Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Susanne Echo Lovegood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Susanne Echo Lovegood   18.05.17 15:53


Susanne Echo Lovegood

Data urodzenia: 12 II 1933
Nazwisko matki: Howell
Miejsce zamieszkania: Dolina Godryka, Rudera Bertiego Botta
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: opiekunka zwierząt w lecznicy Julii Prewett, dodatkowo drobne prace dorywcze (sprzątanie, opieka nad dziećmi oraz starszymi, animatorka zabaw itp); nieoficjalnie treserka królików z aspiracjami na założenie ogromnej hodowli
Wzrost: 160cm
Waga: 47kg
Kolor włosów: białe
Kolor oczu: jasnoniebieskie
Znaki szczególne: prawie białe włosy - przeważnie krótko ścięte, często w nieładzie, kosmyki pozaplatane w warkoczyki oraz przeróżne, najdziwniejsze dodatki wplecione w całą, oryginalną kompozycję; niemalże mlecznobiała cera; taneczny, lekki krok i specyficzna, bogata gestykulacja; śpiewny głos; czyste spojrzenie błękitnych tęczówek, przysłoniętych jasnymi rzęsami; garderoba - nie przykłada do niej dużej wagi i często, acz nie zawsze, nosi na sobie chaos; szczuplutka; czasami, gdy ma gorszy dzień i potrzebuje odmiany - podkreśla usta szminką

Przeszłość
Zapach lawendy i starych pergaminów, noszących na sobie słowa zbijające się w
p o c z ą t e k.


Znalazłam w piwnicy gruby plik kopert, owinięty konopnym sznurkiem. Pachniał lawendą prawie tak intensywnie, jak mama. Niewielka karteczka przywiązana została na samej górze stosiku; koślawe pismo chyliło się na niej układając w dwa krótkie słowa. Dla dzieci. Pierwszy list napisany był przez dziadków - ponoć cały zbiór miał swój początek we wspólnym pomyśle Gerdy i Jeremy'ego - a tłumaczyli w nim tylko, że pragną zachować wspomnienia w pisemnej formie, byśmy kiedyś, ja i Artemis, mogli wrócić do przeszłości bez gubienia szczegółów. Kolejna koperta skrywała zasuszoną lawendę i siedem kolorowych koralików. Dołączona była zaledwie krótka notka - Lawenda, którą dostałam, gdy Atticus zniszczył moją bransoletkę. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie, jak mama opowiadała mi o tęczowej biżuterii. Brnę przez kolejne koperty - nie są ułożone chronologicznie, na niektórych widnieją daty, inne zawierają tyko zabawne komentarze, ale są dla mnie zupełnie zrozumiałe. To moja rodzina, to ja. Z nich się wywodzę, to ich kocham i pragnę chronić. Trafiam na pisemko skreślone charakterystycznym pismem taty - na kopercie widnieją tylko fioletowe pszczoły i trzminorki - jak podejrzewam, bo wykazujemy się podobnie lichymi umiejętnościami rysowniczymi - a list sam w sobie adresowany jest do mamy. Droga Lydie...

Pamiętam, mała spryciulo Howell, jak zwinęłaś mi dziennik. Przymyciłem do Hogwartu kilka trzminorków - oczywiście za pozwoleniem ojca, bo zgadzaliśmy się, że trochę melancholii nie zaszkodzi tym wszystkim uczniakom i profesorom. Podobno chodziło o zły wpływ na pszczoły miodne, które zaczęły stopniowo znikać, a ty przyłapałaś mnie na schadzkach z trzminorkami. Na czwartym roku, tak, tak, było to na czwartym roku, a potem trzasnęłaś mi tym samym dziennikiem przed nosem, kiedy zasnąłem, próbując wykuć okropnie nudne regułki z eliksirów i dałbym sobie czubek włosów uciąć, że pół biblioteki podskoczyło na ten łoskot. Potem wszystko turlało się samo, śpiewaliśmy razem pszczołom i trzminorkom historie o zgodzie i harmonii, by przekonać je do zawieszenia toporu wojennego i założyliśmy wspólny notatnik - wszystkie notatki o trzminorkach pisałem od tyłu, a te pszczele oznaczałaś małą, fioletową pszczółką, bo rysowałaś je, gdzie tylko popadło. Nie do końca rozumiałem twój mugolski świat, ale ty idealnie odnajdywałaś się w moim. Nawet nie zauważyłem, kiedy ciekawska Gryfonka zajęła istotne miejsce w moim puchońskim sercu. Lydia Howell, tak ci było, zanim nie wziąłem cię za żonę, byś mogła z dumą reprezentować moją - ponoć pomyloną, zupełnie jak my! - rodzinę. Wciąż czerwienisz się na wspomnienie zaręczyn i nic dziwnego! To jeden z genialniejszych planów w moim życiu. Twoja matka prawie nie udławiła się, kiedy żyrandol w jej domu dyrygował orkiestrą złożoną ze sztućców i garów, nadając rytm mojej serenadzie pod oknem waszej jadalni. Nasza pszczela piosenka brzmiała tym razem inaczej.


Pszczółko, pszczółko, pokaż się
Nigdy nie zostawisz mnie
Twój trzminorek już tu czeka
Droga nasza niedaleka
Ale wspólna niesłychanie
Jutro zaś wychodzisz za mnie


Wszystko miałem przygotowane i pomimo zdruzgotanej miny twojej matki, podsumowującej moje talenta literackie, pobraliśmy się następnego dnia w atmosferze ogólnej radości, w twoim domu, gdzie zostaliśmy na stałe. Oczywiście należało wprowadzić kilka zmian, ale wasza hodowla pszczół była duża, twoja miłość do nich zbyt wielka, a nasze badania zbyt zaawansowane, do tego wciąż twierdziłaś, że mógłbym nauczyć się czegoś o mugolskim świecie. Dziwny był ten dom Howellów i nawet mimo naszej stałej obecności nie potrafię zrozumieć tych wszystkich, szalonych mechanizmów. Niestety, po wprowadzeniu między ściany magii, podobno nie działały jak należy. Problem w tym, że nigdy nie wiedziałem, jak mają działać.

