Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Valerie Gaia Meadowes

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Valerie Meadowes
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4749-valerie-gaia-meadowes http://www.morsmordre.net/t4760-viscaria#101774 http://www.morsmordre.net/t4758-ze-mna-mozna-bylo-konie-krasc http://www.morsmordre.net/f321-sevenoaks-godden-green-stadnina-i-dom-rodziny-meadowes
pisarka
28
Półkrwi
Panna
Jestem wierszem
Splotem słów tęskniących
Szeptem też jestem

Rozświetlę przestrzeń
Nią też jestem
12
8
0
13
2
0
3
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Valerie Gaia Meadowes   05.05.17 23:12


Valerie Gaia Meadowes

Data urodzenia: 31 sierpnia 1928r.
Nazwisko matki: Sprout
Miejsce zamieszkania: do niedawna Thurso w Szkocji, teraz domostwo za Londynem
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: pisarka
Wzrost: sto sześćdziesiąt osiem centymetrów
Waga: pięćdziesiąt siedem kilogramów
Kolor włosów: jasny blond
Kolor oczu: lazurowy błękit
Znaki szczególne: wzrost nieco ponad typową przeciętność, widocznie zarysowany wzgórek na nosie


Z a  c h w i l ę

Byłam drugim dzieckiem Gai i Lawsona Meadowes – matka oddała swojej córce krew czystą, ale ojciec zabarwił jej fakturę kilkoma kroplami jaśniejszego, rozcieńczonego pigmentu, naznaczonego odrobiną mugolskiego podejścia do życia (po dziadkach) i fascynacji do parzystokopytnych stworzeń. Przede mną rósł już mój starszy o dwa lata brat, a młodsza o kolejne dwa lata siostra powoli kiełkowała w myślach rodziców, bo wizja rodzinnego kompletu i domu pełnego dziecięcego szczebiotu była za wszech miar pociągająca.

Wychowywana byłam w otoczeniu zwierząt – stadnina, która przekazywana była z pokolenia na pokolenie, należała teraz do mojego ojca, pana Meadowes, więc dbał o nią jak o swoje pierwsze, nie czwarte dziecko. Pomagałam mu, gdy moje jasne rączki potrafiły już utrzymać cienkie lejce, a nogi nie tonęły w strzemionach, przyglądałam się jego pracy, której sama jeszcze nie potrafiłam wykonać. Poza tym pełniłam rolę maskotki, którą mój ojciec uwielbiał mieć przy sobie, bo kompletny przypadek (moja praprababka od strony ojca też miała tę przypadłość) sprawił, że w narodził się we mnie dar zwierzęcoustości. Więc rozmawiałam z końmi w swojej dziecięcej naiwności i uspokajałam je, kiedy przyjeżdżały zupełnie zdezorientowane do naszego małego świata; gładziłam ich nosy, podsadzana przez ojca, gdy fukały na innych, obcych ludzi, którzy gromadnie przybywali do stadniny, by zobaczyć, jak się rozwijamy; opowiadałam im bajki, a one słuchały z pochylonymi ku mnie łbami, zadając pytania, które uprzejmie zbywałam, bo powinny najpierw poznać zakończenie historii.
Narodziłam się z głową pełną pomysłów, zieleń traw rosnących przy domu, szeleszczące na wietrze brzozy i ogromne dęby codziennie, nieprzerwanie tchnęły we mnie nowe historie, inne inspiracje płynęły z czytanych do snu książek. Byłam główną prowodyrką zabaw, opowiadałam najlepsze bajki, ale grałam zawsze role drugoplanowe, wolałam obserwować, jak na zbudowanej wyobraźnią scenie tańczą aktorzy, w których wcielało się moje rodzeństwo. Jednak prócz pracy w stadninie i beztroski dziecięcego życia, byliśmy również edukowani przez rodziców i starą opiekunkę, która była tylko prostą nauczycielką – przychodziła do nas na kilka godzin, by wyuczyć nas czego było trzeba, a potem odchodziła, w tańcu codziennej rutyny wracając na następny dzień. Łączyliśmy edukację świata magicznego ze światem niemagicznym, więc: badaliśmy struktury lamp i zaciskaliśmy z piskiem oczy, gdy żarówki wybuchały światłem jaśniejszym niż nieco przygasłe, ale wciąż ciepłe Lumos; łamaliśmy sobie języki na wymienianiu starych ministrów magii i wszystkich dewiz czystokrwistych rodów; ćwiczyliśmy zgrabne pismo na lekcjach gramatyki angielskiej i łacińskiej; wycieraliśmy linie papilarne na wodzeniu palcami po starych i nowych mapach, szukając krain, o których opowiadał nam ojciec i babka; parodiowaliśmy przy pianinie, gdy matka nie patrzyła, i palcami płynęliśmy po klawiaturze, gdy łypała na nas zza futryny; razem z Prunellą robiłyśmy za chórki do przygrywanych melodii. Pieniądze uzyskiwane z dobrze prosperującej stadniny pozwoliły naszym rodzicom na zaopatrzenie nas w najbardziej potrzebną wiedzę, ale również i wychowanie, etykietę, która jednak wiele różniła się od tej szlacheckiej. Pozwalano nam na większą swobodę w ruchach i gestach, wypowiadane słowa nosiły w sobie pewną wagę tych czasów, ale jednocześnie były lekkie i nadawały nam wiarygodności.
Byliśmy jednak dziećmi ludzi, w której żyłach płynęła magia, więc po osiągnięciu progów edukacji samodzielnej, do naszych okien co dwa lata pukała jedna z sów, niosąc przywiązany do nóżki list ze złotą pieczęcią Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.



