Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Jocelyn Vane

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Jocelyn Vane   18.04.17 18:58


Jocelyn Cressida Vane

Data urodzenia: 30 czerwca 1936
Nazwisko matki: Selwyn
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: czysta
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: stażystka uzdrowicielstwa
Wzrost: 162 cm
Waga: 54 kg
Kolor włosów: jasny brąz
Kolor oczu: szaroniebieskie
Znaki szczególne: mała blizna pod kolanem (pozostałość po czasach dzieciństwa), zamyślone spojrzenie



Thea Selwyn, jako ta najmniej urodziwa spośród swojego rodzeństwa, zawsze znajdowała się w cieniu. Siłą rzeczy nigdy nie była priorytetem dla swoich rodziców, dla których najważniejsze było wydanie za mąż najstarszych dzieci, rokujących największe nadzieje na dobrą przyszłość rodu. Thea, poza talentem artystycznym, nie miała wiele do zaoferowania; niepozorna, cicha i zamknięta w sobie, o szarych oczach i niesfornych, płowych włosach, nie potrafiła zyskać zainteresowania żadnego szlachetnie urodzonego kawalera. Moment wykrycia choroby genetycznej tylko pogorszył jej sytuację; żaden mężczyzna nie chciał poślubić już nie najmłodszej Selwynówny cierpiącej na Dotyk Meduzy. Wyglądało na to, że Thea pozostanie starą panną, ale kilka lat później rodzice, już po odpowiednim wydaniu wszystkich pozostałych dzieci, podjęli decyzję o oddaniu ostatniej z córek dobrze sytuowanemu uzdrowicielowi, niejakiemu Leonardowi Vane, który już kilkukrotnie zasłużył się, lecząc matkę Thei oraz ją samą.
Tym sposobem zaaranżowano cichy ślub, a niewygodna córka zamieszkała na przedmieściach Londynu ze swoim mężem o krwi zaledwie czystej. Nie można było powiedzieć, żeby taki stan rzeczy budził w niej zadowolenie. Przez pierwsze tygodnie prawie nie rozmawiała z mężem, zamykając się w swojej pracowni i malując chaotyczne obrazy w przygnębiających barwach. Jej chore stawy od czasu do czasu dawały o sobie znać nagłym sztywnieniem, co wpłynęło na jakość obrazów. Leonard Vane nie ustawał w staraniach zjednania sobie sympatii powierzonej mu kobiety. Nie poślubił jej ze względu na materialne korzyści związku ze szlachcianką, nawet jeśli wybrakowaną, a naprawdę zależało mu na tym, żeby jej pomóc i pokazać, że przymusowe zmiany, które ją spotkały, nie muszą być zmianami na gorsze.
Troje dzieci, których doczekali się w ciągu kolejnych kilku lat, było jednak owocem obowiązku, nie zaś miłości; tęskniąca za szlacheckim życiem, pełna żalu i coraz bardziej zgorzkniała Thea nie potrafiła pokochać męża i wciąż dawała mu odczuć, że uważa go za niegodnego jej osoby. Nie angażowała się też w wychowanie dzieci, przynajmniej nie w pierwszych latach ich życia. Leonard, mając na głowie obowiązki uzdrowiciela w Mungu, musiał zatrudniać dodatkowe osoby do opieki oraz odpowiedniej edukacji pierworodnego syna oraz córek bliźniaczek, które przyszły na świat kilka lat później.



