miał za krótkie rączki, aby po nie sięgnąć. Rozłożył ręce - jego papa je tak rozkładał, kiedy sytuacja była bez wyjścia - ale potem w oczy rzuciła mu się ciemna butelka stojąca (a to ci heca) w zasięgu jego pulchnych dłoni. - Co to? - spytał, bo wciąż nie wyrósł z etapu zadawania stu pytań na minutę, pokazując palcem na butelkę, która wyglądała bardzo interesująco. Kiedyś papa coś z takiej sobie nalał i powiedział, że wypiją to razem, kiedy Garry już urośnie. Czy to eliksir na rośnięcie? Czy jak wypije łyk, to zdoła dosięgnąć do blatu?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   05.04.17 21:04

Archibaldowi nie przeszkadzała ta niewielka różnica wieku. Dzięki niej mógł poczuć się jak swój starszy brat i trochę się porządzić. W domu nie miał takiej możliwości mimo posiadania młodszego rodzeństwa - jego roczne siostry potrafiły tylko jeść i płakać, więc wymądrzanie się przed nimi nie miało żadnego sensu. Natomiast Garrett był wystarczająco duży, by móc się z nim normalnie bawić i jednocześnie wystarczająco mały, by móc się przy nim wcielać w rolę starszego, i mądrzejszego, brata. - Nie - odpowiedział, nie zwracając uwagi na jego prośby. Co i rusz na niego zerkał, aż w końcu - No dobrze - powiedział. Nigdy nie potrafił utrzymać tajemnicy na dłużej niż dwie minuty, szczególnie, że Garry tak prosił o wyjaśnienie. - Wczoraj z Lacusem znaleźliśmy tam gnoma, ale był taki gruby - tu pokazał jaki był gruby i wedle tego gestykulacyjnego opisu miał około metra szerokości. - Naprawdę! Takiego grubego jeszcze nigdy nie widziałeś! - Zapewnił, coby sobie nie pomyślał, że również u niego w ogrodzie można takiego znaleźć. Brat mu powiedział, że takie osobniki są rzadkością, a Archibald wierzył w każde jego słowo. - Pewnie uciekł... - stwierdził ze smutkiem. Rodzice jak tylko dowiedzieli się o niechcianym mieszkańcu ogrodu, zarządzili ekspresowe odgnamianie. Archibald myślał, że ten jeden jakoś się uchowa. W końcu który skrzat zdołałby go unieść, a co dopiero nim rzucić! Żaden! Cóż, trudno, byli zmuszeni znaleźć sobie inne zajęcie. Wpadł z efektownym poślizgiem do kuchni i zaczął rozglądać się za ciastem. Nawet nie zdążył zauważyć, że Garrett ma opóźnienie, aż nie usłyszał jego