Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Yvette Sapphire Blythe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Yvette Blythe
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4582-yvette-sapphire-blythe http://www.morsmordre.net/t4613-jeszcze-pusta-klatka#99470 http://www.morsmordre.net/t4627-panna-blythe http://www.morsmordre.net/f290-blythburgh-suffolk-ivy-alley-28 http://www.morsmordre.net/t4718-yvette-sapphire-blythe#101045
alchemiczka, baletnica
25
Czysta
Panna
Beauty is terror.
Whatever we call beautiful,
we quiver before it.
5
5
15
5
0
3
26
2
Półwila

PisanieTemat: Yvette Sapphire Blythe   04.04.17 21:35


Yvette Sapphire Blythe

Data urodzenia: 2 IX 1931
Nazwisko matki: brak
Miejsce zamieszkania: Blythburgh, hrabstwo Suffolk
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: alchemiczka, baletnica; była primabalerina
Wzrost: 171cm
Waga: 56kg
Kolor włosów: blond
Kolor oczu: zielone
Znaki szczególne: gładka skóra, muśnięta odrobiną piegów na nosie, skalana jedynie drobną blizną po poparzeniu na lewym nadgarstku; cienki jak nić ślad na prawej kostce, idealnie równa pętla - pamiątka po kontuzji; warte zapamiętania perfumy o świeżej, cytrynowej nucie; ślicznie upięte włosy i aura, którą nie sposób zignorować


Rosyjska wojna domowa zbierała bogate żniwo, zaciskając szpony na mugolskim świecie, lecz skala problemu była zbyt wielka, aby minąć niepostrzeżenie magiczny odsetek ludności. Co jakiś czas za białymi stawały zalążki zagranicznych armii, w tym angielskiej i francuskiej - opowiadała mi o tym pobieżnie, nie do końca rozumiejąc zawiłości polityczne oraz pobudki władzy. Więcej dowiedziałam się z książek. Powodowała mnie tylko i wyłącznie ciekawość, kilka faktów, parę map, aby prześledzić pokonaną przez nią trasę - jedynie w przybliżeniu, wtedy bowiem nie orientowała się w zawiłościach świata. Była odseparowana, odległa, skryta w malowniczym lesie, gdzieś przy zachodnich granicach, bliżej innego życia, niż mogła sobie wyobrażać. Obraz domu stawał przed nią nieustannie, włócząc się za nią w snach, opowieściach, pragnieniach - nigdy nie zdołała wymazać go z pamięci. Wspominała wyjątkowe zioła, szelest liści, jakiego nie słyszała nigdzie indziej, szum potoku i ciepły kamień, ulubiony, gładki, pod gołym niebem na środku polany pełnej kwiatów.
Było ich siedem. Niewyobrażalne piękno trzymały dla siebie, zadowalając się tańcem w kręgu, z wolna ucząc się leczniczej sztuki. Tworzyły naturalne maści i opatrywały ranne zwierzęta. Wiedziały o świecie majaczącym w oddali, doskonale zdając sobie sprawę, że mogą odejść w jego kierunku w dowolnym momencie, kiedy tylko będą na to gotowe. Wkrótce pozostało ich sześć, ale Ulyana pamiętała to jak przez mgłę - najstarszej siostry nie mogła przywołać we wspomnieniach zbyt wyraźnie. Nie liczyły czasu. Żadna z pozostałych nie odeszła już z własnej woli - sygnały dochodzące ze świata stawiały instynkt i intuicję na baczności. Były głośne, nienaturalne, nieznane. W ich lesie zaczynało roić się od ludzi, plugawych, niemagicznych, szukających schronienia i pożywienia. Zdarzały się też większe zbiorowiska, całe armie, nieznające szacunku do lasu. Radziły sobie, poza ukrywaniem się oczarowywały mężczyzn i umykały w dalsze zakątki, kiedy podczas tańca padali z wycieńczenia. W razie potrzeby potrafiły zmienić swoje ciało, bronić się samodzielnie - dlatego czuły się niezagrożone na swoim terytorium. Widziałam ją w innej formie, choć przyznała, że w cywilizowanym świecie harpia odchodzi lekko w zapomnienie.
Sześć wil - plotka musiała się roznieść, kilka razy trafiły na czarodziejów, być może ktoś je śledził, niezrażony przesądem o wstąpieniu w elfie kręgi, jakie pozostawiały po swych pokazach. Ziemia nosiła wielu szaleńców, kilku sprowadziła też w obręb lasu. Łowcy wil, sześciu, po dwóch - Rosjan, Anglików i Francuzów. Korzystali z zamieszania wojennego, zawarli pakt, podzielili łupy. Pierwszej nocy zniknęły dwie z kobiet, pozostałe cztery schwytano sześć dni później.