Z pierwszych lat swojego życia Jocelyn i Iris pamiętały głównie tatę - jego zmęczoną twarz, pogodny uśmiech i coraz szybciej siwiejące skronie, a także zapach medykamentów, który ciągnął się za nim nawet wiele godzin po powrocie z pracy. Mamę widywały rzadko; zamknięta w pracowni na poddaszu, rzadko zstępowała w zgiełk codziennego życia pozostałych domowników. Miała problemy z odróżnianiem córek, często je myląc – były w końcu niemalże identyczne. Z nią kojarzyła się głównie ciężka woń olejnej farby, a w całym domu wisiało mnóstwo malowanych przez nią obrazów. Jocelyn szybko zainteresowała się malowaniem. Choć początkowo głównym powodem były rozpaczliwe próby zwrócenia na siebie uwagi matki, naprawdę polubiła swoją nową pasję i często można było ją zobaczyć, jak pokrywała farbami różne powierzchnie. Była tą spokojniejszą, bardziej rozważną z sióstr, chociaż, jak przystało na dziecko, również była bardzo ciekawa świata. Zadawała całe mnóstwo pytań ojcu i opiekunce doglądającej je, gdy tata był w pracy. W domu państwa Vane zawsze była obecna magia, więc dziewczynka dorastała, uważając lewitujące sprzęty czy poruszające się obrazy za coś całkowicie normalnego. Jej własne czary dały o sobie znać po raz pierwszy, kiedy miała pięć lat – zdenerwowana tym, że mama nie chce wpuścić jej do swojej pracowni i nie odpowiada na jej wołanie, samoistnie sprawiła, że drzwi nagle drgnęły i otworzyły się na oścież. Podekscytowana tym niezwykłym zdarzeniem Jocelyn weszła do środka, zastając matkę pomazaną farbami i tępo wpatrującą się w okno. Była jeszcze zbyt mała, by rozumieć przyczyny jej izolowania się od rodziny. Wciąż żyła w swoim błogim, pełnym kolorów świecie dziecka, które nie musiało zmagać się z poważniejszymi troskami.
Ujawnienie się magii najpierw u jednej, a wkrótce potem u drugiej z córek sprawiło jednak, że do tej pory wycofana Thea zaczęła zwracać większą uwagę na swoje dzieci i od tamtego momentu dbała o ich edukację, przekazując wiedzę o podstawach sztuki, historii czy etykiety. Jak się okazało, pod skorupą zgorzknienia i rozczarowania życiem wciąż kryła się smutna, wrażliwa osoba, którą była kiedyś, dawno temu, zanim rodzice przekreślili jej szanse na wymarzoną przyszłość i oddali nieszlachetnemu mężczyźnie. I skoro dla niej już nie było nadziei, wierzyła, że chociaż jej córkom uda się osiągnąć coś w życiu. Przykładała ogromną wagę do wpajania im wartości, które przed laty wpojono jej, a dziewczynki, pragnąc zyskać uznanie w oczach matki, przykładały się do tych nauk. Jak każde dzieci, pragnęły matczynej miłości, a fakt, że matka chciała spędzać z nimi czas i uczyć je czegoś, co jak mówiła, było bardzo ważne, wiele dla nich znaczył. Ojciec nie miał nic przeciwko – sam także pragnął dobra swoich córek, a jako mężczyzna dobrze (nawet jeśli nie szlachecko) wychowany, wiedział, jak ważne w życiu są odpowiednie umiejętności. Nie ingerował i pozwalał Thei robić swoje, zresztą w tamtym okresie miał tak dużo własnych zawodowych obowiązków, że w domu przebywał głównie wieczorami i wtedy miał najwięcej czasu dla dzieci. Lubił wtedy siadać z nimi przed kominkiem i snuć ciekawe opowieści lub czytać im książki.