donośnego krzyku. - Tutaj! W kuchni jestem! - Krzyknął jeszcze głośniej, żeby przyjaciel jak najszybciej go znalazł. Na wszelki wypadek jeszcze stanął w progu i pomachał do niego, kiedy tylko wybiegł zza zakrętu. - Rodzice musieli zabrać je do jadalni - powiedział ze smutkiem, chociaż w tej sytuacji wystarczyło po prostu przejść do sąsiedniego pomieszczenia. Zaczął opracowywać plan jak najszybciej tam wejść i wyjść, lecz Garrett zwrócił uwagę na coś o wiele ciekawszego niż ciasto. Szczególnie, że nikt nie wiedział jakie to ciasto - może ma rodzynki?! - Nie wiem - odpowiedział cicho i rozejrzał się dookoła siebie jakby spodziewał się ujrzeć za plecami swojego ojca. Lord Prewett był miłym człowiekiem, lecz potrafił być groźny jak tylko tego chciał. A Archibald czuł w kościach, że gdyby teraz wszedł do kuchni, to byłby bardzo zły. - Możemy sprawdzić - powiedział jeszcze ciszej, a przynajmniej tak mu się wydawało, ale tak naprawdę jego szept był prawie tak samo głośny jak zwykła mowa. Ponownie spróbował rozluźnić drapiący go kołnierzyk koszuli, aż w końcu udało mu się przez przypadek odpiąć pierwszy guzik. Oh, jaką mu to przyniosło ulgę! Niepewnie chwycił butelkę obiema dłońmi, bo była naprawdę ciężka, i podszedł bliżej Garretta. - Musisz ją otworzyć - powiedział, bo przecież on nie miał jak! I dokładnie w tym momencie do kuchni wszedł domowy skrzat. Zielone oczy Archibalda zrobiły się trzy razy większe niż zazwyczaj. Przecież taki skrzat zaraz pójdzie o wszystkim powiedzieć ich rodzicom! - Sio! - Wyrwało mu się, ale zaraz potem sobie przypomniał, że tak nie może mówić lord. Wyprostował się i odchrząknął lekko. - Budku, proszę stąd wyjść i o niczym nie mówić moim rodzicom - wyrecytował, prostując się jeszcze bardziej i ponownie odchrząkując. Skrzat skłonił się nisko i zaczął wychodzić z kuchni - ANI RODZICOM GARRETTA - Przypomniał sobie, podskakując z wrażenia. Zaraz potem ponownie przypomniał sobie o etykiecie, ale było już za późno, żeby cokolwiek zmienić. - Szybciej, Garry - popędził go, zaczynając lekko podskakiwać z niecierpliwości, zapewne wcale nie ułatwiając kuzynowi zadania. No ale co on mógł poradzić?! W końcu robili coś zakazanego, a to było takie ekscytujące!




