Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 "Pod ziemią"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: "Pod ziemią"   17.07.17 1:51

"Pod ziemią"

Niegdyś miejsce to stanowiło podziemny łącznik pomiędzy Pokątną a mugolską częścią Londynu. Aktualnie przejście zostało zaadoptowane na sprzyjające prywatności miejsce spotkań czarodziejów. Na pierwszy rzut oka zwyczajowe "Pod ziemią" przypomina karczmę — znajduje się tu wąski bar z niewielkim zapleczem usytuowany w jednej z wnęk, a wzdłuż ścian ustawione zostały stoły, przy których można napić się ognistej whisky, a także zjeść niezbyt wymagającą strawę. W tunelu znajduje się wiele świec stanowiących jedyne źródło światła, a z sufitu zwisają otwarte klatki, w których częściej śpią nietoperze niż sowy. Miejsce to nie jest tłumnie odwiedzane, ale zawsze można tu spotkać czarodziejów lubujących się w rozmaitych zakładach i kościanych grach.
Możliwość gry w kościanego pokera.


Powrót do góry Go down
Minnie McGonagall
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1950-minerwa-mcgonagall http://www.morsmordre.net/t1967-niktymene#27808 http://www.morsmordre.net/t1966-minnie http://www.morsmordre.net/f264-maxwell-lane-17 http://www.morsmordre.net/t3213-minnie#53350
kariera naukowa
20
Półkrwi
Panna
Be careful as you go,
cos little people grow.
10
5
0
0
23
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   11.09.17 14:53

Ale to nie wystarczyło. Wiedziała, że to jej wina, mdły promień zaklęcia, jaki wypłynął z jej różdżki był niczym w porównaniu do mocy Benjamina - i to nie była kwestia złego dnia a nikłych umiejętności, najczystsza biała magia była jej znana ledwie co, zdecydowanie zbyt słabo jak na kogoś, kto pretendował do obrońcy słabszych w melodię śpiewu Feniksa. Nie zdążyła przeprosić ani nabrać w usta powietrza, kiedy ściany wokół się zatrzęsły, a ona kątem oka dostrzegła zmaterializowaną istotę, równie makabryczną, co poprzednio; serce stanęło, twarz pobladła, krew zawrzała w żyłach, uderzając tępym pulsowaniem w skroń - traciła równowagę, lecz nie potrafiła zareagować, wyrwana z tego nagłego odrętwienia dopiero szarpnięciem ramienia przez Bena. Długie lata spędzone przede wszystkim nad książkami nie wykształciły w niej refleksu, który mógłby pomóc jej ocalić się samej w sytuacji takiej jak ta. Jeszcze nie rozumiała, ciągnięta przez niego podążała za nim jak szmaciana lalka pozbawiona świadomości - tak się zresztą czuła, przerażona niespodziewanym niebezpieczeństwem; powinna być na to lepiej przygotowana, Gwardziści wspominali, że to mogło wymknąć się spod kontroli. Czego się spodziewała? Te dźwięki, łomot, rozbite szyby, nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji - ocuciła się dopiero wypchnięta na ulicę, gdzie straciła równowagę i zaryła kolanem o twardą ulicę. Obróciła się,  z brzucha, na plecy, przysiadając na ziemi, z lekko rozchylonymi w niedowierzaniu ustami przenosząc spojrzenie na towarzysza.
- Ja... - przeczesała ręką włosy, zarzucając pszeniczne kosmyki za ucho i naciągnęła spódnicę na kolano, zasłaniając rozdartą rajstopkę i strużkę krwi, była twardą dziewczyną ze wsi, zranienia jej nie ruszały, ale myśli nie opuściły jeszcze wnętrza tego strasznego pomieszczenia. Pokręciła lekko głową. - Dziękuję  - szepnęła, bo właściwie opuściła miejsce wybuchu bez uszczerbku - dzięki niemu. Bez słowa pokiwała głową twierdząco, nic jej nie było. Wciąż przejęta wydarzeniami nie do końca zrozumiała słowa Bena, uchwyciła jego dłoń, z jego pomocą wstając z ziemi i wraz z nim podążając w stronę bocznej uliczki, lekko utykając tylko kilka pierwszych kroków - kolano ledwie szczypało, a oboje zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakim zaraz mogli się stać funkcjonariusze Kontroli Magicznej. Przejście w pozornie ślepym zaułkiem okazało się bezpiecznym azylem.
Nie znała tego pubu - nigdy w nim nie była, choć z lekkim zażenowaniem musiała stwierdzić, że prawdę mówiąc nie znała wielu pubów ogółem. Popołudnia wolne od pracy spędzała głównie w bibliotekach - i zakamarki tych znała doskonale. Poznała również kilka ciepłych kawiarenek, ale omijała miejsca, gdzie podawano alkohol. Zwykle nie były szczególnie bezpieczne dla samotnej dziewczyny. Idąc wzdłuż długich stołów przodem, z lekkością rozglądała się wokół, na dłużej zatrzymując wzrok na śpiących nietoperzach. Wydawało jej się, że kiedyś czytała o tym miejscu - historycznie było pierwszym przejściem pomiędzy światem mugoli a czarodziejów w Londynie. Czy nie utworzono go krótko po uchwaleniu Kodeksu Tajności?
- Spójrz, jakie urocze - zawołała bez uśmiechu przez ramię na Bena, zgrabnie przeskakując do najbliższego stolika, tuż pod jedną z większych klatek, do której właśnie wleciało jedno ze stworzonek - przy którym też zajęła wolne krzesło, przerzucając zdjęty płaszczyk przez jego twarde oparcie. Dopiero znalazłszy się przy stole po raz pierwszy od opuszczenia Pokątnej spojrzała Benjaminowi w oczy. - Wiem, że to moja wina - westchnęła cicho. - Przepraszam, gdybym przyłożyła się bardziej... - Powinna więcej ćwiczyć, częściej korzystać z różdżki. Przygryzła lekko usta. - Zachowałeś zimną krew, te stwory wyglądały koszmarnie - jej twarz wciąż wydawała się mniej barwna niż zwykle. Zganiła się za te słowa w myślach, Ben miał na głowie wystarczająco dużo - pewnie nie chciał słuchać rozterek Minerwy, na swojej próbie bez wątpienia miał do czynienia z bardziej przerażającymi strachami. Zatrzymała spojrzenie na zdobionych guzikach jego koszuli, będąc prawie pewną, że już je gdzieś widziała - nie mogła sobie jednak przypomnieć, gdzie. - Chciałam pomóc - dodała ze zrezygnowaniem. Przecież wiedziała, że dobrymi chęciami wybrukowane było piekło, a podejrzewała, że gdyby nie uniosła różdżki, Ben poradziłby sobie z tym sam. Czuła potrzebę się wytłumaczyć - czuła, że zawiodła.
Chciałam też zapytać, jak się ostatnio czujesz - lecz zatrzymawszy spojrzenie na jego oczach nie powiedziała nic więcej. Czy naprawdę musiała pytać o oczywistości? Widziała, w jakim był stanie, widziała już na zebraniu Zakonników. On i pozostali gwardziści sprawiali wrażenie cieni dawnych siebie, nie dziwiło jej to. Zaczęli im przewodzić - dźwigali na barkach olbrzymią odpowiedzialność, nie za siebie, nie za Zakon - za przyszłość magicznego świata.




