Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Deptak nadmorski, Mersea Island

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Deptak nadmorski, Mersea Island   17.07.17 1:38

First topic message reminder :

Deptak nadmorski

Mersea Island to jedna z czterech dużych wysp należących do hrabstwa Essex. Dla mugoli wyspa wydaje się być całkowicie nieatrakcyjna, kiedy tak naprawdę leżą na niej dwie magiczne nadmorskie miejscowości. Dodatkowo na wyspie znaleźć można niezliczone ilości salamander plamistych, które znajdują się w herbie lordów Essex - Selwynów. Wzdłuż jej południowego brzegu ciągnie się nadmorski deptak okalający miejscowość Mersea West. Deptak rozpoczyna się na plaży co czyni go idealnym miejscem na spacer po całym dniu wylegiwania się na piasku. Wzdłuż deptaka ciągnie się szpaler małych domków mieszkalnych, miedzy którymi od czasu do czasu natknąć się można na prowadzone przez miejscowych restauracje serwujące ryby i owoce morza. Nie są zbyt drogie, jednak można w nich spożyć naprawdę dobry posiłek przygotowany ze świeżych, lokalnych produktów.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
29
20
0
1
0
0
6
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Deptak nadmorski, Mersea Island   02.12.17 13:26

Sophia nie mogła narzekać na brak swobód. Mogła robić ze swoim życiem co tylko zechciała, oczywiście pod warunkiem, że nie zboczyłaby na żadną złą ścieżkę. Ale tego robić nie zamierzała, wytrwale wierząc w rodzinne wartości i chcąc czynić dobrze. Jej życie osobiste na tym cierpiało, ale może rzeczywiście była jej pisana samotność? Bycie aurorem (i jednocześnie członkinią Zakonu Feniksa) wiązało się z pewnymi wyrzeczeniami, ale była na nie gotowa, wybierając taką ścieżkę. Czasem tylko dopadała ją nostalgia za tym, co utraciła; tak było i teraz, gdy przechadzała się nadbrzeżem Mersea, wspominając dawne chwile spędzone z rodzicami, którzy pół roku temu pożegnali się z tym światem.
W pracy zawsze trzymała się w ryzach. Nie mogła pozwolić sobie na słabość, tym bardziej, że była kobietą, a więc i tak niektórzy przyglądali się jej baczniej i powątpiewali w jej uzdolnienia. Musiała starać się podwójnie, żeby móc zaistnieć w zawodzie powszechnie uważanym za męski. Tylko będąc daleko od pracy mogła sobie pozwolić na chwilę odprężenia i nostalgii za tym, co było i nie wróci, była zresztą całkowicie pewna że nie napotka tu nikogo znajomego.
Niestety złośliwa mucha uparcie mąciła te chwile spokoju i oderwania od codzienności wypełnionej pracą. Sophia próbowała się jej pozbyć i gdy już myślała, że ją ma, zdarzyło się coś wyjątkowo niefortunnego. Owszem, rozkwasiła muchę... niestety na twarzy przypadkowego przechodnia.
Choć nie należała do płochych i nieśmiałych osób, natychmiast poczuła się cholernie głupio, gdy tylko się odwróciła i zobaczyła mężczyznę trzymającego się za nos. Miał zbolałą minę, co wskazywało na to, że uderzyła go naprawdę mocno, być może nawet łamiąc mu nos.
- Naprawdę przepraszam! – rzuciła szybko, nie chcąc, by myślał, że napadła go w taki sposób celowo. Nie miała w zwyczaju bić przypadkowych przechodniów; jeśli musiała używać fizycznej siły, to tylko wobec uciekających, stawiających opór lub atakujących ją przestępców. Choć nawet wtedy wolała posługiwać się magią, przynajmniej póki nie nadeszły anomalie. Ale jak się okazało trochę siły miała, skoro jej dłoń doprowadziła do takich szkód na twarzy mężczyzny... który po chwili wypowiedział jej nazwisko.
- Tak... To ja – potwierdziła, przyglądając mu się bardzo uważnie i w końcu dopasowała tę obecnie nieco zniekształconą twarz do obrazu ze wspomnień: młodego, szczupłego i wysokiego mężczyzny, który był na spotkaniu Zakonu Feniksa. Najmłodszy gwardzista, stażysta uzdrowicielstwa, który, o ile jej pamięć nie myliła, nazywał się Selwyn. Młody mężczyzna, który wypowiadał się całkiem rozsądnie podczas trwającej wtedy kłótni, a jego spojrzenie sugerowało większe doświadczenie życiowe niż mógł na to wskazywać wiek. – Wiem, jak niefortunnie to wygląda, ale nie zrobiłam tego celowo, panie eee... Selwyn. Tu naprawdę była mucha... – zerknęła na swoją dłoń, oprócz nikłych smug krwi znajdując musze skrzydełko. Reszta truchła owada przykleiła się do policzka mężczyzny. Przynajmniej się jej pozbyła... tylko szkoda, że w taki sposób. Ale dobrze, że pozostały jakieś ślady owada, bo jeszcze mężczyzna byłby gotów pomyśleć że Sophia miała omamy, a to dla jej pracy naprawdę nie byłoby korzystne. – Ma ją pan na twarzy – dodała więc, mimo całej niezręczności sytuacji uśmiechając się kątem ust. Miała ogromną nadzieję, że młody Zakonnik się na nią nie gniewa. Zależało jej na dobrych stosunkach z innymi członkami organizacji.
Patrzyła, jak mężczyzna sprawnie nastawia i leczy sobie nos. Była na tyle odporna na przykre widoki, że nawet się nie wzdrygnęła, a nos po chwili wrócił do normalnego stanu. Przynajmniej nie musiała sama brać się za próby leczenia; nie ufała swoim umiejętnościom leczniczym jakoś mocno, zwłaszcza odkąd zaczęły się anomalie. Musiała kiedyś chyba odrobinę odkurzyć znajomość tych kilku podstawowych zaklęć których nauczył ją jeszcze James.
- Cóż... mam nadzieję, że już się naprawił? – zapytała, żeby się upewnić. – Nie spodziewałam się, że mogłabym tu spotkać kogokolwiek znajomego, nawet słabo. – Nie mówiąc o złamaniu takiej osobie nosa. No cóż, dziwne przypadki się zdarzały.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 http://www.morsmordre.net/t999-fumea http://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 http://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu http://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Deptak nadmorski, Mersea Island   07.12.17 0:01

