Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dawny most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Dawny most   17.07.17 2:05

Dawny most

Znajduje się stosunkowo blisko obrzeży lasu, a jednak niewiele osób zna jego lokalizację. Jego wygląd i wyraźne zaniedbanie świadczą o tym, że stoi w tym miejscu od bardzo długiego czasu. Kiedyś łączył ze sobą dwa brzegi przecinającej las rzeki; dziś w tym miejscu znajduje się niewielki strumień leniwie sunący przez wąskie koryto, które z łatwością może przeskoczyć zwinniejsza osoba. Niewykluczone, że w czasach jego powstania to miejsce jeszcze nie było zalesione, a zapewne nawet było dość regularnie uczęszczane. Dopiero później most i ścieżka, która do niego prowadziła, zostały porzucone i stopniowo zajęła je roślinność. Sama konstrukcja nie należy do zbyt stabilnych i wspinanie się na jej szczyt jest ryzykowne – łatwo można poślizgnąc się na mchu lub obluzowanych kamieniach i spaść. Za jedną ze starych cegieł pod mostem znajduje się niewielka wnęka; z tego powodu miejsce swego czasu było wykorzystywane do przekazywania drobnych wiadomości i przesyłek, często niekoniecznie dozwolonych. Dziś niewiele osób wie o skrytce, ale samo miejsce wydaje się sprzyjać potajemnym spotkaniom bez świadków.

Rzut kością k6:
1 - Nie znajdujesz niczego.
2 - Znajdujesz stary, zmięty list; tekst jest niemożliwy do odczytania.
3 - W skrytce znajduje się lekko zaśniedziały knut.
4 - Na samym końcu małej wnęki leży stary wisiorek na łańcuszku.
5 - Znajdujesz mugolski zegarek; niestety nie działa.
6 - Znajdujesz zakurzoną fiolkę; być może kiedyś znajdował się tam jakiś eliksir, niestety dawno wyparował.

Lokacja zawiera kości.


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   17.07.17 3:49

Louis, przepełniają cię wspomnienia o bólu, cierpieniu, własnym krzyku; nie do końca pamiętasz, kim jesteś - nie wiesz też, jak tu trafiłeś. Twoja tożsamość wraca do ciebie powoli - potrzebowałeś też dużo czasu, by zacząć kierować się nie tylko instynktem, zupełnie jak zwierzyna w niebezpieczeństwie. Wiedziałeś jedno - musisz się ukrywać, bo inaczej spotkałoby cię coś strasznego. Gdy śnisz, męczą cię koszmary; w snach widzisz czerwony błysk i nagle otacza cię ciemność - ciemność, w której krzyczysz, a twoje ciało rozpada się na kawałki. W tym momencie nocnej mary zawsze się budzisz - zlany potem. Powoli odzyskujesz utracone człowieczeństwo, starasz się wyrwać ze szpon szaleństwa - rzucone w ciebie zaklęcie, choć tego nie pamiętasz, było jednak niezwykle silne.
Przebywałeś w lesie - jakbyś tylko tu, z dala od ludzi, czuł się bezpiecznie.
Z czasem uświadamiasz sobie, kim jesteś - uderzają cię dawne wspomnienia, choć nie wszystkie. Nazywasz się Louis Bott, przypominasz sobie, że byłeś studentem; po jakimś czasie wiesz już, co lubiłeś jeść najbardziej, pamiętasz, jak grać na gitarze i jakie imiona noszą twoi najbliżsi. Wszystkie wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy są jednak zamazane - straciłeś je bezpowrotnie. Jesteś tego jeszcze nieświadom, ale na wszystkie oznaki magii - czy tego chcesz czy nie - będziesz reagował zwierzęcą wręcz paniką; twoja podświadomość chce ochronić cię przed potencjalnym bólem. Jeżeli skorzystasz z pomocy specjalisty, będziesz w stanie całkiem wyleczyć stany lękowe - ale zajmie to całe miesiące.

Nastał ostatni tydzień kwietnia - i dopiero teraz, wciąż przebywając w lesie, pierwszy raz od dłuższego czasu spotykasz drugiego człowieka. Jesteś wyczerpany, twoje ubrania są podarte, na twarzy nosisz ślady zadrapań, ubrudzony jesteś krwią - nie jesteś pewien, czyją. Bez zwątpienia potrzebujesz pomocy.

| To koniec ingerencji mistrza gry - Louis, witaj wśród żywych! Rozegraj ten wątek z dowolną postacią. W przyszłych rozgrywkach pamiętaj o zawartych w tym poście informacjach. Stan zdrowia psychicznego w akcepcie Twojej postaci został zaktualizowany - jeżeli podejmiesz terapię, chcąc wyzdrowieć, po odpowiednim czasie powiadom mistrza gry o postępie leczenia.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   18.07.17 11:15

| 25.04

Tego wieczoru Benjamin nie mógł zasnąć. Zbyt wiele wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni i zbyt wiele miało wydarzyć się już za kilka dni; głowę przepełniały bolesne wspomnienia i nie mniej okrutne wizje przyszłości, nic więc dziwnego, że męczyły go koszmary, w których stawał się bezbronnym, bezsilnym dzieckiem, nie radzącym sobie z ciążącą na nim odpowiedzialnością. Podświadomość próbowała powiedzieć mu o zmęczeniu, potrzebie odpoczynku i ulżeniu w emocjonalnych torturach, ale pozostawał ślepy na troskliwe podszepty, woląc przykryć niepokój działaniem.
Pocztą pantoflową dotarły do niego informacje o zaginięciu Louisa a informacje, które otrzymał od magicznej części jego rodziny, pozwoliły mu na rozpoczęcie poszukiwań na własną rękę. Raz na kilka dni wędrował po okolicznych lasach, wykorzystując długie spacery do wzmocnienia się i powrócenia do pełni formy. Nasłuchiwał plotek o pojawiających się w dzikich ostępach ludziach i o rejonach, z których uciekały zwierzęta - na tej podstawie wybierał miejsca, w których poszukiwał Louisa, odzyskując przy okazji odrobinę sprawności i uciekając od nieprzespanych, koszmarnych nocy. Tym razem nie było inaczej; powoli tracił już nadzieję na odnalezienie przyjaciela, ale nie zamierzał się poddawać. Przemierzał marszowym krokiem kolejne ścieżki, paląc przy tym papierosa i uważnie przysłuchując się odgłosom lasu. Przeszukiwał knieję już drugą godzinę, finalnie dotarł jednak do obranego punktu kończącego dzisiejszą wędrówkę. Powoli sączący się strumień przedzielał tereny poszukiwań - Wright przystanął tuż przy chyboczącym się moście, zaciągając się głębiej papierosem. Nie chciał wracać do mieszkania, nie chciał znów budzić się spocony i przerażony, nie chciał mierzyć koncentrować się na katastrofalnych wizjach zbliżającej się odsieczy. Oparł się o pień drzewa i przymknął oczy, wzdychając ciężko, nie na tyle głośno jednak, by nie usłyszeć specyficznego szelestu stóp i dziwnego mamrotania - a może piosenki? - dobiegającego z przeciwległego brzegu strumienia.
- Halo, jest tam kto? - zawołał, od razu odrywając się od pnia. Szybko wypluł resztę papierosa, wyrzucając go w błoto, okalające ciek wodny, i wbił spojrzenie w krzaki, zza których dobiegały specyficzne dźwięki. - Louis? - uściślił, nie mając jednak większej nadziei: nie zliczyłby, ile razy zadawał to samo pytanie nastroszonym sarnom, rodzinie dzików, zabłąkanemu psidwakowi, pijakowi drzemiącemu pod drzewem lub grupce rozochoconych udanym polowaniem myśliwych. Być może dlatego nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów ani nie wyciągał różdżki, po prostu obserwując szeleszczącą ścianę lasu, zastanawiając się, czy dziwne dźwięki mogły mu się wydawać, będąc kolejną wskazówką do postępującego, depresyjnego szaleństwa.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Dawny most   18.07.17 20:02

Nocne niebo i gwiazdy. Gwiazdy wirujące coraz szybciej, otulające mnie, szepczące do mnie tak, jak szepcze matka do swojego dziecka snując mu bajkę na dobranoc. Gwiazdy zatrzymujące się raptownie, spadające z grafitu nieboskłonu jedna po drugiej aż pozostała tylko czarna dziura pustki.