kto z gwiazdobioru Wegapatrząc na ziemie zgadnie:

kto pierwszy był człowiekiem?
kto będzie nim ostatni?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   11.09.17 19:00

Wright zauważył kątem oka okrutną ranę wojenną, jaka została zadana Minerwie przez brudny bruk Pokątnej, ale łaskawie powstrzymał się do komentarza wychwalającego kolor rajstop - komplementem zamierzał odwrócić uwagę dziewczyny od bólu, który zapewne jej doskwierał, ale finalnie to sam zainteresowany stracił zdrowy rozsądek, ze spostrzegając, że McGonagall ma naprawdę zgrabne łydki. Przyjął ten fakt ze zdziwieniem dwojakiego pochodzenia: raz, że nie przepuszczał, że zakonniczki posiadają tak urocze nogi - postrzegał je bowiem wyłącznie przez pryzmat wojowniczek o wolność - a dwa, że nie sądził, by w ogóle był w stanie zwrócić na taką romantyczną wręcz drobnostkę uwagę, przytłoczony ciężkim smutkiem. Część Jaimiego, odpowiedzialna za rubaszne żarciki i donośne pogwizdywania, umarła bezpowrotnie, grzebiąc męską spostrzegawczość pod gruzami odpowiedzialności za świat. Idąc ciemnym zaułkiem, prowadzącym do znanego sobie - i najbardziej eleganckiego, przynajmniej według niego - miejsca, nie potrafił jeszcze określić, czy to nagłe oświecenie napawa go radością czy też wręcz przeciwnie. I tak bardziej kłopotał się wybuchem magii: zawiódł, znów, coś musiało pójść nie tak; może nie skupił się wystarczająco na inkantacji albo pomylił ruch nadgarstka? Gdyby przybył tu sam, pewnie resztę wieczoru spędziłby na namiętnych harcach z wyrzutami sumienia, ale przy wyraźnie zasmuconej Minnie musiał trzymać fason. Czuł się za nią odpowiedzialny - za nią i za umocnienie morale, nadwyrężonych przez nieudaną naprawdę anomalii, dlatego też prowadził ją do najprzytulniejszego miejsca, jakie znał - pomijając zadaszone zaułki Nokturnu. Kulturalnie przepuścił ją przodem, ale gdy już zeszli do podziemi, to on ruszył jako pierwszy pomiędzy stolikami, wybierając ten najbliżej kamiennej ściany; miejsce dyskretne i, jak pamiętał, oddalone od ław zajętych przez zajętych niezbyt legalnymi sprawkami półgoblinów.
- Urocze? No, klatka jak klatka - stropił się nieco tym spostrzeżeniem posłanym w próżnię, nie pojmując, że ktokolwiek mógł nazwać nietoperze uroczymi: fruwające szczury, ot co; kochał co prawda wszystkie stworzenia, ale nietoperze były zbyt pospolite, by wzbudzić jego zachwyt. Mimo to uniósł wzrok do góry, przy okazji machając także ręką na przechodzącego obok starego kelnera w znanym geście zamówienia dwóch szklanic ognistej. Dopiero wtedy zasiadł naprzeciwko Minerwy, posyłając jej pokrzepiający uśmiech - pierwszy taki prawdziwy i niewymuszony od długich tygodni. - Daj spokój - pokręcił gwałtownie głową, aż jeden z niesfornych czarnych loków opadł na krzaczastą brew. - Te anomalie są paskudnie silne i nieprzewidywalne. Pewnie nawet nasi aurorzy nie poradziliby sobie z tymi potworami, a ty usunęłaś je jedną klątwą - kontynuował, wcale nie brzmiąc jednak pocieszająco czy czule: stwierdzał fakty, w które święcie wierzył. Z tego co wiedział, niewielu posiadało dużą wiedzę na temat transmutacji. - Zrobiliśmy, co mogliśmy, Minnie. Tym razem ta czarnomagiczna ohyda była silniejsza, ale to tylko jedno potknięcie- zakończył zdecydowanie, wewnętrznie nieco zdezorientowany swoim optymizmem, który wypływał ze szczerego przekonania o wypowiadaniu prawdy a nie ckliwym roztaczaniu nad Minerwą parasola ochronnego. Z pewnością dało się to odczytać z jego ciemnych oczu. - I pomogłaś - skwitował tylko, robiąc dziwny gest pokaźną dłonią, mający uciąć dalsze roztrząsanie tego tematu w kategorii winy i porażki. - Nie zamartwiaj się, mała, naprawdę. Gdyby tylko takie niepowodzenia mnie spotykały, codziennie dziękowałbym Merlinowi za łaskę - dorzucił pokrzepiająco, lecz wyszło to raczej marnie i przygnębiająco. Na szczęście brnięcie w samoudręczanie się przerwało pojawienie się kelnera; szybko postawił przed nimi szklankę whisky i napoczętą butelkę, po czym ruszył z powrotem w stronę drewnianego baru. - Rozgrzewa. Unikniesz przeziębienia i zarażenia szkorbutem oraz kiłą - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, zanim McGonagall zdołałaby zaprotestować przed wypiciem z nim kolejki lub dwóch. Co prawda wątpił w akurat takie choroby, mogące napaść ją dzięki kontaktowi z brukiem Pokątnej, ale co do rozgrzania: nie miał wątpliwości. - Powiedz, że spotkało cię ostatnio coś miłego - westchnął, jeszcze zanim uniósł szklankę do ust. Korciło go, by spytać o anomalie, o to, jak sobie poradziła, ale postanowił zostawić te nieprzyjemne kwestie na razie w niedopowiedzeniu: przynajmniej dopóki nie zobaczy, że jej blada twarz nabiera kolorów a drżące usta układają się w lekkim uśmiechu, pozbawionym wyrzutów sumienia. Wiedział, co potrafiły zrobić z człowiekiem, zwłaszcza odpowiednio długo pielęgnowane.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Minnie McGonagall
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1950-minerwa-mcgonagall http://www.morsmordre.net/t1967-niktymene#27808 http://www.morsmordre.net/t1966-minnie http://www.morsmordre.net/f264-maxwell-lane-17 http://www.morsmordre.net/t3213-minnie#53350
kariera naukowa
20
Półkrwi
Panna
Be careful as you go,
cos little people grow.
10
5
0
0
23
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   14.09.17 0:41

