Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dom Marianny, koniec 1954

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Quinlan Runcorn
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4710-apocalypto http://www.morsmordre.net/t4828-poczta-runcorna#103570 http://www.morsmordre.net/t4806-quin-runcorn#103051 http://www.morsmordre.net/f326-portobello-road-117-4 http://www.morsmordre.net/t4807-quin-runcorn#103053
szpieg wiedźmiej straży
28
Półkrwi
Kawaler
For every life you save, there's a million new ways to die
8
22
0
0
0
5
2
4
Czarodziej

PisanieTemat: Dom Marianny, koniec 1954   03.07.17 13:40

Quin patrzył przez dłuższy czas na zegar naprzeciwko, obserwując jak jego wskazówki przesuwały się w określonym czasie. Niektóre wolniej, inne szybciej. Niby nic wielkiego, ale bez tego chaos panujący na świecie spotęgowałby się jeszcze bardziej. Ludzie i tak byli zacofanymi stworzeniami, które nie potrafiły kontrolować swojego czasu, marnując go lub wręcz podchodząc do niego bez przykładania należytej uwagi. Pomimo że Runcorn miał pracę taką jaką miał, dbał o pewne niuanse. Punktualność, perfekcja, ambicja. Trzy słowa, które mogły go opisywać, chociaż jego ludzka natura była o wiele bardziej skomplikowana. Nie był sentymentalny, a przyszedł do Marianny pomimo wszystko. Chyba przyzwyczaił się do jej obecności, podobnie jak ona do niego. Ze strony dziewczyny jednak było to coś więcej, coś czego nigdy nie miał jej dać, ale nie interesowało go to. Nie teraz gdy myślami był już gdzie indziej. Jego czas w Anglii dobiegał końca i nie wiedział na jak długo będzie na obcej ziemi, wykonując zadanie polecone mu przez jednego z przełożonych. Słowa starszego czarodzieja brzmiały dość konkretnie. Zadanie, które miał do wykonania we Francji było maskaradą, którą musiał odegrać, by przez ten czas przeniknąć jakoś do świata najściślejszego grona polityków we francuskim Ministerstwie Magii. Odgrywanie nawróconego pisarza, który pragnął uniesień, szukając ich w duchu Paryża jak i w ludziach tam mieszkających nie było wcale takie trudne. Większość jego obrazu i wyobrażenia była fikcją, którą zaszczepiał w umysłach bardziej podatnych na sugestie. Razem ze swoimi kłamstwami, zdolnością manipulacji był idealnym człowiekiem do wykonania tego zadania. Do tego był przystojnym młodym mężczyzną, co miało mu pomóc zdobyć zaufanie pokrzywdzonej przez los asystentki jednego z polityków, których miał przejrzeć. Sam ją sobie wybrał, zanim wyjechał i przedstawił ogólnikowy plan działania swoim przełożonym. Ci o delikatniejszych żołądkach i uczuciach, stwierdzali, że więcej nie muszą wiedzieć. Argumenty za odszukaniem tej właśnie osoby przemawiały same za siebie i nie mogło być żadnych przeciwwskazań, by takowe zadanie skupić właśnie na niej. Szczególnie że okoliczności były idealne. Yvonne była czarownicą o czystej krwi, chociaż nie przeszkadzały jej podziały i była cichą zwolenniczką równouprawnienia. Nie miała dzieci, właśnie odszedł od niej mąż, który był jednym z paryskich graczy quidditcha. Od dawna im się nie układało, dlatego nie dziwne, że oznajmił jej, że odchodzi. Dodatkowo atrakcyjność młodej Francuski jedynie sprawiała, że to zadanie miało być o wiele milsze i ciekawsze od strony Quinlana, który upatrzył sobie asystentkę właśnie z tego powodu. A gdy znalazł resztę - była celem idealnym.
W pewnym sensie cieszył się, że wyjeżdża. Anglia... Nienawidził tego miejsca. Chodziło o sam Londyn. O kupę gnoju zwaną stolicą i gdzie zasiadały najważniejsze instytucje państwowe. Jak robaczywe jabłko niszczyło się od wnętrza, a gdy serce było już nie do wykorzystania, pasożyt zabierał się za resztę soczystego kiedyś owocu. Dobrze było móc się z tego wyrwać i pobyć gdzieś z daleka od tego miejsca, od ludzi... Runcorn odwrócił się, by wyłapać spojrzeniem zarys sylwetki Marianny. Wiedział, że będzie go nienawidziła za to, że zostawi ją bez słowa. Młoda, naiwna panna Goshawk. Posiadała w sobie pewien urok, chociaż powoli zaczynała nudzić go tą swoją wizją świata.




Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate.
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Powrót do góry Go down
Marianna Goshawk
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3736-marianna-goshawk http://www.morsmordre.net/t3750-odynka http://www.morsmordre.net/t3752-zielona-uzdrowicielka-zaprasza#69938 http://www.morsmordre.net/f283-pokatna-27-4 http://www.morsmordre.net/t3753-mari-goshawk
Młodsza uzdrowicielka
24
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
3
10
0
11
3
8
3
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   05.07.17 0:55

