Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Przed domem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Przed domem   24.04.17 18:26

Przed domem

Dom rodziny Vane znajduje się na uboczu, w pewnym oddaleniu od pozostałych domostw, a specjalne zaklęcia chronią go przed wzrokiem mugoli. Budynek jest dość sporych rozmiarów, a jego frontową ścianę porastają kwitnące pnącza, za sprawą czarów cieszące oczy swym urokiem przez większą część roku z wyjątkiem zimy. Od pobliskiej ulicy do podwórza wiedzie dość długa ścieżka, a samo otoczenie wydaje się dość ciche i spokojne.


Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   24.06.17 12:24

12 kwietnia
Iseult wciąż czuła moc zawieruchy, jaka działa się w Mungu parę dni temu, chociaż zapewne było to jedynie preludium do czegoś większego. Gdy robiło się ciepło, wszystkim jakby palma odbiła i zapominali o zdrowym rozsądku, dając się ponieść chwili i wpadali wtedy pod kopyta aetonów lub nie brali tabletek, czując się lepiej i dziwili się, że choroba miała nawrót. Czas wiosenno-letni zawsze przynosił takie szaleństwa, a po kilku dniach uzdrowiciele padali z nóg i marzyli jedynie o łóżku i śnie. Stażyści również nie byli wtedy personelem, który jedynie stał i się przyglądał. Musieli pomagać nie tylko medykom, ale pielęgniarkom i każdemu kto posiadał władzę w kierowaniu nimi. Hariri wciąż pamiętała swoje szkolenie, gdy robiła za przynieść, podaj, pozamiataj, ale każdy musiał to przeżyć. Nawet najwięksi czarodzieje związani z dziedziną jaką była magia lecznicza, dlatego napędzało ją to do dalszej pracy. Skoro oni to przetrwali, ona również i pokaże wszystkim, którzy mówili, że nie da rady, że potrafiła dostać się tam gdzie zamierzała.
Teraz jednak miała inne sprawy na głowie. Przeniosła się ze szpitala Świętego Munga na wizytę domową. Z tego co wiedziała jej dawnym mentor - pan Vane był na jakiejś konferencji lub wyjeździe. Nie zwierzał jej się, ale poinformował ją, że gdyby coś się działo, chciałby żeby to ona zajrzała do jego żony, jeśli będzie miała czas. Dla pacjentów Iseult akurat zawsze miała czas. Nawet tak wymagających jak ów kobieta. Wczorajszy dzień wolny dobrze jej zrobił, bo potrzebowała po prostu snu, a bez regeneracji całego ciała nie mogłaby pomagać innym i nie byłaby tak dobrym uzdrowicielem. Drzemka dla zdrowia była jej złotym środkiem - gdy coś się nie udawało, przesypiała to i wstawała z nową energią do dalszej pracy i prób. Tym razem nie było inaczej, dlatego wskoczyła w luźną, zwiewną sukienkę o barwie pomarańczy, czując, że to będzie dobry dzień do pracy. Isu zawsze wybierała ubrania nawiązujące do pochodzenia jej ojca, dlatego mało kiedy można było ją zobaczyć w typowej, angielskiej garsonce, która w ogóle nie podkreślała kobiecych kształtów. Wolała nawet czasami bardziej odkrywające jej ciało ubrania, ale w każdym z nich czuła się dobrze i umiała je dostosować do okazji. Wiedziała, że będzie miała do czynienia z marudną szlachcianką, dlatego wybrała dziewczęcą sukienkę bez zbędnych braków w materiale. Nie podejrzewała nawet, żeby ta kreacja spodobała się pacjentce, ale nie dla niej Iseult się tak stroiła. W końcu stanęła przed domem, biorąc głęboki wdech. Niektóre wizyty w Maxwell Lane pod numerem osiemdziesiątym czwartym były męczące. Musiała ignorować starszą kobietę, która wiedziała wszystko najlepiej i przy okazji twierdziła, że nie potrzebuje pomocy brudasa. Może niekoniecznie używała tego słowa, ale Isu zapamiętała to mniej więcej w ten sposób. Miała nadzieję, że tym razem pójdzie lżej, szczególnie że Jocelyn pisała do niej o silniejszym niż zwykle ataku. Brak słuchania gadania i marudzenia pani Vane byłoby naprawdę sporą pomocą przy leczeniu objawów dotyku meduzy, na którą cierpiała. Hariri zapukała parę razy do drzwi, czekając na reakcję.


Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   24.06.17 14:28

Gdy po pracy Jocelyn wróciła do domu nie zastała Iris ani swojej matki. Tak jej się przynajmniej wydawało, gdy po kolejnym dniu swojego stażu zmaterializowała się przed domem i po chwili weszła do budynku, wnosząc ze sobą lekką woń medykamentów, którą przesiąknięte były sale i korytarze Munga.
W domu panowała cisza mącona tylko przez ciche kroki Josie i tykanie zegara w salonie. Pomieszczenie było puste, więc młódka w poszukiwaniu matki postanowiła sprawdzić jej sypialnię i pracownię. Wątpiła, żeby Thea wyszła gdzieś sama po ataku, który kilka dni temu przytrafił jej się w galerii sztuki, zresztą rzadko zdarzało jej się opuszczać dom w okresach zaostrzenia objawów. Zazwyczaj zamykała się w którymś ze swoich ulubionych pomieszczeń i oddawała nostalgii za lepszymi czasami.
Jak się okazało po wyjściu do sypialni, nie było dobrze. Matka leżała na swoim łóżku i jak się okazało, tym razem zesztywniały jej obie nogi i nawet nie była w stanie się podnieść. Jak utrzymywała, atak rozpoczął się parę godzin temu, ledwie zdążyła dotrzeć się do swojego łóżka, zanim kończyny zupełnie odmówiły posłuszeństwa. Było jeszcze gorzej niż wtedy w galerii, kiedy sytuację udało się jakoś opanować i na kilka dni nastał spokój. Dziś zaczęło się znowu, a Josie zdawała sobie sprawę, że taka częstotliwość sztywnienia nie była dobrym znakiem i mogła oznaczać, że ojciec miał rację, ostrzegając ją, że Thea może wkraczać w kolejne stadium choroby. Sama Thea też zdawała sobie sprawę że jest gorzej, co powodowało w niej jeszcze większe czarnowidztwo i marudność. Coraz rzadziej była tą spokojną, dobrze wychowaną kobietą, którą pamiętała z dzieciństwa, ale choroby, zwłaszcza te długotrwałe i nieuleczalne, zmieniały nie tylko ciała ludzi, ale też ich samych. Miała tego przykład we własnym domu i widywała takie również w Mungu, choć tamte nie dotyczyły jej tak osobiście, jak choroba matki, od dawien dawna wpływająca też na życie Josie i jej rodzeństwa.
Upewniła się, czy Thea zażyła swoje lekarstwa. Jako, że ojciec znajdował się aktualnie poza domem i nie mógł przybyć, by opanować sytuację, Jocelyn postanowiła zwrócić się do osoby, którą jej polecił i z którą ona sama miała już okazję pracować, nie wątpiąc w jej kompetencje. Nawet jeśli matka nie przepadała za Iseult, nie będąc zadowoloną z tego, że leczyła ją czarownica półkrwi i w dodatku o egzotycznych korzeniach, Josie wiedziała, że może zaufać tej uzdrowicielce. Zdrowie matki było zresztą ważniejsze niż jej fochy i uprzedzenia, których z wiekiem nabierała coraz więcej.
Iseult pojawiła się dość szybko. Być może i ją ojciec uprzedził o tym, że jego żonie może być potrzebna dodatkowa opieka. Słysząc pukanie, Josie zeszła na dół i otworzyła drzwi, zauważając kobietę o niecodziennej urodzie i stroju, które zdradzały jej egzotyczne korzenie. Sama Josie wyglądała jak typowa blada, wiotka Angielka, a teraz w dodatku miała lekko podkrążone ze zmęczenia oczy i była podenerwowana.
- Witaj – powiedziała na powitanie, przesuwając się, by wpuścić ją do środka. – Mama jest na górze w swojej sypialni, zaprowadzę cię – dodała. Iseult bywała już w przeszłości w tym domu, jako że ojciec Jocelyn sprawował nad nią pieczę podczas jej specjalizacji w zakresie chorób genetycznych i czasem prosił ją o doglądanie jego żony gdy sam z jakiegoś powodu nie mógł tego robić. Później Josie sama zaczęła staż, ale wciąż jeszcze nie posiadała takiej wiedzy jak Iseult, o ojcu nie wspominając i wolała zdać się na pomoc kogoś, kto spojrzy na sprawę z większym dystansem; ona przez osobiste zaangażowanie często zbyt łatwo ulegała matce i dlatego nie nadawała się do tego, by sprawować nad nią pełną opiekę. Przynajmniej nie w trudniejszych sytuacjach.
- Kilka dni temu przydarzył jej się podobny atak, podczas wizyty w galerii sztuki. Później był spokój, ale dzisiaj wróciłam z pracy... I odkryłam, że to znowu się stało. Powiedziała mi wcześniej że zażyła swój eliksir, ale mimo to lepiej żebyś rzuciła na nią okiem i zdecydowała, czy jednak nie powinna trafić na oddział, skoro to drugi taki atak w ciągu tygodnia – wyjaśniła, gdy szły po schodach. Nie musiała uprzedzać, że matka jest trudna w obyciu, Iseult doskonale to wiedziała.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   24.06.17 19:05