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   27.05.17 4:53

Marszczył jeszcze mocno nos, gotów rozpocząć profesjonalne dąsy, ale Archie zgodził się zdradzić swój sekret; oczy Garretta zaświeciły się jak świeżo wypolerowane galeony i - nie wiedząc, jak dać ujście roznoszącej go ekscytacji - chłopiec kilka razy zatupał stópkami w miejscu. Czy to będą smoki? Może chociaż chochliki? Albo... albo... albo zły czarnoksiężnik, któremu razem dadzą nauczkę? Garrett, choć przyszykowany na sensację znacznie większego kalibru, ułożył usta w dorodną literę o, gdy rozbieganym spojrzeniem jasnych oczu oceniał szerokość pokazaną przez Archiego.
- O jacie - palnął nielordowsko, ale przecież nigdy lordem się nie czuł; rodzice, pozwalając mu hasać wśród gąszczy, zdzierać kolana i wybijać zęby, także zdawali się nie uznawać tego za priorytet. Jasne - w którejś książce czytanej mu przez papę może pojawiła się jakaś historia ich rodziny, ale bardziej od skomplikowanych drzew genealogicznych (po co w ogóle ktoś je rysował?) cenił sobie historię o bohaterach: dobrze, że w ich rodzinie było ich wielu. Jednak to, co w tej chwili miało największe znaczenie, to dorodny gnom - Garry potupał jeszcze trochę, nie do końca radząc sobie z emocjami, które chciał przekazać, a potem klasnął w ręce. - Ale super! Co on jadł? Miał imię? Gdzie poszedł? Dlaczego go nie ma? Czy jeszcze go spotkam? Archie, Archie, gdzie ty go znalazłeś, Archie? - I w potoku niepowstrzymanych pytań zgubił gdzieś moment, w którym jego kuzyn ruszył już naprzód. - Archie!
Archie towarzyszem zabaw był jakimś marnym - ani nie czekał na kuzyna o krótkich nóżkach, ani nawet nie przejął się jego żałosnym biegiem czy co chwilę wykrzykiwanym, rozpaczliwym: Archie! Archie zwolnij, Archie poczekaj - ale Archie biegł dalej, a Garry, nie pozwalając sobie na żałosne łkanie z bólu, smutku i rozpaczy, zaciskał usta i jeszcze szybciej stawiał kolejne kroki. Gdy w kącikach oczu zbierały mu się łzy, myślał o cieście; to rozweselało go jednak tylko na trochę, bo zaraz przypominał sobie, że ciasta pewnie już nie było - jak nic Archie całe je zjadł.
Oj, chyba miał rację - a przynajmniej tak wydawało mu się w chwili, gdy nie znalazł przysmaku nigdzie w kuchni. Już chciał znowu tupać, tym razem ze złości, i pogrozić Archiemu palcem, kiedy dosłyszał, że ciasto pewnie znalazło się w jadalni. Nawet nie wziął pod uwagę, że mogło być to wyłącznie marnym alibi i z marszu uwierzył przyjacielowi; posmutniał tylko, bo miał na to ciasto ochotę, ale gdy znaleźli już sobie nowy obiekt zainteresowania, żałoba po słodkości przepadła w tempie ekspresowym.
Misję otwarcia butelki uznał za wyzwanie, które musiał podjąć, by udowodnić, że był godnym Weasleyem; nie odmówił więc, wręcz przeciwnie - dumnie wypiął pierś, nie wiedząc jeszcze nawet, jak zabrać się do roboty. Podszedł bliżej, przysunął do szkła nos, tak blisko, że rozpłaszczył jego koniuszek o chłodne naczynie. Nie, to nie pomogło. Chciał zapukać w nie palcem, może to by dało skutek, ale zanim zdążył się nawet odsunąć, ktoś wszedł do kuchni - w przestrachu Garrett przewrócił się na posadzkę i z tego wszystkiego zapomniał, że upadek był bolesny. Zanim dostrzegł, że ich gościem był skrzat, wpadł w panikę - a ta w przypadku dzieci często obracała się w równie magiczne, co niespodziewane zdarzenia. Tym razem dopisało mu szczęście; gdy pierwszy raz użył przypadkiem magii, potłukł stare filiżanki mamy, ale teraz szkło wcale nie pękło - wprost... przeciwnie. Korek, który zatykał butelkę, z impetem wystrzelił w kierunku okna - nie rozbił jednak szyby, bo w trakcie lotu przemienił się w żółciutkiego kanarka, który zaraz zaczął przeraźliwie świergolić. Garry, skupiony na niespodziewanym zwrocie akcji, nie przejął się zbytnio rozmową Archiego ze skrzatem - zapomniał nawet, że przed sekundą niemal doprowadziło go to do zawału.
- To już... chyba - wyszeptał konspiracyjnie i z wielkim przyjęciem, po czym zbliżył się do butelki, by powąchać zawartość eliksiru, który miał zmienić ich w dorosłych. - Fuj fuj, jak to śmierdzi - powiedział szybko, podkreślając niezadowolenie trzema tupnięciami i mocno zmarszczonym, piegowatym nosem. - Ty pierwszy, Archie, ty pierwszy!