J u t r o

Na ceremonii przydziału nie tylko tiara miała ze mną problem, ale ja miałam również problem z tiarą. Zdecydowanie za długo zastanawiała się, gdzie powinnam przynależeć, a ja bałam się poprawić spadający na moje uszy materiał, żeby nie przeszkodzić temu mądremu kapeluszowi w rozważaniach na mój temat, bo przecież to był najważniejszy moment w życiu każdej młodej czarownicy i czarodzieja! Nie chciałam zostać Ślizgonem, bo Cirsium mówił mi, że tam należą sami okropni ludzie, są niemili i z manierami wyuczonymi niczym bohaterowie z antycznych powieści; nie chciałam być też Krukonem, bo mama opowiadała, że do Ravenclaw należą ludzi mądrzy, uczący się dniami i nocami, a ja za typowego prymusa się nie uważałam; kwestia wyboru towarzystwa Gryfonów i Puchonów leżała już tylko w rondzie Tiary Przydziału. Głęboko zakorzenione we mnie poczucie sprawiedliwości wobec każdego i naturalny pociąg do wpakowywania się w problemy powodowane wybujałą wyobraźnią musiały zostać w końcu podzielone i ostatecznie skórzany kapelusz, który już dawno pożarł prawie całą moją głowę, przykrywając ciemną skórą również uszy, zdecydował, że zajmę miejsce wśród dumnych (nie mylić z pysznymi, pyszni byli Ślizgoni) Gryfonów. Dowiedziałam się o tym fakcie, gdy moje jasne loki zostały wyplute przez Tiarę, a stół Gryffindoru huczał od gromkich oklasków. Ich duma udzieliła się również i mnie.
Byłam dobrą, ciekawą nowego świata uczennicą, wokół której może nie gromadził się wianuszek przyjaciół, ale która kolekcjonowała przyjazne dusze jak dobre, stare książki, tętniące życiem – było więc ich niewiele, ale z każdym łączyła mnie silna więź. Do jednych przedmiotów przykładałam się mniej, do innych bardziej. Lubiłam runy i numerologię, chociaż nie widziałam siebie w roli odkrywcy magii i twórcy nowych zaklęć. Do wróżbiarstwa podchodziłam z pewną pobłażliwością, bo wszelkie podrygi przyszłości oddawałam w objęcia losu, ale gdy przychodził czas na wróżenie z fusów, stawałam się uważnym słuchaczem. Zielarstwo przychodziło mi z łatwością z uwagi na wiedzę przekazywaną przez naszą matkę, uzdrowicielkę pracującą w szpitalu św. Munga na oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych. Mimo zainteresowania choćby drobnostkami z każdej dziedziny, moja fascynacja i tak skupiała się w głównej mierze na obronie przed czarną magią. Do cna przesiąknęłam opowieściami ówczesnej nauczycielki, Galatei Merrythought, która potrafiła zbudowaną przez słowa teorię przekształcić w istną paletę odcieni praktyki. Pochłaniałam feerię tych inkantacyjnych barw niczym małe dziecko, które po raz pierwszy czuje na swoich policzkach słoneczne promienie albo chłód jesiennego deszczu. Można się domyślić, jak poszły mi SUMy. Poszły, no cóż, świetnie.
Prócz mojego wybitnego Okropnego z transmutacji.
Ostatnie dwa lata spędziłam na miotaniu się między dwiema opcjami możliwych ścieżek, którymi miała podążać moja kariera. Myślałam o aurorstwie i w gruncie rzeczy to ono skradło moje plany z uwagi na tak szczerze zainteresowanie obroną przed czarną magią, ale z drugiej strony w czasie wakacji po skończonej piątej klasie matka pokazała mi możliwości sztuki uzdrowicielstwa i nagle zapłonęła we mnie chęć pójścia w jej ślady. Pisarstwo, które pielęgnowałam od dzieciaka, poszło w odstawkę, bo moje dwie natury czarownicy miłosiernej i czarownicy odważnej, zaczęły się ze sobą zażarcie kłócić, a tylko jedna z nich mogła dostać to jedno, główne miejsce na scenie mojego życia.