Naprawdę nic nie mam do twoich rodziców, Lydio, ale ten dom... nie mogło tak być. Musieliśmy coś z tym zrobić, dlatego zwołałem rodzinną naradę - by wypracować kompromis, ale musisz przyznać, że jest cudowny. Piękna, stara tiara na dachu, dwie połowy, nieregularne w najlepszy sposób, kolory i to połączenie mugolskości z magią! Rozbawił nawet twoich rodziców, Gerda powiedziała, że to świetna inspiracja dla nowych bajek. Był gotowy na przyjęcie potomka, zdecydowanie!


Chichoczę pod nosem, choć nic ze znanej historii nie stanowi dla mnie niespodzianki. Kojarzę je tylko ze słowami, jakie przyszło mi usłyszeć już wcześniej z ust taty. Jego zapał i umiłowanie do trzminorków z łatwością połączyło go z mamą, zafascynowaną od dziecka pszczołami. Połączyli pasieki, zajmując się badaniami nad wzajemnymi relacjami i wpływem gatunków na siebie. Teraz wszystko działa, jak należy, rodzice odnoszą niewielkie sukcesy, ale nasza skrytka w banku Gringotta wystarcza na wszystkie potrzeby. Sprzedajemy miód i syrop trzminorków.


Pszczółka
Mała, figlarna, pracowita i zdeterminowana - wydała na świat dwa
i s t n i e n i a.


Kolejny list zaadresowany jest do mnie. Przechylam głowę i dłonią wiodę po estetycznych literach - Susie - poprzedzonych śliczną pszczółką. Nie mam żadnych wątpliwości, że pisała go mama.

Pierwsze słowa, jakie przyszło mi usłyszeć na Twój temat, nie zwiastowały łatwej przyszłości dla żadnego z nas. Mała, blada, licha, krucha, słaba - mówili, szepcząc ze zgrozą. Z początku podejrzewali albinizm, w rodzinie mojej matki kilka pokoleń wstecz faktycznie była jedna biała zjawa, lecz obserwacje nie potwierdziły hipotezy. Pierwszych szyderstw doczekałaś się zaraz po wyjściu na świat - a wbrew zapewnieniom o twojej niemocy, pojawiłaś się na nim najpierw. Widocznie od zawsze miałaś waleczną duszę, a ten mały triumf - pierwsze zwycięstwo na tym świecie - był formą dowodu na to, że nie brak Ci siły. Wierzyłam w to i nigdy nie przestanę. Czekałaś więc na brata, któremu nie spieszyło się aż tak. Byliście różni, ale obydwoje wsiąkaliście powoli w nasze życie, w świat tworzony przez dwie rodziny - tak od siebie różne, lecz potrafiące odnaleźć się w swoim towarzystwie. Odgradzały je od siebie tylko ściany naszego domu, podzielonego teoretycznie na pół, ale w praktyce przeplatające się, by stworzyć na poddaszu przejście. Poddasze czekało na was. Na Ciebie i Artemisa, moja mała.

Zostaliśmy rodzicami dosyć młodo, ale świadomie i bez trudu uległam namowom Twoich dziadków, byśmy nie opuszczali domu, a rozpoczęli wspólne życie właśnie tu. Oswoili się z magią wcześniej, obcując ze wszelkimi moimi przyborami, nietypowymi dla niemagicznego świata, ale tak jawna i bliska obecność czarów z początku była dla nich bardzo szokującym doświadczeniem. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, magia potrafiła wyręczyć ich w przeróżnych czynnościach, co oczywiście polubili, oni z kolei dbali o nas i pilnowali, byśmy nie zagubili się w trudnym świecie dorosłych. Byli niezastąpieni w nauce podstawowych rzeczy - pisania, czytania, liczb - my zaś zapoznawaliśmy was z magiczną częścią istnienia. Artemis spędzał mnóstwo czasu z dziadkiem, zaś Ty, Sue, wychowałaś się na opowieściach snutych przez babcię i nigdy nie ciekawiłaś się mugolskim światem, ale nikt nie wywierał na Tobie presji - dlatego jesteś tak cudowną osobą. Bliżej było Ci do fantazji i bajek. Uwielbiałaś naszą hodowlę pszczół - nie tak, jak ja, gdyż byłaś zainteresowana fauną całego świata i nie potrafiłaś dzielić miłości między poszczególne gatunki. Choć miałaś wyraźną słabość do królików.

Byłaś też uparta. Mieszkaliśmy dosyć daleko od zabudowań, na odludziu i było to dla nas wyjście idealne. Nie potrzebowaliśmy gapiów ani obelg, wyzwisk od szaleńców i dziwaków - ze strony zarówno mugoli, jak i czarodziejów - nasłuchaliśmy się z Atticusem wystarczająco wiele i choć nie robiły na nas wrażenia, woleliśmy mieć swoje miejsce na świecie - Ty byłaś ciekawa całego.
- TO jest normalny dom? - zapytałaś, przypatrując się zwykłemu domowi, pierwszemu w szeregu identycznych, angielskich budynków mieszkalnych. Przeszłaś z jednego końca na drugi, upewniając się, że z żadnej strony nie wyróżnia się niczym. Przechyliłaś głowę, uniosłaś dłoń i poruszyłaś nią w nieokreślonym geście, prawdopodobnie tłumacząc sobie sytuację, naprowadzając wnioski na właściwy osąd. Atticus widział w tej gestykulacji specyficzną formę melancholii z wyraźnym wpływem trzminorków, ale moja matka upierała się, że należy "anomalię" jak najszybciej zbadać, sądząc, że to niepokojące. Byłam rozdarta między nimi, ale poza własnym, bogatym w nietypowe elementy, światem, nie wyglądałaś na jakkolwiek opóźnioną lub porażoną.
- Nudny - stwierdziłaś zaskoczona. Wszystko zaczęło się od tego, że dziadek w rozdrażnieniu palnął głupotę na temat naszego domu. Westchnęłaś ze zrezygnowaniem.
- Normalne domy nie mają kapelusza? To nie ma sensu, mamo, przecież tylko bardziej mokną, a do tego wyglądają na bardzo smutne. Widzisz to okno? I drugie? I drzwi? Wyraźnie się smucą - wskazałaś krótko, wyciągając energicznie rączkę, która zadrżała delikatnie pod wpływem emocji. Faktycznie - dom był smutny. Firanki sięgające połowy okien, na tle ciemności pomieszczeń, wyglądały jakby toczyły ciężką walkę ze snem, a białe drzwi zwieńczone łukiem tworzyły usta wygięte w podłużną podkówkę. Przechyliłam głowę - obserwowałyśmy przez chwilę normalny, smutny dom.
- Masz rację, Susie. Kompletnie bez sensu - odpowiedziałam, z lekkim uśmiechem pociągając Cię za rękę, na co okręciłaś się z zadowoleniem w zwiewnym piruecie. Podejrzewam, że już wtedy utworzyłaś swoją pierwszą definicję normalności, którą z czasem uzupełniałaś i doskonaliłaś, by przekonać się, że wcale takiej nie potrzebujesz. Nie potrzebował nikt z nas.