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   20.06.17 23:29

Archibald zignorował wszystkie pytania swojego młodszego kuzyna. Prawdę mówiąc, nie zrobił tego celowo, po prostu nie rozumiał wykrzykiwanych przez niego słów. W końcu biegł kilka metrów przed nim - to była znacząca odległość, a poza tym wiatr w uszach i braki w uzębieniu Garretta też nie były pomocne.
Uwielbiał biegać. Nigdy nie potrafił określić dlaczego tak to lubi, ale nie było dnia, by nie przemieścił się gdzieś w nieco szybszym tempie niż chciałaby tego służba wraz z rodzicami. Biegł z sypialni do bawialni, z bawialni do łazienki, z łazienki na obiad, z obiadu na kolana ojca. Wychodził do ogrodu i biegał dookoła drzew, ganiając wyłaniające się z trawy zwierzęta; wracał do domu i ku przerażeniu wszystkich mieszkańców posiadłości biegał po schodach w tą i z powrotem, raz po brata i raz po zabawki. Możliwe, że właśnie to ciągłe bieganie wpłynęło na jego wątłą figurę. Gdyby nie porządne ubrania, po których stosunkowo szybko można było rozpoznać jego status społeczny, niektórzy mogliby go uznać za wychudzone dziecko. Szczególnie w pobliżu ojca, który był dość pulchny, ale to wcale nie łagodziło jego wyglądu. Wciąż sprawiał wrażenie osoby stanowczej, i choć nie zawsze taki był, gdyby w tym momencie wszedł do kuchni to z pewnością pokazałby na co go stać.
Archibald tak był zaoferowany wejściem skrzata, że nawet nie zwrócił uwagi na upadek Garry'ego. W przeciwnym wypadku zapewne zacząłby się z niego śmiać, a tak odwrócił wzrok dopiero jak usłyszał dźwięk otwieranej butelki. Spojrzał ze zdziwieniem na lecący korek, niemalże podskakując z ekscytacji, kiedy ten zamienił się w żółtego kanarka. Chciał do niego podbiec; chciał spróbować go złapać i pogłaskać albo nakarmić, ale nie był w stanie tego zrobić podczas trzymania tej ciężkiej butli. Każdego dnia był otaczany magią, a i tak wydawała mu się ona zachwycająca. Nie mógł się doczekać, kiedy pójdzie do Hogwartu i trafi do tego samego domu co jego tata (Ravenclaw, to bardzo trudne słowo, ale udało mu się je opanować). Lacusowi to nie robiło różnicy, bo najbardziej marzył o dostaniu się do drużyny Quidditcha. Już teraz regularnie wyciągał swoją dziecięcą miotełkę i zmuszał Archibalda do grania razem z nim, ale już teraz było widać, że młodszy Prewett nie odziedziczył żadnego sportowego talentu. Częściej spadał z miotły niż na niej siedział, a nawet jak już siedział to narzekał, że niewygodnie. Wolał otwierać w tajemnicy wielkie butle i sprawdzać co jest w środku! Wciągnął silnie powietrze, chcąc jak najlepiej poczuć zapach eliksiru, ale zareagował na niego podobnie jak Garrett. Zmarszczył nos i wykrzywił usta, odwracając na moment twarz. - Fuuuuuuuuuuj - powiedział przeciągle, podkreślając swoje odczucia. Od razu odechciało mu się wlewać eliksir do ust, ale wizja zostania dorosłym była zbyt ekscytująca, żeby teraz z niej zrezygnować. - Nie, ty, jesteś młodszy! - Powiedział od razu, mimo wszystko nie chcąc ryzykować. Wyprostował się, chcąc być jak najwyższym, by spojrzeć na Garry'ego z góry i przekonać go do swoich racji. Lacus bardzo często stosował ten krok na Archibaldzie i na niego to działało. Zawsze czuł szacunek przed swoim starszym bratem, choć czasami zdarzało mu się wykradać jego zabawki, ale ćśś. Mały Archibald, a w zasadzie Fluwiusz, zerknął w kierunku drzwi za którymi prawdopodobnie siedzieli ich rodzice i czując presję czasu, zmienił zdanie. - Dobrze, ja jestem odważny - odparł, choć w jego oczach wcale tej odwagi widać nie było. Odchrząknął cicho i zerknął jednym okiem do butelki, jakby spodziewał się, że w środku pływają małe rybki czy kijanki. Potem spróbował jakoś inaczej złapać butelkę, ostatecznie w końcu siadając na podłodze, bo wtedy było prościej. Przechylił powoli butelkę, chcąc skosztować jedynie kropelki, ale butelka była naprawdę ciężka! Za bardzo się przechyliła i nie dość, że połknął sporego łyka, to jeszcze oblał swój sweterek. Zaczął przeraźliwie kaszleć, czując w gardle piekący ból, dotąd jeszcze nieznany. - Fuj, to jest ohydne, ble! - Zawyrokował, czym prędzej wstając, uprzednio stawiając butelkę na podłodze. Na jego policzkach pojawiły się czerwone rumieńce, ale on sam wcale nie zaczynał się czuć bardziej dorosły. Może to inaczej działało? Może trzeba było poczekać? - Teraz ty! - Upomniał Garry'ego, bo przecież on też musi spróbować - musi być sprawiedliwie. Spojrzał na swoje ręce, dotknął włosów i wilgotnego sweterka, ale wszystko zdawało się być takie jak przedtem.