Z a   t y d z i e ń

Zdecydowałam w porę – owutemy poszły mi bardzo dobrze, chociaż pochłanianie treści książek opowiadających z fascynacją o transmutacji powodowało u mnie białą gorączkę, a zapamiętywanie nowych zaklęć, których gesty dłoni nie różniły się zbytnio od tych, które dotąd poznałam, było niezwykle trudne. Z tych dwóch pechowych przedmiotów osiągnęłam dolną granicę Powyżej oczekiwań (ZZO – zakuj, zdaj, obliviate), eliksiry i zielarstwo zaliczyłam na Wybitny, a opieka nad magicznymi stworzeniami plasowała się gdzieś między obiema ocenami, bo ułamki uzyskanych punktów pozwalały jej na drobną plastyczność.
Rozpoczęłam staż tuż po zakończeniu szkoły przy akompaniamencie śmiechu matki i cichego chichotu ojca. Na początku było w porządku – nauka fascynowała. Odkrywanie na łamach tomów nowych chorób i możliwych ich diagnoz, pochłanianie oparów eliksirów i studiowanie ich prawidłowego dawkowania w zależności od określonej dla pacjenta przypadłości, odwiedziny w św. Mungu i włóczenie się w grupce za starszym uzdrowicielem w limonkowym kilcie, skrupulatne notowanie (pisarskich fanaberii) i wysłuchiwanie kolejnych eposów na temat Serpentyny. Skończył się pierwszy rok stażu, potem zaczął się drugi, po nim przyszedł czas na trzeci. A ja…
Straciłam rachubę w odczuwaniu świata, który, jak sądziłam, od zawsze do mnie należał.
Ale skończyłam kurs. Na upartego, oczywiście, bo nie wybaczyłabym sobie (i matka by mi nie wybaczyła), gdybym zostawiła nagle coś, w co włożyłam tyle swojej pracy i czasu. Moje życie przez  dłuższą chwilę nie miało określonego celu, więc szukałam go, obserwując jak świat odradza się po mugolskiej wojnie, a obywatele tej niewielkiej, magicznej społeczności odzyskują cząstkę wiary po śmierci największego z czarodziejów. Szukałam punktu zero na równoważni, niejako błądząc po obu jej stronach. Punkt zwrotny pojawił się sam, całkiem nieproszony.



