Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Bar szybkiej obsługi

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Bar szybkiej obsługi   02.05.15 2:22

First topic message reminder :

Bar szybkiej obsługi

W pobliżu kina samochodowego powstał nowy, intratny bar szybkiej obsługi. Przyjeżdżają tu młodzi, by zjeść coś przed seansem, wyjściem na imprezę lub po prostu na lunch lub śniadanie, przez co lokal tętni życiem od rana do wieczora, a urocze kelnerki uwijają się pomiędzy stolikami na białych wrotkach, które cieszą się coraz to większą popularnością w zakładach gastronomicznych tego typu. W szafie grającej można wybrać piosenki umilające posiłek lub spróbować swoich sił w tańcu na specjalnie do tego przeznaczonym parkiecie; w każdy środowy wieczór odbywają się tutaj pokazy tańca oraz dancingi. Ściany zdobią plakaty Elvisa Presleya i innych lśniących w latach 50. gwiazd kina i muzyki, a także charakterystyczne loga producentów żywności, których produkty można zamówić na miejscu lub na wynos. Nad barem umieszczono wielką tablicę z nieskomplikowanym menu, obejmującym przekąski, dania główne, desery oraz napoje.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

15
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   07.04.16 17:25

Siedząca na obitym sztuczną skórą siedzisku loży Deirdre przypominała niezadowolonego kota, w bezruchu obserwującego przez okno potężną ulewę. Ten sam ostry wzrok, utkwiony w jednym miejscu i ta sama zwierzęca czujność, niwelująca wpływ czynników zewnętrznych. Wokół dudniła muzyka, ludzie zaśmiewali się do rozpuku a neony migały w zastraszającym tempie, mogąc wywołać ból głowy: każdy szczegół mugolskiej świątyni popkultury wydawał się poruszać, świecić i wydobywać z siebie piskliwe dźwięki. Tylko Dei pozostawała nieruchoma, z dłońmi płasko ułożonymi na lepiącym się stoliku. Brakowało w nich butelki obrzydliwie słodkiego napoju albo chociaż tlącego się papierosa, lecz nie zaprzątała sobie głowy chociażby udawaniem, że bawi się tutaj świetnie bądź oczekuje na swojego partnera, właśnie wywijającego na rozświetlonym parkiecie z inną. W niczym nie pasowała do wnętrza, w niczym nie pasowała do przebywających tutaj ludzi i w niczym nie pasowała do beztroskiego, radosnego świata. Wkrótce mającego przypominać tylko spryskane świeżą krwią gruzy. Czyż nie takiej apokalipsy pragnęła, szkoląc się pod okiem Tristana? I czyż nie takiej przyszłości wypatrywała nawet teraz, pośród najgorszej kasty, tańczącej na swoim grobie?
Ciężkie myśli zupełnie nie przystały ani do miejsca ani do celu spotkania z nieznajomą, pojawiającą się w końcu przy plastikowym stoliku. Dei nie podniosła wzroku, wyłapując spojrzenie dziewczęcia dopiero, gdy ta usiadła naprzeciwko. Tak, dziewczę było dobrym określeniem: brunetka była urodziwa, lecz miała w sobie jakąś irytującą niewinność, nieopierzoną uległość, sprawiającą, że zdziwienie umówioną pogawędką jeszcze się wzmogło. Czego, oczywiście, nie okazała, nie poruszając się ani centymetr niczym kamienny posąg egipskiego, kociego bóstwa o skośnych oczach.
Jedyną reakcją na kulturalne rozpoczęcie rozmowy było lekkie uniesienie prawej brwi. Tylko tyle emocji mogła okazać, skupiając teraz wzrok na poruszających się zawzięcie, pełnych, kobiecych ustach, produkujących zdecydowanie zbyt wiele okrągłych słówek o kurtuazyjnym znaczeniu. Podobną uprzejmą paplaninę Dei znosiła wyłącznie u klientów, gotowa spijać z ich warg każdy czuły wyraz przywiązania…wiążący się z sowitą zapłatą. W tej nieformalnej sytuacji Miu nie widziała dla siebie żadnych profitów, dlatego zachowywała wrodzone milczenie i sztywną prezencję. Dopiero przedstawienie się dziewczyny z imienia i nazwiska wywołało jakąkolwiek werbalną reakcję.
- Co więc konkretnie sprowadza szlachciankę do tego plugawego miejsca i równie niegodnej mnie? – spytała powoli, z nutką sarkazmu, w końcu łamiąc niepokojący bezruch prostym gestem odgarnięcia kruczoczarnych włosów z ramienia. Nie kpiła z uprzejmości dziewczyny, nie wywyższała się, nie grała na zwłokę, pozostając po prostu sobą, choć wrażenie robiła raczej nieprzyjemne. – Proszę się nie krępować, lady Ollivander. Daleko mi do strażniczki moralności – dodała niemalże zachęcająco, nieco już niecierpliwiąc się przydługim wstępem. W niewinnym uroku dziewczyny było coś zarówno nużącego jak i w pewien sposób niebezpiecznego. Miała zamiar zaproponować jej wspólne pieczenie ciasteczek czy wyrżnięcie tańczących obok mugolaków w pień? Deirdre najlepiej wiedziała, że cicha woda nie tylko rwie brzegi, ale i równa z ziemią całe miasta.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   08.04.16 21:58

Młoda czarownica potrafiła docenić klasę, którą posiadała nieznajoma kobieta, choć przecież dla większości nie była ona warta więcej niźli złamany knut. Dla Katyi mogła stać się kimś wyjątkowym, o ile dziewczę wyzbyłoby się swej niewinności, która zmuszała ją do patrzenia niepewnie, wręcz z wymalowanym na twarzy wstydem, którego nie potrafiła ukryć. Nie nosiła się w pudrowych różach, które sztucznie otulały subtelne lica szlachcianek, by nad wyraz udowodnić, że potrafią mamić swoją delikatnością. Ollivander była w tym naturalna, a to tylko dlatego, że emanująca obojętnością i pewnością siebie panna Tsagairt stała się dla niej damą, do której w najbliższym dziesięcioleciu nie potrafiłaby doskoczyć.
Obserwowała ją uważnie, tak jakby chciała się nauczyć na pamięć jej ruchów, gestów, a także wyczytać z ciemnych tęczówek emocje, których nie było zbyt wiele. Przypatrywała się jeszcze przez chwilę, aż w końcu odwróciła wzrok i zawiesiła leniwe spojrzenie na podrygujących parach, które pląsały w sposób nie zrozumiały dla Katyi, ale przecież ona sama nie bywała w takich miejscach, toteż czuła nieswojo na terenie, którego najzwyczajniej w świecie nie znała. Nie dawała jednak tego po sobie poznać, bo liczyła, że wyjdzie na bardziej towarzyską niż początkowo zakładała, ale z drugiej strony - co jeśli nie? Wypuściła ze świstem powietrze, gdy kelner zjawił się obok nich i czekał aż złożą zamówienie, wszak lady jeszcze nie zdążyła zdecydować się na jakikolwiek napój, więc odezwała się spokojnie, z nutą niepewności, ale wyglądając na całkiem przekonaną w swym wyborze:
-Woda, wystarczy - uśmiechnęła się jeszcze, a następnie zwróciła się tęczówkami na Deirdre, by mieć pewność, że niczego jej nie potrzebuje. Może to wynikało ze zbyt empatycznej natury niewiele młodszej kobiety, ale przecież Katya uwielbiała traktować ludzi na równi, a pomimo niechlubnego zawodu, którym parała się Miu, nie czyniło ją to gorszą.
-Cóż... - szepnęła skonsternowana, gdy Dei wypaliła nagle z określeniem niegodnej i wywróciła oczami. Irytacja wypełniła intensywne spojrzenie pani auror, wszak starała się nie dać odczuć damie, że może ją mieć za kogoś mniej znaczącego. Przybrała bardziej zdystansowaną pozę pomimo, że wciąż ociekała naturalnością i otwartością, w której była pewniejsza, aniżeli w wyrachowanej pozie. -Tym samym mianem mogę określić szanowne artystokratki, które zgrywają na salonach dystyngowane, a kiedy nikt nie patrzy, dorównują w swej wyzwolonej naturze kobietom pracującym u boku mężczyzn - skwitowała z własnymi przekonaniami, bo taka była prawda i nie trzeba należeć do grupy geniuszów, żeby odkryć coś takiego. Wiedziała, że nie może owijać w bawełnę, toteż gdy po raz kolejny nachyliła się w stronę - jeszcze - nieznajomej Deirdre, zabrała głos po raz kolejny; tym razem otwarcie przyznając, czego potrzebuję. -Właśnie tego braku moralności potrzebuję - dodała nieco skonsternowana wydźwięków ów zdania i pospiesznie dodała, jakby to miało cokolwiek rozwiać. -Chciałabym żeby mnie pani nauczyła... - zawiesiła się na moment, bo krępacja ogarnęła ją znowu, a wstyd oblał rumieńcem blade policzki, które niemal paliły pod skórą od kotłujących się emocji w jej drobnym ciele. -Jak być powodem przyjemności mężczyzny...