Początkowo nie zrozumiała, szerzej otwartymi oczyma wpatrując się to w Benjamina, to w klatkę wiszącą nad ich stołem, w końcu - jakby dostała olśnienia, pokręciła prędko głową, przecząco, odrzucając plątające się na twarzy włosy przez ramię.
- Nie, nie - zaprzeczyła niemal natychmiast, tonem, jakby tłumaczyła się z wypowiedzianej monstrualnej głupoty. - Nie klatka, nietoperz. W środku - dodała, na wypadek, gdyby rzeczywiście nie mógł go zauważyć. - Wydawało mi się, że był biały, myślisz, że to albinos? Są bardzo rzadkie. - Niestety, stąd nie mogła już dostrzec stworzonka. Miała już w życiu sporo powodów, by pojąć, że ciekawostki tego typu, ciekawostki naukowe ogółem, nie tylko te o nietoperzach, ale i anomaliach pogodowych, anomaliach ogółem, specyficznym zachowaniu kilku konkretnych zajęć oraz właściwości eliksirów zmieniających się pod wpływem faz księżyca ciekawią ją i niewielu ludzi poza nią, a jednak orientacja na tym grząskim gruncie wciąż przychodziła jej z trudem. Benjamin miał od niej znacznie lepsze oko do zwierząt, magicznych i nie, z pewnością mógł poczynić dokładniejsze wnioski, których nie przestawała być ciekawa. - Da się go stamtąd wywabić? - Ułożywszy dłonie na krańcu stołu wsparła się na nim, lekko unosząc się z krzesła, ale klatka uwieszona była zbyt wysoko - niezależnie od tego, ile starań by poczyniła, nie zdołałaby przyjrzeć się jej wnętrzu. Trudno, jeśli potrzebował spokoju - nie zamierzała go przecież dręczyć, z rezygnacją powracając spojrzeniem na Bena, nie dostrzegając, ani nie słysząc, że zdążył w tym czasie zamówić alkohol.
- To nie była klątwa - zastrzegła, znów nie dostrzegając, że odpowiednie nazewnictwo zaklęć, zaklęcia, uroki, klątwy, nieszczególnie interesowały większość ludzi. Nigdy nie zaliczała się do większości. - Przerażają mnie - odparła zgodnie z prawdą. Anomalie, mary, dziwne stwory stworzone z najdziwniejszych koszmarów, powietrze było przesycone czarną magią. Wciąż nie wiedzieli, skąd to wszystko się wzięło: mogło być dopiero początkiem końca, preludium do jeszcze większej katastrofy. Nie chciała myśleć o tym w ten sposób, ale nie potrafiła inaczej, gdzieś wokół nich wielką walkę stoczyła siła tak potężna, że jej potęga pozostawała poza ich wyobrażeniem. Grindelwald w oczywisty sposób maczał w tym palce, zniknął razem z wybuchem, a to nie sprawiało, że Minerwa potrafiła spojrzeć na całą tę sytuację w jakikolwiek sposób bardziej optymistycznie. Przygryzła lekko wargi, nie odpowiadając, słowa Benjamina były bardzo miłe, ale to wciąż tylko słowa - powinna być przygotowana na więcej, Zakon Feniksa popełnił wystarczająco dużo błędów ostatnimi czasy. Więcej, niż mógł. - Ben myślałeś o tym, co jeśli tej mocy nic nie powstrzyma? Odnieśliśmy kilka sukcesów - kilka, czy nie przesadzała? czy zaleczyli więcej niż jedno miejsce? - Ministerstwo nic nie potrafi, a nasz wróg wychodzi z ukrycia, podczas gdy inny znowu się schował - trzecia siła, widoczna jak nigdy, za sprawą Craiga Burke'a. Gellert Grindelwald w ukryciu. - Co jeśli ta moc... co jeśli ona - urwała, zbierając myśli - istnieje coś takiego jak zjawisko hydry, uwolniona dziecięca moc zbiera kolejne, rosnąc w siłę. Przypomina to burzę, ale nie do końca. Wiesz, zbłąkane ładunki magiczne... - tłumaczyła, spodziewając się odnaleźć w jego oczach zrozumienie. To podstawy, z pewnością to wiedział, nie musiała ich przecież przedstawiać. - Zmierzam do tego, że może się okazać, że w miejsce jednej odcięte głowy, mogą urosnąć dwie lub nawet trzy kolejne. - Hydra, na tym polegała hydra. - Nie wiemy, czy anomalie kiedykolwiek przestaną się mnożyć - uniosła ku niemu spojrzenie, pokrzepiające słowa podniosły ją na duchu o tyle, że on nie był na nią zły - nie wyzbyła się poczucia porażki. - Być może taki był jego plan - dodała ściszając głos, wiedząc, że Ben będzie wiedział, że wciąż mówiła o Gellercie. - Tylko taki drań jak on może za to wszystko odpowiadać - dodała z przekonaniem, nie dopuszczając do siebie innej myśli.
- Och - westchnęła z jeszcze większą rezygnacją. - Nawet nie próbuj tego porównywać - odparła z tonem, który podobnie co jego nie znosił sprzeciwu. - Masz na głowie dużo więcej spraw. Trudniejszych spraw. - Im wyżej się wyjdzie, tym dłużej się spada, ludzie zawsze popełniali błędy. W tym jednym - Ben miał rację na pewno, a ona niepotrzebnie zawracała mu głowę. W zaaferowaniu sięgnęła po szklankę postawioną przez kelnera, przekonana, ze sięga po wodę, biorąc większy, zdecydowanie zbyt duży łyk, po którym momentalnie zaniosła się kaszlem, unosząc dłoń do krtani; na Merlina, co to jest! Język palił ją prawdziwym ogniem, jakby przegryzła ogniste nasiona, skrzywiła się, odstawiając naczynie. - Kiłą? - powtórzyła za nim bezwiednie, gładząc opuszkami palców palące gardło. Nieelegancko mlasnęła językiem, próbując oswobodzić się od zbyt intensywnego smaku. Odetchnęła, próbując znaleźć odpowiedź na jego pytanie, miał rację: rozgrzebując to wszystko, rozpamiętując własne błędy, nie zmienią ani przeszłości ani przyszłości. Żeby nie zwariować, musieli koncentrować się też na tym, co dobre.
Wróciłam do pracy, wiesz? Lubiła ją - już się nie bała, że Ministerstwo tak po prostu ją zamorduje, jak próbowało zamordować Margie i Just. Jak zamordowało Cassiana. Przekręciła lekko głowę, źle. Dostałam listy z domu? Pod koniec kwietnia, od maja nie miała z nimi kontaktu. Nie wiedziała, co z jej braćmi. Z ojcem. Ale przecież nawet w takiej sytuacji - dało się odnaleźć iskrę radości, promień optymizmu, którego potrzebowali.
- Ministerstwo przekonało się do eliksiru tojadowego - rzuciła w końcu, wymuszając na ustach uśmiech, blady, mdły, ale szczery, ozdobiony błyszczącym szafirem oczu. Pomagała w pracach nad tym eliksirem, była dumna, że dołożyła do niego własną cegiełkę: i być może choć dla kilku czarodziejów w Londynie maj okaże się łagodniejszy. - Moje biuro zaczęło go rozprowadzać. Na razie eksperymentalnie, ale to krok ku lepszemu. Przynajmniej kilka osób zaśnie spokojniej, kiedy nadejdzie pełnia. - Na pełne zwycięstwo składały się małe sukcesy, prawda? - Twoja kolej - dodała, a kąciki jej ust uniosły się nieco wyżej.




