Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Plaża odpocznienia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Plaża odpocznienia   17.07.17 2:07

Plaża odpocznienia

Nie wszystkim znane są magiczne, relaksujące właściwości rośliny znanej jako fluszek napęczniały. Każdy taki błękitny, mokry i wypełniony półprzezroczystą, nieco mętną substancją dysk, wydziela błękitnawą, lepką maź, która ma właściwości kojące i pozwala pozbyć się natarczywych bóli stawów oraz zmiękcza skórę stóp, które zmęczone są chodzeniem w obcisłych, eleganckich butach, delikatnie łaskocząc i chłodząc. Schorowani czarodzieje przychodzą tu, by boso spacerować po niemal fluorescencyjnych łebkach tajemniczych, oceanicznych roślin i doznać ulgi. Najmocniejsze właściwości stwierdza się wczesnymi, letnimi i zimowymi wieczorami, gdy fluszki lśnią bardzo jasną, migoczącą poświatą. Fluszki owszem, można zabrać do domu, ale odłączone od stada tracą swoje magiczne właściwości, stając się suchymi, bezwartościowymi kulami.


Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   11.08.17 15:59

8. kwietnia
Trzynaście kroków dzieliło ją od cudu. Nie mogła przejść obojętnie, gdy pierwszy raz ujrzała przedziwną plażę, pełną fluszków napęczniałych - rośliny te były jej, aż do momentu odkrycia, nieznane. Trochę obawiała się ich właściwości - bez wątpienia należały do świata magicznego - i sporo czasu minęło nim zdecydowała się tknąć jedną z galaretek palcem. Odczucia były na tyle przyjemne, że postanowiła wetknęła między roślinki całą dłoń. Dziwne, choć odprężające uczucie przenikało przez palce, działając prawdziwie odprężająco. Mimo ogromnej pokusy, nie chciała spacerować po nieznanych roślinach - wolała upewnić się, z czym ma do czynienia.
Próbowała znaleźć opis tej osobliwości w dostępnych pod ręką księgach, ale żadna nie okazała się pomocna. Na szczęście miała na to sposób - niezawodnego znawcę flory magicznej, on na pewno byłby w stanie powiedzieć jej, cóż takiego znalazła na brzegu walijskiej plaży. Nie minęły dwa dni od wycieczki w nowe miejsce, które teraz mogła mianować kolejną naszką, a już kreśliła szybki list do przyjaciela, prosząc go o pomoc w sprawie najwyższej wagi, niecierpiącej zwłoki. Umówili się więc na ósmego kwietnia, choć powód spotkania Susanne trzymała w tajemnicy aż do końca, zastanawiając się, czy Constantine wykaże się znajomością tych dziwów, czy sam będzie równie zaskoczony, co ona. Niestety dzień nie sprzyjał wyprawom. Nie odmówiła jej sobie, gdyż podekscytowanie nie gasło, ale już po opuszczeniu wygodnego łóżka czuła się jakoś niemrawo - zawroty głowy przeszkadzały w skupieniu myśli. Ignorowała je, ale nie była w stanie ich powstrzymać. Do tego niebo przeszło chmurami i w każdej chwili mogło zacząć padać - nie żeby jej to przeszkadzało, ale plaża zawsze była przyjemniejsza w świetle słońca.
Obiecała Julii, że będzie w lecznicy wieczorem, dlatego spotkanie zaplanowali na trzynastą i o tej też porze aportowała się w umówione miejsce.
- Mówię ci, Kostek, powinni tym wyłożyć całą ziemię, albo przynajmniej inną planetę. Nie zdziwiłabym się, gdyby mieli to - urwała, krzywiąc się lekko, bo coś ewidentnie skradało się po jej rękach. Strzepnęła to, nie wnikając nawet, czym było. - na planecie meduz - dokończyła, ale nieprzyjemne uczucie nie mijało, dlatego zatrzymała się i obserwowała przez kilka sekund swoje blade ramiona - specjalnie podciągnęła rękawy sweterka, żeby sprawdzić, co się dzieje. Dziwne punkty - robaczki? - znikały, gdy próbowała skupić na nich wzrok. Och. Czy to były kosmiczne larwy meduz? Meduzy w kosmosie na pewno nie brały się z polipów. - Sam zobacz - wskazała głową na plażę wyłożoną niebieskimi roślinami. - Nie zjedzą nas, prawda?