Marianna zawsze cieszyła się gdy Quinlan ją odwiedzał. Zawsze z miłą chęcią go gościła, proponując nie tylko herbatę czy coś do zjedzenia, jak na przyjaciela przystało, ale także coś mocniejszego, gdy zjawiał się u niej późnym wieczorem. Tak samo dzisiejszego dnia postawiła przed nim szklankę z alkoholem, sama również sączyła ze swojej, ale zdecydowanie wolniej niż on. Nigdy nie była przyzwyczajona do mocnych alkoholi. Jeśli chodzi o znajomość z Runcornem, to jednym słowem, była ona dziwna. Marianna nie zawsze wiedziała na czym stoi z jego strony, czy traktuje ją tylko jak przyjaciółkę, czy coś więcej, coś na co ona liczyła. Nie ukrywała tego przed sobą - była w nim zadłużona po uszy, chociaż oboje chyba udawali między sobą, że tak nie jest. Przez to, że mężczyzna nigdy się nie określił, Marianna nie czuła się pewnie. Czekała jednak pełna nadziei, że coś się zmieni. Opowiadała mu swoje historie ze stażu w Mungu, opowiadała mu o wizjach świata, o tym co ją denerwuje, co się powinno zmienić. Szukała w nim potwierdzenia drogi, którą, jak jej się wydawało, sama obrała. Nie zdawała sobie sprawy z tego jak łatwo dała się zmanipulować, owinąć wokół palca, a wszystko co się z nią działo, miało wyglądać tak, jakby sama tego chciała, sama na to wpadła i sama wszystko zrobiła. A przecież tak nie było…
To Runcorn wprowadził ją do organizacji i chociaż Marianna z początku nie była tego pewna, szybko się poddała pozwalając, aby ta mroczna ideologia wypełniła jej serce. Brakujący puzzel w trudnej układance. Runcorn był ogniwem łączącym ją z tym światem, gdyby nie on, zapewne nadal dusiła by się ze swoimi poglądami nie wiedząc co zrobić i jak pomóc w oczyszczeniu świata z szlam i mugoli. W organizacji, jakakolwiek ona nie była, miała towarzystwo i ludzi, którzy podzielali jej opinie. Ludzi, od których mogła się uczyć. Oczywiście, na pierwszy miejscu stawała mężczyznę, który właśnie siedział naprzeciwko niej… nie wiedziała, że już niedługo pozostanie sama.
Wyłapała jego wzrok. Przymknęła usta przerywając swoją opowieść i uśmiechnęła się do niego. Alkohol zdecydowanie zaczął już na nią działać, wszakże była kobietą i nie potrzebowała dużo, aby poczuć ten miły stan. Dotknęła jego policzka, aby skierować jego spojrzenie już dokładnie na siebie.
- Nie słuchasz mnie - stwierdziła w pełni przekonana o swojej racji. - Coś cię trapi? Jesteś jakby... nieobecny.
Nagle opowieść straciła sens, przestała być ważna, bo to co nie było ważne dla Quinlana nie było też ważne dla niej. Gdy była w jego obecności dostosowywała się do niego, podporządkowywała jemu. Jeśli chciał jej coś przekazać - słuchała go uważnie. Czasami po spotkaniach miała mętlik w głowie, ale nie mówiła na to nic, nie skarżyła się, w zamian otrzymując jego uwagę. Coś, co zakochana dziewczyna pragnęła najmocniej. Uwagę.




A ty? Czy ty? Już rozumiesz też
Czy chcemy czy nie, czeka na nas śmierć
Po tym co się tu stało każdy chyba wie
Pod drzewem dziś to wszystko zacznie się

Powrót do góry Go down
Quinlan Runcorn
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4710-apocalypto http://www.morsmordre.net/t4828-poczta-runcorna#103570 http://www.morsmordre.net/t4806-quin-runcorn#103051 http://www.morsmordre.net/f326-portobello-road-117-4 http://www.morsmordre.net/t4807-quin-runcorn#103053
szpieg wiedźmiej straży
28
Półkrwi
Kawaler
For every life you save, there's a million new ways to die
8
22
0
0
0
5
2
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   05.07.17 11:31