kto z gwiazdobioru Wegapatrząc na ziemie zgadnie:

kto pierwszy był człowiekiem?
kto będzie nim ostatni?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   14.09.17 9:58

Wyjaśnienie tożsamości uroczego obiektu, który tak zachwycił Minnie, nieco rozjaśniło mroki umysłu Benjamina: nie na tyle, by przytaknął, ustawiając nietoperze w tej samej słodkiej kategorii co mantykory i rogogony węgierskie, ale przynajmniej był w stanie pojąć zainteresowanie dziewczęcia zwierzętami. Niewielkich gabarytów, niewielkich zębisk i niewielkiego zagrożenia, ale jednak nietoperze należały do umiłowanej przez niego samego fauny. - Albinosem? - powtórzył nieco niepewnie, znał się doskonale na wszelakich potworach, ale określanie ich maści przychodziło mu zawsze z pewnym trudem; rozróżniał jakieś pięć kolorów. W tym momencie nie był nawet pewien, czy przymiotnik biały odnosił się właśnie do tego dziwnego słowa. Żałował, że nie przykładał się pilnie do czytanek znalezionych u Margaux, nie ryzykowałby zrobienia z siebie totalnego głupca. - Znam tylko albiony czarnookie, ale to smoki, i raczej nie trzymano by ich tutaj w klatkach - powiedział w pewnym zastanowieniu, tylko odrobinę krzywiąc usta na wspomnienie tych wspaniałych stworzeń skazanych na mękę w rezerwacie zarządzanym przez największą szumowinę tego świata. - Mógłbym, ale po co? - spytał konkretnie, bez ostrości, ale i bez zaciekawienia: szanował spokój wszystkich zwierzątek, niezależnie, czy wzbudzały w nim podziw czy traktował je jak małe gryzonie, które skądinąd dokarmiał mieszkając na Nokturnie. - Niech sobie odpoczywa - dodał, po raz ostatni łypiąc w górę na nietoperzy kokonik, wiszący ponad nimi. Miał nadzieję, że jegomość nie wrócił z polowania i nie wrzuci im zaraz zdechłej myszy do ognistej - Ben po prostu wyrzuciłby truchełko i kontynuował picie, ale nadobnej damie, z jaką przebywał, zapewne by się to nie spodobało.
Powrócił wzrokiem do rozmówczyni, z większym przejęciem przyjmując przyznanie się do strachu - zawsze uważał to za niezwykle odważne - niż zwrócenie uwagi na nieodpowiednie nazewnictwo. Dalsze rozważania o beznadziei ich misji, o wrogu wychodzącym z ukrycia, o błądzeniu w czarnomagicznej mgle, brzmiały jak żywcem wyjęte z jego głowy, z najgorszych koszmarów, nawiedzających go z bolesną regularnością - także za dnia, gdy zastanawiał się nad tym, czy podołają i ile jeszcze osób zginie, by udało im się pokonać szerzące się coraz szybciej zło, rozmnażające się, dzielące - tak jak ujmowała to zmartwiona Minnie. Wpatrywał się w nią uważnie, zapominając o tym, że trzyma w dużej dłoni szklankę whisky. Werbalizowała to, co prześladowało go od kilkunastu tygodni, łamiąc psychikę - lecz nie czającą się gdzieś irracjonalną nadzieję, popychającą go do przodu. Nigdy nie wątpił w Zakon Feniksa, jedynie w siebie, w swoje możliwości, starając się przewidzieć, jak długo będzie przydatny sprawie, zanim wymagający przeciwnik zetrze go w proch. - Cóż, myślałem. Nie tak mądrze i ustrukturyzowanie - istniało w ogóle takie słowo? chciał zabłysnąć inteligencją, wyszło jak zawsze - jak ty, ale...faktycznie, mamy do czynienia z parszywie przeważającymi siłami szalonych czarnoksiężników, być może żerujących na mocy niewinnych - nieco zniżył głos, chociaż stoliki wokół nich pozostawały puste a wesoła kompania gości rozsiadała się raczej na ławach pod ścianą. - Te dzieci z Wyspy... - zaczął, ale urwał jeszcze zanim rozkręcił płaczliwy monolog na dobre. Zamiast tego uniósł gwałtownie kieliszek ognistej i wypił go jednym haustem; gorąc zapiekł go w gardle, dobrze; odzwyczaił się już od alkoholu, wiedząc, że ucieczka w używki jest drogą bez powrotu, i chociaż kusząca zapomnieniem, przekreślała szansę na walkę. A zamierzał walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. - Wierzę...wiem, że uda nam się poskromić anomalie. Bathilda ma wielką wiedzę a my, razem, wielką moc. Silniejszą od tego, co pozostawił