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

15
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   09.04.16 17:49

Dalej siedziała w milczeniu, ignorując pojawiającego się przy ich stoliku kelnera. Miał na sobie niedorzeczne czarno-białe wdzianko i błyszczał sztucznym uśmiechem, podrygując w rytm muzyki na tyle, na ile pozwalały mu okowy przyzwoitości wykonywania pracy. Dei zwalczyła chęć miotnięcia w to pacholę jakimś nieprzyjemnym zaklęciem, które starłoby z przystojnej twarzyczki ten optymistyczny uśmiech. Radość działała jej ostatnio na nerwy, zwłaszcza jeśli emanowali ją ludzie z góry skazani na parszywy los nieświadomego robactwa, rozpierzchającego się pod butem prawdziwych przedstawicieli najwyższej rasy. Im więcej przebywała w towarzystwie Tristana, tym szybciej przypominała sobie nauki Blacka a także tym mocniej wsiąkała w upragnioną wizję dołączenia do popleczników tego człowieka. Pozostawał dla niej tajemnicą, na jakiej odkrycie jednak nie naciskała, wykazując się nieziemską cierpliwością w oczekiwaniu na decyzję Rosiera, mającego przyprowadzić ją przed oblicze człowieka posiadającego większą moc od Gellera Grindelwalda. Takie wywyższenie ponad najpotężniejszego czarnoksiężnika współczesnego świata sprawiało, że obraz Riddla rozbłyskiwał jeszcze mocniej w wyobrażeniach Dei. Czyniąc ją jeszcze cichszą, jeszcze bardziej skupioną na pracy i jeszcze samotniejszą. Przez ostatnie miesiące widywała się wyłącznie z Tristanem.
Może i dlatego reagowała tak obojętnie na nowe towarzystwo? Chociaż przecież pojawiła się tutaj niemalże posłusznie, wiedziona zarówno ciekawością jak i finansowym przymusem. Zbliżała się zima, zbliżały się święta, zbliżały się kolejne kwartalne badania stanu zdrowia ojca i Deirdre z niejaką paniką przyjmowała topniejące fundusze. Znalezienie nowego zarobku, niekoniecznie łączącego się z podłym systemem rozliczania Caesara, wydawało się jedyną opcją, by mogła zdjąć z siebie ciężar strachu o najbliższych. Dlatego też cierpliwie czekała aż Katya znów otworzy usta i zaproponuje jej...no cóż, cóż mogła zaproponować jej niewinna szlachcianka o wielkich sarnich oczach i rumianych policzkach? Na tyle, na ile Tsagairt znała tą specyficzną gałąź cielesnego handlu, chodziło zapewne o sprawienie prezentu bratu, kuzynowi lub wyjątkowo niemoralnemu mężowi, pragnącemu ujrzeć w swoim łożu nie jedną a dwie piękności. Przyjmowała już takie propozycje, nie bez wewnętrznego sprzeciwu, ale i bez większych zastrzeżeń. Żadna praca nie hańbiła a skoro już zdecydowała się na ten rodzaj zarobku...Było za późno na wykrzywianie ust w płaczliwym grymasie i wzywanie pomocy nieistniejących bóstw. Radziła sobie nie z takimi wyzwaniami.
Słuchała dziewczęcia w milczeniu, znów nieporuszona, uprzejmie wpatrując się w mieniącą się kolorami szkarłatu twarz ślicznotki. Nie zareagowała w żaden sposób na ostateczne wybrzmienie propozycji: żadnego uniesienia brwi, zakrycia dłonią ust czy zrezygnowanego westchnięcia. Właściwie, wewnętrznie także w Dei nie zadziało się zbyt wiele. Oczywiście gdzieś przebrzmiewało leciutkie zaskoczenie, pomieszane z ulgą - czyli jednak nie kolejny wieczór kawalerski rozkapryszonej szlachty, bawiącej się niczym mugolskie świniopasy - lecz i to pozostawało ukryte za maską obojętności. Nieco złagodzonej, bo po chwili Deirdre uśmiechnęła się lekko, unosząc kąciki pełnych ust o zaledwie kilka milimetrów.
- Oczywiście to wiąże się z odpowiednią zapłatą - powiedziała powoli, w końcu zsuwając dłonie z blatu stolika, by zapleść je przed sobą w filozoficzną piramidkę. - Rozumiem, że nie chcesz pojawiać się w Wenus. Ja także wolałabym, by nasza umowa pozostała kameralna, bez pośredników - kontynuowała rzeczowym tonem, jakby dyskutowały o koszcie naprawy naszyjnika. Jeszcze się nie zgodziła, ale jeśli zaczynała rozmowę o pieniądzach, to pewne kroki zostały już podjęte.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x






Ostatnio zmieniony przez Deirdre Tsagairt dnia 10.04.16 15:47, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   10.04.16 1:04

Czyż to nie jest prawdziwa ironia, w której dwie kobiety stoją po przeciwnej stronie barykady, gdzie jedna z nich chce zawierzyć pewne sprawy drugiej, nie będąc nawet pewną kim jest?
Katya była naiwna, ale nie łatwowierna. Potrafiła rozróżnić kłamstwo od prawdy, a im dłużej przebywała z daną osobą, była w stanie nauczyć się jej odruchów, gestów, ulotnych uśmiechów, a także wymownych spojrzeń. Dlatego obserwowała ludzi; uczyła się ich na pamięć, jakby ta nic nieznacząca umiejętność mogła się do czegokolwiek przydać. No bo owszem! Dla niej jako metamorfomaga czarodzieej, a także mugole byli skarbnicą wiedzy i możliwości, które wykorzystywała przy każdej nadażającej się okazji. Lubiła w końcu się zmieniać w przypadkowego przechodnia, który mógł na nią patrzeć jak na odbicie lustrzane, choć te zdolności służyły jej tylko wtedy, gdy naprawdę nie miała innego wyboru. Może to stąd na akcjach aurorskich w Oslo tak rzadko była sobą? Jedynie współpracownicy zdawali się mieć pewność, która maska jest prawdziwą, a czy Tsagairt miała teraz szansę siedzieć z realną lady Ollivander? Zapewne tak, wszak to dziewczęcy rumieniec zalewał delikatne policzki, a nieco przymglone spojrzenie z pod długiej kurtyny rzęs sprawiało wrażenie nieobecnego pomimo, że bez przerwy wlepiała wzrok w towarzyszkę. Ku ich zaskoczeniu miały wiele wspólnego, choć Katya otaczała się wieloma personami. Jednak to ponoć w tłumie człowiek staje się najbardziej samotny, a pod pozą wiecznego uśmiechu skrywa najgorsze koszmary.
Młoda dziewczyna, która stała przed trudną decyzją, niemal wręcz osłabiającą jej morale, musiała podjąć swoistego rodzaju kroki. Pewne, zdecydowane i to był jeden z powodów, dla których zgodziła się na spotkanie w niezbyt magicznym miejscu. Dzieci pochodzące z rodzin ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego ze czarami były dla niej częścią społeczności, ale ci, którzy zostali pozbawieni całkowitego pierwiastka magii nie powinni mieszać się ze światem takich jak ona czy Deirdre. Nie żywiła ich niechęcią, ale dystansem i dziwnego rodzaju wyrafinowaniem, które widoczne było w ruchach, mowie i gracji jaka przez nią przemawiała, gdy ledwie słyszalnie wystukiwała rytm trzewików, które informowały o jej nadejściu. Czuła się tu więc nieswojo, a jedynie świadomość, że siedzi w towarzystwie czarownicy sprawiała, że mogła odetchnąć z ulgą.
Przygryzła policzek od środka, bo niepewność zalewała ją od kilku dobrych minut i wypełnia każdy kanalik nerwowy. Zażenowanie było ogromne, a to tylko dlatego, że czuła się obco, niepewnie. Zastanawiała się nawet przez moment ile takich propozycji mogła dostawać, a przecież wydawało jej się to czymś naturalnym i normalnym. Nie mogła poprosić narzeczonego, a późniejszego męża o to, by pokazał jej wszystko. Chciała w minimalnym stopniu pogłębić tajniki, które uczyniłyby pana Mulcibera szczęśliwym, bo to jego uśmiech działał na nią kojąco i rozniecał w niej pokłady niespożytej ciekawości, którą dopiero miała zacząć praktykować za kilka tygodni.
-Pieniądze nie grają roli - odpowiedziała pospiesznie, ale kiedy tylko zdała sobie sprawę, że będzie musiała to wszystko kupić, zawahała się. Odczuwała mieszany dyskomfort z jakąś dziwną ekscytacją i chęcią podjęcia próby, bo przecież - nic nie stało na przeszkodzie, by się przekonać, czy na pewno tego chce, prawda? -Cóż... - zawiesiła głos, gdy Deirdre wspomniała o Wenus i uniosła jedną brew do góry. Odpowiedź była oczywista. -Bardzo szanuję lorda Lestrange'a i wierzę, że nie dowie się o tym po co do pani napisałam, toteż... Tak, nie chcę spotykać się w Wenus - przytaknęła zgodnie z prawdą, ale to nie chodziło o samo miejsce, a raczej powód, który zakrawał o to, że czuła się tam kompletnie obco. Niepewnie wręcz. Była raczej zdystansowana, może nieco wyciszona, choć zadziorna i butna, ale kameralna atmosfera służyła jej bardziej, by się otworzyć i nie udawać, że coś może ją krępować. -Jeżeli nie będzie to problematyczne, możemy spotkać się u mnie w pierwszy weekend grudnia, kiedy to mój ojciec wyjedzie z matką na dwa dni, a mnie pozostawi pod opieką skrzatów i samej siebie - zaproponowała, bo to wydawało się Katyi na ten moment najrozsądniejsze. Nabrała jeszcze powietrza w płuca i przygryzła dolną wargę dość subtelnie, jakby szukając dodatkowych słów, którymi chciałaby obdarować Tsagairt. -Powie mi pani... Na czym to wszystko będzie polegało? Chciałabym się z tym oswoić.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