Czuł tę nić przywiązania, gdy pewne nieuleczalne związanie zaczęło władać Marianną w trakcie ich znajomości. Nie był ślepy, nie odwracał spojrzenia od jej zachowania, udając, że nie dostrzega zmian. Praca w Wiedźmiej Straży jedynie wyczuliła jego naturalne zdolności obserwacji i kalkulacji. Musiał przyznać, że lubił spędzać z nią czas, chociażby z tego względu, że widział w niej pasję i żywe zainteresowanie. I nie chodziło jedynie o jego osobę, chociaż było to jedna z głównych przyczyn, ale również i ideą, której przyświecał i zapewne miał przyświecać do końca swoich dni. Podobało mu się to, że poszła za nim, a to co skrywała głęboko w sercu ujrzało światło dzienne. Gdy widział jej zmianę i fascynację... Była wtedy taka... Otwarta i dało się zauważyć ją całą bez przymusu zerkania w jej myśli. Czyste stawało się pochlapane, aż w końcu cały atrament i ciemność miała pochłonąć niewinność w całości. Prawdę powiedziawszy ta wizja bardzo mu odpowiadała i zastanawiał się czy gdy ją zostawi, dziewczyna poradzi sobie w świecie, w który ją wprowadził. Ufał, że będzie potrafiła stanąć przed wszystkimi wyzwaniami, chociaż może nie wyglądała na kogoś, kto hardo stawiał czoło przeciwnościom. Zdawał sobie sprawę, że jego wyjazd bez słowa mocno nią wstrząśnie, ale nie zamierzał tego zmieniać. Nadarzyła się nieodparta okazja na zrobienie czegoś sensownego i wyrwania się z angielskiego konserwatyzmu i krótkowzroczności. Możliwe że to zadanie w pewnym sensie powstrzymywało go przed jeszcze większym krokiem i przytaknięciu Mariannie na każde jej pragnienie. Był egoistą, jednak nie był też kimś, kto chciałby ją złamać. Nie aż tak. Jeśli już podejmował się takich rzeczy, zawsze zabierał wspomnienia swoim ofiarom i znikał, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. U niej było inaczej z tego prostego względu, że za bardzo mu schlebiała jej obecność, by odebrał jej pamięć o samym sobie. Nie byłoby to też dobrym posunięciem ze względu na działania i ich przynależność Rycerzy Walpurgii. Gdyby odebrał Goshawk siebie z umysłu, widoczne byłoby to wśród szeregów i na pewno przyciągnęło uwagę. Nie zamierzał popełniać błędu i pamięć Marianny o nim miała pozostać nienaruszona.
Nie odwrócił spojrzenia, gdy wyłapał wzrok Marianny i widział jak jej usta się zamknęły, by po chwili wykrzywić się w uśmiechu. Miała lekko zamglone spojrzenie, ale to pewnie przez ten alkohol, którego nie piła często i w większych ilościach. W pewnym sensie mogłoby to być nawet rozbrajające, chociaż nie tak to działało u Quina. Obserwował każdy ruch, który robiła, zupełnie jakby tym samym wyprzedzał jej działania, nim do nich doszło naprawdę. Nie odsunął się, gdy wyciągnęła rękę, by dotknąć jego twarzy, a jedynie dał przenieść swoją uwagę na jej osobę.
- Wybacz... - mruknął, sięgając po dłoń dziewczyny i zaciskając na niej delikatnie palce, by odsunąć ją od policzka. Nie puścił jej jednak, pozwalając sobie badać frakturę skóry Marianny. Nieco ciemniejsza od jego własnej zawsze posiadała tę gładkość, która niezwykle mu się podobała. Jako pewien koneser piękna zauważał podobne detale u kobiet, z którymi przebywał, a Goshawk odpowiadała tym kryteriom. Może i nie uważała się za taką, ale przyciągała spojrzenia i jeśli nigdy nie potwierdził swojego uczucia w stosunku do niej to nigdy nie chciał, żeby kobieta w jego towarzystwie czuła się nieatrakcyjna. To był pewien dziwny mankament osoby, jaką był Quinlan. Skomplikowanej i pełnej przeróżnych wydziwnień. - Mówiłaś, że...? - spytał, wchodząc na ich relację. Na bycie kimś odpowiednim dla Marie. Przy okazji jak zawsze gdy byli tak blisko, wpatrywał się w jej oczy, wiedząc, że niektóre kobiety wpędzało to w pewien niepokój, a przy okazji wcale nie było to nieprzyjemne. Lubił dostrzegać te detale. Pozwolił też, żeby kąciki ust uniosły mu się delikatnie w swoim charakterystycznym, jednostronnym uśmiechu. - Nie powinnaś się o nic martwić. Przepraszam, że nie słuchałem. Trudno mi się skupić.




Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate.
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Powrót do góry Go down
Marianna Goshawk
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3736-marianna-goshawk http://www.morsmordre.net/t3750-odynka http://www.morsmordre.net/t3752-zielona-uzdrowicielka-zaprasza#69938 http://www.morsmordre.net/f283-pokatna-27-4 http://www.morsmordre.net/t3753-mari-goshawk
Młodsza uzdrowicielka
24
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
3
10
0
11
3
8
3
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   06.07.17 0:45

Gdy tak wpatrywał się w jej oczy czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Zawsze próbowała podnieść rękawicę, podjąć wyzwanie i nie ugiąć się pod jego spojrzeniem, ale zazwyczaj, a już na pewno w momencie gdy była pod wpływem alkoholu, ulegała i spuszczała wzrok rumieniąc się. Nie robiła tego specjalnie, nie było to wyuczone zagranie, a naturalne zachowanie kobiety. Z tym akurat nie mogła walczyć. Chociaż starała się sprawiać wrażenie silnej i niezależnej, w końcu ratowała ludzkie życie, wstąpiła do organizacji gdzie, nie oszukujmy się, większość z będących tam osób to byli silni mężczyźni, jak każda kobieta czasami lubiła znaleźć się pod władzą mężczyzny. A wypity alkohol jedynie to uwydatniał. Co też to może zrobić z kobietą. Marianna nie była szlachcianką, nie otrzymała wychowania najwyższych lotów i chociaż starała się przestrzegać głównych reguł, tak część z nich już dawno przestały dla niej istnieć… chociażby przebywanie z mężczyzną sam na sam. Mruknęła cicho, niezadowolona, że odciągnął jej dłoń, ale nic nie powiedziała, w zamian gładząc jego skórę kciukiem. Jego skóra była szorstka, czuć było, że należy do mężczyzny. Mari miała wrażenie, że potrafiłaby ją rozpoznać nawet w tłumie setki innych mężczyzn, ponoć jeśli osoba jest bliska, to nigdy się nie pomyli. A czy ty? Rozpoznał być moją, Quinlanie?
- Nic ważnego, opowiadałam tylko kolejną nudną historię z Munga, nic więc dziwnego, że się wyłączyłeś - stwierdziła lekko.
Skoro nie było to nic ważnego na tyle, by Runcorn był w stanie się na tym skupić, to nie było sensu, aby Marianna się powtarzała. Kto by chciał słuchać o magomedycynie jeśli go to nie interesowało i kto by chciał dwa razy opowiadać o tym samym? Mogli spędzić ten czas inaczej, rozmawiając o kwestiach, które dla ich obojga byłyby interesujące. Marianna była w stanie się dla niego poświęcić, na szczęście nie zawsze musiała, bo miała wrażenie, że rozumieją się bez słów, a Quinlan dokładnie wie, co jej po głowie chodzi. To tym bardziej utwierdziło ją w przekonaniu, że do siebie pasują. Bo czy to może być przypadek, aby dwójka ludzi tak bardzo do siebie pasowała? Myślała jednakowo? Nie znali się wszakże długo, ale od samego początku miała wrażenie, że dogadują się między sobą idealnie. Quinlan zawsze wiedział jak jej dogodzić, co powiedzieć, aby poczuła się wyjątkowo, a ona nigdy nie mogła wyjść z podziwu jak to robi. Czy to magia, czy dopasowanie - nie ważne. Ważny był efekt, a ten był, przynajmniej dla Marianny, idealny. To też sprawiało, że chciała o niego dbać, martwiła się, gdy było coś nie tak i tak samo teraz, zaniepokoiły ją jego słowa.
- Nie możesz się skupić? Dlaczego? - drążyła.
Zawsze dbała o to, aby uczucia jakimi go darzyła nie wzięły nad nią góry i chociaż ciągle miała go w swoich myślach, a w jego obecności czuła się znakomicie, to starała się tego nie okazywać. Na początku starała się bardzo mocno kryć, najpierw przed sobą, a kiedy w końcu pogodziła się z tym faktem, to potem również i przed Quinlanem. Była wtedy młodą, jeszcze niedoświadczoną dziewczyną i to co czuła wprawiało ją w zakłopotanie. Ile energii zużywała, aby nie pokazać swoim zachowaniem, że coś jest na rzeczy, gdy wspólnie wychodzili. A już w szczególności, gdy pojawiali się wśród członków organizacji. Czuła, że Runcorn by tego od niej wymagał.




