Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kawiarnia "Szeptem"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kawiarnia "Szeptem"    02.05.15 4:09

Kawiarnia "Szeptem"

Elegancka kawiarnia, znajdująca się przy jednej z głównych ulic miasta, została skryta za witrażowymi oknami, które nadały jej romantycznego charakteru. Kilka niedużych stolików znajduje się również na zewnątrz, pod otwartym niebem. Wystrój wydaje się urokliwy, na stolikach tlą się świece, a ściany zdobią pejzaże przedstawiające różne zakątki hrabstwa Norfolk. Nieopodal lady, na niewielkim podwyższeniu, siedzi dziewczyna przygrywająca na wiolonczeli.
Serwuje się tutaj przystawki, desery, słodycze oraz bardziej wykwintne alkohole, głównie wina i likiery, a także najprawdopodobniej najlepszą kawę w całej wschodniej Anglii. 


Powrót do góry Go down
Venus Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t739-venus-parkinson http://www.morsmordre.net/t768-antoniusz-parkinson-trzeci#2925 http://www.morsmordre.net/t767-she-s-so-beautiful#2924 http://www.morsmordre.net/f152-cotswolds-snowhill http://www.morsmordre.net/t1259-venus-parkinson#9504
Ikona mody
21
Szlachetna
Panna
Oh her eyes, her eyes make the stars look like they’re not shining. Her hair, her hair falls perfectly without her trying. She’s so beautiful.
1
5
10
0
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    27.07.15 15:51

Jest szesnasta po południu, niemalże słyszę, jak wskazówki zegara w rodzinnej posiadłości leniwie prześlizgują się po tarczy, by wreszcie zaistniał odpowiedni kąt między nimi. Swoiste obwieszczenie tej konkretnej godziny. Ojciec mi jednak mówił, że czas jest względny i żebym nigdy nie przychodziła pierwsza. Podobno modnie jest się spóźnić, a czy znasz kogoś bardziej modnego ode mnie? Zawsze muszę być na czasie i wiedzieć, co w trawie piszczy, a ostatnio piszczy wiele i nie trzeba być geniuszem, aby to wiedzieć. Dlatego ja wiem. Wiem i w tym czasie pełnym chłodu oraz wiszącej nad nami rewolucji w świecie magii potrzebuję się z tobą spotkać, drogi Luno. Na pewno tak właśnie zaczęłam mój list do ciebie, kiedy wstałam rano, a me służki starały się mnie zrobić na piękniejszą boginię niż zwykle, choć oboje wiemy, że to niemożliwe. Poddaję się jednak ich zwinnym, pięknym palcom (inne nie miałyby prawa mnie dotknąć!) i piszę do ciebie list, w którym obwieszczam, gdzie zamierzam być i gdzie ty też powinieneś być. To okropnie daleko, ale lubię podróże. Ty, z tego co wiem, również je uwielbiasz. A może pod naporem przygód stwierdziłeś, że jednak nienawidzisz? Nieważne, przecież ja i tak nie liczę się z niczyim zdaniem, wiesz to doskonale. Dlatego wymyślam miejsce, które pierwsze przychodzi mi do głowy, a potem przekładam to na pergamin drobnym, acz czytelnym maczkiem. Zaschło mi w gardle z tego wszystkiego i każę sobie przynieść wodę. Zapewne dostrzegasz kilka plam, które zostawiłam na papierze przez nieuwagę. To znów ta głupia Clothilde pociągnęła mnie za kosmyk włosów, a ja podskoczyłam jak poparzona. Powinna być uważniejsza, przecież nie płacimy jej za sprawianie mi bólu. Zapewne ci o tym powiem przy naszym spotkaniu.
Tymczasem jednak po wzięciu długiej, aromatyzowanej kąpieli i innych niezbędnych do spotkania przygotowaniach, przemieszczam się pod wskazany ci wcześniej adres. Nie wiem jak, może to błędny rycerz, to nieistotne. Istotne, że i tak się spóźniłam, co było mym zamierzeniem. Kroczę teraz w butach na obcasach i stroju z mej najnowszej kolekcji aż do drzwi. Które otwiera mi jakiś uprzejmy gentleman, któremu skinęłam głową i posłałam mój delikatny, uprzejmy uśmiech. Tyle musi mu wystarczyć, gdyż nie, nie umówię się z nim, jak zaproponował, gdy tylko weszliśmy do środka. Omiatam wzrokiem błękitnych tęczówek całe pomieszczenie, ale ciebie w nim nie ma, Luno Skeeterze. Jestem niewymownie zawiedziona i mój subtelny uśmiech znika w mgnieniu oka, ustępując nieprzejednanej minie, która objawia się zaciśnięciem mych pięknych ust w wąską linię. Siadam przy jednym ze stolików, kiedy kelner odsuwa mi krzesło, a potem podaje kartę. Dlaczego próbujesz być modniejszy ode mnie, hm? Przez głowę przechodzi mi milion niepochlebnych myśli i wcale nie czytam tego ich fikuśnego menu, choć oczywiście udaję, że to robię. W udawaniu jestem mistrzynią.
Obsługa kilka razy mnie pyta, czy już się zdecydowałam, ale ja macham im swoimi rzęsami, uśmiecham się głupiutko i mówię, że wybór jest taki trudny! Nonsens, po prostu nie mogę się skupić na jakichś potrawach, kiedy jest już dwadzieścia sześć po szesnastej, czyli siedzę tu już od dziesięciu (!) minut, wyczekując twej twarzy wśród napływającego do środka tłumu. Wszak to już najwyższa pora na herbatę. Niecierpliwię się, choć chyba nie tak, jak powinna świeżo upieczona narzeczona. Chyba powinnam się ekscytować i opowiadać wszystkim wokół w jakiej to bajkowej scenerii mi się oświadczyłeś, jak nasza miłość jest płonna i wzniosła, lecz ja przecież nie mam uczuć. Przecież jestem tylko posągiem, który możesz postawić przy kominku i pochwalić się mną swym znajomym. Tak przynajmniej uważam, że jest, i moje zmartwienie twoją osobą wynika na pewno tylko i wyłącznie z tego, że zostawiasz mnie na pastwę innych mężczyzn w kawiarni. Ci zerkają co jakiś czas w moją stronę, bo to chyba nie przystoi takiej pięknej damie (ekhm) siedzieć samej. Zazwyczaj mi to pochlebia, teraz jednak czuję się nieco upokorzona i czuję również, jak wzbiera we mnie złość.
A w złości mi nie do twarzy.




Make the stars look like they’re not shining she's so beautiful


Ostatnio zmieniony przez Venus Parkinson dnia 08.09.15 11:03, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Luno Skeeter
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t756-luno-skeeter http://www.morsmordre.net/t765-luno http://www.morsmordre.net/f185-bishopsgate-13-7-poddasze
wiedźmia straż
23
Czysta
Kawaler
hell is empty and all the devils are here
17
4
0
1
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    28.07.15 19:42

