Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ławki nad Tamizą

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ławki nad Tamizą   02.05.15 12:58

First topic message reminder :

Ławki nad Tamizą

Alejka ciągnąca się wzdłuż wysokiego muru wzniesionego nad brzegiem Tamizy upstrzona jest niewielkimi, drewnianymi ławeczkami o metalowych zdobieniach. Wieczna mgła nad miastem, a także wilgoć siąpiąca od rzeki,  sprawiają, że ławeczki nie pełnią szczególnie praktycznych funkcji, wciąż są jednakże pełne romantycznego uroku. Mury ozdobione są wysokimi latarniami, dodatkowo obwieszonymi lampkami. Widok po drugiej stronie rzeki ledwo przebija się przez mleczną mgłę, tylko w naprawdę słoneczne dni widać kamienice znajdujące się na przeciwległym brzegu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
William Selwyn
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2902-william-kasimir-selwyn#46732 http://www.morsmordre.net/t2919-poczta-willa-euzebiusz http://www.morsmordre.net/t3215-kropla-wody-wsrod-rodu-plomieni#53398
Auror
29
Szlachetna
Kawaler
"Najpierw zmęcz wroga doskonałą obroną, potem przejdź do mocnej ofensywy" William Kasimir Harvey
12
4
2
0
1
1
1
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   10.12.16 18:41

Maska Williama z natury polegała na tym, że nie widać było co akurat ów szlachcic czuje. Nigdy nie ukazywał emocji, ukazywał je tylko w sytuacjach gdzie nawet on nie dawał rady. A do tego ciężko było doprowadzić... Zwłaszcza, że w okazywaniu uczuć był nieporadny. Nieważne, o co dokładnie chodziło. Czy o gniew, czy o smutek, czy też... O głębsze uczucia. Od pewnego czasu już dawno przestał potrafić je wykazywać.
- Niezmiernie trudno, aby w tym czasie ciężko było o takowe komplikacje. Zapewne niejedna osoba ubolewa nad tym stanem. - Jako, że nie miał problemu z ciężkim pracowaniem nie narzekał na taki rozwój sytuacji. Z drugiej strony, wbrew pozorom nie był istotą nie lubiącą wolnego. Zawsze w czasie wolnym mógł oddawać się zakazanej pasji... Niestety, nie licząc salonów nie miał życia towarzyskiego. Co prawda z jego winy, ale to swoją drogą. Odpowiedzi odnośnie tego, czy Rowan ma dużo pracy William nie skomentował. Skomentował dopiero jej następną wypowiedź. - Niestety, nad niektórymi problemami wyjątkowo ciężko zapanować... Należy jednak upilnować, ażeby choroba nie strawiła całkowicie trzewi tego kraju.
Tutaj nieumyślnie zaserwował Lady Yaxley swoje poglądy na temat zwolenników Grindewalda, porównując ich do choroby. Dla niego jednak to, że zwolennicy tego jegomościa są chorobą było tak oczywiste, że bardziej być nie mogło.
- Zdecydowanie, przykładem ten fakt jest doskonałym. - Zgodził się z czarownicą. Na jej pytanie odrzekł niemalże od razu. - Zdecydowanie, nie mógłbym zrobić nic innego, jak tylko przyznać Lady rację. Tajemnicą nie jest to, że aurorzy mają na głowie niemało problemów. Aczkolwiek, aktualnie w tej chwili mnie to nie dotyczy.
Akurat za niedługo fakt, że i tak ma dość sporo wolnego zaraz się zmieni. Przekazano mu aż 3 sprawy, więc wiedział, że to oznacza przez pewien czas brak wytchnienia. Zaraz wrócił do faktu, że ta zmierza do pracy.
- Mam nadzieję, że nie zabieram pani zbytnio czasu? Niezbyt by cieszył mnie fakt, że mogłaby mieć pani problemy z powodu naszej rozmowy.
o prawda Rowan zagadała do Williama, jednak sugerowanie, że to dama ponosi winę byłoby nie w jego stylu. Poza tym, naprawdę nie chciał by ktoś miał z jego tytułu problemy. Spojrzał na nią odrobinę bardziej wyczekująco niż zwykle, była to jednak tak nieznacząca zmiana spojrzenia, że trudno byłoby ją wychwycić.


Powrót do góry Go down
Rowan Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3571-rowan-yaxley http://www.morsmordre.net/t3601-magnus http://www.morsmordre.net/t3618-rowcia http://www.morsmordre.net/f103-fenland-yaxley-manor http://www.morsmordre.net/t3640-rowan-yaxley
Tłumacz i nauczyciel języków obcych, były koroner
29
Szlachetna
Wdowa
When the fires,
when the fires are consuming you
And your sacred stars
won't be guiding you
I got blood, I got blood,
blood on my name
5
11
0
5
0
15
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   28.12.16 13:29

Stety, bądź niestety nie ukrywając tego nigdy była pracoholiczką. Uwielbiała swoją pracę bez względu na to, co ktoś mógł uważać na ten temat. Po śmierci męża pracy poświęcała się jeszcze bardziej i praktycznie spędzała w niej całe dnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie potrafiła wykonywania zawodu pogodzić z macierzyństwem. Jednemu, jak i drugiemu oddawała równie dużo swojego czasu i uwagi. Słysząc ukryty wydźwięk w słowach mężczyzny wbiła w niego swój zaciekawiony wzrok. -Obawiam się, że jest już za późno. - Ta choroba już dawno zniszczyła ten kraj, a nawet jeśli nie ta konkretna, którą miał na myśli Lord Selwyn to inna. Prawda czasem była bardziej bolesna niż mogłoby się wydawać. Niestety, ale czarodziejska Anglia już nigdy nie będzie taka sama jak dawniej. Teraz może być już tylko gorzej. Trzeba mieć jednak nadzieje, że chociaż ich dzieci będą miały okazję żyć w lepszym świecie. Słysząc uwagę Williama skierowała swój wzrok na ledwo dostrzegalną grupkę funkcjonariuszy w oddali, aby następnie ponownie powrócić wzrokiem do swojego rozmówcy zadzierając przy tym głowę do góry. Coś jej mówiło, że po tej rozmowie poważnie rozboli ją kark.- O to nie musi się Lord obawiać. Moja praca nie ucieknie, a już na pewno nie będę mieć problemów. Jest zdecydowanie za mało ludzi o moim fachu, więc nie kryjąc Ministerstwo przymruża oczy na niektóre sprawy. Zresztą nikogo nie poinformowałam, o której się zjawie. - Jakby nie patrzeć od jej ingerencji nie zależy niczyje życie, wręcz przeciwnie. Nikt nigdy nie miał pretensji w związku z wykonywaną przez nią pracą. Jej reputacja w pracy była nienaganna, a nawet kryształowa, więc gdyby nawet ktoś chciał się do czegoś przyczepić, to po prostu nie ma do czego. W dużym skrócie: Pięć minut nikogo nie zbawi, a już szczególnie denata.- Ale oczywiście nie chciałabym też Lorda zatrzymywać. - Nie była typem osoby natrętnej. Zresztą to słowo nijak pasowało do nazwiska Burke. Nie lubiła gdy ktoś jej się narzucał, więc i ona nie miała najmniejszego zamiaru tego robić.




Anguis in herba

But I'm holding on for dear life
Won't look down, won't open my eyes
'Cause I'm just holding on for tonight
Powrót do góry Go down
Leonard Mastrangelo
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t1754-leonard-mastrangelo http://www.morsmordre.net/t1897-andromeda#26044 http://www.morsmordre.net/t1898-mow-mi-leonardo http://www.morsmordre.net/f138-pensford-avenue-31 http://www.morsmordre.net/t1929-leonard-mastrangelo
malarz, brygadzista
35
Półkrwi
Kawaler
a dumb screenshot of youth
watch how a cold broken teen
will desperately lean on a superglued human of proof
8
15
1
0
0
0
0
8
Czarodziej
 I czemu to takie nic jest właśnie czymś dla mnie?

