Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Valentin Rosier

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Valentin Rosier
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t4818-valentin-rosier http://www.morsmordre.net/t4823-castor#103472 http://www.morsmordre.net/t4822-valentin#103465 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t4824-valentin-rosier
opiekun smoków
24 lata
Szlachetna
Kawaler
wola nieskruszona, wieczna nienawiść, myśl o zemście, także śmiałość, co każe by się nie poddawać nigdy i nigdy nie korzyć, na koniec nie dać się deptać
6
5
0
0
0
20
16
5
Czarodziej
 Black heart

PisanieTemat: Valentin Rosier   29.05.17 16:42


Valentin Alain Rosier

Data urodzenia: 06.06.1932 r.
Nazwisko matki: Bulstrode
Miejsce zamieszkania: Gravesham, Anglia
Czystość krwi: Szlachetna
Status majątkowy: bogaty
Zawód: opiekun smoków w Kent, łącznik z rezerwatem smoków w Szwecji
Wzrost: 185 centymetrów
Waga: 76 kilogramów
Kolor włosów: Ciemnobrązowe
Kolor oczu: Ciemnobrązowe, niemal czarne
Znaki szczególne: Wysoka i zawsze wyprostowana sylwetka, ciemne i puste spojrzenie, którego uśmiech nigdy nie obejmuje.


Mówi się, że zapalić świecę znaczy rzucić cień. W tym jednak konkretnym wypadku po zapaleniu świecy trzeba było czekać aż trzy lata na pojawienie się cienia, bo właśnie tyle czasu upłynęło pomiędzy narodzinami Tristana Rosiera, a przyjściem na świat spóźnionego już, by zaistnieć w rodzinie, Valentina. Szósty czerwca tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku był dniem bardzo pogodnym i mimo wszystko wyczekiwanym, przynajmniej przez rodziców mającego się narodzić potomka. Nikt nie chciał mówić na głos, że rola dziedzica już jest obsadzona, każdy więc uprzejmie milczał, z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Nowy członek rodziny cieszył, choć już nie aż tak, co pierwszy z kolei. Jedynie matka widziała w Valentinie cały świat, jak to matki mają w zwyczaju, surowy ojciec natomiast za punkt honoru wziął sobie, by wychować go na kogoś, kto będzie godnie reprezentował ród. W wieku trzech lat objawiły się u niego moce magiczne, gdy podczas ich pobytu we dworku wuja Valentina, jeden ze smoków w rezerwacie uciekł. Zrobiło to na małym czarodzieju wrażenie tak duże, że rozwalił z hukiem porcelanową zastawę na stole. Choć był to moment wyjątkowy, ojciec Valentina nie podzielał entuzjazmu i tak znajdując powody do narzekań na formę objawienia mocy. Z biegiem czasu okazało się, że czegokolwiek Valentin nie zrobiłby dobrze, zawsze był ktoś, kto robił to lepiej - Tristan. Nie było to jednakże tylko subiektywne odczucie młodszego Rosiera. Jego rodzony ojciec nie omieszkiwał mu o tym co jakiś czas przypominać, w przeciwieństwie do matki, Corianne z domu Bulstrode, która w synu widziała to, kim był naprawdę i jak postrzegali go inni: młodym, utalentowanym i ambitnym chłopcem, czującym się w szlacheckich realiach jak ryba w wodzie. To jednak dla ojca, Aleksandra Rosiera, było za mało, co przekładało się na dorastającego Valentina. O dziwo mimo takiej, a nie innej atmosfery i stałych porównań, Valentin sam był zapatrzony w Tristana jak w obrazek, traktował go jako swój autorytet. Jedynie gdzieś w głębi duszy czuł coś, czego jeszcze wtedy nie mógł nazwać z powodu młodego wieku: frustrację. Ciężko było jednak dziwić się, że brak oczekiwań wobec niego i swoisty rodzaj beztroski jeszcze go wtedy nie niepokoił, w końcu był dzieckiem. Nawet Wielka Wojna Czarodziejów obeszła go łukiem, a choć nie był głupi i wiedział, że dzieje się coś złego, nie dotyczyło go to bezpośrednio. Przynajmniej w praktyce. Kształcono go pod kątem wiedzy ogólnej i etykiety, a także zwyczajów szlacheckich, uczono gry na skrzypcach i pozwalano obserwować pracę w rezerwacie. Matka dużo mu czytała, a gdy potrafił już robić to sam, nadrabiał z nawiązką. Starała mu się przekazać to, co wpajano jej, więc zadbała, by Valentin posiadł umiejętność retoryki czy tańca. Tak czy inaczej chłopak bardzo starał się zaimponować ojcu i udało mu się to tylko raz, gdy miał dziesięć lat. Tuż przed wyjazdem do Beauxbatons pozwolono mu po raz pierwszy spotkać się twarzą w twarz ze smokiem z ich rodzinnego rezerwatu. Dotychczas jedynie przyglądał im się z daleka, był zatem podekscytowany tym spotkaniem. Łagodny z natury Valentin nie rozzłościł bestii, która nawet pozwoliła mu się dotknąć. To był moment, w którym Valentin wpadł w pułapkę, w błędne koło prób zadowolenia ojca, którego zadowolić się nie dało. Właśnie wtedy usłyszał te krótkie, a jakże wyczekiwane słowa. Jestem z ciebie dumny, synu.