Próba obrony nie przyniosła skutku, szybko okazało się także, że każdy atak pogarsza ich sytuację. Byli obeznani, właściwie mogli wiedzieć więcej niż one - droga ucieczki została zamknięta. Jeden z Anglików zagarnął najmłodszą dla siebie i zniknął, drugi dołączył do pozostałych z własnym łupem. Był mądrzejszy i wiedział, że ponowne wydostanie się poza granice Rosji nie będzie wcale proste - bez rodzimych towarzyszy nie mieli na to zbyt wielkich szans. Większość szczegółów Ulyana wyłapała z rozmów dwójki Rosjan, znając wtedy tylko ten język. Miały być rozdzielone, wszystkie, bez wyjątku, gdy tylko odnajdą się w nowym życiu, nauczą manier, języków. Dyskutowali o cenach, sprzeczając się, jak wiele mogą żądać. Mogła mieć wtedy nie więcej niż trzynaście lat. Szybko okazało się, że jeśli nie poddadzą się polubownie, w grę wejdą rozwiązania siłowe - bunt został stłumiony.
Większość z nich odnalazła się w wygodach i zawiłościach, zachłannie korzystając z podsuwanych nauk, rozwijając się artystycznie, kontynuując lecznictwo, zapamiętując akcenty w językach, starając się naśladować je nienagannie. Przepadały za miękkimi materiałami i błyskotkami, podkreślały swoją urodę, korzystały ze wszystkiego, co im podsuwali. Matka była nieufna, najbardziej drażliwa, najwięcej razy wymierzono jej kary wymuszając posłuszeństwo. Nauczyła się nieco mniej niż reszta, ale w końcu i ona uległa wyobrażeniom o bogactwach, sławie, lepszym świecie, o którym tak powtarzali. Rozdzielono je dosyć szybko. Ulyana została z Anglikiem, Francuzem i jedną z sióstr - tylko z nią udało jej się utrzymać kontakt, ale nie pozostały w swym towarzystwie długo. Gdy tylko sytuacja okazała się wystarczająco przychylna, łowcy rozeszli się w swoje strony, szmuglując nowe nabytki przez granice, aż do własnych państw.
Ceną za tak wyjątkową zdobycz były szafiry. Delroy Blythe, mój ojciec, zdobył je zapewne pokątnie, prawdopodobnie były skradzione, ale jedna z rzeczy, które wpoił mi już we wczesnym dzieciństwie, to unikanie wściubiania nosa w jego sprawy. Nie tłumił dziecięcej ciekawości, wręcz podburzał do obserwacji ludzi i wykorzystywania okazji, ale nigdy nie skorzystałam z jego rad w pełni. Z chęcią podjął się kontynuacji rodzinnego biznesu, przez większość czasu zapewniającego dochody zdecydowanie zadowalające - był jubilerem, naprawdę zdolnym, cecha ponoć dziedziczna w naszej części klanu. Mnie nie dotknęła, przynajmniej nie w formie samego wytwórstwa. Ojciec pracował na swój sukces i nikt nie śmiałby temu zaprzeczać, w pracowni przesiaduje całe dnie, miałam wrażenie, że był taki od dziecka. Ulyana pojawiła się na gotowym - kiedy dom był rozbudowany, ogród wypełniony kwiatami i ziołami, a pościel gładko wyściełała wspaniałe łoże. Wcześniej zajmowała je inna kobieta, matka mojego brata, pochodząca z rodziny Potterów. Ich historia nie jest dla mnie zbyt istotna, najważniejszą kwestią jest jej śmierć, czarna rozpacz brata oraz częściowe załamanie ojca, z którego podniósł się niebywale szybko. Razem z pomysłem przehandlowania szafirów na wilę, drugą żonę. Doprawdy nie wiem, co nim powodowało - w żadnym wypadku nie posunęłabym się do narzekania, jednak ściągnął na siebie pewne przekleństwo.