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   15.01.17 1:47

|mamnadzieję,żenikomunierozbijamwątku

Zrozumiał w końcu, że uciekanie nie ma żadnego sensu. Ukrywanie się przed problemami nawet w świecie magii nie powodowało, że te nagle znikały. Czary traciły swą moc, jeśli chodziło o nieprzeniknione zakręty ludzkiego umysłu. Mimo, że mogły wiele to warownie krętych labiryntów ludzkich emocji pozostawały niezdobyte. Jedynie sam właściciel tego bałaganu był w stanie wybrać się w podróż po tym dzikim terenie i zdobyć nad nim władzę. Ironią losu pozostawało jak łatwo człowiek mógł doprowadzić do własnej zagłady, nie potrzebował do tego nawet drugiej osoby.
Leonard w miarę szybko dostrzegł, jak stacza się we własne szaleństwo. Być może wynikało to z powtarzalności schematu, który za drugim razem łatwiej było mu zidentyfikować lub spotkania Zakonu z tą równie niezwykłą, co dziwną staruszką, które przyczyniło się do gwałtownej zmiany spojrzenia na pewne sprawy. Nie mógł powiedzieć, że wszystko nagle odwróciło się na dobrą stronę, a wszelkie dręczące go problemy rozpłynęły się w niwecz. Nie poczuł nagłego uzdrowienia, ale ulgę, że skoro doszedł to takiego wniosku to jest jeszcze w stanie zatrzymać tę samo-nakręcającą się spiralę. Zresztą chyba wcale nie działała ona tak samoistnie. Wszystko to, co wydarzyło się te dwa miesiące temu odegrało swoją rolę. Obnażyło jego słabe punkty. Chociaż w boksie potrafił osłaniać się wręcz bezbłędnie to w kwestii emocji stawał się bezbronny niczym dziecko. Pewne kwestie pozostawały dla niego niedostępne i dopiero teraz to widział. Nie chciał się temu poddać.
Musiał więc zacząć od porzucenia taktyki ucieczki. Nie mógł się tym razem schronić na bezpiecznym dachu, z którego rozciągał się widok na nieboskłon. Oprócz chwilowego poczucia bezpieczeństwa nie otrzymywał żadnych odpowiedzi, stagnacja powoli zżerała go od środka. Dlatego tym razem wybrał inny żywioł. Sam nie do końca wiedział, co zadecydowało o tym wyborze. Impuls, dawne wspomnienie, przeznaczenie? Po prostu poczuł, że jeśli tego dnia w końcu nie wyjdzie z domu ze szkicownikiem to już nic się nie zmieni. Już na zawsze pozostanie w swoim przeklętym azylu, zaangażowany w sprawę wielkiej wagi dla całego świata, ale zbyt przestraszony, aby wejść do własnej pracowni. Musiał to zmienić. Chciał to zmienić, w końcu czuł się na siłach, aby spróbować. Może i pierwszy powrót do rysunku wiązał się właśnie z nią, co było mu solą w oku, ale przecież drugi wcale się tak nie zapowiadał. Była już zamkniętym rozdziałem, do którego nie chciał wracać. Powtarzał sobie, że tym razem nie ucieka tylko zamyka za sobą wszystkie rozdziały. Czuł, że nareszcie to robi. Było coś dobrego w tym pogodnym wyjątkowo dniu kwietnia. Czuć było w powietrzu nadchodzącą wiosnę. Przyroda zaczynała się odradzać. Ołówek pukał o papier czekając niecierpliwie na możliwość postawienia pierwszej od dawna kreski. Wilgotne powietrze czesało mu brodę. Spływał na niego dziwny spokój.




so i tried to erase it but the ink bled right through almost drove myself crazy when these words 

led to you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   22.01.17 16:25

10 kwietnia

Uciekanie szło jej wybitnie. Od zawsze było jej ulubioną zdolnością. Przecież od najmłodszych lat, kiedy nabroiła, najlepszym rozwiązaniem było wdrapanie się na drzewo i granie na nosie swoim problemom w formie natrętnej, nudnej matki lub wściekłego wuja. Jej schemat po prostu dojrzewał i przekładał się na inne sfery życia, ale nie zmieniało to faktu, że ciągle siedziała na tym samym konarze, patrząc z góry na rozgrywający się na dole chaos. Zmieniło się jedynie to, że coraz trudniej było pozostać nietkniętym - czarne ręce muskały jej stopy, będąc w stanie od czasu do czasu zatrząść nawet koroną rośliny, byleby tylko ją dorwać. Były niespokojne i zdeterminowane. I nie chciały odejść.
Dlatego znajdywała azyl też w innych miejscach - nierzadko było to dno butelki. Ale lubiła też inne płyny. Jak wodę.
Trzymała lekkie buty w dłoniach, drugą ręką podciągając nieco szatę, by nie zatopić jej rąbków w cieczy. Stopy wolno przesuwały się wzdłuż brzegu, brodząc w płytkiej wodzie. Był to zadziwiająco ciepły dzień kwietnia - ale nie z typu takich, podczas których samo oddychanie wywołuje ciężkie poty, tylko przyjemny powiew wiatru z delikatnie grzejącymi promieniami słońca. Woda - tu nie było żadnych zaskoczeń - zgodnie z porą roku, była kompletnie lodowata, ale było w tym jakieś miłe orzeźwienie. Podobno takie zabiegi poprawiały ukrwienie. I Lovegood w końcu mogła skupić się na jednej sensacji, którą z łatwością mogła określić - zimno. Nareszcie jasne przeżycie bez żadnych niepotrzebnych komplikacji. Ulga i wewnętrzne pogodzenie ze sobą trwały tylko chwilę. Zbyt krótką, by mogła pamiętać jak to uczucie smakuje.
Była za bardzo pochłonięta własnymi myślami, by zwracać uwagę na to, co dzieje się wkoło. Zabawne, ale gdy wiatr szarpał jej włosy, zawsze łatwiej było sobie poradzić z natłokiem głosów w głowie. Wspomnienia nagle stawały się lżejsze, a umysł czystszy i bardziej zdolny do rozwiązywania zagadek, jakie były przed nim stawiane. Nie miała pojęcia czy będzie potrafiła skorzystać z rad kuzynki kiedy jej myśli były trawione przez tyle innych spraw. Porządek był stale burzony przez kolejne faktory, a skala priorytetów zmieniała się gwałtownie. Nic już nie było pewne. Wszystko było burzone przez kolejne zmienne, a jakakolwiek stałość zdawała się być wrogiem publicznym numer jeden.
Mijały trzy tygodnie od momentu, kiedy odepchnęła od siebie jeden z dręczących ją dylematów, który był wręcz kometą niechcianych uczuć - każde jego pojawienie się redefiniowało na nowo to, co wiedziała. A nie miała zamiaru poddawać się tym zmianom na nowo, z upartością osła chcąc pozostać w miejscu, które tak dobrze znała. Wolałaby mieć wszystko za bezcen, ale skoro to nie było możliwe to wybrałaby raczej nic od poświęcenia.
Nie spodziewała się, że przykład jej schematu postanowi ją napaść bez postawionej gardy. Właśnie schylała się, kiedy jej oczy wypatrzyły pod stopami kamień o odpowiednim kształcie. Nazbierała już kilka w kieszeniach przewiewnej szaty, które ciążyły jej przyjemnie. Może to jego cień albo jakieś przeklęte przeczucie kazało jej odwrócić głowę, ale wykonała ten ruch, którego pożałowała w tym samym momencie, widząc znajomą sylwetkę przed sobą. Serce z takim mocnym dźwiękiem odbiło się od mostka, że przy następnym biciu obawiała się, że wypadnie jej z klatki piersiowej.
Minęły niespełna dwa miesiące, w trakcie których posmakowała ust dokładnie czterech osób, które miały jej pomóc wymazać z pamięci jakie to uczucie mieć pod własnymi wargami te należące do Leonarda Mastrangelo, który jakby nigdy nic przysiadł sobie tutaj z cholernym szkicownikiem. Jeden z pocałunków udowodnił jej, że żaden nie będzie taki sam, drugi pokazał, że nie zawsze musi cokolwiek oznaczać, trzeci uświadomił, że nie każdy jest chciany, a czwarty prawie wykonał robotę za wszystkie pozostałe. I pomnożył swoje wysiłki kilkukrotnie. Prawie zapomniała jakie uczucia się w niej budziły w jego towarzystwie. Niemalże wyrzuciła go ze swojej głowy, z wdzięcznością przyjmując osobę, która od zawsze przecież w niej była, choć w całkiem innym miejscu. Ledwo wyczuwała tą pustkę. Selina Lovegood przecież błyskawicznie radziła sobie z tak bzdurnymi emocjami. Jej starannie klejony mur jednak eksplodował. Ściana, która miała dawać wrażenie, że nic za nią nie było - runęła niczym tama, która zalewała skrywanymi myślami wszystko inne.
Tonęła na nowo.
Ale Osa miała jeszcze jedną cechę przewodnią, która trzymała ją na wodzie. Nie miała zamiaru się dać niczemu zastraszyć. Nawet czystemu żywiołowi. Nie zauważyła więc kiedy ciężki kamień zatonął na powrót w odmętach Tamizy, rozchlapując wodę na jej sukienkę ani w którym momencie porzuciła swoje buty, przemierzając boso dzielącą ich odległość. Nie było ważne, że jej twarz opuściły jakiekolwiek kolory, a cała drżała. Tak długo, jak zaciskała wąsko usta, a oczy - choć kompletnie przerażone i przytłoczone - wpatrywały się intensywnie w mężczyznę, istniała szansa, że nie rozpadnie się na miliony drobnych kawałków.
-Czy ty jesteś poważny?-zapytała ściszając nerwowy ton, kiedy rozszerzała powieki pod wpływem emocji.-Robisz to specjalnie, że tak pojawiasz się w moich miejscach?-zmrużyła oczy, szukając w jego twarzy odpowiedzi. Co on sobie wyobrażał?! Perfidny!-Co ty sobie wyobrażasz?!-wypowiedziała swoją myśl na głos.-Że tak możesz się pojawiać na powrót w mojej rzeczywistości po tym wszystkim i... i mi o tym bezkarnie przypominać?!-napadła go w końcu prawdziwym powodem swojej złości, która wrzała, parząc jej skórę od środka.-Ja nie chcę o tym pamiętać, rozumiesz?!-wyrzuciła mu, ucinając zaciśnięciem warg.-Żałuję, że cię poznałam, Mastrangelo.-wypowiedziała z pogardą, unosząc dumnie podbródek, kiedy usta zadrżały niebezpiecznie, a głos się złamał.
Zmrużyła oczy, które dziwnie zalśniły i nie wydała z siebie już więcej dźwięku, pozwalając wiatru, by zasłonił część jej twarzy zbłąkanymi kosmykami włosów. Zamieniła się w kamienny posąg, trwając bez celu bez najmniejszego ruchu.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Leonard Mastrangelo
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t1754-leonard-mastrangelo http://www.morsmordre.net/t1897-andromeda#26044 http://www.morsmordre.net/t1898-mow-mi-leonardo http://www.morsmordre.net/f138-pensford-avenue-31 http://www.morsmordre.net/t1929-leonard-mastrangelo
malarz, brygadzista
35
Półkrwi
Kawaler
a dumb screenshot of youth
watch how a cold broken teen
will desperately lean on a superglued human of proof
8
15
1
0
0
0
0
8
Czarodziej
 I czemu to takie nic jest właśnie czymś dla mnie?