Miałem ciężko noc, opierającą się głównie na topieniu smutków w alkoholu, sprowadzeniu dzierlatki do domu oraz przerywanych oddechów. Zrobiłem nawet pannie śniadanie, a następnie skacowany udałem się na egzamin. Piękna noc niestety nie zwiastowała mi równie ekscytującego dnia – w ustach wciąż czułem posmak taniego piwa zaś na ciele nieustannie ponawiającą się falę gorąca. Moja wiedza na temat danych zagadnień wyparowała w chwili odpowiadania na poszczególne pytania, jeśli zdałem to zdałem zapewne marnie lub naprawdę zacznę sądzić, iż jestem chodzącym geniuszem. Nie ukryję niezdziwienia, jeśli tylko sprawy potoczą się takim ciągiem. Wracając jednak do momentu po egzaminie, z którego wyszedłem w podłym nastroju. Zmierzałem prosto do domu, żywiąc głęboką nadzieję, że ów panny w moim mieszkaniu nie zastanę, a jedynie wyjmę kluczyk spod wycieraczki, jeżeli tylko usłuchała moich klarownych instrukcji. Niestety spotykałem ją w nim. Miała na sobie jedną z moich drogich koszul, które właśnie w tamtym momencie, nasiąkały jej niedelikatnymi perfumami. Wiedziałem, iż będę zmuszony pozbyć się tej woni nim przyodzieję tę część garderoby, wszakże nie chciałem żadnych wyrzutów ze strony narzeczonej. Cóż jednak mogłem poradzić na przenikający zapach w głąb koszuli? Nie uśmiechało mi się rozbierać dzierlatki, to prowadziłoby wyłącznie do jednego – seksu, a przecież nie to było moim priorytetem w tamtym momencie. Chciałem jedynie zostać sam, otworzyć tani alkohol, upić się ze smutku i nie uczestniczyć w jutrzejszych zajęciach. Czy prosiłem o tak wiele? Łaknąłem jedynie spokoju, dostałem natomiast wieszanie się na szyi. Początkowo próbowałem delikatnie wyprosić pannę ze swojego mieszkania, ale ona najwyraźniej nie pojmowała moich aluzji, zamiast tego planowała naszą piękną randkę. Jaką randkę, kobieto? Seks to tylko seks, wyplułem z siebie podobne słowa na co ona obraziła się, przebrała w swoje szmatki i odeszła ode mnie precz daleko, wyzywając mnie od niegodziwców, diabłów stąpających po ziemi. Może rzeczywiście nim byłem? Może rzeczywiście moi rodzice mają rację, nie utrzymując ze mną kontaktu? I może – lecz niekoniecznie – powinna uczynić tak również Wenus? Nim ją pochłonę do reszty, nim ujrzy, co kryje się pod tą przystojną twarzą. Nigdy nie ukazałem jej czarnego wnętrza, wręcz przeciwnie, próbowałem dotychczas zataić je przed jej pięknymi oczami. Gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim kieliszkiem taniego trunku, zacząłem się zanurzać myślami w tej, która niegdyś zapierała mi dech w piersiach. Gdzie te uczucia, gdzie te emocje, tak gwałtowne niczym burza? Czemu nie mam już więcej palpitacji serca, patrząc na nią? Kiedy to się stało i jak mam to powstrzymać? Czy teraz już będzie tylko gorzej? Albo może inaczej zapytam – czy może być jeszcze gorzej? Czy mogę stracić nią zainteresowanie zupełnie? Czy mogę nie potrafić przywołać jej piękna, gdyż dla mnie straci ono swój urok? Czy jestem jednym z tych ludzi, którzy kiedy posiądą, z pozoru nieosiągalną rzecz, to odrzucają ją w kąt? Dla mnie nie brzmiało to zbyt dobrze, nie istniała w tym żadna perspektywa przyszłości. Nie widziałem siebie nigdzie, ona ma mnie uratować przed demonami przeszłości. Oświadczyłem się Venus, mając nadzieję, że ona ukoi mój ból, że familia na ponów będzie chciała utrzymywać ze mną kontakty, że wszystko minie – cały ból. Venus jest – lub może powinienem rzec, iż była – moim ratunkiem, moim lekiem na wszystko. Może więc zostanę ukarany za to pójście drogą na skróty? Albo może wydawało mi się wyłącznie, iż coś takiego jak droga na skróty w ogóle ma prawo bytu? Moje rozmyślania przerwało ciche stukanie w okno. Otworzyłem je, wziąłem list od sowy, a ta poszybowała w górę, wracając do właściciela. Nie otworzyłem jednak go od razu, rzuciłem w kąt, biorąc się za pisanie własnego do rodziców. Stan upojenia alkoholowego szeptał mi do ucha słowa. Zamazywanie liter, wyrazów oraz zdań trwało z dwie lub trzy godziny. Przede mną piętrzyła się sterta zużytych pergaminów, ja zaś siedziałem przy biurku w amoku, przechylając, co rusz szklankę z trunkiem do ust aż w końcu cisnąłem pergaminy do kosza, zniechęcony niemożliwością dobrania odpowiednich słów. Przyszła kolej na przesyłkę. Rozerwałem ją lekko trzęsącymi się dłońmi – byłem już porządnie pod wpływem alkoholu – kopertę. List w nim mówił mi jasno gdzie i o której mam się zjawić, co nie spodobało mi się w momencie jego czytania. Utwierdziłem się w swoim niezadowoleniu, gdy spojrzałem na zegarek – za dwadzieścia minut musiałem znaleźć się na miejscu. Rozebrałem się szybko i wziąłem krótki, dosyć gorący prysznic, aby pomóc alkoholowi wyparować ze mnie, choć w niewielkim stopniu. Użyłem nietanich perfum, ubrałem się w bawełniane spodnie i błękitną koszulę, wyszedłem z domu i teleportowałem się w bezpieczne miejsce. Dalej natomiast pobiegłem do wyznaczonej kawiarni. Przed podejściem do stolika spojrzałem na zegarek, pielęgnując jednak cichą nadzieję, że Venus wybaczy mi to półgodzinne spóźnienie (nie wiedziałem, iż sama nie przyszła na czas i czeka na mnie tylko od dziesięciu minut), zaś moja głośna nadzieja krzyczała o nie wyczuciu alkoholu.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziałem całując ją w policzek, modląc się, aby moje perfumy przebiły woń alkoholu, co było niewykonalne z takiej odległości jaka dzieliła nas w tamtym momencie. - Byłem na uczelni i za późno odczytałem list. – Winny się tłumaczy. Wziąłem jedną z dwóch kart, które leżały na stoliku (zapewne Venus zadbała o tym, by stolik był dla dwóch osób), nie wiedząc jednak, co tak naprawdę czytam. Litery zlewały mi się w jedną całość. Przetarłem oczy i spojrzałem na moją narzeczoną. - Jak minął ci dzień? – zapytałem zgodnie z etykietą, która wydawała mi się pewną rzeczą, jeśli chodziło o moją ukochaną. Ukochaną – nie potrafiłem wymówić tego słowa zgodnie z prawdą. W swoim krótkim bycie, nazywałem tak wiele dziewczyn i kobiet, mówiłem też im piękne słowa oraz wyznawałem im miłość, w żadnym przypadku nie wypowiadałem prawdy, łgałem jak pies. Oświadczyny Venus były czymś w rodzaju kłamstwa, bowiem oszukiwałem samego siebie, że to wszystko może się udać, a ona mnie uratuje przed sobą samym. Nie potrafiłem powiedzieć, iż ją kocham naprawdę. Nie wiedziałem właściwie, co ona dla mnie znaczyła. Początkowo to były wyłącznie spotkania oparte na seksie i było nam dobrze. Później zaczęły się niezobowiązujące konwersacje i też nie mogłem narzekać. Następnie jednak pojawiły mi się myśli, że być może ona uczyni mnie lepszy człowiekiem, będzie moim lekarstwem i rozwiązaniem wszystkich problemów. Takim sposobem weszła do mojego życia, a ja tylko miałem nadzieję, iż nie zniszczę jej tak, jak zniszczyłem siebie. Chełpiłem się tym, że jeszcze nie zobaczyła we mnie ciemności, ale w na tamtym spotkaniu pokazywałem jej zbyt wiele, prawdopodobnie zbyt wiele, jak na pierwszy raz. Zaczęło się niewinnie – od spóźnienia, później na pewno wyczuła ode mnie alkohol, a teraz uśmiechałem się do pięknej niewiasty, która do mnie mrugała. Nie wiedziałem, czy moja narzeczona coś do mnie mówi, lecz jeśli mówiła, to zapewne zauważyła, że byłem zaoferowany kimś zgoła innym.


Powrót do góry Go down
Venus Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t739-venus-parkinson http://www.morsmordre.net/t768-antoniusz-parkinson-trzeci#2925 http://www.morsmordre.net/t767-she-s-so-beautiful#2924 http://www.morsmordre.net/f152-cotswolds-snowhill http://www.morsmordre.net/t1259-venus-parkinson#9504
Ikona mody
21
Szlachetna
Panna
Oh her eyes, her eyes make the stars look like they’re not shining. Her hair, her hair falls perfectly without her trying. She’s so beautiful.
1
5
10
0
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    07.08.15 7:22