Miał fanaberię. Dziedzic został spłodzony i choć nie pogardziłby drugim synem do pomocy i dla pewności, że interes nie zginie, pragnął mieć córkę. Nie byle jaką. Zachwycającą, olśniewającą, a przede wszystkim przynoszącą korzyści. Blythe'owie mogli poszczycić się pojedynczymi przypadkami wydania córek za lordów - te panny, które miały w sobie wystarczająco wiele uroku, by podbić szlachetnokrwiste serca zostały zapamiętane w rodzinie na wieki i choć nie było ich wiele, przyczyniły się znacznie do ogólnego pragnienia powtórki podobnych historii. Delroy umiłował sobie wyzwania i dążył do spełnienia celów wytrwale, nierzadko po trupach. Swoje siły ocenił wysoko i miał na to usprawiedliwienie - opanowanie legilimencji i oklumencji dawało mu poczucie stabilności. Wierzył, że wila nie wytrąci mu władzy z rąk, silnych i zręcznych, ufał sile własnego umysłu. Przecenił się.
Jeden, jedyny raz sięgnął po więcej niż mógł unieść. Może to przez rozpacz po stracie pierwszej kobiety uległ takiej zachłanności, wyobrażając sobie najpiękniejszą żonę (z której uroków mógłby korzystać nie tylko on, ale i interes), równie piękną córkę u boku wpływowego lorda oraz prawdziwe bogactwo. Pochłonięty wizjami mógł widzieć więcej korzyści, niż rzeczywiście dawała mu sytuacja. Targu dobito, Ulyana zawitała w Blythburghu, na jakiś czas przejmując władzę nad umysłem ojca. Był nią oczarowany, do granic możliwości, przyjmując do serca z takim zachwytem, że zapomniał o ostrożności. Oklumenckie praktyki zdały się na nic i owszem, wzięli ślub - wystawny, bo tak chciała matka - ale galeonów ubywało w zastraszającym tempie. Tańczył, jak mu zagrano i choć mama doprowadziła do naprawdę ciężkiej sytuacji, z której później podnosili się razem, potajemnie wspominała to z uśmiechem na ustach - pełnym satysfakcji i triumfu. Spod jej władzy wyrwał się dopiero podczas szkolenia uzdrowicielskiego, które musiała odbyć w Londynie, gdzie też na pewien czas zamieszkała, lokując się u siostry ojca.
Nabrał wtedy dystansu i z pomocą bliskich przypomniał sobie przynajmniej część wydarzeń, lecz większość mu umknęła - taki już urok uroku wili. Był wściekły, ale rozumiał swój błąd, po powrocie nie dając Ulyanie przejąć tak skrajnej kontroli. Wyznała mi, że poczuła się wtedy bezbronna i zagubiona - łowcy byli niewrażliwi na jej urok przez oklumencję opanowaną do perfekcji, nie miała jednak pojęcia o tak istotnej barierze u ojca, skoro kilka miesięcy wcześniej uległ jej tak gładko. Wiele się wtedy zmieniło, czas pozwolił im na wypracowanie zadowalającego kompromisu oraz podreperowanie stanu konta u Gringotta. Dopiero wtedy zaszczyciłam ich swoim towarzystwem.



Miałam nazywać się Sapphire Yvette Blythe, na pamiątkę tych nieszczęsnych szafirów i domniemanej barwy tęczówek, bowiem oczy matki nieco te klejnoty przypominały. Los spłatał rodzicom drobnego figla. Wdałam się w matkę całkowicie, tak jak przypuszczano, nawet pierwsze łzy wypłakiwałam z oczu niebieskich - jak zresztą każde niemowlę. W ostatniej chwili, w wybuchu furii i zmiany kaprysu, matka postawiła na swoim i zamieniła imiona miejscami, stwierdzając, że szafiry kojarzą jej się z przehandlowaniem, a mnie przehandlować nie da (cóż, ojciec i tak miał wobec mnie swoje plany). Ostatecznie tęczówki przeszły ojcowską zielenią, a Szafir pozostał tylko formalnym, drugim imieniem. Jeśli mam być szczera, nie przepadam za tymi kamieniami. Przez pewien czas burzyłam się i buntowałam, gdy tylko Delroy używał tego pobocznego zwrotu, nauczona trwałym sprzeciwem matki, ale z czasem zobojętniałam na te prowokacje.
Z matką porozumiewałam się w dużej mierze po rosyjsku, dbała o moją edukację w tej sferze, zadowolona z faktu, że to nasz tajny szyfr domowy. Dzięki temu poznałam wiele historii, które według ojca nie powinny dotrzeć do moich uszu. Ponoć pierwsze kroki stawiałam wyjątkowo zgrabnie, co wykorzystano prędko, posyłając na lekcje baletu. Tańczę odkąd pamiętam, jednocześnie nie sposób zapomnieć zajęć, po których nogi bolały niemiłosiernie, a łzy lały się strumieniami. Droga na szczyt zdawała się wręcz katorżnicza. Rodzinna wytrwałość zasiała swoje ziarno i w moim wachlarzu cech, dlatego nieugięcie dążyłam do osiągnięcia celu, w czym pomagały mi zachwycone twarze i uwaga, zdobywana każdym kolejnym sukcesem oraz nienaganną prezencją. Chciałam być podziwiana i rozpoznawalna. Opłaciłam to wszystko czasem i zaległościami w relacjach z rówieśnikami, całe dnie spędzając na nauce i przygotowaniach do godnego życia w przyszłości. Wiem, jak zachować się w towarzystwie dobrze wychowanych, wysoko postawionych czarodziejów, a oni wiedzą, że czuję się na bankietach dosyć swobodnie. Ojca zapraszano w interesach, mnie jako ozdobę, co niekoniecznie mi przeszkadzało, bo korzystałam z tego garściami.