A miał być z kogo dumnym, choć tego nie dostrzegał. Być może dlatego, że sam miał brata i czuł się niegdyś podobnie jak Valentin? Ciężko powiedzieć, bo przecież nigdy nie rozmawiali ze sobą na takie tematy. Aleksander właściwie w ogóle bardzo rzadko rozmawiał z synem, ograniczając się do strofowania go i stałego poprawiania. W związku z tym Valentin nie czuł potrzeby przychodzenia do niego ze swoimi problemami i całkowicie zamknął się w sobie, mimo starań matki, by było inaczej. Poza tym patriarchalny model rodziny skutecznie odwodził go od mówienia o swoich uczuciach komukolwiek, bo przecież to nie przystoi mężczyźnie. Uciekał w swój świat książek, czasem ciesząc się, że uwaga wszystkich była zwrócona na Tristana. Zaczął nawet sam pisać, choć nigdy poezję, znacznie lepiej czując się w prozie. Był zbyt lakoniczny i konkretny, by pisać dobre wiersze, nie przeszkadzało mu to jednak nigdy. Potrafił docenić piękno sztuki, zwłaszcza muzyki klasycznej, tym bardziej że sam potrafił nie najgorzej grać na skrzypcach. Mimo zwyczajowo zdystansowanej postawy, był raczej lubiany. Niezbyt wylewny, zawsze dumnie wyprostowany, stał gdzieś na uboczu i obserwował. Na przestrzeni lat wyrobił w sobie umiejętność znikania w odpowiednim momencie tak, by nikt nie zauważył. Zawsze natomiast kochał zwierzęta, nieważne, czy te magiczne, czy zwyczajne. Dlatego też nigdy nie został wielkim fanem polowań. Preferował raczej zajęcia z szermierki, choć czysto rekreacyjnie. Dzieciństwo zabiło w nim chęć rywalizacji, która uruchomiła się dopiero w dorosłym życiu, po kilku latach niebytu. Dlatego też w szkole trzymał się z daleka od Klubu Pojedynków i sytuacji, w których musiałby z kimkolwiek konkurować. Całe życie rywalizował przecież z kimś, kogo doścignąć nie mógł. Sytuacja uległa zmianie w okolicach siódmego roku.