15
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   10.04.16 16:27

Propozycja nieznajomej nie wydała się Deirdre czymś dziwnym: już dawno przestała oceniać cudze pragnienia w tych kategoriach, uznając, że każdy, dosłownie każdy uznaje coś innego za przyjemne i warte sowitej zapłaty. Patrzyła z góry tylko na tych, którzy właśnie tego potrzebowali, pogrążeni w przyjemnym masochizmie; tacy klienci zdarzali się jednak zdecydowanie za rzadko jak na dominujące chęci Miu. Już nie wzdrygała się na myśl o sadystycznych mężczyznach, wyżywających się na niej za swoje niepowodzenia lub po prostu z szlacheckiej nudy: każdego przyjmowała z taką samą pokorą, zaangażowaniem i kreatywnością, nie skarżąc się ani słowem nawet Giovannie. W tym całym cielesnym bagnie miała przecież swoją godność i dumę, nakazującą jej wysokie unoszenie głowy także po tym, jak została boleśnie upokorzona. Ba, wtedy najbardziej potrzebowała swojej wewnętrznej siły, prowadzącej ją powoli acz nieubłaganie ku celowi. Uświęcał przecież środki, dlatego nie przejmowała się zbytnio opiniami o swojej profesji, dystansując się od rodziny i skromnej garstki osób, na których jej zależało. Została sama, ale nie samotna, skupiona na pracy, niezależnie, czy miała przed sobą mężczyznę czy...nieśmiałą szlachciankę, stanowiącą zaskakujący wyjątek w jej dotychczasowych doświadczeniach.
Kiwnęła powoli głową na słowa Katyi, uznając, że dokładne kwestie finansowe nie będą żadnym problemem. Miała do czynienia z lady, dość kontrowersyjną, ale jednak, która z pewnością posiadała odpowiednie środki do zapłaty. Na myśl o nowej, nieopodatkowanej po cesarsku sakiewce pełnej galeonów, powinny zaświecić się jej oczy, lecz i to podekscytowanie powściągnęła, ciągle wpatrując się w pannę Ollivander niczym znudzona kotka, śledząca średnio interesujący spektakl codzienności tuż za zamgloną szybą. - To żaden problem. Stawię się niezawodnie - odparła po raz pierwszy z czymś w rodzaju uniżoności, chociaż jej chłodny, dźwięczny ton nie zmienił się nawet o odrobinę. Bywała przecież w wystawniejszych dworach ku uciesze zapraszających ją szlachciców, chcących pochwalić się egzotyczną perłą w koronie wyznawanej niemoralności. W przypadku tych konkretnych odwiedzin nie musiała jednak obawiać się niczego...a przynajmniej tak sądziła, bo czymże mogła zagrozić jej ta słodka istota, nieśmiało zagryzająca wargę i widocznie niedoświadczona? Jej chęć zaimponowania przyszłemu mężowi wydała się Deirdre odrobinę uwłaczająca - dziewczę powinno inwestować raczej w rozwój intelektualny a nie w ekwilibrystyczną erotykę - lecz w tym żeńskim przypadku także powściągnęła chęć ferowania wyroków, przyjmując ofertę z całym dobrodziejstwem kobiecego inwentarza. Zawierającego także niezbyt logiczne pytanie, wypowiedziane tonem drżącym i w pewnym stopniu uroczym.
Najchętniej zareagowałaby na nie nieco znużonym westchnięciem. Mówienie o erotyce było jak tańczenie o architekturze, Katyi należały się jednak jakieś zapewnienie o dobrze wydanej rodzicielskiej fortunie, choć galeony wrzucone do sakwy luksusowej prostytutki pasowały raczej do obrazu rozwiązłego dziedzica. - Nie musisz się z niczym oswajać. I nie musisz się niepokoić - odparła prosto i konkretnie, już dawno porzucając jakąkolwiek formę kurtuazyjnej uprzejmości. Skłanianie główki przed lady wydawało się jej w tej sytuacji niedorzeczne. - Zajmę się tobą najlepiej, jak będę potrafiła - dodała nagle zmysłowym, drżącym szeptem, pochylając się nad stolikiem i wyciągając chłodne palce, którymi powoli przesunęła po dłoni Katyi. Krótkie odsłonięcie prawdziwej, dziwkarskiej natury - czyż nie po to tutaj przyszła, umawiając się ze słodką Miu? - zakończyło się jednak równie niespodziewanie, co rozpoczęło: Deirdre powróciła do zdystansowanej pozycji i chłodnego uśmiechu.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   10.04.16 19:06

Ollivander nie była pewna ów propozycji, wszak nie przemyślała jej w pełni, a przynajmniej nie tak jak zawsze analizowała wszystko, co ją zajmowało. Uwielbiała rozmyślać i poddawać otaczający świat ocenie, która mogła być niezwykle krytyczna, ale nikt nie mówił, że cokolwiek będzie proste, prawda? Dla niej to popołudnie i czas spędzony z nieznajomą był więc nowym doświadczeniem, które przyjmowała i dopiero zapewne w samotności rozpocznie wszelkie rozważania na temat, czy to właśnie tego chciała. Zazwyczaj postępowała egoistycznie i zapewne zadowolenie przyszłego męża nie miałoby dla niej żadnej wartości, bo i dlaczego winna się tym przejmować? To całe przedsięwziecie zdawało się Katyi dość absurdalne, wszak stroniła od dużych grup ludzi, w których potrafiła utonąć, a to tylko dlatego, że dusiła się i nie łapała powietrza pełną piersią. Sztuczne uśmiechy, które zdobiły usta szlachcianek i te spojrzenie pełne fałszu i obłudy. Znała je doskonale, a przyjęcie - jakiekolwiek by nie było - stałoby się powodem do plotek, których tak bardzo chciała uniknąć. Zdecydowała się jednak ulec panu Mulciberowi, bo jak to kiedyś ktoś mądry powiedział - kobieta winna dogodzić mężczyźnie, nawet za cenę własnego szczęścia. Lady zatem była już przyzwyczajona do tego, że jest marionetką, a jedynie przez dwanaście miesięcy miała szansę stać się człowiekiem wolnym niczym ptak, który nie śpiewa teraz tak pięknie jak w swym naturalnym środowisku, bo został spętany w łańcuchy, a połamane skrzydła nie były w stanie go unieść ponad ziemię. Zdawała się być jednak interesowna, a w tym wszystkim chodziło o dojście do wspólnego konsensusu. Nie wierzyła, że go wypracują, ale małymi kroczkami można było osiągnąć wszystko.
Jak więc postrzegała Deirdre Tsagairt, która była nad wyraz piękną, pociągającą i niezwykle tajemniczą kobietą? Dokładnie w ten sposób, który chciała rozszyfrować - z czystej przekory, a może i szczerych chęci. Jej brakowało takiego wyrachowania i wyniosłości, a wiele by oddała, żeby dorównać połowie damskiej popolacji w arystokratycznym światku, który ją przytłaczał. Nie potrafiła jednak dorównać kobietom i to nie w elegancji, urodzie czy zwykłemu, pruderyjnemu flirtowi. Chodziło o to przeklęte zakłamanie, które ledwie dziewczynki, podlotki wręcz, czyniło sukami z rodowodem. I nie miała na myśli dystyngowanych dam o szanowanych nazwiskach, a ich niedołężne córki, które bez mężczyzn nie znaczyły nic, tak jak mogły to o sobie myśleć. Nudny i przewidywalny schemat, do którego nie należała Miu i tego Ollivander jej cholernie zazdrościła, bo oddałaby ostatniego knuta, by znów złapać wiatr i dać się mu ponieść na drugi koniec świata.
Pokaż mi, Dei. Pokaż mi, że niewiele potrzebuję.
-Niezmiernie mnie to cieszy - powiedziała spokojnie, gdy raz jeszcze skrzyżowała ciemne tęczówki z - dotychczas - nieznajomą, a zaraz potem posłała jej serdeczny uśmiech. Tak wypruty z kłamstwa i otoczki bezczelności. Nad wyraz grzeczny, bo czy nie podpisywała paktu z kimś, kto byłby w stanie ją pogrążyć? Liczyła, że w tym świecie są jeszcze ludzie lojalni, honorowi, a gdyby zapewne Katya wiedziała o problemach kobiety, nie wahałaby się i nie potrzebowałaby jej pomocy w drodze wypełnionej finezją i zmysłem, bo doskonale wiedziała jak to jest walczyć o kogoś, kto wręcz przelatywał przez palce i wygasał w oczach. Galeony nie miały dla szlachcianki znaczenia, ale to właśnie ten marazm i zagubienie doprowadzały ją do absurdalnych decyzji, o których nawet nie byłyby w stanie pomyśleć świętojebliwe czarownice.
Dotyk Tsagairt sprawił, że lady zastygła w bezruchu, bo było to niespodziewane, ale dziwnie przyjemnie. Rzadko kiedy pozwalała przekraczać granicę cielesności, gdyż należało to do czystej subtelności, w której miała oddać się jednej osobie. Hipokrytka. Owszem, lubiła tę bliskość, która przenikała przez ciało i napinała mięśnie podbrzusza, a reakcja była naturalna, niewymuszona. Spuściła wzrok i przełknęła głośniej ślinę. Pomimo, że Katyi nie skrępował ten śmiały gest - oczywiście, w jej mniemaniu - tak poczuła rozchodzące się ciepło wzdłuż kręgosłupa, którego przyczyny nie umiała znaleźć.
-Niepokoi mnie niewiedza - przyznała szczerze i bez pardonu. Wygadana dziewczyna, którą była jeszcze parę minut temu uleciała gdzieś w eter, bo pomimo, że w dworku potrafiła przez chwil mieć narzeczonego dla siebie i zdominować go w pełni, tak w tym momencie nie chciała już przybierać maski, w której obrona była najważniejsza. -Zmieniłam zdanie - zawiesiła nagle głos, co mogło być zaskakujące, a czarne tęczówki niczym obsydiany znów taksowały twarz kobiety. Wypuściła powietrze ze świstem, a gdy tylko serce uderzyło jej dwukrotnie szybciej, wstała i podeszła do Dei, by nachylić się ku niej i wyszeptać cztery słowa. -Proszę ze mną pójść - nie traktowała oczywiście Tsagairt przedmiotowo, bo byłoby to uwłaczające, a niema prośba, która zawarta była w jej spojrzeniu świadczyła jedynie o tym, że... Postawiła wszystko na jedną kartę.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