To oczywiste, że moje działania dążą do autodestrukcji mnie samej. Zawsze chciałam być tą jedyną, adorowaną, podziwianą, zachwalaną. A jestem tak naprawdę jedną z wielu, zawsze. Choć nigdy się do tego nie przyznam, bo to uwłacza mojej godności. I tak, wiem, że jej nie mam. Zostawiłam ją jakiś czas temu w progu sypialni kolejnego mężczyzny, z którym przyszło mi umilać chwile. Moje, jego, nasze. To jednak wbrew pozorom dawało mi poczucie pożądania, że jeszcze jest ktoś na świecie, kto mnie pragnie. Że wciąż jestem młoda i piękna, wciąż mogę czuć się atrakcyjna i wyczekiwana. Nie docierało do mnie, że to tylko powierzchowność, że to tylko ułuda, która skończy się, kiedy zbrzydnę lub zestarzeję się. Te słowa nie istniały w moim słowniku, gdyż skrupulatnie próbowałam je wymazać z magicznego życia. Na pewno jakoś się da odwrócić lub zatrzymać te cholerne, biologiczne procesy, które ścigają nas z każdą kolejną sekundą. Nic dziwnego zatem, że kurczowo trzymałam się myśli, że te wszystkie przerywane oddechy, jak to nazywasz, będą drogą do samozadowolenia. Drogą do uspokojenia nerwowych myśli o przemijającym czasie. W tej jednej, konkretnej chwili naprawdę byłam boginią i to mi wystarczało. Ciekawskie, czasem wręcz natrętne spojrzenia mężczyzn pozwalały mi rozkwitać i znajdywać upragnioną harmonię. I zapewne nikt tego nie rozumiał, z moją kuzynką na czele. Wszak cóż ona mogła o tym wiedzieć? Żyłyśmy w zupełnie innych światach, z supełnie różnym spojrzeniem na rzeczywistość, z zupełnie odmiennymi poglądami. Może to jednak sprawiało, że potrafiłyśmy spojrzeć na swoje problemy ze świeżych perspektyw i to w gruncie rzeczy było tym spoiwem między nami. Nie wiem, wiem jedynie, że nikt nie zaakceptowałby mojego stylu życia, poza tymi mężczyznami, z którymi poszłabym do łóżka, bo dla nich to było wygodne. Mieć u swego boku atrakcyjną kobietę, z którą można robić co się chce. Która nie wymaga absolutnie niczego, nie krzyczy o porządku w gabinecie czy zajęcie się dzieciakami. Oprócz przyjemności nie oczekiwałam zupełnie niczego i to chyba stawiało mnie przed szereg. Byłam naiwna, bo przecież w starciu przykładowo z żoną nie miałabym najmniejszych szans. Tego jednak nie widziałam, albo nie chciałam widzieć.
Uwielbiałam karmić się kłamstwami, które sama z lubością wytwarzałam.
Tymczasem zaś nie myślałam o tym wcale. Zdrowy rozsądek przysłaniała złość, którą zaczęłam odczuwać. Nienawidzę, kiedy ktoś mnie w tak jawny sposób lekceważy jak ty. A nawet nie byliśmy jeszcze małżeństwem! Nie mieściło mi się to w głowie i zaczęłam się zastanawiać, czy to przypadkiem nie pomyłka mojego życia. To jasne, że moja rodzina nigdy nie zaakceptuje nas razem. Gotowa byłam się poświęcić, choć... w zasadzie dlaczego? W jakim celu? Czy mieliśmy w ogóle jakiekolwiek podstawy do wzajemnej zażyłości? Nie różniłeś się niczym od mężczyzn, z którymi się czasem spotykałam. Wciąż pragnąłeś mego ciała na chwilę ulotną, potem wolałeś, jak dawałam ci spokój. Nie przeszkadzało mi to, ja także nigdy nie byłam dobra w rozmowach, choć z czasem dorzuciliśmy je do swojego grafiku. Nagle jednak zapragnąłeś pojąć mnie za żonę, a ja nie potrafiłam pojąć twoich pobudek ku temu. Nie mam pojęcia po dziś dzień co mnie podkusiło, aby wydusić z siebie jakieś pokrętne 'tak' jak w bliżej nieokreślonym romansidle. Nasza relacja, choć z pozoru błaha i płytka, była bardziej skomplikowana, niż mogliśmy przypuszczać. Obydwoje coś ukrywaliśmy, jakieś swoje mroczne sekrety. Ty pewnie nie wiesz o tych kilku mężczyznach, których ja miałam okazję bliżej poznać. Nie wiesz też, że zaczynam świrować z powodu swojej chęci osiągnięcia nieśmiertelności. Sądzisz, że po prostu jestem próżna, mam rację? Cóż, Parkinsonowie są z tego znani i nie miałabym odwagi mieć o to do ciebie pretensji. Ja sama nie wiem nawet, że to się zamienia w niebezpieczną chorobę. Nie widzę w swym postępowaniu absolutnie niczego złego.
W twoim widzę, bo spóźniasz się moim zdaniem zbyt długo, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokół. Nie lubię, kiedy odbiera się to moje centrum, w którym czuję się dobrze. Czuję się więc fatalnie, szczególnie, kiedy uderza we mnie woń alkoholowa pomieszana z perfumową. Mrugam gwałtownie, krzywiąc się i tym samym dorzucając kolejną cegiełkę na poczet zmarszczek, dziękuję ci drogi Luno. Zaciskam swoje drobne dłonie na karcie menu i patrzę na ciebie jakoś dziwnie, bo przecież tak okropnie kłamiesz i nawet nie starasz się tego zatuszować.
- Od kiedy na uczelni urządzają mocno zakrapiane imprezy? - pytam, jeszcze bez wyraźnych pretensji w głosie. Nie, alkohol sam w sobie mi nie wadzi, oprócz tego, że okropnie śmierdzi i na pewno zabija jakieś ważne komórki w organizmie, przez co mogłabym niechący przybliżyć się do starości, dlatego go unikam jak tylko mogę. Generalnie nabieram już oddechu, aby zmienić temat i nie zagęszczać niezbyt ciekawej już atmosfery, ale wtedy dostrzegam jeszcze, że śmiesz patrzeć się na inne, a nie na mnie. Usta znów zaciskają się w wąską linię, a ja z hukiem zamykam menu. Przecież ona wcale nie była piękniejsza ode mnie, chcę w to mocno wierzyć.
- Wybacz, że zabrałam ci taki szmat czasu - mówię ozięble, choć z nutą złości gdzieś w pobliżu kluczowego słowa 'czas' i generalnie wstałam, chcąc stąd wyjść. W lokalu nagle zrobiło się duszno, a ja chciałam zaczerpnąć powietrza, tak, to na pewno to. Wcale nie byłam zazdrosna, wcale nie chciałam zwrócić na siebie uwagi tych wszystkich ludzi, którzy zaczęli patrzeć w naszym kierunku, wcale nie chciałam, abyś ty się na mnie patrzył. Nie chciałam przecież niczego, jestem kobietą, powinnam dzielnie tu siedzieć i znosić wszystkie upokorzenia.
Może jednak nie do końca byłam typową kobietą.




Make the stars look like they’re not shining she's so beautiful
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    10.10.16 11:34

Szeptem było najbardziej znaną kawiarnią nad brzegiem morza - nie miał wątpliwości, że to właśnie o nią chodziło słodkiej Harriett. List, który otrzymał, wprawił go w przyjemne poczucie ekscytacji zmieszanej z tęsknotą i wspomnieniem dawnych uczuć; szczeniackich, dziecięcych, a jednak wciąż żywych, wyblakłych, powracających - jak cień, który choć niewyraźny, nie potrafił go opuścić. Długo nie wypuścił papieru z dłoni, nim skrył go w jednej z książek z poezją Fawleyów. Podarek od niej był piękny, pamiętała, że uwielbiał konie. Pamiętała - dlaczego miałaby zapomnieć? Przecież on wciąż pamiętał każdy jej uśmiech.
Słońce chyliło się ku zachodowi, odbijając się w subtelnie falującej morskiej wodzie. Ani śladu wiatru, woda układała się spokojnie, pomimo mroźnego szronu ozdabiającego plażę. Lutowy ziąb wyraźnie przypominał, że zima jeszcze nie odeszła. Cliodna to ciche i ustronne miejsce, nikt nie powinien ich tutaj zauważyć - bo spotykać się w ten sposób nie powinni, nie w przeddzień jego ślubu.
Minął drzwi, na zewnątrz było pięknie, lecz mróz nie dodawał romantycznego nastroju. Wybrał jeden ze stolików znajdujących się tuż przy witrażowych oknach, z widokiem na cichą, zimą ulicę. W Cliodnie ludzie pojawiali się latem. To dobrze. Nie przyszedł tutaj oglądać ludzi - tylko .
Zrzucił z ramion czarodziejski płaszcz, pozostając w czarnej szacie zdobionej różaną broszą, z upiętym pod szyją francuskim fularem. Odprawił garsona, nie zamawiając nic - i obwieszczając, że jeszcze na kogoś czeka.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    02.11.16 19:47

Szeptem łączyło w sobie małomiasteczkowy urok z nadmorskim klimatem, sprawiając, że ilekroć powracała, zawsze z nutą przyjemnego zaskoczenia stwierdzała, że powietrze pachnie tu inaczej. Szczególnie teraz, gdy Cliodna popadła w pozasezonową niełaskę odwiedzających, działając na korzyść tych, którzy cenili sobie kameralną atmosferę - działając na ich korzyść. Rozpylając dookoła siebie mgiełkę perfum o lekkim, kwiecistym zapachu, uśmiechnęła się lekko na samo wspomnienie miarowego szumu fal rozbijających się o kamieniste wybrzeże malujące się za wielobarwnymi szkiełkami witrażowych okien przeciwnych do ulicy głównej. Nie sądziła, że aż tak zatęskni za tym miejscem; nie sądziła, że jeszcze bardziej zatęskni za towarzystwem Tristana, do którego ostatnimi czasy wyjątkowo często uciekały jej myśli. Czy zbyt często? Po tych wszystkich latach wciąż co jakiś czas spływała na nią fala palącej niepewności, niepozwalającej na całkowite odrzucenie konwenansów. Niecierpliwość zalewała jej ciało, lecz pomna dobrych obyczajów odnośnie spotkań z płcią przeciwną, postanowiła pozostać wierna zasadzie kilkuminutowego spóźnienia, by nie okazać nadgorliwości - teleportowała się trzy przecznice od umówionego punktu, by krótkim spacerem do kawiarni zabić czas, jednocześnie pozwalając rześkiemu powietrzu nieco ostudzić swój niemalże dziecięcy entuzjazm; mróz szczypał jej lica, na których wykwitły jasnoróżowe rumieńce. Skinęła głową w podzięce odźwiernemu, miękkie dźwięki wiolonczeli zatopiły charakterystyczny stukot jej obcasów, gdy kierowała swe kroki w stronę jednego z nielicznych zajętych stolików, po drodze zamawiając butelkę schłodzonego szampana. Karminowe usta wygięły się we wdzięcznym uśmiechu, gdy dostrzegła lorda Rosiera.
- Pozwoliłam sobie złożyć zamówienie, czymże byłoby świętowanie bez odpowiedniej oprawy! - poinformowała rozbawionym głosem, nim wspięła się na palce, by w ramach przywitania musnąć ustami policzek Tristana. Jego skóra wciąż była chłodna, nie mógł dotrzeć na miejsce na długo przed nią. - Żywię nadzieję, że dysponujesz dzisiaj nielimitowaną ilością czasu - dodała po chwili, może w odrobinę pytającej manierze, po czym wciąż zwrócona do bruneta półprofilem, odwróciła się, by skorzystać z jego pomocy w zdejmowaniu z siebie ciężkiego futra - i przemilczeć swoje obawy odnośnie tego, czy w następnym roku również będzie im dane obchodzić wspólnie jego urodziny. Odmawiała przyjęcia do wiadomości wzmagania się wiatru zmian tak długo, jak jeden z podmuchów nie ścinał jej z nóg.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    04.11.16 14:44

