Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Salon   24.04.17 18:48

Salon

To okazałe, jasne pomieszczenie pełne miękkich kanap, szafek, bibelotów i wszechobecnych roślin, które upodobała sobie pani tego domu. Duże okna wychodzą na podwórze z tyłu domu; znajduje się tu także kominek podłączony do sieci Fiuu. Także tu nie brakuje książek oraz innych szpargałów, a na ścianach wisi sporo obrazów namalowanych przez Theę Vane w czasach świetności jej talentu. Jest to całkiem przyjemne miejsce do spędzania czasu, chociaż trzeba uważać, żeby nie potknąć się o któryś z wysmukłych stolików... albo o lubiącego tu wypoczywać kota należącego do pani Vane.


Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   08.05.17 23:20

| 22.04?

Miała dziś wolne, więc mogła spędzić ten dzień we względnym spokoju. Rano po raz pierwszy od dłuższego czasu wyspała się, a po śniadaniu wybrała się na przyjemny spacer po okolicznej polanie i niewielkim lasku, gdzie w dzieciństwie lubiła bawić się z Tomem i Iris. Mieszkali w spokojnej części Londynu, w pewnym oddaleniu od innych domostw i nie integrowali się z okolicznymi niemagicznymi mieszkańcami, żyjąc w spokoju swoim życiem. W małym lasku wciąż można było dopatrzeć się pewnych pozostałości po błogich czasach dzieciństwa Vane’ów, jak napisy wycięte niegdyś przez Toma w korze jednego z drzew. Dziś były już ledwie widoczne, ale wciąż wyczuwalne pod opuszkami palców, a Josie mimowolnie pomknęła myślami do zaginionego brata, zastanawiając się, gdzie teraz się znajdował i czy w ogóle żył. Minął już prawie rok, odkąd zniknął i nikt z nich nie miał pojęcia, co się z nim stało.
Potrzebowała tej chwili odpoczynku od pracy, nauki i problemów z chorą matką, która w ostatnich dniach była marudna i nieznośna. Ale skoro ojciec z nią został, Josie mogła bez większych wyrzutów sumienia opuścić dom i poszukać coraz liczniejszych oznak zbliżającej się wiosny. W końcu przysiadła na przewróconym pniu, na którym kiedyś bawiła się z siostrą, udając, że siedzą nie na uschniętym drzewie, a na grzbiecie najprawdziwszego smoka. Wyciągnęła z torby szkicownik i zajęła się szkicowaniem wiosennych kwiatów. W ramach nauki do kursu jakiś czas temu zaczęła tworzyć ilustrowany zielnik z dokładnymi szkicami i opisami ziół używanych w magomedycynie, więc w wolnych chwilach doskonaliła swoją technikę.
Później wróciła do domu. Jak się okazało, ojciec musiał udać się do Munga, więc w domu rodziny Vane została tylko matka. Jocelyn udała się na górę sprawdzić, czy niczego jej nie brakuje, ale w połowie schodów usłyszała huk dobiegający z góry, z miejsca, gdzie znajdowała się pracownia matki. Pchana nie najlepszym przeczuciem pospiesznie się tam udała i otworzyła drzwi, zauważając wywróconą sztalugę, toczące się po podłodze słoiczki z farbami i rozdarte płótno, nad którym stała wygięta w dość dziwnej pozycji Thea. Josie od razu domyśliła się, że to kolejny atak choroby. Ostatnio matka przechodziła fazę zaostrzenia, więc jej stawy sztywniały dość często, ale nic do niej nie docierało i chciała tworzyć. Sztuka działała na nią w dość zawiły sposób, z jednej strony pozwalając jej na ucieczkę od problemów, z drugiej wpędzając we frustrację, odkąd jej linie i kształty stały się coraz bardziej niepewne i chaotyczne, a ręka potrafiła zesztywnieć w najmniej odpowiednim momencie.
Nie powiedziała ani słowa, nie mając serca wypominać jej tego, że próbowała malować w fazie pogorszenia objawów. Po prostu odprowadziła matkę do jej sypialni, obiecując, że sama posprząta ten bałagan. Thea znowu zaczęła swoje pełne czarnych myśli wywody, a Josie cierpliwie uspokajała ją i podała jej eliksiry, zostając przy niej, dopóki nie zasnęła.
Dopiero wtedy mogła wrócić na dół, mimo przyjemnego poranka i wolnego od pracy dnia znowu odczuwając zmęczenie. Przysiadła na kanapie, na jej kolana wskoczył nie najmłodszy już kot matki... Kiedy nagle usłyszała jakiś dźwięk.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   10.05.17 9:00

/ pasuje

Lorraine wierzyła w prawdziwe cierpienie. Wierzyła, że istnieją rzeczy, które nas tłamszą i niszczą. Wierzyła, że często los może być dla nas po prostu okrutny. Każdy miał własne granice i swoje ramy odczuwania bólu. Blondynka zwykle starała się spostrzegać każdą ze stron. Nie tylko swoją bowiem była człowiekiem, który chciał dzielić się nadzieją na poprawę. Josie znała już dość długo. W końcu jej mama zanim jeszcze została Abbott znała mamę Josie, a po małżeństwie z Archibaldem ich znajomość pogłębiła się jeszcze bardziej w końcu byli rodziną. Choroba matki była tym czego Lorraine jej współczuła. Rola matki w rodzinie jest bardzo ważna i Lorraine do swojej jest bardzo przywiązana chociaż to z ojcem dzieliła więcej pasji. Matka nauczyła ją bycia idealną szlachcianką, zmuszała do nauki tańca, poprawiała rąbek spódnicy gdy ten wydawał się być nierówny. To matka gładziła jej blond włosy gdy zasypiała, łatała jej smutki kiedy musiała wyjechać do Akademii, a gdy Ulyssesem trzaskali drzwiami obu posiadłości składała im reprymendę z szerokim uśmiechem na ustach. Łatwo było ją kochać i arystokratka doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie wyobrażała sobie momentu, w którym mogłoby jej zabraknąć, albo co gorsza przed śmiercią miałaby prawdziwie cierpieć. Cierpieć na całe życie. Dlatego Lorraine bardzo chciała pomóc młodej Vane. Chociaż nie była szlachcianką to powinna czuć się ważna. Nikt nie wybiera sobie pochodzenia. Właściwie nic w naszym życiu nie jest w pełni wyborem. To tylko kilka zbiegów okoliczności i przekorność losu. Dzisiaj szlachcianka była w odwiedzinach u ojca, który prosił by pomogła mu z wypełnieniem kilku apelacji. Chociaż Lorraine nie zajmowała się prawem aż tak bardzo jak tego chciała to wypełnianie kilku dokumentów wydawało się być miłą odskocznią. Jej ojciec zawsze miał mało czytelne pismo. Jej mama zawsze powtarzała, że na szczęście nie został alchemikiem bo on sam nie byłby w stanie przeczytać napisów zamieszczonych na flakonikach. Dlatego właśnie często zatrudniał do tego swoją córkę, która już dowiodła, że prawo to nie tylko chwilowa ekscytacja, ale prawdziwy zawód, których chciała chociaż delikatnie z nim dzielić. Zawód; brzmiał dziwnie w myślach szlachcianki. Te z reguły miały nie pracować bo wszelkie fundusze zapewniali im mężowie, a wcześniej rodzice, ale ona nie traktowała tego jako pracy. Raczej jako pasję, która pomagała jej wspierać ludzi i nie tylko ludzi. Do Josie sprowadziły ją dokumenty, które ojciec prosił by dostarczyła do jej ojca. Nie wiedziała czego dotyczą, ale domyślała się, że chodziło o jakąś sprawę w szpitalu, w której potrzebna była opinia znawcy prawnego. Oczywiście mogła ów dokumenty przekazać Archiemu, ale wiedziała, że jej mąż jest na tyle zabiegany iż może zwyczajnie o nich zapomnieć. Z drugiej strony dawno nie odwiedzała Vane'ów, a ona nie miała w zwyczaju zaniedbywać kogokolwiek. Źle się z tym czuła. Chciała mieć kontakt z każdym i utrzymywać go najlepiej jak tylko potrafi. To jednak nie było wcale takie ładne. Stojąc już pod drzwiami ujęła delikatnie kołatkę w dłoń i zastukała kilkukrotnie. Może nie powinna przychodzić bez zapowiedzi? Już dawno niestety przestała się przejmować takimi rzeczami. Gdy drzwi się otworzyły, a ona zobaczyła w nich delikatną twarz szatynki uśmiechnęła się i przytuliła ją do siebie. - Tak dawno cię nie widziałam. - powiedziała w geście powitania. Ostatnio zbyt częstym geście.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   10.05.17 22:18