D z i s i a j

Owy punkt spotkałam, gdy za sprawą absolutnego przypadku wpadłam do Esów i Floresów – Prunella od dawna prosiła mnie o zakupienie nowego egzemplarzu „Bajek i klechd”, które wyszły spod pióra debiutującej na magicznym rynku Modesty Bowen, a Cirsium wybłagał dzisiejszego poranka, bym zakupiła słownik trytońskiego, którego potrzebował pilnie do raportu z Ministerstwa. Umysł miałam pełen spraw z dnia codziennego, a każdy niezapowiedziany obowiązek przyjmowałam z szybszym biciem serca i wstępującą na twarz bladością. Miałam jeden cel – kupić książki i swoje kroki poprowadzić prosto do Scribbulusa, gdzie czekała już na mnie przesyłka dla ojca.
W pierwszym momencie go nie zauważyłam. Jego sylwetka wplotła się w krajobraz codziennie odkurzanych półek i alfabetycznie ustawionych na nich książek, zlała się z naturalnością tego miejsca, jakby stanowił ekwiwalentny jego kawałek, równy i prosty jak każdy inny, ale w jakiś sposób nienaturalnie odróżniający się od reszty. Nieczęsto bywałam w księgarni na Pokątnej, dlatego tak łatwo pomyliłam go z podróżującymi między regałami pomocnikami sprzedawców.
Rozmawialiśmy tylko chwilę, a może były to długie lata, ale w tak krótkim czasie zdążyłam odczytać z jego postury kilka bodźców. Pachniał lasem. Zacienionym, kryjącym w sobie wiele tajemnic iglastym lasem, przesiąkniętym do cna nieprzewidywalnością nadchodzącej chwili. Spojrzenie miał badawcze, w pewien sposób pociągające, stałe, ale z charakterystycznym, jasnym błyskiem, który gasł, gdy okoliczności były niesprzyjające, by zabłysnąć na nowo, kiedy świat spuścił z tonu. Śmiał się, a moje serce zrywało się do tańca. Podał mi tytuł, o który wcale nie prosiłam, co wydało mi się dość osobliwe. A potem… potem wszystko potoczyło się samo. Niczym śnieżna kula zepchnięta z wysokiej góry.
By na końcu roztrzaskać się z hukiem o finał swojej historii.