Wieczorami matka tuliła mnie do snu ślicznymi pieśniami i bajkami ze swojego kraju. Część z nich znała z leśnych czasów, inne wyczarowała sama, jeszcze inne odnalazła w księgach spisanych cyrylicą - której musiała się nauczyć, początkowo używając tylko języka mówionego. Były piękne, ale i przerażające - gdyby spojrzeć obiektywnie, nie do końca dobre dla tak młodego dziecka. Często zabierała mnie do lasu, nawet nocą. Tkwił w niej pierwiastek dzikiej natury, odbijał się echem w słowach i tańcu na leśnej polanie. Była rozdarta między dwoma światami. Ja uległam temu stworzonemu, który dla niej był wyuczony. Po części rozumiem jej miłość do lasów, ale fascynacja nimi nie zakorzeniła się we mnie tak głęboko.
O ile matka była przewodniczką i mentorką, ojciec stanowił element odległy. Przejęłam kilka jego cech mimowolnie, potrafiłam postawić na swoim i zauroczyć go, gdy pojawiał się taki kaprys, ale uodpornił się szybko. Budził respekt. Był powodem lekkiej traumy, pamiętałam bardzo dobrze słowa matki - nie kłam ojcu, czyta w myślach. Tylko dwukrotnie użył na mnie legilimencji i Salazar mi świadkiem, nie chcę tego powtarzać. Po pierwszym roku w Hogwarcie i tuż po zniknięciu matki.
Nikt nie wątpił w zdolności magiczne, mające płynąć w mojej krwi. Ujawniły się stosunkowo szybko, około trzeciego roku życia, kiedy ze strachu przed babcią brata (gnij w grobie, paskudna wywłoko) teleportowałam się na szafę i sprawiłam, że kociołek matki wesoło załomotał o jej czaszkę, przez co musiała interweniować i ocucać kobiecinę. Zdarzało się też, że w gniewie podpalałam jej szaty - prawdopodobnie dlatego niewiele razy widziałam ją w późniejszych latach.
Ściągałam na siebie sporo problemów, byłam bardzo kapryśnym dzieckiem, nie potrafiłam dostatecznie zapanować nad genami wili, przyciągającymi w pobliże szemrane typy. Matka mało kiedy pozostawiała mnie bez opieki i odchodziła od zmysłów, gdy edukacja zbliżała się wielkimi krokami. Pech chciał, że urodziłam się tuż po rozpoczęciu roku szkolnego. Pamiętam kłótnie rodziców - matka nastawała na domowe nauczanie, później na wysłanie mnie do Durmstrangu, ojciec sprzeciwiał się, twierdząc, że nas na to nie stać - miał w zupełności rację. Jego wymysł co do mojego wychowania znacznie nadszarpnął budżet domowy, zachcianki Ulyany także były kosztowne, do wszystkiego dochodziła jeszcze konieczność nauki norweskiego, dlatego skończyłam w Hogwarcie, cały rok denerwując się, że wyląduję tam później niż ta garstka rówieśników wydana na świat przed wrześniem.



W wielkim dniu stresowałam się niesamowicie, a tłok na dworcu King's Cross wcale nie pomógł w opanowaniu emocji. Nigdy nie przyznałabym się nikomu, że odczuwałam wtedy prawdziwy strach, nie poznając także siebie. Stałam się odcięta i łypałam na uczniów spode łba, większość podróży spędzając na wyglądaniu przez okno pociągu. Z naburmuszoną miną i niemą pretensją wsiadłam do łódki, lądując naprzeciwko mojego skrajnego przeciwieństwa. Miała ciemne włosy, ciemne oczy i ostrą, azjatycką urodę, dlatego nie sposób było pominąć ją w tłumie. Wyróżniałyśmy się obydwie, każda na swój sposób. W odruchu posłałam jej pogardliwe spojrzenie, czując na sobie czujny wzrok, ale nie odezwałam się ani słowem i tak mogłabym opisać naszą relację - pogardliwa i milcząca. Odczuwałyśmy dystans, obserwowałyśmy się nawzajem, ale wzajemne towarzystwo działało na nerwy i budziło napięcie, jakbyśmy zajmowały zbyt wiele przestrzeni tej drugiej.
Zdenerwowanie osiągnęło swój punkt kulminacyjny podczas przeprawy przez jezioro, ale jestem pewna, że nikt nie zwrócił na nie uwagi - siedziałam nieruchomo, wbijając zawzięte i gniewne spojrzenie w taflę wody, falującą pod łódkami. Po przekroczeniu progów zamku skupiłam się na duchach, postaciach obecnych obok i wymieniłam kilka nieznaczących słów z dziewczynką, która później stała się jedną z najbardziej znienawidzonych osób w moim życiu. Do Wielkiej Sali weszłam już pewna siebie, całkiem dumna, zadowolona ze spojrzeń, jakie na siebie ściągałam. Nogi drżały lekko, ale mimo tego przebrnęłam zwiewnie do Tiary Przydziału. Usłyszałam tylko jej krótki śmiech i nie ma dla ciebie innej drogi. Slytherin!, a wiwaty przyjęłam szczerym i szerokim uśmiechem.
Nauka samodzielności przyszła mi opornie, dlatego pierwsze dni w Hogwarcie wspominam jako dosyć ciężkie. Byłam nieporadna, ale i dumna, przez takie zestawienie zapewne także trochę komiczna. Minęło sporo czasu zanim odnalazłam się w nowym, tymczasowym domu - lepiej radziłam sobie z relacjami, ale wcale nie było różowo. Ciężko pracowałam nad trzymaniem w ryzach uroku, nieraz będącego przekleństwem. Ściągał uwagę nie tylko wtedy, gdy tego chciałam, czasem działał automatycznie i w momentach skrajnie nieodpowiednich, kiedy powinnam zostać niezauważona. Nie czułam potrzeby wtapiania się w tłum, ale taka umiejętność ma szereg zalet - tych nie było mi dane poznać.