Isu była przyzwyczajona do tego, że przyciągała uwagę. Hogwart był dobrym miejscem do szkolenia się w różnych rzeczach, również w cierpliwości i znoszeniu ciekawskich spojrzeń. Ciągle czuła jak ludzie wodzili za nią wzrokiem na korytarzach Świętego Munga zupełnie jakby była jedną z tańczących małp z cyrku w porcie. Rozmawiała o tym z braćmi i z ojcem, bo matka była blada jak pozostali mieszkańcy wysp i mogła zwyczajnie nie umieć dać rad swoim dzieciom. Nic dziwnego że to właśnie Faris był główną opoką córki w tych trudnych momentach. Nauczył ją odporności i poczucia własnej wartości, dlatego później w szkole jak i już w dorosłym życiu nie pozwalała, by kiedykolwiek coś tak nieprzyjemnego jak obelga dotknęło jej serca. Gdy była starsza, zabrał ją raz do Kairu skąd przywoził swoje towary. Po raz pierwsze Iseult stanęła pomiędzy tak wieloma osobami z jej kolorem skóry. Później jeszcze dwa razy wybierali się do Egiptu, by spotkać rodziców ojca i wreszcie ich poznać. Tamte ziemie były nie do porównania z Anglią - niesamowicie dzikie i egzotyczne. Hariri pasowała tam jak ulał. Musiała się tam wybrać w najbliższym czasie... Szkoda tylko że relacje z innymi krajami się zmieniły, odkąd odbyło się referendum.
Szybko jednak przestała rozmyślać o niebieskich migdałach i skupiła się na tu i teraz, gdy usłyszała odgłosy ruchu wewnątrz domu. Ciekawiło ją kto otworzy - państwo Vane mieli wszakże dwie siostry bliźniaczki i Isu zawsze to trochę bawiło. Jak to było możliwe, że rodzice rozpoznawali te dwie pociechy? Uzdrowicielce ciężko było dostrzec jakąkolwiek różnicę w podobnych jak dwie krople wody dziewczętach. Gdy jedna z nich otworzyła jej drzwi, nie była pewna z którą z nich ma do czynienia. Wiedziała, że to Jocelyn podpisała list, który do niej wysłała, więc zapewne to ona się spodziewała kobiety, a nie jej siostra. Chociaż pod jednym dachem ciężko ukryć jakiekolwiek odwiedziny. Nie dało się też nie zauważyć zmęczenia, które wyraźnie odbijało się na twarzy stażystki. Cóż. Isu znała ten ból i podziwiała całą rodzinę swojego dawnego mentora za to, że mieli siłę zajmować się jeszcze dodatkowo tak ciężko chorą osobą.
- Cześć - rzuciła, uśmiechając się ciepło. Miała nadzieję, że jakoś odciąży młodą kobietę i uśmierzy ból pacjentce. W końcu to ona się liczyła w pierwszej kolejności. Nic dziwnego że Hariri nie miała zbyt wiele czasu na prywatne życie skoro tak latała między jednym a drugim potrzebującym. Nie przeszkadzało jej to. Absolutnie. Gdyby tego nie robiła, nie czułaby się spełniona. - Stawiłam się najszybciej jak mogłam i mam nadzieję, że nie wydarzyło się nic niepokojącego od tamtego napadu? - zagadnęła, przekraczając próg domu i podążając za Jocelyn. Miała nadzieję, że to była ona, bo któż by inny? Można by powiedzieć, że znała te pomieszczenia jak własną kieszeń, gdy jeszcze jako stażystka poznawała chorobę dotyku meduzy od kuchni. Dało jej to jednak wiele w podejściu do pacjentów jak i do choroby. Szczególnie że mogła widzieć starszego uzdrowiciela przy pracy. - Czyli jednak... - mruknęła do siebie, słysząc słowa Vane. To nie brzmiało najlepiej. - Pewnie. Po to tu jestem. Na pewno wzięła swój eliksir? - spytała jeszcze, zanim weszła do pokoju pani Thei.