Rozczulenie daje mi się we znaki - mam ochotę wytańczyć je z mamą w kilku piruetach. To dzięki niej poruszam się z taką lekkością - tata niestety nigdy nie potrafił nauczyć się swinga, ja zaś, poza podstawowym opanowaniem kilku tańców, posługuję się nim, by czuć się wolna. Zawsze służyła wsparciem i z uśmiechem przyjmowała moją wścibskość we wszelkich sprawach magicznych, a śmiała się, gdy ziewałam na widok mugolskich wynalazków dziadka. Spoglądam jeszcze raz na list - dalej sądzę, że normalny dom był smutny - wtedy dopada mnie myśl, że powinnam przejrzeć wszystko z Artemisem i pochwalić się rodzinie, że wśród sterty piwnicznych gratów dokopałam się do ich dzieła. Niedługo czeka nas z bratem długa podróż - wtedy przejrzymy wszystko i dopiszemy kilka własnych notatek. Nie mogę się doczekać! Dwadzieścia trzy lata do opisania. Już teraz wracam do przeszłości, szukając odpowiednich historii.

Czary-mary
Bo magia nie dzieje się tylko na naszych oczach. Magia to także
w s p o m n i e n i a.

Wiesz, Artemis, gwiazdy podobno najlepiej widać z czubka drzewa - tak mówi tata, ale babcia bardzo na niego krzyczy, kiedy to mówi, bo boi się, że tam wleziemy. Ja mu wierzę. Odwróć jej uwagę i wszystko sprawdzę, co ty na to? Poczyta ci bajki, dam sobie frędzle piżamki uciąć, że ostatnio pisała nową. Tylko nie idźcie na poddasze! Stamtąd widać czubek drzewa. Powodzenia!

Strasznie to drzewo duże. Patrzę na nie i chwilę zastanawiam się, jak do tego podejść - mama i tata zrobiliby czary-mary i już byłaby drabinka, ale dziadek mówi, że ja wcale nie muszę umieć w magię. Tu z kolei wierzę mamie - opowiadała mi, że wierzyła w czary i nikt nie chciał słuchać, że coś dzieje się wokół niej, a czekoladki przylatują do dłoni jakby miała w niej magnes na słodycze. Wygląda jednak na to, że trzeba będzie poradzić sobie bez pomocy - bez różdżki i tak nic bym nie zdziałała, ale wolałabym żeby było już wiadomo, czy pójdę do Hogwartu. Artemis już wie, przecież nie mogę go zostawić na pastwę chandrunów, a one na pewno dopadną go w tej szkole, jeśli ich nie odgonię. Ostatnio tłumaczyłam dziadkowi wszystko o chandrunach - to smutne stworzonka, chowające się w trawie i wyglądające jak ona. Kiedy leży się nad wodą - a w Hogwarcie jest jezioro - wpełzają do ucha i robią w człowieku chandrę. Okropieństwo. Szczerze mówiąc, babcia nie potrafi opowiadać strasznych historii i chandruny są gorsze od wszystkiego, co próbowała uczynić przerażającym... Lepiej spisał się tata, czego kompletnie się po nim nie spodziewałam. Gdy prosiłam o historię mrożącą krew w żyłach, przerwał babci i opowiedział mi najpierw o szyszymorach - aż się włos na głowie jeży - a potem doprawił to wszystko śmierciotulami. Kilka nocy miałam problem z zaśnięciem, obawiając się, że jedna z nich dopadnie mnie i nigdy więcej się nie obudzę - albo obudzę w jej wnętrzu. Co chwilę sprawdzałam, czy Artemis śpi, dziwiąc się, że tata wcale się nie boi. Lęk pozostał.

Mam już osiem lat, przecież nie dam się pokonać gałęziom. Kilka pierwszych prób kończy się zadrapaniami i obitym siedzeniem, ale nie ze mną te numery. Już ja pokażę babci, że tata miał rację. Obieram inną strategię, wchodzę powoli na beczkę, z której sięgam do najniższej gałęzi i wspinam się, wspinam coraz wyżej, nawet jeśli parę razy spadłam. To nic, nie raz się już poobijałam. Docieram w końcu nawet wysoko, i wyglądam spomiędzy liści. Wtedy słyszę donośne i oburzone Susanne, złaź stamtąd natychmiast! To dziadek. Byłam pewna, że już śpi, ale macha do mnie ze swojego okna, więc odmachuję mu i widzę, jak moja skóra świeci w księżycowym świetle. Muszę nauczyć się być kameleonem. Plan Susameleon już maluje mi się w głowie. Niepomna na krzyki pnę się wyżej, prawie na czubek, ale dotarcie tam jest niemożliwe, więc przytulam się do gałęzi i spoglądam w niebo, dowiadując się, że tata miał rację. Na dole wywiązuje się jednak panika, której nie mogę zignorować i właśnie wtedy, gdy odkrywam, że zejście na ziemię jest trudniejsze niż wspinaczka, oblatuje mnie strach. Ręce i nogi trzęsą się, nie mogę zapanować nad wysokością - przecież to naprawdę bardzo wysoko! - a krzyki tylko mnie rozpraszają. Niedługo potem czuję, jak spadam, obijam się o jeden konar, drugi. Nie widzą mnie. Wtedy, przysięgam - lecę. Wszystko zwalnia i mogę powoli wydostać się z drzewnej pułapki, lądując na ziemi w tureckim siadzie. Mama we łzach, tata w rytmach pszczelej piosenki, a dziadkowie blisko zawału. Ja zaś w głowie mam tylko jedną myśl.

Artemis, odgonię od ciebie wszystkie hogwarckie chandruny!