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   26.07.17 1:44

Działo się dużo i te kolejne wydarzenia były różnorodne jak świecidełka w kalejdoskopie - Garry, przytłoczony ich ilością, nie do końca potrafił poradzić sobie z jednoczesnym strachem, radością i dziecięcą ekscytacją, więc nieprzerwanie tupał małymi stópkami. Stał w miejscu, zaciskał pulchne palce w piąstki, szczerzył się i czerwienił na piegowatym nosie, a akompaniował temu miarowy, cichy łomot - tup-tup, tup-tup, skórzane buciki uderzały o posadzkę. Ale to było wciąż za mało; potrzebował jeszcze jakoś dać upust rozsadzającym go emocjom, ale nie wiedział, jak to zrobić - tupał więc stópkami coraz mocniej, aż w końcu znów stracił równowagę i przewrócił się na podłogę, na której wylądował w idealnej pozycji siedzącej. Jego oczy urosły do wielkości galeonów, usteczka nieznacznie się otworzyły i znikł z nich uśmiech. Przez krótki moment - była to sekunda, może dwie - wyglądał, jakby chciał się rozpłakać... ale szybko o tym zapomniał - podniósł się i (znów tupiąc) podbiegł do Archiego.
- A ty jesteś starszy! - rzucił kontrargument, który swoją błyskotliwością najwidoczniej zaważył na zwyciężeniu słownej szermierki - mały lord Prewett przyjął na siebie brzemię pionierskiego skosztowania magicznego eliksiru. - Nieprawda, bo ja jestem bardziej odważniejejszy! - zażarcie ciągnął polemikę, marszcząc mocno czoło w geście, którego nie stracił pomimo upływu przeszło dwudziestu lat. Było jednak za późno - stracił możliwość udowodnienia swojej brawury, Archie zdążył go wyprzedzić. Garrett natomiast z wielką fascynacją - nawet z czymś na kształt kultu w spojrzeniu - obserwował, jak jego starszy kuzyn unosi butelkę; szkło przechyliło się, coś z niego wyciekło, a zaraz po tym Archie prychał już, kichał, kaszlał i wylewał wszędzie cenną miksturę. - Rozlewasz! - ostrzegł go Garry do cna przejętym tonem, znów wbijając wielkie oczy w ubrudzony sweterek kuzyna. Gdy łapał za butelkę, powtarzał sobie w myśli, że to na pewno nie może być takie złe - Archie musiał przesadzać, ot co, na pewno był słabeuszem! Butelka była... o, jaka ciężka - mały Weasley popełnił błąd swojego przyjaciela i też wypełnił policzki nieprzyzwoitą ilością mocnego trunku. Ten pociekł mu po brodzie, po policzkach, zmoczył przydługawe kosmyki rudych jak lis włosów; Garrett zamachnął się jak profesjonalny alkoholik i z głośnym hukiem odstawił butelkę na posadzkę - aż cud, że jej przy tym nie rozbił. Zaczął mocno kaszleć, zgiął się w pół, wykrzywił mocno nos i zamknął oczy - czy ta mikstura sprawiała, że miał zapłonąć od środka? Wciąż prychając, uniósł obie dłonie i zacisnął je sobie na ustach - chciał być cichy jak myszka, rodzice nie mogli usłyszeć, co miało tu miejsce. Kiedy wreszcie się uspokoił (choć jego gardło wciąż parzyło jak nigdy dotąd), uniósł wzrok i obdarzył przeciągłym spojrzeniem kuzyna; w mimice Garry'ego odbijało się wyraźne niezadowolenie. - Bycie dorosłym to okropna sprawa - orzekł głosem mędrca: nie spodziewał się, że dorośnięcie należy okupić taką dozą obrzydliwości i cierpienia. Mocno i szybko kilkakrotnie pokręcił głową na boki - tak, że nieco zatrzęsły mu się pulchne policzki - i po tym popatrzył na Archiego badawczo. - Troszkę już urosłeś - wyszeptał konspiracyjnym szeptem, który był tak głośny, że mógłby usłyszeć go właściwie każdy znajdujący się w pobliżu; zaraz zerknął znacząco na butelkę. Czuł się dziwnie - jakby coś nieznacznie spowolniało jego dziecięce myśli i zakłócało je niezrozumiałym szumem. To nieważne - na pewno to tylko przejściowy efekt postarzającego wywaru. - Chyba musimy wypić trochę więcej tego eliksiru - westchnął z rozżaleniem, a potem zatupał stópkami - bo mimo wszystko bardzo chciał już być dorosły.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett http://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 http://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
19
0
0
5
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.   15.08.17 19:06