Moje przeciwieństwo, piękność o ciemnych oczach, trafiła ze mną do dormitorium. Napięcie między nami udzielało się wszystkim obecnym w tym pomieszczeniu, nikt więc nie przepadał za przebywaniem tam zbyt długo. Nie darłyśmy kotów, o nie - miałyśmy po prostu dziwne poczucie, że coś w końcu wybuchnie i nie przeliczyłyśmy się, a byłam to ni mniej, ni więcej - ja. Nie potrzebowałam wiele, miałam zły humor, wróciłam rozdrażniona, przywitana jej przeszywającym spojrzeniem. Nieokiełznany dar spopielił kotary jej łóżka. Łatwo się domyślić, że nie wpłynęło to pozytywnie na nasze relacje. Rywalizowałyśmy, ale miałam małe szanse. Deirdre była bardziej zaradna i uczyła się więcej niż ja, będąc równocześnie moją motywacją do podciągania się w nauce. Powód zabawny? Skuteczny. Wyprzedzałam ją w eliksirach, ale zostawałam w tyle z zaklęciami. Tłumiłyśmy w sobie wiele emocji, ale mam wrażenie, że żadna nie była w stanie się do nich przyznać, nawet przed sobą. Zazdrościłam jej paru pożytecznych cech. Na szczęście czas umożliwił osiągnięcie pożądanej samodzielności.
Inne relacje nie miały na mnie tak wielkiego wpływu, nikt nie wjeżdżał tak silnie na moje emocje. Unikałam mugolaków, od czasu do czasu ciskając w ich plecy jakimś urokiem, za co nie pozostawali dłużni - uspokoiłam się w trzeciej klasie, kiedy nadeszło też sporo przełomowych zmian, ale pierwszy rok wciąż staje mi przed oczami bardziej jako pasmo porażek, potwornej głupoty i źle podjętych decyzji. Wtedy też zginęła Jęcząca Marta - wydarzenie przełomowe i przerażające. Wstrząsnęło mną, Hogwart miał być przecież miejscem bezpiecznym, ale nie żywiłam do niej pozytywnych uczuć i nie odczułam tej straty boleśnie. Może gdzieś przepłynęła nawet myśl dobrze ci tak, nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnych odczuć związanych z tą śmiercią. Wyraźniej pamiętam Toma Riddle'a oraz jego świtę, budzącą respekt. Byłam zbyt młoda, aby do nich należeć, zresztą gromadził wokół siebie głównie chłopców, nie rozumiałam też dokładnie w czym rzecz, ale byli pociągający. Aura tajemnicy i potęgi tliła się niewyraźnie wokół tej postaci, której mogłam się tylko przyglądać. Nie zamieniłam z nim ani słowa, ale zapamiętałam wyraźniej niż większość uczniów.