po sobie ten parszywiec - dodał powoli, spokojnie, ponownie postanawiając zachować rozpaczliwe wyrzuty sumienia dla siebie. Poskromił także chęć zadawania głupich pytań, kumulowanie magii, ładunki magnetyczne, tak naprawdę niewiele zrozumiał z tego, o czym mówiła Minerwa, ale może to i lepiej: wolał nie znać dokładnie możliwości czarnej magii, sączącej się z anomalii. Chciał wzmocnić kobietę, odciągnąć jej myśli od smutku i rezygnacji, nawet kosztem przekazania całej prawdy, która i tak na razie musiała pozostać sekretem. Posłał jej lekki uśmiech, nieco rozjaśniający nawet ciemnobrązowe, czekoladowe oczy i sięgnął po butelkę, nalewając sobie kolejną porcję ognistej. Na subtelny komplement o posiadaniu wiele na głowie, mruknął tylko coś niezrozumiałego - wolał rozmawiać o kile niż o własnych trudniejszych sprawach. Wcale takie nie były, każdy z nich, każdy z Zakonników i Gwardzistów niósł na barkach własny ciężar: odpowiedzialności za rodzinę, trudności w prowadzeniu badań, ran bezpośrednich walk; żaden z nich nie stał wyżej lub niżej w cierpieniu. Dzielili je wszyscy, kto wie, może to ono miało być ich siłą?
- No, może nie kiłą, ale jakimś paskudztwem. Może spróbuję zagoić to obtłuczenie? - zaproponował, mylnie odczytując gest gładzenia gardła jako wyraz zadowolenia z jakości trunku oraz pewnego zamyślenia nad ewentualną chorobą, mogącą przeniknąć przez kolano aż do organizmu. - Coś tam się znam na leczniczej - uściślił, choć mimo entuzjazmu i wyraźnej chęci pomocy, nie zabrzmiało to w pełni profesjonalnie, być może dlatego, że Wright odchylił się nieco do tyłu, próbując pod stołem zerknąć na obite kolano Minerwy. Mrużenie oczu i osuwanie się na drewnianym krześle zostało na szczęście przerwane przez dobrą wiadomość - Ben uniósł wzrok na dziewczynę, odwzajemniając lekki uśmiech. Czuł jej dumę i radość, radość nie tylko z naukowego osiągnięcia, ale i szerzenia pomocy ludziom - bo przecież pozostawali ludźmi - których dotknęła nieszczęśliwa przypadłość. - To doskonale. A więc za eliksir tojadowy - uniósł ponownie napełnioną szklankę, zerkając na tą Minerwy, niedopitą. - Nie smakuje? - spytał prawie smutno, zastanawiając się, co jeszcze mógłby tutaj zamówić. - Da się go jakoś wzmocnić? Tak, żeby całkowicie złagodzić objawy tych biedaków? - sekundę później już powrócił do wilkołaczego tematu, nie za bardzo chcąc mówić o swoich dobrych zdarzeniach. Takowych nie miał, ostatnio ponosił porażkę za porażką, cierpiący Louis, utrata Harriett, zdrady przyjaciół, odsiecze, nie wspominając już o anomaliach, które to oni sprowadzili na cały świat. Trochę spochmurniał, jednak nie poprawiał się na krześle, dalej dziwnie prawie na nim półleżąc, a przez to - wydając się jeszcze bardziej pogięty i przygnębiony, jak zmęczone dziecko, osuwające się przy stole, przygniecione smutkiem i problemami. - Ja...eee - zakłopotał się widocznie, przesuwając drugą dłonią przez czoło i poskręcane włosy, które i tak sekundę później opadły falą czarnych loków na twarz, wykrzywioną w grymasie gorączkowego myślenia. - Chyba nic nie wymyślę - mruknął odrobinę zażenowany, tym razem na dłużej przyciskając wargi do szklanki, jakby mógł tym samym wytłumaczyć dłużące się milczenie. Doprawdy, doskonały był z niego optymista i kompan wieczoru. - Może zajmę się tym twoim kolanem, co? - wybrnął z niewygodnej ciszy trochę desperacko, gotów wpełznąć pod stół, by ukryć bijący od twarzy głęboki smutek.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Minnie McGonagall
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1950-minerwa-mcgonagall http://www.morsmordre.net/t1967-niktymene#27808 http://www.morsmordre.net/t1966-minnie http://www.morsmordre.net/f264-maxwell-lane-17 http://www.morsmordre.net/t3213-minnie#53350
kariera naukowa
20
Półkrwi
Panna
Be careful as you go,
cos little people grow.
10
5
0
0
23
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   19.09.17 22:10