Odgłos wyrwał Josie z zamyślenia. Rozejrzała się po salonie, przez chwilę obawiając się, że może to matka przebudziła się i znowu coś przewróciła lub co gorsza upadła, ale po chwili uświadomiła sobie z ulgą, że to tylko dźwięk kołatki zwiastującej czyjeś przybycie. Podniosła się i ruszyła przez pokój, a następnie przez korytarz, docierając do drzwi i uchylając je lekko. Uniosła nieznacznie brwi, zdziwiona pojawieniem się na ich progu Lorraine.
- Witaj! Miło cię znowu zobaczyć – powiedziała, a na jej bladej twarzy pojawił się uśmiech. Rzeczywiście nie widziały się dość długo, w ostatnich tygodniach Josie spotykała tylko męża kobiety i to głównie na korytarzach Munga. – Może wejdziesz do środka? – zaproponowała więc, ciekawa, czy kobietę sprowadzało tutaj coś konkretnego, czy może zajrzała z towarzyską wizytą. Josie pamiętała, że jej matka niegdyś przyjaźniła się z matką Lorraine, w dodatku była krewną jej męża. Tym sposobem także Jocelyn poznała młodą lady Abbott, później Prewett, a jej małżonka oczywiście znała z pracy a także z tych rodzinnych spotkań, na których bywała wraz z matką i siostrą.
Przesunęła się, pozwalając kobiecie wejść do środka i prowadząc ją w stronę salonu. Matka zadbała o to, by potrafiła dobrze zachowywać się w obecności szlachetnie urodzonych, chociaż w obecności Lorraine zawsze czuła się swobodnie i dawno już odpuściła sobie sztywność i oficjalność w relacjach. Lady Prewett nie emanowała poczuciem wyższości, była ciepłą, sympatyczną osobą, z którą można było porozmawiać na różne tematy. Nie traktowała jej gorzej tylko dlatego, że nie posiadała tytułu. Może nie łączyła ich poważniejsza zażyłość, ale Josie bardzo ceniła sobie tą znajomość, a niekiedy nawet bywała w posiadłości Prewettów, którzy stanowili przykład rodziny jak z obrazka. Można było im pozytywnie pozazdrościć, że w świecie aranżowanych związków odnaleźli własne szczęście, przecząc powszechnemu poglądowi, jakoby większość szlacheckich małżeństw była nieudana i podyktowana wyłącznie rodowym dobrem. Jocelyn wiedziała też, że jej matka pożądała takiego życia, nie potrafiła w pełni docenić tego, które przypadło jej w udziale, uważając swojego czystokrwistego męża za czarodzieja niższej kategorii, ponieważ nie posiadał odpowiedniego nazwiska ani ogromnego majątku.
- Napijesz się czegoś? – zaproponowała grzecznie, gdy znalazły się w przytulnie urządzonym salonie z dużymi oknami wychodzącymi na ogród i mogły usadowić się na miękkiej kanapie lub w fotelach ustawionych w pobliżu wysmukłego stolika. Tu i ówdzie stały różnych rozmiarów rośliny, które zgromadziła niegdyś Thea Vane. – Co cię do nas sprowadza? Chciałaś zobaczyć się z mamą? Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku.
Podstarzały skrzat, którego matka otrzymała w posagu w momencie zamążpójścia, po chwili przyniósł parujące filiżanki i półmisek z chrupiącymi ciasteczkami, po czym zniknął. Josie utkwiła uważne spojrzenie w twarzy Lorraine, którą jej matka tak często stawiała jej za wzór godny naśladowania. Teraz jednak, dzięki jej pojawieniu się i zastanawianiu nad powodem jej wizyty na krótki moment mogła nie myśleć o scenie, której była świadkiem w pracowni matki nie dalej jak pół godziny temu.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   15.05.17 23:59

Lorraine zawsze była rodzinną osobą. Ludzie byli dla niej zawsze. Nie brało się to tylko z wychowania jakie otrzymała. Nie brało się to też tylko z tego, że jej rodzina bardzo dużo poświęciła ciągłemu szukaniu sprawiedliwości i prawdy. W dużej mierze brało się to z empatii, którą miała. Ta rosła w niej wraz z wiekiem i w stu procentach pochodziła od matki, która miała jej w sobie tak wielkie pokłady, że mogła obdarować nią cały świat. Arystokratka dużo czasu spędzała wśród ludzi i o żadnym nigdy nie zapomniała. Nawet jako matka dwójki ciągle zmieniających się dzieci, nawet jako żona zapracowanego lorda West Lulworth, nawet jako znawczyni prawa, nawet jako arystokratka. Bycie córką i bycie siostrą też nie mogło całkowicie odsunąć ją od ludzi. Owszem zwykle była zajęta. Czas zwykle poświęcała dzieciom, które wychowywała sama nie chcąc by ktokolwiek ingerował w ten czas w pełni. Pamiętała to jak sama była dzieckiem. Ile czasu musiała spędzać z guwernantkami i opiekunkami, które często doprowadzały ją na skraj irytacji i pozbawiały dziecinnych marzeń napełniając po brzegi obowiązkami wobec rodu. Nie chciała tego dla swoich rudowłosych skarbów. Pomimo tego, że poświęcała się swoim rolom w pełni chciała znaleźć czas na kontakty z innymi w tym właśnie Josie, która mimo swojego młodego wieku była bardzo dojrzała. Lorraine widziała jak wiele czasu ta poświęcała opiece nad schorowaną matką i choć bardzo współczuła choroby to także współczuła młodej Vane. Współczuła tego, że musiała patrzeć na to wszystko co działo się z jej rodzicielką. Czy to nie była najgorsza z genetycznych chorób? Czy to nie ona przynosiła najwięcej cierpienia? Nawet jeśli dzisiaj robiła tylko za posłańca to miała szczerą nadzieje, że właśnie Josie dzisiaj tutaj zastanie. Dawno już nie pogrążały się we wspólnej rozmowie, a Lorri była ciekawa tego co przez ten czas działo się w życiu młodej czarownicy. Uśmiech rozpromienił twarz blondynki gdy ta tylko zobaczyła swoją bliską kuzynkę. Tak, stały się rodziną w momencie, w którym Lorraine wstąpiła w związek małżeński i stała się Prewettem. Nawet jeśli Josie nie była szlachcianką. Dla niej to nie miało żadnego znaczenia. Skinęła szybko głową gdy ta zaproponowała jej by weszła do środka. W końcu nadal niosła przesyłkę dla ojca szatynki no i oczywiście nie chciała stracić możliwości do zajęcia jej chociaż minuty z czasu, którym dysponowała. Rozejrzała się po przedpokoju zaraz wracając spojrzeniem do kobiety. - Właśnie wracam od rodziców, a oni oczywiście nie wypuścili mnie z domu nienajedzonej i nienapitej do granic możliwości, ale ciągle mam wspomnienie tej cudownej herbaty, którą piłam kiedy byłam tu ostatnim razem. Chętnie się napije. - odparła gdy weszły do salonu. Zawsze tak kończyła się wizyta w posiadłości Abbottów. Nie była pewna czy ojciec wierzy, że jego córka jest już na tyle duża by sama o siebie zadbać. Dla niego chyba już zawsze miała zostać małą córeczką, którą trzeba było chronić przed całym światem. Uśmiechnęła się delikatnie słysząc pytanie kobiety. - Właściwie dzisiaj odnajduje się w roli posłańca. Ojciec chciał bym przekazała te materiały Twojemu ojcu. Właściwie to chciał, żebym dała je Archiemu, ale wiem, że jest on tak zajęty, że prawdopodobnie by o tym zapomniał więc postanowiłam sama się wybrać i was odwiedzić. Nie ukrywam, że mam zamiar zająć ci chwile czasu. Opowiedz mi co u ciebie. Opowiedz mi jak czuje się mama. - zaczęła spoglądając na jakby wymęczoną twarz szatynki. - U nas wszystko w porządku. Właściwie całkiem niedawno wróciliśmy z krótkiej wycieczki do Szkocji. Mało ostatnio mamy czasu na wszystko. - dodała ze wzruszeniem ramion.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   17.05.17 14:44