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   24.06.17 20:57

Jocelyn nieczęsto spotykała osoby o egzotycznym pochodzeniu. Nie było ich aż tak wiele, ale jeśli się zdarzali, łatwo rzucali się w oczy na tle bladych Brytyjczyków. Nie była jednak uprzedzona; raczej ciekawiły ją obyczaje panujące w kraju pochodzenia ojca Iseult, tym bardziej, że sama znała inne kraje głównie z opowieści i książek. Nie miała okazji zbyt wiele podróżować, choć w młodszym wieku zdarzyło jej się być parę razy we Francji z rodziną. To była chyba jej najdalsza wyprawa, głównie matka nalegała na to i oczywiście nie obeszło się bez zwiedzania tamtejszych galerii sztuki. Thea uwielbiała galerie i lubiła opowiadać córkom o sztuce, chociaż po latach sporo szczegółowych informacji zdążyło już ulecieć z głowy Josie.
Iris nie było akurat w domu, więc to właśnie Josie otworzyła drzwi. Ale przywykła już do tego, że goście zawsze przyglądali jej się, zastanawiając się, czy mieli do czynienia z nią, czy z jej siostrą, i z tego co wiedziała, w przypadku Iris było tak samo. W dzieciństwie jeszcze trudniej było je odróżnić, nawet matka często miewała z tym problemy będąc osobą dość oderwaną od rzeczywistości i żyjącą w swoim własnym świecie.
Ucieszyła się, że Iseult miała czas, żeby przybyć. W końcu jako pełnoprawna uzdrowicielka nie mogła narzekać na brak pracy, a czas wolny od niej pewnie wolałaby spędzić w przyjemniejszy sposób niż na odwiedzaniu rozkapryszonej pacjentki. Mimo to Josie była jej wdzięczna, tym bardziej, że ufała ocenie ojca, który miał o tej kobiecie tak dobre zdanie i lubił ją.
Wszyscy członkowie tej rodziny musieli nauczyć się funkcjonować w takiej a nie innej rzeczywistości. Nawet jeśli relacje nie były idealne z powodu braku szczerego uczucia między rodzicami (nawet Josie zdawała sobie z tego sprawę, choć zrozumienie tego, że matka nigdy nie odwzajemniała uczuć ojca, przyszło dopiero z czasem), byli rodziną. Ojciec starał się jak mógł, by ulżyć Thei i opóźnić postęp choroby, ale nawet on mimo niemal czterdziestu lat doświadczenia w uzdrawianiu nie był wszechmocny. Mógł podarować żonie dodatkowe lata życia, ale nie mógł jej wyleczyć. Presja Thei wobec córek też poniekąd brała się z jej choroby, która odebrała jej tytuł i karierę artystyczną, więc Jocelyn tym mocniej odczuła to wszystko, a dodatkowo gdzieś obecny był też strach, że ona lub jej siostra mogły odziedziczyć to obciążenie genetyczne. Póki co nic złego się nie działo, ale czasami czuła niepokój, gdy jakaś kończyna zesztywniała jej choćby od zwykłego, nieszkodliwego zdrętwienia.
- Od czasu napadu w galerii nic niepokojącego się nie działo, a przynajmniej niczego takiego nie zaobserwowałam ani o niczym nie wspomniała – rzekła. – Dopiero dzisiaj nastąpił kolejny atak, mocniejszy niż poprzedni, bo wtedy zesztywniało jej tylko jedno kolano i kostka – dodała jeszcze; wchodziły po schodach na gustownie urządzone piętro. Matka mimo choroby dbała, żeby jej obecna siedziba była godna jej szlacheckich korzeni, nawet jeśli nie przypominała dworu, w jakim przyszło jej dorastać. – Dzisiaj zesztywniały jej obie nogi, ale na tym się skończyło. Powiedziała, że zażyła eliksir. – Ojciec albo Josie zawsze dbali o to, by matka miała pod ręką nowe porcje zapisanych jej specyfików i mogła ich użyć w razie potrzeby. – Ale póki co nie zaobserwowałam znaczącej poprawy jej stanu i to trochę mnie zmartwiło.
Weszły do sypialni Thei. Matka Josie miała osobny pokój, nie dzieliła sypialni z mężem. Była urządzona typowo kobieco z delikatną, kwiatową tapetą na ścianach, mnóstwem koronek pokrywających różne powierzchnie i wymyślnymi bibelotami na meblach. Pod jedną ze ścian stało miękkie łoże okryte pościelą z dobrego materiału, na którym leżała Thea odziana w koszulę nocną i jedwabny szlafrok. Chociaż nie należała do wyjątkowo pięknych kobiet, a jej rysy były dość przeciętne i nijakie, w jej sylwetce czaiła się pewna duma i wyniosłość, nawet mimo faktu że aktualnie oddziaływała na nią choroba. Na widok uzdrowicielki nieco się skrzywiła; ale Thea nie przepadała za uzdrowicielami i nie lubiła gdy zbyt często pałętali się wokół niej.
- To nie było konieczne – powiedziała do córki, zapewne mając na myśli fatygowanie tutaj Iseult.
- Mamo, dostałaś kolejnego ataku w ciągu tygodnia, to poważna sprawa i powinien cię ktoś obejrzeć. Wiesz, że tata ufa Iseult, sam powiedział mi, że mogę ją wezwać kiedy sam nie będzie w stanie do ciebie przyjść – rzekła Josie, próbując uspokoić matkę.
- Dlaczego to ty nie możesz się mną zająć? – padło kolejne pytanie wypowiedziane dość zgryźliwym tonem. Ale Josie nie mogła tak łatwo odpowiedzieć, bo nawet jeśli potrafiła dawkować eliksiry i miała sporą wiedzę o anatomii, to w przypadku tej konkretnej sytuacji nie w pełni ufała własnej ocenie i wolała oddać ją osobie nie będącej zaangażowaną emocjonalnie.
Próbowała ją jednak uspokoić, tak, aby pozwoliła uzdrowicielce się sobą zająć.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   26.06.17 10:52

Ciężko było się doszukać wielu obcokrajowców w Wielkiej Brytanii z tego względu, że nie posiadali oni specjalnych praw, dlatego przybywanie na wyspy nie było dla nich atrakcyjne. Chyba że pod względem handlu, ale wtedy zawijali jedynie do portu i wracali do domów. Nie zostawali jak jej ojciec. Do tego czarodziejów nie było tak wielu, dlatego mniejszości narodowej były jeszcze rzadziej spotykane. Ale Isu była dumna z tego, że nie była jedną z wielu. Na początku ciężko było jej to zaakceptować, chociażby z tego względu, że w Hogwarcie chciała mieć koleżanki i kolegów, a inna karnacja przyciągały spojrzenia wielu. Później oczywiście nauczyła się z tym żyć i pomimo nieprzyjemnych sytuacji, nie zamieniłaby się z nikim. Potrafiła docenić swoją inność, chociaż musiała przejść nieco gorszy okres w Szkole Magii i Czarodziejstwa od innych dzieciaków. Każdy przeżywał takie chwile czy związane z wagą, nauką czy czymkolwiek innym. Jej się dostało po wyglądzie, ale dzięki temu była oryginalna i potrafiła się uodpornić na zdanie innych ludzi.
Zawsze chętnie pomagała bliskim jej sercu, a ojciec Joss wiele ją nauczył, dlatego doglądanie od czasu do czasu jego żony było niejaką drobną odpłatą długu, który u niego zaciągnęła. Nie musiał wszak opowiadać jej aż tak wiele o swojej i jej wtedy przyszłej pracy, bo stażyści nie byli podłączeni do jednego uzdrowiciela, a do wielu. Pan Vane jednak wziął sobie do serca ambicje dziewczyny i sumiennie przypominał o niektórych aspektach z życia Szpitalu Świętego Munga. Iseult nie martwiła się narzekaniami starej kobiety, bo miała do czynienia z wieloma pacjentami, a miła rodzina Thei pozwalała jej również znieść niektóre uszczypliwe uwagi. Urocza szlachcianka... Hariri słuchała słów jej córki o stanie matki, starając się najlepiej dopasować objawy do stadia choroby. Nieco się skrzywiła, gdy usłyszała, że obie kończyny zdrętwiały, a to oznaczało, że dotyk meduzy rozwijał się w o wiele szybszym tempie niż się spodziewali. Nie powiedziała nic przed wejściem do pokoju, nie chcąc specjalnie niepokoić Jocelyn. Sama się uczyła medycyny i naprawdę wiedziała bardzo dużo. Czasami jednak opowiedzenie objawów nie równa się z zobaczeniem stanu pacjenta.
- Witaj, Thea - rzuciła luźno Isu, pozwalając, żeby na jej twarzy wykwitł uśmiech, chociaż chora wyraźnie się skrzywiła. Nieco bardziej aktywna reakcja mogłaby też powiedzieć uzdrowicielce nieco o samopoczuciu. Z panią Vane był ten zasadniczy problem, że zwyczajnie marudziła na wszystko. Isu nigdy nie czuła się dobrze w jej pokoju, ale można było powiedzieć że nieco się do niego przyzwyczaiła tak samo jak do narzekania głównego powodu jej przybycia tutaj. Przysunęła sobie krzesło do łóżka kobiety, pozwalając by wymieniała kilka zdań ze swoją córką, a następnie zaczęła się standardowa procedura. Dotknęła dłoni, a później nóg pacjentki, chociaż ta nie była z tego faktu zadowolona. Ciemne ręce Iseult odbijały się na bladej skórze szlachcianki. Wyraźnie czuć było odmienną temperaturę, ale młoda uzdrowicielka szepnęła jeszcze Diagno Haemo, chcąc sprawdzić czy na pewno nie była to jedynie jej wyobraźnia. - Wiesz zapewne, moja droga, że podstawą opóźniania rozwoju choroby jest aktywny tryb życia. Uprawiasz jakiś sport? Chodzisz na długie spacery? - spytała, chociaż wiedziała, że odpowiedź dostanie od Jocelyn. Thea nie była skora do rozmowy z nią. Ani wcześniej, ani teraz. Czyli standard.