15
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   12.04.16 16:54

Nawet najbardziej zaskakująca towarzyska sytuacja - a ta, rozgrywającą się właśnie w plugawym, mugolskim barze z pewnością do takiego repertuaru należała - potrafiła bardzo szybko znudzić Deirdre. Potrafiła godzinami czytać jedną i tą samą książkę lub po prostu, zwinięta w kłębek, siedzieć w fotelu i rozmyślać, ale bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem nużył ją zazwyczaj już po pięciu minutach. Ciągła stymulacja, jakiej była poddawana w czasie ciężkiej pracy nie dawała jej wytchnienia, więc po godzinach tym bardziej odsuwała się od ludzi, chcąc pobyć sama ze sobą. Ze swoimi rozbłyskami umysłu. Z chłodnymi planami na osiągnięcie celów, tych prywatnych i tych, którymi dzielił się ze swoimi zwolennikami Riddle. Dlatego też pomimo absolutnego spokoju, którym z pewnością emanowała, balansując gdzieś na granicy niegrzecznej obojętności i oznak autyzmu, zaczynała się irytować. Dziewczę i tak zajęło ją na dłuższą chwilę, zasiewając w niej ziarno zainteresowania - ach, już zapomniała, kiedy stało się to ostatnio - ale cierpliwość Deirdre miała się na wykończeniu. Jak i konkrety, wynikające z tej rozmowy. Tsagairt nie przyszła tutaj przecież na pogaduszki w przemiłej atmosferze kiczowatego wystroju, podkreślanego różnokolorowymi neonami, męczącymi oczy. Z wielkich oczu panny Ollivander potrafiła wyczytać nieco dziewiczą szczerość, przekonującą ją bardziej o jej szczerych intencjach od wszelkich podpisanych umów i przekazanej pod stolikiem zaliczki: wyczuwała, że jej zależy i że przybyła tutaj kierowana najprawdziwszą potrzebą, nie zważającą ani na koszta. Ani na naciąganą szlachecką moralność. Jeśli już wykazywała się taką odwagą - pomimo rumieńców, nieco rozbieganego wzroku i słodko drżącego głosu - to Dei nie miała podstaw, by dopatrywać się w jej działaniu jakiegokolwiek oszustwa. Grały w otwarte karty...dlatego też nie zamierzała się krygować ani udawać kogoś, kim z pewnością nie była. Takie maski zakładała wyłącznie przy mężczyznach i tak zaślepionych prymitywnym pragnieniem. Katya, nawet jeśli nieśmiała i zbyt uprzejma jak na prywatne standardy zblazowanej Deirdre, i tak znajdywała się dużo wyżej w nieoficjalnej hierarchii klientów. Pewnie tego nie odczuwała, uznając tajemniczą Miu za sztywną, przesadnie zdystansowaną gwiazdeczkę spod czerwonych latarni luksusowej Wenus, lecz skośnooka nie zamierzała wyprowadzać jej z błędu. Jeszcze będą mogły się lepiej poznać. Już niedługo. Ale nie teraz.
Znów uśmiechnęła się przelotnie na jej propozycję, mimowolnie zauważając, że włosy Katyi - musnęły jej twarz, gdy pochylała się nad nią z tym prawie męskim brzmieniem śpiewnego głosu - pachną naprawdę przyjemnie. Nie wpłynęło to jednak na złotą zasadę i szybką decyzję o trzymaniu się swojej wizji tego krótkiego, wprowadzającego spotkania.
- Nie zwykłam słuchać próśb w moim wolnym czasie - odparła zdecydowanie, ale bez złośliwości czy buty, po prostu informując Katyę o obowiązujących standardach. Mimo wszystko pojawiła się przecież tutaj za darmo, rezygnując z kojącego wieczoru w swojej samotni. Który miała zamiar kontynuować, dlatego także wstała ze skórzanej sofy. Posłała dziewczęciu jeszcze jeden koci uśmiech, po czym szybko nachyliła się ku jej twarzy, składając na jej jeszcze zarumienionym policzku przelotny pocałunek. - Zobaczymy się zatem w grudniu, lady Ollivander. Będę oczekiwała pani sowy - pożegnała ją powoli, znów powracając do przesadnie uprzejmej formy a następnie odwróciła się gwałtownie i zniknęła wśród tańczącego tłumu, tuż przy drzwiach zarzucając na głowę kaptur płaszcza i rozpływając się za drzwiami tego mugolskiego przybytku.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   05.05.16 20:14

Katya odkąd wróciła do Londynu przypominała senną marę, która włóczy się po okolicy bezsensu i tkwi w jednym miejscu, jakby nie potrafiła znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Szukała ciągle rozwiązań, a także sytuacji, które przypominałyby jej o życiu wiedzionym w Oslo. To była dość prosta analiza, której Ollivander podejmowała się za każdym razem, gdy tylko myślała - dlaczego zdecydowała się na powrót, który oprócz świadomości małżeństwa, a także tego, że jej przyszły mąż otacza się niezbyt ciekawymi jednostkami, nie przyniósł kompletnie niczego. Rozbudził tęsknotę za osobami, z którymi przebywała niegdyś, to prawda, ale ileż mogła się oszukiwać i mamić? Niezbyt długo, a w szczególności nie wtedy, gdy po prostu życie sypało jej się na wszelkich możliwych frontach i brakowało siły do walki.
Zmierzyła towarzyszkę z góry do dóły, ale nie w sposób oceniający. To była zwykła ciekawość, bo choć miejsce nie budziło w Katyi żadnych odczuć, tak Tsagairt sprawiała, że nogi młodej czarownicy trzęsły się na myśl o tym, jaką właściwie propozycję jej złożyła. To mogło być śmiałe, nieodpowiednie, a przede wszystkim lekkomyślne. Kto w końcu prosi o pomoc w nauczeniu seksualnych sztuczek? Z pewnością niekażdy, a już w szczególności nie szlachcianka, która winna cieszyć się z ofiarowanej cnoty. Lady jednak jej nie posiadała, a im dłużej rozważała kwestie dotyczące tego jakże niezbyt lubianego obowiązku sprawiała, że grunt palił się pod nogami i brakowało pomysłów na to - jak sobie z tym poradzić.
Wysłuchała słów Dei z pokorą, bo nie zamierzała naciskać ani tym bardziej prosić o to, by faktycznie z nią poszła. Miała wybór, gdyż w odczuciu szlachcianki każdy go posiadał. Kiedy więc zniknęła za drzwiami, dopiła jedynie wodę, a zaraz potem sama opuściła bar szybkiej obsługi. Bez konkretnego celu i ograniczeń czasowych.

/zt x2




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Bleach Pistone
avatar

Nieaktywni niemagiczni
Nieaktywni niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t2179-bleach-pistone#33158 http://www.morsmordre.net/t3081-karton-blicz http://www.morsmordre.net/t3082-masz-cos-dla-mnie http://www.morsmordre.net/t3163-blicz
Wagabunda
27
Charłak
Panna
Nic mnie nie dręczy, niczego nie żałuję. Bez przeszłości, bez jutra. Wystarcza mi teraźniejszość. Dzień po dniu. Dzień dzisiejszy! Le bel aujourd'hui!
0
0
0
0
0
0
0
0
Charłak