Kolejne lata upływały raczej spokojnie, chociaż nie bez napięć, które tliły się gdzieś w magicznym świecie, docierając nawet do tych członków społeczności, którzy unikali głębszego zaangażowania. Mimo to nawet wojna nie zmąciła żywota państwa Vane – a przynajmniej nie ich córek, które były zbyt małe, żeby dobrze pamiętać ten okres. Ani Leonard, ani jego wycofana w swój własny świat małżonka nie angażowali się w nic, co nie dotyczyło ich bezpośrednio. Pan Vane jako uzdrowiciel nie chciał mieszać się w polityczne zagrywki przede wszystkim dla dobra dzieci, które mogłyby na tym ucierpieć. Zamiast tego wolał po prostu skupić się na pracy. Thea nieustannie tęskniła za przeszłością, przyszłość widząc w dość szarych barwach. W tym właśnie czasie najstarszy syn państwa Vane, Thomas, poszedł do Hogwartu, a dziewczynki zostały same, ale nawet, jeśli tata ciągle pracował, a matka przez większość czasu zajmowała się sobą, nie czuły się samotne. Chociaż brakowało im obecności Toma, który zostawiał dla nich najlepsze słodycze i potrafił znajdować najciekawsze miejsca do zabawy, miały przecież siebie. W okolicy podmiejskiego domu znajdowała się łąka i niewielki lasek ze strumykiem, nad którym lubiły przesiadywać, kładąc się na trawie i wpatrując się w niebo. Było to ich małe, tajemne miejsce, w którym padło wiele dziecięcych obietnic i gdzie spędziły naprawdę wiele czasu, snując marzenia o tym, co będzie je czekać, gdy same dostaną listy z Hogwartu. Czy będzie tak wspaniale, jak opowiadali tata i Tom? Jakie przedmioty staną się ich ulubionymi i jakie ciekawe miejsca znajdą w starym, ogromnym zamczysku? Na odpowiedzi na te pytania musiały jeszcze trochę poczekać.
Oprócz zabaw były i obowiązki. Gdy były wystarczająco duże, ojciec zatrudnił guwernantkę do przekazywania im wiedzy, którą powinny posiąść przed pójściem do szkoły. Vane’owie byli szanowaną rodziną, dbającą o edukację i obycie swoich latorośli, by mogły dobrze poradzić sobie w Hogwarcie i w późniejszym życiu. Thei mimo wszystko także zależało na dobrej przyszłości córek. Wierzyła, że pewnego dnia przydadzą im się umiejętności, które wpojono jej w młodości, kiedy jeszcze była Selwynówną. Syna prawie nie zauważała, wiedząc, że nie miał szans na osiągnięcie jej niespełnionych ambicji, za to dziewczynki czasami niemal rozpieszczała. Była wprawną manipulantką i doskonale wiedziała, co robić, żeby owinąć sobie dzieci wokół palca, nawet jeśli nie wiedziała, jak powinna zachowywać się prawdziwa matka – bo w przeszłości wpojono jej bycie damą i to silnie zaznaczało się w jej zachowaniu nawet całe lata po tym, gdy utraciła szlacheckie nazwisko. Ale Jocelyn była wtedy tylko dzieckiem i patrzyła na wszystko w inny, bardziej naiwny sposób. Faworyzowanie córek wbrew pozorom miało pewien wpływ na relacje w rodzeństwie, chociaż Thea nie myślała o tym, że jej jawne marginalizowanie Thomasa pewnego dnia może przynieść nieoczekiwane konsekwencje. Jocelyn wciąż naiwnie wierzyła, że robiąc to wszystko, co każe jej matka, pewnego dnia zdobędzie jej miłość i uznanie. To było dla niej ważne – widzieć w jej oczach podziw i zadowolenie, słyszeć słowa pochwały, że jest dobrą córką. Dzięki temu wszystkie te lekcje etykiety, historii, tańca i sztuki stawały się dużo przyjemniejsze – bo wtedy mogła zbliżyć się do matki i poczuć z nią pewną więź, której brakowało jej we wczesnym dzieciństwie. O swoich dziecięcych sprawach nadal wolała rozmawiać z tatą, który był bardziej wyrozumiały, zaś w oczach matki miała być małym ideałem, jej kopią z przeszłości.  
Nadszedł jednak w końcu ten wyjątkowy dzień jedenastych urodzin, kiedy na parapecie wylądowały dwie sowy niosące listy z charakterystyczną pieczęcią. Leonard był tak zachwycony, że wziął z tej okazji dzień wolny i osobiście towarzyszył córkom przez całą wyprawę na ulicę Pokątną, gdzie zakupiły swoje książki, pierwsze komplety szkolnych szat, inne niezbędne przybory i oczywiście różdżki. To była ta najbardziej wyjątkowa i magiczna chwila – moment, kiedy po wypróbowaniu kilku innych różdżek wzięła do ręki tą właściwą, wiedząc już, że to za jej pomocą będzie się uczyć czarów. To zapewne była zachwycająca perspektywa dla każdego jedenastolatka, a podekscytowana Josie nie wiedziała jeszcze, jak prorocze odnośnie jej przyszłej ścieżki okaże się znaczenie drewna tej różdżki, która ją wybrała.