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander http://www.morsmordre.net/t5083-stosik-kostka#110212 http://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
The woods are lovely,
dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep...

And miles to go before I sleep.
20
10
0
0
0
0
5
10
Jasnowidz
przeklęty, wrażliwy rycerz

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   21.08.17 0:28

Rycerz nie przeżywał już takich przygód jak kiedyś.
Minione dni, dni dzieciństwa były pełne ekscytujących podbojów, wygranych walk z troskami oraz poznawania przyrody. Kiedy o nich myślał, słyszał echo śmiechu i widział szczere, niewinne uśmiechy malujące się feerią szczęścia na ustach rodziców, a także jego rodzeństwa. To dzięki tak silnym wspomnieniom, sięgającym czasów przed, wciąż był w stanie wyczarować patronusa. Jednak nie było ucieczki od faktu, że coś się zmieniło. Było to odczuwalne zwłaszcza w kwietniu, który był miesiącem najzimniejszych nocy, najbardziej cichych poranków i najtrudniejszych emocji. Sny stawały się koszmarami, czuło się zmęczenie, mówiło niewiele, bo każdy z mieszkańców Silverdale musiał radzić sobie z własnymi myślami. Tego dnia, gdy właśnie starał się odpędzić ciemne chmury, otrzymał list od Susanne Lovegood. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Autor owej wiadomości nie zostawił swojego podpisu, nadając jej tajemniczy wymiar. Była to prośba o pomoc, naznaczona w rogu pergaminu koślawym rysunkiem przedziwnego kwiatu, który pasował mu tylko do jednej osoby. Nie był pewien czy celowym zabiegiem starała się go oderwać od natrętnych obaw, czy był to zbieg okoliczności. Nie zmieniało to faktu, że odpowiedział na wezwanie, tym bardziej, iż podobno chodziło o coś, co nie mogło czekać.
Nigdy wcześniej nie widział t a k i e j plaży, a przecież zdążył już w swoim życiu zwiedzić wiele niezwykłych miejsc. Zanim ruszył na poszukiwanie Sue, pozwolił sobie przystanąć na chwilę, by wzrokiem choć spróbować ogarnąć fenomen, ten dziw nad dziwy, który rozciągał się przed nim szerokim pasmem. Sam widok fal potrafił wprawić go w zachwyt, co dopiero te miriady jasnych gąbek czy meduz, poprzedzające miejsce, w którym piasek stykał się z wodą. Z dystansu nie potrafił stwierdzić czym były, ale podejrzewał już, co będzie tematem spotkania. Brudne, szaroniebieskie niebo idealnie wpasowywało się w klimat tej lokacji, nawet jeśli wróżyć mogło tylko deszcz.
Ależ panno Lovegood, co też pani mówi — odpowiedział, teatralnie marszcząc brwi. Zostawił ją za sobą, bo nagle zaczął biec w stronę tego błękitnego dywanu. Ostrożnie schylił się, by sięgnąć po jedną z galaretek i ujął ją delikatnie w obie dłonie. — Niech pani spojrzy, przecież one żyją! — krzyknął, odwracając się w jej stronę.
Bryza delikatnie rozwiewała mu włosy, które zaczęły mu opadać na twarz. Był skupiony na trzymanym czymś, a kiedy już to zdobył, ruszył naprzeciw swojej towarzyszce, murcząć coś pod nosem, jeszcze zanim do niej dotarł:
Gdyby były wszędzie, musielibyśmy po nich chodzić, a to nie byłoby dla nich przyjemne — kontynuował, wyjaśniając swój tok myślenia. Tak naprawdę, rozpoznał z czym mają do czynienia, jak tylko się zbliżył do tych roślin, ale przecież, równie dobrze, mogli to być przybysze wręcz z innej planety albo meduzy poległe w ostatniej wojnie, pokonane przez zachłanne rozgwiazdy.
Powstrzymywał uśmiech, nie mógł w końcu długo udawać poważnego, nie kiedy jego wyobraźnia robiła już z tego kolejną historię. Wystawiał trzymaną przez siebie roślinę w jej stronę, gdy coś go zaniepokoiło. Dlaczego dziewczyna ciągle spoglądała na swoje ręce, czy coś było nie tak?
Sue, one są dobre — Zastanowił się nad swoim słownictwem. — To znaczy, łagodne, przyjazne, jak ty i ja! — starał się brzmieć beztrosko, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że jego przyjaciółka, jego towarzyszka przygód, była dręczona przez jakiś problem.