Ostatnim, co mi towarzyszyło, był oślepiający ból.
BÓL. Jakby przypalano moje ciało żywym ogniem. BÓL. Jakby rozrywano mnie na strzępy. BÓL. Jakby w każdy kawałeczek mnie wbijano rozżarzone pręty. BÓL. Rozsadzający mnie od środka. Ból nie do opisania.
I ten ogłuszający wrzask.

Kiedy otworzyłem oczy, było ciemno, choć nie aż tak jak jeszcze przed chwilą. Tym razem gwiazdy były na swoim miejscu, nie poruszały się i milczały. Miałem wrażenie, że są odleglejsze i zimniejsze niż dotąd.
Spróbowałem się poruszyć. Zdrętwiałe ciało odmówiło współpracy. Jakby nie należało do mnie. Jakby ktoś mi odciął głowę i przyszył do zwłok. Spróbowałem jeszcze raz. Nieprzyjemne mrowienie.
Gdzie byłem? Przed oczami miałem tylko nocne niebo i czarny zarys koron drzew na jego tle.
Jak się tu znalazłem? Co pamiętam jako ostatnie? W głowie rozlał się pulsujący ból, więc odrzuciłem na bok myśli. Udało mi się poruszyć palcami rąk. Bolały, jakbym od dłuższego czasu nie robił nic, prócz walenia pięściami w mur.
Gdzie ja jestem? Odetchnąłem z trudem, bo klatka piersiowa bolała przy każdym głębszym wdechu.
KIM ja jestem?
Nieznośna pustka w głowie przytłaczała. Poczułem jak żołądek boleśnie mi się skręca. Z głodu, ze strachu.
W końcu udało mi się przechylić głowę. Policzek nieprzyjemnie zapiekł pod wpływem dotyku zimnej, wilgotnej trawy i szorstkich, zasuszonych liści.
Lou..., coś zatliło się w mym umyśle niczym iskra, po czym błyskawicznie znikło pogrążając mnie ponownie w ciemności pustki, nim zdołałem uchwycić tą myśl.
Co ja tutaj robię? Mozolnie, cały zdrętwiały zacząłem się gramolić próbując znaleźć oparcie w trzęsących się rękach.
Louis...
Odwróciłem gwałtownie głowę starając się wyłowić wzrokiem tego, kto to wyszeptał. Nikogo nie było. Otaczał mnie tylko las... byłem całkiem sam.
Od gwałtownego ruchu głowa znów zapulsowała bólem i to do tego stopnia, że nie powstrzymałem grymasu, który wypłynął mi na twarz.
Zamarłem. Potrzebowałem dłuższej chwili na zebranie sił. Zebranie myśli chyba nie wchodziło w grę. Pozwoliłem jednak by te zupełnie swobodnie przepływały mi przez głowę. Głównie składały się ze stwierdzeń faktów jak: "jestem w lesie", "jest wieczór albo zaraz przed świtem" i pytań bez odpowiedzi.
Bott..., rozległo się tak wyraźnie i blisko, że omal się nie przewróciłem przy raptownym manewrze. Znów na nic - obok nikogo nie było.
Poruszyłem nogami. Jakby miliony szpilek falami wbijały się w każdy skraweczek mięśni. Syknąłem cicho.
Jak się tu znalazłem?

Myśli zaczęły napływać po dłuższym czasie. Imiona, nazwy, obrazy nieskładnie i bez ostrzeżenia wdzierały mi się do głowy. Miałem wrażenie, że jest ich za dużo. Że nie należą do mnie. Miałem wrażenie, że ktoś je upycha na siłę i że głowa zaraz mi eksploduje. Zrobiło mi się niedobrze. Najpierw mdłości, potem torsje. Przechyliłem się, zwymiotowałem żółcią - niczym więcej, ale zupełnie mnie to wycieńczyło. Obrazy i słowa nie przestały napływać. Głowa nieprzerwanie pulsowała bólem.

Nie miałem poczucia czasu. W końcu jednak wiedziałem jak się nazywam, a przynajmniej tak mi się zdawało.
Podniosłem się na chwiejnych nogach tylko dzięki podporze w postaci pnia drzewa. Wciąż nie mogłem sobie przypomnieć jak się tu znalazłem. Jaki był dzisiaj dzień?
Bałem się. Byłem sam w środku zupełnie obcego mi lasu. Bałem się. Bałem się przestać być sam i wyjść spomiędzy drzew. Nie miałem pojęcia w którą stronę się skierować, żeby dotrzeć... dokądś. Do domu... gdziekolwiek ten się znajdował. Do bezpiecznego schronienia.
Po raz setny przetoczyłem wzrokiem wokół, po czym niepewnie ruszyłem w kierunku, gdzie wydało mi się, że widzę ścieżkę. Nie było tam jednak żadnej ścieżki.

Czasami prawie wiedziałem gdzie jestem. I prawie wiedziałem gdzie chcę dotrzeć. Czasami miałem przebłyski naprawdę trzeźwych i bardzo wyraźnych myśli. Planowałem wydostanie się z lasu. A czasami po prostu bezmyślnie zagłębiałem się weń jeszcze bardziej tylko po to, by celowo się zagubić, by nie móc się odnaleźć. Czasami zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem sam i panikowałem. Trząsłem się ze strachu, nawoływałem, ale odpowiadało mi tylko echo, więc szybko przestałem. Czasami mimo usilnych prób nie potrafiłem zebrać składnych myśli, gubiłem się w nich, motałem... w kółko tłukło mi się po głowie jakieś jedno bezsensowne zdanie. Powtarzałem je szeptem niczym mantrę.
Byłem zmęczony, jakby zapadły w sobie. Wklęsły. Tak, miałem wrażenie, że jestem wklęsły. Stopy promieniowały bólem przy każdym kroku, ale coś kazało mi przeć do przodu, przedzierać się przez las. Dokąd? Nie wiedziałem.
Było ciemno, ale nawet gdyby nie to, to ledwo widziałem na oczy. Powieki mi ciążyły, raz po raz opadały na chwilę albo dwie przez co zdarzało się, że wpadałem na jakiś konar, albo potykałem o głaz. Musiałem iść dalej. Nie wiedziałem po co, ale byłem przekonany, że to strasznie istotne.
- Zapętlenie czasoprzestrzeni... zapętlenie czasoprzestrzeni... zap... strzeni... pętlenie czasu... - mamrotałem nieświadomie. Cicho, szeptem... bo zupełnie zaschło mi w ustach. Już dawno temu.
- Lętenie czasu... - mruknąłem bezmyślnie z coraz większym mozołem stawiając kolejne kroki. W końcu zatrzymałem się zupełnie i na dobrą chwilę zastygłem w bezruchu bezgłośnie poruszając ustami. W końcu poddałem się w walce z powiekami i zamknąłem oczy. Nie na długo. Z "drzemki" na stojąco wyrwało mnie coś absolutnie dziwacznego. Coś, z czym dotąd nie spotkałem się w tym lesie... a przynajmniej tak mi się zdawało.
- Louis? - powtórzyłem za dziwnym echem. Dziwnym, bo kto to widział, żeby to echo odzywało się najpierw? Zanim jednak przemyślałem sprawę, przypomniałem sobie, że przecież mam iść. Ruszyłem więc z miejsca. Krok, drugi, trzeci... Chlupot wody. Mokro w stopy. Zimno w stopy. Przyjemnie.
- Lętenie czasu - szepnąłem z zafascynowaniem wpatrując się w niewielki strumyk, w którym obecnie stałem. Pochyliłem się. Nabrałem zimnej wody w zimne dłonie. Siorbnąłem starając się w ten sposób napić. Nie byłem pewny czy chciało mi się pić... ale woda była przyjemna.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   18.07.17 20:56