A ty? Czy ty? Już rozumiesz też
Czy chcemy czy nie, czeka na nas śmierć
Po tym co się tu stało każdy chyba wie
Pod drzewem dziś to wszystko zacznie się

Powrót do góry Go down
Quinlan Runcorn
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4710-apocalypto http://www.morsmordre.net/t4828-poczta-runcorna#103570 http://www.morsmordre.net/t4806-quin-runcorn#103051 http://www.morsmordre.net/f326-portobello-road-117-4 http://www.morsmordre.net/t4807-quin-runcorn#103053
szpieg wiedźmiej straży
28
Półkrwi
Kawaler
For every life you save, there's a million new ways to die
8
22
0
0
0
5
2
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   12.07.17 21:38

Możliwe że właśnie przez to jak na niego reagowała, posiadał do niej pewien sentyment, jeśli można było tak nazwać przywiązanie kogoś takiego jak Runcorn. Nie był człowiekiem, którego można było zmanipulować czy przekonać go do swoich racji, jeśli sam nie uznał je za zgodne ze swoimi. Tak samo było z każdą inną rzeczą czy osobą. Kobiety same musiały wydawać mu się interesujące, żeby w ogóle postanowił skupiać na nich swoją uwagę. Dla każdej potrafił znaleźć to czego potrzebowała i grał przy tym genialnie. Twardego dającego wsparcie mężczyznę, kochanego i tulącego przyjaciela... Tyle ile spotykał na swojej drodze ludzi tyle od niego wymagali podobnych zachować. A jemu nie trzeba było dużo, by przeobrazić się z zimnego, zakłamanego człowieka jakim był naprawdę, w kogoś zupełnie odmiennego o sto osiemdziesiąt stopni. Marianna dostawała trochę tego nieistniejącego Quina i trochę tego prawdziwego. Najwidoczniej była to idealna strategia, żeby przyciągnąć ją jak owada oczarowanego światłem lampy, który na końcu był śmiertelny w skutkach. Zabójczy wpływ który posiadał i władzę umiał wykorzystać zgodnie z własnym życzeniem, a najlepszym skutkiem zaszczepienia idei było przekonanie drugiej osoby, że wszystkie decyzje podejmowała samodzielnie. Marianna wierzyła w to wszystko, w co chciał, żeby wierzyła. Była wręcz idealna w jego oczach. Sztuką było nie wychodzenie z roli. A z Goshawk planował zdecydowanie coś innego niż z poprzednimi kobietami. Chciał, żeby go znienawidziła, ale przy okazji nie potrafiła tego zrobić. Nie do końca. Ten wyjazd, jego misja miała być pewnym sprawdzianem nie tyle dla niej, co dla niego i jego umiejętności. Dziewczyna zajmowała pokaźne miejsce w zeszycie, w którym Quin opisywał swoje postępy w rozwijaniu legilimencji i manipulacji. Możliwe że koniec końców miała zostać bohaterką jednego z opowiadań, jednak nie znał końca tej opowieści, dlatego jeszcze nie zamierzał się za nią zabierać.
Wiedział czemu na niego patrzyła. Dlaczego odsunięcie jej dłoni było przyjęte z taką niechęcią z jej strony. Widział czającą się zmarszczkę na jej gładkim czole. Czuł jak też gładziła jego skórę. Nawet jeśli byłby ślepy, wiedziałby co się działo. To jak czaiła się przy nim jak kotka było aż nazbyt wyraźne. Podczas spotkań Rycerzy stawali się wspólnie nieprzeniknionymi dla otoczeniach, chociaż widoczne było to przywiązanie, którym darzyła go jak nikogo innego. Nie obchodziło go, co myślała cała reszta tej grupy, bo nie był tam dla nich, a właśnie dla idei i wyplenienia tego paskudnego plugastwa z czarodziejskiego świata. Ścierwa, które skalało również i jego krew, przez co ojciec nigdy nie patrzył na niego jak powinien. I nigdy już zresztą nie miał tego zrobić, bo został mu odebrany. Policja czy aurorzy mogli mówić swoje, ale Quinlan znał odpowiedź na to kto stał za tą zbrodnią. Gdyby spytał o to Mariannę, miałaby tako samo zdanie, jednak domyślał się, że zrobiłaby to z przekonania. Nie swojego, ale tego które on zaszczepił w jej chłonnym umyśle. Bo to co on uważał za prawdziwe, również takie było dla niej. Przeniósł spojrzenie z jej nieco ciemniejszej od jego dłoni, po czym wędrując wzrokiem po ramieniu, szyi, dotarł z powrotem do oczu, które skupiły się na nim, gdy wypowiadała kolejne słowa. Badał ją przez jakąś chwilę, czując jak lekki uśmiech pojawiał się mu na twarzy. Czuł oddech Mari, nieco słodkawy o wypitego alkoholu, ale to dobrze. Jeśli miała sobie odpuścić to nieświadomie trafiła na idealny moment. Szczególnie że w pewien sposób była całkiem atrakcyjna z tymi świecącymi oczami i nieco dziecięcym uśmiechem ciekawości.
- Może ty mi odpowiedz - odpowiedział nieco lżej, zmieniając tor rozmowy. Nie powiedziałby jej o zadaniu, nad którym się zastanawiał, ale jeśli zmieniłby myślenie Goshawk, mógł ominąć temat, a przy okazji zaspokoić jej ciekawość. I ponownie spojrzał dziewczynie głęboko w oczy z większą intensywnością niż wcześniej. Gdy opadł jej kosmyk włosów, delikatnie założył go za ucho, przez chwilę czując ich miękkość. Miał tęsknić. Zdecydowanie. Za tymi brązowymi oczami i czekoladowymi puklami.




Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate.
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Powrót do góry Go down
Marianna Goshawk
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3736-marianna-goshawk http://www.morsmordre.net/t3750-odynka http://www.morsmordre.net/t3752-zielona-uzdrowicielka-zaprasza#69938 http://www.morsmordre.net/f283-pokatna-27-4 http://www.morsmordre.net/t3753-mari-goshawk
Młodsza uzdrowicielka
24
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
3
10
0
11
3
8
3
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   14.07.17 1:24

Ne potrafiła określić momentu, gdy zaczęła na niego tak reagować. Na początku to była tylko znajomość, połączyły ich wspólne zainteresowania, Quinlan wydał się Mariannie bardzo interesujący. Miał wiedzę, a przynajmniej tak jej się zdawało, a ona nie lubiła zadawać się z głupkami, nieukami. Lubiła, gdy ktoś potrafił mówić, wyrażać swoje zdanie w taki sposób, że chciało się go słuchać i z nim dyskutować. Na początku były to niewinne tematy, aż w końcu przeszli na grunt ideologiczny i nagle się okazało, że Runcorn myśli tak jak Marianna, albo to Marianna myślała tak jak on.
Nigdy nie przyznałaby się do tego, że jest on niego w jakikolwiek sposób zależna, ale mając go przy sobie i czując to, jak nią kierował, nieświadoma tego jaką ma nad nią władzę, sama mu się poddała i pozwoliła na wszystko. Nie widziała tego, była kompletnie zaślepiona swoim uczuciem, które pojawiło się tak nagle, że zwaliło ją z nóg. Nagle ocknęła się i zdała sobie sprawę z tego, że nie potrafi pozbyć się go ze swoich myśli, a dni gdy się nie widzieli były prawdziwą katorgą. Miała bardzo mocno przeżyć jego zniknięcie. Najpierw miała być rozpacz, rezygnacja, obwinianie się samej siebie, później miało to przerodzić się w złość. Miała nazywać go słabeuszem, który wystraszył się i uciekł. Miała zostać w organizacji, aby pokazać mu, że się nie boi Czarnego Pana, udowodnić mu, że wcale go nie potrzebuje, nigdy nie potrzebowała i świetnie poradzi sobie sama. Ale dzisiaj… dzisiaj była tu jeszcze z nim, dzisiaj zamiast nienawiści była miłość i chęć znalezienia się bliżej niego.
Przechyliła głowę wtulając twarz w jego dłoń, aby chociaż przez chwilę poczuć jego bliskość. Nie wiedziała, czy pozwoli jej na więcej, próbowała przesunąć granicę i chociaż Quinlan często jej na to nie pozwalał, tak jak przed chwilą, odsuwając jej dłoń, to Marianna jakoś nie miała zamiaru się poddać. Była okropnym uparciuchem.
- No nie wiem, może tak się we mnie zapatrzyłeś, że aż straciłeś wątek? - zażartowała, uśmiechając się zawadiacko.
Wiedziała przecież, że to nie prawda. Widziała jak wpatrywał się w zegar, z jaką zaciekłością podążał wzrokiem za wskazówkami. Nie rozumiała dlaczego dzisiaj tak odpływał, ale była szczęśliwa z faktu, że udało jej się ponownie zwrócić na siebie uwagę. Na tym jej zależało. Na uwadze, zainteresowaniu, byciu dla kogoś ważną. Zawsze chciała być ważna, zawsze chciała pomagać, dlatego też została magomedykiem. Szukała swojego miejsca na świecie, miejsca gdzie by pasowała. I gdy zdawało jej się, że się udało, wszakże będąc obok Quinlana takie miała właśnie wrażenie, to nie wiedziała, że już niedługo to wszystko się skończy. A ona znowu stanie na rozwidleniu, nie mogąc zdecydować się, którą drogą podążyć. Ktoś miał jej w tym pomóc, ale nie miał być to Runcorn.
Uniosła szklankę z alkoholem do ust i wpatrując się w jego oczy wzięła kilka łyków. Dziś mocno się w nią wpatrywał. Czuła na sobie jego spojrzenie i chociaż na początku silnie mu się opierała, to w końcu pęknie i w końcu odwróci speszona wzrok. To się zawsze działo, prędzej czy później. Miał silny, bardzo silny charakter, którym ją dominował. A ona mu na to pozwalała, ulegała, myśląc, że tym sposobem zasłuży na jego uczucie. Jak bardzo była naiwna i głupia.