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   09.07.16 13:12

| grudzień

Próbuję szczęścia z Millerowskim sposobem na żywienie się w restauracjach, ale po którejś z kolei wizycie w tym samym barze orientuję się, że to nie jest dobry pomysł. Gdy zrywam się, żeby jak zwykle, zmyć się bez płacenia i spalić gumy w ostrym, szybkim biegu, błyskawicznie dopada mnie ochroniarz i zaciąga do obskurnego biura właściciela. Tam tłumaczę się godzinami, wymyślam łzawe historie, zalewam się płaczem, tłumacząc, że byłam głodna, że nie miałam nic w ustach od kilku dni, że wynoszę jedzenie, bo mam dziesięcioro rodzeństwa, w tym dwie pary bliźniąt i chorych rodziców na utrzymaniu. Chyba opowiadam swoje kłamstwa przekonująco, bo udaje mi się wzbudzić litość mężczyzny, który już prawie macha ręką, że dobrze, że nic się nie stało, że wszystko w porządku, że mi wybacza. Podświadomie jednak wiem, iż zwyczajnie chce mi się dobrać do majtek, bo w czasie naszej rozmowy co rusz zerka na mój biust (a raczej jego brak) oraz na obcisłe jak na londyńskie standardy spodnie. Niemal słyszę jego wulgarne myśli, ale postanawiam robić dobrą minę do złej gry, więc uśmiecham się pokornie i proponuję, że wyrównam straty, pomagając w barze. Właściciel przytakuje mojemu pomysłowi entuzjastycznie, ale ja nie mam na myśli tego, co on. Lubię ciasteczka, ale niekoniecznie pączki, więc wychodzę z kanciapy i kieruję się do kuchni, choć nieco brzydzi mnie brudzenie sobie rąk w resztkach jedzenia. Dzielnie jednak szoruję kolejne talerze, kubki i całą stertę naczyń, powiększającą się z sekundy na sekundę. Mam wrażenie, że z każdego czystego talerzyka wyrasta nieoczekiwanie pięć zapaskudzonych, natychmiastowo domagając się reakcji z wodą i płynem do mycia. Nurzam ręce w mydlinach po łokcie, pracuję w pocie czoła - pierwszy raz od tak dawna - a końca jak nie widać, tak nie widać. Jestem już zmęczona staniem oraz nachylaniem się nad zlewem, ale dzielnie zeskrobuję resztki żarcia przyrośnięte do talerzy, wyrzucając większe kawałki niezjedzonych potraw do kosza, żeby nie zatkały żadnej rury. Myję, czyszczę, poleruję, wycieram, pracuję jak prawdziwa maszyna, zwiększając tempo do najbardziej szalonego, by nadążyć z podawaniem zastawy zdenerwowanemu kucharzowi. Kubki ze smugami po kawie, szklanki po coca-coli, talerze z resztkami keczupu, miski z resztkami bliżej niezidentyfikowanej zupy... wolę się nie zastanawiać, co podają w tym lokalu (choć sama się tu stołuję), więc wykonuję robotyczne ruchy, nie myśląc za bardzo o czynności, jaką wykonuję. Talerz do wody, namoczenie, kilka ruchów miękką gąbką, przetarcie czystej powierzchni szmatą, podanie go kucharzowi, by napełnił go następną porcją ryby i frytek. Wszystko ocieka od tłuszczu, ale i tak tracę zapał dopiero, gdy mozolę się nad jakimiś plamkami kilkanaście minut, by dowiedzieć się, że powstały one ze starości i tego doczyścić się nie da. Piorunuję kelnerkę wzrokiem, ściągam jej fartuch i mruczę, że się zamieniamy i zanim zdołał zaprotestować, zawiązuję sobie jej odzienie i wędruję na salę, by podawać gościom trociny, jakie zamawiają. Tutaj też praca jest ciężka, goście marudzą, odsyłają potrawy do kuchni, narzekając, że coś jest za zimne, a coś za gorące, że chcieli coś innego, że w ostatniej chwili się rozmyślili. Słucham tych utyskiwań grzecznie, z pokorną miną słodkiego aniołka, choć wewnątrz cała się gotuję i nawet marzę, by zawrócić i wygnać tamtą grubą kelnerkę z powrotem na salę. Nie zdziwiłabym się, gdyby mi odmówiła; kuchnia i miejsce za zlewem są nagle jakieś takie bezpieczne i przyjemne w porównaniu do tego, co dzieje się tutaj. Mimo że ciepło i parno, mimo, że kucharz ruga i pokrzykuje.
Na sali jest o wiele więcej roboty, nieustannie trzeba biegać i latać od gościa do gościa z ciężkim talerzem, zmywać lepiącą się podłogę starym, brudnym mopem, uśmiechać się do najbardziej chamowatych klientów. Okropieństwo, chętnie bym niektórym przejechała tym mopem po twarzy, ale przecież nie mogę tego uczynić. Dość sobie nagrabiłam, by jeszcze robić właścicielowi kolejne kłopoty. Wzdycham ciężko, ale zaciskam zęby. Uczciwa praca nie jest dla mnie. Szybko jednak czynię obserwację i zauważam, że kelnerki mogą sobie jakoś uprzyjemnić czas spędzony w robocie. Zaczynam zachowywać się podobnie, nieco kusząco i ponętnie, kręcąc tyłkiem za każdym razem, gdy przechodzę koło jakiegoś dziada, wyglądającego mi na starego lubieżnika. Zabieg skutkuje, dostaję sowite napiwki, zadziwiająco duże w zestawieniu z groszowymi cenami, jakie figurują w karcie dań tego baru. Ceny powinny informować o jakości, ale to już chyba bez znaczenia. Liczą się drobne, jakie dźwięczą w mojej kieszeni, gdy biegiem uwijam się między gośćmi i perfidnie podkradam klientów stałym pracownicom. Muszą być o mnie nieźle zazdrosne, ale nie za wiele o tym myślę, przekazując kucharzowi następne zamówienia i niosąc ciężką tacę na salę, zostawiając przed każdym z obecnych to, czego sobie życzył. Tu cola, tam kawa, choć podawaną tu lurę naprawdę ciężko tak nazwać. Nic mi jednak do tego, usłużnie roznoszę zamówienia, przynoszę rachunki, ścieram stolik, pucuję blaty, zasuwam porozsuwane barowe stołki, układam sztućce. Zachowuję się jak rasowa kelnereczka, ściągając przy okazji sute napiwki, a wcale nie uwodzę klientów. Cóż na to poradzę, że mrugnięcia i przeciągłe uśmiechy panowie uważają za zaproszenie do flirtu? Tylko wykonuję swoje obowiązki i chyba nieźle wypadam, bo kiedy zbliża się godzina zamknięcia - pod koniec z powrotem przeniosłam się na zmywak, źle znosząc pijackie zaczepki ochlapusów i moczymord, zamawiających najtańsze frytki, byleby tylko usiąść w ciepłym miejscu - szef woła mnie do siebie i proponuje, bym została na stałe. Udaje, że nie widzi skorup po jednym kubku, który celowo stłukłam, kiedy ręce już odmawiały mi posłuszeństwa albo nie jest to dla niego żadna strata. Zastanawiam się głęboko nad jego propozycją, która z jednej strony mi się podoba, z drugiej nieco przeraża. Mówię, że musimy wynegocjować warunki, na co on mruczy, że wobec tego najpierw muszę skończyć zmianę. Kiwam głową, już ochoczo zabierając się do pracy i znowu topię w mydlinach ręce oraz nieszczęsną "porcelanę" wielokrotnego użytku. Od tarcia gąbką zatraciła swój pierwotny kolor i ciężko mi ocenić, jaką barwę miały kiedyś te talerze i tak nie pochodzące z jednego kompletu. Dzielnie jednak sprzątam, myję, płuczę, wycieram, powtarzając tamtą sekwencję czynności. Moje palce są całe pomarszczone od ciepłej wody, co nieco mnie martwi, bo chcę być piękna a nie mieć dłoni spracowanej staruchy. Posiadam w sobie jednak determinację i domywam to, co zostało - prócz talerzy, noży, widelców, łyżeczek, kubków, szklanek i misek po ostatnich maruderach mam jeszcze do wypucowania stertę garów oraz patelni. Wzdycham, ale ostatecznie robię to, co muszę, w myślach podliczając kasę z napiwków. Nie wynagradza mi tej harówki, ale myślę, że przynajmniej prócz tej drobnej sumy nie trafiłam do więzienia. Jest dobrze. Zostaje mi jeszcze domknięcie sprzątania: myję podłogę, przecieram wilgotną szmatką stoliki, oczyszczam pseudoskórzane kanapy z okruszków, uzupełniam przyprawy leżące w dozownikach przy każdym stanowisku... Gdy wszystko jest już jak należy, udaję się z szefem do biura, który składa przede mną już uprzednio przygotowany formularz umowy. Czytam ją, pośpiesznie przebiegając wzrokiem, po czym składam podpis, posługując się jakimś zupełnie wyimaginowanym nazwiskiem. Moja stopa więcej tu nie postanie, znajdę sobie inne miejsce, w którym będę stołować się za darmo, a właściciel nie będzie spoglądać na mnie jak potencjalny obiekt seksualny. Kiedy łapie mnie za tyłek, miarka się przebiera, trzaskam go mocno w twarz, drę kartki na drobny mak, mimo że nie widnieją tam moje prawdziwe dane, przechylam stolik w tym obskurnym pomieszczeniu, słowem, robię wszystko to, co robi urażona kobieta. Może to i typowe zachowanie, ale po ciężkiej harówie w gastronomi zasługuję na coś lepszego niż stary, brzuchaty właściciel. Wychodzę z baru z dumnie uniesioną głową, z satysfakcją zauważając, iż ostatni gość zwymiotował wprost na wycieraczkę. Liczę, że szef tego przybytku wdepnie w tę niespodziankę, gdy będzie wracał do domu.

|zt


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   01.09.16 10:42

| połowa lutego?