Dostrzegł ją od progu dokładnie taką, jaką spodziewał się ją dostrzec - otuloną półwilim urokiem, który zawsze mimowolnie ściągał go na kolana. Tristan tak naprawdę nigdy nie zapomniał Harriett, jego myśli zawsze do niej uciekały - była pierwszą, w której naprawdę się zakochał, jeszcze jako chłopiec nie do końca zdający sobie sprawę, że ich związek rozpatrywany na poważnie byłby mezaliansem, na który jako jedyny syn nie mógł sobie pozwolić. Była również pierwszą, która odrzuciła jego - padając w ramiona starszego od Tristana - jeszcze wtedy chłopca - mężczyzny, zdradzając, mówią, że to były tylko krzywdzące ją plotki, lecz jaka była prawda - Tristan nigdy się nie dowie. Zawsze czuł mocno, miłość, zazdrość i ból tak samo. Ale, wbrew temu, co mogłoby się wydawać i wbrew temu, co w tamtym czasie pokazywał, ten ból wcale nie sprawił, że zapomniał łatwiej; tkwił w nim jak cierń, drzazga, masochistycznie trzymając go przy wspomnieniu czegoś, co dawno nie istniało i czegoś, co nigdy w przyszłości nie miało prawa już zaistnieć. A jednak  - Harriett stała dzisiaj przed nim, realna i doskonała jak zawsze. Żenił się, jeszcze nie miał na palcu obrączki. Jeszcze nikt nie wyczuje od niego zapachu kobiecych perfum, które rozlały się w powietrzu, kiedy podeszła bliżej. A patrząc na nią nie myślał o tym, co będzie później.
Wstał, aby ją powitać, odwzajemnić uśmiech, który dziwnie drgnął, kiedy moment później poczuł na policzku muśnięcie delikatnej czerwieni jej ust. Zupełnie odruchowo sięgnął po płaszcz na jej ramionach, zsuwając z niej ciężkie okrycie - zapach uderzył silniej.
- Pięknie wyglądasz, Harriett - szepnął przez jej ramię, a nim odszedł z płaszczem ku pobliskiemu wieszakowi, pomógł jej usiąść, manewrując krzesłem. Savoir-vivre kierował nim bezwiednie, jak dobrze wykonana tresura. Wyminął kelnera, który pojawił się przy ich stoliku, rozlewając szampana, skinął mu głową. - Oczywiście - zapewnił ją od razu, z mało mówiącym wyrazem twarzy, badając za to okraszone błękitem źrenice jej oczu. - Dokąd musiałoby mi się śpieszyć, żeby opuścić twoje towarzystwo? Dawno nie mieliśmy okazji spotkać się... sami. - Czy jej słowa oznaczały, że Charlie nie czeka dzisiaj na jej powrót? Nie chciał zabrzmieć impertynencko, zadając pytanie, które mogłoby rozjaśnić jego myśli. - Dziewczyna grająca na wiolonczeli z roku na rok radzi sobie coraz lepiej. Kiedyś mieli skrzypaczkę, wiolonczela wydaje się dojrzalsza. - Pamiętasz te skrzypce, Hattie? Mieliśmy szesnaście lat, był deszczowy lipiec. Dziś dojrzalszy jest nie tylko instrument, ale i pora roku, a nawet my sami - z trudnymi do zaleczenia bliznami na duszy. - Cieszę się, że chciałaś się zobaczyć. Powinnaś wiedzieć, że Bella była tobą zachwycona. Pytała, czy jej siostra, kiedy dorośnie, będzie do ciebie podobna.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    20.11.16 21:50

Płonne nadzieje, odrealnione marzenia - wszystko rozbijało się w drobny mak, nieuchronnie niczym fale uderzające o brzeg, lecz żądło dawnego bólu stępiło się i skryło w miękkim puchu wyidealizowanych wspomnień, smak dawnej goryczy wyblakł, pozostawiając po sobie już tylko niewypowiedzianą wdzięczność za to, że jej się przydarzył. Wyniosła z tej relacji więcej, niż ktokolwiek byłby w stanie się spodziewać, pozwalając jej kształtować siebie w okresie, w którym była najbardziej podatna na mocne akcenty w swoim śmiesznie krótkim i dziwnie mdłym życiu. Pierwsze ukradkowe spojrzenia, rumieńce skrywane za kaskadą srebrzystych loków, wielkie słowa, nieśmiałe pocałunki i zrywy serca, które nie służyło już tylko do pompowania krwi. Pierwszy spacer w chmurach naznaczony niemożliwością - i tym piękniejszy.
Dzwoneczki egoizmu dźwięczały w jej głowie narastająco, lecz uparcie je wygłuszała, powtarzając w myślach, że nie robi nic nieodpowiedniego; okazja przyświecająca ich spotkaniu rządziła się przecież własnymi prawami, całość skupiała się tylko i wyłącznie na Tristanie, w żadnym razie na jej własnych zachciankach, a w prośbie, by choć na trochę zapomniał o całym świecie nie kryła w sobie drugiego dna. Okłamywała samą siebie, twierdząc, że dzień spędzony w rezerwacie przeszedł bez echa, nie naprężając nawet nieznacznie wrażliwej struny niepoprawnych pragnień, które nie powinny nigdy więcej być rozbudzane.
- Dziękuję - odpowiedziała krótko, zwracając szyję jeszcze odrobinę w jego kierunku i chociaż obrosła nieco w piórka, nie dała po sobie poznać, że przed wyjściem z domu trzykrotnie zmieniała suknię nim usatysfakcjonowała w pełni swoją wrodzoną próżność, nie sprawiając przy tym wrażenia zbyt wystrojonej; stojąc przed lustrem tęsknie wspominała błękitny mundurek, który niegdyś skutecznie rozwiązywał podobne problemy. Ujęła w dłonie delikatny materiał kreacji, by nie uszkodzić jej przy zasiadaniu przy stole, po czym posłała lekki uśmiech kelnerowi - ledwie go zauważyła, skupiając na powrót całą swoją uwagę na szlachcicu zajmującym miejsce naprzeciwko. - Gładkość twoich słów nie przestaje mnie zadziwiać, zawsze mówisz dokładnie to, co pragnę usłyszeć - stwierdziła z błąkającym się na ustach rozbawieniem, które ledwie zauważalnie osłabło, gdy przyznała mu rację smętnym zlepkiem sylab zbyt dawno. To nie była pora, by dać się porwać prądom melancholijnym. Musujące w złocistej zawartości kieliszka bąbelki ulatywały ku powierzchni z cichym sykiem, lecz Harriett nie zacisnęła palców dookoła kryształowej nóżki, gdy niespodziewanie wszystkie błąkające się w jej myślach toasty zaczęły brzmieć banalnie aż do bólu. Może właśnie dlatego niemalże z ulgą wykorzystała sposobność do podążenia spojrzeniem w kierunku wiolonczelistki, by przez parę chwil wsłuchiwać się w miękkie dźwięki. - Ciepłe barwy wiolonczeli zdają się lepiej współgrać z klimatem kawiarni. Mam jednak nadzieję, że na tym poprzestaną zmiany, skoro na pierwszy rzut oka kluczem w tej kwestii są gabaryty instrumentów. Kontrabas nie byłby w stanie uzyskać podobnej subtelności - kontrabas zdawał się też być zbyt jazzowy, więc dla miłośniczki muzyki klasycznej wprowadzenie go do repertuaru byłoby zbrodnią przeciwko sztuce, zbrodnią przeciwko miejscu, z którym wiązała tyle przyjemnych wspomnień - łącznie z sentymentalną melodią skrzypiec komponującą się z dźwiękiem ciężkich kropli deszczu rozbijających się o szyby. Odnalazła ponownie tęczówki w kolorze ciemnej czekolady, a kąciki jej ust drgnęły ponownie ku górze.
- Krew Rosierów - tak łatwo przyswajała sobie niektóre tendencje; nie posiadając żadnej więzi z rodem Blacków, córki Druelli zwykła uważać za Rosierówny, nawet jeśli godziło to w ogólnie przyjęte zasady, których nie musiała przestrzegać w towarzystwie bruneta. - jest dla mnie zbyt łaskawa - czy to nie wasza cecha wspólna, Tristanie? - Jestem pewna, że twoje siostrzenice nie będą miały sobie równych. Bella już teraz omotała sobie Charliego dookoła palca, wciąż nie mogę uwierzyć w to, że niczego nie zbroił w rezerwacie - wszystko to za sprawą czarującej czterolatki, która onieśmieliła go już przy samym powitaniu. - Nigdy nie zdołam wystarczająco ci podziękować za to, co dla mnie zrobiłeś… co dla mnie robisz - dodała po chwili już innym, przyciszonym tonem. Poczynając na niepozwoleniu, by upływ czasu wyżłobił pomiędzy nimi przepaść nie do przeskoczenia, poprzez umożliwienie Charliemu realizowania pasji kręcącej się wokół smoków i kończąc na byciu przy niej ilekroć potrzebowała wsparcia, mimo że rzadko kiedy werbalizowała swoją prośbę - lista ciągnęła się w nieskończoność, każdy punkt znaczył dla niej jeszcze więcej niż poprzedni. Za każdy miał jej dozgonną wdzięczność.
[bylobrzydkobedzieladnie]