A ty? Czy ty? Już rozumiesz też
Czy chcemy czy nie, czeka na nas śmierć
Po tym co się tu stało każdy chyba wie
Pod drzewem dziś to wszystko zacznie się

Powrót do góry Go down
Quinlan Runcorn
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4710-apocalypto http://www.morsmordre.net/t4828-poczta-runcorna#103570 http://www.morsmordre.net/t4806-quin-runcorn#103051 http://www.morsmordre.net/f326-portobello-road-117-4 http://www.morsmordre.net/t4807-quin-runcorn#103053
szpieg wiedźmiej straży
28
Półkrwi
Kawaler
For every life you save, there's a million new ways to die
8
22
0
0
0
5
2
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   16.07.17 15:56

Marianna znalazła się w dobrym miejscu u w dobrym czasie, gdy trafił na nią pomiędzy zafascynowanymi czarną magią dzieciakami. Wydawało im się, że ich potęga nie będzie miała końca, ale było to żałosne przedszkole. Nie znali ani nie poczuli na sobie tego, co mogła z nimi zrobić ta dziedzina magii. Zakazana i fascynująca w nieodpowiednich rękach traciła na wartości. Ciężko było przyznać, żeby szczeniackie wybryki można było przyrównać do wychodzącej poza wyobrażenia mocy. Niezarejestrowani animagowie byli tak samo zbuntowani jak nastolatkowie chowający się po kątach ze swoimi tajemnicami. Patrzył na to wszystko i czuł, że to towarzystwo było żałosne i zdecydowanie nie odpowiednie dla kogoś takiego jak ona. A przynajmniej posiadała zdecydowanie większe predyspozycje i możliwości od tej bandy pawianów. Pokazali jej nowy świat, ale on miał pokazać jej jego prawdziwą twarz. Nie stało się to od razu. Oczywiście, że nie był głupi i nie rozwodził się nad możliwościami, które dawała czarna magia. Był to żmudny proces, ale opłacił się. Powoli zbliżał się do niej coraz bliżej, aż pochłonął ją całą, stając się czymś w rodzaju cienia. Bez niego nie potrafiła podejmować decyzji i to było tym, czego chciał.
Wraz z jego wyjazdem Marianna miała dostać paskudną lekcję tego, że świat nie polegał na tym, by wszystko ulegało zmianie. Tak ludzie tłumaczyli sobie rzeczy, z którymi nie potrafili sobie poradzić. Owiec było wiele, ale rzadko kiedy trafiał się wilk pośród tego stada umiejący stawić czoła rzeczywistości. James Runcorn nigdy nie szedł na kompromisy i wbił to swojemu synowi, który adorował ojca, nawet jeśli ten na to nie zasługiwał. Quinlan wiedział dzięki temu, że mógł mieć wszystko, a w tej chwili chciał przerwać marazm. Nudził się. Patrzenie na twarze znudzonych życiem londyńczyków było dla niego niczym kula u nogi dla tonącego. Czego mógł się spodziewać po kraju, gdzie wszyscy mieli naturalną tendencję do wybrzydzania? Potrzebował świeżego oddechu. Czegoś co popchnie go dalej, kogoś kto będzie stanowił dla niego wyzwanie pod względem legilimencji. Był zbyt dumny, by się nudzić; by dopuszczać taką myśl do siebie. Od zawsze był kierowany by sięgać po to, czego pragnął, ale dopiero w późniejszych latach się tego nauczył. Gdy przestał być naiwnym chłopcem, którego teraz w sobie tak bardzo nienawidził. Gdyby mógł cofnąć czas, doceniłby każdą lekcję, którą dał mu ojciec i wyciągnął szybciej z nich wnioski. Nikt nie mógł tego zrobić niezależnie jak bardzo by tego pragnął. Było jednak w tej chwili coś innego czego chciał - musiał przyznać, że bardzo ciężko było znaleźć piękną kobietę, której umysł krył coś interesującego. A Quin lubił mieć te dwie rzeczy jednocześnie. Widział to, czego potrzebowała w tym wypadku Marie. To było takie proste. Nie było łatwiejszego sposobu na kobietę prócz tego, że rozumiało się jej problemy i potrzeby. Jedna potrzebowała jedynie rozmowy, inna delikatnego dotyku, a tamta aktualnie chciała bliskości i chociażby udawanego uczucia, które myliła z miłością. Nikt nie mógł nikogo pokochać w jedną noc. Quin był pusty pod tym względem, chociaż nosił w sobie wspomnienia wielu ludzi związanych z tym uczuciem. Tych naiwnych jak i tych poważnych. I niezależnie czy wierzyli w miłość czy też nie, Runcorn wciąż pozostawał niewzruszony. Uwielbiał mimo wszystko wykradać te myśli z umysłów osób, wiedząc, że razem z tą czynnością, pozostawi ich zagubionych i zdezorientowanych. Pozbawionych czegoś ważnego. przypominał cień, który przysłaniał ludziom słońce, wpędzając ich w stan niepokoju. Można było powiedzieć, że wręcz pasożytował, żywiąc się myślami innych. Chciał teraz jednak czegoś innego przed opuszczeniem Anglii. Rozrywki, którą miało mu zapewnić towarzystwo kogoś nietuzinkowego. Kogoś, kto sprawiłby, że Quinlan Runcorn zapomni o nudzie.
Nie dało się nie zauważyć, że od razu wykorzystała chwilę, by przechylić się w stronę jego dłoni. I chociaż wcześniej nie pozwalałby na nic więcej, nie odsunął ręki, a jedynie przejechał kciukiem po zarysie żuchwy i brody, przypatrując się tym miejscom jakby miały niesamowitą wartość. I poniekąd coś w tym było. Był nieuleczalnym estetą i w tych sprawach trudno było go przebić. Uśmiechnął się, słysząc zadziorne słowa, które nieczęsto opuszczały usta Goshawk. A trochę mu tego brakowało. Zmagań się pomiędzy nim, a dziewczyną, na której skupił swoją uwagę. Marianna pomimo młodego wieku odpowiadała wszystkim kryteriom, których szukał. Do tego podążyła wraz z nim do Rycerzy Walpurgii. Tego właśnie chciał. Przez chwilę jeszcze trwali w ciszy, aż w końcu podniósł się i podszedł do okna, by spojrzeć na to, co działo się poza nim. Oparł się ramieniem i ścianę i oddychał znanym sobie, miejskim powietrzem. Było już późno, jednak nie czuł zmęczenia i z tego co zdążył zauważyć Marianna też jeszcze go nie poczuła. Alkohol jednak za jakiś czas miał się odezwać, a gdy ją uśpi, wyjdzie i zostawi dziewczynę w brutalnym świecie, zastanawiając się czy sobie w nim poradzi. Nie odrywając spojrzenia z ulicy, zsunął z ramion marynarkę, którą wciąż miał na sobie i został w koszuli. Rozluźnił niego krawat i odetchnął głęboko. Stał tyłem do Marianny, dlatego nie wiedział, co robiła. Przez moment panowała nieprzerwana cisza.
- Nie chciałaś stąd nigdy wyjechać? - spytał po dłuższej chwili, nie poruszając się. On nie mógł znieść tego miejsca. Ciekawiło go, co ona miała w tym temacie do powiedzenia. Przez ten ułamek sekundy był niepodobny do siebie. Ten jeden jedyny raz pozwolił sobie na szczerość.




Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate.
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Powrót do góry Go down
Marianna Goshawk
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3736-marianna-goshawk http://www.morsmordre.net/t3750-odynka http://www.morsmordre.net/t3752-zielona-uzdrowicielka-zaprasza#69938 http://www.morsmordre.net/f283-pokatna-27-4 http://www.morsmordre.net/t3753-mari-goshawk
Młodsza uzdrowicielka
24
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
3
10
0
11
3
8
3
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   26.07.17 21:26

To on jej pokazał inny świat. Pokazał, że ta czarna magia, o której tyle czytała nie miała praktycznie nic wspólnego z tym, jak to sobie wyobrażała. I to jej się podobało. Za każdym razem gdy próbowała, nawet tych najprostszych rzeczy, czuła ogromną moc, która przepełniała jej ciało. Czuła władzę - niezwykle zgubną władzę. Myślała, że to Runcorn pokaże jej jak powinna wykorzystywać swoje umiejętności, jak je rozwijać, jak kierować swoje poglądy, aby nie marnować potencjału jaki w niej drzemał. Nie wiedziała, że zostawi ją wtedy, gdy będzie go najbardziej potrzebowała i będzie musiała sobie sama ze wszystkim poradzić. Na szczęście, miała Rycerzy, a jeden z nich jak książę na czarnym koniu przyjdzie jej z pomocą i przejmie miano nauczyciela. Tylko Runcorna ominie, według Marianny powinien żałować, że nie będzie widział jej rozwoju, tego jak mimo przeciwności, bólu i strachu stawia czoła nauce, jak uczy się wykorzystywania swoich umiejętności nad mugolami. Jak panuje nad śmiercią i życiem człowieka. To było to, co Mariannę pociągało. Władza, potęga, możliwość panowania nad życiem i śmiercią. Bycie łaskawą czarną damą, która zabije jednym ruchem plugawego mugola, czy znęcanie się, aby jak najdłużej zadać ból. Tworzyć rany, zasklepiać, tworzyć, zasklepiać, aż te robactwo oszaleje i samo będzie błagać o śmierć.
Marianna na taką nie wygląda i jeszcze zanim Runcorn wyjechał takie myśli nawet nie pojawiały się w jej małej, upojonej alkoholem, głowie. Ale kto wie, co siedzi w sercu każdego człowieka?
Widząc jak wstaje odprowadziła go wzrokiem. Jak mała kotka, czujnie obserwowała jak ściąga marynarkę, rozwiązuje krawat i poluźnia zapięcie koszuli. Maczając usta w alkoholu wsłuchiwała się w ciszę, a gdy się odezwał, niemal podskoczyła. Nie odpowiedziała od razu, chociaż odpowiedź już tworzyła się w jej głowie. Podeszła do niego, najpierw przez chwilę stała tuż za jego plecami, tak bardzo korciło ją, aby objąć go od tyłu, ale w końcu zrezygnowała i oparła się o ścianę tuż obok okna. Utkwiła w nim swój wzrok.
- Londyn jest przytłaczający, szary, bury, bez perspektyw, ale to nasz dom, Quinlan, w którym zalęgło się robactwo, które trzeba wytępić. Nie można tak tego zostawić, to nasze zadanie... nasze zadanie - odpowiedziała mu.
Tak rozumiała idee Rycerzy, pozbyć się robactwa, przez które muszą się skrywać. To czarodzieje powinni panować nad światem, świat był domem dla czarodziei, a mugole i mugolaki okropnymi insektami, które trzeba było wybić. Nie wyobrażała sobie tego, aby teraz stąd wyjechać, mieli coś do zrobienia, zobowiązanie wobec Czarnego Pana i chociaż w tamtym momencie nie zdawali sobie sprawy, czy też Marianna nie zdawała sobie sprawy, o jego sile, potędze i jak może skończyć się jego zdradza i jakie niesie za sobą konsekwencje, to absolutnie nie myślała o tym, aby opuścić ten kraj. Miał swoje minusy i prawdopodobnie, gdyby nic jej tutaj nie trzymało, to może poszukałaby szczęścia gdzie indziej. Ale miała tu swoją pracę, organizację i oczywiście Runcorna. Przecież Quinlan tak tylko pytał, Mari nie brała pod uwagę tego, że jego słowa mogą nieść coś więcej.