W tak piękny, zimowy wieczór jak ten - lodowaty wiatr, przeszywający aż do szpiku kości; grube, ciężkie płatki śniegu, osiadające na misternej czarnej czuprynie dziwną kopułą; powietrze tak ostre, że aż mroziło zęby - Wright powinien raczej zaszyć się w przytulnej knajpce na Śmiertelnym Nokturnie, pijąc grzane wino (z domieszką toksycznych substancji) i leniwie klepiąc niezbyt atrakcyjne kelnerki po pokaźnych pośladkach. Ewentualnie spędziłby magiczny czas z Bleach, tracąc świadomość na zakurzonym dywanie w swojej kawalerce, odgniatając sobie coraz to dłuższą brodę na specyficznym zawijasie materiału. Z pewnością natomiast nie szlajałby się po mugolskiej części Londynu, w rozpiętej, skórzanej kurtce i dziwnym, aksamitnym szaliczku, pasującym do całego wizerunku dwumetrowego brodacza jak gumochłon do jednorożca. Czyli ekscentrycznie patrząc: całkiem, całkiem.
Szaliczek powiewał na wietrze, powracając do otulania szyi (a raczej brody) dopiero w chwili, w której Wright przekroczył próg baru szybkiej obsługi. Nie przyciągał spojrzeń: o tej porze w popkulturowej mekce przesiadywało wielu gości, w większości otulonych kocami, kurtkami i płaszczami. Jak głosiła tabliczka tuż nad menu: ogrzewanie wysiadło, co nie zniechęciło wygłodniałych gości od zamawiania dziwnych przysmaków. Kilka par tańczyło nawet na prowizorycznym parkiecie w rytm całkiem znośnych hitów, rozgrzewając się szaleńczym ruchem. Jaimie nie przyglądał się jednak ani zajadającym parkom ani muzycznym akrobatom. Od razu skierował swoje kroki do ostatniej z lóż, tuż za grającą maszyną - magia! - gdzie zasiadł, zamawiając od filigranowej kelnerki gorącą czekoladę. Wolałby strzykawkę z rozgrzanymi pazurami, ewentualnie porcję Śnieżki (jakże odpowiednio do aury), ale dziś musiał być trzeźwy. I rozsądny. Co wychodziło mu całkiem nieźle, bowiem od dwóch merlińskich dni nie miał w sobie ani odrobiny ćpuńskiego paskudztwa...co sprawiało, że ciągle było mu niedobrze a każdy mięsień w postawnym ciele kurczył się boleśnie w nieregularnych odstępach. Musiał jednak wytrzymać. Dla dobra świata i Zakonu, bowiem przybył tutaj w bardzo ważnej sprawie.
Gdy kelnerka przyniosła parujący napój, od razu wyrzucił kolorową słomkę za siedzisko, wypijając wrzącą czekoladę właściwie jednym haustem. Oczy nawet nie zaszły mu łzami, co wskazywało na postępującą niewrażliwość na intensywne bodźce. Skupił się na obserwowaniu wejścia, czekając, aż na progu stanie Garrett - miał nadzieję, że ubierze się odpowiednio - i zadziwiający Louis. Wright uznał, że o wiele lepiej porozmawiać z mugolem, mającym kontakty w czarodziejskim świecie (ach, te przypadkowe spotkania, owocujące westchnięciami do motocykli) niż z kimś zupełnie odjechanym. Miał nadzieję, że Weasley doceni ten przejaw rozsądku. O ile oczywiście się tutaj pojawi: Jaimie niezbyt pamiętał, czy faktycznie wysłał ten list. I czy w ogóle go napisał, ignorując trzęsącą się dłoń.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   01.09.16 15:06

Byłem już spóźniony czy jeszcze nie? Nie miałem pojęcia, bo nie posiadałem czegoś takiego jak zegarek. Szczęśliwi czasu nie liczą, czy coś. Za to leciałem właśnie na łeb na szyję na swoich długich, patykowatych (czy lepiej: tyczkowatych) nogach między zaskoczonymi przechodniami. Spora torba z książkami i grubym notesem niebezpiecznie podrygiwała przy każdym moim susie i można było mieć wrażenie, że zaraz zaplącze mi się między nogami powodując widowiskowy upadek... ale nic bardziej mylnego - miałem to już przećwiczone tysiące razy, kiedy biegłem między zajęciami do odpowiednich sal, albo z baru do sal, albo z sal do baru. Tym razem była to opcja numer trzy.
W ostatniej chwili okazało się, że zorganizowane są zajęcia w obserwatorium astronomicznym, a ja przecież nie mogłem ich opuścić. Nie miałem też jak dać znać Benowi, że mogę się spóźnić. A bardzo nie chciałem, serio. Mógłby sobie pójść przedwcześnie, albo się rozgniewać...
Wprawdzie nigdy się na mnie nie wkurzył, ale miałem wrażenie, że nic by ze mnie nie zostało, gdyby jednak tak się zdarzyło. Lubiłem go, serio! Z Bena był równy gość i fajnie było się z nim napić. No i rzadko kiedy mogłem z kimś pogadać na równym poziomie, znaczy... że jego oczy znajdowały się na podobnej wysokości, co moje. Zabawne uczucie.
Slalom między słupkami, ostry zakręt w prawo i odskok w bok, kiedy prawie wpadłem na staruszkę z balkonikiem. Co ona robiła na ulicy o tej porze?! I jeszcze ostatni sprint ignorując lodowaty wiatr i wielkie płatki śniegu wpadające do oczu.
I wszystko byłoby dobrze, ale nie wyhamowałem. Zamiast zatrzymać się przed wejściem do baru, ja poleciałem dalej na zamarzniętej kałuży, przechyliłem się niebezpiecznie w tył i zamachałem rękami w ostatnim momencie chcąc złapać równowagę... ale nie złapałem i pieprznąłem tyłkiem na lód i betonowe płyty.
- Niech to czarna dziura... - jęknąłem cicho wstając i rozmasowując sobie bolące miejsca. Ale nie było czasu na użalanie się nad sobą, prawda? Pokuśtykałem do drzwi i wszedłem niechcący wpuszczając przy tym do baru powiew mroźnego wiatru ze śniegiem.  
Rozglądnąłem się, ale, o dziwo, nie rzuciła mi się w oczy czarna czupryna wielkiego mężczyzny jak to się zdarzało do tej pory... zawsze. Może siedział gdzieś głębiej? Ruszyłem ostrożnie z miejsca (już prawie nie kulałem), ale i tak prawie wpadła na mnie kelnerka na wrotkach. Wcale jej przecież nie wszedłem prosto pod kółka! Bąknąłem przeprosiny i poszedłem dalej przeszywany na wskroś jej spojrzeniem. Mogło jej się nie spodobać, że potrząsnąłem głową, żeby wytrzepać z kudłów śnieg? Ale bez przesady, przecież nie będę siedział w barze ze śnieżną czapą na głowie, nie?
W ogóle moje wejście chyba nie było zbyt dyskretne, bo miałem wrażenie, że sporo osób się na mnie patrzy. Że co? Że nie mam kurtki ani płaszcza, a wszyscy siedzą otuleni, jakby właśnie przybyli do baru na biegunie północnym? Nie było aż tak zimno, a kurtkę gdzieś posiałem ze dwa dni temu. Pewnie się znajdzie, jak zrobi się cieplej. Za to byłem ubrany bardzo elegancko, bo wyszedłem dopiero co z uczelni. Nie taki znów stary i nawet nie aż tak za krótki, pasiasty sweter na pewno nie gryzł się z wystającą spod niego i wymiętą koszulą w drobną kratę. A nawet jeśli, to byłem ośnieżony od stóp po czubek głowy i i tak nie było tego widać. Nawet moje spodnie wydawały się teraz bardziej białe niż czarne.
- Ben! - rozpromieniłem się zauważając go za pudłem grającym. Schował się, skurczybyk!
- Siemasz! - już lekko zdyszany zająłem miejsce na przeciwko niego szczerząc się, jakbym wygrał tysiąc funtów. - Nie spóźniłem się, co? Zajęcia mi się przedłużyły. Zamówiłeś coś? Umieram z głodu. Zjadłbym konia z kopytami! O, pizza! Kosmicznie dawno nie jadłem pizzy! (w zeszłym tygodniu?). Wezmę dużą, też zjesz, nie? Lubisz oliwki? Jeszcze nie jadłem waszej! Muszę koniecznie spróbować! - wyrzucałem z siebie z prędkością karabinu maszynowego. To zapewne przez ten cały bieg i pośpiech. Dobrze, że ostatnio wpadło mi trochę grosza, bo ten bar wyglądał za dobrze, żeby mogło być w nim tak całkiem tanio.
W końcu złapałem oddech, zamówiłem pizzę u kelnerki, której jeszcze przed chwilą prawie wywaliłem tacę z jedzeniem.
- I coś zimnego do picia. Może być cola - dodałem. Dziewczyna spojrzała na mnie dziwnie, ale nie przejąłem się specjalnie, znów uwagę skupiając na Benie. I tylko na moment zawiesiłem spojrzenie na tym jego dziwnym szaliczku. Co się komu podoba, nie?
- Dziś nie pijemy? - zapytałem trochę tym faktem zaskoczony. Zresztą... to miejsce zupełnie mi do Bena nie pasowało, choć nie narzekałem! Tutaj przynajmniej mieli jedzenie, a mój żołądek wołał o pomstę do nieba już od... kilku...nastu(?) godzin. Znów wyleciałem z domu spóźniony na zajęcia, a w ciągu dnia nie miałem nawet chwili przerwy. Uroki studiowania dwóch kierunków na raz.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   02.09.16 23:28