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home



Ostatnio zmieniony przez Harriett Lovegood dnia 11.12.16 19:40, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    05.12.16 23:14

W okresie takim jak ten, przedślubnym, bliskość Harriett działała na niego tym mocniej. Nie potrafił wyzbyć się wątpliwości - ani myśli o tym, co by się wydarzyło, gdyby nie popełniony w dzieciństwie błąd. Gdyby jej nie wypuścił z rąk, nie oddał Benjanominowi, Zaimowi, gdyby chciał ją przy sobie zatrzymać już wtedy - czy w ogóle powinien o tym myśleć? Czy to w ogóle było realne? Była półwilą niewiadomego pochodzenia, nie miała nazwiska, które zrobiłoby na jego rodzinie wrażenie. A on - on był jedynym synem, dziedzicem tradycji i majątku Rosierów, zbyt ważnym, by móc ją poślubić. Mimo to wciąż pamiętał - wspólne spacery, dotyk jej delikatnej dłoni i smak jej słodkich ust, czarujące, hipnotyzujące i uzależniające, jak przez mgłę, jak dawne wspomnienie radosnego dzieciństwa, w którym świat nie miał jeszcze tak czarnych barw, jak dzisiaj. Jak wspomnienie - lekkie, spokojne, ulotne. Pięknie pachnące. Nieco nierealne, beztroska dzisiaj była mu już obca. Przeszłe, a jednak dziwnie nawracające, splatające się z teraźniejszością - czym to było? Sentymentem? Za nią czy za dzieciństwem? Marie - Marie jeszcze wtedy żyła.
Nie potrafię cię zapomnieć, Harriett.
Wyglądała zachwycająco, ale nigdy nie pamiętał, by wyglądała inaczej. Była półwilą - roztaczała wokół siebie magiczny czar, któremu nikt nie mógł się oprzeć. Jej włosy lśniły złotem, a porcelanowa skóra prezentowała się tym piękniej, zaczerwieniona drażniącym skórę mrozem. Kreacje Harriett zawsze były piękne - była kobietą z klasą.
Uśmiechnął się - kącikiem ust - słysząc jej zadowolenie, wierzył, że znał ją dość dobrze, by te słowa były prawdziwe. Wierzył, że znał samego siebie, że mógł w nie uwierzyć. Wierzył, że łączyło ich coś wyjątkowego - kiedyś, dawno. Od ślubu z Zaimem minęło wiele lat, jeszcze więcej od dnia, w którym ich bliskość runęła, a mimo to - nie potrafił zapomnieć. Była jego pierwszą miłością - takich się nie zapomina. Nigdy.
- Lepiej bym tego nie ujął. - Uśmiechał się dalej  - rozbawiony subtelnym protestem przeciwko ewentualnemu kontrabasowi, wsłuchując się w subtelną melodię jej głosu, tak doskonale zsynchronizowanym ze słodką wiolonczelą. Miała ładny głos. Śpiewny.
Skinął głową, Druella za młodu pełniła rolę jego brata i w dorosłym życiu też zdawała się dominować nad swoim mężem, mężem całkowicie - przynajmniej zdaniem Tristana - pozbawionym charakteru. Spokojnie można było przyjąć, że to jej krew dominowała w ich rodzinie, a ich dzieci, dziewczynki, były spadkobierczyniami ich dziedzictwa. U kobiet zawsze nazwisko znaczyło mniej - zmieniało się, mogły sobie wybrać herb, któremu był wierne. Do pewnego stopnia. Tristan lubił wierzyć, że Druella zawsze była różą - i że nigdy nie stanie się krukiem.
- Krew Rosierów zawsze wyłapie piękno, Harriett - odparł więc krótko. - Bella nie była zbyt łaskawa, to ty jesteś zbyt skromna. Jesteśmy wybredni i gustujemy jedynie w tym, co wykwintne. Mała ma oko po matce. - I spryt, ale tego nie dodał głośno; syn Harriett i arabskiego aurora mógł być przez niego tolerowany, ale nie nazwałby go wykwintnym - nawet widząc w nim więcej matki niż ojca. Niechcianym. niepasującym elementem tej układanki, a jednak wciąż ważnym elementem - ważnym dla niej. Skinięciem głowy przyjął oczywiste komplementy, córki jego siostry były wyjątkowymi czarownicami. A kiedy dorosną - nie będą miały sobie równych. To było oczywiste. - Był zafascynowany smokami - rzucił, nie bez zastanowienia. Był chłopcem. Chłopcy uwielbiali miotły, smoki i czarodziejskie zabawki robiące psikusy. Uniósł lekko dłoń, kręcąc przecząco głową, nie, Harriett, nie masz mi za co dziękować.
Uniósł lekko kieliszek z szampanem, nie odejmując wzroku od błękitu jej oczu.
- Nie masz mi za co dziękować. To ja dziękuję, za twoje towarzystwo dzisiaj. Wypijmy, za to spotkanie - Jego twarz nie drgnęła, upił łyk szampana, delikatnie odstawiając kieliszek. - Skąd pewność, że w ogóle miałem ochotę cokolwiek robić? Jesteś bezlitośnie piękna, Harriett, pewnie zastosowałaś swój urok, a ja nawet o tym nie wiem. - Znała go, wygięty kącik ust wskazywał na to, że nie mówił poważnie, a przynajmniej - nie całkowicie poważnie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    12.12.16 0:48

Stara miłość nie rdzewieje - jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, Lovegood nie była w stanie skwitować tych słów w sposób inny niż łagodne wygięcie warg w uśmiechu godnym Mona Lisy. Może wszystko było zaledwie naiwną ułudą właściwą marzycielom młodego pokolenia, może od samego początku wiadomym było to, że nie mieli wspólnej przyszłości, może nikt nie ingerował w ich relacje, pewni tego, że dziecięce zauroczenie wyblaknie, a ich drogi rozejdą się samoistnie - swoimi czynami udowodnili, że świat i tym razem się nie pomylił, a oni sami nie stanowili żadnego wyjątku od brutalnej reguły. Nic innego jak własna krew skazywała ją na zawieszenie w pustce; urodzona zbyt nisko, by mieć realne szanse na prawowite wejście na salony i dumne noszenie na palcu serdecznym rubinu, szafiru, topazu czy innego kamienia szlachetnego nierozerwalnie połączonego z jedną z dwudziestu ośmiu wielkich familii, a jednocześnie zbyt wysoko, by szukać szczęścia w stanach mniej uprzywilejowanych, powszechnie uważanych za niegodne. To nie zmieniało jednak nic, wciąż błądziła z głową w chmurach, odmawiając zejścia na ziemię, wciąż ogrzewała się w cieple jego uśmiechu, wierząc, że zawsze przeznaczony będzie już tylko dla niej. Tak łatwo było po raz kolejny zanurzyć się w przyjemnych wspomnieniach mieszających się na nowo z teraźniejszością. Jego usta układały się w tym samym pewnym siebie i tak przez nią uwielbianym uśmiechu, chociaż twarz już dawno nabrała typowo męskich cech, stopniowo zatracając łagodność chłopięcych rys. Ciemne oczy, w których na stałe zagościł błysk dorosłych doświadczeń, naznaczonych również stratą i smutkiem, jak zwykle czytały w niej niczym w otwartej książce; prześlizgiwały się po jej licach i odnajdowały jej spojrzenie z dziwną mocą, której nie potrafiła się oprzeć, wzbudzając te same uczucia, co kiedyś, przywołując muśnięcie rumieńców i pierwszą falę gorąca - zupełnie jakby nigdy wcześniej nie przełamali granicy niewinności, której zatracenie powinno zabrać ze sobą podobne reakcje i sprawić, że ożywczy smak zakazanej nowości z czasem spowszednieje.
Nie potrafiła z niego wyrosnąć. Nie chciała.
Muzyka zdawała się być tematem-rzeką, jej rzeką, której wyrzekła się pod naciskiem spadających na nią tragedii, lecz w której wciąż chętnie brodziła, niby trzymając się w bezpiecznym dystansie od brzegu, a jednak spoglądając tęsknie w migoczącą tajemniczo toń. Miękkie dźwięki wiolonczeli rozbrzmiewały w jej uszach do spółki z kolejnymi komplementami padającymi z ust Tristana, kolejnymi komplementami, które wprawiały ją w coś na kształt zakłopotania wymieszanego z dumą - dziwna mieszanka rozrastająca się dorodnie na podatnym gruncie, rozkwitająca i przynosząca owoce w postaci ujmującego uśmiechu i blasku, który tłumiły wydarzenia ostatnich miesięcy.
- Podobno skromność bywa cechą pożądaną - zaczęła lekkim tonem, odwracając nieco sens wypowiedzi, by nie musieć ponownie dziękować z taktem za słowa, które spijała z jego ust, nie potrafiąc się nasycić. - Gdybym nie zasłaniała nią swojej umiejętności przyjmowania komplementów, mogłabym sprawić wrażenie, że oczekuję bycia adorowaną, bycia adresatką komplementów, które tak skutecznie przemawiają do mojej pragnącej niepodzielnej uwagi natury, uzyskania statusu muzy niosącej natchnienie do wysławiania piękna - mówiła, zabarwiając głos nutą rozbawienia, jakby żartowała sobie zarówno z ogólnie przyjętych zasad etykiety, jak i własnych rumieńców czy niezaprzeczalnego faktu, że jego słowa były jej bardzo miłe. - Byłoby to przecież mylne wrażenie - przechyliła głowę nieznacznie, akcentując dwa ostatnie słowa; rządek równych zębów błysnął w uśmiechu, a złociste pasmo włosów wymknęło się zza jej ucha, by opaść na twarz i kazać zastanowić się nad tym, dlaczego nigdy nie przyswoiła sobie umiejętności okiełznywania niesfornych loków, które były jej domeną. Przytaknęła, przyznając mu rację po raz wtóry, lecz nie podejmując już tematu. Byli tu przecież ze względu na niego, a kwestie dotyczące dziecka, któremu poświęcał uwagę tylko ze względu na nią, już i tak często wypływały w ich rozmowach. Niech ten dzień będzie inny.
Ujęła kieliszek w palce, by unieść go w geście toastu. Spojrzenie czekoladowych tęczówek przeszywało ją na wskroś, lecz nie czuła speszenia - już nie.
- Za to i za wszystkie kolejne. Niech nie będzie im końca - dodała, nim szampańskimi bąbelkami łaskoczącymi podniebienie wzmocniła swoje gorliwe zaklinanie rzeczywistości. Wyprostowała się nieco na krześle, ściągając łopatki z tyłu, a w jej oczach zatańczyła charakterystyczna iskierka. - Burzysz mój światopogląd, Tristanie - westchnęła teatralnie, nim oparła łokieć o stół, by wesprzeć podbródek na zgiętych palcach smukłej dłoni. - Jeśli mój podstęp jest aż tak łatwy do przejrzenia, muszę postarać się bardziej - stwierdziła ostatecznie, starając się zachować pokerową twarz - chociaż sama nie była już pewna swojego blefu, gdy chwytając ponownie kieliszek, od niechcenia musnęła jego spoczywającą w wygodnej odległości od kryształu dłoń, rozpoczynając tym samym grę, której zasad sama nie znała.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    07.01.17 19:41