Jocelyn zawsze ceniła w Lorraine te cechy, które czyniły ją tak miłą, wyrozumiałą osobą. Choć oczywiście zdawała sobie sprawę z różnic klasowych, doceniała fakt, że lady Prewett nie traktowała jej jako kogoś niższej kategorii, jak czyniły to niektóre szlachcianki z najbardziej konserwatywnych spośród rodów. Josie w pewnym sensie była wybrykiem natury, przez całe życie funkcjonowała na pewnej granicy – z jednej strony otrzymała niemalże szlacheckie wychowanie wpojone przez matkę, z drugiej – musiała znać swoje miejsce i niższą pozycję w hierarchii, mieć świadomość, że jej krew nie była szlachetna. Musiała akceptować swoje miejsce w świecie, a przez lata nauczyła się funkcjonować, godząc ze sobą dwie strony swojej natury – tą poważną, dobrze wychowaną, niemalże szlachecką Jocelyn i tą miłą, sympatyczną Josie, która pragnęła szczęścia zarówno dla siebie, jak i dla bliskich. Jej matka mimo upływu lat od utraty tytułu zawsze pozostała damą pamiętającą o swoich korzeniach i zasadach świata, w którym dorastała, i które próbowała wpoić córkom. To niestety doprowadziło do pewnego wypaczenia wzorców rodzinnych w tym domu, a sama choroba Thei Vane okazała się wygodnym narzędziem ułatwiającym manipulowanie umysłami męża i dzieci. Przez to wszystko Josie musiała szybko dorosnąć i tylko czasami pozwalała swojemu wewnętrznemu dziecku wydostać się na światło dzienne, zazwyczaj wtedy, kiedy nikt nie widział. Trudno było być dzieckiem, gdy odkąd sięgała pamięcią, matka roztaczała wizję swojej rychłej śmierci (która nie nastąpiła, ale przekonanie, że nie można jej denerwować i zawodzić, trwale wyryło się w serduszku Josie) i pragnęła być dumna z córek, a one pragnęły, by matka była dumna z nich.
Teraz mogły usiąść w salonie z filiżankami dobrej, aromatycznej herbaty, o jakiej sprowadzanie do domu troszczył się ojciec.
- To miłe, że tak się o ciebie troszczą nawet kiedy już dawno wyszłaś za mąż i masz własną rodzinę – zauważyła, zastanawiając się, czy Thea byłaby zdolna do takiej dbałości o nie, gdyby nie jej choroba, wraz z którą postępowało także zgorzknienie i coraz częstsze wycofywanie się w swój własny świat. – Mojego ojca nie ma, musiał udać się do Munga. Jako pełnoprawny uzdrowiciel zawsze ma sporo pracy, ale jeśli trzeba, oczywiście przekażę mu te dokumenty – powiedziała, zamierzając dopilnować, by ojciec po powrocie dostał papiery. Zapewne będzie wiedział, jaki z nich zrobić użytek, bo Josie nawet nie wiedziała, co tam było. – Wobec tego cieszę się, że postanowiłaś wykorzystać pretekst i pojawić się u nas z tą teczką. Tak dawno się nie widziałyśmy.
Upiła łyk herbaty i uśmiechnęła się. Tak, zdecydowanie potrzebowała przyjemnego towarzystwa kogoś innego niż matka.
- U mnie raczej w porządku, radzę sobie z kursem, chociaż wciąż dużo się uczę. W końcu został mi już tylko rok podstawowego stażu, zanim wybiorę specjalizację. – Do tego czasu powinna podjąć konkretną decyzję, co takiego chciałaby robić w swoim życiu. – Mama czuje się... Nie najgorzej, choć ostatnio ma fazy zaostrzenia choroby. Tęskni za malowaniem i za regularnymi wyjściami, ale ojciec każe jej się oszczędzać i unikać wszelkich stresów. – Jocelyn skrzywiła się lekko. Choroba matki może nie była najcięższą przypadłością genetyczną, ale z pewnością była wyniszczająca psychicznie dla chorego i jego rodziny. Nie chciała jednak martwić Lorraine opowieściami o niektórych zachowaniach matki, bo wiedziała o jej wrażliwości, ale niewykluczone, że kobieta mogła wychwycić w jej głosie pewne zawahanie zwiastujące, że to nie była cała prawda.
- Cieszę się, że u was układa się lepiej. Jak było w tej Szkocji? Odwiedziliście jakieś konkretne miejsce, czy to była spontaniczna rodzinna wyprawa? – zapytała z zaciekawieniem. Minęło dużo czasu, odkąd Vane’owie byli gdzieś całą rodziną, ale i nigdy nie byli prawdziwie, całkowicie zgrani, więc takie relacje jak u Prewettów stanowiły dla niej pewną abstrakcję. Ale musiała przyznać, że Lorraine naprawdę wydawała się wspaniałą żoną i matką. – Sama raczej rzadko mam okazję opuszczać Londyn, zresztą sporo czasu poświęcam kursowi i dodatkowej nauce. – Dlatego tym bardziej liczyła na jakąś ciekawą opowieść.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   20.05.17 14:27