Nie spodziewał się żadnej odpowiedzi, dlatego też powtórzone wraz z echem imię, mocno wytrąciło Benjamina z równowagi. A jednak się nie przesłyszał, w krzakach na drugim brzegu czegoś, co tylko bardzo naćpany poeta mógłby opisać jako rwący strumień, coś się czaiło, coś ludzkiego, potrafiącego odbijać wypowiedziane słowa. Wright szybko zrobił w swojej głowie przegląd dzikich stworzeń posiadających taką umiejętność, ale zanim doszedł chociaż do litery c tego skąpego leksykonu, chaszcze poruszyły się, a spomiędzy gałązek wyszedł...człowiek.
To mógł rozpoznać na pierwszy rzut oka; sylwetka poruszała się na dwóch nogach, względnie wyprostowana, posiadająca niezbędne kończyny, ale poza tym w niczym nie przypominała myśliwego ani zagubionego spacerowicza. Rozczochrane włosy, niechlujny zarost, setki zadrapań, poszarpane ubranie, ozdobione liśćmi, gałązkami i mchem; wzrok najbardziej przyciągały jednak bose, poranione stopy i oczy - szalone i mętne zarazem, błyszczące niezdrowym blaskiem i zasnute niepokojącą mgiełką nieprzytomności. Wright zdębiał, wpatrując się w wyłaniającego się z nicości...Louisa.
W najśmielszych snach nie spodziewałby się, że akurat dzisiejsze poszukiwania okażą się sukcesem, dlatego nie był w ogóle przygotowany - ani psychicznie ani też fizycznie - na bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Z plotek, zasłyszanych wśród okolicznej ludności, podejrzewał, że Bott mógł zgubić się w dzikich ostępach, ale nie przypuszczał, że sam zdziczeje. Nie do tego przerażającego stopnia, wywołującego w pierwszej chwili przejmujący smutek. Louis wyglądał jak siedem ślizgońskich nieszczęść i najwyraźniej znajdował się w odmiennym stanie świadomości, bełkocząc bez sensu.
- Louis - wychrypiał ponownie, donośnie, chcąc urzeczywistnić niemożliwe, upewnić się, że Bott faktycznie stoi kilka metrów przed nim, po kostki w lodowatej wodzie, bełkocząc do siebie niezrozumiałe zbitki słów. Ben wyprostował się i zrobił ostrożny krok w przód: instynktownie wyczuwał, że chłopakowi bliżej jest teraz do spłoszonego zwierzątka niż racjonalnego człowieka, dlatego też podchodził do niego bardzo powoli, z wzrokiem utkwionym w rozbieganych oczach bruneta. - Louis, to ja, Ben. Pamiętasz mnie? - spytał wyraźnie i - już z bliska - omiótł go spojrzeniem. Psidwacza kość, czy to krew? - Co się stało? Jesteś ranny? - kontynuował coraz szybciej; początkowy szok, wynikający z szczęśliwego odnalezienia Louisa, mijał, zastępowany przez rosnący niepokój. Wright zachwiał się na czubkach palców, gdy dryblas wykonał gwałtowny skłon, pochylając się nad strumieniem; pewien, że Louis ma zamiar zemdleć, brodacz doskoczył do niego i objął go ramieniem, na razie zbyt delikatnie, by faktycznie zablokować ewentualną ucieczkę, jakiej się naiwnie nie spodziewał. - To ja, Ben - powtórzył, prostując się razem z brunetem, starając się złapać jego spojrzenie, wychwycić błysk w mętnych źrenicach, nawiązać jakąś nić porozumienia. Podstawowa, uzdrowicielska wiedza nie pozwalała mu na dokładne zorientowanie się w sytuacji, ale widocznie z głową Lou  coś było nie tak: wynik uderzenia? Walki? Starcia z dzikim zwierzęciem? - Hej, coś cię boli? Gdzie? - spytał ponownie, tym razem bardziej stanowczo, delikatnie potrząsając chudym mężczyzną - z każdą sekundą martwił się o niego coraz bardziej, bo chociaż na pierwszy rzut oka znajdował się w jednym kawałku, to pozorny dobry stan mógł okazać się bardzo zwodniczy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę długą tułaczkę po niebezpiecznym lesie.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Dawny most   18.07.17 22:11

Woda była łagodna i miękka. Tylko tak szybko uciekała przeciskając się między palcami... prócz tego, że była zimna, przypominała zwierzątko. Kiedyś chciałem mieć zwierzątko, stwierdziłem nagle w myślach. Tak, z całą stanowczością.
Drgnąłem gwałtownie, kiedy echo odezwało się ponownie. Głośniej i wyraźniej. Zwierzątko skorzystało z mojej nieuwagi i przeciekło mi spomiędzy dłoni. Nieważne, teraz było zupełnie bez znaczenia.
- Louis - powtórzyłem tylko odrobinę głośniej od szeptu i powoli się odwróciłem. Omiotłem otoczenie spojrzeniem moich brązowych oczu, które teraz właściwie przypominały ślepia. Wielkie i głęboko osadzone w czaszce, otoczone sinymi cieniami. Te właśnie ślepia wbiłem w Echo.
Echo przypominało z wyglądu niedźwiedzia. Było duże, potężnie zbudowane i kudłate. Wprawdzie chyba nigdy nie stałem oko w oko z niedźwiedziem, ale z pewnością tak właśnie niedźwiedź wyglądał - jak Echo. Czuło się przed nim respekt i strach... ale strach z tych paraliżujących - kiedy boisz się poruszyć czy uciec, bo podświadomie wiesz, że to będzie twój koniec.
Stałem więc nieruchomo nie potrafiąc oderwać wzroku od Echa, a oczy chyba rosły mi z każdą chwilą. Czułem to wyraźnie - były jak dwie rosnące monety. Tylko zamiast połyskiwać złotem, lśniły strachem. Może mnie nie zauważy? - przemknęło mi przez myśl. Albo uzna za jakiś posąg albo kamień...?
Echo zrobił krok w moją stronę, a ja miałem wrażenie, jakby ktoś przykuł mi stopy do podłoża. Zupełnie ich nie czułem i za nic nie chciały się mnie słuchać. Bo ja już wcale nie chciałem udawać posągu ani kamienia, chciałem jedynie utrzymać między nami tą samą odległość, która wydawała mi się bezpieczna. Nic z tego.
Echo zbliżało się do mnie powoli, ale niemiłosiernie. Odezwało się ponownie, a ja tylko rozchyliłem wargi, nie będąc w stanie wydobyć z siebie choćby i jednego dźwięku. Strach był nie tylko paraliżujący, ale i odbierający mowę. Niedobry, niedobry strach! Gdybym tylko mógł uciec przed Echem! Bo Echo rosło z każdą chwilą i wzwyż i wszerz. I stawało się coraz bardziej włochate. Czy Echo to drapieżca? Czy Echo to mięsożerca?, przemknęło mi przez myśl. Przeczesywałem gorączkowo każdy skrawek głowy w poszukiwaniu odpowiedzi, ale to na nic. Nie wiedziałem... nie pamiętałem! Przez chwilę czułem jak wzbiera we mnie panika, ale... Ale im Echo rosło w oczach, im więcej mówiło, tym łagodniejsze się wydawało. Prawie znajome.
Strach trochę odpuścił, bo znów wróciło mi czucie w nogach. Postąpiłem krok w tył... Nie, chciałem to zrobić, ale stopa ześlizgnęła się po glonach porastających kamień i straciłem równowagę zginając się w pół i czując całym sobą, że zaraz będę miał bliskie spotkanie ze swoim mokrym zwierzątkiem.
...Albo i nie. W pierwszej chwili nie wiedziałem co się stało... ale kiedy już się zorientowałem, nie było ważne to, że jeszcze przed chwilą Echo wydawało mi się łagodne. Zadygotałem, ślepia wielkości już chyba śliwek wyrażały czyste przerażenie, zaraz przed tym jak odskoczyłem w bok. Znów się poślizgnąłem, ale tym razem udało mi się utrzymać równowagę.
- Echo... - zacząłem najwyraźniej głośniej niż powinienem, bo zachrypnięte, od dawna nieużywane porządnie gardło nie poradziło sobie za dobrze z pierwszym słowem. Głos miałem tak obcy, że sam byłem nim zaskoczony... zanim zaniosłem się kaszlem.
- Za... blisko - wykrztusiłem z siebie, cofając jeszcze o krok albo dwa dla bezpieczeństwa.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   19.07.17 10:14