Nareszcie! Wszystkie podręczniki i przybory spoczywają grzecznie w kufrze, a ja rozglądam się po dworcu Kings Cross, nie wypuszczając dłoni Artemisa ze swojej. Niektórzy patrzą na mnie dziwnie i odwracają wzrok, kiedy się do nich uśmiecham i widzę, że mama spogląda na to ze zmartwieniem, ale pokazuję jej swoje wszystkie ząbki - białe jak cała ja - i wydaje się bardziej przekonana niż przed momentem. Czerwona lokomotywa wygląda, jakby obsiadło ją stado biedronek, zanim ścierki nie idą w ruch i samodzielnie nie pozbywają się czarnych kropek. Mam nadzieję, że moja cyprysowa różdżka z piórem ze skrzydła abraksana niedługo pomoże mi w opanowaniu podobnych zaklęć! Wsiadamy, szybko, nie umiem przecież wlec się tak, jak dorośli - podskakuję i wiruję, przeciskając się przez zatłoczony korytarz pociągu, aż w końcu wpadam do przedziału, wychylając się z niego i machając bratu, śpiewnie informując, że znalazłam nam idealne miejsce. Całą drogę dyskutujemy o Hogwarcie i zakładam się z nim, że trafię do Gryffindoru, jak mama. Chciałabym, by Artemis trafił tam razem ze mną, lecz wydaje się to mało prawdopodobne, dlatego nie zdradzam przed nim owej myśli, nie chcąc smucić żadnego z nas. Mało kto ma ochotę dołączyć do nas w podróży - domyślam się więc, że mama miała rację i będą wytykać mnie palcami, nazywać dziwną i nienormalną. Stawię im czoła, najważniejsze, by Temmy nie padł ofiarą wrednych uczniów. Mimo tego znajdują się odrzutki, którym biała panna nie jest straszna i poznajemy się w podróży całkiem nieźle - czas mija szybko, zaraz wskakujemy w czarne szaty, wsiadamy na łódki i pokonujemy jezioro. Woda błyszczy w światłach nocy i zamku, kiedy zastanawiam się, czy właśnie płyniemy nad trytonami. Trytony są w porządku - prawdę mówiąc, tylko one potrafią pozbyć się chandrunów, jedząc je, ale są po nich bardzo złośliwe, więc trzeba uważać. Hogwart jeszcze nie przyjął nas w swoje progi, a już mam w głowie trzy czwarte listu do dziadków i rodziców. Widziałam powozy, które jadą same, muszę się o nich dowiedzieć wszystkiego, tata powinien wiedzieć, co trzeba.

Teraz czas dłuży się niemiłosiernie, czekamy na wejście do Wielkiej Sali i mam wrażenie, że mijają godziny - wszyscy się stresują, ale nie ja - zakłady to moja specjalność, zawsze wygrywam z Artemisem, więc jestem prawie pewna, że trafię do domu lwa. Skrzypienie ogromnych drzwi rozlega się powoli, ukazując nam cztery długie stoły domów oraz kadrę nauczycielską, skupioną za jednym na podeście. Legendarna Tiara Przydziału czeka na stołku, a nasz wężyk powoli wpełza na środek, by wypuszczać z siebie kolejne roztrzęsione ofiary wprost w objęcia starego kapelusza. Niektórzy czekają dłużej, inni krócej, jedni mają bardzo wyniosłe miny, inni są tylko przerażeni, ale każdy dostaje swój przydział. Z nas pierwszy idzie Artie - klaszczę głośno, gdy okazuje się, że trafia do rozkosznych Pufków i rozradowana macham do niego jeszcze, gdy sama idę poznać swoje miejsce w szkole. Nie spieszę się, lekkiemu krokowi nie szczędząc podskoków i krótkiego piruetu, zakończonego dynamicznym siadem na drewnianym krzesełku. Rach, ciach i po decyzji! Cieszę się razem z Gryfonami i jestem gotowa na wspaniałe siedem lat edukacji w zamku, który chciałabym zacząć zwiedzać już teraz! Jestem podekscytowana, nie głodna!


Koresponuję z rodzicami, dzieląc się z nimi swoimi zmartwieniami - Wielka Wojna Czarodziejów dotarła do Anglii i choć ciężko pojąć mi niektóre rzeczy, rozumiem, jak wielkie jest to niebezpieczeństwo. Mieszkamy z dala od zabudowań, takie miejsce wybrali sobie moi rodzice i dziadkowie, ponoć wojna nie sięga naszego cudownego domu, ale wciąż stresuję się, że bliscy ucierpią. Świat bywa okrutny. Historie krążące po Hogwarcie, wraz ze spuścizną w postaci Jęczącej Marty, są równie upiorne. Rozmawiałam z nią i starałam się ulżyć jej w cierpieniu, okazać empatię oraz wsparcie - lecz trudno się z nią porozumieć. Rozumiem ją. Ja też jestem wyrzutkiem.


Przeklęte zaklęcia i uroki. Jakim cudem sprawiają mi taką trudność, skoro nie mam problemu z innymi czarami? Transmutacja to moja specjalność, z obroną nie idzie mi wcale gorzej, eliksiry... cóż, spuśćmy na to zasłonę milczenia. To już po prostu nie są czary. Robię wszystko, jak trzeba, kroję składniki według instrukcji, dwoję się i troję, ale coś sprawia, że wywar nie chce się mnie słuchać. Daję słowo. Tłumaczyłam już kociołkowi, że z miksturą trzeba współpracować, lecz wybuchy i spektakularne efekty specjalne są w moim garze normą - ponad połowa moich dzieł kończy w ten właśnie sposób. Profesor Slughorn kręci głową z rezygnacją za każdym razem. Na szczęście nie zależy mi na dostaniu się w szeregi Klubu Ślimaka. Pojedynki są o wiele ciekawsze niż nudne imprezy pełne ludzi, którzy patrzą na mnie z góry i prychają na widok moich włosów. Pogubiłam się już, dlaczego są uprzedzeni, przecież nie skreślam nikogo na starcie i nie zmieniam w wieprza bez powodu. Częściej sama dostaję urokiem w plecy, Skrzydło Szpitalne to mój drugi dom. Astronomia jest szalenie ciekawa - nie sposób zaprzeczyć tacie, który już przed pójściem do szkoły pokazywał mi na nocnym niebie różne rzeczy i opowiadał do nich historie. Z kolei mugolozwnastwo i historia magii to kompletnie nie moja bajka. Wojny przerażają mnie i zniechęcają, nie chcę o nich pamiętać, wolę skupić się na teraźniejszości i aktualnych problemach - do tego wszystkie daty, które trzeba wykuć na pamięć. Zero kreatywności. Radzę sobie z zielarstwem, ale nie mam do niego ogromnego talentu.