Pierwsza miłość dla każdego jest niezapomniana - pierwszy dotyk wywołujący szybsze bicie serca, pierwsze pocałunki pachnące wspomnieniem beztroskiego jeszcze dzieciństwa; był bardzo młody. Zbyt młody, by rozumieć wszystkie swoje obowiązki i powinności, zbyt młody, by myśleć od przyszłości -  a ona była zbyt świeża i zbyt piękna, by w ogóle chciał o tym myśleć. Pamiętał, jak pachniało powietrze, kiedy spotkali się po raz pierwszy, pamiętał, jak wyglądało niebo, kiedy leżeli obok siebie na górskiej polanie wpatrując się w zakryty chmurami bezkres. Pamiętał, jak smakowały jej usta, jak krystalicznie lśnił błękit jej oczu, kiedy szeptał w jej ucho pierwsze słodkie słowa. Pamiętał nawet zapach wosku, kiedy pochylony nad kartką papieru, natchniony nią, pisał pierwsze młodzieńcze wiersze miłosne. Żył chwilą, chwilą, którą pragnął dzielić z nią - przepiękną półwilą błyszczącą na szkolnych korytarzach jak najjaśniejsza gwiazda na nocnym niebie. Francja kojarzyła mu się ze wszystkim, co najpiękniejszego w życiu przeżył, z beztroską, pozbyciem się rodzinnej smyczy i ciężaru rygoru, który na nim od dziecka spoczywał; daleko od domu, z dala od surowego ojcowskiego oka i zaborczej matki, wreszcie był wolny - nawet jeśli otaczało go pasmo wysokich, niemożliwych do przebycia gór, a szkolna dyscyplina wciąż dawała mu się we znaki. Harriett była posmakiem tej wolności, wspomnieniem lat, które minęły bezpowrotnie, a których wciąż rozpaczliwie próbował się chwytać, nigdy nie godząc się z tymi wszystkimi zdarzeniami, które wstrząsnęły jego życiem. Ile minęło lat odkąd skończyli szkołę? Dziesięć, dekada, nieco więcej niż jedna trzecia wszystkiego, co dotąd przeżył. I nieco mniej niż czas, który spędził w Beuxbatons.
Dziś siedziała naprzeciw niego, w trakcie jego dwudziestych siódmych urodzin, piękna jak wtedy, zwodząc go promiennym uśmiechem równie skutecznie. Zapach był inny, bardziej piżmowy, dojrzalszy, oczy tez były inne - więcej już przeszły. Obydwoje byli już inni - ale ani to, co ich łączyło, ani wspomnienie tych chwil, nie zmienią się już nigdy. Były wyjątkowe, niepowtarzalne i zawisły między nimi jak niewypowiedziane zaklęcie; Harriett już nigdy nie będzie dla Tristana obojętna. W pamięci, w sercu - zawsze będzie majaczyło wspomnienie wspólnych chwil, nęcących dziś mocniej niż zwykle. Cieszył się, że wciąż była. Po prostu - była. Że wciąż ją widywał. W tej romantycznej kawiarni, w półmroku rozświetlonym płomieniem świec, z melodią wiolonczeli delikatnie zdobiącą powietrze i szumem morskich fal, niemożliwym od usłyszenia przez szczelną witrażową szybki knajpki. Czasem bardzo za tobą tęsknię, Harriett.
- Wśród szarej pospolitości - odparł lekko, nieco wyzywająco, nie chcąc odbiegać od tematu jej zachwycającej urody, nie chcąc pozwolić jej odwrócić tej rozmowy. - Nigdy nie było tam dla ciebie miejsca - Wiesz o tym ty i wiem o tym ja, na próżno udawać skromność. Półwila uroda Harriett nie była jak oszlifowany kamień rzucony w piasek, nie była nawet jak bursztyn podmywany lejącymi się falami - była jak perła, błyszcząca pośród najpiękniejszych skarbów oceanu. I mimo tego wyzwania patrzył wprost w jej oczy, nie chcąc tracić jej spojrzenia, chcąc nasycić się jej widokiem. Niecodziennym dla siebie, zdecydowanie zbyt długo dzieliło ich zbyt dużo, ale teraz - jej mąż był już martwy, a ona dawno wyszła z żałoby. Jej dalszych słów wysłuchał, sprawiając wrażenie zamyślonego, z nieco drwiącym, nieco wyzywającym uśmiechem błąkającym się na złożonych w lekki uśmiech ustach.
- Przyznajesz więc, że jedynie się nią zasłaniasz - zaczął, do perfekcji udając powagę, robiąc przerwę na krótki łyk szampana. - Odłóżmy więc tę zasłonę, musiałbym być głupcem, by odnieść równie mylne wrażenie. Czy eteryczna piękność tląca się w mojej pamięci jaśniej niż nimfy, które śpiewały nam w wielkiej sali, ta sama, która hipnotyzowała cały zamek swoim  wysokim C, i która poruszała się na parkiecie z gracją łabędzia unoszącego się na miękkiej tafli wody  - czy mogłaby łaknąć atencji? Czy mogłaby stać się muzą, natchnąć kogokolwiek do wysławiania jej urody pięknymi słowy? Ależ skąd - Wziął jeszcze jeden łyk, tym razem większy, podążając wzrokiem za jej słodkim uśmiechem. - Mogłabyś poczuć się zakłopotana tym nieprzewidzianym powrotem do przeszłości. - Przeszłości, od której nie uciekniesz. Nie uciekniemy. Przeszłości, która wciąż w nas jest, Harriett. Mimo to, patrzył na nią uważnie, uważnie badając każde poruszenie na jej delikatnej twarzy. Wiedział, że gdyby nie chciała tego powrotu - nigdy nie dostałby od niej zaproszenia na dzisiejszy wieczór. - Lecz czy można mówić o nieprzewidywalności - dodał więc cichszym głosem - gdy rządzi nim pragnienie? - Właściwie, można. Serce nie sługa, mało kto nad nim panuje. Przytaknął kobiecie i wzniósł kieliszek, wtórując jej toastowi, po opróżnienia kieliszka sięgając po butelkę, spoglądając na nią pytająco.
- Za późno - odpowiedział apodyktycznie, krótko, choć w jego źrenicach iskrzyły zgoła inne, cieplejsze emocje, a na ustach wciąż błąkał się rozbawiony, nieco ironiczny - jak to u niego - uśmiech. Chciał widzieć ten podstęp. Chciał, by mamiła go czarami. Chciał, choć wiedział, że to nieprawda - pożądał jej i pragnął sam z siebie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    08.01.17 23:48