Głos Louisa brzmiał dziko, ochryple, jakby od dawna nieużywane struny głosowe zarosły mchem, rozpleniającym się aż do mózgu, by zalać wrażliwe tkanki toksyczną posoką. Ta dość przerażająca metafora, opisująca stan nieszczęsnej zguby, utkwiła przed oczami Benjamina tak dokładnie, że przez chwilę tęczówki leśnego szaleńca, w jakiego zamienił się Bott, zdawały mu się zielenić w oczach. Zamrugał gwałtownie, chcąc odegnać tą popieprzoną wizję. Nie, to na pewno nie morderczy mech - chociaż czy mógł wiedzieć to na pewno? Nie znał się przecież na zielarstwie, kto wie, jakie ustrojstwa czają się w zakamarkach magicznej flory. Jeśli ktoś przebywał tu wystarczająco długo, mógł paść ofiarą wielu nieprzychylnych przypadków, także tych związanych z krwiożerczymi nasionami, wpadającymi przez ucho i...
Pokręcił ponownie głową, aż czarne loki obsypały się na zmarszczone, zafrasowane czoło. Musiał się skupić a nie snuć porażające wizje. Najważniejsze, że przed nim stał, bez wątpienia, Louis: z wszystkimi kończynami, z głową na swoim miejscu, pamiętający - chyba - swoje imię, które tak bezosobowo wypowiadał. Louis poszarpany, zapewne ranny i pozbawiony piątej klepki, ale przynajmniej miał go już na wyciągnięcie ręki i mógł roztoczyć nad nim opiekę. - Tak, Louis to ty. Ja to Ben. Jesteśmy przyjaciółmi - powtórzył uparcie, starając się, pomimo nerwowych ruchów młodzieńca, wzrokowo ocenić, co może mu dolegać i gdzie. Największe plamy krwi barwiły lewy bok, co nie wróżyło dobrze; pozostałe mogły być wynikiem zadrapań i drobnych urazów. Stopy też nie wyglądały najlepiej, ale na razie zostawił je w spokoju, bowiem największą zagadką pozostawała głowa. Wstrząs mózgu? Bott spadł skądś, potłukł się boleśnie i zwariował? Benjamina znów przeszyło nieprzyjemne zimno: o ile potrafił poradzić sobie - prymitywnie, ale jednak jakoś - z zwichnięciami, złamaniami i podstawowymi fizycznymi urazami, to kwestie wrażliwej psychiki pozostawały poza jego zasięgiem i zrozumieniem. - Ty - Louis. Astrofizjolog. Gwiazdy i cała reszta - kontynuował cierpliwe badanie granic pojmowania bruneta, starając się przypomnieć te wszystkie trudne nazwy, którymi obrzucał go za czasów trajkoczącego zdrowia. - Ja - Ben. Przyjaciel. Miotły i smoki - nawet podobała mu się ta wymiana zdań, prosta i pasująca do poziomu Wrighta. Widząc nerwowe reakcje chłopaka, mówił coraz spokojniej i wolniej, chociaż serce dudniło mu w piersi z niepokoju. Dlaczego tak bał się kontaktu? Dlaczego powtarzał coś o echu? Słuch też miał uszkodzony? Co, do ciężkiego, magicznego licha, go spotkało? Wright zacisnął wargi i z cichym westchnieniem wypuścił Botta z objęć; wiercił się, kręcił i widocznie bezpośredni kontakt był mu więcej niż niemiły.
- Pomogę ci, w porządku? A potem opowiesz mi o tych jeleniach czasu, to na pewno świetne zwierzaki- zaproponował, sięgając powoli do kieszeni skórzanej kurtki. Co Louis lubił, co mogło go uspokoić? Zupełnie nie znał się na astrofizjologicznych treściach, nie potrafił przypomnieć sobie żadnych słów, ale...no tak, przecież Bott kochał magię, uwielbiał czarodziejski świat. Ben nie mógł wiedzieć o doświadczeniach Lou, nie mógł przewidzieć jego zachowania; resztkami rozsądku powstrzymał się jednak od wyczarowania magicznych iskier albo sprawienia, by kamienie, leżące obok strumienia, zaczęły tańczyć. Bardziej troszczył się o zdrowie chłopaka niż ewentualne rozrywki - na to przyjdzie czas później, gdy zapakuje go w kokon ciepłych koców, położy do łóżka i sprowadzi najlepszego uzdrowiciela. Na razie musiał radzić sobie sam. - Paxo - wypowiedział łagodnie, unosząc różdżkę na Botta, z nadzieją, że uspokajające zaklęcie zadziała, jednak już w sekundzie, w jakiej unosił do góry sekwojowe drewno, wiedział, że zrobił coś nie tak: na twarzy Louisa wykwitło bowiem potworne przerażenie.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   19.07.17 10:14

The member 'Benjamin Wright' has done the following action : rzut kością


'k100' : 44


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Dawny most   19.07.17 22:31

"Louis to ty", rozległo się echem w mojej skołowanej głowie. Tak, to przecież prawda!, przypomniałem sobie. Louis to ja, powtórzyłem sobie na wszelki wypadek dwa razy w myślach. Louis Bott. Lou.
Odetchnąłem cicho, nawet trochę się rozluźniłem. Kiedy się nad czymś intensywnie skupiałem, prawie zapominałem o strachu. A skupianie się na tym, co mówiło Echo, nie było wcale łatwą sztuką nawet, kiedy formułowało krótkie zdania prostymi słowami.
...Ben? Echo było Benem? A może to Ben był Echem? I niedźwiedziem? Zmarszczyłem brwi, bo tym razem nie poszło mi już tak gładko jak jeszcze przed chwilą.
Odszukiwanie wspomnień było bardzo żmudną i męczącą pracą. To jak nurkowanie w oceanie w większości pomieszanych i nieułożonych puzzli w nadziei, że uchwyci się i wyłowi te odpowiednie. To, że wspomnienia w ogóle do mnie wróciły było sukcesem, ale do tej pory nie próbowałem ich w żaden sposób skompletować czy umiejscowić chronologicznie w czasie... teraz zaś przeczesywałem je w poszukiwaniu wskazówek dotyczących Echa. To znaczy Bena. Moja mina i wzrok jednak wyrażały dobitnie, że takowych nie mogłem odnaleźć, że nie rozpoznawałem osobnika stojącego przede mną i że gubiłem się we własnej głowie.
"Jesteśmy przyjaciółmi". Ben, zwany Echem, pomagał. Trochę jakby prowadził mnie w tym oceanie puzzli. Miałem wrażenie, że to co mówi, faktycznie ma sens i że jeśli wystarczająco uporczywie będę podążał za jego słowami, to odnajdę to, co zagubiło się w odmętach mojego własnego umysłu.
Kąciki warg drgnęły mi lekko i uniosły się samoistnie w nikłym uśmiechu, kiedy mężczyzna wspomniał o "astrofizjologu". Nie wiedziałem czemu rozbawiło mnie to słowo. Chyba po prostu brzmiało zabawnie. W każdym razie chyba byłem blisko. Wydawało mi się, że już mam w zasięgu odpowiednie puzzlo-wspomnienia, że wystarczy jeszcze chwila, a...
Ben jest moim przyjacielem i mi pomoże, powtórzył w mojej głowie cichy głos. Kojący. Czułem, że mogę mu zaufać. Benowi też. Było w nim coś takiego... znajomego?
I przerażającego.
W ułamku sekundy zawładnął mną paniczny strach i przejął kontrolę nad moim ciałem. Odskoczyłem od mężczyzny, który właśnie wyciągnął różdżkę i rzuciłem się na oślep do ucieczki. Nieważne dokąd biegłem, musiałem się znaleźć jak najdalej od tego. Problem w tym, że od dłuższego czasu cierpiałem na deficyt sił, a śliskie kamienie wcale nie były łatwym podłożem do biegania nawet, jeśli nie miało się na co dzień problemów z koordynacją ruchową... a ja od zawsze miałem. Byłem wycieńczony i choć przerażenie mnie napędziło zastrzykiem energii, to na ileż mogło mi to wystarczyć?
Poślizgnąłem się, runąłem w dół, ale w ostatniej chwili podparłem rękami o dno strumyka i popędziłem dalej zgięty w pół, prawie na czworakach. Wpadłem za kamienny szkielet mostu parę metrów dalej. Na dalszą ucieczkę nie miałem sił, choć serce waliło mi w piersi jak młotem, a w głowie huczało: "Biegnij, Lou! Uciekaj! Ratuj się!" Nie mogłem. Dygotałem walcząc z własnym ciałem, ale nie byłem w stanie się już zmusić do biegu. Jedyne co mi pozostało, to znaleźć kryjówkę. Moje dłonie gorączkowo badały kamienną pozostałość po moście, jakbym nagle miał znaleźć ukryte przejście. Przejścia nie znalazłem... znalazłem za to wyrwę w murze. Szczelina była niewielka, ale przestraszonemu mi wcale to nie przeszkadzało. Naparłem na nią plecami i wciskałem się w nią nie bacząc na to, że ostre krawędzie cegieł i kamieni przysparzały mi kolejnych zadrapań i otwierały stare rany. Wciskałem się dotąd, aż jakimś cudem nie zmieściłem się w niej cały. Dygotałem. Skulony, siedząc na zimnym, mokrym kamieniu, praktycznie nie mogąc się poruszyć otoczony ze wszystkich stron ceglanym murem, schowałem twarz w poharatanych dłoniach.
- Nie, nie, nie... Proszę, nie... - skomlałem niemal bezgłośnie do samego siebie. Dudnienie mojego własnego serca powoli słabło i cichło i choć w głowie wciąż plątały się myśli o ucieczce, to jakby mniej natarczywie. Powieki ciążące od dłuższego czasu znów przysłoniły oczy, mięśnie się rozluźniły. Odpływałem nieświadom, że magia właśnie skutecznie ujarzmiała mój strach.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   20.07.17 8:12