Nie lubił, gdy jego patrole okazywały się całkiem zbędne - tkwił bezcelowo w osławionym, skutym lodem miejscu w wyjątkowo podłej dzielnicy, marznąc z każdym podmuchem kąsającym chłodem... i zaobserwował tam równo nic; czemu ludzie lekkomyślnie oskarżali wszystkich na prawo i lewo o użycie czarnej magii, a potem skazywali Merlinowi ducha winnych aurorów na sterczenie na mrozie i wypatrywanie nieistniejących kryminalistów?
Tego dnia było podobnie. Marzł podwójnie, bo znów nie miał rękawiczek - tym razem nie z przyzwyczajenia, naprawdę chciał zabrać je ze sobą, ale nie mógł odnaleźć ich w szafowym chaosie. Gdy będzie miał więcej czasu, zanurkuje głębiej; gdzieś musiały się skryć, a nie uśmiechał mu się kolejny patrol spędzony na pocieraniu opuszek palców, by w razie potrzeby interwencji móc mocno uchwycić różdżkę.
Jego opuszki barwiły się jednocześnie bielą (ten przeklęty mróz) i czerwienią (to przeklęte pocieranie), kiedy mocno popchnął drzwi i nieomal od razu został potrącony przez mugolkę-kelnerkę śmigającą na jakichś butach zakończonych kółkami. Starał się nie patrzeć na nie ze zdziwieniem, tak samo jak na całą kolekcję niemagicznych młodych ludzi gromadzących się przy nieodległych stolikach. Wyglądali kompletnie inaczej niż on - roześmiani, uśmiechnięci od ucha do ucha, jedzący dziwne potrawy i popijający jeszcze dziwniejsze, najpewniej słodkie napoje z bąbelkami.
Ubrany też był inaczej; do pracy nie wdziewał czarodziejskich szat, za często miał do czynienia z mugolami, żeby móc sobie na to pozwolić, ale nawet materiał lnianej koszuli i ciemnych spodni wykrzykiwał nazwę innej epoki. Na pewno nie tej samej, w której żyli wszyscy wkoło; Garrett nie zwracał na to uwagi, wkrótce inni też utracili nim zainteresowanie. Wystarczająco wielu dziwaków kręciło się po Londynie.
Zmrużył oczy, wytężył wzrok, jednocześnie próbując w tłumie ludzi zauważyć znajomą posturę Bena. Nie było to trudne; nawet na siedząco górował nad cherlawymi uczniakami pochylającymi się słabo nad talerzami wypełnionymi parującą potrawką. Tuż obok niego siedział inny, znacznie młodszy mężczyzna o jasnych włosach i śniegu powoli topniejącym na ubraniu. Więc to tak - czas zacząć przedstawienie.
- Straszna ta zawieja - mruknął Garrett w formie niekonwencjonalnego powitania, odwieszając ciężki, mokry płaszcz na oparcie krzesła, które zaraz zajął. Posłał spojrzenie w kierunku szafy grającej (misterna, diabelska machina), powiódł wzrokiem po plakatach zdobiących ściany (były nieruchome, ile można tak tkwić w miejscu?), aż zatrzymał się na twarzy jasnowłosego chłopaczka, który raczej niedawno wkroczył w świat dorosłości. Wysłał mu lekki uśmiech. - Co jest tu ciepłe, względnie smaczne i mnie nie otruje? - spytał, skinąwszy głową na listę napojów wiszącą na ścianie, bo niektóre z mugolskich nazw brzmiały kompletnie obco. To dziwne - świat wyzbyty magii istniał tuż obok, a tak diametralnie potrafił się różnić od tego, który znali czarodzieje.
A potem Garrett spojrzał na Bena, inicjatora spotkania, czekając, aż weźmie sprawy w swoje ręce. Albo przynajmniej przedstawi mu nowego towarzysza i pozwoli rozpocząć proces zadawania ostrożnych pytań.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   03.09.16 11:04

Mroźna aura baru szybkiej obsługi wydawała się zbawienna dla obecnego stanu psychofizycznego Benjamina. Dosłownie udusiłby się w tej cudownej lokacji, gdyby do szumu rozmów, dziwnych dźwięków muzycznych i aromatów płynących z kuchni dodało się duszny ukrop. Oczywiście nikt nie zamarzał i nie mieszał wielkimi soplami lodu swoich dziwnych mlecznych napojów, ale przyjemny chłodek działał na Wrighta niczym sole trzeźwiące. Co prawda źrenice nie powróciły całkiem do swoich normalnych rozmiarów, ale w tym świetle i przy ciemniejszej niż zwykle barwie brązowych tęczówek, mogło spokojnie zostać to niezauważone. Zwłaszcza, że nie umówił się tutaj na romantyczną randkę, podczas której należało wpatrywać się sobie głęboko w oczy i wzdychać do niewidocznego zza brudnych szyb księżyca.
Kiedy tylko na spotkaniu Zakonu poruszono temat mugolskiego świata, od razu pomyślał o Louisie. No, może nie w pierwszej kolejności, bo najpierw jego myśli popłynęły odruchowo w stronę swojego starego, spokojnego ojca, wiecznie pachnącego gorzkimi lekami, ale wątpił, by emerytowany aptekarz wiedział cokolwiek ciekawego. Odkąd przestał pracować w aptece, cały czas poświęcał literaturze, matce i spacerom, co wydawało się jednocześnie pięknym i przerażającym finiszem dość szalonego życia. Louis Bott wydawał się za to idealnym kompanem do rozmowy: wiedział o czarodziejskim świecie jeszcze zanim wpadli na siebie przed Dziurawym Kotłem, a do tego - co okazało się całkiem niedawno - w jakiś pokręcony (lub też nie; Wright nie wnikał w koligacje aż tak głęboko) sposób należał do rodziny młodego fana podniebnej motoryzacji, Bertie'go. Nic więc dziwnego, że nie myślał zbyt długo a przy następnym spotkaniu poprosił go o kolejne spędzenie razem wieczoru. Tym razem godnie i w równie godnym towarzystwie.
Gorąca czekolada na sekundę skleiła Wrightowi język, ale uporał się z zatykającą słodyczą, doskonale wiedząc, że rozhuśtany głodem organizm nie przyjmie nic innego. Musiał wytrzymać jeszcze kilka godzin, ale nie odliczał nerwowo do końca wieczoru, wiedząc, że gra jest warta świeczki. Albo że cel uświęca środki? Albo że...och, przećpany mózg nie działał tak dobrze, jak zazwyczaj. Na szczęście zdołał rozpoznać wesołego, przemarzniętego Botta, szybko przemieszczającego się na patykowatych nogach od drzwi w kierunku loży.
- Lou - rzucił w ramach powitania, szczerząc zęby do zaaferowanego młodzieńca, siadającego na przeciwko. Jak zwykle pełen entuzjazmu, jak zwykle z milionem słów na minutę, jak zwykle doskonały kompan, choć obecnie Wright wydawał się dziwnie ospałym i małomównym cieniem samego siebie. Odkaszlnął lekko, wygodniej opierając się o skórzane oparcie sofy. - Już jadłem - dodał w pewnym zamyśleniu, nie przestając się jednak sympatycznie uśmiechać. - Ale zamów co chcesz. Nawet alkohol, chociaż wątpię, by teraz smakowały ci te popłuczyny - dodał, z pewną dumą stawiając nawet kremowe piwo ponad tymi mugolskimi wynalazkami. - Chociaż dziś...dziś lepiej pogadać na trzeźwo - zaanonsował poniekąd temat spotkania, kątem oka widząc zmierzającego ku ich loży Garretta. Pomachał mu wesoło wielką dłonią, klepiąc zachęcająco plastikowe krzesełko tuż przy stoliku, a gdy rudzielec już usadowił się w przemiłym, wysokopiennym gronie, Ben wyszczerzył się do niego radośnie. - Dobrze cię widzieć - rzucił w ramach przywitania, zastanawiając się jednocześnie, czy doskonały radar-złych-uczynków Weasley'a nie zacznie nagle wyć i rozpłomieniać rude włosy czerwienią. Miał nadzieję, że nie, mieli przecież ważną rozmowę do odbycia. - Louis, to Garry, mój drogi przyjaciel, druh, dobry człowiek. Garry, to Louis, mój drogi kompan, student, miłośnik astrofizyki, dobry człowiek - przedstawił obydwu panów z pełną galanterią, zerkając to na jednego to na drugiego. A zapewne widząc zdziwienie w oczach Weasleya, związane z użyciem tak trudnego, mugolskiego słowa, Wright dodał szeptem - Mój tata jest farmaceutą - po czym mrugnął radośnie, ponownie usadawiając się wygodniej w loży.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   03.09.16 18:00