Pierwszego września nadszedł czas wyjazdu do Hogwartu, o którym wiele słyszały od rodziców a także od Toma, który zbliżał się już do końca swojej edukacji. Bliźniaczki spędziły swoją podróż wspólnie, rozprawiając z ekscytacją o czekających je cudach i poznając kilkoro nowych znajomych. W dzieciństwie nie miały zbyt wielu okazji do zabawy z rówieśnikami; dom państwa Vane znajdował się na uboczu, a w najbliższej okolicy nie mieszkał nikt w podobnym wieku. Pierwszy raz od dawna nie były tylko we dwie, więc mimo ekscytacji Jocelyn początkowo czuła przytłoczenie nadmiarem nowych wrażeń oraz ludzi. To szczególnie dało się we znaki w pierwszych tygodniach nauki, ale zanim to nastąpiło, miała miejsce Ceremonia Przydziału. Siostry Vane były jednymi z ostatnich wyczytanych osób i w napięciu oczekiwały na swoją kolej. Jako pierwsza została wywołana Iris, którą Tiara po chwili umieściła w Ravenclawie. Kiedy to Josie usiadła na stołku, padł na nią paniczny strach – Tiara poważnie wahała się pomiędzy Hufflepuffem a Ravenclawem, szepcząc słowa o cechach pasujących do domu Borsuka. Ten wybór oznaczałby rozdzielenie z siostrą, z którą czuła silną więź i nie wyobrażała sobie, że mogłaby trafić do innego domu, tym bardziej, że ich rodzice także byli kiedyś Krukonami. Stary kapelusz najwyraźniej wyczuł jej przerażenie i kategoryczną niechęć wobec przydziału do Hufflepuffu, skoro po chwili ciszy w Wielkiej Sali dało się słyszeć głośne: „Ravenclaw!”.
Późniejsze miesiące nauki uwidoczniły różnice w zainteresowaniach i umiejętnościach sióstr, a Jocelyn czasami zastanawiała się, co by było, gdyby rzeczywiście trafiły do różnych domów, a jej szaty zdobiłyby żółte barwy zamiast niebieskich. Jak czułaby się, będąc Puchonką? Jak to wpłynęłoby na relacje z Iris? Jak przyjęliby to rodzice? Z biegiem kolejnych lat w Hogwarcie zaczęły coraz więcej czasu spędzać oddzielnie i zawierać nowe przyjaźnie, choć ich relacja pozostawała niezmiennie bliska, czasami wydawało się nawet, że potrafiły rozumieć się bez słów. Jocelyn sporą część swojego wolnego czasu spędzała w bibliotece lub na błoniach. Jak przystało na Krukonkę lubiła poszerzać swoją wiedzę o otaczającym świecie i łudziła się, że to ten przydział był najbardziej właściwy. Pomiędzy czwartym i piątym rokiem, gdy wiele jej kolegów i koleżanek zaczęło snuć śmiałe plany na przyszłość, zrodziła się w niej myśl, że po skończeniu Hogwartu chciałaby pójść w ślady ojca i dostać się na staż uzdrowicielski. Taki wybór musiał pociągnąć za sobą wytężoną naukę przedmiotów szczególnie potrzebnych do tego, by mieć szansę spełnić to marzenie. O ile dobrze radziła sobie z zaklęciami, opieką nad magicznymi stworzeniami czy zielarstwem, które stanowiły jej ulubione szkolne przedmioty, większy problem przedstawiały transmutacja i eliksiry, którym musiała poświęcić więcej czasu, żeby osiągnąć wymagane oceny. Zawsze bardzo lubiła magiczne stworzenia i rośliny, ale mimo wiedzy w tym zakresie alchemiczką była bardzo przeciętną i miała szczęście, kiedy na egzaminie kazano jej przyrządzić jeden z tych wywarów, które wcześniej z uporem ćwiczyła.