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   26.06.17 15:16

Jocelyn w Hogwarcie, szczególnie w ostatnich dwóch latach swojej nauki po nastaniu niepokojących zmian, starała się nie wyróżniać. Była typowym przykładem szarej myszki, która wolała skupić się na nauce niż szukać kłopotów. Była też osóbką raczej tolerancyjną, chociaż wiedziała, że w niektórych kwestiach należy siedzieć cicho i nie wychylać się. Ceniła sobie zdrowy rozsądek, neutralność i nie angażowała się w sprawy, które jej nie dotyczyły. W dorosłości było zresztą podobnie, unikała angażowania się w potencjalnie ryzykowne sprawy i starała się być ostrożna.
Josie zawsze w pewien sposób podziwiała swojego ojca, nawet jeśli zazwyczaj miał czas dla rodziny głównie po zakończeniu pracy. Był dobrze wychowanym i inteligentnym mężczyzną, który wpoił jej, jak dużą wartość ma odpowiednia wiedza i że warto dążyć w życiu do konkretnych celów. Nie znała szczegółów jego relacji z innymi uzdrowicielami i stażystami, choć teraz pewnie była w tym lepiej zorientowana niż w czasach, gdy była dzieckiem, chociaż wiedziała, że miał pod swoją pieczą różne osoby pragnące się specjalizować w chorobach genetycznych. Sama raczej z nim nie pracowała przez wzgląd na bliskie pokrewieństwo, ale w domowym zaciszu chętnie korzystała z jego rad, bo to on wpoił jej podstawy anatomii zanim jeszcze zaczęła staż i poważniejszą naukę, i to dzięki niemu jej zderzenie z realiami kursu było znacznie mniej bolesne, zarówno jeśli chodzi o jej wiedzę teoretyczną, jak i oswojenie z tym, co może ją tam czekać.
Relacje z matką zawsze były bardziej skomplikowane niż te z ojcem. Thea była trudną osobą, pokrzywdzoną przez życie, które nie ułożyło się tak, jak pragnęła, co odbijało się na jej relacjach z mężem i dziećmi. Ktoś postronny, obserwując dłużej tę rodzinę, mógłby zauważyć, że relacje między Theą a pozostałymi domownikami były niezdrowe i odbiegały od tego, jak powinny wyglądać relacje rodzinne. Z opowieści ojca wiedziała, że Thea przez pierwsze lata była chłodna i zobojętniała wobec dzieci, i dopiero ujawnienie się magii u córek wyrwało ją z marazmu i obudziło w niej nagłe zainteresowanie nimi. Wtedy zaczęła częściej zstępować w zgiełk życia rodziny i bardzo dbać o ich wychowanie i obycie, choć tylko w przypadku Josie i Iris, bo syna nadal nie zauważała. Jocelyn nawet nie pamiętała wyraźnie tego wcześniejszego okresu, ale pamiętała wycieczki po galeriach, opowieści o sztuce, historii magicznych rodów i inne nauki, które powinny przyswoić młode dziewczęta. W czasach, kiedy ataki choroby były znacznie rzadsze niż teraz, Thea nauczyła je, jak należy się poruszać i zachowywać, chciała, by otrzymały choć namiastkę tego, co miała ona, będąc w ich wieku. W lepszych czasach matka wydawała się inna niż teraz, przynajmniej przy nich. Takie wspomnienia Josie wolała pamiętać i przywoływać je w trudniejszych chwilach. Thea z czasów, gdy jej córki były dziećmi, potrafiła schować maskę zgorzknienia i okazać córkom wyjątkowe traktowanie, stanowiący spory kontrast dla tego, jak traktowała Toma, ale wtedy Jocelyn dawała sobie wmawiać, że Tom jest traktowany inaczej, bo jest chłopcem i nie potrzebuje tyle uwagi, co dziewczęta. Dopiero wiele lat później zrozumiała, że Thea marginalizowała go, bo wiedziała, że nie mógłby zrealizować jej niespełnionych ambicji. Mimo to w jakiś pokrętny sposób kochała matkę i doceniała to, czego ją nauczyła, kierowana zapewne jak najlepszymi chęciami, nawet jeśli nie była zbyt ciepłą osobą. Dlatego starała się być cierpliwa wobec niej, gdy coraz częściej doskwierała jej choroba, i gdy stawała się coraz bardziej zgorzkniała i trudna w obyciu. Dorastanie z taką osobą uczyło cierpliwości i pokory.
Stała obok łóżka matki, uważnie obserwując ją oraz poczynania Isu. Chociaż jak na standardy czarodziejów Thea wcale nie była stara, nie osiągnęła jeszcze nawet sześćdziesiątego roku życia, było widać, że choroba odciskała na niej swoje piętno. Kobieta była bardzo chuda, blada, jej włosy, niegdyś jasnobrązowe jak u Josie, posiadały już siwe pasma, a na twarzy utrwaliły się zmarszczki nadające jej jeszcze bardziej zgorzkniałego wyrazu. I chociaż Thea nie była uzdrowicielką, o swojej chorobie posiadała na tyle dużą wiedzę, by mieć świadomość, że obecna częstotliwość ataków nie jest dobrym znakiem. Josie mogła dopatrzeć się w szarych tęczówkach matki strachu ukrytego pod fasadą wyniosłości i powagi, za pomocą których starała się maskować emocje. Thea panicznie bała się dnia, kiedy zesztywnieje zupełnie, chociaż niestety, Josie musiała niechętnie to przyznać, nie stosowała się do zaleceń i nie prowadziła aktywnego życia. O ile w młodości zdarzało jej się jeździć konno (co Josie pamiętała bardzo mglisto z opowieści ojca oraz czasów dzieciństwa), tak od kilku lat rzadko zdarzały jej się nawet spacery. Thea narzekała, że w okolicy zamieszkało zbyt wielu mugoli, których obecność rozpraszała ją, nawet jeśli dom Vane’ów był przed nimi ukryty i znajdował się na uboczu, w pewnym oddaleniu od pozostałych siedzib. Przed częstymi wyjściami do świata czarodziejów hamował ją fakt, że bała się takich sytuacji jak w galerii sztuki, nie chciała dostać ataku w miejscu publicznym i być narażoną na dziwne spojrzenia. Ojcu i Josie udawało się jednak dbać o to, by często zażywała rozgrzewających kąpieli i pilnowali, by przyjmowała wszystkie niezbędne eliksiry. Jedynym problemem była jej niechęć do wychodzenia i do aktywności fizycznych; Josie wiedziała, że te są istotne w spowalnianiu przebiegu choroby, ale jej matka zawsze gardziła aktywnościami poza tymi szlacheckimi.
- Sport jest dobry dla plebsu, a okolica nie nadaje się już do przechadzek – skrzywiła się Thea.
Josie westchnęła cicho.
- Mama pragnie unikać takich sytuacji jak ta w galerii sztuki – rzekła, spoglądając ukradkiem na Isu; w obecności matki nie chciała rozwijać myśli, ale zapewne opowie jej o tym, gdy znajdą się z dala od uszu Thei. – Ale sportów, mimo namów ojca, nie uprawia. Nie chce nawet wrócić do jazdy konnej, którą podobno lubiła w młodości. Rzadko wychodzi, jeśli już, to tylko do ogrodu.
Thea spojrzała na nią z wyraźnym rozdrażnieniem, ale zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Czy jej atak już ustępuje? Czy może należy podać jej tym razem większą dawkę eliksiru? – zapytała po chwili Josie, ignorując grymas matki i skupiając się ponownie na Iseult, która chwilę temu rzuciła zaklęcie diagnostyczne.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   01.07.17 19:43