Odchrząknęła cicho, kiedy zbił ją z pantałyku, niepewna, czy tylko się zgrywał, czy mówił poważnie. W końcu - jej usta zadrżały w nieco łagodniejszym uśmiechu, który przeciął dotychczasowy smutek - przekonana, że Ben żartował. Musiała przyznać w duchu, że wykazała się brakiem cierpliwości i taktu, chcąc wywabiać zwierzątko z kryjówki, westchnęła - nie mogąc się wyzbyć pewnego żalu, naukowa ciekawość często brała górę nad przyzwoitością. Zamiast odpowiedzieć wzniosła spojrzenie na wiszącą nad nimi klatkę cicho stukając palcami w blat stołu, daj spokój Minnie i odczep się od niego, nietoperz też ma prawo do chwili samotności - sama czasem bardzo je lubiła.
- Nigdy nie widziałam prawdziwego smoka - odparła więc zamiast tego, ciągnąc temat albionów, choć była absolutnie pewna, że Benjamin zajmował się trójogonami. Nie musiała widzieć smoków, żeby o nich czytać, znała rezerwaty w Anglii. Zostawiła jednak tę uwagę skwitowaną łagodnym uśmiechem, odpuszczając temat nietoperza  - życie jest długie, będzie miała jeszcze okazję zobaczyć, zarówno smoka, jak i nietoperzego albinosa - a między nimi zapadły znacznie istotniejsze tematy, pogodność uśmiechu przeszła w nienachalny smutek. Utkwiła na twarzy Benjamina spojrzenie błękitnych tęczówek, zastanawiając się nad tym, jak wiele musiał znieść. Martwiła się jedną porażką, bo więcej zwycięstw nie miała - prawdopodobnie połowiczny sukces to i tak więcej, niż ktokolwiek się po niej spodziewał. Ale Benjamin - musiał zrobić więcej. Pokiwała ze zrozumieniem głową, kiedy przyznał, że nie strukturyzował swoich myśli, po raz nie pierwszy odrzucając oczywiste sygnały z zewnątrz, to było dla niej zrozumiałe: musiał działać, nie miał czasu na filozofowanie.
- Są w dobrych rękach - odpowiedziała szybko, zbyt szybko, wtrącając mu się w słowo; Zakonnicy biorący udział w odsieczach zrobili przecież wszystko, co w ich mocy. Nie wszystkie dzieci przeżyły, ale to nie była ich wina. To była wina oprawców, tylko i wyłącznie, oprawców wciąż silniejszych od nich - ale już niedługo. - Profesor Bagshot da im ciepło, którego teraz potrzebują - myślmy o tym, co pozytywne. Zwycięstwa dają siłę, porażki umacniają na pozycji przegranego. Zakon odniósł tamtego dnia tyle zwycięstw, ile ocalonych istnień wyrwali ze szponów tych psychopatycznych drani. Ocaliliście ich, Ben. Widok uśmiechu na jego twarzy był pokrzepiający, kiwnęła głową, zgadzając się z jego słowami. - Uda nam się - powtórzyła za nim, lekko zawahawszy się przy słowie nam, ale wypowiedziała je - jej towarzysz miał całkowitą rację, a ona powinna wiedzieć, że każda porażka mogła przynieść cenną naukę. I doświadczenie: stanęła oko w oko z anomalią, bez tego nie miała nawet co myśleć o próbie zrozumienia jej natury. - On pozostawił po sobie tylko nieszczęście. Cierpienie i smutek, nienawiść. - Tym była czarna magia, rozpaczą, bólem, szkaradą. - Podczas gdy my znamy siłę marzeń i moc przyjaźni. Czy to naiwne, że wierzymy w potęgę miłości? - Nie tyle romantycznej, co zwykłej, codziennej, matki do dziecka, brata do siostry, przyjaciela do przyjaciela, to ich odróżniało. Wierzyli, że zwycięży dobro, choć zło rzuciło na świat tak ogromny cień. Ale wierzyli nie bez powodu, nawet, jeśli tak często pojawiały się wątpliwości. - Myślę, że jesteśmy od nich silniejsi - stwierdziła w końcu. - Od nich, słabych, egocentrycznych i małostkowych. - Mamy o co walczyć. Współczuła tym ludziom, którzy byli więźniami własnej nienawiści. Na propozycję pomocy - uśmiechnęła się cieplej, ale pokręciła głową przecząco na wizję obnażania kolana w miejscu pełnym obcych mężczyzn.
- To nic takiego - zanegowała od razu, bo nie było potrzeby się kłopotać. Z lekką dezorientacją uchwyciła jego przymrużone spojrzenie, odruchowo i bezwiednie wycofując kolana pod krzesło, nad którym siedziała, wyciągając stopy mocniej do tyłu; krótkim ruchem dłoni upewniła się, że jej spódnica jest na swoim miejscu, dokładnie zasłaniając miejsce obdarcia. Początkowo trochę szczypało, ale odkąd usiedli właściwie nie czuła bólu. Jedyne, czego było jej żal, to rajstop - lubiła je. - Nie jestem ze szkła - dodała, wciąż ciepło. - Ale dziękuję. Nie wiedziałam, że to potrafisz. - Z jej głosu dało się odczytać uznanie, sztuka lecznicza wcale nie była łatwa. Wydawała się ukontentowana toastem za eliksir, bowiem w pierwszej chwili nie przyszło jej do głowy, jakoby toast oznaczał, że wypić musiała również ona. Czując na sobie przykre spojrzenie Bena i jeszcze bardziej przykre pytanie, zaprzeczyła szybciej i głośniej, niż wcześniej:
- Ależ nie! Jest pyszne - cokolwiek to właściwie jest, drapało po gardle, wywoływało w żołądku dziwne uczucie, ale nie chciała sprawiać Benjaminowi przykrości. Na potwierdzenie swoich słów uniosła szklankę i stuknęła się naczyniem z Benem, wychylając zawartość - do dna - nie do końca zdając sobie sprawy z tego, co robi. Odkładając - niemrawym ruchem - szklankę lekko mrużyła oczy z bólu, drapanie w gardle stawało się nie do zniesienia, ale nie mogła się do tego przyznać. Nie mogła zakaszleć - powstrzymywanie tego odruchu było ogromnym wyzwaniem. Wreszcie, ogień płonący w jej żołądku smagał jego ścianki bolesnymi płomieniami; takich rewelacji nie czuła nawet po rosole babki Ross. Zakręciło jej się w głowie.
- Ja... - zamrugała parę razy, usiłując zmusić się do powrócenia do rzeczywistości, odnalezienia równowagi myśli. Alkohol jeszcze nie uderzył mocno, było za wcześnie, to tylko pierwszy szok. - Nie mam pojęcia - chwyciła się tematu eliksiru jak stabilnej tratwy, której bardzo potrzebowała. - Alchemicy nad tym pracują - jej rola wydawała się zamknięta, jej wiedza skupiała się na procesie transmutacji - kiedy pomogła profesorowi rozgryźć mechanizm, musieli odsunąć się w cień. - Mam nadzieję, że tak, to wielka szansa dla tych ludzi. Najważniejszy etap już za nami, Ministerstwo uwierzyło w jego działanie. Wiesz, że istnieje szansa na przeniesienie wilkołaków z wydziału zwierząt do wydziału istot? Ci ludzie wreszcie zaczną być traktowani z szacunkiem, na który zasługują. - W jej oku błysnęła autentyczna radość, nigdy nie mogła patrzeć, jak urzędnicy pomiatają tymi biednymi ludźmi. Byli przecież tacy jak oni - nie z własnej woli toczeni straszną klątwa. Na zakłopotanie Benjamina, jedynie pogłębiła ciepły uśmiech, znów przecząc kiwnięciem głowy. Nie mógł wymigać się tak łatwo, dobre rzeczy zdarzały się codziennie, mimo wszystko i na przekór wszystkiemu. Trzeba było tylko potrafić je dostrzec. Wiedziona nagłym impulsem - zakrapianym oczywiście alkoholem - lekko poderwała się z krzesła, by przyjacielsko, z rozbawieniem drgającym na ustach, odgarnąć z jego twarzy opadnięte ponownie czarne loki, zasłaniając twarz sprawiały, że wyglądał chmurnie: a nie o to w tej zabawie chodziło, kategorycznie uniosła dłoń, nie chcąc już słyszeć o swoim kolanie. Nic jej nie było.
- Wróciłeś, Ben - podpowiedziała mu. - Wróciłeś w wielkim stylu - nie wiedziała, dlaczego zawiódł zaufanie Zakonu. Ale wiedziała, że Bathilda Bagshot uznała, że jest gotów, by podejść do próby Gwardii. Próby, którą przeszedł.