Lorraine zawsze łatwiej było wejść w czyjąś skórę niż utożsamić się z sobą samą. Znała się na wylot i rzadko pozwalała by coś ją zaskoczyło. Działo się tak zwykle tylko wtedy kiedy wizje pojawiały się w jej umyśle. Nieproszone. Gwałtownie wdzierające się do jej myśli. To była rzecz, której w sobie szczerze nienawidziła. To, że atakowały ją bez względu na czas i miejsce. To, że blokowały jej ciało i nie pozwalały na jakikolwiek ruch. To, że nagle traciła wzrok i słuch, a jedynie ciągle symbole przenikające jej ciało. Irytował ją nawet ten brak prostoty. To, że nie mogła dokładnie zobaczyć tego co się wydarzy, a jedynie musiała się domyślać co mogło to oznaczać. Lorraine nie potrafiła utożsamić się z tą częścią samej siebie i o wiele łatwiej było jej postawić się w sytuacji innych osób. Wiedziała o cierpieniu wystarczająco by zrozumieć to co czuje Josie. Kiedy Harry po tym jak jego narzeczona zniknęła bez śladu zamknął się w sobie nie wiedziała już co ma począć. Opanowała ją bezradność jakiej nigdy nie znała. Był zawsze światłem Doliny Godryka, a wtedy to światło po prostu zgasło. Przez długi czas nic do niego nie docierało, a tym bardziej mu nie pomagało. Wiedziała jak to jest być zmuszonym do nauczenia się życia bez tej osoby. Do patrzenia na nią przez pryzmat zmian jakie nastąpiły. Ciężko jest sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógłby zmienić się tak bardzo, a jednak nie pozostają co do tego żadne wątpliwości. Nagle stają się całkowicie innymi ludźmi. Tymi, których jeszcze nie dane nam było poznać. Lorraine nie potrafiła szanować ludzi, którzy patrzyli na wszystko przez pryzmat krwi. Oczywiście była szlachcianką, ale dla niej to bardziej świadczyło o obowiązkach jakie miała względem innych ludzi niż o wyższości. Może wynikało to z bycia Abbottem, a może z otwartości umysłu. Nigdy się nad tym dłużej nie zastanawiała. - Tak, potrafią być bardzo opiekuńczy. - powiedziała, a kącik ust drgnął jej w delikatnym uśmiechu. Wiedziała, że jej rodzice zawsze będą o nią się martwić nawet wtedy kiedy będzie już miała swoje lata i doświadczenie na karku. Tacy już byli i świadczył o tym nie zmienny wzrok ojca za każdym razem gdy odwiedzała dom rodzinny razem z Archibaldem. Ojciec pomimo zapewnień co do jego uczuć względem niej i tak ciągle musiał się upewniać, że tej nie dzieje się krzywda i jest szczęśliwa. Skinęła głową z wdzięcznością. Nie chciała zrzucać jej tego na głowę wiedząc, że i tak ma dużo zajęć, ale skoro mogła dostarczyć ojcu to Lorraine była jej za to bardzo wdzięczna. Zacisnęła kościste palce na filiżance przyglądając się dziewczynie z uśmiechem. - Myślałaś już nad jakąś konkretną specjalizacją? - zapytała bo nie mogła się tym nie interesować mając męża uzdrowiciela. Czy chciała czy nie wszystkie nowinki ze szpitala św Munga przepływały przez nią każdego dnia. Blondynka sięgnęła po dłoń Vane kiedy ta wspomniała o matce. - Pozdrów ją proszę ode mnie serdecznie i powiedz, że życzę jej szczęścia. - arystokratka zawsze była szczera. Wiedziała, że życzenie zdrowia niczego by nie przyniosło. Oboje wiedziały, że ta choroba może już tylko postępować. Jednak chciała dla niej, żeby mogła w szczęściu cieszyć się tym czego pragnie. Malarstwem. Lorraine domyślała się, że sprawa może wyglądać o wiele gorzej i rozumiała dlaczego Josie nie chciała jej o tym mówić. Wolała nie drążyć bolesnego tematu chociaż chciałaby dla niej chwili wytchnienia. Uśmiechnęła się odstawiając filiżankę na blat stolika. - Archie dostał w końcu weekend wolnego więc chcieliśmy to wykorzystać tym bardziej, że ostatnio mało czasu spędzamy wspólnie. Cichy weekend… głównie puszczaliśmy latawce i pływaliśmy łódką. - właśnie takiego spokoju potrzebowali. Wszystko oby tylko spędzić czas wspólnie. - Powinnaś nas odwiedzić. Dzieci na pewno się ucieszą, a musisz też czasem znaleźć chwile dla siebie, Josie.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   20.05.17 16:23

Jocelyn nie wiedziała, jak to jest – posiadać jakiś dodatkowy dar, widzieć przebłyski przyszłości. Sama była całkowicie zwyczajna, oczywiście jak na standardy magicznego świata. Poza magiczną mocą nie posiadała innych dodatkowych uzdolnień. Nie potrafiła zmieniać wyglądu, rozumieć mowy zwierząt ani widzieć przyszłości. Jednak to, czy wizje były błogosławieństwem, czy przekleństwem, było sprawą dyskusyjną. Czasami lepiej było pewnych rzeczy nie wiedzieć. Jeśli miałaby umrzeć, wolałaby nie tracić swoich ostatnich chwil na strach i zamartwianie się. Czasem zastanawiała się, jak Lorraine radziła sobie z tym, co widziała, a myślała o jej darze całkiem sporo, odkąd kilka dni przed zniknięciem Toma kobieta zdradziła jej, że zobaczyła coś zwiastującego takie wydarzenie. Na początku to zbagatelizowała, woląc łudzić się, że to mylna wizja, bo przecież nawet dar jasnowidzenia nie warunkował absolutnej nieomylności i sprawdzania się każdego przebłysku. Dopiero później zaczęła żałować, że żadne z nich nie posłuchało Lorraine i nie potraktowali jej słów z należytą powagą, choć od tamtego czasu podchodzili do kwestii jasnowidzenia z mniejszym sceptycyzmem; wcześniej Jocelyn nawet nie chodziła na wróżbiarstwo w Hogwarcie, uważając ten przedmiot za stek bzdur, bo z prawdziwymi wizjami i tak nie miał wiele wspólnego.
Wobec Josie nikt nie był szczególnie opiekuńczy. Ojciec nie miał zbyt wiele czasu i zwykle poświęcał rodzinie głównie wieczory, choć na swój sposób starał się troszczyć o swoje latorośle oraz o chorą małżonkę, która nigdy go nie pokochała. Matka nie potrafiła być szczególnie rodzinna; zdarzało jej się rozpieszczać córki, gdy miała dobry nastrój lub była zadowolona z ich sprawowania, ale gorzej radziła sobie w byciu matką w takim zwyczajnym względzie. Będąc osobą bardzo mocno skupioną na sobie i swoich tragediach, nie miała w sobie zbyt wiele empatii wobec innych i zdawała się nie pojmować, że dzieci potrzebują czegoś więcej niż ładnych strojów, lekcji dobrego wychowania, przedmiotów potrzebnych do rozwijania zaaprobowanych przez matkę pasji czy komplementów od czasu do czasu. Tak więc Josie i Iris nie miały takiej osoby, która opowiadałaby im bajki na dobranoc czy łatała poobijane kolana, może nie licząc ich ulubionej opiekunki z dzieciństwa. Ale też nie wiedziała, czego jej brakuje, więc uważała swoje dzieciństwo za normalne, może nie licząc momentów, gdy widziała gromadkę Prewettów razem. Patrzenie na nich było pewnym szokiem, tym bardziej, że zdecydowanie przeczyli typowym wyobrażeniom szlacheckich rodzin. O dziwo, chyba to Vane’om było bliżej do takiego wyobrażenia niż rodzinie Lorraine.
- Na ten moment chyba najbardziej przemawiają do mnie urazy pozaklęciowe. Oczywiście, to może się jeszcze kilka razy zmienić przez ten rok, który pozostał mi do podjęcia ostatecznej decyzji... Na pewno pamiętasz, jak samym początku pragnęłam tak jak mój ojciec leczyć choroby genetyczne. – Łatwo można było się domyślić, dlaczego Josie niegdyś tak zainteresowała się właśnie tym oddziałem, na którym nie tylko pracował jej ojciec, ale i zajmowano się tam chorobami rodzaju tej, która dręczyła jej matkę i potencjalnie mogła zagrażać także jej lub jej siostrze. Ale później wraz z upływem kolejnych miesięcy stażu właśnie te powody sprawiły również, że Josie zmieniła zdanie i zaczęła rozglądać się za inną ścieżką, prawdopodobnie rezygnując z dawnych planów snutych pod koniec Hogwartu i w pierwszych tygodniach kursu. – Dopiero jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że zbyt osobiste zaangażowanie nie wpłynęłoby na mnie dobrze i że nie chciałabym być dla mojej matki uzdrowicielem, a córką. – Zresztą samo pracowanie z ojcem na dłuższą metę mogłoby być niezręczne, a inny oddział gwarantowałby jej większą niezależność w tym względzie. – Wystarczy, że muszę się nią zajmować w domu, a już samo to nie wpływa zbyt dobrze na nasze relacje... Ale oczywiście, pozdrowię ją i wspomnę, że tu byłaś.
Napiła się znowu, przelotnie zerkając w okno, za którym było widać fragment ogrodu.
- To cudownie! Takie dni z pewnością są bardzo potrzebne. Nie tylko dzieciom, ale i dorosłym ciągle zajętym swoimi obowiązkami. Czasami dobrze oderwać się od codzienności i wyciszyć na łonie natury – zauważyła, w duchu tęsknie myśląc o spędzeniu choć paru dni w taki sposób. O rozkosznie sielskim weekendzie wolnym od nauki anatomii, magii leczniczej i innych ważnych rzeczy. – Oczywiście, z przyjemnością do was zajrzę. Może już w maju uda mi się znaleźć wolny dzień, który pasowałby też tobie, Archiemu... i może Iris, jeśli też miałaby ochotę was odwiedzić? Wstyd się przyznać, ale dawno u was nie byłyśmy, a dzieciaki pewnie wkrótce zapomną, jak wyglądamy.
Przygryzła w zamyśleniu wargę, spoglądając na Lorraine i nagle przypominając sobie, że musiała ją o coś zapytać. Otworzyła nawet usta, ale zamilkła, nie będąc pewną, czy to odpowiedni moment na takie pytanie, choć po spotkaniu z Elizabeth parę dni temu znowu zaczęła intensywnie nad tym myśleć.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   24.05.17 8:12