A ty? Czy ty? Już rozumiesz też
Czy chcemy czy nie, czeka na nas śmierć
Po tym co się tu stało każdy chyba wie
Pod drzewem dziś to wszystko zacznie się

Powrót do góry Go down
Quinlan Runcorn
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4710-apocalypto http://www.morsmordre.net/t4828-poczta-runcorna#103570 http://www.morsmordre.net/t4806-quin-runcorn#103051 http://www.morsmordre.net/f326-portobello-road-117-4 http://www.morsmordre.net/t4807-quin-runcorn#103053
szpieg wiedźmiej straży
28
Półkrwi
Kawaler
For every life you save, there's a million new ways to die
8
22
0
0
0
5
2
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dom Marianny, koniec 1954   Yesterday at 12:07

Wiedza była władzą, a praca pozwalała mu na to w sposób, którego nigdy by nie osiągnął. Dlatego też podjął się tego zadania bez wahania i bez patrzenia na ludzi, którzy go teraz otaczali. W tym również na Mariannę. Bo musiała zrozumieć, że to nie uczucia się liczyły, nie miały pomóc w chwilach, które zdawały się być bez wyjścia. Chodziło o informacje, które można było wykorzystywać w dowolny sposób. Dzięki nim się istniało i miało się znaczenie, nawet jeśli ludzie nie wiedzieli o twoim istnieniu. A tego chciał Quinlan - być niewidocznym i nieuchwytnym, ale z potęgą umieszczoną w jego umyśle, której nie dało się zaprzeczyć. Mając możliwość wyjechania do Francji i infiltrowania tamtejszych, wysoko postawionych polityków, nie mógł marzyć o niczym lepszym, szczególnie że w tak młodym wieku niewiele liczących się zadań spływało na wiedźmich strażników. Miało mu to pomóc się rozwinąć, dojść do granic, których nie mógłby tutaj osiągnąć i chciał tego. Był gotów zostawić swoje dotychczasowe życie właśnie dla tej jednej szansy - szansy, której nie mógł zmarnować i był pewien, że nie popełni ani jednego błędu. Nie można było zaprzeczyć, że ta pewność siebie była również możliwością jego upadku, ale nie myślał o tym w tej kategorii. Im mniej osób wiedziało o jego istnieniu, tym lepiej i tym większą swobodę działań posiadał. Zresztą jego przełożeni dołożyli wszelkich starań, by utrzymać jego dane jak i rysopis w tajemnicy. Odpowiadała mu taka praca i nie można było ukryć, że był do tego idealny kandydatem. Każde jego słowo, każdy gest były kłamstwem idealnie wyreżyserowanym i mającym swój cel. Czasami ciężko było go rozszyfrować nawet wprawnym agentom, ale nie miało to znaczenia. Dopóty dopóki wykonywał ich polecenia, zdawał raporty mające odzwierciedlenie w rzeczywistości, powierzali mu większe, bardziej złożone misje, aż w końcu zdarzyło się to. Okazja pokazania, że nie jest się jedynie chłopcem na posyłki w rodzinnej Anglii. Nie wahał się ani przez chwilę, wiedząc, że nie miał nic do czego byłby przywiązany. Zostawienie Marianny miało się na nim odbić jakby pozostawiał ulubionego kota - przyjemnie było słyszeć jego mruczenie, ale pozostawiony sam sobie, zawsze sam potrafił sobie radzić i spadał na cztery łapy. Nawet jeśli wciąż był tylko kociątkiem.
Spojrzał na nią, gdy mówiła o swojej chęci walki o dom. Była tak pewna swego... Zupełnie nie przypominała dziecka, które znalazł na swojej drodze i wyciągnął ku lepszemu, innemu światu. Była pojętną uczennicą i chłonęła informacje, które jej przekazywał niesamowicie szybko. Oczywiście że łączyło się to z chęcią zaimponowania mu i przypodobania się, sądząc, że tak zaskarbi sobie jego uznanie. Poniekąd to działało. Poniekąd. Dostrzegał każdą, nawet najdrobniejszą zmianę na jej twarzy, gdy emocje przemawiały przez całe jej ciało. Determinacja zawsze zostawiała pewne piętno. W tym przypadku lekko zmarszczonych brwi między którymi tworzyła się cienka linia, a także wzrokiem dumnym i butnym. Kąciki ust drgające w takt wypowiadanych pewnie słów i głos. Nieco głębszy niż przy normalnej rozmowie teraz jednak uwydatnił się zapewne ze względu na wypity przez dziewczynę alkohol. Wierzyła w to co mówiła i Quin wiedział, że spełnił swoje zadanie. Przekonał jej do większej idei, o której wcześniej nawet nie miała pojęcia. Do przekroczenia progu drzwi, które prowadziły do ciemności tak głębokiej i niepojętej, że sam nie wiedział, gdzie istniały te granice. Ale zamierzał je odkryć, a czy ona zamierzała postąpić tak samo - zależało już tylko od niej.
- Brawo - odparł na sam koniec, uśmiechając się z nieukrywaną satysfakcją. - Pojętna z ciebie czarownica, panno Goshawk - mruknął, po czym podszedł do niej, stając niebezpiecznie blisko. Zdecydowanie bliżej niż kiedykolwiek. Patrzył na Mariannę z góry, sięgając dłonią do trzymanej przez nią szklankę alkoholu. Nie był to jednak zwykły gest. Wpierw przejechał palcami od jej łokcia w górę, nie spiesząc się. A gdy dotarł do celu, zwinnie wyciągnął szkło z bursztynowym płynem i wypił jej zawartość, nie spuszczając spojrzenia z dziewczyny. Zaraz jednak oparł się dłonią o ścianę tuż przy jej głowie i schylił się, by mieli oczy na tym samym poziomie. - Kobietą tak samo jesteś pojętną? - spytał głęboko, wystawiając jej emocje na próbę.




Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate.
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Powrót do góry Go down
 

Dom Marianny, koniec 1954

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Przedwiośnie, 1954, Hogwart

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17