Z początku miałam mu za złe, że musieliśmy ukrywać swoje spotkania; tłumaczył dlaczego, oddając w moje dłonie argumenty, które, gdy rozpamiętuję to teraz, wydawały się sensowne z punktu widzenia jego pochodzenia. Plasował się wyżej w hierarchii niż ja, ale do pewnego momentu nie zwracałam zupełnie na to uwagi, bo nigdy nie dawał mi ku temu powodów. Był naturalny, powierzchownie odkryty, ale w środku kryjący mnóstwo zagadek. Odkrywałam jego świat, a on, całkiem nieświadomie, pobudzał do życia zakopany już dawno talent do tworzenia legend, bajek i magicznych historii. Przeplataliśmy się w przedziwnym warkoczu zdarzeń, wymieniając się między sobą cząstkami swoich światów i budując je na nowo – w rozmowach, spojrzeniach, pojedynczych uśmiechach i najdrobniejszych gestach. Pokochałam go. Ale przecież byłam tylko kulą śnieżną i niedługo miał przyjść mój koniec.
Wytłumaczenia skończyły się, gdy zaprosił mnie na świąteczną kolację na dworze Ollivanderów. Jego najbliżsi poznali mnie w przyjaznej atmosferze, pachnącej ostrokrzewem i żurawiną, do której zawitała nuta pomarańczowych perfum z wybrzmiewającą w niej krztyną woni trawy cytrynowej. Pokochałam jego pełne rodzeństwo tak samo, jak oni pokochali mnie – w każdym z nich odnalazłam cząstkę siebie, jakiś fragment osobowości i zainteresowań, którymi mogliśmy się podzielić. Z Constantinem wchodziłam w ożywione, nieco żartobliwe dysputy o literaturze staroangielskiej, finalnie zwieńczając je występami na lodzie; drobnej Ophelii otworzyłam drzwi do mojego pisarskiego świata, opowiadając jej wszystkie historie, jakie tylko przychodziły mi na myśl. To ona stała się podwalinami do późniejszej postaci Melodii – ulotnego duszka podążającego za Puchaczem, którego opowieść spisywałam w czasie, gdy moje serce rwało się do tęsknego lotu. Jedynie problem stanowili jego rodzice – zawsze czujnie obserwujący, robiący to w taki sposób, że rzadko patrzyłam w ich kierunku, jednak cały czas mogłam czuć ich wzrok na sobie. Być może pozwalali mi przebywać w swoim domu, być może potem z dozą ostrożności pozwalali, bym swoją medyczną wiedzę wykorzystywała przy chorowitej, kruchej Ophelii, ale nigdy w pełni nie zaakceptowali (nie mogli, przecież wiem) mojej obecności. Mimo to czułam się… pozorną częścią tej rodziny. Zwłaszcza w chwilach, gdy najmłodsza pociecha gasła z dnia na dzień, zabierana przez chorobę w najbardziej bolesny z możliwych sposobów, a ja siedziałam przy niej dniami i nocami, trzymając w swoich dłoniach jej drobne palce, które przecież jeszcze chwilę temu wygrywały na fortepianie znajome „Greensleeves”, racząc bajkami o świecie zgoła piękniejszym i spokojniejszym od tego, w którym żyli. Gdy patrzyłam na Ulyssesa, bałam się, że któregoś dnia przyjdzie i czas na niego. Ondyna wszak była niezwykle nieprzewidywalną towarzyszką życia.
Niewiele się myliłam.

Ophelia zmarła, pozostawiając w żałobie nie tylko swoją rodzinę, ale także i mnie, bo zdążyłam przyzwyczaić się do jej obecności, jasnej sukienki unoszonej w górę, gdy szła przez zieleniejącą się powoli trawę w swoim ostatnim spacerze, jaśniejących błękitnym blaskiem oczu małego, niewinnego stworzenia, zapachem stokrotek zaplatanych w wianki razem z drobnymi koniczynami i zielonymi źdźbłami świeżych traw. Ostatnią taką drobną konstrukcję złożyłam jesienią 1953 roku, kiedy śnieg zbił się w kulę wystarczająco dużą i gotową na spotkanie z murem.