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   23.01.17 17:17

Nie wiedział, ile czasu to odpowiednia ilość, aby wszystko się zagoiło. Mimo tego, że nie był pierwszej młodości to nie wiedział wiele więcej niż był gryfonem, który nawet nie marzy o brodzie. Obiektywnie patrząc Mastrangelo stopniowo nabierał pewności, że człowiek idzie przez życie wiedząc tyle co nic. Może być bogatszy o wszystko to, co udało mu się przeżyć. Pewne doświadczenia nie pozostawały bezwartościowe, ale koniec końców nie wnosiły tyle, ile by się chciało się z nich wycisnąć. Nie mógł więc z całą pewnością oszacować, ile powinien wynosić okres melancholii. Ile alkoholu wypitego w afekcie mieści się w graniach normy.
Jedyne, co wiedział to fakt, że nie był z Seliną Lovegood w żadnym związku, a mimo to cały jego świat zachwiał się, gdy z niego zniknęła. Siedząc nad Tamizą, owiewany przez przyjemnie chłodną bryzę mógł na chwilę zdystansować się od wszystkiego. W końcu. Na chwilę historia Leonarda nie była jego historią, a więc mógł obejrzeć tę historię jeszcze raz bez ranienia sobie palców o jej ostre, poszarpane brzegi. Mógł zanalizować ją klatka po klatce, bo ból, który zazwyczaj towarzyszył temu zabiegowi zdawał się teraz dziwnie stłumiony. Możliwy do zniesienia. Przymknął powieki, a widok drobnej blondynki zaatakował go bez ostrzeżenia. Nie wzdrygnął się jednak, palce zacisnęły się tylko mocniej na ołówku. Pozwolił tej myśli przepłynąć przez swój umysł. Poprowadzi się od jednego skojarzenia do drugiego. Chciał w końcu odkryć, co zrobił źle. Mógł przecież zwalić winę za tę całą sytuację na nią. Na jej nieprawdopodobne samolubstwo, na lubość do uciekania od zobowiązań, na zbyt przyziemny charakter i całą stertę innych rzeczy, które z łatwością by znalazł, gdyby postarał się odpowiednio mocno. Znał się jednak na tyle, żeby stwierdzić, że takie odciążenie własnego sumienia nie zdałoby się na wiele. Niestety wiedział, że nigdy nie jesteś się zupełnie bez winy.
Dlatego rozważał różne opcje. Sytuacje, w których mógł dopuścić się błędnej interpretacji, powiedzieć coś, co sprowadziło wszystko na kompletnie inne tory. Miał świadomość, że jest nieco oporny i trudny w stosunkach międzyludzkich, ale wydawało mu się, że nauczył się całkiem sporo w tej materii. Przecież na samym początku idealnie udawało mu się utrzymywać równowagę pomiędzy dystansem a sympatią. Nie zauważył, kiedy ta linia się zatarła. Może to było to? Może zatracił się w tym wszystkim za szybko, zbyt intensywnie. Nie powinien tracić dla niej głowy. Nie był młodzikiem, żeby zadurzać się po uszy. A jednak pozwolił jej na to. Zbyt szybko rozgościła się w jego sercu, a kiedy już się zorientował to zdążyła podpisać umowę najmu, aby nie mógł się jej pozbyć.
Uciekał. Ona też. Znikali. Zostawiali się bez słowa. Mimo to ona zawsze wracała. Stawała w progu jego mieszkania. Pijana albo trzeźwa. Ubrana uroczyście albo i nie. Po co? O co jej chodziło w tym wszystkim? Czy po prostu dobrze się bawiła wodząc go za nos? Raczej na to nie wyglądało. Nie potrafił zrozumieć motywacji, które nią kierowały. Tak naprawdę wiedział o niej naprawdę mało. Ich gra w zadawanie pytań nieszczególnie im się udała. Może to właśnie było to? Fakt, że komunikacja pomiędzy nimi była doprawdy uboga. Lubowali się w zaokrąglonych zdaniach, niedopowiedzeniach, nieoczywistych metaforach, które przepuszczały jedyni nieliczne promienie czystej prawdy o nich samych.
W połowie tych rozmyślań usłyszał donośny chlupot i instynktownie otworzył oczy. Ktoś wpadł do wody i potrzebował pomocy? W pierwszej chwili, gdy zauważył osobę winną temu dźwiękowi, pomyślał, że zaraz on sam będzie jej potrzebować. To niemożliwe, że tu była. Może to projekcja jego umysłu. Kara za tak intensywne myślenie na ten temat? A może właśnie ziszczenie się jego marzeń? Brzmiało to jakkolwiek irracjonalnie, ale zdecydowanie nie była to projekcja jego wyobraźni. Żywa i wściekła, jak zwykle, Lovegood zmierzała w jego kierunku. Puścił ołówek, bo drewno zaczęło niebezpiecznie chrzęścić pod palcami i bał się, że pęknie w połowie. Próbował się mentalnie przygotować na zbliżającą się falę, ale nie był w stanie. Jej widok po tak długim czasie, po tamtym rozstaniu, wywoływał w nim różne emocje. Tak samo jak jej słowa.
Czuł, jak uśmiech ciśnie mu się na usta, ale powstrzymał go. Siedział spokojnie, jedynie zaciskając wargi w prostą kreskę. Jedno było niezaprzeczalnie pewne - nie zmieniła się od tamtego czasu ani o jotę. Nadal była tak roszczeniowa i samolubna jak w chwili, gdy się rozstawali. W pierwszej chwili chciał sparować jej słowa. Och, doprawdy? Gdzie podpisałaś tę ławkę? Wpuszczenie się w utarczkę słowną byłoby jednak powrotem do przeszłości, a przecież nic nie było już takie samo jak wtedy. Kiedy skończyła się lawina żalu wypuścił bezgłośnie powietrze, oblizał usta i powiedział:
- Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim specjalnie za tobą biegam? - Głos nie zachwiał mu się ani trochę, ale był zdecydowanie cichszy niż zazwyczaj. Tylko to pozwalało mu na utrzymanie nad nim pełnej kontroli. - Skoro żałujesz to po co podchodziłaś? Nie łatwiej było mnie po prostu minąć jak kogoś obcego?