kto z gwiazdobioru Wegapatrząc na ziemie zgadnie:

kto pierwszy był człowiekiem?
kto będzie nim ostatni?
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
28
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: "Pod ziemią"   20.09.17 19:51

Przesunięcie ciężaru konwersacji z nietoperzy na smoki wyraźnie złagodziło posępny humor Benjamina - pomimo tragicznych wydarzeń ostatnich tygodni, temat ulubieńców ciągle stanowił w miarę przyjemną odskocznię od czarnych chmur zbierających się na horyzoncie w lawinę zła i mroku. Oczywiście rezerwat przynosił mu obecnie więcej problemów niż radości a wizja bezbronnych, przerażonych anomaliami stworzeń spędzała mu sen z powiek, lecz i tak wolał rozmawiać o perypetiach swych podopiecznych niż zagłębiać się w trudne do pojęcia zakamarki magicznych definicji i przewidywań smutnej przyszłości. Spojrzał na Minnie z niedowierzaniem - dla niego smoki stanowiły codzienność, odzwyczaił się więc od zaciekawienia i przerażenia, jakie budziły te wielkie bestie, bliższe jego interpretacji pokrytych łuską psidwaków niż pradawnych magicznych kreatur, opiewanych na kartach wielu ksiąg. Od baśni po te bardziej naukowe, jakie z pewnością miały swoje miejsce w biblioteczce pilnej Minerwy. - Zabiorę cię niedługo do rezerwatu - odparł od razu, bez zastanowienia, reflektując się po kilku chwilach - No, w sensie, jak ten cały bajzel się uspokoi. Na razie smoki są oszalałe i nieco zdenerwowane, mogłyby ci się nie spodobać - dodał niezwykle eufemistycznie: smoki były rozwścieczone i gotowe spopielić nową osobę, pojawiającą się w ich otoczeniu, w ciągu sekundy. Nawet Okruszek stracił dziecięcą niewinność, zamieniając się w rozgoryczoną i wystraszoną nastoletnią bestyjkę, ignorującą nawet sugestie swego opiekuna. - Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej, pokazałbym ci moje ogniomioty katalońskie - dopowiedział ciszej, z wyraźnym smutkiem, odchrząkując dziwnie, żeby zakryć krótkie załamanie się głosu. Śmierć ukochanych smoków, które - mimo sędziwego, nawet jak na swój gatunek, wieku - traktował jak własne dzieci, ciągle rozrywała mu resztki połamanego serca na jeszcze mniejsze kawałki. - Pokochałabyś je. Ślepe, bardzo stare, wyciągnęliśmy je z podziemi Gringotta, chcieli je zamordować, bo były już nieprzydatne, ale udało się nam zabrać je do rezerwatu. To urocza parka, co prawda już nie ziały ogniem i właściwie nie mają łusek...To znaczy, już nie dymią wcale, bo...no. Zginęły- kontynuował, najpierw z zapałem, potem z ponownym smutkiem, niesmacznym i niewygodnym, wywołującym tym razem kaszlnięcie. Czas zmienić temat, zanim rozpłacze się jak szlachcic na widok taniego wina. Wspomnienie dzieci zmaltretowanych przez Gellerta nie było może kwestią jaka przynosiła większe ukojenie, ale jakimś cudem pewny ton Minerwy nieco go uspokoił. Tak, u Bagshot były bezpieczne; może uda im się zapomnieć o okropieństwach, jakich doświadczyły. Kiwnął więc głową, prawie energicznie, znów jednak markotniejąc gdy wspomniała o potędze dobrych uczuć. Przyjaźni. Miłości. Zgadzał się z nią, jednocześnie wiedząc, że obydwa te uczucia znajdują się już poza jego zasięgiem. Czyż nie przyjaźnił się z Rosierem, ignorując podziały, ceniąc jego smoczą wiedzę, cięty humor i rozbawiające go zawsze przekonanie o własnej wartości? Czyż nie kochał Percivala, wybaczając mu tyle razy, że stracił już rachubę - być może dlatego, że cyfry wykraczające poza mityczną trójkę mieszały mu się w głowie? Osoby, które dawały mu siłę, w tym nawet Harriett i Leonardo, zniknęły, odeszły bezpowrotnie, a on odkrył, że samotnie radzi sobie najlepiej, w końcu nie targany skrajnymi emocjami. Cierpiał, ale było to cierpienie przydatne, ofiarowane w przeprosinach za popełnione błędy lub z nadzieją, że inni odnajdą to, czego sam tak bardzo pragnął - a co zaprzepaścił. Uśmiechnął się nieco smutno do Minnie, dalej pogrążony w swoich myślach. Na McGonagall czekało długie, szczęśliwe życie, w świecie pełnym bliskości, przyjaźni, miłości; świecie sprawiedliwym i dobrym. Wizja poświęcenia się w imię jej przyszłości - i innych, tych, których nie znał i nigdy nie pozna - osładzała aktualne trudności, pozwalając zakiełkować nadziei. Wątłej, ale jednak istniejącej.