Nauka w szkole szła Valentinowi dobrze. Wyniósłszy z domu nienaganną francuszczyznę, świetnie  odnalazł się w Beauxbatons, choć i tu był ponownie jedynie cieniem swojego kuzyna, tym bardziej, że podobnie jak on trafił do Smoków. Nie było to jednak nic szokującego, biorąc pod uwagę to, że jak większość uczniów trafiających do tego domu operował głównie słowem, a jego pasją była literatura. Do pewnego momentu mu to nie przeszkadzało, zresztą nigdy nie powiedział na głos, co go trapi. Poza tym dobro rodziny stało dla niego ponad wszystkim, nie dałby zatem na kuzyna ani kuzynki powiedzieć złego słowa. Skupiał się na nauce i samodoskonaleniu, pochłaniał książki, z ciekawością przyglądając się donosom z gazet na temat otwarcia Komnaty Tajemnic w Hogwarcie. Valentin skrycie marzył, by dokonać kiedyś czegoś podobnego, by przypieczętować dziedzictwo przodków. Wiedział przecież, że dzięki temu choć raz i on mógłby być kimś ważnym. Synem swojego ojca. Tymczasem dni mijały prędko; Valentin dorastał, wciąż pochłaniając coraz większe ilości książek. A jego uwagę coraz bardziej przyciągała czarna magia. Nie sposób było jednak w murach szkoły uszczknąć choć krzty zakazanej wiedzy. Musiało to zatem poczekać aż do wakacji i powrotu do domu. Smaczku dodał jedynie pojedynek Grindenwalda i Albusa Dumbledora, wygrany przez czarnoksiężnika w 1945 roku. Dopóty, dopóki Tristan nie ukończył szkoły, Valentin trzymał się z daleka od bycia na świeczniku, jakby powielając przekonanie, że jeden Rosier tam urzędujący to wystarczająca liczba. Niezbyt był w cokolwiek zaangażowany, bardzo wyobcowany i małomówny. Nie miał wielu przyjaciół, bardziej z własnego wyboru, choć cieszył się sympatią nauczycieli dzięki temu, że był pracowity i ambitny. Szczególnie dobrze radził sobie z zaklęciami i obroną przed czarną magią, nieco gorzej z eliksirami i transmutacją. Choć nigdy nie stanowiły one jednak pól jego zainteresowania, utrzymywał z nich dobre stopnie, również dlatego, że zawsze odnosił się do nauczycieli z szacunkiem i nawet jeśli za jakimś przedmiotem nie przepadał, starał się go nie ignorować. W całej swojej szkolnej karierze szlaban dostał tylko raz. Na siódmym roku postanowił dołączyć do drużyny Quidditcha, gdzie grał na pozycji szukającego. Wtedy też nieco prężniej zaczął zawierać przyjaźnie, choć grono znajomych dobierał sobie bardzo uważnie. Każde wakacje Valentin spędzał w domu, gdzie bardzo pilnie i ochoczo pomagał przy rezerwacie, mimo że bardzo dobrze wiedział, że nie on będzie jego dziedzicem. Lubił towarzystwo magicznych stworzeń, co warte odnotowania, znacznie bardziej, niż towarzystwo innych czarodziejów. Dni upływały mu też na polowaniach (których swoją drogą, nigdy jakoś specjalnie nie polubił), czy dalszej nauce szlacheckich zwyczajów, których wraz z wiekiem pojawiało się coraz więcej. Coraz śmielej podchodził również do kwestii zakazanych dziedzin magii, korzystając z ksiąg, które były w posiadaniu jego rodziny. Rodzice przymykali na to oko, ale ciężko było ukryć, że bynajmniej im to nie przeszkadzało. Valentin ukończył szkołę z bardzo dobrymi ocenami, co zaowocowało możliwością stażu w Ministerstwie Magii, z której chłopak skwapliwie skorzystał.


Valentin wrócił zatem do Anglii w 1950 roku i rozpoczął staż w Depertamencie kontroli nad magicznymi stworzeniami. Wtedy też, skuszony wizją dorocznego wyścigu na miotłach odbywającego się w Szwecji, z ochotą towarzyszył jednemu z pracowników u którego odbywał staż, w podróży do tamtejszego rezerwatu smoków. Złapał wtedy swoistego bakcyla i po ukończeniu stażu w 1953 roku wybrał się tam już jako opiekun smoków, okazyjnie biorąc udział w niebezpiecznym wyścigu. Miał trzy lata od swojej pierwszej wizyty tam, by potrenować, a także podszkolić swój język szwedzki, który opanował w stopniu podstawowym. Poza tym w czasie stażu co roku jeździł tam, by obserwować zmagania zawodników. Stanowiło to dla niego miłą odskocznię od znojów życia codziennego. Przynajmniej będąc za granicą nie ścigało go poczucie, że jest czyimś cieniem. Mógł w końcu pracować na własny rachunek, a w takiej odległości od domu przynajmniej chwilowo nie musiał znosić lekceważącego spojrzenia ojca. Kiedy już po stażu wybrał się tam, by w końcu wziąć udział w wyścigu, wyjazd ten prawie przypłacił życiem. Podczas przelotu na na szczęście dość niskim pułapie, nie zdążywszy dobyć różdżki, zsunął się z miotły. Wyciągnął z tego cenną lekcję, nie tylko tego, że czasem trzeba upaść, ale i pokory, bo przez ten wypadek i spore opóźnienie, które było jego skutkiem, oddalił się od podium. Dzięki temu miał jednak chęć, by próbować po raz kolejny. I to mu zostało: swoistego rodzaju niezłomność i siła, pozwalająca uparcie przeć do celu pomimo przeciwności. Na tamtym etapie jego życia reszta rodu wcale nie umniejszała jego osobie, ale opinia ojca była dla niego wciąż najbardziej istotna ze wszystkich. Ten z kolei uważał, że miejsce Valentina było w Anglii, a jego wizyty w Szwecji to czcze wygłupy. Tolerował to jednak, bo nawet on musiał przyznać, że dwóch potomków w jednym miejscu to na dłuższą metę za długo. Niczego nie zmieniał więc fakt, że na salonach poświęcano mu sporo uwagi i doceniano go. Zawsze zresztą starał się zachowywać, jak na lorda przystało, by zadowolić ojca. To jednak wciąż było mało, zaczął nawet podejrzewać, że nigdy nie urośnie do zawyżonych oczekiwań rodziciela. Frustracja narastała, podsycana żalem. Czas dzielił pomiędzy pracę w rodzinnym rezerwacie, a pracę z ramienia Ministerstwa jako łącznik pomiędzy rezerwatem w Szwecji na instytucją. Zamieszkiwał wraz z rodzicami dworek w Gravesham, w hrabstwie Kent, otoczony chyba najpiękniejszymi różami, jakie widział w życiu. Zapach kwiatów był tak intensywny, że do dzisiaj za nim nieszczególnie przepada, choć przypomina mu o domu gdziekolwiek na świecie by nie był.