Po zdaniu wymaganych sumów Jocelyn dodatkowo zaczęła czytać także woluminy poświęcone anatomii i magii leczniczej, których nie uczono w szkole. Jej ojciec był prawdziwą skarbnicą wiedzy na te tematy i wydawał się zachwycony wyborem córki, racząc ją opowieściami, dając swoje książki, a nawet demonstrując niektóre zaklęcia. Samo jego wsparcie i akceptacja były nieocenione w tamtym okresie, chociaż matka wolałaby widzieć ją w roli artystki, nie wyobrażając sobie tego, że młoda, dobrze wychowana panna może chcieć zostać uzdrowicielką, babrać się w krwi i narażać na ryzyko zarażenia jakimś paskudztwem. Oczywiście Jocelyn nadal lubiła malować – była to jednak tylko pasja, z którą ku rozczarowaniu matki nie wiązała żadnych poważnych planów, tym bardziej, że nie dorównywała jej talentem. Thea Vane, coraz bardziej nękana postępującą chorobą, traciła swoje zdolności i wpadała w coraz większe przygnębienie. Znowu zaczęła się wycofywać, powoli przygotowując się w myślach na stanie się kamiennym posągiem, co miało stanowić ostatnie stadium jej genetycznej przypadłości. Im dziewczęta były starsze, tym częściej ojciec spoglądał w ich stronę z niepokojem, czy pewnego dnia nie zaczną ujawniać się u nich objawy tej samej choroby. Także Jocelyn, choć w młodszych latach nie myślała o tym zbyt wiele, łudząc się, że przecież to nie może jej dotyczyć, coraz częściej zaczęła się nad tym zastanawiać i obawiała się nadejścia momentu, w którym jej stawy zaczną sztywnieć. Póki co taki dzień nie nadchodził, więc z czasem niepokój zszedł na dalszy plan, ale był obecny gdy otrzymywała listy z domu i dowiadywała się, że z matką jest coraz gorzej. Wciąż bardzo zależało jej na aprobacie rodzicielki, także wtedy, a może szczególnie wtedy, kiedy ta coraz bardziej pogrążała się w chorobie. Jocelyn pragnęła ją uszczęśliwić; chociaż była starsza, nadal tliło się w niej pragnienie zadowolenia matki, a każdy, nawet wątły uśmiech i komplement z jej strony wynagradzały wszystkie starania. Jocelyn była zafascynowana pracą ojca, ale oboje rodzice byli dla niej ważni i trudno byłoby pogodzić się z myślą, że stanowi dla któregokolwiek z nich rozczarowanie. W wakacje znowu chłonęła jej nauki, ku jej zadowoleniu wyrastając na grzeczną i ułożoną dziewczynę. Może brakowało jej śmiałości i pewności siebie, może nie dorównywała szlachetnie urodzonym koleżankom (i czuła, że nie dorówna im nigdy), ale nawet przez moment nie czaiła się w niej iskierka sprzeciwu. Może działały na nią umiejętne szantaże emocjonalne i manipulacje matki, może po prostu wciąż wierzyła, że to najlepsza droga do jej aprobaty i uwagi, a może po prostu bała się, że matka wkrótce umrze i odejdzie w poczuciu rozczarowania.
Ostatnie dwa lata jej nauki były nie tylko czasem wytężonej pracy, ale też momentem wyraźnych przemian w Hogwarcie. Odkąd dyrektorem został Grindelwald, wiele zmieniło się na gorsze, a stare zamczysko nie było już tym samym miejscem, które przywitało ją w swoich progach kilka lat wcześniej. Jocelyn nauczyła się nie wychylać i nie zwracać na siebie uwagi; już wcześniej, wzorem ojca, była osobą ceniącą sobie neutralność. Nie angażowała się w konflikty, woląc bezpiecznie trzymać się z boku i robić swoje. Tak było i teraz. Nie szukała kłopotów ani nie miała bohaterskich zapędów. Musiała przetrwać te ostatnie dwa lata, zdać owutemy i dostać się na wymarzony staż. Tylko to się wtedy liczyło, więc siłą rzeczy ominął ją również etap młodzieńczych uniesień i błahych, szkolnych miłostek.