Milczenie Louisa nie wróżyło dobrze. Zazwyczaj gadał jak najęty, z pasją opowiadając o pękniętej strunie w ulubionej gitarze, ostatniej szalonej przygodzie, którą przeżył razem z przyjaciółmi lub sypał zadziwiającymi informacjami ze świata mugoli. Nieco wymięta koszula, uśmiech od ucha do ucha, rozczochrane włosy, śmiejące się oczy - tamten Bott zniknął, zastąpiony swoim wypranym klonem, potwornym bratem bliźniakiem, przeciągniętym przez gęsty las, wyprany z emocji, wyprany z wspomnień. Czy zupełnie stracił pamięć? Czy stał się kimś zupełnie innym? Wright obawiał się coraz bardziej, co nie zmieniło się nawet w momencie, w którym spierzchnięte, wąskie wargi bruneta wykrzywiły się w uśmiechu. Naturalnym i szczerym, nie obejmującym jednak do końca rozbieganych oczu. To wesołe przypomnienie dawnego Louisa wydawało się w tym momencie wręcz bluźnierstwem, akcentując tylko zmianę, jaką wywołały w nim długie dnie zagubienia i osamotnienia. Gdzie się podział? Co robił? Dlaczego znalazł się akurat tutaj, wyglądając rozpaczliwie jak Puchon na diecie? Pytania kłębiły się w głowie Benjamina, gdy unosił różdżkę, ale nie otrzymał na nie żadnej odpowiedzi - ani od samego siebie ani od Merlina, bowiem sekundę później sytuacja zmieniła się gwałtownie.
Zaklęcie miękkim, jasnym błyskiem dosięgnęło pleców Botta, który nie dość, że zdążył się odwrócić, to jeszcze dość skutecznie uciekał, wykorzystując szok, wciskający Wrighta w ziemię. Stawiał czoła smokom, krążył po wymarłym labiryncie, stawał do walki z najgorszymi, nokturnowymi zakapiorami, przeszedł koszmar, by odnaleźć serce Grindelwalda, ale teraz, patrząc na zezwierzęconego przyjaciela, wręcz czołgającego się w błocie, by od niego uciec, czuł jeszcze większe przerażenie niż podczas tamtych przygód.
- Louis! - krzyknął ochryple, dopiero po fakcie zdając sobie sprawę, że wrzeszczenie na oszalałego ze strachu człowieka nie jest najmądrzejszym pomysłem. Zaklął szpetnie pod nosem, chowając różdżkę do kieszeni i ruszył w pogoń za brunetem. Na tępe wpatrywanie się w znikającego za mostem młodzieńca stracił co najwyżej kilkanaście sekund, ale i one wystarczyły, by zgubił go z oczu. Gdy znalazł się za przęsłem mostu, zatrzymał się gwałtownie, szukając śladów w błocie - nie, Bott nie biegł dalej, musiał skryć się gdzieś tutaj, w zasięgu dźwięku, wzroku i ramion. Ben odetchnął głęboko, policzył do dziesięciu - zajęło mu to dwa razy dłużej, niż normalnemu czarodziejowi - by się uspokoić i dopiero wtedy rozejrzał się ostrożnie dookoła.
- Louis, przepraszam, chciałem ci tylko pomóc - powiedział głośno, gryząc się w język, by spomiędzy warg nie wypłynęły słowa zgoła inne, odbijające mu się echem po głowie. Co, do nokturnowej nędzy, się stało? Dlaczego tak boisz się czegoś, co niesamowicie cię fascynowało i cieszyło? Szaleńcza reakcja Botta musiała wynikać z jakiejś traumy po użyciu magii - tragiczna pomyłka przynajmniej podsunęła Benjaminowi jakąś wskazówkę, rzuciła światło na to, jak powinien się zachowywać. Wolał nie zastanawiać się, dlaczego uniesienie różdżki wywołuje u chłopaka panikę; nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, które jednak budowały się przed jego oczami od razu, zwiększając tylko przerażenie i wściekłość na ludzi, którzy doprowadzili Louisa do tego stanu.
Do stanu małego, piszczącego zwierzątka...chowającego się w wyrwie, do jakiej z pewnością nie wcisnąłby się jeszcze kilka tygodni temu. Skulony, zakrwawiony, z głową ukrytą w dłoniach, przedstawiał obraz tak rozdzierający, że Jaimie znowu zamarł.
- Hej, Lou. Spokojnie. Nie zrobię ci krzywdy. Pamiętasz, jak mówiłeś mi o czerwonych dziurach? I o...materialerii? I atomonach? - odezwał się dopiero po chwili, cicho, spokojnie, przykucając przed wyrwą, na tyle blisko, by Bott doskonale go widział, ale na tyle daleko, by zaprzestał wciskania się plecami na ostrą ścianę za sobą, i tak spływająca krwią. Merlinie, musiał go stąd zabrać jak najszybciej. Musiał też zająć go czymś, co lubił; to widocznie wspomnienie astrofizjologii wywołało uprzednio uśmiech na jego twarzy. - Nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję. Na spadające gwiazdy - powtórzył jeszcze ciszej, wyciągając przed siebie szorstką dłoń, jednocześnie wyczekując kontaktu - wolał nie wydzierać go z schronienia na siłę - i pokazując, że nie ma w niej różdżki. Miał nadzieję, że zaklęcie chociaż trochę go uspokoi i pozwoli mu na zabranie go z zimnego, ciemnego lasu do ciepłego domu.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Dawny most   20.07.17 19:50