No, nareszcie mogłem złapać oddech i lepiej przyjrzeć się Benowi... przy jednoczesnym rozglądaniu się wokół. W sumie coraz bardziej mi się tu podobało (nawet nie zauważyłem, że wewnątrz panuje taki sam mróz jak na ulicy). Muzyka była fajna w tym pudle grającym i dziewczyny na wrotkach i... zapach jedzenia. To nie moja wina, że pobudzałem się za każdym razem gdy zza baru wyjeżdżała kelnerka z tacą jedzenia. Może to nasza pizza? Nie, nie... za wcześnie na to, powtarzałem sobie z zawodem w głowie, kiedy kelnerka podjeżdżała do innego stolika.
Wtedy też powracałem spojrzeniem do Bena i uśmiechałem się szeroko jak to ja. Tym szerzej, że kiedy sam się uśmiechnął, pokazał swoje zęby w czekoladzie. Całkiem zabawny widok.
Już jadł? I teraz mi to mówi? Kiedy już zamówi... a w sumie co to dla mnie duża pizza? Luzik.
- Nie, alkohol to luz - machnąłem ręką na jego słowa. Koneserem nie byłem i lubiłem po prostu wszystko, co miało procenty - nieważne czy z mojego czy z czarodziejskiego świata. - Za to czekolada przestała mi smakować - dodałem kwaśno krzywiąc się przy tym lekko.
Tak, to był prawdziwy horror. Uwielbiałem słodycze, a odkąd spróbowałem czekolady po tamtej stronie Dziurawego Kotła, to... ech, szkoda gadać, ale nawet kostka zwykłej czekolady nie przechodziła mi teraz przez gardło. Była jakaś taka nijaka.
Lepiej pogadać na trzeźwo? Te słowa wzmogły moją czujność, bo to oznaczało jakieś poważniejsze tematy. Pytanie tylko czy powinienem się w związku z tym czegoś bać? Nie miałem pojęcia. I właśnie kiedy rozważałem setny pomysł w ciągu tej sekundy dotyczący tematu konwersacji, do naszego stolika podszedł... dość rzucający się w oczy facet. Nie tylko dlatego, że był chyba najbardziej rudym kolesiem, jakiego w życiu widziałem. W myślach na szybko porównywałem go z pozostałymi rudzielcami, które znałem.
- Całkiem zabawna - odparłem na słowa nieznajomego wyszczerzając się do niego radośnie. Lubiłem śnieg, można było się nim obrzucać między zajęciami przed uczelnią. Raz nawet trafiłem śnieżką takiego starszego profesora... chociaż nie, to nie była zabawna historia. Szybko jednak przestałem myśleć o uniwersytecie i wykładowcach, bo rudzielec zaczął gadać do rzeczy. I o to chodzi, swój chłop, jak nic!
- Pizza - odparłem zanim jeszcze skończył pytać. - Już zamówiłem. To jedna z najlepszych rzeczy w caluuuutkiej galaktyce - zaznaczyłem machnąwszy przy tym ręką, żeby zobrazować ogrom wspaniałości pizzy. - Ale fakt, nie jadłem jeszcze waszej - dodałem posępnie. To był poważny problem: czy próbować w ogóle czarodziejską pizzę - a jeśli okaże się tak pyszna, że przestanie mi smakować zwykła? Wtedy już nie pozostałoby mi nic, tylko się powiesić. Słabo.
- A do picia to zwykłe rzeczy - ocknąłem się z kolejnych poważnych przemyśleń - kawa, herbata, gorąca czekolada... - wymieniłem te ciepłe. Czarodzieje mieli dużo ciekawsze napoje, to na pewno.
Szczerze? Ale tak całkiem szczerze? Nie posądziłbym Bena o taką kurtuazję! O wytworność (o, to dobre słowo) przedstawienia sobie dwóch swoich znajomych. Aż zaniemówiłem, słowo! Ja bym tak nie potrafił.
- Łał, Ben, dzięki - spojrzałem na niego zaskoczony i dopiero kiedy się z tego wszystkiego (najbardziej z tych "dobrych ludzi") otrząsnąłem, uśmiechnąłem się do rudzielca. - Kurka, teraz chyba powinienem wstać i się ukłonić - parsknąłem nim ugryzłem się w język. No cóż, trudno.
- Po prostu Lou - sprostowałem pogodnie. - Bardzo mi miło - przed dodaniem "dobry człowieku" jakimś cudem się powstrzymałem, chociaż łatwo nie było. To przecież tak kosmicznie zabawne!
Znów moją uwagę odwróciła kelnerka z tacą. Miała nawet pizzę, ale w ostatnim momencie skręciła do sąsiedniego stolika. Szuja. Już mi się wszystkie wnętrzności skręcały z głodu, a ta jak nic robiła to specjalnie.
- A tak w ogóle to jak bardzo poważną mamy tą rozmowę do przeprowadzenia? Nie chodzi chyba o wykład z astrofizyki albo kosmologii, co? - dodałem znów powracając wzrokiem do towarzyszy. No co? Musiałem wybadać grunt, nie?




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar szybkiej obsługi   08.09.16 17:59

Zanim opadł na krzesło, wysłał Benowi na powitanie nieznaczny, krótki uśmiech; potem podążył znów spojrzeniem w kierunku naściennego menu, z uwagą analizując kolejne litery. Zignorował obcobrzmiące wyrazy, nie miał siły ani ochoty na niebezpieczne kulinarne eksperymenty, a gdy obok pojawiła się przejeżdżająca na wrotkach (nie rozumiał - jaki był sens poruszania się na tym dziwnym przyrządzie?) kelnerka, zamówił kawę, jednocześnie próbując sobie przypomnieć, w której kieszeni płaszcza czysto profilaktycznie skrył kilka mugolskich monet.
Na okazje właśnie takie, jak ta.
- Obawiam się, że nie będziesz miał okazji spróbować naszej pizzy - rzucił z ledwo dostrzegalnym rozbawieniem, z ciekawością przyglądając się rozentuzjazmowanemu młodemu chłopakowi. Trochę zazdrościł mu tej beztroski, lekkości, niepodszytego obawami uśmiechu. I nieświadomości.
Bo skąd mugole mogli wiedzieć, że na świat istniejący tuż obok rzeczywistości, którą dobrze znają, pada cień rzucany przez burzowe chmury?
- Czymkolwiek ona jest - dodał trochę ciszej, a w jego spojrzeniu znów zatańczyły iskry niemego śmiechu. Nie dziwił się wcale, że chłopak tak mocno zainteresował się światem magii (jeżeli jest w stanie na każdym kroku zaskakiwać czarodziejów, co mają powiedzieć osoby niemagiczne?); Garrett spoglądał na niego z widocznym zainteresowaniem, próbując dostrzec nawet najsubtelniejszą reakcję. Choćby oburzenie faktem, że czarodzieje nie znali tej legendarnej pizzy, o której opowiadał z widocznym uwielbieniem.
Parsknął dość wesoło, słuchając, jak postanowił przedstawić go Ben; pokręcił głową z hybrydą rozbawienia, niedowierzania oraz rezygnacji, po czym podziękował z uśmiechem kelnerce, która właśnie postawiła przed nim kawę. Czarną, mocną, bez mleka. Ciemny napój zadrżał, oblizując białe ścianki porcelany i zostawiając na nich jęzor śladu z fusów. Spojrzał przelotnie na unoszącą się z naczynia parę, musząc walczyć sam ze sobą, żeby nie wyjąć różdżki i nie stuknąć raz w krawędź filiżanki; tylko tyle musiałby zrobić w celu ochłodzenia napoju bogów. Niech szlag trafi Kodeks Tajności.
- Obejdzie się bez ukłonów - rzucił szybko ze śmiechem, bo nie byłoby przesadą stwierdzenie, że miał na te wszystkie wydumane szlacheckie obyczaje niemałą alergię. - Mnie również - odparł, w mimowolnym geście kurtuazji (którego wyplenić nigdy nie chciał, a nawet jeśli, to z pewnością by nie potrafił; czy nie odziedziczył tego wraz z błękitną krwią?) wystawiając w kierunku Louise'a dłoń.
Popatrzył na Bena ze zmarszczonymi krytycznie brwiami, gdy ten wspomniał o swoim ojcu farmaceucie. - Na zdrowie - mruknął z udawaną lekką kpiną w głosie, bo, prawdę mówiąc, to dziwne mugolskie słowo rzeczywiście brzmiało jak upośledzone kichnięcie.
Sięgnął po filiżankę, wziął łyk kawy, krzywiąc się ledwo zauważalnie, gdy gorący napój oparzył go w gardło. Nienawidził tego przeklętego wrzątku, a jeszcze bardziej nienawidził niemożności używania magii - był od niej całkowicie uzależniony, nie wyobrażał sobie życia bez różdżki, swojego przedłużenia ręki, narzędzia pracy, towarzyszki w zmaganiu z codziennymi zadaniami. Nawet z różdżką gotował beznadziejnie, wolał nie myśleć o tym, jak wyglądałaby jego kuchnia, gdyby o wszystko musiał zadbać własnymi rękoma.
W jaki sposób Louis radził sobie w życiu, skoro nie potrafił czarować?
Garrett powędrował spojrzeniem do Bena, ale uznawszy już na pierwszy rzut oka, że jego towarzysz nie pali się do odpowiedzenie na pytanie mugola, powrócił wzrokiem do Lou, jak zwykle nie wiedząc, jak ująć w zwięzłe zdanie wszystko to, co chciał powiedzieć.
- Chętnie bym go posłuchał, ale tym razem chodzi o coś innego - przyznał szczerze, nie widząc sensu w rzucaniu sekretnych półsłówek i owijaniu w bawełnę. - Powiedz mi, Lou - zaczął, robiąc przerwę na odstawienie filiżanki z powrotem na spodek przy akompaniamencie charakterystycznego stuknięcia - czy ostatnio działo się u was - mugoli, dodał w myślach, ale nie wiedząc, kto słucha, nie użył tego słowa - coś nietypowego? Znikali ludzie? Pisali w gazetach o porwaniach czy brutalnych morderstwach w... tajemniczych okolicznościach?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
 

Bar szybkiej obsługi

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Bar szybkiej obsługi
» Bar szybkiej obsługi "Kin"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17