Mały Archibald przyglądał się uważnie Garrettowi, kiedy z taką pewnością siebie zabrał się za picie tajemniczego trunku. Sam nie poczuł się inaczej. Trochę kręciło mu się w głowie, ale akurat na to na razie nie zwracał uwagi. Oczekiwał raczej nagłej zmiany wzrostu czy pokaźnych wąsów, takich samych, jakie nosił jego ojciec. Zakręcałby je w ten sam sposób palcami i zapewne tak samo by mu się brudziły podczas picia zsiadłego mleka. Tak, właśnie tego oczekiwał po wypiciu eliksiru. Wąsów. Długich, rudych wąsów. Ni z tego ni z owego parsknął śmiechem, wyobrażając sobie Garretta z brodą przypominającą tą noszoną przez Merlina. - Garry, mam już trzy karty Merlina, chcesz jedną? - Zapytał, przypomniawszy sobie o swojej dość pokaźnej kolekcji. Uwielbiał, kiedy trafiała mu się druga taka sama - lubił mieć zapas, tak na wszelki wypadek, gdyby coś się stało. Gdyby karta się zgubiła albo gdyby Procella z Mare postanowiły ją wrzucić do rzeki. Jednak trzecia to już było dla niego za dużo, a Lacus posiadał aż czterech Merlinów i też już żadnego nie chciał. - Garry, yyy, ręce do góry! - Powiedział nieco spanikowany, kiedy kuzyn tak się rozkaszlał. Próbował przypomnieć sobie wszystkie zajęcia z pierwszej pomocy, niestety jedyne co mu przyszło do głowy to hasło guwernantki. Archibaldowi nigdy nie pomagało, ale i tak podnosił ręce, kiedy tylko mu nakazała. Kto wie, może Garrett kaszlał w inny sposób i jemu to pomoże. Widząc, że faktycznie zaczyna mu przechodzić, westchnął cichutko i zerknął na butelkę. Już chciał powiedzieć, że ten eliksir to jakaś ściema, kiedy Garry zwrócił uwagę na jego wysoki wzrost. Jedną z dwóch rzeczy, które tak bardzo chciał mieć. - Naprawdę? - Upewnił się, a na jego dziecięcą twarz wstąpił szeroki uśmiech. Spojrzał na swoje stopy, pomachał nimi na prawo i lewo, faktycznie wydawały się dłuższe. - Urosłem! - Powtórzył niezwykle podekscytowany, podskakując przez chwilę w miejscu. Czyli jednak ten paskudny eliksir działał. Spojrzał na Garretta, próbując i w nim wyłapać jakąś znaczącą zmianę. Podszedł bliżej, niemal stykając się nosem z jego nosem, nagle podskakując z radości. - Garry, masz... masz zraszczkę - czy tam zmarszczkę, kto by zapamiętał te wszystkie skomplikowane słowa. - Dorośli mają zraszczki - dodał z pełną powagą, czując przed Garrettem pewien respekt - w końcu im dorosły był starszy tym więcej miał zmarszczek. To go przekonało do wypicia większej ilości eliksiru, mimo że był taki niesmaczny. - Na pewno musimy - powiedział i, nie czekając na żadne słowa zachęty, podniósł ze stęknięciem ciężką butelkę. Po raz kolejny ją przechylił i wypił parę łyków, tym razem (o dziwo) niczego nie rozlewając. Podał ją Garry'emu, samemu wycierając twarz kiedyś-białym rękawem koszuli. Może i na jego twarzy pojawią się zmarszczki? Albo chociaż ten rudy wąs, tak bardzo o nim marzył!




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
 

Posiadłość Prewettów, kwiecień, 1932r.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Posiadłość Trizgane.
» Odnowiona posiadłość
» Prywatna posiadłość Kajl'a
» Posiadłość l'Firenzza
» Posiadłość Vogarra

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17