so i tried to erase it but the ink bled right through almost drove myself crazy when these words 

led to you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   25.01.17 20:12

Powitał ją w najgorszy możliwy sposób - brakiem jakiejkolwiek reakcji. Nie zwróciła uwagi na ołówek wypadający z jego dłoni, skupiając się na twarzy, na której szukała cienia jakiejkolwiek emocji - zaskoczenia, zirytowania, szczęścia, złości czy smutku. Czegokolwiek, co dałoby jej jakąś bazę - by wiedziała na czym stoi. By dał jej przebłysk uczucia, coś poza obojętnością, którą tak często wyprowadzał ją z równowagi, sprawiając, że jej pewność siebie drżała w posadach. Nienawidziła go za to, że znowu wykorzystywał tą samą sztuczkę przeciwko niej. Choć właściwie powinna zmądrzeć, przestać po nim oczekiwać lub szukać czegoś, czego tam nie było. Z niewiadomego powodu ryzykowała oberwanie kolejnym ciosem, jakby jej jeszcze było mało. Teraz przypomniała sobie smak tamtego odrzucenia - słone łzy, ślepą, szaleńczą ucieczkę, rozdarcie, niemoc i... zdradę. Nie obiecywał jej niczego. Sama wykreowała sobie w głowie nieprawdopodobny obraz. Dostrzegła w Leonardzie cechy, które ją urzekły, zaklęły zdrowy rozsądek w szklanym naczyniu, z którego nie mógł wołać pomocy. Być może więcej sobie dopisywała niż faktycznie wiedziała na jego temat - opierała się wszak na zdradzieckich uczuciach, które dyktowały jej irracjonalne działania lub myśli, wypychając ją na głęboką wodę, w której tonęła. Mastrangelo okazał się być śmiercionośnym sztormem, który porwał jej ciało na dno oceanu. Zanim płuca zaczęły wypełniać się wodą, zachłysnęła się drobnymi cząstkami tlenu, odnajdując w nich smak ambrozji. Dławiła się duszącym uczuciem, rozgrzewając się od środka wyrwanymi i nienależnymi jej elementami - jej płuca nie były jednak stworzone do funkcjonowania w morzu.
Nie potrafiła określić co myślała lub czuła, patrząc na niego teraz. Wszystko przesłaniała wściekłość. Ponad taflą emocji unosiła się ta przewodnia - złość. Teraz ona była burzą. Mściła się jak Neptun, chcąc ciskać morderczymi falami, zimnym wiatrem i nieprzebraną wodą w samotnego żeglarza. Tak poetycko, okrutnie, żywiołowo i dramatycznie. Czy to nie był motyw przewodni tego niespodziewanego spotkania? Była przez niego wzgardzona, a następnie bezkonfliktowo porzucona. Ktoś, kto chciał od niej wszystkiego, nie zawalczył o nic. Być może przyzwyczajona była do większej nieustępliwości. Wszak ludzie, którymi się otaczała musieli posiadać nieskończone złoża cierpliwości. Malarz, który nagle został wciągnięty przez jej wir okazał się tracić przy niej swoje opanowanie, zupełnie tak, jak ona traciła przy nim przyjazny grunt pod nogami.
Pytanie wybiło ją z rytmu. Trafnie rzucone, bystre - spostrzegawczość Leonarda była zaskakująca. Kiedy zaczął zauważać te niuanse? Dała mu? Rozumiał jej schemat, domyślał się jej pobudek? Jego śmiałość też była jej nie w smak - jak mógł zbić ją po raz kolejny z nóg? Mało razy odbierał jej pewność, zostawiał na pastwę - słabą i odsłoniętą, atakując bezlitośnie, wystawiając ją na wszystko, czego się najbardziej bała. Jak mógł zrobić to po raz kolejny? Wypowiadał jej otwarcie wojnę, a jego zamiary pozostawały dla niej zagadką. Nie potrafiła mu zaufać - czuła się kompletnie zdradzona, że po tym wszystkim, co przed nim odkryła, ciągle niecierpliwie zdzierał z niej kolejne warstwy, jakby było mu mało i karał ją jednocześnie.
Dość tego! DOŚĆ!
Nie miał prawa ani jej przyzwolenia na podobne akty. Obnażyła się przed nim, by spotkać się z odrzuceniem. Miała w pamięci ten wstyd i ból rozdzierający klatkę piersiową. To ona decydowała o wszystkim. Ona miała kontrolę. Powinna mieć. Dlaczego więc traciła grunt pod nogami? Nie potrzebowała jego oparcia, ale instynktownie kierowała ku niemu zagubiony, zrozpaczony wzrok. Nie była desperatką, zbyt dumna, by złapać się brzytwy. Dość słabości. Choćby miała się zapaść z piach z zadartym nosem - trudno! Nie da sobie dłużej deptać po dumie.
Więc dlaczego pojawiała się w jego progu? Czego u niego szukała? Co czuła odnajdując się u jego boku? Nie miała zamiaru odpowiadać na te pytania - ani jemu, ani sobie.
-Dość!-odezwała się, przerywając mu - a może sobie, bo myśli zaczęły ją otaczać, żarliwie uderzając swoimi krzykami? Schowała twarz w dłoniach i nerwowo zburzyła włosy, gdy się odwracała, zaczesując je do tyłu. Widok Tamizy nie przyniósł ukojenia.
Wydała z siebie urywany oddech.
-Nie rozumiesz, że nie ma nic gorszego od obojętności?-zapytała cicho, prawie niedosłyszalnie, kierując z jego stronę zarzut, kiedy powtarzała dewizę, którą niedawno ustalała z kimś innym. Przypomniała sobie te słowa i ugodę. Było w nich mnóstwo prawdy. Zabawne, ale ten głupi Lis zagnieździł się w jej głowie skutecznie, cierpliwie czekając na okazję, by zagrabić sobie więcej miejsca, aż w końcu stworzył sobie swoje małe królestwo z niewielkiej nory - w jednym z najbezpieczniejszych miejsc. Jej zamkniętej głowie. Myśli były nim przesiąknięte, ale przecież kiedyś było dokładnie tak samo - żyjąc tak mocno, przebywając tak często... nie dało się uwolnić od wpływu innych ludzi na siebie.
Wyciągnęła z kieszeni kamień, by cisnąć nim z frustracją w taflę wody. Jej plusk odzywał się kilkukrotnie zanim w końcu obiekt nie zatopił się w głębinach rzeki. Zacisnęła usta, nie czując ulgi w fizycznym wyżyciu się. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko, ale nie odwracała się, nie czując się na siłach, by go konfrontować.
Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim specjalnie za tobą biegam?
Słowa ponownie zabrzmiały w jej głowie, kiedy osuwała się wolno na ziemię, przysiadając na dopiero kiełkującej trawie. Przyciągnęła blisko kolana i oparła czoło o dłoń, zakrywając częściowo oczy.
...po tym wszystkim specjalnie za tobą biegam?
Chciała wyrwać sobie serce z klatki piersiowej, które zrobiło się cięższe od głazu i rzucić je w wodę, porzucając na zawsze. Nie potrzebowała go. Nie chciała czuć tego wszystkiego. Dosyć, naprawdę miała już d o s y ć.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   05.05.17 19:47