T e r a z  a l b o  n i g d y

Usłyszałam od ojca te trzy krótkie słowa i wiedziałam, że od chwili, gdy podejmę decyzję, nic nie będzie takie samo. I to nie był pusty slogan wypowiadany, gdy kobieta kończy pewien rozdział w swoim życiu albo gdy rodzina zmienia swój dom na inny, oddalony od miejsca, które do tej pory kojarzone było jako ostoja, azyl, schronienie przed złem. Teraz naprawdę wszystko się zmieni. Mówiłam o tych trzech latach „Speculio”. Bo zostałam zmuszona do podzielenia swojego życia na dwie części.
Jedna cząstka mnie samej została w Londynie, gdzie przyszłam na świat, gdzie wychowałam się razem z siostrą i bratem, gdzie tak pieczołowicie pisałam swoją historię, gdzie znajdował się Ulysses; a druga wyjechała do Szkocji, do Thurso, gdzie magicznej cywilizacji było na tyle dużo, bym mogła czuć się bezpiecznie, ale na tyle mało, bym musiała wyuczyć się nowych obyczajów, tradycji i przyjąć do siebie nową kulturę. Byłam obca w tym miejscu – zrzekłam się praw do siebie samej na rzecz większego dobra, na rzecz mężczyzny, którego kochałam ponad życie, a do którego tak naprawdę pasowałam jak perły rzucane przed wieprze. Plasował się w tej mistycznej, nieodgadnionej hierarchii wyżej niż ja, bo należał do rodu posiadającego w swoich bogactwach prawa i przywileje. A ja… ja byłam daleko, zdecydowanie ZA daleko. Za daleko od ideału krwi, za daleko od ideału żony, jakiej poszukiwali dla swojego najstarszego syna. Dystans się zwiększał, a ja nie potrafiłam tego przerwać. Ojciec Ulyssesa nalegał (w tajemnicy przed nim), bym odłączyła się od nich, zostawiła jego syna i nie przychodziła więcej do nich, by złożyć kolejny drobiazg na grobie Ophelii. Gdyby nie namowy ze strony mojego własnego ojca, burzyłabym się za każdym razem, kiedy dochodziłyby do mnie podobne sygnały. Ja jednak, przejęta nie swoim losem, a losem ukochanego, nie miałam zbyt wiele do powiedzenia.
Wyjechałam więc do Szkocji, do niewielkiego domu, gdzie mieszkała moja samotna ciotka, zapalona alchemiczka. Nie mogłam wiedzieć, że ojciec sfinalizował mi ten wyjazd nie z funduszy ze stadniny, a z sakiewki lorda Ollivandera; Ulysses nie pożegnał się ze mną jako osobą, a jedynie z moim ciałem, ponieważ powiedziano mu, że z żalu po Ophelii oddałam się w ramiona samej Śmierci.



Z a   c z t e r y   d n i

Szkocja przywitała mnie niezwykle kapryśną pogodą, zmieniając się co chwila; raz rwąc kapelusze z głów, za chwilę te głowy mocząc, aż ze skroni ściekały deszczowe potoki.
Ciotka Bergunda, pieszczotliwie nazywa przez sąsiadów Bergamotą, mieszkała w niewielkim domku na przedmieściach Thurso, rzut beretem od głównego wybrzeża. Musiałam przywyknąć do wszechogarniającej mnie pustki i wilgoci, do samotności spędzanej na liczeniu bezsilnych drgnięć wahadła w zegarze i zgadywaniu, w którą stronę za chwilę będzie wiał wiatr, do dziur w sercu, z których wypłynęły lepkie, gęste potoki miłości. Zaczęłam więc tworzyć – przeobrażać myśli w słowa i spisywać je na papierze, opisywać nowe sylwetki, nadawać im papierowy kształt, każdej dodając coś do całości wyobrażenia ze swojej przeszłości, bo nie chciałam zrywać z nią tak do końca. Po roku wydałam pierwszy, bardzo krótki cykl opowiastek dla najmłodszych pod pseudonimem Muireann Primrose, postać Puchacza i Melodii zakorzeniając jeszcze głębiej w sferze swoich imaginacji, które na razie piętrzyły się, wywlekając swoje pretensje do zeszytu chowanego głęboko w czeluściach szafki zamykanej na drobny kluczyk, który posiadałam tylko ja. Po kolejnych minionych miesiącach, kiedy rozpamiętywałam przeszłe wydarzenia aż do bólu, do krwi, przyszedł czas na zapełnienie czasu aktywnością. Jakąkolwiek. Nie mogłam już siedzieć w miejscu, pisząc tylko i myśląc, jakich słów jeszcze mogę użyć. Ojciec nie miał w Szkocji nade mną kontroli, choć często słał do mnie listy, a ja mogłam w końcu… nieco się na nim odgryźć.