Zerkałem raz po raz na dziewczynę w trakcie ekspertyzy stanu uszkodzenia mojego nosa. Trafiłem jednak w jej personalia, mogłem więc odetchnąć z ulgą - nie popełniłam faux pas i rzeczywiście miałem do czynienia z panną Sophią. Podjąłem próbę przywołania w pamięci czegoś więcej o niej, jednak jedynym co mi z tego przyszło był fakt, że była aurorem. Tyle.
- Och, nie. Tylko nie pan Selwyn, błagam. Mam na imię Alexander - powiedziałem, zostawiając na moment badanie połamanych kości i wyciągając prawą dłoń do Sophii. Kiedy podała mi dłoń w typowym dla arystokratów geście uścisnąłem dłoń niewiasty - tę samą, która tak skutecznie wyrządziła mi krzywdę.
Nastawianie i zrastanie kości nigdy nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy w pracy magomedyka. Na pewno nie dla pacjentów, ma się rozumieć. Moment, w którym to nagle ja potrzebowałem takiego postępowania nie był na pewno tym, który po latach będę ciepło wspominał. Ból był paskudny, o wiele gorszy niż przy złamanych palcach bądź nadgarstku - wielokrotnych złamaniach. Naprawdę, już lepiej dziesięć razy złamać palec niż raz nos. Serce waliło mi jak szalone, kiedy w końcu prostowałem się, by znów spojrzeć na Sophię i podjąć próbę zrośnięcia kości zaklęciem. Wtedy też poczułem namiastkę stresu, bowiem czarowanie po wybuchu magii było dość ryzykowną rzeczą i nigdy nie było wiadomo, czy przypadkiem czegoś się nie pogorszy zamiast poprawić. Dlatego więc, kiedy wypowiedziana przeze mnie inkantacja rozbrzmiała w powietrzu, a charakterystyczne dla magii uzdrawiającej mrowienie rozeszło się po moim ciele, wstrzymałem oddech. Nic nieprzewidzianego się jednak nie wydarzyło - mogłem więc odetchnąć z ulgą i schować różdżkę. - Już wszystko naprawione - oznajmiłem, kiedy wtem ona wyjawiła mi prawdę o tym, gdzie znajdowała się mucha. Zmarszczyłem brwi. Jak to, na twarzy?
Podążając za jej wzrokiem uniosłem rękę do twarzy i faktycznie, na moim policzku znalazłem całkiem nieżywą już muchę. Uniosłem brwi i z nieodgadnionym wyrazem twarzy powiodłem spojrzeniem to od owadziego trupa, to do Sophii. Ostatecznie jednak absurd sytuacji mnie przerósł i wybuchnąłem serdecznym śmiechem.
- Przynajmniej już nikogo nie zirytuje. Cieszę się, że mogłem pomóc - oznajmiłem rozbawiony, strzepując resztki muchy z dłoni i wycierając twarz rąbkiem rękawa płaszcza. Sięgnąłem po torbę, która upadła na ziemię, a po zarzuceniu jej na ramię spojrzałem ponownie na aurorkę. - Skoro więc już zdarzyło się coś tak niespodziewanego, jak spotkanie znajomej twarzy, to może zaproponuję wspólny spacer? - zapytałem, uśmiechając się. Tak czy siak miałem ochotę się przejść, a w towarzystwie byłoby mi raźniej. Czułem powoli zbliżającą się do mnie kolejną depresyjną falę, która pewnie apogeum osiągnie wieczorem - kiedy będzie cicho, ciemno i samotnie.
- Lubię tu przychodzić. Nie mam daleko, a to miejsce zapewnia mi anonimowość i spokój od pozostałych mieszkańców posiadłości - wytłumaczyłem pokrótce moją obecność na Mersea, zerkając na Sophię. - A co sprowadza tu ciebie? - zagadnąłem, kiedy szliśmy deptakiem wzdłuż plaży.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
29
20
0
1
0
0
6
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Deptak nadmorski, Mersea Island   07.12.17 17:41