Uwielbiam aktywności fizyczne. Poza tym, że tańczę, kiedy tylko mogę, nauczyłam się pływać. Z przymusu - na drugim roku wrzucili mnie do jeziora i śmiali się przeokrutnie, kiedy próbowałam zapanować nad sytuacją. Nie mogłam się dać strachowi i wynurzyłam się akurat, gdy prefekt złapał ich na gorącym uczynku. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Zawsze uważałam, że trzeba uważać z tym stwierdzeniem. Entuzjastycznie podchodziłam też do lekcji latania na miotle. Na początku wcale nie szło mi dobrze, miotła bardziej prowadziła mnie, a nie ja ją - co poza lekkim niepokojem było również świetną zabawą i wszyscy patrzyli na mnie, jakbym postradała zmysły, gdy wylądowałam w krzakach, chichocząc wesoło. Trochę zajęło mi opanowanie tej sztuki, ale teraz jestem w stanie panować nad tą szaloną szczotką. Od razu po przybyciu do Hogwartu zgłosiłam się do szkolnego chóru. Umiejętności, jako takie, posiadałam już wcześniej dzięki rodzicom, zakochanym w swoich zmyślnych piosenkach, ale w szkolnym zespole rozwijam się bardziej poważnie. Plan Susameleon wciąż jest jak najbardziej aktualny i staram się pozostawać niezauważalna - niestety moja biel znacznie to utrudnia.


Nie próbuj nawet nazwać mnie Śnieżynką i daruj sobie określenie biała jak śnieg. Nie jestem zimna. Zapamiętaj to raz na zawsze. Śnieg, według mamy, podobał mi się, dopóki go nie dotknęłam i do teraz nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Mów mi Sue, Echo, odmieniaj moje imię jakkolwiek chcesz, ale nawet nie zbliżaj się do powiązań z tą paskudną, zimną grudą. Fuj.

Umiem czytać i pisać od tyłu - nie obchodzi mnie zdanie wszystkich - wystarczy, że jest to przydatne dla mnie. Tak naprawdę, wszystkie te zapiski odczytają zwierzęta koniowate - może potrafią czytać, ale tylko od tyłu? Wiem, nie pomyślałeś o tym. Podrzucę im coś do Zakazanego Lasu i przekonamy się, kto miał rację. Zakład? Stoi. Oddalam się tanecznym krokiem, by sporządzić notatki, ale moją uwagę przykuwa po drodze królik. Patrzę na niego, jak zaczarowana, a on rusza tym swoim pyszczkiem i macha wąsikami. Króliku mówię podążaj za mną! I kicam pojedynczo, aż nie załapie, że powinien kicnąć w tym samym kierunku, co ja. Trochę to trwa, ale tresuję go cierpliwie i szybko okazuje się, że wraca co jakiś czas w to samo miejsce, pewnego dnia przyprowadzając swoją króliczą żonę. Skaczemy więc we trójkę, a gdy rodzinka się powiększa, robi się z nas niezła banda. Na pożegnanie zawsze im salutuję. Poza królikami mam paru bliskich znajomych, nawet przyjaciół, ale znaczna większość szkoły unika mnie, uważa za zły omen albo unosi się swoim pochodzeniem i traktuje jak gorszy gatunek. Nie rozumiem tych podziałów, nie rozróżniam nazwisk arystokratów i nie potrafię przybrać manier, których wymagają od świata, a tym bardziej krzywdzące wydają mi się ich poglądy. Uciekam od nich, ale nie stronię od pomocy uciśnionym, bez wahania stając w ich obronie. Świat powinien być dobry dla wszystkich, a pojęcie normalności - zakazane.


Nie płaczę i nie mam problemów z dostrzeżeniem zła. Uważam po prostu, że mamy tyle dobra, które trzeba ocalić - ono wypiera negatywy i zepsucie, staje z nim do walki, a my wszyscy musimy mu pomagać, jak tylko możemy. Nie pamiętam, bym roniła łzy, nawet gdy było mi smutno, przykro, źle - wszystkich zawsze bardzo to dziwiło. Dlaczego? Będąc oparciem nie mogę dawać się złamać. Nie czuję potrzeby wypuszczania smutków w postaci słonych łez. Nie mazgaję się. A mimo to, na trzecim roku pewien chłopiec przypadkowo trąca mnie w ramię na zatłoczonym korytarzu, zatrzymuje się, mruga i pyta, dlaczego płaczę. Nie rozumiem nic z tego pytania - aż sprawdzam stan własnych policzków, ale są zupełnie suche. Wtedy odwraca się i znika między innymi uczniami, ale zapamiętuję go bardzo dobrze. Pierwszoroczny. Postanawiam obserwować go przez jakiś czas - jest Krukonem, często targa ze sobą książki i maże po kartkach - z daleka nie widziałam, co dokładnie. To na nim ćwiczę ukrywanie się. Podrzucam mu do kociołka książkę - niewiele z niej rozumiem, ale bardzo lubię zawarte w niej historie. Jest typowo mugolska, dostałam ją od dziadka i trzymam do dziś, więc pomyślałam, że powinna pójść w świat i siać mały zamęt wśród czarodziejów. Widzę, jak przerzuca kartki tego tomiku przy śniadaniu, a kiedy znika z jego rąk po kilku dniach, dbam o to, by  odnalazł kilka kolejnych w torbie. Znałam jego ulubione miejsce w Wielkiej Sali - czasem moje wybory czekają na niego również tam. Pod talerzem, na ławce. Zaczynam zakradać się bliżej i podglądać szkice - w głównej mierze roślin. Wspaniale! Sama też rysuję, ale nie tak dobrze - ponoć bazgrolę, ale to moja sztuka i nikt nie musi mi mówić, jak mam ją tworzyć. Zachylam mu jeden z rysunków, kiedy przysypia pod drzewem, podkładam też własny - rośliny od dawna siedzącej w mojej głowie. Moje działania zostają po pewnym czasie odkryte, na odwrocie rysunku znajduję pytanie - kim jesteś? - lecz plan Susameleon jest priorytetem, muszę się ukrywać. Rysuję więc mapę do tajnej skrytki, schowanej pod gęstym, magicznym bluszczem i od wtedy wymieniamy się lekturami oraz rysunkami, wzbogacając je czasem o własne komentarze. Odkrywa mnie dopiero podczas mojego ostatniego roku w Hogwarcie. Mówię tylko, że strasznie długo mu to zajęło.