Niezrozumiałe obrazy przewijały się w mojej głowie niczym szybko przekładane fotografie.
Uniesiona różdżka. TRACH. Kamienne filary. TRACH. Upadający na ziemię niedopałek papierosa. TRACH. Betonowy, ciemny tunel. TRACH. Sunący w moją stronę wąż. TRACH. Migocząca żarówka o mdłym świetle. TRACH. Kapiąca z ubrań woda. TRACH. Zakapturzona postać. TRACH. Schody w górę zdające się jedną drogą ucieczki. TRACH. Czerwony, złowieszczy blask.
Skuliłem się jeszcze bardziej, choć wydawało się, że to niemożliwe. Obrazy blakły z każdym uderzeniem mego serca, aż rozwiały się zupełnie, a ja z powrotem znalazłem się w skalnej szczelinie w środku lasu.
Moje ciche jęki przerwał głos Bena. Łagodny głos Bena, kojący. Ale czy to miało jakieś znaczenie? Przed chwilą przecież mówił podobnie, a potem wyciągnął broń. Ciarki przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa, ale omotany uspokajającą magią w mgnieniu oka przestałem odczuwać niepokój. Nawet moje myśli stały się klarowniejsze.
"Obiecuję. Na spadające gwiazdy."
Poczułem jak wszystkie wnętrzności mi się skręcają. W głowie zawirowało.
- Ben...? - odezwałem się niepewnie, podnosząc wzrok teraz jakby trzeźwiejszy niż do tej pory. - To ty? - dodałem z niedowierzaniem, a jednak niemal pewny, że się nie mylę. Przecież doskonale znałem ten głos! I te oczy barwy czekolady!
Kolejne puzzle wróciły na swoje miejsce.
Pamiętałem go! Pamiętałem jak się poznaliśmy, jak początkowo się go bałem, a potem polubiłem. Pamiętałem nasze wspólne wypady na piwo i jak zabawnie przekręcał niektóre słowa. Pamiętałem nawet naszą ostatnią rozmowę. Powiedział, że mam na siebie uważać i przed czymś ostrzegał... nie byłem tylko pewien przed czym.
Teraz uważnie mu się przyglądałem ze swojej kryjówki. Tak, jeśli nie był jakąś senną marą, to z pewnością był to Ben.
W jednej chwili wezbrała we mnie ulga... ale taka ulga zmieszana z obawą, że zaraz znów wszystko zapomnę, że zaraz mężczyzna zniknie, a ja zostanę tu całkiem sam.
- Ben - powtórzyłem jakby tylko utwierdzając się w przekonaniu, że nie śpię. A jeśli nawet spałem... to obym się szybko nie wybudzał z tego snu.
Tak jak gorączkowo jeszcze przed chwilą szukałem kryjówki, tak teraz począłem się z niej wydostawać, co wcale nie było takie łatwe. Nieważne. Przecisnąłem się na zewnątrz i zawahałem. Jeszcze raz omiotłem badawczym spojrzeniem kucającego mężczyznę. Tak, nie mogłem się mylić. To był on.
Broda lekko mi zadrżała, zupełnie nie po męsku. Sekundę później zaś wtuliłem się niego jak przestraszone, zagubione dziecko, a nie pełnoletni chłop.
- Ben... gdzie my jesteśmy? - zapytałem drżąco, ani myśląc się teraz od niego odsuwać. W tej chwili był moją jedyną ochronną tarczą przed całym złem tego świata. I ten jeden raz musiał mi wybaczyć to żałosne zachowanie.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   20.07.17 20:18

Chuda, pałąkowata postać wciśnięta w rozpadający się mur. Poobtłukiwane, fioletowe paznokcie, rozorane stopy, brudne od krwi i błota. Podarte spodnie ze zbyt dużą liczbą dziur, by można było uznać to za jakąś szaleńczą, nową modę. Włosy poprzetykane suchymi gałęziami. I pisk, dzik, zwierzęcy pisk, wydobywający się gdzieś spomiędzy spierzchniętych, wręcz białych warg. Benjamin wpatrywał się w kryjówkę Louisa a jego serce rozdzierało się na drobne kawałki - Bott przypominał mu zranionego smoka, z oczami zakrytymi bielmem cierpienia, z wyłamanymi kłami, z postrzępionymi skrzydłami, uniemożliwiającemu mu odlot tam, gdzie byłby bezpieczny. Przypominał mu ukochane ogniomioty katalońskie, skamlące przy każdym dźwięku brzękadła, którym torturowano je w banku Gringotta. Poniekąd przypominał mu też siebie samego, cierpiącego, osamotnionego, wolącego nadziać się na ostre, destrukcyjne krawędzie niż przyjąć czyjąś pomoc.
Oblizał nerwowo usta, gorączkowo myśląc co dalej, lecz w Louisie zaszła powolna zmiana. Widocznie zaklęcie zaczęło działać, pozwalając przedrzeć się świadomości na światło dzienne - Bott go poznawał. Jeszcze żaden dźwięk nie ogrzewał serca Benjamina tak skutecznie, jak ta krótka sylaba, jego imię, wychrypiane przez kogoś, kto przed chwilą czołgał się na czworakach przez błoto, byleby uciec od niego jak najdalej.
- Tak, Lou, to ja - odpowiedział od razu, z wielką, wyraźnie słyszalną ulgą, łamiącą mu dziwnie głos: na pół, pomiędzy wybuchnięciem radosnym śmiechem a przełknięciem kilku pierwszych łez, szczypiących w kącikach oczu. - Tak, stary, to ja. Jesteś bezpieczny - powtórzył gorączkowo, wbijając wzrok w rozszerzone źrenice Louisa, w końcu konkretne, w końcu skupiające wzrok na nim a nie na koszmarnym świecie gdzieś w głębi pokręconego umysłu. Wyciągnął dłoń jeszcze trochę, pewien, że zanim wywoła chłopaka z kryjówki, miną cenne kwadranse, ale tym razem przyjemnie się zaskoczył: plątanina długich kończyn sama wytoczyła się z wyrwy w podstawie mostu i znalazła się tuż obok niego. Tuż przy nim; lodowata, wychudzona, wyraźnie czuł kości i chłodne czoło, przytulające się do jego spoconej z nerwów szyi - jedynie oddech Louisa parzył mu brodę. Mocno, zapominając o delikatności, objął Louisa ramionami, przyciągając go do siebie. Nie przeszkadzał mu wątpliwie rozkoszny zapach dzikiego człowieka ani fakt, że obydwaj właściwie siedzieli w błocie: przytulał go mocno, stanowczo, po męsku, wsłuchując się w spowalniające się bicie serca, rezonujące w jego klatce piersiowej. Uspokajał się, dobrze. Ścisnął go jeszcze mocniej, raz, krótko, po czy odsunął go na odległość ramienia - tyle czułości wystarczy, nie mieli czasu na padanie sobie w ramiona jak stęsknione szlachcianki, chociaż prezentowali się pewnie, brudni i spoceni, niezgorzej niż najurodziwsze damy.
- W lesie, Lou. Zniknąłeś kilka tygodni temu. Wszyscy cię szukaliśmy - poinformował go o najistotniejszych rzeczach, nie chcąc przytłaczać go zbędnymi informacjami. Przekazał przecież tą najważniejszą - że bliscy martwili się o niego i wyczekiwali jego powrotu. - Ale już jesteś ze mną, więc nic ci nie grozi. Ale...dość gadania, zbierajmy się stąd, łapserdaku, powinieneś wziąć porządny prysznic - a ja obejrzeć, które z tych zadrapań są naprawdę groźne dodał w myślach, woląc nie rzucać od razu słów o podglądaniu Lou w kąpieli. Dopiero przed sekundą go rozpoznał, nie chciał psuć chwilowego przebłysku przytomności. - Pamiętasz coś? Coś cię boli? - spytał kontrolnie, zbierając się z ziemi i podnosząc ze sobą bruneta. Ciągle obejmował go ramieniem, zarówno, by mu pomóc, jak i po to, by powstrzymać ewentualną ucieczkę. - Masz. Nie jest to kurtka twojego taty, ale też się nada - mruknął, przerywając na chwilę kontakt cielesny, by zarzucić mu na plecy swoją skórzaną, czarną kurtkę: owszem, pachniała odrobinę potem, smoczym łajnem i rumiankiem, ale dawała niezbędne ciepło. I okrywała opłakany stan chłopaka. I...nawet na niego pasowała, wyjątkowo nie sięgając mu do kolan, tak jak każdemu innemu krasnoludkowi.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Dawny most   21.07.17 1:04