Wyglądało na to, że Selwyn przyjął sytuację zaskakująco spokojnie; większość ludzi po czymś takim zapewne obrzuciłaby ją wiązanką wyzwisk, z których „niezdara” zapewne byłaby najłagodniejszą. Był to jednak nieszczęśliwy i z pewnością niezamierzony wypadek. Sfrustrowana brzęczącą za uchem muchą włożyła zbyt dużo siły w próbę pochwycenia jej, a młody mężczyzna na swoje nieszczęście znalazł się akurat w zasięgu jej dłoni. Nie miała w zwyczaju atakować przypadkowych ludzi, choć słyszała o aurorach z długim stażem, którzy byli tak mocno dotknięci paranoją, że rzeczywiście doprowadzali do takich sytuacji, dopatrując się złych zamiarów w nawet zupełnie niewinnych gestach. Miała nadzieję, że sama nigdy taka nie będzie.
- Dobrze, Alexandrze. A ja jestem Sophia – dodała z lekkim uśmiechem; zdecydowanie wolała tą swobodną, bezpośrednią formę niż suche, brzmiące bardzo oficjalnie „panno Carter”. Rzadko kto się tak do niej zwracał; znajomi i rodzina z reguły mówili do niej po imieniu, a aurorzy częściej zwracali się do niej po prostu po nazwisku, z pominięciem tej „panny”, przypominającej niejako, że miała w poważaniu typowo kobiece zobowiązania i pozostawała samotna, oddając się pracy.
- To dobrze. Muszę przyznać, że moja znajomość czarów leczniczych nie jest zbyt imponująca. Dobrze jednak, że są tacy uparci ludzie, którzy dają radę przejść przez uzdrowicielski staż i nauczyć się leczenia jak należy – rzekła jeszcze, gdy okazało się, że anomalie nie dały o sobie znać i nos udało się łatwo naprawić. Gdyby mężczyzna nie był uzdrowicielem to pewnie Sophia musiałaby sięgnąć do swojej skromnej znajomości podstaw, z których korzystała, gdy akurat nie było jej po drodze do profesjonalistów. Ze zwykłymi siniakami i otarciami nie warto było kłopotać zapracowanych uzdrowicieli, skoro mogła sama się połatać. Niestety i tak często musiała gościć w Mungu, kiedy działo jej się coś, z czym już nie mogła sobie poradzić sama. Praca aurora do najbezpieczniejszych nie należała i łatwo było o urazy.
Patrzyła, jak Alexander szybko pozbył się resztek muchy ze swojej twarzy, i gdy nagle się roześmiał, także wybuchnęła śmiechem, choć gdy zaproponował spacer, ucichła i spojrzała na niego ze zdziwieniem, mrugając szybko. Zaledwie kilka minut temu niechcący złamała temu mężczyźnie nos, teraz tak po prostu zapraszał ją na spacer. Zaskakujące, prawda? Ale wiedziała, że powinna mu zaufać i postarać się o zatarcie początkowego pewnie nie najlepszego wrażenia. Był przecież w Zakonie, i z pewnością nie przeszedłby próby, gdyby miał serce po niewłaściwej stronie. Komu miała w tych czasach zaufać, jak nie ludziom, którzy ryzykowali we wspólnej sprawie?
- Oczywiście, chętnie się kawałek przejdę. Nie co dzień mam okazję spacerować z... niedoszłą ofiarą. – Kącik jej ust lekko drgnął, zgodziła się jednak na nieoczekiwaną propozycję. – Ja nie byłam tutaj... od bardzo dawna. Ale pamiętam to miejsce, bo przed laty w wakacje zabrali mnie tu rodzice. Właśnie tak to pamiętałam. Plaża, deptak... i morze. W Londynie nie mam takich atrakcji, a ostatnio nieczęsto opuszczam miasto. Mam... dużo pracy – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiał cień nostalgii, gdy zdała sobie sprawę, że już nigdy nie uda się nigdzie w towarzystwie rodziców. Już zawsze miała iść przez następne lata samotnie, tak jak i jej brat, choć on zapewne wkrótce ułoży sobie życie. – Więc to właśnie w tych okolicach zamieszkują Selwynowie? – zapytała z ciekawością, ale że nigdy nie interesowała się szlacheckimi rodami, nie pamiętała, jaki obszar był miejscem zamieszkania jakiej rodziny.
Przeszli kawałek, a Sophia zastanawiała się, kim właściwie jest jej młody towarzysz. Co takiego sprawiło, że postanowił przyjąć na siebie tak ryzykowne i poważne zobowiązania? Wiele pytań mogła chcieć mu zadać, ale coś ją powstrzymywało; zamiast tego starała się po prostu słuchać, co miał jej do powiedzenia.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 http://www.morsmordre.net/t999-fumea http://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 http://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu http://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Deptak nadmorski, Mersea Island   07.01.18 19:55