Wszyscy, poza Artemisem i moimi bliskimi - choć i oni nie muszą być w tym szczerzy, powątpiewają w powodzenie, gdy oznajmiam, że podchodzę do OWTM z eliksirów. Uparłam się i dałam sprowokować do zbyt wielu zakładów, że po ukończeniu szkoły przejdę kurs w Ministerstwie Magii. Naprawdę je lubię. Nie są dla mnie tak ważne, jak transmutacja, ale ciężko mi odpuścić, a pragnienie udowodnienia wszystkim niedowiarkom rosło w ciągu całej edukacji w ekspresowym tempie. Mam wsparcie i udaje się - wyniki okazują się dobre, a plany na przyszłość tłoczą się w głowie. Opuszczam Hogwart, zanim Grindelwald przejmuje nad nim pieczę, za co dziękuję losowi. Jego pojedynek z Dumbledorem wciąż odzywa się w moich wspomnieniach głuchym echem - nie rozumiem, jak niektórzy mogą mieć to za wydarzenie o dobrym wpływie na nasz magiczny świat. Niedługo później na jaw wychodzi, że moje niepowodzenia przy tworzeniu mikstur nie wynikały z własnych błędów, a złośliwości - ktoś chyłkiem podrzucał mi do kociołka niepożądane ingrediencje. Zahamowało to mój rozwój, ale nie powstrzymało od brnięcia w tym kierunku. Zdanie zmieniam dopiero po opuszczeniu Ministerstwa ze zdobytym certyfikatem. Wtedy postanawiam oddać się swojej największej pasji, obecnej odkąd pamiętam.

Ciężko było mi minąć zwierzę lub magiczne stworzenie, kiedy już pojawiało się na mojej drodze. Wiedzę na ich temat chłonęłam jak gąbka - nie musiałam się uczyć, zwyczajnie pamiętałam przerabiany materiał, sięgałam nawet do dodatkowych, ponadprogramowych zagadnień. Fascynowały mnie ich cechy charakterystyczne, oswajanie, zachowanie i wszystko, co tylko dało się znaleźć. Nigdy nie myślałam jednak o tym, by szukać w nich pracy. Nie chcę, i nie umiem, usiedzieć w miejscu, chwytam się wielu zadań na raz - niekiedy ciężko je zakończyć, ale jestem zdeterminowana. Rozglądałam się za różnymi pracami dorywczymi, szukając własnego miejsca, odpowiedź znajdując dopiero w lecznicy Julii Prewett, do której wybieram się na badania ze swoimi królikami. Podczas kontroli towarzyszę innym zwierzętom, obecnym w przybytku, a Julia pyta, czy nie szukam pracy, chwali też moje podejście do zwierząt. Zostaję tam - już nie jako klientka, ale pracownica. Nie potrafię ich leczyć i coś powstrzymuje mnie od tego, by spróbować - boję się, że mogłabym zaszkodzić biednym istotom, dlatego tylko opiekuję się nimi, dbając o to, by było im dobrze. Daję się namówić tylko na lekcje anatomii - dzięki temu mogę asystować pannie Prewett przy opatrunkach. Dla własnej satysfakcji przyswajam też podstawy anatomii ludzkiej - kto wie, kiedy mogą się przydać?

Nie rezygnuję oczywiście z dodatkowych zadań - spędzanie czasu z ludźmi i uśmiechy na ich twarzach dają mi mnóstwo energii. Dopiero po powrocie do domu czuje zmęczenie, ale staram się nie rezygnować z towarzystwa rodziny i przebywam z nimi, kiedy tylko mam wolną chwilę. Mnóstwo razy słyszałam, że powinnam dorosnąć, ale nie widzę takiej potrzeby, bo czuję się ze sobą dobrze. Dlaczego mam słuchać ludzi, od których doznaję krzywd? Lubię dzieci - są ciekawe, mądrzejsze niż się ludziom wydaje, a ich wyobraźnia może przenosić góry. Nie są jeszcze tak uprzedzone i mają czystsze serca niż dorośli. Lubią mnie, nie widzą białego dziwadła oderwanego od rzeczywistości, ale moją chęć do przebywania z nimi - pragnę dać im jak najwięcej. Nie każdy akceptuje mnie w roli opiekunki - po pozorach oceniają, że będę nieodpowiedzialna, ale nie mogą się bardziej mylić. Pytam maluchy o potrzeby, zainteresowania, śpiewam im i tańczę razem z nimi - tańczę tak, jak lubię i czuję, nigdy nie próbowałam nauczyć się kroków do żadnego tańca, nie wchodzę na sceny i nie występuję. Kocham muzykę, ale nigdy nie próbowałam grać na żadnym instrumencie - może wszystko przede mną? Wydaje mi się, że dzieci doceniają moje zaangażowanie i autentyczność. Słuchają mnie, rozumieją i szanują.
Starsi traktują mnie początkowo z pobłażliwością, ale wspólnie spędzony czas pozwala im na zawiązanie prawdziwej nici sympatii. Są doświadczeni, mają więcej pokory i cierpliwości, ale mówią mi często, że kojarzę im się z młodością w przejaskrawionej formie, czerpią ode mnie energię, a ja radość, że na tym korzystają. Przy okazji uczę się od nich wielu ciekawych rzeczy. Pani Maeve, którą nazywam Panią Sową, pomaga mi w czytaniu starożytnych run - zaczęłam uczyć się ich w Hogwarcie, ale zrezygnowałam po pewnym czasie, by mieć więcej czasu na pomaganie innym z zaległościami - obiecując sobie, że wrócę do nich w przyszłości. Zaczęłam się nimi interesować, gdy na wycieczce z rodzicami, w starym zamku, natrafiliśmy na nieznane znaki, ale żadne z nas nie potrafiło ich odczytać. W zamian śpiewam Pani Sowie ulubione piosenki z czasów młodości - wzruszenie starszej kobieciny jest dla mnie najlepszą zapłatą. Pan Jeremy, który kiedyś był kucharzem, gotuje mi najlepsze potrawy i przy okazji uczy, bym mogła pomagać mamie w kuchni.