| 09.04?
Czasami mam wrażenie, że kiedy idę brzegiem Tamizy, słyszę jej osobliwą pieśń. Pieśń zanieczyszczonej rzeki, która być może chciałaby być morzem. Pieśń, a może właściwie płacz? Część mnie nienawidzi Tamizy, jej smrodu, jej brudu. Ale Londyn nie byłby taki sam bez swojej rzeki, nie byłby już Londynem.
Nie mam ochoty na spotkanie w domu. Nie mam ochoty na umartwianie się na rzeźbionym fotelu, nie mam na to nastroju. Wolę otaczające mnie chłodne ramiona zmierzchu zapadającego nad Anglią. Tylko wiatr wyjący w moich uszach i rozwiewający moje włosy uświadamia mi, że to wszystko prawda. Że to nie zły sen. Nie najgorszy koszmar mojego życia.
Nie mam siły. Nie mam siły walczyć, nie mam siły się podnosić. Więc upadam. Poddaję się. Nie zostało mi już w życiu nic czego chciałbym bronić zaciekle jak lew. Czuję, że świat dookoła jest szary i bezbarwny. Patrzę na szarą wodę, słyszę jej szum. Patrzę na szare mury, oświetlane przez szare latarnie. Nie dostrzegam żadnych barw, poza Tobą - Ty zawsze jesteś w krzykliwym kolorze, choćbyś miała na sobie żałobną czerń. A w tym momencie to ja Cię potrzebuję, tak jak Ty niedawno potrzebowałaś mnie. Ale mnie tam nie było. Nigdy mnie nie ma. Jestem najgorszym przyjacielem na świecie.
Nie zważam na wilgoć i mgłę, lecz siadam w grubym, wełnianym płaszczu na ławce. Szyję otula mi mocno zawiązany szalik, czuję jak powoli rozpadam się na setki drobnych kawałeczków. W głowie wciąż słyszę głos ojca, dostojny i poważny, wciąż widzę jego zielone oczy pełne gniewu. Oczy tak podobne do moich.
Trochę boję się, że teraz w każdym lustrze będę widział tylko jego odbicie, coś przed czym uciekałem całe swoje życie. Potwora gorszego niż wszystkie potwory. Mroczne widmo. Tyrana, agresora, znienawidzonego przez własną rodzinę. Czuję jak powoli mi odbija. Może powinienem napisać do Samaela?
Obawiam się, że jednak mi nie pomoże. On sam ma teraz własne problemy, gorsze niż którykolwiek z moich. Jak mogę być tak samolubny i patrzeć jedynie na siebie? Jak mogę myśleć o swojej tragedii, kiedy Avery przeżywa właśnie swój personalny dramat złożony z kilkunastu aktów tragedii? Nie, nie mógłbym prosić go o pomoc. Tylko Ty możesz mi pomóc. A może nawet Ty nie będziesz potrafiła. Sięgam jednak po ostatnią deskę ratunku, rozpaczliwie chwytam się kotwicy, która ma utrzymywać mnie przy ziemi, jednak wiem, że wszystko się zmieniło. Powroty zawsze są trudne, kiedy nie wie się dokąd wracasz - ja nie mam bladego pojęcia gdzie się znalazłem. Bo to już nie ta sama Anglia, nie ten sam kraj, nie Ci sami ludzie. I nawet Ty jesteś zupełnie inna. I nawet ja. Może właśnie zwłaszcza ja. Może tak naprawdę nic się nie zmieniło, prócz mnie samego i teraz tylko przez to wszystko wydaje mi się zupełnie inne. Może już nie potrafię być tym samym Alastairem. Może nie potrafię już być samym sobą.
Zakładam nogę na nogę i czekam w milczeniu, pustym i głuchym. Nie słyszę odgłosu płynącej wody, nie słyszę pojazdów za moimi plecami, nie słyszę szumu wiatru w drzewach. Tylko ja, ja sam i moja cisza i bezgwiezdne niebo oglądające cień tego czym się stałem.




Let's stay lost on our way home


Ostatnio zmieniony przez Alastair Nott dnia 13.05.17 17:23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   07.05.17 11:37

Ograniczenie naszego wyboru staje się w pewien sposób ograniczeniem naszej wolności. Czegoś co dane nam odgórnie, czegoś co w połączeniu z godnością staje się wyznacznikiem naszego człowieczeństwa i warunkuje nasze prawo do życia. Obowiązek jest tym co tą naszą wolność odbiera zostawiając tylko skrawki w postaci nic nieznaczących decyzji. W końcu mamy obowiązek bycia szczęśliwym nawet jeśli wydaje nam się, że całe szczęście uleciało wraz z tym co nam odebrano. Obowiązek ten nie dotyczy tylko nas i Lucinda doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W końcu nigdy nie pozwoliłaby by jej problemy w jakikolwiek sposób wpływały na kogoś innego. Ona wolała je rozwiązywać niż się nimi dzielić i zdawała sobie sprawę z tego, że on też nie chciał się z nią nimi dzielić ot tak. Niepewności przysłaniają nam prawdę, a przynajmniej tą, która jest prawdą w naszym mniemaniu. Jednak jeżeli chodziło o nich sprawa zawsze miała się trochę inaczej. Jakaś część jej zawsze miała należeć do niego tak jak i jego część do niej. Wszystko co tyczyło się innych osób nie wpływało na nich. Mogła być obojętna dla innych, mogła przy innych udawać, że życie jest proste, a słońce zawsze z siłą oświetla jej nigdy nieschodzący z ust uśmiech. Mogła dla każdego zakładać maskę tak dobrze znaną jej rodzinie. Przy nim nie mogła. Może to dlatego, że tak dobrze się znali, a może dlatego, że gdyby pozwoliła sobie na to nawet przy nim to nie wiedziałaby już kim tak naprawdę jest. Nie miałaby swojej własnej tożsamości i nie potrafiłaby z tego wybrnąć. Nie odesłała Sennetta z odpowiedzią. Nie mógł mieć żadnych wątpliwości. Jeżeli działa mu się krzywda nawet jeśli tylko wewnętrzna nie zostawiłaby go z tym samego. Nie zawsze było tak, że dzieliły ich kilometry. Nie zawsze było tak, że dzieliły ich wspomnienia. Kiedyś było im łatwiej być dla siebie przyjaciółmi. Łatwiej było mówić o wszystkim bo istniała w nich świadomość, że ta druga osoba już i tak o tym wie. Teraz pewnie niejednokrotnie zastanawiali się nad tym czy powinno się mącić w głowie  tej drugiej osobie. Zasypywać swoimi demonami. Blondynka teleportowała się nad Tamizę szukając wzrokiem przyjaciela. Zastanawiała się co może mu powiedzieć bo przecież doskonale go rozumie i w odpowiedzi przychodzi jej jedynie frustracja, która i ją w takiej sytuacji by zaatakowała. Tego jest za dużo. Wiedziała, że Nott jest człowiekiem czasu. Wiedziała, że jeżeli nie będzie chciał rozmawiać to żadna siła tego z niego nie wyciągnie, wiedziała też, że decydując się na spotkanie z nią w głowie właśnie prowadzi konflikt wewnętrzny. Widząc blond czuprynę i nieobecny wzrok utkwiony w łagodzącej zielenią trawie poczuła się tak jakby to ona była na jego miejscu. Chęć przytulenia go przegrała ze zrozumieniem. Usiadła obok niego nic nie mówiąc. Bez zasypywania pytaniami. Bez prawienia morałów. Bez obiecywania, że wszystko będzie dobrze. Napawając się ciszą, w której unosiło się tak wiele znaków zapytania.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   13.05.17 18:13