Jej życiem było uzdrawianie, a to było nierozłączne z kontaktami z ludźmi wszelakiej maści. Niektórych leczyło się lepiej innych gorzej. Wszyscy wiedzieli o tym od zamierzchłych czasów. Mimo wszystko zawsze znalazł się ktoś, kto bardziej cenił sobie ludzkie życie nad wygodę i Iseult była dumna, że była częścią tego niesamowitego kręgu. Niewiele niestety wiedziała o medycynie w wiekach średnich, bo nawet najstarsze księgi nie rozwijały się nad tym za bardzo. Powód był oczywisty - istniał brak dostatecznej ilości źródeł. Zresztą nie trzeba było się dziwić - w końcu w starożytności więcej osób potrafiło pisać niż w zamierzchłych czasach średniowiecza. Hariri interesowała się tak samo historią swojej profesji jak i poszerzaniem wiedzy o nowych metodach leczenia. Z tego co udało jej się sprowadzić z rodzinnych ziem ojca i przetłumaczyć, dowiedziała się o wiele więcej niż z książek opisujących uzdrowicielstwo w średniowieczu na terenach Europy. Stąd też wiedziała, że w czasach starożytnego Egiptu rolę szamanów przejęli egipscy kapłani dotąd badający gwiazdy i matematykę, tworząc zespoły norm społecznych, mających na celu ochronę zdrowia, lecz nie brali żadnej odpowiedzialności za leczenie chorych. Nie można było mówić, że stanowili idealny wzór dla dalszych pokoleń chcących nieść pomoc medyków, jednak dali podwaliny do szerszego podejścia do spraw lecznictwa. Tam też po raz pierwszy podstawą była higiena – codzienne kilkakrotne mycie rąk, odpowiednia dieta, wprowadzono posty, odpowiednie ubrania osłaniające twarz przed kurzem i niwelujące wahania temperatur oraz obrzezanie. Z tego co wiedziała większość tych norm w kulturze arabskiej przetrwało do współczesnych dni i sama stosowała to podejście przy swoich pacjentach. Oczywiście nie narzucała im kategorycznie innej niż w Anglii techniki, ale malutkimi krokami dążyła do rozwijania nie tylko siebie, ale podejścia ludzi dookoła niej. Przypominało jej to nieco podejście ów kapłanów, którzy tych zachowań sanitarnych nie narzucali siłą, przedstawiając je jako wolę bóstw karzących za nieposłuszeństwo chorobą. To łatwiej przemawiało do prostego ludu, bo było logiczne i proste. Każdy miał być osobiście odpowiedzialny przed bóstwami za wypełnianie ich poleceń i ponosił konsekwencje w postaci choroby-kary. Isu w to nie wierzyła. Co prawda dla przykładu taka lady Thea mogłaby zostać ukarana za swoje marudzenie, ale na pewno nie była to sprawka egipskich bóstw. Instynktownie zerknęła na pierścień ukształtowany tak, by przypominać Anubisa. Uśmiechnęła się delikatnie, po czym przejechała palcami po Oku Horusa zawieszonym na jej szyi. Tych dwóch bóstw Hariri najbardziej zawierzała. Stanowili jedność w połączeniu ze swoją wiedzą i mocą. Teraz również pomagali jej znieść gorzkie słowa jej pacjentki.
- Zdaje sobie pani sprawę, że nastawienie bardzo wpływa na proces leczenia, prawda? Żonie uzdrowiciela chyba nie muszę tego pani mówić. I rozumiem, że pobyt w tych czterech ścianach, ale co za różnica czy dostanie pani ataku w pokoju czy w ogrodzie? - spytała i nie dała czasu na odpowiedź, bo zwróciła się w stronę Jocelyn z półuśmiechem. - Jest dobrze, ale będę musiała nieco zwiększyć dawkę i tak z uwagi na ostatnie incydenty - powiedziała, po czym poszła otworzyć okno, ale przy okazji dała delikatny znak, żeby podeszła do niej. - Nie jest dobrze - wyszeptała, gdy dziewczyna stanęła koło niej. - Choroba się posuwa, a to znaczy, że albo twoja matka ją opóźni, dbając o zdrowie lub... - urwała, wychylając się przez okno, by zaczerpnąć świeżego powietrza. - Pogoda jest naprawdę wyśmienita na spacer! - rzuciła głośno i spojrzała na leżącą na łóżku kobietę.




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   02.07.17 11:22

Josie niestety nie była tak biegła w zamierzchłej historii lecznictwa, a w jej żyłach nie płynęła ani kropla egzotycznej krwi, więc o tak osobliwych zwyczajach mogła co najwyżej poczytać w jakichś księgach. Tych nie brakowało w domu jej rodziny, ojciec był prawdziwym miłośnikiem wiedzy, w szczególności tej związanej z szeroko pojętym uzdrawianiem i anatomią. Niemniej jednak odkąd istnieli czarodzieje, istniały też i magiczne dolegliwości, z którymi musieli nauczyć się sobie radzić, często metodą prób i błędów zdobywając doświadczenia przekazywane później kolejnym pokoleniom. Tak zresztą zapewne sprawy wyglądały sprawy ze wszystkim, nie było wiedzy bez doświadczenia i wyciągania z niego wniosków, a dzięki staraniom magów z przeszłości dziś mogli sprawnie poradzić sobie z tak wieloma urazami i chorobami. Choć oczywiście nie ze wszystkimi, niektóre schorzenia, jak te, które dręczyło jej matkę, wciąż pozostawały nieuleczalne. Leonard Vane, jego córki oraz inni uzdrowiciele, którzy się nią zajmowali, mogli tylko patrzeć jak choroba się rozwija i opóźniać jej postęp. Tylko na to pozwalał obecny stan wiedzy, nikt jeszcze nie odkrył, jak pozbyć się choroby genetycznej raz na zawsze, i jak sprawić, by to przekleństwo nie ujawniało się w następnych pokoleniach. Gdyby nie starania ojca, Thea mogłaby odejść już wcześniej, mimo to kurczowo czepiała się życia i żyła przeszłością, w której (w swoim mniemaniu) była kimś, a sztywnienie stawów było sporadyczną ułudą, nie realną, namacalną groźbą.
Sama Josie nie chciała myśleć o tym, co się stanie, kiedy choroba wkroczy w to ostatnie stadium. Wzdrygała się na myśl o tym, że matki któregoś dnia zabraknie i zostaną sami – ona, Iris i ojciec. Jakaś cząstka niej bała się też, że Thea odejdzie w poczuciu rozczarowania tym, że nie spełniło się jej największe pragnienie o patrzeniu, jak obie córki wychodzą dobrze za mąż. Całe życie w jakiś sposób starała się ją zadowolić, więc myśl o tym, że rozczaruje Theę, a jej ostatnie spojrzenie skierowane w jej stronę będzie pełne żalu i zawodu, spędzała jej sen z powiek.
Zdawała sobie sprawę, że Iseult ma rację i na pewno nie chce dla swojej pacjentki źle. To Thea była oporna i nieprzystępna, z roku na rok była taka coraz częściej. O ile dawniej rzeczywiście bardziej o siebie dbała, w czasach dzieciństwa córek chciała przynajmniej podtrzymać pozory, że panuje nad sytuacją, tak później coraz bardziej się poddawała i coraz częściej dopadały ją zgryzoty.
Zauważyła spojrzenie uzdrowicielki; w końcu nie znała jej od dziś, zrozumiała, że kobieta chce jej powiedzieć coś więcej. Coś, czego nie chciała mówić na głos przy Thei. Razem z nią podeszła do okna, udając, że spogląda w okno, ale jasne oczy zatrzymały się na śniadej twarzy kobiety; błysnął w nich niepokój.
- Chciałabym z tobą o tym porozmawiać. Na osobności – powiedziała cicho, tak, by nie usłyszała jej Thea. Matka jednak, zauważywszy tę konspirację, odchrząknęła, więc Josie była zmuszona ponownie zerknąć w jej stronę, patrząc na nią z bólem. Choroba postępowała. Sprawdziły się czarne podejrzenia Jocelyn, które, miała nadzieję, że zostaną rozwiane. Miało nie być tak źle, ale... najwyraźniej było.
- Tak, zdecydowanie to wspaniała pogoda na wyjście do ogrodu! – podchwyciła, starając się, żeby jej głos nie zadrżał. – Mamo, może się skusisz? Twoje ulubione kwiaty zaczynają kwitnąć, może wyjdziesz na zewnątrz, żeby je obejrzeć? Tam wyglądają dużo piękniej niż w wazonie.
Przez kilka kolejnych minut namawiała Theę na to wyjście, wiedząc, że wkrótce czeka ją zapewne trudna rozmowa z Isu. Ale w końcu, korzystając z tego, że sztywnienie zaczęło ustępować po kolejnej dawce eliksiru, udało jej się namówić matkę, by wzięła laskę i bardzo ostrożnie udała się na zewnątrz.
- Za chwilę przyjdę do salonu – rzuciła w stronę Isu, wiedząc, że kobieta zna rozkład domu na tyle, że bez problemu odnajdzie salon. Sama tymczasem pomogła Thei zejść po schodach, przez cały czas trzymając ją pod ramię; sztywniejące nogi były niestabilne i bez asekuracji kobieta nie byłaby w stanie bezpiecznie zejść. Nie w tym stanie. Ale zgodnie z sugestią Iseult powinna się ruszać, dlatego poprowadziła ją do ogrodu, upewniając się, że pewnie trzyma laskę i ma przy sobie również różdżkę. W razie kolejnych problemów mogła usiąść na ławce, a nikt nie mógł jej tu zobaczyć; ogród był otoczony gęstym żywopłotem, a wokół domu i ogrodu rozciągało się zaklęcie ukrywające je przed wzrokiem mugoli.
Upewniwszy się, że wszystko jest dobrze, Josie wróciła do domu i udała się prosto do salonu, zastanawiając się, jak złe wieści usłyszy.
- Więc jakie są rokowania? – zapytała cicho, gdy przestąpiła próg. Starała się myśleć o tym jak o przypadku medycznym, ale nie potrafiła. W końcu w grę wchodziła jej matka, nigdy nie potrafiła myśleć o niej po prostu jak o pacjentce, dlatego tak fatalnie nadawała się na jej uzdrowiciela i musiała wezwać Isu w kryzysowej chwili. – Ojciec uprzedzał mnie, że jej ostatnia zwiększona częstotliwość ataków może oznaczać zaostrzenie choroby, ale miałam nadzieję, że się mylił i że to tylko stan przejściowy.
Podeszła do jednego z okien, wyglądając na zewnątrz, by zobaczyć, co robiła matka i upewnić się, czy nie upadła. Póki co Thea stała pośrodku trawnika oparta na lasce i wpatrywała się w przestrzeń, podczas gdy lekki, wiosenny wiatr mierzwił jej włosy i poruszał materiałem płaszcza, który przed wyjściem narzuciła na jej szlafrok.
Jak wiele czasu jej jeszcze pozostało? Tego pytania nie potrafiła zadać wprost, nie wiedziała nawet, czy chciałaby znać odpowiedź.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   04.07.17 12:29