Wdech, wydech.
Zgarbiony wciskałem się w klatkę piersiową Bena napierając nań całym swoim (obecnie zdecydowanie niewielkim) ciężarem ciała i pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się bezpiecznie. Już nie byłem sam, zagubiony w lesie i zagubiony we własnym umyśle. Teraz będzie już dobrze... prawda?
Wdech... wydech...
Rozluźniłem się, kiedy mocno mnie objął. To nie był sen - wciąż musiałem się przekonywać w myślach, ale z każdą chwilą szło mi to coraz lepiej. Z pomocą Bena z pewnością wydostanę się z lasu i może nawet przypomnę o wszystkim, co zagubiło mi się gdzieś w odmętach umysłu? Ale wszystko po kolei.
Odetchnąłem kolejny raz i poluzowałem dotąd kurczowo zaciśnięte palce na kurtce mężczyzny. Teraz bez przeszkód dałem mu się od siebie odsunąć. Nawet uśmiechnąłem się blado i nikle, ale jednak. Z ulgą i wdzięcznością. Głowa zapulsowała tępym bólem, ale w sumie niewielkim w porównaniu do tego, jak bolała mnie ostatnimi czasy. Powoli przetwarzałem informacje.
Zniknąłem - fakt. Chyba od dawna czułem się właśnie tak, jakbym nagle zniknął i nie mógł się pojawić z powrotem na swoim miejscu. Wycięty i zapomniany niczym bezużyteczny skrawek papieru. A jednak musiałem się mylić - szukano mnie. Ben mnie szukał.
Prysznic. To zabawne jak obco zabrzmiało to słowo. Odruchowo spojrzałem w dół, omiotłem wzrokiem poszarpaną, poplamioną koszulkę i jeansy, które nadawały się już chyba tylko do śmieci. Faktycznie, przydałaby mi się kąpiel tym bardziej, że dopiero teraz poczułem, że ciało mi się lepi od potu i brudu... Na domiar złego śmierdziałem, ale nic dziwnego.
- Zaraz, zaraz! Kilka... tygodni?! - wydusiłem z siebie powtarzając jak papuga za Benjaminem. Parę dni - w to dużo łatwiej byłoby mi uwierzyć, ale tygodni? Jak to możliwe? Jak to możliwe, że nie miałem świadomości upływającego czasu?
A czy coś pamiętałem i czy coś mnie bolało...? Drugie pytanie było znacznie łatwiejsze, więc od niego zacząłem odpowiadając krótko i zwięźle:
- Wszystko po trochu - znów uśmiechnąłem się blado. Chyba nie było ze mną aż tak źle, skoro nawet zażartowałem, co? W zasadzie faktycznie łatwiej byłoby wymienić te części ciała, które mnie nie bolały, ale mniejsza o to. Do tego bólu musiałem zdążyć się przyzwyczaić, bo ignorowanie go tak jak przed chwilą bólu głowy, przychodziło mi bez większych trudności.
Z drugim pytaniem było znacznie gorzej i potrzebowałem więcej czasu, żeby się nad nim zastanowić i sensownie odpowiedzieć. Właśnie z tego względu odczekałem spokojnie aż podniesiemy się z kolan (pomoc Bena była tu nieoceniona) i stanę o własnych siłach.
- Jako ostatnie... - zacząłem powoli dobrze ważąc słowa w myślach. - to chyba nasze spotkanie. Przyszedł na nie ten rudzielec... - zmarszczyłem brwi. Prawie na pewno wiedziałem jak miał na imię, ale musiało mi wypaść z głowy (jak i wszystko inne).
- Jadłem pizzę, a on pił wrzątek... To naprawdę było aż parę tygodni temu? - zapytałem, bo nie chciało mi się w to wierzyć. Jasne, wszystkich szczegółów nie pamiętałem (niewiele co pamiętałem), ale wydawało mi się, że to stosunkowo świeże wspomnienie.
Nogi miałem jak z waty, zmęczenie znów dawało mi się we znaki, ale dzielnie utrzymywałem się w pionie (z Bena była doskonała podpora). Teraz jak wstałem, zdałem sobie też sprawę z tego jak bardzo mam obolałe stopy. Co zrobiłem z butami? Łaziłem po lesie bez nich? I gdzie podziałem kurtk... - rozglądnąłem się na boki w momencie, kiedy mężczyzna postanowił narzucić mi na ramiona swoją przyjemnie wygrzaną kurtkę. Podziękowałem, wsuwając ręce w rękawy. Proszę, proszę, nawet nie były za krótkie jak w przypadku większości ciuchów! Ba, gdyby kurtka nie wisiała na mnie jak na szkielecie, to byłaby w sam raz. A jej zapach zupełnie mi nie przeszkadzał. Nie bardziej niż mój własny, szczerze mówiąc. Bo to wierutne kłamstwo, że człowiek przyzwyczaja się do własnego smrodu. Mniejsza o to jednak, popatrzyłem na boki w poszukiwaniu kurtki ojca w nadziei, że zauważę ją leżącą gdzieś w pobliżu. Oczywiście nigdzie w zasięgu wzroku jej nie dostrzegłem. A co, jeśli się nie znajdzie? Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach. Od śmierci taty chodziłem w niej zawsze i wszędzie. Cholernie wiele dla mnie znaczyła, bo nie była dla mnie tylko pamiątką -
właściwie stała się częścią mnie. To tylko kurtka, ofuknąłem się jednak szybko w myślach. Powinienem się cieszyć, że żyję, a nie lamentować za straconym ubraniem.
- Dzięki - powiedziałem szczerze, patrząc już z powrotem na Bena oczami człeka zmęczonego, ale jednak wciąż otrzeźwiałego (jak długo jeszcze?) - że mnie znalazłeś.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dawny most   21.07.17 9:09