W dzielnicy Thurso, gdzie mieszkali praktycznie sami czarodzieje, powstał niewielki klub pojedynkowy. Przez kilka pierwszych spotkań przychodziłam tylko w formie obserwatora – witano mnie od progu starej fabryki z dość widoczną niechęcią, co oczywiście nie wydawało mi się dość dziwnym zjawiskiem, patrząc na czasy, w jakich aktualnie żyjemy; sadzano obok dwóch kobiet, które przyszły tutaj w takim samym celu jak ja. Resztę zgromadzenia stanowili mężczyźni.
Musiałam wtopić się w ich towarzystwo. Więc wymyśliłam plan.
Ze starej szafy w sypialni ciotki wyciągnęłam ubrania świętej pamięci wuja Wergiliusza (świeć, Merlinie, nad jego duszą) – chudego jak patyk, wyższego ode mnie może kilka centymetrów. Wciągałam je na siebie zawsze, kiedy ciotka była albo w pracowni alchemicznej, albo już głęboko spała. Włosy chowałam pod jego tiarę z szerokim rondem, a połowę twarzy skryłam w owinięty wokół szyi szal w ciemnych, przygaszonych odcieniach błękitów i szarości. Gdy zapytano mnie, dlaczego go noszę, odchrząknęłam, a głosem, który miał brzmieć absolutnie męsko, odparłam, że cierpię na KOTKoszmarny Oddech Trytona, popularną, według moich wyobrażeń, chorobę marynarzy, którzy na długo zawitali na lądzie, skazując się na tę przykrą klątwę i wieczną samotność, bo żadna kobieta nie chciała brać sobie mężczyzny z tak odrażającym oddechem. Wpłaciłam skromne wpisowe, przedstawiając się jako Augustyn Backleberry i rozpoczęłam swoją chwilową, ale okrutnie absorbującą przygodę w stylu tych, które sama opisywałam w swoich powieściach. Nie udało mi się wygrać wielu pojedynków, a do domu wracałam nocami, z przykrymi siniakami po poważniejszych urazach, z ranami, które ukrywałam skrzętnie pod sukienką, ze sztywniejącymi po transmutacyjnych urokach mięśniami. A ciotka Bergunda, może nieco nieokrzesana, ale dobra i za wszech miar troskliwa, była niestety ślepa jak kret, więc rzadko docierały do niej sygnały płynące ze środowiska zewnętrznego. Jednak ta ślepota miała też swoje ogromne minusy.



N i e d ł u g o

Po trzech latach moi rodzice zdecydowali się ściągnąć mnie z powrotem do Anglii – nie wiadomo, czy to z tęsknoty, czy może z powodu tego, że afera wokół nich ostygła, a stadnina znów zaczęła dobrze prosperować, czy z chaotycznej woli zobaczenia córki po raz ostatni przed tym, nim świat pochłonie szaleństwo Wilhelminy Tuft. Pakowałam się w pośpiechu, wrzucając wszystkie rzeczy do walizki, gdy nagle zorientowałam się, że czegoś mi brakuje w tym skromnym obrazku. Rozegrał się wtedy mój najmniejszy, osobisty dramat. Zbiegłam na dół, krzycząc za ciotką Bergundą, ale ona uszy miała zatkane watą w irracjonalnej obawie przed oparami ze świeżo uwarzonego eliksiru odwadniającego. Wypadki chodzą po czarodziejach, prawda? Tylko jak bardzo można pomylić się, gdy zamiast łyżki do mieszania wywaru, chwyta się za różdżkę swojej siostrzenicy?

Wróciłam więc do Londynu z walizkę pełną swojego świata, odrobiną mokrego piasku ze Szkocji oraz nadżartą przez gorąc różdżką z hikory, z rdzeniem z pióra pegaza. Potrzebowałam ją naprawić, ale żeby to zrobić, musiałam zmusić historię, by zatoczyła koło, po raz ostatni swój początek mając w królestwie Ollivanderów.