Po powrocie do domu z kolejnego wyjazdu w 1954 roku na swojej drodze Valentin spotkał Toma Riddle'a, charyzmatycznego i potężnego mężczyznę, robiącego piorunujące wrażenie mimo tego, że był niemalże jego rówieśnikiem.  Co prawda niewiele było wiadomo na jego temat, jedynie plotki. Jednakże z natury przyziemny Valentin raczej nie miał czasu na to, by zajmować się tym, o czym szeptano gdzieś po kątach. Napędzany chęcią empirycznego poznania osoby tego, kto w przyszłości tytułować miał się Czarnym Panem, chciał na własne oczy zobaczyć, kim jest Tom. Upatrując się w tej znajomości potencjału, licząc na to, że w końcu wyjdzie z cienia tak, jak sobie kiedyś wymarzył, bardzo prędko zaangażował się na tyle, by zainteresować Riddle'a. Pomogło nazwisko, ale i upór, a także zainteresowanie dziedziną czarnej magii i głód wiedzy, a przede wszystkim przyświecały im przecież te same idee. Po dłuższym czasie udało mu się zdobyć zaufanie Czarnego Pana, bo ilekroć o coś go poproszono, zawsze starał się wypełnić, na razie drobne zadania, jak należy. Mimo to był  niezwykle zdumiony, gdy podczas jednego z pierwszych spotkań Rycerzy, na które został zaproszony, rozpoznał w jednym z członków swojego kuzyna... Nie zmienił jednak zdania, mimo, że zbiło go to z pantałyku. Za cel obrał sobie doskonalenie się w dziedzinie czarnej magii, mając w końcu dojście do takich ksiąg i osób, które naprawdę wiedziały, co robią, oraz szerzenie polityki przeciwko nieczystości krwi i realizował go, jak najlepiej potrafił. Prócz tego kontynuował pracę z ramienia Ministerstwa, co jakiś czas podróżując do Szwecji i tamtejszego rezerwatu smoków,  gdzie pełnił funkcję łącznika. Jego szwedzkie znajomości również były bardzo przydatne  Voldemortowi. Valentin badał i obserwował reakcję czarodziejów zza granicy na zmiany, które formowały ich nowy świat. W międzyczasie zatarła się dla niego granica pomiędzy tym, co dozwolone, a co niedozwolone. Jeśli kiedyś posiadał jeszcze jakieś wyrzuty sumienia, teraz zniknęły one bez śladu. Z cichym przyzwoleniem przyglądał się poczynaniom Minister, ze sporą dozą sceptycyzmu, choć nie bez zadowolenia. Wyglądało na to, że okoliczności zaczęły im sprzyjać, choć wciąż pozostawał Grindelwald. Przyszłość nie jawiła się dla Valentina zbyt pewnie, zdaje się jednak tego nie dostrzegać. Planuje po prostu robić swoje i sprostać wymogom Czarnego Pana.