Gdyby Isu życzyła źle swoim pacjentom, zostałabym trucicielką lub kimś pokroju anioła śmierci, a nie uzdrowicielką. Chociaż wizja jej jako złej i pragnącej cierpienia innych był tak absurdalny, że nie mogła nie uśmiechnąć się z kpiną na samą myśl. Owszem. Zdarzały się pewne specjalne przypadki jak dla przykładu pani Vane, ale w większości to jej mąż się nią zajmował, dlatego Iseult nie spędzała z nią tak dużo czasu. Jeśli byłaby osobą, która bardziej się przejmuje słowami innych ludzi, pewnie by zwariowała i siedziała w kącie za każdym razem, gdy Thea spojrzała na nią krzywo. Oczywiście że dało się wyczuć tę wyższość kobiety, zupełnie jakby była w jakimkolwiek stopniu lepsza od młodej Hariri. Cóż... Była szlachcianka tak mocno w to wierzyła, że pewnie gdyby ktoś próbował jej wytłumaczyć, że się myli to by umarła. Nie, żeby Isu specjalnie po niej płakała, ale nie chciała, żeby kobieta umierała. Nie o to w tym chodziło. Obie należały do dwóch skrajnych światów i nigdy nie miały znaleźć tego mostu porozumienia. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo takie sytuacje zdarzały się każdemu na porządku dziennym. Jeszcze bardziej zależało jej by ta marudna stara kobieta żyła z tego względu, że widziała jak bardzo jej rodzinie na niej zależy. To było przykre, że Thea nie dostrzegała i nie doceniała tego co miała. Może Isu się myliła, ale przebywała z nią wystarczająco długo, by mieć jakieś zdanie na temat jej relacji z członkami rodziny Vane. Skinęła głową, słysząc słowa Joss. W końcu tego chciała, ale nie zamierzała dość wymownie dawać znaki dziewczynie przy chorej matce. Jednak i tak główny powód tej wizyty miał się dowiedzieć prawdy. Może i miała swoje humory, ale nie była głupia. To ostatnie słowo jakim by opisała pacjentkę. Gdy Jocelyn namawiała matkę na wyjście na dwór, Iseult oparła się przedramionami o ramę okna i wystawiła twarz do słońca, uśmiechając się do siebie. Zdecydowanie uwielbiała taką pogodę. Gdy nie było zbyt ciepło ani zbyt zimno. Idealne słońce i letni wietrzyk były idealnym połączeniem. Aż szkoda że ktoś wolał się kisić w domu niż wyjść do ogrodu. Odwróciła się akurat w chwili, w której Thea zaczęła jakoś się podnosić, co uznała za bardzo dobry znak. Gdyby codziennie się ruszała wystarczyłoby to, żeby odgonić chorobę na jakiś czas. W końcu to było najważniejsze - aktywne spędzanie czasu. Leżenie w łóżku wcale nie pomagało, a wręcz potęgowało chorobę jaką był dotyk Meduzy.
- Jasne - rzuciła z uśmiechem, pozwalając, by obie Vane zeszły do ogrodów, a sama pozbierała w międzyczasie porozkładane rzeczy z torby. Również i różdżka miała swoją specjalną kieszonkę, z której bardzo łatwo i szybko można by ją wyciągnąć. Słyszała jak kobiety schodziły po schodach i usiadła na krześle, które sobie podsunęła na moment i myślała nad rozwiązaniem tego problemu. Oczywiście że musiała się skontaktować ze swoim mentorem. Na pewno chciałby wiedzieć wszystko, co zrobiła Hariri podczas badania jego żony. Nie trzeba było być ekspertem, by dostrzec dlaczego Thea nie chciała wychodzić. U chorych z dotykiem Meduzy pojawiała się także pseudo-agorafobia. Mieli oni lęk przed poruszaniem się na otwartej przestrzeni i niechętnie wychodzili z domu. Wówczas dochodziło jednak do przymrożenia ruchów, nagłych skurczów mięśni i upadków. Stąd zapewne po tak długim czasie nastąpił ów incydent w galerii. Zaraz jednak wstała i przeniosła się do salonu, by poczekać na Jocelyn. Stażystka zaraz jednak się pojawiła jak na zawołanie, czekając zapewne na najgorsze.
- Cóż... Nie chcę cię niepokoić, ale nie zamierzam omijać prawdy - zaczęła. - Nie mam dobrych wieści. Jeśli doszło już do sztywnienia kolan, zapewne już wkrótce przesunie się to na całe nogi. A wiesz co to oznacza, gdy całe kończyny sztywnieją... Z czasem dochodzi do pogłębienia lordozy lędźwiowej lub zgarbienia. Gdy choroba zajmie brzuch, na dalszych etapach nawet medycyna nie pomoże... Owszem. Mogło to być jednorazowe. Takie skoki się zdarzają, ale twoja matka nie pomaga sobie w walce. Powinna być ciągle w ruchu, jeśli chce, by postęp szedł w tak szybkim tempie. Na razie leczenie zostanie wprowadzane na wyższy etap, czyli na zesztywnienia całych kończyn. Jeśli już się zaczęło, nie ustąpi. Tylko to mogę dla niej zrobić, a ty musisz pilnować, by zażywała jak najwięcej ruchu. To wszystko... - urwała i podeszła do Joss. - Przykro mi - powiedziała cicho, próbując złapać kontakt wzrokowy z dziewczyną. Tutaj nawet najznakomitszy magomedyk mógł stawać na głowie, a nic by nie zdziałał.