Powroty do domu były odświeżające. Tęsknota często towarzyszyła mi w hogwarckich murach, nawet przy tak angażujących zajęciach i kontaktach potrafiąc przebić się nad resztę emocji. Brakowało mi głównie matki, jej towarzystwa nie mogły zastąpić listy, nawet pisywane regularnie. Na wakacjach zapoznawała mnie z magią leczniczą - z teorią, bowiem zaklęć nie mogłam używać poza szkołą - przedstawiając formuły i zawiłości uzdrowicielstwa, astronomii oraz anatomii, przekazując doświadczenie związane z alchemią. Pomagałam jej w warzeniu eliksirów, przed profesorem Slughornem błyszcząc wiedzą, doświadczeniem i dokładnością. Ulyana opowiadała mi o korespondencji z siostrą wywiezioną do Francji - miała potomstwo i szczęśliwe życie, nie tęskniła za domem tak, jak matka. Odgradzała się od przeszłości murem, szczebiocząc po francusku i osiągając sukcesy w pracy uzdrowicielki, podobnie do męża, pana Baudelaire. Przyjęła nawet odpowiednie imię, odcinając się od Rosji. Tyle wiem o rodzinie ze strony matki. Ta od ojca jest całkiem liczna, głównie skupiona na jubilerstwie i magicznych pelerynach, z pojedynczymi wyjątkami.
Wakacje wiązały się ze szczególnie intensywnymi zajęciami baletowymi, uczestnictwem w występach i dążeniem do perfekcji. Nie porzucałam ćwiczeń, od dzieciństwa przyzwyczajona do ciężkiej pracy nad sobą. W trakcie roku szkolnego wolne chwile starałam się poświęcać szlifowaniu umiejętności tanecznych, nęcona wizją światłej przyszłości - zapewniano mnie, że odniosę sukces, a byłam przecież ambitna, dlatego nie myślałam o spoczywaniu na pierwszych lepszych laurach. Zestaw codziennych, rutynowych ćwiczeń był dla mnie tak istotny, jak porządek w warzeniu eliksirów. Weekendy nie były wytchnieniem - poza stertą prac domowych czekały mnie zajęcia w Hogsmeade, na które uczęszczałam od trzeciego roku. Miałam szczęście, trafiając na nauczycielkę tańca klasycznego, mieszkającą tak blisko - pokładała we mnie wiele nadziei, moje sukcesy były bowiem również jej własnymi. Nasza współpraca trwała odkąd pamiętam i była bardzo owocna, choć kobiecina należała do tych surowych i wymagających, nie odpuszczała najdrobniejszych błędów. I słusznie, biorę z niej pewien przykład, doceniając konsekwencję. Balet uczy wielu rzeczy.
Trzeci rok rozpoczęłam prawdziwym przełomem. Letnia przerwa przyniosła ze sobą niewyjaśnioną tęsknotę za znajomą ciemnowłosą. Do tej pory nie zamieniłyśmy ani słowa - tylko pojedyncze dźwięki wyrażające irytację i pełne wyrzutów spojrzenia - a mimo wszystko wytworzyła się między nami więź. Do dziś jej nie rozumiem, jest jak osobny byt. Wpadłyśmy na siebie w pociągu, wcisnęła się do mojego przedziału, nie zaglądając do środka, unikając zamieszania w przejściu. Skrzyżowane spojrzenia wygenerowały tym razem inne napięcie, zmuszające mnie do rzucenia w przestrzeń pierwszego słowa, brzmiącego pewnością. Poza tym krótkim cześć, nic więcej nie padło, a podróż pokonałyśmy we wspólnym milczeniu, każda pogrążona we własnych rozmyślaniach. Nasze współlokatorki odczuły zmianę niemalże od razu, wymieniając między sobą zaskoczone spojrzenia, gdy znalazłyśmy się wszystkie we wspólnym pokoju. Stopniowo przekonywałyśmy się do siebie, w okolicach piątego roku zdarzało nam się uczyć razem do SUMów, a siódmy przebrnęłyśmy jako przyjaciółki. Później nasze drogi nieco się rozeszły, każda poszła w inną stronę, ale utrzymałyśmy kontakt, który odnowił się całkiem niedawno, w nowej odsłonie.



Z początku myślałam nad podjęciem się stażu w szpitalu Świętego Munga, ale zrezygnowałam z tego pomysłu szybko - kiedy oczywistym stało się, że nie uda mi się osiągnąć sukcesów równocześnie w balecie, jak i w lecznictwie, do tego bardziej pociągała mnie sama alchemia. Zajmowałam się nią pobocznie, znaczną większość energii koncentrując na sztuce. Byłam gibka, zwinna, wytrwała i przyzwyczajona do bólu. Upór ponoć komponował się z moim urokiem. Od czasu do czasu dla rozrywki bawiłam się w kokietkę, ale nigdy nie zaszłam w tym zbyt daleko - przynajmniej z własnego punktu widzenia. Po niespełna dwóch ciężkich latach dopięłam swego - zostałam primabaleriną i sądzę, że to moja największa duma. Do wzbudzanej zazdrości przyzwyczaiłam się już w Hogwarcie. Bywała nieobliczalna i wiodła ludzi na skraj głupoty. Wśród baletnic miałam dobre znajome, ale większość postrzegała mnie jako wieżę, którą trzeba zburzyć, aby postawić na jej miejscu własną. Geny odziedziczone po matce ułatwiły mi zajęcie tak zaszczytnego tytułu, owszem, ale dobrnęłam do niego dzięki własnym wysiłkom. Półtora roku cieszyłam się uwagą widzów, częściej niż dotychczas bywając na wystawnych przyjęciach, w towarzystwie bogatych dżentelmenów. Zapamiętywano mnie, czasem kojarzono na ulicach, chwalono, schlebiano.
Intensywna kariera legła w gruzach, na pierwszej próbie nowej sztuki. Zazdrośnica zatroszczyła się o zaklętą nić, którą oplotła na mojej kostce. Trwało to zaledwie chwilę - niefortunny krok, spowodowany nagłym bólem, potwornym, wydzierającym okrzyk i lśniąca linia zaciśnięta wokół kości, przeżerająca się stopniowo przez skórę, paląc żywcem. Nogę udało się odratować dzięki szybkiej interwencji, a blizna jest prawie niezauważalna, ale szanse na kontynuowanie intensywnych treningów zostały przekreślone. Na ogół nie odczuwam efektów, poruszam się normalnie i nie utykam, z powodzeniem mogę tańczyć. Problem leży w przyspieszonym przeciążaniu kostki, przez które musiałam zmniejszyć ilość ćwiczeń, a co z tym idzie - oddać swoje miejsce innej baletnicy. Nie lubię tego wspominać, opuszki pieką mnie teraz, a ogień zbierający się pod nimi doprowadza moją krew do wrzenia.
Dokopałam się do źródła intrygi, nie było to zbyt trudne zadanie. Dziewczyna, dokładnie ta, z którą zamieniłam pierwsze słowa w hogwarckiej Sali Wejściowej, podszepnęła mi w tym całym piekle imię winnej. Och, ciskałam w nią urokami bez opamiętania, pogrążając swoją przykrą sytuację, pierwszy raz od dłuższego czasu zachowując się kompletnie bez klasy i wyczucia, co zupełnie mi nie przystało, kłócąc się z pozycją primabaleriny. Wpadłam wtedy w prawdziwą furię, nawet nieświadomie podpaliłam scenę. Zużyłam większość swojej wściekłości. Usunęłam się w cień, nie mając wyjścia. W kolejnym miesiącu moje miejsce zajęła hogwarcka znajoma, rozjaśniając mi w głowie prawdziwą kolej wydarzeń, w których ofiara mojego gniewu była tylko pionkiem, okalającym nieszczęsną kostkę nicią. Pomysł podsunęła jej ta żmija, przewidując, jak może zakończyć się całe widowisko. Czuła się wystarczająco pewnie na tle reszty, spodziewając się własnego awansu. Wraz z nim zdystansowałam się i ograniczyłam ilość występów. Zemsty postanowiłam dokonać w sposób rodzinny, odkładając ją na później, szczegółowo obmyślając każdy ewentualny plan - przyjdzie na to czas. Cieszę się, że kompromitacja nie nastąpiła podczas rzeczywistego występu, przed tłumem widzów. Ona może nie mieć tyle szczęścia.