Lorraine uważała, że opiekuńczość i empatię w pełni wynosi się z rodzinnego domu. Czasami wynosimy to co sami dostaliśmy, a czasami to co chcielibyśmy dostać, ale niekoniecznie było nam to dane. Blondynka widziała w Vane duże pokłady empatii w końcu nikt bez tego nie mógłby zająć się pracą uzdrowiciela, która sama w sobie była już trudna, a co dopiero gdyby w grę wchodził brak takich umiejętności kompresowania uczuć jak empatia czy altruizm. Dodatkowo chociaż Lorraine wiedziała, że życie z osobą chorą jest trudne to wiedziała też ile czasem siły może nam to dodać. Wydaje się, że skoro przeżyliśmy to to jesteśmy w stanie przeżyć już wszystko. Widząc cierpienie bliskiej nam osoby uodparniamy się tego typu uczucia. Czy jest wtedy łatwiej? Prawdopodobnie inaczej. Bycie czyimś opiekunek nabiera znaczenia przez wzgląd na rolę jaką aktualnie przyszło nam pełnić. Wiedziała, że jej rodzice zawsze będą się o nią troszczyć tak jak ona zawsze będzie troszczyć się o swoje dzieci. Wiedziała, że Archibald będzie obok niej bez względu na to czy właśnie będzie go potrzebować czy nie i to samo robiła każdego dnia dla niego. Czuła zaufanie jakim została obdarzona wchodząc w świat znawców prawa i wewnętrznie czuła, że ta akceptacja jest też formą przynależności. Nawet w zakonie wszyscy opiekowali się sobą nawzajem, a Lorraine nie potrafiłaby nikogo wyrzucić ze swoich myśli. Może to wszystko miało sens bo Lorraine nie potrafiła inaczej traktować ludzi. Każdy był dla niej ważny. Każdy inny i jednakowo potrzebny by funkcjonować. Przywiązywała się do ludzi zbyt szybko, ale rzadko doznawała straty. Nie znała jej zbyt dobrze, ale czuła, że przyjdzie jej ją poznać całą; do szpiku kości. Skinęła głową. Wcale nie dziwił ją fakt, że na początku wybrała genetykę. Lorraine na jej miejscu pewnie zrobiłaby to samo. Możliwe, że zbrakłoby jej rozsądku by wyrzucić ten pomysł z głowy bo nigdy nie powinno się zmieniać roli dziecka, ale z drugiej strony… nie mogłaby patrzeć na swoją matkę myśląc, że nie przyczyniła się do tego by znaleźć odpowiedni dla niej lek. Josie robiła wszystko co mogła. Zajmowała się matką w domu. Trwała przy niej niemalże w każdym dniu i arystokratka wiedziała, że gdyby kobieta mogła bez efektów choroby powiedzieć co czuje względem córki to byłaby to wdzięczność. A może zwyczajnie blondynka tak chciała to widzieć. Nie chciała myśleć o tym jak bardzo ciężkie to musi dla niej być. - Urazy pozaklęciowe… - powtórzyła w zamyśleniu. - Mam nadzieje, że moja różdżka mi się nie sprzeciwi i nie będziesz musiała mnie ratować. - zaśmiała się. Pokiwała głową widzą jak bardzo racjonalne ma podejście czarownica. - Będziesz zawsze jej córką, Josie. Cokolwiek by się wydarzyło. - dodała. Jako matka mogła powiedzieć to będąc całkowicie pewną. Lorraine wiedziała, że cokolwiek by się z nią działo… ona nie mogłaby nie myśleć o swoich dzieciach. Byli jej wszystkim tak jak dom, który stworzyli razem z Archiem. - Wasze relacje się psują? - zapytała nie wiedzieć czemu w ogóle się w to wtrąca. Może nie mogła patrzeć na to jak ktoś cierpi, a teraz miała wrażenie, że nie jest to tylko jej mama. Na słowa kobiety uśmiechnęła się delikatnie. Właśnie tak było. Oni może nawet bardziej niż dzieci potrzebowali tego czasu dla siebie. Dobrych wspólnych i rodzinnych chwil. Widząc zawahanie na twarzy Vane, szlachcianka uniosła delikatnie brew. Nic nie mogła poradzić, że wychwytywanie takich rzeczy zwykle przychodziło jej dość sprawnie. - Wszystko w porządku, Josie? - zapytała.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   24.05.17 12:24