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   04.07.17 14:37

Gdy Josie wyobrażała sobie swoją przyszłość, miała nadzieję, że nie stanie się taka jak Thea, że jej świata nie przysłoni zgorzknienie i rozczarowanie, a stracone marzenia nie uniemożliwią cieszenia się tym, co już miała. Chciała uniknąć jej losu i błędów, to, kim jej matka była teraz, było w pewnym sensie przestrogą. Ale nie było winą Thei, że urodziła się z ukrytą chorobą genetyczną, która objawiła się w niej w tak istotnym wieku, kiedy rodzice usilnie szukali narzeczonego dla swojej nieurodziwej córki, nie mającej wiele do zaoferowania poza talentem do sztuki. Thea, choć znakomicie wychowana, rozkwitła zbyt późno, nigdy zresztą nie była dla rodziców priorytetem, skoro mieli inne dzieci. Może też dlatego bez większego żalu ostatecznie oddali ją Leonardowi Vane, jej uzdrowicielowi, również samotnemu i jakże obiecującemu. Ale to dla samej Thei oznaczało rezygnację z tego, co znała – z tytułu, majątku i przywilejów. I to nawet nie dla miłości – nigdy nie pokochała swojego męża, więc to małżeństwo tak naprawdę nie różniło się od większości małżeństw aranżowanych. Selwynowie pozbyli się problemu w postaci starej panny, a Thea została rzucona na głęboką wodę życia zwykłej czarownicy. Dostała w posagu jednego skrzata i mogła zabrać ze sobą część swoich sukien, a rodzina nie zerwała z nią definitywnie kontaktu – nie została wypalona z rodowego drzewa, ale utrata nazwiska i tytułu i tak nieuchronnie odsunęła ją na boczny tor.
A Josie po prostu jej współczuła i nie potrafiła jej znienawidzić nawet w najgorszych chwilach, bo wciąż pamiętała te lepsze, nawet jeśli z roku na rok było ich coraz mniej. Thea nie była uczuciową i ciepłą osobą, podobno jeszcze za młodu uchodziła za dość trudną w obyciu, ale na swój sposób starała się o przyszłość dla swoich córek, nie chciała pozwolić, by utkwiły w zwyczajności, która tak ją mierziła.
Prowadząc ją po schodach i ściskając mocno jej chudą, zimną dłoń, przywoływała w myślach te dni, gdy matka prowadziła ją do galerii, uczyła malować, tańczyć i opowiadała jej o swoich korzeniach. Wtedy w jej szarych oczach widniał błysk, którego nie widziała już od dawna. Zostawiła ją w ogrodzie, który na wiosnę zaczął okrywać się pięknymi kolorami, a potem wróciła do domu, obawiając się słów, które mogła za chwilę usłyszeć.
Ale w końcu dotarła do salonu i musiała się z tym zmierzyć. Inaczej było słuchać takie słowa od kogoś spoza rodziny; ojciec często miał tendencję do ukrywania przed córką najgorszych wieści, żeby jej nie martwić. Chociaż odkąd zaczęła kurs na uzdrowiciela, dużo trudniej było mu ją okłamać. Im więcej Josie wiedziała, tym łatwiej domyślała się, że ojciec nie mówił jej ani matce absolutnie wszystkiego. To drugie całkowicie rozumiała, bo sama też uważała, że lepiej nie straszyć Thei i nie wpędzać jej w jeszcze większe przygnębienie, ale nie chciała sama być okłamywana. W końcu była już dorosła, kształciła się na uzdrowiciela i zasługiwała na szczerość.
W ciszy wysłuchała kobiety, nie przerywając jej, kiedy dzieliła się z nią swoimi spostrzeżeniami na temat obecnego stanu matki. Jednocześnie poczuła nieprzyjemny ucisk w środku, gdy zdała sobie sprawę, co to wszystko oznaczało, i jakie konsekwencje przyniesie pewnego dnia w bliżej nieokreślonej przyszłości. Sztywnienie obejmie całe ciało, aż pewnego dnia nie ustąpi, a Thea zostanie sparaliżowana i niemal dosłownie przeobrazi się w posąg, nie mogąc się poruszyć i powoli się dusząc. Sama na szczęście nie widziała jeszcze takiego przypadku na własne oczy, nie asystowała przy chorym na dotyk Meduzy w ostatnim stadium, ale jej ojciec widział na pewno.
- Wiem. Dziękuję za szczerość. I za cierpliwość wobec niej – wykrztusiła w końcu, delikatnie zaciskając splecione dłonie. – Mimo to mam nadzieję, że to jednorazowy skok. – Ale chyba sama w to nie wierzyła, ostatnio matka zbyt często skarżyła się na sztywnienie. – Postaram się z nią porozmawiać. Przemówić jej do rozsądku, by zaczęła bardziej o siebie dbać. – Pytanie tylko, czy nie nadejdzie zupełne załamanie i czy Thea nie zwątpi w sens dalszej rekonwalescencji? Jej czas i tak był policzony i dobrze o tym wiedziała, ale Josie bardzo chciała zyskać dla niej kilka dodatkowych lat. – Jest... coraz bardziej trudna w obyciu, co na pewno zauważyłaś. Jest gorzej niż kiedyś, ale nie ulega wątpliwości, że takie choroby zmieniają ludzi. Zawsze wie lepiej i coraz częściej zamyka się w swoim własnym świecie, coraz trudniej namówić ją na wyjścia nawet w miejsca, które kiedyś tak lubiła. – Za czasów dzieciństwa Josie matka przynajmniej raz w tygodniu musiała pojawić się w jakiejś galerii, na koncercie muzyki klasycznej lub w innym miejscu związanym ze sztuką i odwiedzanym przez wyższe sfery, za przynależnością do których tak tęskniła. Teraz zwykle zamykała się w sypialni lub salonie, nawet do pracowni wchodziła rzadko i Josie dawno nie czuła wokół niej zapachu farb, który jednoznacznie kojarzyła z nią, gdy była małą dziewczynką i próbowała zyskać jej uwagę. – Wiem, że choroby nie da się zatrzymać, ale chciałabym, żeby dało się ją spowolnić. Pytanie tylko, jak dotrzeć do mamy i przekonać ją, że ma dla kogo żyć? – zapytała, choć prawdopodobnie zwróciła się teraz bardziej do siebie niż do Isu. Zastanawiała się jednocześnie, czy z ojcem nie postępowali egoistycznie, na siłę starając się wyciągać ją z dołka i w pewnym sensie wydłużając jej cierpienia i frustracje. – Zależy mi na jej dobru. I ojcu też. Wiem, że robi wszystko co tylko może, ale największym problemem jest chyba samo podejście matki do jej stanu.
Westchnęła, podchwycając spojrzenie Isu. Naprawdę była jej wdzięczna za wizytę, zajęcie się matką i za szczerość. Ale jednocześnie zastanawiała się, co ona mogłaby zrobić, żeby zmienić podejście matki i dotrzeć do niej. Samymi eliksirami i wizytami uzdrowicieli nie wskórają wiele póki Thea będzie oporna.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Przed domem   04.07.17 15:46