Benjamin nie wyobrażał sobie, jak przerażony i zdezorientowany musi być Louis. Sam, poturbowany, błąkający się po bezkresnym lesie, gadający do siebie, żywiący się...uch, wolał nie wiedzieć czym. Do tego urwana piąta klepka, utrzymująca cały, bystry mózg na odpowiednim miejscu. Sytuacja Botta była więcej niż niewesoła i Wright obiecał sobie, że uczyni wszystko, by chłopak jak najszybciej wrócił do formy. To nic, że następne dni rysowały się niezwykle stresująco a życie samego brodacza mogło zakończyć się szybciej, niż podejrzewał: miał zamiar wykorzystać ostatnią dobę, by jak najlepiej zająć się uciekinierem. Gdy zebrali się już z ziemi, niezbyt lotny pomyślunek Bena zaczął pracować na najwyższych obrotach a nieoliwione od dawna ognistą zębatki zgrzytały tak głośno, że prawie zagłuszały przejęte pytanie Louisa.
- Z dwa tygodnie na pewno - odparł, przypominając sobie pierwszą rozmowę z bliskimi Botta, którzy zauważyli jego zniknięcie. - Dobre żeś sobie zrobił wczasy pod gruszą. Czy tam głuszą - dodał niezbyt mądrze, wierząc, że im więcej będzie mówił, tym dłużej utrzyma swą uratowaną księżniczkę w stanie zdolnym do utrzymania kontaktu i zapanowania nad usilną chęcią rzucenia się w las na czworakach, wyjąc do księżyca. Na tę myśl zdrętwiał - czy Louis mógł...? - Spotkałeś w tym lesie jakieś zwierzę? Wilkopodobne? - spytał, siląc się na niezobowiązujący ton, ale w świetle poprzednich, poważnych, przejętych zdań, radosne i wręcz cukierkowe brzmienie głosu mogło wzbudzić zdziwienie. Na galopujące gargulce, tylko tego im brakowało - jakiegoś paskudnego ugryzienia. Co prawda mugol nie powinien przeżyć starcia z wilkołakiem, ale w obecnym stanie ducha Benjamin był gotów uwierzyć, że jego przyjaciel obrośnie sierścią, odkrywając w sobie odrobinę przerażającej magii. Potrząsnął głową - Wright, przestań myśleć, bo ci to zupełnie nie wychodzi. Musiał się skupić na działaniu, tylko w tym bywał dobry. Przesadne dywagacje zawsze doprowadzały go do podejmowania błędnych decyzji.
- Tak, Garrett. Ten od wrzątku. Ostrzegaliśmy cię, miałeś na siebie uważać. I co? Powiem ci co, jakbyś o tym też zapomniał. Nie uważałeś, gamoniu - burknął tonem niezadowolonego ojca, zbyt skupiony na zaprzestaniu toku myślowego, by powrócić do czystej troski. Ulga, jaką odczuł na widok Botta, powoli ustępowała typowej złości na niesforność bruneta. Nie mógł jednak zrobić mu teraz awantury - odłoży to na lepsze czasy, gdy Lou wróci do formy. Zapiął kurtkę wychłodzonego i wycieńczonego Louisa aż pod brodę i łypnął na niego trochę surowo a trochę - w dalszym ciągu - ze smutnym niepokojem.
- Nie dziękuj. Po prostu staraj się dotrzymać mi kroku i...jak poczujesz się gorzej to mi powiedz wcześniej - wygłosił kolejną zapierającą dech w piersiach mądrość, ruszając w bok, na ścieżkę, którą tutaj przyszedł. Ciągle kurczowo trzymał Louisa za ramię, stanowiąc dla niego podporę. Ostatnie szare komórki Wrighta na szczęście połączyły siły, formułując istotną myśl: Bott nie mógł ruszyć z nim w podróż Błędnym Rycerzem. Skoro paniką reagował na jedną różdżkę, uniesioną przez przyjaciela, to wolał nie myśleć jak zareagowałby na widok wypełnionego czarodziejami środka transportu, mknącego przez miasto zaprzeczając prawom astrofizjologii. Pozostawała im piesza wędrówka, dość długa, ale liczył na to, że zdołają dotrzeć do najbliższego miejsca. Mieszkanie Margaux i Justine znajdowało się stosunkowo niedaleko, do tego w mugolskiej dzielnicy, gdzie ryzyko kogoś wymachującego różdżką spadało prawie do zera, a Vance na pewno ucieszy się z kolejnego, niespodziewanego lokatora - co do tego Ben nie miał najmniejszych wątpliwości.

| ztx2




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Dawny most   09.08.17 23:19

26 kwietnia 1956
Musiało minąć wiele dni, by spotkanie to wreszcie się odbyło. Ilość wymienionych listów przekroczyła liczbę, której Cassius nie był do końca świadom. W jego życiu niemal nie istniały sytuacje, w których tak często korespondował z jedną i tą samą osobą, a tym bardziej nie oczekiwał, że sytuacja taka przytrafi mu się z samą Yvette Blythe. Z tą młodą czarownicą wiązała go dość długa historia, bowiem latami pracował nad jej ostatecznym kształtem. Za cel obrał sobie uczynienie z niej damy zdolnej do wprawnego brylowania pośród wysmakowanego towarzystwa i cieszył się z każdej pochlebnej opinii, którą na jej temat otrzymywał. Sam był cieniem majaczącym w kącie, uważnym obserwatorem wytykającym nawet najdrobniejsze potknięcie bez względu na jego charakter. Mnóstwo wysiłku kosztowało go to, czego efekty mogli oglądać inni i był dumny z tego, co udało mu się osiągnąć. Choć w żaden w sposób nie puszył się ani nie chwalił tą historią, kontakty z córką Blythe’ów były nieskomplikowane i od samego początku dosyć jasne. Wytyczył granice, wzdłuż których podążali przez całe lata, lubując się w jej – początkowo niezdarnym – towarzystwie, uważnie słuchając tego, co miała do powiedzenia, udzielając rad i lekcji, które pamiętała do dziś. Mimo naprawdę wysokiej poprzeczki, spełniła jego oczekiwania i prezentowała się naprawdę godnie. Mimo tego, że pragnął uczynić z niej prawdziwą koneserkę towarzyskich spotkań, bo tak wyglądało to dla innych, tak po prawdzie była jego żywym polem treningowym. Przynajmniej na początku uważał ją za taką, kiedy jeszcze oboje uczęszczali do Hogwartu, natomiast później odnalazł w niej to wszystko, co uważał za interesujące. Nie wiedział, kiedy nastąpił kluczowy moment spoufalenia się i ominięcia konwenansów na rzecz bardziej luźnej i niemal przyjaznej atmosfery, lecz przyznawał przed samym sobą, iż taki stan rzeczy był dlań w pełni satysfakcjonujący. Dużą zasługę tego zjawiska pokładał w listach, które ostatnimi czasy wymieniał z Yvette. Piśmienna korespondencja w pewien sposób odarła z mgły niepewności to, co dotychczas było pod nią skryte, czyniąc z nich ludzi znających się zdecydowanie lepiej. Nadal nie widział między nimi żadnego z wyższych stanów emocjonalnych pokroju przyjaźni, bowiem – prawdę mówiąc – takowe nie były potrzebne. W zupełności odnajdywał się w tym, co razem osiągnęli.
Dziś jednak, w ten jeden z trzydziestu dni kwietnia, w jeden z niewielu, od kiedy udało mu się opuścić mury własnej sypialni, wyznaczył na czas, w którym mieli wreszcie skonfrontować rzeczywistość i sprawdzić, na ile potrafili panować nad tym, co czyniło ich lepszymi od mugoli. Choć wyraził zgodę na wspólne ćwiczenie czarów, brał pod uwagę czynniki, które mogły wszystko zmienić. Wprawdzie zdołał wyznaczyć miejsce, w którym spokojnie znajdą się z dala od mugoli, jednak zawsze pozostawała ta doza niepewności. Mogła to być jego własna różdżka, czyjaś niespodziewana interwencja albo coś, czego nie da się przewidzieć.
Zjawiwszy się na obrzeżach Londynu i przyjąwszy wszelkie kurtuazyjne zachowania w obecności pospólstwa, poprowadził Yvette w stronę lasu, w przerywanym milczeniu podziwiając w świetle dnia roślinność, która dziś zapewniała schronienie przed wzrokiem ciekawskich.
Mam nadzieję, że nie przerazi cię miejsce, w które się udajemy — powiedział, nachylając się nieco ku niej. — Jakkolwiek cieszyłaby mnie możliwość pokazania mugolom, gdzie ich prawowite miejsce, dzisiaj nie jest mi to na rękę. Byliby zupełnie zbędną dekoracją. — Gestem dłoni wskazał Blythe’ównie gęstwiny krzewów, przez które musieli przejść, by wreszcie znaleźć się we właściwym miejscu.
Niemal romantyczna atmosfera. Ciekawość, ileż to pożądliwych spojrzeń kochanków zniosły te kamienie? — spytał, chyba sam siebie, dość wprawnie porzucając Yvette w miejscu, oddalając się od niej na dokładnie osiem kroków, w międzyczasie zdejmując płaszcz, który niedbale rzucił na jeden z większych omszałych kamieni. Z kieszeni eleganckiej marynarki wyciągnął różdżkę, z namaszczenie sprawdzając jej stan, z wdzięcznością patrząc na rodowy herb. Drugą rękę schował za plecami, a koniec różdżki skierował w stronę młodej kobiety.
Od czego chciałabyś zacząć to spotkanie? — zapytał, posyłając jej coś na wzór zawadiackiego uśmiechu wymieszanego z cynicznym spojrzeniem. Nuta sarkazmu w głosie była czymś naturalnym, choć dzisiaj to on mógł ponieść sromotną porażkę.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
 

Dawny most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17