Mimo swoich doświadczeń z chorobą matki i zaginięciem brata Josie pozostała wrażliwą osobą. A może właśnie to jeszcze bardziej ją uwrażliwiło, ale i wpędziło w pewne wyrzuty sumienia, że nie zrobiła wszystkiego? Mogła przecież więcej rozmawiać z Thomasem i próbować do niego dotrzeć, kiedy stawał się coraz bardziej skryty. Mogła bardziej się starać, by spróbować znaleźć coś, co mogłoby pomóc jej matce. Po długich rozmowach z ojcem, który twierdził, że latami szukał jakiegoś sposobu na całkowite uleczenie tej choroby, a nie tylko spowalnianie jej przebiegu, w końcu ustąpiła i pogodziła się z tym, że nie mogła zrobić nic więcej. W każdym razie – na ten moment, bo wciąż uczyła się swojego fachu i była dopiero na początku drogi. Może kiedyś, w odległej przyszłości, takie schorzenia będą uleczalne, ale póki co mogli tylko o tym pomarzyć i starać się pomagać chorym doraźnie. Nikt nie był też w stanie zwrócić Thei Vane straconych lat, jak zwykła mówić o swoim życiu po wykryciu choroby. Jakkolwiek dla Josie przykrym było usłyszenie, że matka uważała swoje życie w rodzinie Vane za stracone, starała się nie dać tego po sobie poznać i zrozumieć jej zgorzknienie. Thea straciła dawne życie, została zmuszona do egzystencji zwykłej czarownicy, choć w środku nadal czuła się damą i nie potrafiła się pogodzić z przymusową degradacją. Ale Josie mimo wszystko rozumiała ją – w końcu nikt nie chciałby zostać odtrącony tylko dlatego, że był nieuleczalnie chory i pozbawiony klasycznej urody, a szlachetnie urodzeni mężczyźni nie chcieli jej takiej, i w końcu jej rodzice musieli oddać ją Leonardowi Vane. Thea w gruncie rzeczy była bardzo smutną, zgorzkniałą osobą, rozczarowaną swoim życiem i marzeniami, które legły w gruzach, a Josie bardzo chciała ją uszczęśliwić i sprawić, by na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Starała się o to jako dziecko i starała się także teraz.
- Wolałabym nie musieć oglądać nikogo z grona bliskich i znajomych na oddziale, ale niestety w życiu bywa różnie – powiedziała. Jak każdy wolała, żeby jej bliskich i przyjaciół omijały nieszczęścia i żeby trwali w dobrym zdrowiu, nie musząc korzystać z usług uzdrowicieli, ale niestety nie było to taką prostą sprawą, bo każdemu mogło się coś przytrafić. Świat magii był piękny, ale i pełen zagrożeń.
- Matka jest osobą o trudnym charakterze, w dodatku zmaga się z tą chorobą od wielu lat, a w miarę jej postępowania staje się coraz bardziej... trudna i zgorzkniała. I coraz częściej przytrafiają jej się ataki, co wpędza ją w przygnębienie i sprawia, że potrafi być bardzo nieprzyjemna – wyjaśniła cicho. Miała zaufanie do Lorraine, wiedziała, że z nią może porozmawiać o swoich problemach, bo ona zrozumie. – Sama już nie wiem, co robić, żeby była szczęśliwa. Nie przywrócę jej życia, którego tak pragnęła i za którym wciąż tęskni. Mogę tylko zajmować się nią pod nieobecność ojca i dotrzymywać towarzystwa, żeby czuła, że nie jest sama.
Życie z osobą chorą potrafiło być trudne i stresujące. Josie co prawda znała to od zawsze, ale z biegiem lat nie było lepiej, a coraz gorzej, i bała się, co przyniesie przyszłość i kolejne lata, których nie wiadomo ile jeszcze pozostało Thei, i bała się, że jej brat nigdy nie odnajdzie się żywy, choć ciągle miała nadzieję, że pewnego dnia aurorom uda się go odnaleźć i wróci do nich cały i zdrowy.
Po chwili znowu spojrzała na Lorraine; czyżby w jakiś sposób wyczuła, że miała problem, i że nie były nim wyłącznie relacje z chorą matką?
- Chciałabym cię spytać... o jeszcze coś – zaczęła więc, uważnie obserwując twarz szlachcianki. – Czy w ostatnim czasie nie miałaś jakiegoś... przeczucia dotyczącego Toma?
Powiedziała to. Pytanie o brata zawisło w powietrzu, a Josie zdała sobie sprawę, że Lorraine zapewne pamiętała dawny sceptycyzm Vane’ów odnośnie jej ostrzeżenia dotyczącego Toma wypowiedzianego jakiś rok temu. Ale to nauczyło ją, żeby podchodzić do takich rzeczy z większą powagą, i przypomniawszy sobie niedawną rozmowę z Elizabeth mówiącą jej o możliwych nowych poszlakach w sprawie, postanowiła zapytać Lorraine.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett http://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 http://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow http://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
11
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   27.05.17 20:00

Lorraine tak jak i Josie nie chciała widzieć swoich bliskich rannych bądź potrzebujących uzdrowiciela. Nie jest łatwo patrzeć na cierpienie innych ludzi tym bardziej gdy ma się w sobie tyle empatii ile potrzebują do wykonywania swojego zawodu uzdrowiciele. Zdecydowanie nie jest lepiej gdy widzi się w swoich pacjentach najważniejszych ludzi w swoim życiu,  ale blondynka już pogodziła się z takim obrotem sprawy. Przez ostatnie kilka miesięcy zdążyła zobaczyć już naprawdę wiele. Nie wszystkie rzeczy, które się działy były dla nich dobre.  Nie wszystkie rzeczy, do których dążyli przynosiły pozytywne dla nich rezultaty. Lorraine musiała pogodzić się z różnymi ewentualnościami. Chociaż wszyscy uważali ją za prawdziwą oazę spokoju to ona w środku się gotowała. Pomagała innym znaleźć nadzieję i sama miała jej naprawdę wiele chociaż jak każdy miała też swoje wątpliwości,  które zwykle skrywała głęboko w sobie. Skinęła głową na słowa kobiety. - Nie wszystko możemy przewidzieć.  - odparła w lekkim zamyśleniu. - Jestem jednak pewna, że bez względu na to kogo przyjdzie ci leczyć będziesz równie profesjonalna. - tego chyba powinno życzyć się każdemu uzdrowicielowi. Jednak słowa arystokratki nie były życzeniami, a pewnością. Dobrze wiedziała ile Josie poświęca by być tym kim jest teraz i tym kim się wkrótce stanie. To nie było proste i Lorraine szczerze ją podziwiała. Nigdy nie patrzyła na wiek. Właściwie na nic nie patrzyła prócz tego co człowiek miał w sobie. Dla blondynki nie liczyła się płeć, wiek, a nawet pochodzenie. Nigdy to się nie liczyło.  Zawsze był tylko i aż człowiek. Wsluchała się w słowa kobiety wierząc, że to wszystko może być dla niej trudne.  Wbrew wszystkiemu była jeszcze młoda i miała wszystko przed sobą. Nie mogła dźwigać na swoich ramionach ciężaru całego świata. Robiła to nie zdając sobie sprawy z tego ile ją to może kosztować.  - Może nie powinnaś skupiać się na tym jak ją uszczęśliwić, Josie. Dobrze wiesz jak przebiega jej choroba i chociaż sięgnęłabyś po najładniejszą gwiazdę oświetlającą nasze niebo to wcale nie poprawiłoby tego jak się czuje twoja mama. Ona na pewno to docenia tylko choroba zabrała jej możliwość docenienia tego. Jestem przekonana, że ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego co dla niej robisz i wie, że nie jest sama skoro ma was. - dodała. Wiedziała, że żadne słowa nie są w stanie całkowicie jej przekonać albo uspokoić, ale źle by się czuła chyba nie powiedziała nic. Ona czułaby się tak samo na jej miejscu. Dobijała nieświadomość.  - Chciałabym powiedzieć, że będzie łatwiej. - w ciszy między kobietami zawisły niewypowiedziane słowa. Obie wiedziały, że nie będzie łatwiej. Choroba jej mamy będzie ciągle się rozwijać. Słysząc pytanie z ust szatynki na chwile się zamyśliła. Pamiętała dzień, w którym zobaczyła swoją wizję dotycząca Toma. Nigdy nie zapomniała rzeczy pojawiających się w jej głowie. Chociaż ostrzegła  rodzeństwo o tym co mogło się wydarzyć, ale to niczego nie zmieniło. Było jej przykro, że nie zrobiła więcej.  - Przykro mi. Od tamtej wizji... nie miałam żadnych innych. Ale jeżeli tylko coś zobaczę od razu cię o tym powiadomie. Każdy by chciał by Tom wrócił do domu. - odparła.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   28.05.17 18:48