Odpoczęłam w domu, walcząc ze swoimi burzliwymi emocjami, przez pewien okres wcale nie wracając do tańca. Opamiętałam się i powoli wznawiałam ćwiczenia, ale świadomość nowych granic sprawiała, że ochota odchodziła momentalnie, dlatego za radą matki wróciłam do alchemii, aby odciągnąć myśli od marzeń brutalnie wytrąconych z rąk. Eliksirami zajmowałam się cały czas, dlatego większe odświeżenie pamięci nie było wcale tak wielkim wyzwaniem. Z pomocą Ulyany i Deirdre stanęłam na nogi, decydując się na poważniejszy krok w tym kierunku. Ambicje miałam wysokie, nie chciałam zadowalać się kursem z Ministerstwa Magii, podchodząc do trzyletniego i bardziej zaawansowanego, oferowanego przez Munga. Sypiałam wtedy niewiele, z trudem godząc naukę z życiem towarzyskim (rozkwitło przez znajomości baletowe, ojcowskie oraz własne - szczególnie upodobałam sobie rozanielony wzrok lordów, czym wprawiałam ojca w zachwyt), w domu nie bywałam prawie wcale. Jeszcze nie wiem, jaki będzie mój przełom w alchemii, ale sukces w balecie i moja krótka, acz intensywna kariera nie staną się jedynymi wyróżnikami Yvette Blythe. Nikogo nie powinno dziwić, że kurs ukończyłam - niedawno, dlatego daję sobie czas na odpoczęcie od szpitala i trudzę się indywidualnymi zamówieniami. Niewykluczone, że w przyszłości złożę wniosek o posadę we wspomnianej placówce. Na występy wracam sporadycznie, chcąc się pokazać - jestem tam mile widziana, ale przywykłam do głównej roli i występowanie wśród innych baletnic wprawia mnie w niezbyt zdrowe uczucia. Ćwiczę już tylko dla siebie. Nagły nadmiar czasu po ukończeniu kursu zaowocował nowymi zainteresowaniami - zaciekawiłam się perfumami, a konkretniej ich wytwórstwem - niezbyt profesjonalnie, czytuję tylko materiały, jakie uda mi się znaleźć. Mam kilka pomysłów, ale nie wydaje mi się, abym była zdolna do zrealizowania ich samodzielnie. Może kiedyś zajmę się tą słabością - teraz bardziej absorbujące okazują się inne dziedziny oraz nagłe zniknięcie matki. Wszelkimi możliwymi sposobami staram się dotrzeć do odpowiedzi, co się z nią stało. Porwanie, ucieczka, w grę wchodzi wiele możliwości.
Kontakt z Deirdre odnowiłam tuż po kontuzji, szukając nie wsparcia, a zwyczajnie kogoś zaufanego. Nie miałam pojęcia, ile zmieniło się w jej życiu. Nie śniłam nawet, że ostatecznie wciągnie mnie w coś tak zawiłego i fascynującego. Wcześniej zdarzało mi się warzyć trucizny i eliksiry, których nie można było zaliczyć do zbyt... szlachetnych. To jednak coś innego niż czarna magia - wspomniałam o niej w jednej z rozmów dosyć przypadkowo, budząc tym jej uwagę. Wracałyśmy co jakiś czas do tematu. Wdrożyła mnie w niego,  stosując najpierw dziwne podchody i trochę półsłówek - irytowały mnie, prosiłam o konkrety, ona zaś sprawdzała mnie swoimi sposobami. Nalegałam, próbowałam ciągnąć za język i dawałam wyraźne znaki, że jestem zainteresowana tematem - faktycznie tak było. Mam wrażenie, że od początku wiedziała, jak mnie podejść, ale potrzebowała czasu by upewnić się, co do stałości entuzjazmu. Próbowałam dostać się do ksiąg na własną rękę, ale próby spełzły na niczym - dopiero wtedy, stawiając sprawę jasno przed samą Deirdre i oznajmiając, że dotrę do źródeł również i bez jej pomocy, zdecydowała się wprowadzić mnie w podstawy, oswajając powoli ze specyfiką tej magii, owianej tajemnicą bardziej niż inne. Uczyłam się zaklęć powoli, ulegając coraz większej fascynacji, rozmyślając nad potęgą, jaką umożliwiały, nad przewagą i niesamowitym dreszczem przy każdym sukcesie. Kilka miesięcy minęło zanim sprawa ruszyła się jeszcze dalej, choć o potędze ich przywódcy musiałam uwierzyć na słowo. Dołączyłam do Rycerzy Walpurgii ostatniego dnia kwietnia i ufam, że moje wysiłki zostaną kiedyś docenione, nawet jeśli teraz stawiam dopiero pierwsze kroki na tej ścieżce, pod bacznym okiem Tsagairt wciąż poznając magię zniszczenia.