Tyle niewypowiedzianych słów. Tyle straconych chwil. To wszystko, wszystko na marne. Bo moje życie było tylko kaprysem, tylko decyzją, podjętą przez kogoś innego. Czy miało jakąkolwiek wartość? Czy z dnia na dzień stawałem się tylko swoim ojcem, swoją matką, nawet swoją ciotką? Czy kiedykolwiek byłem kimś innym? Nie wiem. Nie mam już nawet siły. Nie chcę walczyć, poddaję się - bo nie mogę walczyć z całym światem, choć nie wiem nawet jak bardzo bym chciał. Ale to nie ma sensu. Już nie ma sensu. Nigdy nie miało.
Czuję wilgoć w powietrzu, czuję jak mokre włosy opadają mi na czoło. Nie zamierzam nawet ich odgarniać, nie obchodzi mnie czy zasłaniają mi świat - wolałbym go nie widzieć. Wolałbym być ślepy. Ślepy, a szczęśliwy, potrafiący żyć pełnią życia. Niestety, na liście wielu rzeczy, których los mi poskąpił nie było jednak wzroku. Słyszę trzask teleportacji i nawet nie odwracam głowy. Nie muszę. Nie odpisałaś, ale wiedziałem, że przyjdziesz. Bo zawsze przychodziłaś. Może w obu nas było coś beznadziejnego, coś co wolało nas ku sobie. Teraz nie byłem w Japonii, nie byłem we Francji, nie byłem w Rosji. Ledwie kilkanaście kilometrów, może mniej. Może więcej. Moje życie pełne jest może, jednak nie tego które bym chciał.
Czekam cierpliwie, aż siadasz obok mnie, słyszę Twój równy oddech. Wiem, że wyglądam wręcz żałośnie i że chciałabyś mnie przytulić, ale jestem całkiem wdzięczny, że tego nie robisz. Wtedy rozpadłbym się już na dobre i nikt nie mógłby mnie pozbierać. Bezradnie kładę dłonie na ławce, czując jej zimny dotyk.
- Lucy - mówię, bezsilnie, jakbym tonął i rozpaczliwie chciał się czegoś złapać.
Biorę głęboki oddech i wzdycham, sam do końca nie wiedząc co chcę powiedzieć. Wiem, że zrozumiesz, ale wiem też, że nie do końca. Elizabeth… Twoja kuzynka, moja przyjaciółka, jak mógłbym mieć coś przeciwko takiemu związkowi? Tymczasem wszystko było przeciwko. Kurczowo zaciskam chude palce na krawędzi ławki, czuję jak ostra powierzchnia niemal wbija mi się w skórę.
- Ja już dłużej tak nie mogę - wyjaśniam, choć w istocie nie wyjaśnia to nic.
Podnoszę się z westchnieniem i staję przy barierce. Pode mną rzeka płynie, niewzruszona kolejną personalną tragedią. Opieram się o zimny kamień, przez chwilę spoglądając w dal, na rozmyty angielski krajobraz, przykryty mglistym płaszczem. Dopiero po kilku minutach obracam się znów w Twoją stronę, a w moich oczach lśni jedynie złość i rozpacz.
- Nie mogę tak żyć - dodaję w końcu, z żalem i z wściekłością. - Matka, ojciec, oni wszyscy chcą jedynie kontrolować każdy mój ruch. A już dłużej nie mogę uciekać, nie mam dokąd.
Nie wspominam już nawet o fatalnej w skutkach decyzji opuszczenia przez Wielką Brytanię Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, mojej ostatniej deski ratunku, o zatopieniu ostatniego statku którym mogłem odpłynąć. Nie chcę zasypywać Cię moim problemami, jednak mam już serdecznie dość. Dość wszystkiego. Najchętniej zniknąłbym z Anglii lub chociaż z pola widzenia mojego ojca, ale wiem, że to niemożliwe. Nie dziś. Już nigdy nie będzie. A małżeństwo? To tylko kolejna kara, tylko w tym wypadku, nie jedynie moja. I zaakceptowałbym je, gdybym tym samym nie niszczył życia Lizzie, gdyby to nie było takie... Trudne. Wszystko było teraz trudne.




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   16.05.17 9:00

Lucinda chciałaby, żeby to wszystko było prostsze. Dla niego i dla niej. Chciałaby, żeby to nie los decydował o tym czy będą szczęśliwi czy tylko żyjąc ochłapami rzuconymi przez los mają szczęśliwych udawać. Jako dzieci często myśleli o tym, że nie istnieją rzeczy niemożliwe. Byli z rodzaju tych, którzy nie słuchają zakazów, a na każdą próbę zatrzymania jeszcze uparciej do czegoś dążą. Wszystko było wtedy proste bo chyba oboje doskonale wiedzieli, że nigdy nie będą tacy jak tego chcą inni. Najnormalniej w świecie przestali się starać. Teraz czuła się tak jakby ktoś włożył jej rękę w klatkę piersiową. Jakby ten ktoś objął dłońmi jej serce i nie przestawał go ściskać. Chociaż zewnętrznie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w końcu przyjdzie moment, w którym staną przed obowiązkiem i decyzją im narzuconą to wewnętrznie nie była na to przygotowana. On też nie. Wiedziała, że już o tym rozmawiali i wiedziała, że słowa w tej sprawie nie pomogą. To jak krzyk. Każdy go słyszy, ale nigdy nie rozumie. Można tylko się domyśleć, że osobą go z siebie wyrzucająca… cierpi. Chociaż nie do końca jest pewna co ich sprowadza prosto nad Tamizę wie, że to nie będzie prosta rozmowa. Ostatnio między nimi takie nie istnieją. Kiedy ostatnio byli po prostu sobą? Tymi ukochanymi przez nią wersjami Lucy i Aleka? Wydawało się, że minęły od tego lata. Oboje w ciągłej podróży, oboje w ciągłej ucieczce. Dla niej ta ucieczka skończyła się trochę wcześniej. Bez zapowiedzi. Skończyła się złamanym sercem. Dla niego informacją zmieniającą bieg w życiu. Tworzącą nowe role. Tej roli oboje bali się najbardziej. Kiedy mężczyzna wstaje Lucinda nie podnosi się z ławki. Zwykle tak robi. Zwykle ich rozmowy to ciągłe przemieszczanie się niczym w tańcu złożonym z rozgoryczenia i smutku. Blondynka widzi to jak bardzo jej przyjaciel cierpi. Widzi ile kosztuje go wypowiedzenie chociaż kilku słów kłębiących się w jego głowie i doskonale go rozumie. Czy nie byli w tym tak bardzo podobni? Czy trzymanie wszystkiego w sobie nie jest proste? Szlachcianka składa ręce na kolanach wiedząc, że nie istnieje dobra odpowiedz na jego słowa. Podnosi wzrok na przyjaciela i wie, że nie może zacząć go pocieszać nawet jeśli to byłaby rzecz, którą chciałaby zrobić. Nie może powiedzieć, że będzie dobrze. Nie istnieje teraz nic prócz zrozumienia. Tyle może mu ofiarować. - Nie uciekniesz, Alek. - powiedziała chociaż w jej głosie nie było rezygnacji. Bardziej nadzieja. - Wszyscy wymagają od ciebie tego, że zaakceptujesz ich wybór, a przecież znają cię. Ja cię znam. Oni nie przestaną ci wyrzucać, nie przestaną cię kontrolować dopóki nie będą mieć pewności, że nie muszą. - odparła chociaż te słowa to jak bełkot. Ta sytuacja i dla niej jest trudna. Będziesz miał żoną. Chociaż przez ostatni czas niewiele ofiarowywaliśmy temu światu z własnej przyjaźni to teraz będziemy ofiarowywać jej jeszcze mniej. - Najchętniej kupiłabym ci bilet do Santa Monica, wyprawiła na drugą stronę ziemi by wiedzieć, że to wszystko cię tam nie dotknie. - pokręciła głową i spojrzała na swoje dłonie. To byłoby proste. Zniknąć przy tym tracąc wszystko. - Ale dość uciekania. - westchnęła i wstała podchodząc do mężczyzny. - Może będę najgorszą przyjaciółką pod tym słońcem, ale… nie pozwolę ci już więcej uciekać. - będzie cierpiał. O wiele bardziej niż cierpi teraz. Jeżeli tylko znajdzie jeden promyk nadziei na to, że może być inaczej. Będzie cierpiał. Bo nadzieja jest tylko naszą naiwnością, a ona od naiwności jest chyba specjalistą.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   07.06.17 17:23