Uśmiechnąłem się już, posklejany, bez trupa muchy na twarzy i prezentujący się ogólnie tak, jak na czarodzieja o moim statusie i zawodzie przystało: elegancko.
- Miło mi cię poznać w takim razie, Sophio. Jest to na pewno najbardziej niesztampowe poznanie, jakiego w życiu doświadczyłem - zaśmiałem się, podnosząc z ziemi moją torbę, po czym otrzepałem ją dokładnie i po raz wtóry spojrzałem na Sophię.
- Z twoich słów wnioskuję jednak, że coś z magii leczniczej umiesz, a i to nie jest wszystkim dane - odparłem, unosząc ku górze jedną brew. - Byłem uparty, bo nie przychodziło mi za bardzo do głowy, co innego mógłbym ze sobą zrobić. No, ewentualnie zostawał teatr, ale to nie do końca godne zajęcie, jak mawia ciotka Brunhilda - powiedziałem, kiedy zaczęliśmy kierować nasze kroki wzdłuż deptaka, podejmując decyzję o skorzystaniu z pogody w należyty sposób, skoro już pojawiło się towarzystwo do spaceru i dysputy. Uwielbiałem Mersea o tej porze roku, przełom maja i czerwca ogólnie uważałem za najpiękniejszy czas w roku. Tutaj zaś wiosnę można było naprawdę poczuć, wciągnąć ją do płuc, napawać się nią i upijać kwitnącymi w przybrzeżnym pasie roślinności kwiatami.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową, usłyszawszy jej refleksję na temat morza. Mi od zawsze było ono bliższe, mieszkałem całe życie w spokojnym hrabstwie Essex - nauki w szkole oczywiście w to nie wliczając, bo jakżeby tak - toteż przebywanie poza tłocznymi ulicami Londynu, z dala od zgiełku miasta przychodziło mi o wiele bardziej naturalnie. Było to oczywiście czymś, co doceniałem, jednak nie było też z kolei aż tak porywające.
- Mam przyjaciółkę, która również chce zostać aurorką i wyobrażam sobie, jaki masz natłok obowiązków. Popieram jednak pomysł złapania oddechu właśnie tutaj, bo i nigdy nie wiadomo, z kim przyjdzie nam spacerować. Znaczy się- ech, znów metaforyzuję - westchnąłem, kręcąc głową. - Chciałem powiedzieć, że wychodząc gdziekolwiek może stać się cokolwiek. Dzisiaj to już w ogóle jest niezwykle, dawno nie miałem takich atrakcji - powiedziałem ze śmiechem, patrząc przed siebie, w ostrą linie horyzontu majaczącą gdzieś ponad piaskiem, a poniżej chmur. - Polecam jednak to miejsce również poza sezonem czy w mniej pogodne dni. Zwłaszcza śnieżną zimą Mersea jest nie do poznania. Kiedyś nawet zamarzło morze w zatokach i można było przejść się kilkanaście metrów od lądu - powiedziałem lekko zamyślony, powracając do wspomnień sprzed wielu długich lat. Od obrazów z przeszłości oderwało mnie pytanie, na które zaraz potaknąłem, tym samym potwierdzając jej domysł.
- Selwynowie są lordami hrabstwa Essex od czasów powstania rodu. Rezydujemy w pałacu służącym kiedyś jako letnia rezydencja króla Henryka Ósmego. Jego nazwa brzmi Beaulieu, czy też raczej New Hall po angielsku - powiedziałem, pokrótce przedstawiając Sophii, kim są Selwynowie. Zaraz jednak, dość nagle, złapałem ją za ramię.
- Popatrz tam - wskazałem drugą ręką na skraj deptaka, gdzie na kamieniu wygrzewała się żółto-czarna salamandra. Tuż obok natomiast można było ujrzeć kolejną jaszczurkę, barwy pomarańczowej. - Jest ich mnóstwo na całej wyspie, wystarczy się rozejrzeć. Salamandry stanowią symbol rodowy Selwynów - powiedziałem, po czym łapiąc palcem za łańcuszek na szyi, pokazałem pannie Carter wisior przedstawiający czarno-czerwoną salamandrę owiniętą wokół jaja, które wykonane zostało z czerwonego kryształu. Zaraz jednak ruszyliśmy dalej, pozostawiając gady za sobą.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
29
20
0
1
0
0
6
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Deptak nadmorski, Mersea Island   07.01.18 22:16