Patronus: Udało mi się wyczarować go tylko raz i mimo wielu prób nie zdołałam tego powtórzyć, ten jeden musiał być łutem szczęścia. Zmaterializował się jako meduza, ale nie wnikałam, skąd to połączenie - może przez parzydełka. Wspominałam wtedy najlepsze chwile z matką.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 Brak
Zaklęcia i uroki: 5 +2 (różdżka)
Czarna magia: 3 +2 (różdżka)
Magia lecznicza: 5 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 15 +1 (różdżka)
Sprawność: 2 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: rosyjskiII3
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaIII10
ZielarstwoII5
ONMSI2
AnatomiaI2
Historia magiiI2
Silna wolaI2
KłamstwoI2
RetorykaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI20
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerze Walpurgii -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (wiedza)I1
Wytwórstwo (perfumy)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec klasyczny (balet)III25
Taniec balowyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Półwila-2 (+4)
Reszta: 3

Wyposażenie

Różdżka, 8 punktów statystyk, 8 punktów biegłości

[bylobrzydkobedzieladnie]




you're a chemical that burns, there's nothing but this
it's the purest element, but it's so volatile
feel it on me, love; see it on me, love

strangeness and charm



Ostatnio zmieniony przez Yvette Blythe dnia 14.04.17 4:34, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Yvette Sapphire Blythe   03.06.17 0:56

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Yvette przypomina kwiat - kusi pięknymi płatkami i roztacza kuszącą woń, ale eteryczność jest tylko pozorem, wyłącznie pułapką; Blythe skrywa stalowe kolce gotowe zranić wszystkich tych, którzy podniosą na nią rękę. Wciąż przepełnia ją dzikość jej przodkiń; wykorzystuje własną wyjątkowość - dar wil - tak jak i niezwykły talent do alchemii, do osiągania swoich celów. Choć jej marzenia runęły w gruzach, gdy nieszczęśliwy wypadek uniemożliwił jej dalszą karierę primabaleriny, nie poddała się - zupełnie jakby za wszelką cenę chciała osiągnąć wielkość, nieważne, w jaki sposób. Zasiliła grono Rycerzy Walpurgii, by sięgnąć po wielkość - a czarna magia, którą eteryczna Yvette zaczęła się parać, być może zaoferuje jej wszystko to, czego szuka. Sprawiedliwość? Zemstę? A może... władzę i nieograniczoną potęgę?

OSIĄGNIĘCIA
Najsłodsza trucizna
Mały pędzibimber
Genealog
Obieżyświat
Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
WYPOSAŻENIE
Różdżka

Ingrediencje: strączki wnykopieńki, żądło mantykory, piołun (2), skórka boomslanga, popiół feniksa, krew jednorożca, róg dwurożca

eliksiry: Eliksir przeciwbólowy (3 porcje), eliksir osłabiający zdolności magiczne (2 porcje)
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[14.04.17] Tworzenie karty postaci -900 PD
[26.05.17] Zakup sowy -50 PD
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +5 punktów OPCM, +1 punkt CM, -400 PD
[08.08.17] Ingrediencje (maj)
[11.08.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 PD
[20.08.17] Zdobycie osiągnięć (Genealog, Obieżyświat, Mały pędzibimber, Ślepy los), +150 PD




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
 

Yvette Sapphire Blythe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Archibald Jeremiah Blythe

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17