Czasem myślę, że nawet jeśli wszystko byłoby prostsze to i tak uważałbym to za zbyt skomplikowane. Takie już było życie. Rzucało Ci pewien pułap trudów, wraz z potężną dawką problemów, a kiedy myślałeś, że nie może już być gorzej, wszystko zaczynało runąć Ci na głowę. Tak mi się przynajmniej zdawało. Nawet będąc dzieckiem byłem ograniczony przez strach i frustrację, przez widmo ojca stale wiszące ponad moją głową i z uwagą śledzące każdy mój ruch. To od niego przede wszystkim starałem się uciec, od niego i od oczu przyglądających się każdej mojej porażce. Jednak nie ważne jak daleko uciekałem, nie ważne kiedy, jak, czym - zawsze były tam ze mną. Nawet siedząc pod przepięknym drzewem wiśni w rozkwicie nie mogłem pozbyć się pewnego wewnętrznego lęku, nie mogłem przestać myśleć, nie mogłem zamknąć oczu i przestać widzieć moich demonów. Bo gdy tylko je zamykałem, wydawały się jeszcze bardziej realne.
Staram się robić dobrą minę do złej gry i nie pokazywać po sobie, jak bardzo wszystko, ale to wszystko mnie boli. Nie mam siły, nie mam już powodu, by trzymać to wszystko w sobie. Potrzebuję gniewu i wolności od tych przeklętych słów, które kumulują się gdzieś wewnątrz mnie. Nie wytrzymuję nawet spojrzenia Twojego wzroku, zamiast tego obracam się, spoglądając w wilgotne korony drzew, po których krople deszczu spływają bez żadnej szkody.
- Od pewnych rzeczy nie da się uciec, Lucinda. Nawet jeśli fizycznie znikniesz, one i tak będą Cię ścigać - mówię, bo przecież to właśnie przed chwilą jej powiedziałem.
Już nie ma ucieczki. Już nigdy jej nie będzie.
- Oni? Nie, nie Lucy. Nigdy nie przestaną, z pewnością nie on - wiesz, że każda pomyłka jest skazą na jego honorze - mam oczywiście na myśli własnego ojca, bo o ile innych tak bardzo to wszystko nie interesuje, to on, on jest tym najgorszym z najgorszych.
Co stało się, że oboje bełkoczemy tak zupełnie bez sensu? Czemu nie potrafimy znaleźć słów, znaleźć uczuć? Jak bardzo się zgubiliśmy?
- Santa Monica wcale nie jest tak daleko. Z pewnością nie dość - dodaję, jakby znudzonym głosem i wzruszam ramionami. - Cóż, nigdzie się nie wybieram. Bynajmniej nie z tego powodu.
Nadzieja jest matką głupich, nadzieja jest tylko złudną iluzją, tylko kłamstwem opowiadanym dzieciom, by je pocieszyć. Nadzieja nie istnieje, przynajmniej ja w nią nie wierzę. Już nie.




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   10.06.17 9:27

Czasami myślała, że to wszystko tak bardzo ich atakowało bo szukali rozwiązania tam gdzie ono nie istniało. Byli uparci jak mało kto i nie potrafili pogodzić się ze zmianą sytuacji na gorsze. Z przegraną. Szukali wyjścia z sytuacji, kolejnych drzwi, które pozwoliłby im na ucieczkę. Sam Merlin jej świadkiem jak bardzo takie uciekanie weszło jej w krew. Robiła to już od dziecka. Uciekała od ludzi, od bliskich, utkwiona we własnym świecie zbudowanym z marzeń i planów. Zbyt śmiałych jak na szlachciankę i zbyt stonowanych jak na dziecko. Może przez to, że zwykle udawało jej się uniknąć najgorszego ciągle na to wszystko skrycie liczyła. Zawsze była trochę zbyt naiwna. Zawsze bardziej wierzyła w ludzi niż ci na to zasługiwali i w sytuacje, które raczej nie były w stanie przynieść jej dobra, którego potrzebowała. Czy naprawdę byłaby taka nieszczęśliwa? Czy naprawdę on byłby taki nieszczęśliwy? Lucinda powrót do Londynu potraktowała jako ostatnią prostą ku końcowi. Wiedziała, że to wypełnione po brzegi przygodą życie właśnie się skończy i chyba to przygotowanie wystarczyło jej by zastanowić się nad własnym życiem. Ciężko było jej przewartościować swoje myśli i założenia bo przecież nic nie miało być już tak idealne i tak przyjemne niż to co już w życiu dostała. A jednak zaczęła się godzić z myślą, że to wszystko kiedyś musi się skończyć. Ona miała jednak na to czas. On niestety niekoniecznie. Kiedy ojciec wezwał go do siebie, zmusił do powrotu… Nott od razu musiał skonfrontować się z sytuacją, w której się znalazł i nie było na to słów pocieszenia dlatego nie chciała tego robić. Nie widziała sensu by wmawiać mu, że w końcu wszystko się ułoży bo nawet jeśli to będzie to tak zaskakujące i tak szokujące, że będą mogli sobie tylko to wyobrazić. Jednak wiedziała, że chce mu powiedzieć cokolwiek. Już wystarczająco długo prowadzi tę wojnę sam ze sobą w środku własnych myśli. Już zbyt długo cierpi już nie tylko ze swojego powodu, ale też z powodu wybranki. To było zbyt skomplikowane aby można było wprost znaleźć w tym jakieś rozwiązanie. Dlatego na jego słowa nic nie powiedziała. Cieszyła się, że nie chce uciekać. Cieszyła się, że rozumiał iż tym razem nie istnieje coś takiego jak dodatkowe przejście czy luka, z której można skorzystać. Lucinda doskonale widzi jak to wszystko go zmienia. Cierpi choć udaje, że to wcale go nie obchodzi. Krzyczy, że potrzebuje by po chwili znowu się oddalić ignorując wszystko co blondynka może mu dać. Pokiwała głową jakby w zrozumieniu chociaż prawdopodobnie nie wie nic na temat zrozumienia. - Więc co jest w tym złego? Czego się tak boisz, Alek? - zapytała po chwili ciszy. Ona choć podzielała jego zdanie o małżeństwie całą sobą to pewnie trochę nawet mu zazdrościła. Trafił mu się diament. Prawdziwy skarb.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   10.06.17 17:38

Mam dość. Nie mam siły, nie mam chęci, nie mam nadziei - nie jestem już nawet uparty. Przyjmuję swój los pogodzony, potulny, choć wewnątrz mnie coś jeszcze walczy. Choć przecież z przeciwnikiem, którego nie da się pokonać - z przeciwnikiem który jest wszędzie, którego nie widać, który jest lepszy, silniejszy i mądrzejszy. Coś się kończy, coś się zaczyna - kończy się wszystko, zaczyna się męka, zło, najgorszy okres mojego życia. Ale cóż zrobić? Nic. Już nic nie da się zrobić. Jestem zły, a tym razem nie pomagasz. W milczeniu analizuję Twoje słowa, ale nie sprawiają one, że czuję się lepiej. Wręcz odczuwam frustrację. Mocniej zaciskam palce na marmurze, próbując jakby rozbić go na części własnymi palcami. Mrużę oczy, przełykam ślinę, chcąc nieco się uspokoić, lecz wtedy właśnie pada Twoje pytanie. Nie wytrzymuję już, po prostu wybucham śmiechem. Szyderczym, zupełnie nieszczęśliwym.
- Co jest w tym złego? - pytam, wciąż się śmiejąc. - Co jest w tym złego? Może raczej czego złego w tym nie ma? Bo chyba wszystko jest złe. Nie widzę żadnych pozytywnych stron.
Mój głos brzmi jeszcze opanowanie, choć powoli moja ściana chroniąca przed wybuchem upada, kruszy się na drobne kawałki. Nigdy bym się nie spodziewał, że przyjdę tu i będziemy się kłócić. Nie, to nie był mój zamiar. Nie tego chciałem. Nie tego potrzebowałem. Ale jak zawsze myślałem tylko o sobie - bo byłem niezmiernie samolubny.
- Niczego się nie boję Lucinda. Boimy się tylko tych rzeczy, których nie znamy - ja zaś jestem doskonale świadom tego co teraz będzie. Nie boję się, jestem zły i sfrustrowany, bo nie mogę nic zrobić z moim życiem. To wręcz śmieszne, że nazywam je swoim, skoro nawet do mnie nie należy - mówię, czując jak mimowolnie ulatuje ze mnie złość.
Przecież to nie Twoja wina. Nie moja. Niczyja. A jednak brzmisz jakbyś doskonale wiedziała co mnie czeka, choć nie masz o tym bladego pojęcia.
- Rozmawiałem z ojcem. Już znalazł mi narzeczoną. Ślub za kilka miesięcy, nie mam nic do powiedzenia - wyrzucam to w końcu z siebie, bo może właśnie tego potrzebuję.
Konfesji. Nie uciekania od prawy, lecz wreszcie się na nią zdecydowania. To co było, już było i nic tego nie zmieni.