Sophia mimowolnie się uśmiechnęła. Warto było podtrzymać tę konwersację, w końcu miała do czynienia z członkiem Zakonu Feniksa. Z członkiem który zdążył udowodnić swoją wartość przez tajemniczą Próbę, podczas gdy Sophia była w organizacji dopiero kilka tygodni i wciąż jeszcze nie miała okazji znacząco jej się przysłużyć, ale miała zamiar to zmienić gdy tylko nadarzy się okazja do działania. A wtedy być może pewnego dnia przyjdzie stanąć jej u boku Alexandra Selwyna i innych w walce o lepsze jutro.
- Miejmy nadzieję, że kolejne spotkania nie będą tak niefortunne i kończące się obrażeniami – rzekła, unosząc lekko kącik ust w wyrazie uśmiechu. – Umiem co nieco, choć zdecydowanie nie mogę tego nazwać profesjonalnymi umiejętnościami. Nie przeszłam uzdrowicielskiego kursu, ale podczas pobytu w Ameryce kilka lat wstecz ktoś... bliski nauczył mnie podstaw anatomii i magii leczniczej. – Przez jej twarz przemknął ledwie dostrzegalny cień, gdy przed oczami przesunęło się wspomnienie Jamesa. Jedynego mężczyzny, który nie był tylko kolegą czy kumplem, a stał się kimś zupełnie innym. Ukochanym. Narzeczonym, którego odebrała jej czarna magia i nigdy nie zidentyfikowany czarodziej. Ale za czasów ich niemal dwuletniego związku zdążyła zaliczyć krótki epizod fascynacji uzdrawianiem, bo James był naprawdę znakomitym uzdrowicielem i wspaniałym, dobrym człowiekiem któremu udało się sprawić, by zdeklarowana chłopczyca obojętna na męskie wdzięki odkryła że jednak potrafi się zakochać. – Teraz przynajmniej umiem połatać sobie siniaki i drobne rany po aurorskich akcjach. To naprawdę się przydaje, kiedy nie trzeba biegać ze wszystkim do Munga. Ale jestem pewna, że uzdrowiciele są bardzo cenni... dla naszych wspólnych przyjaciół. – Bo była pewna, że tak właśnie było. Zakon potrzebował nie tylko walecznych aurorów, ale też uzdrowicieli, alchemików i wielu innych.
Och, gdyby Sophia wiedziała że za kilka dni spadnie śnieg i cały kraj będzie tonąć w białym puchu! Teraz jednak jeszcze syciła się tym letnim widokiem, choć można było odnieść wrażenie, że zrobiło się nieco parno i niebo poszarzało nad horyzontem, zwiastując rychłe nadciągnięcie burzy. Te w ostatnich dniach wcale nie były taką rzadkością.
- To nie jest łatwa praca, nie bez powodu nie wszyscy kursanci docierają do końca szkolenia. Ale wydaje mi się, że z uzdrowicielstwem chyba jest podobnie, prawda? W każdym razie, żywię nadzieję że twojej przyjaciółce uda się pomyślnie przejść kurs i zostać pełnoprawnym aurorem. Może nawet ją znam? Niekiedy kursanci są przydzielani z nami na akcje. – Sama nie dostała się nawet na podstawowy kurs, kiedy w Ameryce pod wpływem fascynacji pracą Jamesa chciała na takowy pójść. Dopiero po tym niewypale przekonała się, że się pomyliła i że to nie jest jej ścieżka ani jej marzenie. Ale była wtedy jeszcze młoda i głupia, musiała się sparzyć by zrozumieć swój błąd. – Cóż... Ostatnimi czasy każdy dzień na swój sposób zaskakuje i