Szczęśliwie oceny z końcowych egzaminów okazały się wystarczające, by młodsza z bliźniaczek Vane mogła dołączyć do grona młodych adeptów trudnej sztuki uzdrawiania. Czekało ją dodatkowe długie pięć lat nauki – trzy lata szkolenia ogólnego oraz dwa lata stażu w specjalizacji, którą będzie mogła wybrać, kiedy już odkryje, jaka gałąź uzdrowicielstwa najbardziej ją pasjonuje i do jakiej ma największe predyspozycje. Już samo ogólne szkolenie okazało się bardzo wymagające; Jocelyn musiała szczegółowo poznać tajniki anatomii i magii leczniczej, dziękując ojcu, że dzięki niemu część potrzebnych wiadomości przyswoiła już wcześniej, a zderzenie z realiami kursu okazało się dzięki temu mniej bolesne. Musiała uczyć się, jak radzić sobie z różnymi rodzajami obrażeń od zaklęć, stworzeń, eliksirów, magicznych zakażeń, zatruć, czy chorób genetycznych i nie mogła pozwalać sobie na błędy. Choć wciąż patrzono jej na ręce i nie dopuszczano do samodzielnego zajmowania się najtrudniejszymi przypadkami, wiedziała, że pewnego dnia od jej dokładności i umiejętności może zależeć czyjeś zdrowie lub życie.
Z początkiem jej kursu zbiegło się także pogorszenie stanu jej matki, która stała się regularnym gościem w Mungu i miała coraz większe trudności z poruszaniem się. Malowanie prawie odeszło w niepamięć, ale Jocelyn zauważyła, że matka ożywiała się, widząc, że przynajmniej jej córka w czasie wolnym od kursu kontynuuje jej pasję i zachowuje się zgodnie z wpojonymi jej naukami. Podczas tych pobytów Thei na oddziale Jocelyn w wolnych chwilach często do niej zaglądała, mimo wszystko czując z matką pewną więź i przejmując się jej stanem. Może była chłodna i coraz bardziej opryskliwa, ale, jak wciąż wierzyła, kierowała się jej dobrem. Szczęśliwie Jocelyn wciąż nie odczuwała żadnych niepokojących objawów mogących sugerować, że odziedziczyła schorzenie po matce i miała nadzieję, że tak już zostanie. Thea zaczęła także wspominać, że chciałaby doczekać ślubu córek, koniecznie z odpowiednimi mężczyznami, jednak dziewczyna nie potrafiła zdobyć się na nic więcej niż tylko potakiwanie. Wciąż nie czuła się prawdziwie gotowa na małżeństwo, ale bała się ujrzeć w jej oczach rozczarowanie, więc grzecznie kiwała głową i zapewniała, że nie zawiedzie. W okolicznościach towarzyskich potrafiła sobie radzić, i nawet jeśli nigdy nie znajdowała się w centrum uwagi, dzięki wpajanym przez lata umiejętnościom wiedziała, jak zachować się w towarzystwie. Zaczęła nawet odnajdywać pewną przyjemność w obracaniu się w wyższych kręgach magicznego świata, w których starała się pokazać jako osoba dobrze wychowana i obyta. Zdarzało jej się gościć na bankietach, ślubach, wernisażach czy innych wydarzeniach artystycznych, gdzie miała okazję obserwować i słuchać różnych ludzi, dowiadując się wielu nowych rzeczy. Zaczynała coraz bardziej rozumieć tęsknotę chorej matki za takim życiem i jej znużenie pogłębiającą się w ostatnim czasie izolacją.
Lecz ambitne plany Thei Vane odnośnie córek musiały poczekać – pod koniec pierwszego roku stażu Jocelyn jej starszy brat zniknął bez słowa wyjaśnienia. Wysyłane do niego sowy zawsze wracały i nikt wydawał się nie wiedzieć, gdzie podział się Thomas i dlaczego zniknął, choć w czasach szkoły był dobrym uczniem i jego dorosłe życie również zapowiadało się pomyślnie. W końcu został uznany za zaginionego. Kolejne miesiące mijały i Thomas nadal nie wracał, a reszta rodziny musiała powrócić do swojej codziennej rutyny. Jocelyn wciąż chciała wierzyć, że jej brat się odnajdzie, że pewnego dnia pojawi się na progu domu cały i zdrowy.
Ale po pierwszym roku kursu nadszedł i drugi. Jocelyn coraz pewniej czuła się w szpitalnych realiach, odnajdując pewną przyjemność w pomaganiu innym i pożytkowaniu swojej magii i umiejętności w dobrych celach. Mimo przedłużającej się nieobecności Thomasa oraz powracających utyskiwań ciężko chorej matki i prób wpłynięcia na sumienie córek, myśli o małżeństwie wciąż jeszcze majaczyły gdzieś na obrzeżu jej świadomości, bo w pierwszej kolejności chciała zakończyć swoje szkolenie.
Nie dało się też nie zauważyć, że początek nowego, 1956 roku przyniósł pewne zmiany do magicznego świata i ustalonego porządku, w którym do tej pory funkcjonowała. Nowe dekrety i reformy, nastroje antymugolskie i ogólny niepokój były odczuwalne wszędzie, nawet w starającym się trwać przy neutralności Mungu. Chociaż miała czystą krew, a jej stosunek do świata mugoli pozostawał obojętny, także na Jocelyn zaczął padać blady strach – co, jeśli przyjdzie taki moment, kiedy bezpieczna, asekuracyjna neutralność przestanie być możliwa i trzeba będzie jasno określić swoje stanowisko?