Josie westchnęła. Mimo wszystko czuła się nieco podniesiona na duchu tą rozmową. Dobrze było mieć świadomość, że wokół były bliskie, wyrozumiałe osoby, z którymi można było porozmawiać nawet na takie tematy. A do Lorraine miała pewne zaufanie, znała ją przecież nie od dziś i wiedziała, że była osobą niezwykle rodzinną i pełną wrażliwości.
Skinęła lekko głową, upijając kolejny łyk herbaty i zamyślając się na moment nad jej kolejnymi słowami. Kobieta miała rację. Bez względu na to, czego by nie zrobiła, nie mogła dokonać cudu i dać matce tego, czego pragnęła najbardziej. Mogła tylko starać się jej nie zawieść i mieć nadzieję, że wszystko jakoś będzie się układać, chociaż idealnie raczej nigdy nie będzie. Było to w tym przypadku niemożliwe, tym bardziej, że w ich rodzinie tak naprawdę nigdy nie było idealnie, nawet jeśli każdy starał się budować sobie własną iluzję szczęścia. Ojciec pracował, matka żyła w swoim własnym świecie niespełnionych marzeń, a Josie i Iris... poszukiwały własnej drogi w życiu i chciały po prostu być szczęśliwe.
- Tak... Wiem, że masz rację w tym co mówisz. Może jestem trochę naiwna w swoim myśleniu. A może trochę za bardzo próbuję zadowolić wszystkich dookoła? – westchnęła, odkładając w większości opróżnioną filiżankę na stolik.
Taka była prawda; Josie od dziecka starała się zadowalać bliskich, w szczególności matkę, która stawiała przed nią coraz to nowe wymagania i oczekiwania, i łudziła się, że to sprawi, że sama również będzie szczęśliwsza.
Gdy temat rozmowy zszedł na Toma, od razu poczuła lekkie podenerwowanie, zastanawiając się, co teraz usłyszy. Pod pewnymi względami brak wieści był dobrą wiadomością, bo może gdyby wydarzyło się coś tragicznego, to Lorraine by to zobaczyła? A może... nie widziała nic, bo był już martwy? Ta myśl mocno zaniepokoiła Josie.
- Mimo wszystko... Dziękuję. Proszę, daj znać, gdybyś tak pewnego dnia coś zobaczyła. – poprosiła jeszcze. – Chcemy, żeby do nas wrócił. Chcemy... wiedzieć, co się z nim dzieje.
Nawet, gdyby to było coś strasznego, wolałaby wiedzieć. W całej tej sytuacji najgorsza była niewiedza na temat jego losów i oczekiwanie, aż pewnego dnia będzie cokolwiek wiadomo i będzie można cieszyć się z jego znalezienia... Lub zacząć w spokoju przeżywać żałobę, gdyby wieści były niepomyślne. Te jednak Josie wciąż wolała odsuwać gdzieś daleko na skraj świadomości.
Niedługo później zmieniły temat na lżejszy. Porozmawiały jeszcze trochę, a później, gdy nadszedł koniec spotkania, Jocelyn obiecała jeszcze, że przekaże ojcu przyniesione dokumenty i pożegnała się z Lorraine.

| zt. x 2





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   14.08.17 13:58

| początek maja

Już parę dni po tym, jak padła ofiarą anomalii, musiała wrócić do pracy. Uzdrowiciele i stażyści byli teraz bardzo potrzebni, a w obliczu ich niedoboru i dużej ilości potrzebujących nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek i bezczynność. Była osłabiona, ale jej poparzenia zostały już wyleczone. Teraz sama mogła zajmować się innymi ofiarami, a przełom kwietnia i maja przyniósł ich sporo. Wielu czarodziejów zostało nieoczekiwanie teleportowanych, a tajemnicza, nieznana moc pozostawiła na ich ciałach obrażenia. Niektórzy byli poparzeni, jak ona, inni stracili wzrok, a jeszcze inni nosili na sobie liczne siniaki i zranienia. Josie roznosiła eliksiry po sali i pomagała pełnoprawnym uzdrowicielom w leczeniu, została nawet po godzinach. W obliczu nieoczekiwanego kryzysu potrzebna była każda pomocna dłoń, więc prywatne sprawy musiały zejść na dalszy plan.
Oczywiście przez cały czas martwiła się o bliskich, chociaż wiedziała, że na szczęście nie podzielili jej losu i nie odnieśli ran. Tylko matka gorzej znosiła swoją chorobę, co budziło niepokój w Jocelyn, choć wiedziała, że był to czas trudny dla chorych genetycznie, szczególnie tych cierpiących na serpentynę. Dotyk Meduzy na szczęście nie miał tak dramatycznego przebiegu, zresztą najważniejsze było dla niej to, że matka w ogóle żyła i trzymała się względnie dobrze.
Gdy wróciła do domu tego wieczora, była naprawdę zmęczona i o niczym tak nie marzyła jak o tym, żeby móc się położyć i przespać; w końcu rano znowu musiała stawić się na oddziale. Ale nawet w tak trudnych chwilach nie poddawała się. Chciała uczyć się nowych umiejętności i pomyślnie przejść kurs, a potem staż specjalizacyjny. Na szczęście minione dwa lata uodporniły ją na nieprzyjemne widoki i pracę pod presją, więc jakoś sobie z tym radziła. Nawet teraz.
Ojca jeszcze nie było; jako pełnoprawny uzdrowiciel na pewno musiał zostać jeszcze dłużej. Zdjęła płaszczyk i swoje kroki skierowała prosto do salonu; to zazwyczaj tam lub w swojej sypialni przebywała matka. I nie pomyliła się, dość szybko znalazła Theę.
- Dzień dobry, mamo – powitała ją grzecznie. Thea mimo upływu lat wciąż przykładała nacisk do odpowiedniego wychowania, i choć od tak dawna nie mogła posługiwać się tytułem lady, w głębi duszy wciąż czuła się szlachcianką. Chociaż nie należała do najpiękniejszych kobiet, a na jej twarzy rysowały się już zmarszczki i bruzdy, nawet w jej postawie było widać wysokie pochodzenie i dumę. Tego nie mogło zatrzeć nawet prawie trzydzieści lat życia u boku Leonarda Vane, mężczyzny, któremu została oddana jako chora genetycznie stara panna, której nikt inny już nie chciał, skoro istniały młodsze i zdrowsze szlachcianki.
- Niestety musiałam zostać trochę dłużej, mamy dużo pracy. Ofiar anomalii było naprawdę wiele, a mamy też innych pacjentów – powiedziała nieco usprawiedliwiająco, lustrując matkę wzrokiem. – Wszystko w porządku? Jak się czujesz? – zapytała szybko, by się upewnić, czy jakaś anomalia nie dotknęła matki i nie pogorszyła jej choroby. Już przed tym wszystkim Thea coraz częściej uskarżała się na sztywnienie mięśni i stawów, jej choroba prawdopodobnie wkraczała w kolejne stadium. A teraz Josie poważnie obawiała się kolejnego pogorszenia. – Zażyłaś swój eliksir? – chciała się upewnić.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   14.08.17 14:43

Stan Thei utrzymywał się tymczasowo w tej samej kondycji. Wszelkie anomalie jakie nastąpiły na przełomie kwietnia i maja, dały jednak kobiecie powód do manipulowania faktami i znacznego hiperbolizowania zaawansowania stopnia jej choroby. Dla Leonarda i jej córki, Thea Vane ostatnio nie czuła się najlepiej. Tym bardziej, wiedząc, że tak właśnie powinna myśleć jej rodzina, kobieta nie mogła zrozumieć, dlaczego grono losowych ludzi w Szpitalu św. Munga, miało zasłużyć na większą uwagę niż matka, czy żona, „dogorywająca” w domu. Thea sama zsyłała na sobie złą energię. Cały dzień leżała w łóżku, pomimo zaleceń męża, że powinna się z niego ruszać. Wbrew wszystkiemu, postępująca choroba, od pewnego czasu dawała jej dobry powód do szantażu i zapewniała jej wieczną uwagę córki i męża. Można powiedzieć, że w jakiś pokrętny sposób przywykła do Dotyku Meduzy. Dlatego nagła zmiana stanu rzeczy spotkała się z jej natychmiastowym oburzeniem. Anomalie-nieanomalie. Świat przeżyć Thei ograniczał się do dobrego wychowania córek i skupienia na sobie uwagi domowników. Świat ten się teraz burzył i z tym kobieta nie mogła się pogodzić. Dlatego zamierzała z bezwzględną bezpośredniością przypomnieć swoim bliskim o swoim stanie. Ból stawów nie narastał (chociaż był tak samo dotkliwy jak zawsze, ale był pewien stopień bólu do którego zdążyła przywyknąć, przy odpowiedniej dawce zażywanych eliksirów oraz relaksacyjnych kąpieli.
Trwała w oczekiwaniu, niczym te szablonowe matki, opisywane w czasopismach dla pań, typu „Czarownica”. Wypatrywała swojego dziecka. Nie zamartwiając się o nie, a raczej o jego przyszłość.
Thea… — przywitała młodą kobietę słabym tonem, a przynajmniej najsłabszym jaki mogła zasymulować. — Rozumiem — skłamała, choć nie rozumiała. Liczyła się jednak ta drobna więź, która mogła przez to złapać z córką.
Skoro nie macie czasu, może powinniście przenieść mnie pod odpowiednią opiekę, specjalistyczną, poza domem? Zrzucić ten ciężar ze swoich barków.
Tego była pewna, że wcale by nie zrobili, ale słowa te miały zaznaczyć, jak bardzo opuszczona matka ostatnimi dniami się czuła. Każde wypowiedziane przez nią słowo, w dalszej perspektywie, niosło ze sobą wartości wychowawcze, Jocelyn musiała tylko nauczyć się je poprawnie odczytywać. Kobieta wyprostowała szyję, podnosząc się nieznacznie na licznie ustawionych pod plecami poduszkach i zlustrowała swoją córkę pełnym rezygnacji spojrzeniem. Westchnęła. Wcale nie teatralnie. Po prostu. Jak miala się czuć? Była przywiązana do łożka, chciała brać czynny udział w wychowaniu Josie, a zamiast tego, ostatnio nie miała nawet sposobności z nią porozmawiać.
Moje życie od dawna już nie jest nawet w najmniejszym stopniu ciekawe, a moja odpowiedź może Cię wcale nie zadowolić. Porozmawiajmy o Tobie. A ty? Spotkałaś wśród pacjentów kogoś wartego uwagi? Może Prewetta? Selwyna?
Nic nie ucieszyłoby jej bardziej niż związek jej córki z jednym z dalszych kuzynów z jej rodziny.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon   14.08.17 14:44