Patronus: Burzyki północne latały nad szkockim wybrzeżem tak samo gromadnie jak szpaki wędrujące między chmurami nad polami uprawnymi w Anglii. Było ich zawsze wiele, zawsze zalewały okolicę swoim skrzeczącym śpiewem, obserwując uważnie pieniącą się taflę wody. Latały nisko nad nią, dostosowując lot do panujących na wyspie warunków.
Valerie nauczyła się zaklęcia patronusa w samotności, uparcie zmuszając kapryśną magię do słuchania swoich poleceń. Jako szczęśliwe wspomnienie wykorzystuje święta u Ollivanderów - początek toczących się po sobie podłych wydarzeń, ale również najpiękniejsze momenty, jakich kiedykolwiek doświadczyła. W głowie widzi obraz jego roziskrzonych oczu, w uszach słyszy wygrywane przez Ophelię "Greensleeves".


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 12 +4 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 8 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 13 +1 (różdżka)
Transmutacja: 2 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
ŁacinaI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIII25
Historia magiiI2
KłamstwoI2
ONMSII10
RetorykaI2
SpostrzegawczośćI2
Ukrywanie sięI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoI5
SzczęścieI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)II3
Literatura (tworzenie prozy)II3
Muzyka (wiedza)I½
Muzyka (śpiew)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
JeździectwoI1
ŁyżwiarstwoI1
Taniec balowyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Zwierzęcoustość-2
Reszta: 1

Wyposażenie

różdżka, koń, sowa, 12 punktów statystyk


[bylobrzydkobedzieladnie]




I don't belong in your universe
For better or for worse


Ostatnio zmieniony przez Valerie Meadowes dnia 08.05.17 11:29, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Valerie Gaia Meadowes   20.09.17 22:36

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Od małego otaczały ją konie, z którymi w mig łapała świetny kontakt, a jej niezwykły dar, zwierzęcoustość, wspierał prowadzenie rodzinnej stadniny. Nigdy niczego jej nie brakowało. Otrzymała możliwości rozwoju, niezbędną wiedzę i dobre wychowanie, dziedzicząc zamiłowanie do zielarstwa, odkrywając w sobie talent do opowiadania bajek i tworzenia niezwykłych historii. To ostatnie po wielu latach zaowocowało - została pisarką; ciekawą świata, nowych doznań i żądną przygód niedoszłą uzdrowicielką. Swoje przeznaczenie spotkała przypadkiem, niczym bohaterka jednej z książek i zakochała się od pierwszego wejrzenia. Wraz z urodzonym szlachetnie ukochanym żyli w świecie pełnym podziałów, mimo przeszkód, próbując iść przez nie trzymając się za ręce. Za sprawką krewnych dzieląca ich szczelina urosła do rozmiarów przepaści niemożliwej do pokonania. Rozdzieleni, okłamywani przez najbliższych rozpoczęli samotną drogę ku nieznanemu. Lata spędzone w dalekiej Szkocji przyniosły Valerie wiele przygód, część z nich przebytych w męskich spodniach, lecz nadszedł czas powrotu do domu i zmierzenia się z duchami przeszłości.

OSIĄGNIĘCIA
Powieściopisarka
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Valerie Gaia Meadowes   20.09.17 22:37

WYPOSAŻENIE
Różdżka, koń, sowa

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCI[02.11.17] +1PB do puli (nagroda za szybką zmianę)
HISTORIA ROZWOJU[06.05.17] KP: -890 PD
[10.05.17] Zakup zaklęć ochronnych: Cave Inimicum, Repello Mugoletum, Tenebris, Muffliato; -0 PD
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +3 punkty magii leczniczej, -160 PD



Powrót do góry Go down
 

Valerie Gaia Meadowes

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Dorcas Meadowes
» Dorcas Meadowes
» Panna Meadowes
» Moda na Black'a, odcinek 1950
» Dorcas Meadowes

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17