Patronus: Jocelyn pierwszy raz udało się wyczarować cielesnego patronusa już po skończeniu Hogwartu – przybrał wtedy postać malutkiego ptaszka, rudzika. Żeby go wyczarować, skupia się na swoich szczęśliwych wspomnieniach: najpiękniejszych chwilach spędzonych z rodzeństwem i ojcem, szczęśliwszych urywkach z Hogwartu czy o momencie, gdy dostała się na wymarzony kurs.



Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 10 +1 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 10 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 15 +4 (różdżka)
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIV20
Historia magiiI2
ONMSII5
RetorykaI 2
Silna wolaII5
SpostrzegawczośćII5
Ukrywanie sięI2
ZielarstwoII5
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykieta-20
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Nie dotyczy-0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Malarstwo (tworzenie)II7
Malarstwo (wiedza)I1
Literatura (wiedza)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI1
Latanie na miotleI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (brak)-0
Reszta: 4

Wyposażenie

Różdżka, punkty statystyk i biegłości


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Jocelyn Vane dnia 20.04.17 13:56, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jocelyn Vane   04.09.17 14:43

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Świat Jocelyn i jej rodzeństwa od zawsze był rozerwany na pół. Po jednej stronie tkwił zapracowany, dbający o wychowanie dzieci ojciec, po drugiej pogrążona w depresji, szlachetnie urodzona matka, której macierzyństwo było zupełnie obce. Desperackie próby Jocelyn zwrócenia jej uwagi po latach wydały swe słodko-gorzkie owoce w postaci nauki szlacheckich wartości i obyczajów, w których rodzicielka widziała szansę na realizację swych własnych niespełnionych ambicji. Rozdarta pomiędzy pragnieniem jej zadowolenia a podążeniem śladami ojca, ukończyła z sukcesem Hogwart i dostała się na upragniony kurs uzdrowicielski, odsuwając od siebie wizję zamążpójścia. Czarne, burzowe chmury politycznych zmian zrodziły w niej niepewność; po której ze stron stanie, gdy przyjdzie jej podjąć ostateczną decyzję i porzucić bezpieczną przystań neutralności?

OSIĄGNIĘCIA
uzdrowicielka z ambicjami
Obieżyświat, Do wyboru do koloru, Złoty Myśliciel, Ślepy Los,
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jocelyn Vane   04.09.17 14:44

WYPOSAŻENIE
Różdżka

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: beozar, krew reema, płatki ciemiernika, kora drzewa Wiggen

[26.07.17] Ingrediencje (kwiecień)
[18.08.17] Ingrediencje (maj)

BIEGŁOŚCI[11.06.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[03.08.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty

HISTORIA ROZWOJU[23.04.17]  Karta postaci: -900 PD
[23.04.17] Zakup zaklęć ochronnych (Repello Mugoletum, Bubonem) -0 PD
[27.04.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 PD
[11.06.17] Wsiąkiewka (kwiecień), +90 PD, +2 PB
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +2 punkty magii leczniczej, -100 PD
[20.07.17] Osiągnięcia: Obieżyświat, Do wyboru do koloru +60PD
[02.08.17] Zdobycie osiągnięcia: Złoty Myśliciel +30PD;
[03.08.17] Wsiąkiewka (kwiecień II): +90 PD, +2 PB
[11.08.17] Zdobycie osiągnięcia: Ślepy Los; +30PD
[14.08.17] Wykonywanie zawodu (maj) +50PD


Powrót do góry Go down
 

Jocelyn Vane

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Jocelyn Vane
» Jasmine Olaya Vane
» Monique Vane
» Jayden Vane

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17