Isu domyślała się jak wyglądało to uczucie córki do Thei. Sama mogła właśnie - jedynie sobie to wyobrażać, bo miała szczęśliwą rodzinę. Jej rodzice mocno się kochali i byli z wyboru. Nie z powodu tego, że ktoś tak nakazał. Dla niej cały świat arystokracji było mocno pokręcony. No, bo jak to możliwe, żeby ktoś wymagał od swoich dzieci, by spotykały się z konkretnymi ludźmi, obdarzały ich sympatią i na koniec poślubiały? Wiedziała, że jej mentor akurat na swój dziwaczny sposób kochał żonę, która raczej wdzięczna mu za to nie była. Mówiło się trudno, bo miłość była ślepa. Sama była tego idealnym przykładem, ale zawsze trudniej było dostrzec błędy swojego życia niż cudze i tak samo było właśnie z Hariri.
Widziała jak Jocelyn cierpliwie znosiła jej słowa, chociaż wewnątrz na pewno była przerażona wizjami zesztywnienia całego ciała swojej matki. W końcu to było straszne. Iseult była świadkiem końcowego etapu życia pewnej kobiety chorej na dotyk Meduzy i nie było to nic godnego. Nie była to wdzięczna śmierć, jeśli takowa w ogóle miała takie oblicze. Ale mimo wszystko nie zamierzała zwodzić młodej stażystki obietnicami na poprawę. Przygotowywała ją na najgorsze, a gdyby się coś poprawiło, lepiej było się miło zawieść niż oczekiwać niemożliwego i mieć wyrzuty. Obie zdawały sobie w stu procentach sprawę, że ów straszna choroba genetyczna na dzień dzisiejszy pozostawała niewyleczalna. Można było łagodzić objawy chorobowe poprzez stosowanie leków działających wyciszająco i uspokajająco. Specyfiki te rozluźniały mięśnie i działały również przeciwdrgawkowo. Była to jednak kuracja łagodzenia bólu - nie uzdrawiania przyczyny. Zalecało się w takich przypadkach ćwiczenia bierne zakresu ruchu w stawach. Należało też pamiętać, że nagłe odstawienie terapii groziło utratą życia. Niestety Thea była uparta i nie chciała wychodzić z domu tak często jak zalecała jej Hariri.
- Powinna jak najwięcej chodzić i jeść chude mięso. Może nawet zrobić sto okrążeń w waszym ogrodzie, ale musi się ruszać. Zrób wszystko, żeby ją do tego przekonać. Widziałam, że potrafisz ją namówić do tego - odparła, posyłając pocieszając uśmiech dziewczynie. - Właśnie dlatego potrzebuje twojego towarzystwa i twojej siostry. Spróbujcie się podzielić zadaniami, nie wiem jak robiłyście do tej pory, ale spędzanie samemu czasu... Choroby - chciała powiedzieć odejścia - nie jest motywujące ani szybciej nie postępuje leczenie. Znasz ją lepiej niż ja i wierzę w to, że znajdziesz odpowiedź na nurtujące cię pytanie. Nie wiem... Może zamów powóz i zróbcie sobie kiedyś rodzinny wypad do lasu na piknik na przykład? Żeby nie spędzała tego czasu ciągle w jednym miejscu i w stanie leżącym. Żeby spowolnić chorobę potrzebne są dwie rzeczy - eliksiry i ruch. Bez tego nie powalczymy za długo - dodała, po czym położyła dłoń na ramieniu Joss. - Wiem. I właśnie dlatego musisz się jeszcze bardziej starać, by ją tutaj zatrzymać - powiedziała na koniec i uśmiechnęła się raz jeszcze. Zadeklarowała, że sama trafi do wyjścia i że muszą się kiedyś spotkać we dwie w Mungu na kawę. Przerwy bywały często nudne. Nie chciała zostawiać Vane w stanie bardziej niż depresyjnym, dlatego próbowała to pożegnanie nieco podkolorować. Może się jej to udało, a może i nie...

|zt




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Przed domem   04.07.17 17:46

Jocelyn nie miała dobrych wzorów w tym względzie. Jej rodzice byli ze sobą z woli rodziców Thei, którzy nie chcieli, żeby ich córka została sama do końca życia, kiedy jej wiek, brak urody i choroba utrudniały znalezienie partnera w obrębie jej warstwy społecznej. Może nie byłoby tego związku gdyby Leonard otwarcie się postawił i odmówił, ale w jakiś sposób zależało mu na dobrych stosunkach z Selwynami i na ich córce, a nawet udało mu się ją pokochać, mimo że ta go odpychała i traktowała jak gorszego od siebie. Josie nie wiedziała więc zbyt wiele o małżeństwach z miłości; matka zawsze wierzyła w wyższość małżeństw aranżowanych i podtrzymywanie czystości krwi. Nie wybaczyłaby żadnej z córek wyboru czarodzieja, którego krew nie byłaby czysta przynajmniej w takim stopniu, jak ich i Josie dobrze o tym wiedziała. Choć sama nie dyskryminowała czarodziejów półkrwi i traktowała ich normalnie, wiedziała, że jej przyszły życiowy partner musi zostać zaaprobowany przez Theę, bo tylko wtedy uniknie jej rozczarowania i żalu. Zresztą, w jakiś sposób też imponowało jej to życie, jakiego wspaniałość wychwalała przed nią matka, i nawet jeśli nie uda jej się sięgnąć po awans społeczny, chciała uniknąć przynajmniej degradacji i utrzymać obecny poziom życia. Wizja skromnego, biednego życia bez żadnych perspektyw na przyszłość nie była pociągająca, dlatego też Josie nie marzyła o wielkiej miłości ponad podziałami. Nie była przekorna, raczej ulegała matce i nie stawiała zaciekłego oporu, gdy ta uważała, że może decydować o jej przyszłości. Najwyraźniej było w niej coś z tego chowu wzorowanego na szlacheckim, pragnienie zadowolenia rodziny i spełnienia odpowiednich norm, nie zaś poszukiwania niezależności.
- Dobrze – pokiwała głową, starając się zapamiętać te zalecenia. – Postaram się na nią wpłynąć. Porozmawiać z nią szczerze i nakłonić do tego, by wznowiła walkę ze swoimi słabościami i chorobą. – Pewnie łatwo było jej mówić; kto wie, czy po ponad trzydziestu latach mierzenia się z tym schorzeniem sama miałaby w sobie choć resztki hartu ducha i woli przetrwania jeszcze kolejnych lat, ze świadomością, że nie pozostało ich wiele? To samo w sobie mogło załamać, łatwiej było w końcu umrzeć szybko i nagle, nie myśląc o tym zawczasu, niż całymi latami czekać na ten dzień ze świadomością jego nieuchronności. – Będę... Będziemy o nią dbać. Przekażę też Iris... I ojcu... Mam nadzieję, że kiedy znowu się spotkamy będę mogła ci przekazać dobre wieści o postępach.
Zapewne do spotkania dojdzie w Mungu; trudno byłoby im się tam unikać, tym bardziej, że Josie czasem była kierowana na oddział chorób wewnętrznych i wtedy miała okazję współpracować z Isu, która pewnie będzie chciała wiedzieć, czy dziewczynie udało się przekonać matkę do potraktowania poważnie zaleceń.
Skinęła jej z uśmiechem i pożegnały się; wcześniej Josie zapewniła, że chętnie spotka się z nią w herbaciarni Munga w trakcie jakiejś przerwy w pracy. A później, gdy kobieta wyszła, dziewczyna udała się do ogrodów, gdzie nakłoniła matkę do kilkukrotnego obejścia podwórza dookoła; szły obok siebie, rozmawiając niezobowiązująco, a Josie zastanawiała się intensywnie, jak poruszyć trudniejszy temat dotyczący przeciwdziałania zbyt szybko postępującej chorobie.

| zt.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
 

Przed domem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ogród przed domem
» Przed domem
» Obrona Przed Czarną Magią
» Klasa do Obrony Przed Czarną Magią
» Klasa Obrony Przed Czarną Magią

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Maxwell Lane 84-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17