Nigdy nie potrafiła z łatwością przyznawać się do swoich błędów, chociaż od nieomylności dzieliły ją prawdziwe lata świetlne. Z czasem, który winien przynieść życiową mądrość, musiała jednak przyznać sama przed sobą, że myliła się okrutnie, gdy przed laty, zyskując już oficjalny status naczelnej fanki Jastrzębi z Falmouth lub przynajmniej zagorzałej miłośniczki ich pałkarza, umniejszała rolę, jaką w jej biografii odegrały te pierwsze, kształtujące jej osobowość uczucia, przewrotnie umieszczając znajomość w kategorii dziecięcej ułudy i pięknego, całkowicie odrealnionego snu o dorosłości. Nie znali przecież prawdziwego życia, wymykali się drwiącym z marzeń schematom, bezpiecznie odgrodzeni od świata zewnętrznego grubymi murami Akademii i szerokim pasmem francuskich Alp, tkwiący w hermetycznie zamkniętej, wysokogórskiej bajce niczym w bańce mydlanej, która, jak wszystkie bańki, musiała pęknąć. Po miesiącach rozłąki, miesiącach naznaczonych początkiem kariery i cudzą obecnością, upajającą i tak inną, nie czując już na sobie przeszywającego spojrzenia ciemnoczekoladowych tęczówek, nie czytując coraz śmielszej poezji skreślanej zamaszystym pismem i zabezpieczonej woskową pieczęcią z odciśniętą różą, nie słysząc nawet echa przyjemnego barytonu szepczącego słowa przeznaczone tylko dla jej uszu - o wiele łatwiej było stępić ostre krawędzie roztłuczonego zwierciadła przeszłości, intensywnością nowych doświadczeń zagłuszyć dawne wspomnienia i dla własnego komfortu, by raz na zawsze pogrzebać rozpacz po spędzającym sen z powiek rozstaniu, przeprosić dawną miłość za to, że nową uznała za pierwszą. Mogła udawać krótkowzroczność, lecz przecież niemożliwym było zapomnieć o kimś, kto dał tak wiele do zapamiętania. Przyznawała się w końcu do błędu, nie odżegnując się więcej od faktu, że nie bez powodu zawsze wracała do Tristana, że dawne uczucia nigdy nie zostały wykorzenione i wciąż potrafiły odżyć niczym młode pędy na wiosnę, że niegdyś trzymana w ryzach przyzwoitości żarliwość wciąż gorzała w jej sercu, dojrzewając razem z nią. Może tym właśnie byli dla siebie nawzajem, swoistego rodzaju łącznikami pomiędzy życiem dorosłym a beztroską szkolnych czasów, mówiącymi im, że gdzieś tam pod wszystkimi przykrymi, odciskającymi na nich piętno doświadczeniami, głęboko, pod całą tą goryczą odartą z resztek niewinności wciąż byli tymi samymi ludźmi - chciała w to wierzyć, spoglądając na swoje odbicie w lustrze ciemnych oczu i przeżywając déjà vu, Ceniła prawdziwie każde ze wspomnień, cicho licząc na to, że wciąż lubił zapach jaśminu, którego subtelna nuta tańczyła we flakonie jej perfum.
- Czasem zapominam - czyżby? - że znasz mnie zbyt dobrze, bym mogła przy tobie udawać kogoś, kim nie jestem - oznajmiła niby to z ciężkim westchnieniem, jakby dopiero co odkryła brutalną prawdę i poczuła się nią przytłoczona. Mydlenie oczu nigdy nie wchodziło w grę, jeśli nie ze względu na słabość do dziedzica rodu róż, to z powodu poczucia swobody, jaką jej dawał i którą ceniła nade wszystko. Oczywiście, wciąż chowali przed sobą róże sekrety; w przypadku blondynki zatajanie niektórych szczegółów było umotywowane lękiem przed rozczarowaniem malującym się na twarzy Trisa, przed rozczarowaniem, którego nie potrafiłaby znieść - w jego towarzystwie odrzucała jednak wszystkie role, wszystkie maski, ukazując swoje prawdziwe oblicze, tak jak kiedyś, gdy jeszcze wszystko było proste. Wyzwolenie, właśnie to jej ofiarował. Stale i niezmiennie, może nawet nie do końca świadomie, jak teraz, gdy rozbawienie wisiało w powietrzu, a jego usta układały się w wyzwanie, które zamierzała śmiało podjąć.
- Przyznaję - potwierdziła prosto i bez zbędnych oporów, po czym upiła łyk wykwintnego trunku, by raczyć szlachcica ujmującym uśmiechem, jaśniejącym z każdą kolejną serią jego słów, które upajały skuteczniej od szampana. - Jeśli tlić się w pamięci, to tylko blaskiem najpiękniejszych wspomnień. Jeśli hipnotyzować śpiewem, to tylko pieśnią wyśnioną na podobieństwo marzeń odbitych w oczach słuchacza. Jeśli tańczyć, to tylko w rytm melodii serca, tylko w objęciu, które mnie stwarza. Jeśli być muzą, to tylko taką, od której Venus z piany byłaby bardziej rzeczywista. Spełnienie jednocześnie wszystkich tych warunków graniczy z cudem. - Powiedz mi więc, że nim jestem, Tristanie, powiedz mi, że jestem cudem lub przynajmniej że cudu jestem bliska, właśnie teraz, gdy w końcu uczę się sięgać po to, czego pragnę. Obróciła w palcach kieliszek, nie zerkając jednak na krystaliczne szkło ani przez chwilę; wciąż mówiła tonem lekkim i miękkim, chociaż nagle dźwięczniejszym.
- Jeśli wracać do przeszłości, to tylko do najszczęśliwszych chwil - do tych obarczonych nutą sentymentu, do tych mających smak idylli, smak, którego dzisiaj już nie pamiętamy. Od przeszłości nie uciekniemy, więc nie uciekajmy. Nie tu, nie teraz.
- Jeśli ulegać pragnieniu, to tylko takiemu, które ciężko ugasić - dodała na zakończenie litanii jeśli, zniżając głos zdecydowanie, dopasowując się do nazwy urokliwej kawiarni, w której się spotkali, dziwnie pewna tego, że złudzenia i pozory już opuściły Cliodnę i udały się na zasłużony odpoczynek. Skinęła głową nieznacznie, podchwytując spojrzenie - szampana wszak nigdy nie za wiele.
- Och - wyrwało się z jej ust, krótkie i wystudiowane; cofnęła dłoń, lecz niecałkowicie, zaledwie kawałek, by spoczęła bezczynnie na wysokości ustawionego na stole kieliszka.
- Czy więc powiesz mi, że przekraczam granicę i powinnam się wycofać? - zapytała szczerze przejęta jego krótkim komunikatem, pochylając się nieco w jego kierunku na pozór po to, by dokładnie słyszał każdą z przyciszonych, lecz wibrujących przekonaniem zgłosek - pozwoliła, by otoczył go otulający jej sylwetkę ciepły zapach, by każdym zmysłem odczuwał jej urok, gdy jej oczy płonęły snem oczekiwania. Nie odrzucaj mnie, Tristanie, nie teraz, nie kiedykolwiek.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    09.01.17 3:27

To zabawne. Ostatni raz, kiedy widział ją taką, w ten sposób, hipnotyzującą błękitnym spojrzeniem, nęcącą uśmiechem i doskonałym ciałem, uwodzącą go głosem, którego brzmienia nigdy by z żadnym innym brzmieniem nie pomylił, ostatni raz, kiedy sam ciągnął ją ku sobie tak rozpaczliwie, Harriett znajdowała się gdzieś na rozstaju dróg. Gdzieś pomiędzy jednym małżeństwem - tym, do którego nigdy nie doszło -  a drugim, które już się zakończyło. Oba były dla niego równie trudne, Benjamin, ostatnio wypowiadający się o Harriett tak obojętnie - nigdy właściwie się nie dowiedział, co ich poróżniło. Życie, być może, Harriett zasługiwała na wiele -  a Ben niewiele miał - ale samo narzeczeństwo z nim sprawiało już, że Tristan musiał zapomnieć o dziecięcych zauroczeniach. Później pojawił się Zaim - który ten fakt jedynie przypieczętował. Brudny arabski auror, który ponoć ocalił ją od krzywdy. Nigdy się nie lubili, uprzedzenia Tristana były silne - i choć nie wiedział, czy Zaim wiedział cokolwiek o ich wspólnej przeszłości, wiedział, że świadomie wyczuwał w nim rywala. A sama Harriett - miał wrażenie, że tańczyła pośród nich jak dziecię we mgle, może nawet nie do końca świadoma tego, jak wiele dla kogo znaczyła. Zabawne, bo teraz on stał pomiędzy; bo za niewiele ponad miesiąc będzie już żonaty, a jego lady Rosier stanie się nie kto inny, jak Evandra Lestrange - wciąż zimna, chłodna i obojętna na jego adorację, tak podobna, a jednocześnie różna od Harriett. Harriett, która siedziała teraz naprzeciw niego: piękna jak nigdy, dojrzalsza, błyszcząca jak rubin wielkości pięści i uśmiechająca się jak najpiękniejsza nimfa, którą pamiętał z Beuxbatons. Nimfa? Nie był już pewien - czy to nie była twarz młodziutkiej jeszcze Harriett, romantyczne wspomnienia nachodziły na siebie mgliście.
Patrzył na nią, w milczeniu przyjmując jej słowa, zastanawiając się, ile właściwie było w nich prawdy. On się zmienił - bardzo - choć z większości tych zmian Harriett nie mogła zdawać sobie sprawy, nie z tego, jak mocną czernią dojrzało jego serce, jak ostre kolce wypuścił jego rozkwitnięty pąk róży. Czy ona znała go dość dobrze, by mógł jej powiedzieć to samo? Przy pierwszych niewinnych pocałunkach, jakie razem dzielili, jak i później, w miłosnym tańcu zagubionej rozpaczy, oboje dorastali, idąc przez życie tak różnymi drogami; inne było wszak ich przeznaczenie, inne wychowanie... i inne urodzenie.
- Głuchy ślepiec dostrzegłby twoją wyjątkowość - odparł, porzucając rozważania; o wiele ciekawiej było powrócić do tego, co działo się tu i teraz. - W moją skromność również nie uwierzysz, przyznam się więc otwarcie: znam i pamiętam każdy kawałek ciebie. - Uśmiech na jego twarzy wziąć pozostawał wyzywający, choć czuł, że tańczył na granicy tego, co przyzwoite i być może to właśnie ten taniec, oprócz szampana, wprawiał go w tak doskonały nastrój. Lubił grać z ogniem - tak smoczym, jak i tym spod dłoni wilich cór.
- Obdarta z zasłony skromności przywołujesz naprawdę piękne sny - odparł, patrząc znów wprost w jej oczy, wypowiedziane przez nią słowa brzmiały pięknie. I mamiły go - prawdziwym pięknem. - Jakie wspomnienie mogłoby być jaśniejsze od ciebie, stojącej przy oknie jednego z korytarzy - nie sięgał pamięcią wcale głęboko, kilka obrazów przechowywał w niej jak żywych - wpatrywałaś się melancholijnie w szarzyznę za szybą, o którą dzwonił deszcz jesienny, a ja do dziś zastanawiam się czasem, o czym wtedy myślałaś. - Choć pewne nawet nie wiesz, o czym mówię, to był dzień, jakich minęło wiele. - Oddechu Wenus zaś nigdy nie poczułem, natchniony twoim zapachem i twoją bliskością. Co się zaś tyczy muzyki, twój głos zawsze rozniecał ogień w źrenicach, wydobywając na wierzch każde, najbardziej wstydliwe pragnienie. Wniosek płynie z tego jeden, cuda albo się zdarzają, albo jesteś nim jedynym. Zaśpiewaj mi - poprosił nieoczekiwanie, ni stąd ni zowąd, zgodnie z jej niewyartykułowanym życzeniem dolewając jej szampana. - Zaśpiewaj mi tak, jak dawno nie śpiewałaś, wyśpiewaj mi wszystkie kłębiące się w tobie emocje. Od smutku, przez rozpacz aż po pasję. - I namiętność, taką nieokiełznaną. Nie jesteśmy szczęśliwi, nigdy nie będziemy. Czemu więc nie korzystać z chwili, której oboje pragniemy? Odetchnął ciężej, kiedy się ku niemu pochyliła - kiedy otulił go subtelny zapach jaśminu, a oko zbłądziło do uchylonego w tej pozycji rąbka materiału na dekolcie.
- Mogę mówić, lecz pragnienie, którego nie da się okiełznać - powiedziałaś ugasić? - nie usłucha żadnych słów, ani moich, ani twoich. Jesteśmy jedynie zagubionymi ofiarami skutymi bezlitosnymi kajdanami tego pragnienia. - I musimy mu się poddać. -  Wyjdźmy stąd, Harriett. - Ostatnie zdanie padło równie krótko i zdecydowanie, jak poprzednie; oboje wiemy, do czego ten wieczór prowadzi: uwielbiam cię, bądź moja chociaż tej nocy.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Kawiarnia "Szeptem"    10.01.17 18:24