Od dłuższego czasu kręcę się też wokół tematu animagii - z początku na własną rękę prowadząc poszukiwania, z czasem odzywając się też do niektórych znajomych związanych z transmutacją. Kocham zwierzęta, ale bycie jednym z nich stanowi zupełnie odrębne marzenie - dowiedziawszy się o możliwości jego spełnienia, chwyciłam mocno i nie zamierzam puścić. Całe noce poświęcałam na myślenie o domniemanych formach przemian, o szybowaniu wśród chmur, zupełnie jak na miotle, ale bez niej, o szaleńczym pędzie albo obserwowaniu morskiego dna oczami wodnego stworzenia. Uczyłam, i uczę się dalej, powoli. Mam swoich zaufanych nauczycieli.


Monotonia nieco mnie przytłacza, ale panuję nad nią, nie bojąc się spontaniczności. Tym razem wszystko dzieje się samo - grudniowy wieczór jakimś cudem zmienia się w rozmowę o polityce, której przecież zupełnie nie rozumiem - co nie zmienia faktu, że pewne wydarzenia w Anglii mi nie odpowiadają. Od słowa do słowa dowiaduję się o Zakonie Feniksa, a oczy aż mi świecą na myśl, że miałabym uczestniczyć w tak szlachetnym zadaniu, wspierać tak poprawną ideę. Wszystko objęte jest tajemnicą, ale mój zapał nie gaśnie - pomagam na miarę własnych możliwości, uczestnicząc w misjach. Ukrywania prawdy nauczyłam się w szkole - oszczędzało mi to wielu złośliwości i bólu, a najbardziej przydatne okazało się właśnie teraz, gdy muszę utrzymać wszystko w sekrecie. Właśnie dlatego ograniczam nieco swój udział w organizacji - częste zniknięcia zwracają uwagę rodziców i brata, nie wszystkie rany można też nazwać zwykłymi otarciami i stłuczeniami. Mimo tego - staram się robić, ile tylko się da.

Podróż
Z ukochanym bliźniakiem, w nieznane, ze spontanicznej myśli. Tam, gdzie rwą nas
s e r c a.

Od zawsze lubił pociągi, pojazdy ogólnie mieściły się w jego zainteresowaniach. Jako zwolenniczka teleportacji i szybszych sposobów na pokonywanie dużych odległości, nie jestem zbyt zadowolona z tego, że musimy spędzić kilka godzin w wagonie, ale zawsze potrafiliśmy znaleźć sobie zajęcie - nie inaczej będzie dziś. Tym razem taszczymy ze sobą znalezione w piwnicy koperty, czas więc może nam tylko sprzyjać. Lubimy tułać się razem, w poszukiwaniu naszych miejsc. Nazywam je Naszakami. Naszka Strumyk. Naszka Klitka. Czasem spoglądamy przez okno i szukamy różnych kształtów w migających szybko obrazach. Jeden z nich budzi we mnie niepokój.

To nie kształt. To słup dymu w oddali - płonie las. Czuję, jak moje serce zrywa się do szybkiej pracy, przez chwilę obraz ciemnieje mi przed oczami, a skóra przechodzi bielą, jakiej nie widział świat. Przypominam sobie o niedawnej śmierci Potterów. To wystarcza, by wywołać we mnie prawdziwy strach. Oblewa mnie zimny pot, a złe przeczucie dręczy myśli. Dom. Musimy wracać, myślę, spoglądając na brata, którego nie mogę narazić na żadne niebezpieczeństwo. Coś w myślach o naszych rodzinnych stronach wywołuje we mnie jeszcze większą niepewność. Tam powinniśmy być bezpieczni. Wszyscy razem. Zanim docieramy do kolejnej stacji, jest już ciemno. Teleportujemy się.


Sen
Jedyne miejsce, w którym mogę zobaczyć bliskich. Jak może być
k o s z m a r e m ?

Już po wszystkim. Kładę się, czekając na sen przerażona. Nie chcę wiedzieć, co przyniesie mi wyobraźnia, nie chcę budzić się z płaczem, który męczył mnie przez ostatnie godziny, nie chcę wracać do wydarzeń, nie chcę wracać do domu. Nie mam domu. Zasypiam. I wtedy staję się matką, eterycznym duchem, obserwatorem - cieniem i wspomnieniem. Boję się, ale to nie jest mój strach. Czy to ty, mamo, mówisz do mnie - czy to tylko ja? Czy jesteś moim spokojem, który zagubił się w głębinach duszy? Twój głos niesie się po okolicy, wszystkie obrazy wracają - lecz w innej formie, dalekiej od wizji z przeszłości. Mówisz do mnie albo to ja mówię do siebie, pragnąc ulżyć zmęczonym myślom.

Widzę was, moja mała. Przez chwilę patrzysz osłupiała, oniemiała i zrozpaczona na pożerające okolicę płomienie - w proch obraca się nie tylko dom. Na tle nocnego nieba, niczym łuna, lśnią nasze ule. W oddali stoicie razem, troszczysz się o zaklęcie Kameleona, o to, by was nie wytropili.

Widzisz ich. Dwie postacie, dwa cienie, dwaj sprawcy - oprawcy na tle piekła. Wróciliście wcześniej, ale na szczęście zbyt późno, by znaleźć się w nim razem z nami. Możemy tylko obserwować was, wasz ból, niedowierzanie. Co z wami będzie? Możesz tylko obserwować, Sue. Za późno.

Widzisz nas. Stoimy tuż przed wami, we wspomnieniach, na tle nietkniętego domu. Spójrz jednak teraz - widzisz, jak dusze ulatują z gorąca. Przez moment wydaje ci się, że biegniemy, cali i zdrowi. A może to tylko nadzieja? Nie pozwól jej płatać sobie figli, Pszczółko. To okrutna prawda, z którą musisz się zmierzyć. Nie dopuszczaj do siebie zwątpienia, wierzę w ciebie.