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   16.06.17 17:36

Łatwo było marzyć o spokojnym życiu. Takim wyśnionym przez nas samych gdzie wolność nie jest tylko ograniczeniem, którego nigdy nie dane nam będzie poznać, a rzeczywistością. Łatwo było wyciągnąć rękę do tego co mogłoby zaistnieć w naszym życiu, ale to tylko nasza wyobraźnia chcąca  kolejny raz pozwolić nam zajść tam gdzie nigdy nie zajdziemy. Lucinda już to rozumiała. Po tym wszystkim co ją spotkała objęła dłońmi realność i nie chciała jej puścić. Prawdziwe życie, które pukało do jej drzwi zbyt długo, a ona nie miała odwagi ich otworzyć. Mówią, że jeśli nie otworzysz drzwi to prędzej czy później wejdą oknem. Czuła się skołowana. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo się zmienił. Czemu cierpiał. Chociaż podświadomość podsuwała jej już pewne wnioski to i tak póki te słowa nie rozbrzmiały mogła oszukiwać się, że to nie dzieje się naprawdę. Nie chodziło o to, że mogłoby ją to zaboleć. Rozmawiali już na ten temat i dobrze wiedziała, że nic innego nie mogłoby wyprowadzić go tak bardzo z równowagi. Jednak wszystkie słowa, które powiedziała mu wtedy w parku były czysto hipotetyczne. Nie myślała, że rady i dobre słowa tak szybko zmienią się w gorycz pocieszenia. Traciłeś mój przyjacielu, traciłeś tak wiele. Blondynka nic nie mówią wsłuchała się w jego słowa. Nic nie było przecież w stanie zablokować rosnącej w nim frustracji. Ona po prostu była i on musiał ją z siebie wyrzucić jeżeli chciał podejść do tego w jakikolwiek racjonalny sposób. Czy można było mówić tu o byciu w jakimkolwiek stopniu racjonalnym? Chyba nie. To wręcz śmieszne, że nazywam je swoim, skoro nawet do mnie nie należy. - Nie jest to coś o czym dowiadujesz się po raz pierwszy. Całe życie… tak wyglądało. Nie pamiętasz już, Alek? Jesteśmy pionkami w dłoniach naszych rodziców i naszego rodu. - powiedziała choć na usta cisnęły jej się mocniejsze słowa. Wiedział dobrze, że istniało inne wyjście. Jeżeli tak bardzo chciał swojego życia mógł to wszystko rzucić. Zostawić Londyn za sobą. Stać się kimś innym. Szlacheckie urodzenie to nie tylko ciężar noszony na ramionach. To duma, którą czerpiemy z nazwiskach, rodziny, historii. Lucinda zrobiłaby to samo. Stałaby i nienawistnie przyglądałaby się światu przed sobą bo przecież zabraliby jej jedyną namiastkę tego co jej, ale nigdy też nie zrobiłaby nic co mogłoby przynieść hańbę jej rodowi. To była właśnie wrodzona hipokryzja blondynki. Od upragnionego życia dzielił ją krok. Lecz ten krok kosztował ją wszystko. - Już? - zapytała zaskoczona. - Tak szybko? - jeszcze niedawno rozmawiali o tym kim mogłaby być ta kobieta. Jakby wczoraj przekonywała go, że nie powinien zamartwiać się na zapas. - Widocznie twój ojciec już wcześniej musiał układać się z nestorem. Kto to jest? Czy to będzie aż tak okropne? - zapytała marszcząc delikatnie brwi. Łudziła się, że nic już jej w życiu nie zaskoczy.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ławki nad Tamizą   16.06.17 21:38

Spokojne życie? Nie, o nim nawet nie śmię śnić. Choć byłoby i nudne w wielu aspektach. Ale nie mógłbym prosić o tak wiele - chciałbym tylko choć niewiele swobody, choćby w tym aspekcie życia, który powinien być najważniejszy. Powinien, ale nie jest, zmniejszony do roli politycznych konszachtów, wykorzystywany jak towar w sklepie. Takie już jest życie arystokraty: wiele dostajesz podane na złotej tacy, ale jeszcze więcej Ci się zabiera. Prycham głośno, powoli mając dość tego wszystkiego. Także Twoich mądrości. Zachowujesz się jakbyś pogodziła się ze wszystkim, jakbyś nie chciała już walczyć. Akceptowała wszystko to jakbyś była kimś zupełnie innym.
- Myślisz, że to, że nie dowiaduję się o tym po raz pierwszy naprawdę ma tu cokolwiek do powiedzenia, Lucindo? To, że całe moje życie to pasmo nieszczęść i jestem tylko pionkiem w rękach mojego ojca doskonale wiem, dziękuję, że mi przypominasz. Ale to nie znaczy, że muszę to akceptować - mówię karcąco i obracam się do Ciebie tyłem.
Nie chcę nawet patrzeć na Twoje jasne włosy i nawet na Twój pocieszający wzrok. Jakby pełen litości. Zachowujesz się jak oni wszyscy. Jak wszyscy Ci, którymi tak bardzo gardzę. Którymi, jak mi się zdawało, oboje gardzimy. To ten gniew, kumulujący się we mnie przez lata sprawia, że nie myślę jasno. Ta rozmowa nie miała tak wyglądać, a ty niestety stałaś się jego ofiarą. Mam dość patrzenia na to jak nisko upadliśmy, my oboje. Kiedy z wojowniczej, pełnej energii kobiety stałaś się kimś kto nawet nie próbuje? Nie próbuje, tylko akceptuje. Złe emocje sprawiają, że świat jest przerysowany, czarno-biały i pozbawiony jakichkolwiek kolorów. Nie potrafię. Nie potrafię dalej ciągnąć tej rozmowy - jest dokładnym przeciwieństwem tego, czym powinna być.
- Już - urywam tylko, szybko i krótko, przenosząc cały ciężar ciała na ręce, którymi opieram się teraz o balustradę.
Gdyby sam gniew mógł niszczyć mury, z pewnością wpadłbym już do rzeki. Zresztą ta wizja wydaje mi się czasem kusząca. W momentach takich jak ten wizja rzeki wydaje się być milsza od ciągnięcia dalej tego wszystkiego. A jednak nie upadam. Bo w przeciwieństwie do Ciebie wciąż się opieram. Wciąż walczę.
- To będzie o wiele gorsze, niż okropne - rzucam, nieco już spokojniejszy. - Ożenię się z Elizabeth, a ponieważ jej obecne poglądy są całkowicie sprzeczne do tych wyznawanych przez moją rodzinę, będzie przez rzeczywistość brutalnie zmuszona do porzucenia ich. I całego swojego dawnego życia.
Wzdycham głęboko i postępuję kilka kroków do przodu. Pozwalam żeby wiatr mierzwił mi włosy, żeby opadały mi na czoło, niemal zasłaniając pole widzenia.
- Ja... Przepraszam, Lucy. Nie mogę dalej ciągnąć tej rozmowy. Myślałem, że mi pomoże ale efekt jest wręcz przeciwny - dorzucam jeszcze cicho, jakby bojąc się to zaakceptować.
I zanim zdążę się nawet pożegnać rozlega się głośny trzask teleportacji, a ja znikam bez śladu. Bo tak będzie lepiej - nie chcę niszczyć jeszcze jednej relacji kolejnymi słowami pochopnie wypowiedzianymi w gniewie.

z.t




Let's stay lost on our way home
Powrót do góry Go down
 

Ławki nad Tamizą

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Nad Tamizą.
» Most nad Tamizą
» Ławki pod wielkim drzewem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17