nigdy nie wiem, co mnie spotka. Anomalie trochę wykrzywiły naszą rzeczywistość. A wychodząc na akcje w terenie nie wiem nawet, czy wrócę jeszcze do domu, czy może do mojego brata zapuka smutny urzędnik i przekaże mu wieści o mojej tragicznej śmierci – znów uśmiechnęła się krzywo, wspominając przelotnie dzień, kiedy to do niej zapukał smutny urzędnik, by powiedzieć że jej rodzice zostali znalezieni martwi. A trzy lata wcześniej przeżyła to w związku z Jamesem. Dlatego sama raczej nie chciała się z nikim wiązać i sprawiać mu później bólu. – Przepraszam, to taki chwilowy przebłysk czarnego humoru. Jednak będąc aurorem żyję ze świadomością... ryzyka, z jakim się to wiąże. Ta praca jeszcze bardziej zmusza do tego by lepiej wykorzystać każdy dzień i cieszyć się z dobrych chwil. – I na swój sposób próbowała się z tym oswoić, więc nic dziwnego, że aurorzy czasem sami sobie żartowali z takich rzeczy, co jednak było dość ironiczne, i niestety rzeczywiście nie tak rzadkie były przypadki śmierci podczas akcji. Za czasów swojej pracy, trwającej niecały rok, już kilku kolegów po fachu straciła. Choćby tragicznie zabitych Potterów czy bliskiego przyjaciela swojego brata, który zginął w marcu. Miesiąc temu prawie straciła też brata i tylko cudem wyszedł z tego cało.
Zaśmiała się nerwowo. Tak naprawdę nie było jej teraz zbyt wesoło, ale może po prostu rzeczywiście zbyt dużo ostatnio myślała o wszystkim. Ale choć Selwyn był jej obcy mimowolnie mu zaufała na tyle, żeby nawiązać konwersację i podzielić się tymi kilkoma gorzkimi myślami które akurat jej się nasunęły – bo wiedziała o jego przynależności do Gwardii. A komu w Zakonie mieli ufać, jeśli nie sobie nawzajem? To była zresztą tylko zwykła rozmowa po jakże zaskakującym spotkaniu.
Po chwili jednak umilkła, by z ciekawością wysłuchać jego opowieści o siedzibie Selwynów i także dostrzegła jaszczurkę, czy raczej salamandrę, podobną do tej przedstawionej na naszyjniku mężczyzny.
- Robi wrażenie – przytaknęła, zastanawiając się mimowolnie jak wyglądało jego życie. Czy musiał znosić dużo zakazów i nakazów? Czy rodzina wiedziała o jego podwójnym życiu? – Choć sama nigdy nie miałam do czynienia z dworskim życiem. Moja rodzina ma amerykańskie korzenie, sprowadziliśmy się tutaj pod koniec dziewiętnastego wieku – dodała; oczywiście zanim Carterowie trafili do Ameryki to żyli w Anglii, ale później osiedli na długi czas w Stanach, i dopiero w drugiej połowie XIX wieku część z nich zdecydowała się wrócić na Wyspy, a część pozostała; podczas swojego dwuletniego pobytu na ziemiach przodków miała okazję poznać członków amerykańskiej gałęzi rodziny. I choć żadne z nich nigdy nie miało nic wspólnego ze szlachectwem, również mieli swoją historię.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
 

Deptak nadmorski, Mersea Island

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Nabrzeże w pobliżu Hart Island

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18