Tymczasem Valentin ośmielił się nieco. I choć wciąż jest spokojny, opanowany i raczej chłodny w obejściu, zrozumiał, że szarmanckim zachowaniem będzie w stanie ugrać znacznie więcej, niż wycofując się zupełnie w cień. Nauczył się zatem doskonale grać i kłamać, udawać miły uśmiech, zainteresowanie, przyjaźń. Nauczył się wykorzystywać nie najbrzydszą twarz, mówić innym dokładnie to, co chcą usłyszeć. Tym bardziej, że rodzina zaczęła coraz bardziej nalegać na jego wizyty na salonach, gwoli znalezienia jakiejś szlachetnej narzeczonej, nawet jeśli obecnie jest mu to raczej obojętne. I tylko on jeden wie, że gdy nadejdzie odpowiedni ku temu moment, będzie mógł zaatakować nie wzbudzając przy tym żadnych, nawet najmniejszych podejrzeń. Obraca się więc w towarzystwie, zawsze elegancki i poukładany, choć tylko niemalże czarne oczy zdradzają, że wypełnia go pustka. Jednakże czy ktoś w ogóle zwraca teraz uwagę na takie rzeczy? Perfekcyjnie obliczony na efekt uśmiech zamyka usta wszystkim tym, którzy chcą drążyć temat. Gdyby ktoś odważył się podpytać go lub podejść, a nawet po prostu lepiej poznać, zapewne jedynie uśmiechnie się blado, odgarniając do tyłu ciemne włosy i zmieni temat. Rzadko mówi o sobie, choć to akurat nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę to, że przywykł już do bycia zepchniętym na boczny tor. Wobec tego żadne narzekania nigdy nie opuściły jego ust. Jak dotąd tylko jego matce udało się go przejrzeć i obserwuje go z narastającym niepokojem, ale i dumą, której Valentin zaślepiony zabieganiem o względy ojca, jak dotąd nie doceniał. Jednak i to powoli odchodzi do lamusa, bo coraz bardziej liczy się dla niego Czarny Pan. Na boczny tor zaczyna schodzić frustracja, nawet żal odrobinę się oddalił, a płomień gniewu przygasa, zastąpiony lodowatą chęcią nieodwracalnych zmian w czarodziejskim świecie. Z każdym dniem coraz bardziej dociera do niego, jak bardzo jego starania o względy ojca są małostkowe i jak niewiele znaczą z większej perspektywy. Coraz mniej czuje, drętwieje. Ciężej go zezłościć i sprowokować. Choć przepełnia go duma, nigdy nie wyróżnił się z tłumu arogancją. Zmienia się. Najgorsze jest jednak to, że ciężko stwierdzić, czy na lepsze.

Patronus: Czapla nie jest może wyjątkowo imponującym zwierzęciem, to ptak bardzo niepozorny i ostrożny, ale za to doskonale współgrający z charakterem Valentina. Godzinami potrafi stać w bezruchu, by uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie w swoją niczego nie spodziewającą się ofiarę. W obronie przed napastnikiem bardzo szybko i niezwykle celnie atakuje newralgiczne miejsce - oczy.
By wyczarować patronusa, Valentin przywołuje wspomnienie ojca, który tylko raz w życiu powiedział mu, że jest z niego dumny, pewnego słonecznego popołudnia, gdy chłopak miał jakieś dziesięć lat.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 6 Brak
Zaklęcia i uroki: 5 +2 (różdżka)
Czarna magia: 20 +3 (różdżka)
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
francuskiII3
szwedzkiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
ONMSIV20
Historia magiiII5
KłamstwoII5
SpostrzegawczośćI2
Jasny umysłI2
RetorykaI2
Ukrywanie sięI2
ZastraszanieI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerz Walpurgii-0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)II7
Literatura (tworzenie prozy)I1
Muzyka (gra na skrzypcach)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleII7
SzermierkaII7
Taniec balowyI1
JeździectwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
brak-0
Reszta: 4

Wyposażenie

Różdżka, woreczek ze skóry wsiąkiewki, sowa, miotła dobrej jakości





abashed the devil stood and felt how awful goodness is.


Ostatnio zmieniony przez Valentin Rosier dnia 30.05.17 14:36, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Valentin Rosier   21.09.17 23:05

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Świat nie szczędził nikogo - nawet dzieci. Valentin przekonał się o tym, szybko odkrywając, że przyjdzie mu wieść życie dobre, dostanie, pełne wygód, ale przykryte cieniem starszego kuzyna. Mimo tego odnalazł dla siebie własną ścieżkę. Nikogo nie zdziwiło jego dążenie do zostania opiekunem smoków - błękitna krew Rosierów, pracowitość i upór pozwoliły mu osiągnąć cel. Jego chwilą oddechu od obowiązku były wyścigi w Szewcji, a incydent którego doświadczył sprawił, że odnalazł siebie. Przynależność do rycerzy przyszła mu naturalnie, a charakter pozwala na wykonywanie zadań powierzonych przez Czarnego Pana. Czy sprosta wszystkim wymaganiom, które spływają w jego kierunku z wielu stron?

OSIĄGNIĘCIA
Błysk w Cieniu
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Samuel Skamander


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Valentin Rosier   21.09.17 23:05

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa, woreczek ze skóry wsiąkiewki, miotła dobrej jakości

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCIBrak

HISTORIA ROZWOJU[29.05.17] Karta postaci, -890 pkt


Powrót do góry Go down
 

Valentin Rosier

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Darcy Rosier
» Cedrina Rosier
» Rosier
» Evan Rosier
» Tristan Rosier

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17