Chociaż model, który zdawali się nieświadomie wypracować, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, chociaż znajdowali się w położeniach zupełnie odwrotnych i teraz to Tristan znajdował się tam, gdzie wcześniej tkwiła sama, niby zmierzając w innym kierunku, a jednak wciąż tęsknie wyciągając ręce w kierunku tego, co minione, z jakiegoś powodu łatwiej było jej odsunąć od siebie, od nich, wszystkie czynniki zewnętrzne, cały świat, o którym zapominali zgodnie z prośbą, którą wystosowała w liście. W takcie trwania ich znajomości zmieniała pierścionki przyozdabiające jej dłoń - zmieniała je więcej razy, niż kiedykolwiek pragnęła, najpierw z dumą i niemalże wrodzoną naturalnością nosząc akwamaryn, by w momencie, w którym stał się boleśnie parzącym symbolem porażki, wcisnąć go na dno skazanej na zapomnienie szkatuły i niedługo później zastąpić dziwnie ciążącym turmalinem, do którego przyzwyczajała się dłużej niż chciała przyznać - od dawna już jej dłonie były nagie, zupełnie jak wtedy, gdy biżuteria tylko zawadzała w czułym szarpaniu wdzięcznych strun harfy czy ściskaniu skórzanych lejcy dosiadanego aetonana. Może właśnie dlatego, że i dłonie Rosiera pozbawione były metalowych dowodów przyobiecania, odepchnięcie od siebie wizji chłodno połyskującego małżeńskiego złota przychodziło jej z taką łatwością. A może po prostu skrzętnie skrywany egoizm podpowiadał jej, że nie mając nikogo w swoim życiu, jest kompletnie rozgrzeszona, a Tristan jest dorosły i potrafi podejmować samodzielne decyzje - i żyć z ich konsekwencjami.
Od zawsze idealizowała go w swoich oczach, trzymała wiecznie otwarty kredyt dobrej wiary i walczyła jak lwica, ilekroć spotykała się ze zdaniem innym od jej własnego. Jej lojalność nie znała granic, nie potrafiła spojrzeć na niego w sposób inny niż wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy, będąc zaledwie dziećmi. Ograniczoną tolerancję wyjaśniała konserwatywnym wychowaniem, atak braku zaufania tłumaczyła ubodzoną wrażliwą naturą, otaczające go rzesze fanek składała na karb charyzmy, która przyciągała niczym światło ćmy. W jej świecie, w którym wszystko miało sens i w którym nigdy nie mówiła twoja wina - ciekawe w jaki sposób umotywowałaby trawiące Tristana nienawistne idee i jak wiele byłaby w stanie zrobić, by nagiąć nowe okoliczności do swojego światopoglądu, według którego serce Rosiera było złote, a nie czarne.
- Czas obchodzi się okrutnie ze wspomnieniami, zaciera granicę pomiędzy prawdą a fikcją - rzuciła niemalże filozoficznie, w zupełnej kontrze do uczucia przyjemnego ciepła coraz łapczywiej obejmującego jej ciało. Czym więc dla ciebie jestem, prawdą czy fikcją? Czy czas nie odrealnił mojego obrazu? - Sprawia, że pamięć trzeba odświeżać - dodała jak gdyby nigdy nic, choć ścieżka, po której stąpali coraz śmielej sprawiła, że uderzenie gorąca dotknęło również policzków, a ona sama na parę chwil spuściła spojrzenie na falujący nieznacznie płomyk świeczki. Znów miała naście lat, znów rumieniła się przy akompaniamencie jego słów.
A potem odnalazła ponownie jego spojrzenie, na wpół zdumiona tym jak szczegółowo wspominał moment z pozoru zupełnie nieistotny, zaledwie jeden z wielu, niczym niewyróżniających się dni. Zdziwienie zamknęło jej usta skutecznie, nie wiedziała co powiedzieć - po raz pierwszy od dawna. Ponownie obróciła kieliszek w palcach, pewna tego, że jej rumieńce mają soczysty kolor już nawet w spowijającym ich półmroku. Wstrzymała nadgarstek nieruchomo, gdy w przestrzeni pomiędzy nimi rozbrzmiał bulgoczący dźwięk rozlewanego szampana, po czym upiła łyk, lecz odpowiednie słowa wciąć do niej nie przychodziły. Czy możliwym było w ogóle znalezienie w sobie jakichkolwiek słów mogących konkurować z tymi, które zostały właśnie wypowiedziane?
- Zaśpiewam tylko tobie, bez wiolonczeli - bez przypadkowych osób utrzymujących dystans, lecz wciąż jednak kręcących się naokoło, bez dystraktorów, w miejscu, w którym będziesz mógł mnie słuchać, w którym będziesz mógł czytać każdą emocję niczym w otwartej księdze. - Jeśli chcesz, zaśpiewam tak, że mój głos wciąż będzie dźwięczał w twoich uszach, gdy pojutrze otoczy cię słodkie sto lat, będzie ci towarzyszył jeszcze długie dni - nawet gdy sama nie będę już obok i nie da o mnie zapomnieć, nie tak łatwo, jak może byś sobie tego życzył, gdy czar już pryśnie, a przyziemne obowiązki upomną się o ciebie po raz kolejny - wciąż będziesz pamiętał moje wszystkiego najlepszego szeptane prosto do ucha, wciąż będziesz pamiętał mój dotyk, wciąż będziesz pamiętał smak moich pocałunków. Mówiła z przejęciem, dając mu ostatnią szansę na wycofanie się i jednocześnie licząc na to, że z szansy tej nie skorzysta, nie teraz, gdy odsłonili już przed sobą prawie wszystkie karty i nie była już w stanie sobie wyobrazić niewzruszonego odejścia od stolika.
- Nie potrafię się nie zgodzić - jak zwykle masz rację, Tristanie. - Nie potrafię nie ulec - a może nawet nie chcę? Serce dudniło jej głucho w piersi, a trzy krótkie słowa odbijały się echem w głowie. - Myślałam, że już nigdy nie zaproponujesz - krótki uśmiech wygiął jej wargi, gdy mówiła to, czego mówić jej nie wypadało, a co jednocześnie brzmiało tak dobrze. - Viens, mon chéri - nie traćmy już czasu, straciliśmy go zbyt wiele.

| zt x 2 Pwease




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
 

Kawiarnia "Szeptem"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Kawiarnia Solace
» Kawiarnia Lacciato
» Kawiarnia
» Klub nocny "Szeptem"
» Kolorowa Kawiarnia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Cliodna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17