Widzisz pustkę. Najpierw twoje gardło rozdziera rozpaczliwy krzyk i ledwo trzymasz się na nogach, czujesz jak żołądek skręca się w nerwach i oddychasz szybko, czując spływające po policzku łzy. Nie, skarbie. Nie ty. Nie płacz. Daj bratu nadzieję - nie masz siły myśleć o tym teraz, rozumiem. Podnosisz się i zrywasz do biegu, zbliżając do dogorywającego budynku.

Widzisz zniszczenie. To jemu musicie wyjść na przeciw, zapobiec gorszej zarazie. Nie ma nas, nie ma ukochanych królików, nie ma babci i dziadka, ale jesteście wy. Chroń brata. Jesteś dzielna. Nie pozwól rozpaczy na przejęcie kontroli. To nie jest wyjście. Będziemy z wami. Zawsze.


Łzy leją się strumieniami, ciemność przeraża, a ja zrywam się nagle, szukając dłońmi brata i łkając - w uldze? Nie. To cierpienie i koszmar przewijają się przez myśli, żywy obraz sprzed kilku dni. Kwiecień już nigdy nie będzie dla mnie wesołą oznaką wiosny. Nie mogę spać, a przed oczami staje znów ta sama historia, prawdziwy obraz.


Łzy
By oczyścić duszę z wyrzutów sumienia i stanąć do walki, z odbudowaną u boku
n a d z i e j ą.

Ogień szaleje, gdy aportujemy się na wzgórzu. Nasz dom płonie. Patrzę w osłupieniu. Dwie sylwetki na tle pożogi. Słyszę krzyki. Ja sama krzyczę, pragnąc zagłuszyć swoich bliskich, by oszukiwać się, że nie - to nie jest prawda. To nie może być prawda. To tylko zły sen. Zaledwie kilka dni wcześniej mama próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, ale wiedziałam, że coś musiało pójść nie tak, podwinęła jej się noga. Pamiętam wezwanie do Ministerstwa Magii, przesłuchanie mugolaków - martwiła się, gdy je znalazłam. Terror Grindelwalda od razu przychodzi na myśl, gdy, bezużyteczna, obserwuję, jak moja przeszłość lśni i bucha gorącem. Na pomoc jest już za późno. Dom płonie długo.

Koniec łapie mnie za gardło, łzy płyną niepowstrzymanie. Nie zważając na niebezpieczeństwo poruszam się po ostygłych zgliszczach, co chwilę coś sypie się po naszej części domu, płot zniknął całkowicie, drzewo należy do przeszłości. Drżącym głosem każę Artemisowi zostać w miejscu, nie mogę narażać go na niebezpieczeństwo. Czuję zbyt wiele, by myśleć racjonalnie. Zatapiam dłoń w popiele i szukam, szukam was, z nadzieją, że dom był pusty, ale krzyk niósł się echem po wzgórzach. Nie mam pojęcia jak długo będę się oszukiwać. Dociera do mnie, że wszystko zostało pogrzebane. Nie widać nawet szczątków. Prawie wymiotuję z przerażenia, osuwając się na kolana w niemocy. Nie zostało nic. Nikt. Kwietniowe słońce nie przejmuje się naszą tragedią. Wznosi się powoli na bezchmurnym niebie. Gwiazdy tej nocy były dobrze widoczne.

Poczucie winy odbiera mi głos, płaczę jeszcze długo, gubiąc rachubę czasu. Ja. To ja nie mogłam was obronić ani przewidzieć sytuacji. Nie widzę przyszłości, nadziei, sensu - przytłoczona nieznanymi emocjami chowam się w sobie. Z horroru budzi mnie brat, a raczej jego obecność. Broniłam go zawsze. Słaba, licha, blada, trwałam przy nim, gotowa do wsparcia. Zbieram się i chwytam go za rękę, pozwalając łzom drążyć plamy bieli na moich brudnych policzkach, nie szukając słów. Skupiam się tylko na celu, do którego musimy dotrzeć. Musimy znaleźć dom. Musisz być bezpieczny, Temmy. Zadbam o to.

Droga zajmuje nam wiele czasu. Zmęczeni przybywamy do najbliższego znajomego miejsca. Brudni i wyczerpani podróżujemy do Doliny Godryka. Może on, może on nam pomoże? Staję więc, nie do poznania, tym razem pokryta czernią od stóp do głów, wciąż zapłakana, i drżącą rękę zmuszam do cichego uderzenia w drzwi. Odmawia posłuszeństwa. Czy w kwietniu jest wystarczająco ciepło, by spać pod gołym niebem? Bertie pozwoli nam zostać w Ruderze. Muszę przekonać się do tego.  Zaciskam powieki i pukam pewniej, trwając w tej pozie, dopóki przyjaciel nie otwiera drzwi.

Wtedy w mojej głowie rozbrzmiewają ostatnie słowa. Słowa przepowiedni. Są jak ostrze wycelowane prosto w serce.

Dlaczego płaczesz?

Patronus: Płaszczka kojarzy się Sue z bezpieczeństwem - widzi w niej stworzenie, które może objąć, nakryć, ochronić bliskich oraz ją samą.
Podczas przywoływania patronusa przywołuje chwile spędzone z całą rodziną, choć po rodzinnej tragedii miewa momenty, w których są zbyt raniące, dlatego ratuje się tymi, w których spędza całe dnie w towarzystwie zwierząt.



Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 10 +3 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 20 +2 (różdżka)
Eliksiry: 5 Brak
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
ONMSIV20
AstronomiaIII10
ZielarstwoI2
SpostrzegawczośćI2
Silna wolaIII10
Ukrywanie sięII5
Zręczne ręceI2
Starożytne runyI2
AnatomiaI2
KłamstwoI2
RetorykaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
SzczęścieI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (śpiew)I1
GotowanieI1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec współczesnyII7
Latanie na miotleI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (brak)-0
Reszta: 0

Wyposażenie

Sowa, różdżka

[bylobrzydkobedzieladnie]




I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly

I'm walking in the air



Ostatnio zmieniony przez Susanne Lovegood dnia 07.08.17 19:30, w całości zmieniany 13 razy
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Susanne Echo Lovegood   02.08.17 0:36

Można sprawdzać!




I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly

I'm walking in the air

Powrót do góry Go down
 

Susanne Echo Lovegood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sofiya Lovegood
» Aurelia Lovegood

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17