- Nie, to nie naiwne. To mądre. Mimo wszystkiego, co może nas spotkać na tej krętej drodze - skwitował jedynie, nieco zawstydzony swym tokiem myślenia: bardziej niż niemoralną próbą zerknięcia pod stół. Zauważył odrobinę nerwowe gesty Minerwy i nagle wyprostował się na swoim siedzeniu jak przyłapany na gorącym uczynku. - Trochę się poduczyłem na smoczych wyprawach, nie takie skaleczenia się opatrywało - wytłumaczył szybko, nie chcąc, by McGonagall odebrała jego zmrużone powieki i zamyślony wyraz twarzy jako wstęp do wyjątkowo nieskutecznego podrywu. Chętnie zobaczyłby jej smukłe łydki - och, naprawdę? - ale lata, kiedy zaproponowałby to bez wahania minęły już dawno, zamieniając rubasznego Bena w wielce sfrustrowanego i smutnego Benjamina Wrighta. Widząc, że oczy Minnie zawilgotniały, zupełnie nie powiązał przyczyn owego stanu z wychyloną właśnie ognistą, speszył się zatem jeszcze mocniej. - Ja tak tylko zerkałem, żeby zaleczyć, krótkie episkey i powinno być po sprawie, a nie chciałbym ci zleczyć i złączyć rajstop i skóry, to byłaby nieprzyjemna sprawa, wiem bo sam - zaczął się prawie solennie tłumaczyć, hamując się w odpowiednim momencie. Wspomnienie ran, które otrzymał na Próbie, materiału koszuli stopionego z tatuażem, trudnego wyleczenia, pozostawiającego po sobie dość ohydne blizny; nic z tych rzeczy nie powinno trafić do uszu Minerwy. - bo widziałem to kiedyś - wybrnął z niezwykłą gracją, a widząc obydwie puste szklanice, ponownie hojnie je napełnił, elegancko podsuwając szkło McGonagall. Dziwnie zarumienionej, pewnie już się przeziębiła - ale trudno, musi się zahartować: jak sama wspominała, nie była ze szkła i Ben nie zamierzał traktować jej jak porcelanowej laleczki. Raczej jako niedościgniony wzór inteligencji. Rzadko kiedy lubił słuchać o ministerialnych sprawkach, uprzedzony do tego ustrojstwa od czasu planowanej egzekucji na ogniomiotach, ale Minerwy słuchał z uwagą, przejmując jej podekscytowanie. - Masz wielkie serce. I umysł też. To rzadko spotykane - skomplementował ją na swój nieco niezdarny sposób, przyglądając się uważnie roziskrzonym oczom. Podobała mu się taka, zafascynowana, radosna, empatyczna; zagapił się w jej piegowatą buzię może odrobinę za długo, nie chciał, by zmieniała temat na ten niewygodny, z którego trudno było mu wybrnąć - nie zdążył jednak odwrócić wzroku, śledząc podniesienie się kobiety. Zanim zdążył zareagować, poczuł na twarzy jej ciepłą, drobną dłoń. Czuły gest, przeczesanie włosów, opuszki muskające czoło. Piegi widoczne z bliska, równe zęby, jasnoróżowe usta uniesione w uśmiechu. I słowa, o próbie, o błędzie, o powrocie. Powinien poczuć się lepiej, ale gardło ścisnęła mu niewidoczna kula płaczu, smutku i wyrzutów sumienia; przełknął ją z trudem: i z trudem powstrzymał się od uchwycenia dłoni Minerwy, by nie odsuwała się tak szybko. Dopiero, gdy wypowiedziała te krótkie słowa, pojął, jak bardzo tego potrzebował. Zapewnienia, zwerbalizowania, że jednak podołał, że jednak nadrobił stracony czas - to nic, że zniknął na zaledwie kilka dni, to i tak bolało. Nie uciekał jednak wzrokiem, trochę zamglonym smutkiem, trochę: wzruszonym, ciągle wpatrzony w Minnie.
- Wróciłem - przyznał powoli, tłumiąc cisnące się na usta słowa. O tym, że wrócił i zawiódł, że wrócił i zabił niewinnych, uwięzionych na Wyspie Rzeźb, że to z jego winy cały czarodziejski świat krwawi i cierpi. Musiał nieść tą odpowiedzialność samotnie. - Ćpałem. Dużo - dodał jedynie, czując masochistyczną potrzebę wyznania swych grzechów, chociażby w tak krótkiej formie. Skrzywił się dziwnie, trochę smutno, trochę ze złością, sięgając po szklankę ognistej, którą z wprawą do połowy wychylił. - Ale już tego nie robię - powiedział z głośnym wydechem, nagle dziwnie zażenowany tym drobnym obnażeniem się. Ponownie wyprostował się na krześle, spoglądając uważnie na Minerwę. - Zrobiłaś w życiu coś złego? Coś, czego się wstydzisz? - spytał po prostu, szczerze, jak zwykle łagodnie przechodząc z optymistycznych tematów do zagłębiania się w intymne meandry ludzkich problemów. Znów zrobił dziwną minę, przejeżdżając nerwowo dłonią przez czarne loki - żałując, że Minnie nie zrobiła tego ponownie. - Po prostu...czasem czuję się najgorszym człowiekiem na świecie, wiesz? I myślę, że tylko ja spieprzyłem tak wiele spraw - mruknął posępnie, stukając dość brudnymi paznokciami o brzeg szklanki.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
 

"Pod ziemią"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17