Jocelyn naprawdę martwiła się o bliskich, szczególnie o matkę. Zdawała sobie sprawę, że Thea miewa skłonności do wyolbrzymiania pewnych spraw, ale mimo to przez lata wpadała w sieć manipulacji i ulegała emocjonalnym szantażom ze strony matki. Od dziecka pragnęła zasłużyć na miłość i uwagę Thei, więc robiła wszystko, by ją zdobyć. Uczyła się wszystkich umiejętności, które próbowały wpajać jej Thea i wynajęta guwernantka, która uczyła córki Vane’ów przed ich pójściem do Hogwartu; starannie przyswajała szczegóły z historii szlachetnych rodów, etykiety, wiedzy o sztuce, a także uczyła się malować, licząc, że to klucz do zwrócenia uwagi Thei, która sama była artystyczną duszą, dopóki nie zrezygnowała z aktywnego malowania, przerażona wyglądem obrazów zniekształconych przez regularne sztywnienie dłoni. Gdy była wzorową córką, mogła liczyć na uwagę matki. Nawet jeśli Thea nie opowiadała bajek na dobranoc i nie łatała siniaków, na swój sposób troszczyła się o nią i Iris. Traktowała je dużo lepiej niż Thomasa, można powiedzieć, że na swój sposób rozpieszczała; minęły całe lata, zanim Josie pojęła, dlaczego Tom był traktowany gorzej, ale nawet wtedy była zaskakująco bierna. Po jego zniknięciu żałowała tego.
Ich relacja od początku była specyficzna i trudna, ale mimo wszystko zażyła, może właśnie dlatego, że o miłość i uwagę Thei zawsze musiała walczyć, co angażowało ją mocniej niż w przypadku relacji z ojcem, gdzie te wszystkie rodzicielskie uczucia otrzymywała bezinteresownie. Poza tym choroba matki wymagała uwagi, Josie czuła się niejako odpowiedzialna za dbanie o nią, odkąd zaczęła swój uzdrowicielski kurs. W końcu ojciec nie zawsze był w domu, by cały czas się nią zajmować. Nawet mimo tych wszystkich zgrzytów i problemów była przywiązana do Thei, kochała ją i naiwnie wierzyła, że i Thea nie jest obojętna, że troszczy się o jak najlepszą przyszłość dla córek.
Ulżyło jej, gdy okazało się, że matka żyje i jest przytomna, że nic się nie stało pod jej nieobecność. Naprawdę przerażała ją myśl, że mogłoby się okazać, że pod nieobecność pozostałych domowników Thea dostała poważnego ataku. Wyglądała na osłabioną, ale wydawało się, że nie dolega jej nic naprawdę groźnego.
- Mamo, co ty mówisz? Nigdy nie byłaś i nie jesteś dla nas ciężarem, poza tym, obie dobrze wiemy, jak bardzo nie lubisz trafiać do Munga – powiedziała; matka nie lubiła szpitala, wolała być leczona w domu, co było tym łatwiejsze, że miała tam uzdrowiciela i stażystkę, którzy mogli jej pomagać bez konieczności ciągania do Munga z każdą dolegliwością. Josie nigdy nie uważała jej za ciężar, może tylko czasami była zmęczona jej wiecznym niezadowoleniem, a także przytłoczona faktem nieuleczalności jej choroby i nieuchronności końca. Dlatego tak łatwo wybaczała jej marudność i trudny charakter i zawsze znajdowała usprawiedliwienie dla jej zachowania. Kto wie, jaka sama by była, gdyby to nad jej głową wisiał wyrok i świadomość, że nie dożyje starości, bo choroba zabierze ją z tego świata w ciągu najbliższych dziesięciu lat, może nawet szybciej, jeśli dolegliwości będą postępować tak szybko? Takie były na ten moment rokowania, choć wraz z ojcem starała się dbać o matkę, oboje chcieli wydłużyć jej życie i zapewnić jej komfort do ostatnich dni.
- Wiesz, że się martwię. Ale naprawdę miałam dużo pracy i nie mogłam wrócić tak szybko, jak bym tego chciała. Przepraszam, mamo – powiedziała. Wiadomo, rodzina była najważniejsza, ale swoje obowiązki musiała wykonywać, tym bardziej, że teraz tak potrzebny był każdy uzdrowiciel i stażysta. Może nie powinna czuć się tak winna, skoro Thei nie dolegało nic odbiegającego od normy, ale mimo to się martwiła. – Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Może potrzebujesz swoich ziółek lub nowej porcji mikstury? – Choć była zmęczona, chciała zatroszczyć się o matkę, która musiała czuć się bardzo samotna przez cały dzień, gdy nikogo z bliskich nie było w domu. Widziała wyraźnie, że Thea nie jest z tego zbyt zadowolona i spodziewała się kolejnych wywodów na temat tego, że panna nie powinna parać się takimi zajęciami. Ale zamiast tego Thea znowu poruszyła kwestię szlachetnie urodzonych mężczyzn, na których jej zdaniem powinna zwrócić uwagę, bo przecież w tym wieku powinna już myśleć o odpowiednim zamążpójściu. Koniecznie z mężczyzną, którego Thea uznałaby za odpowiedniego, a nie od dziś wiedziała, że matka pragnie widzieć w tej roli jakiegoś szlachcica, bo chciała dla córek lepszego życia niż to, które spotkało ją po staropanieństwie i konieczności poślubienia Vane’a.
- Niestety nie było czasu porozmawiać z nikim dłużej, Mung przeżywa prawdziwe oblężenie po niedawnych anomaliach. Przez cały dzień roznosiłam eliksiry i pomagałam w leczeniu obrażeń. Wydarzyło się coś bardzo złego i niepokojącego – powiedziała; w takich okolicznościach nie miała głowy do zawierania nowych znajomości i zastanawianiu się nad tym, który z widzianych mężczyzn według Thei nadawał się na narzeczonego. Samej Josie nie spieszyło się aż tak mocno do ślubu, bo chciała ukończyć najpierw kurs. Poza tym, w obliczu tych okropnych wydarzeń zaręczyny i ślub były chyba ostatnią rzeczą o której chciałaby teraz myśleć, tym bardziej, że postrzegała je w kategorii nieco dalszej przyszłości. Której, miała nadzieję, Thea dożyje i nie odejdzie w poczuciu rozczarowania.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Maxwell Lane 84-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17