We can’t let fear interfere
Knowing that we can be
happy
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   23.08.17 16:18

No tak, mogła się spodziewać, że jej mały naukowiec podejdzie do sprawy w taki sposób! Pozwoliła mu biec, nie żałując sobie uśmiechu, gdy obserwowała jak złocisty piasek wymyka się spod stóp Ollivandera. Oczywiście, że żyją! Zupełnie tak, jak kosmiczne meduzy. Ruszyła również, starając się biec po jego śladach dosyć szybko, ale zwroty głowy sprawiały, że jej tor przybrał kształt podobny do slalomu, kiedy chciała się lekko na boki. Strzepnęła po drodze kilka nieistniejących robaczków z rąk i zatrzymała się nagle przed przyjacielem, nieumyślnie obsypując jego nogi piaskiem, orientując się, że był bliżej niż zakładała.
- Ale to rośliny? - upewniła się ostrożnie. Nie pominęłaby w żadnej książce o stworzeniach tak cudownego okazu! Zdawało jej się również, że były jakby zakorzenione w mokrym piasku, tuż przy wodzie - jakim cudem nie odrywały się od brzegu, gdy woda rozpływała się wokół nich i wracała do morza? Muszle, kamyki, bursztyny, małe patyczki - te wszystkie małe cuda poddawały się przypływom i z przypływem chowały się wśród ciemnych fal. - Bo wiesz, trawa też żyje, a po niej chodzimy! - zauważyła trafnie, wyszczerzając zęby w uśmiechu. - Drzewa też nie mają nic przeciwko, kiedy się na nie wspinam - dodała, chcąc upewnić jego, jak i siebie, ale wciąż nie dając Constantine'owi dojść do głosu. - A to na pewno, na całą stertę placków mojej babci - ha! Mam cię, uwielbiasz te owocowe placki! - nie są stworzenia - zakończyła, kiwnięciem głowy. Spojrzała kontrolnie na trzymaną przez chłopaka fluszkę, kiedy kolejny raz upewniła się, że nic nie urządza sobie spaceru po jej ciele. Dostrzegła w środku nieznanego gatunku jakieś dziwne, nieprzyjemne rzeczy, jakby gniło od środka, ale wysłuchała Ollivandera, wierząc mu na słowo. Przecież by jej nie okłamał, nie on, bo obydwoje chcieli dla siebie dobrze. Uniosła wzrok, z lekkim uśmiechem, jeszcze trochę niepewnym chcąc pokazać przyjacielowi brak wątpliwości co do jego opinii - przecież trzymał ten dziw we własnych dłoniach! - ale kąciki ust opadły nieco, drgnąwszy. Zamrugała zaskoczona.
- Och, czekaj - poprosiła, zbliżając się o krok i palcem próbując zrzucić małego pajączka z jego policzka, ale kiedy dotknęła skóry arystokraty, czarny punkcik zniknął. - Hm, dziwne - mruknęła do siebie, ale odsunęła się w poprzednie miejsce, gdzie czekał już na nią płytki dołek w piasku. Odebrała ostrożnie galaretowatą konstrukcję, usta wydymając w dzióbku zastanowienia, gdy obserwowała coś ze wszystkich stron.
- Faktycznie - stwierdziła z uśmiechem, potwierdzając teorię dobroci. - Chodź, zobaczymy co jeszcze potrafią! - zaproponowała, zrywając się do biegu, by tym razem znaleźć się na linii błękitnych pacek przed towarzyszem. Znów robaczki! Strzepnęła je, a trzymana w dłoni fluszka opadła z plaskiem w ramiona swojej rodziny. Sue zanurzyła w nich ręce. Co za ulga! Przynajmniej po dłoniach nic jej nie łaziło! Zerknęła na Ollivandera jeszcze raz.
- Skąd tu tyle insektów? - zapytała, bardziej siebie niż chłopaka. Uniosła dłoń, dotykając miejsca na swoim policzku. - Pajączek - poinformowała, chcąc, by pozbył się czarnej kropki. Zaraz pojawiło się ich więcej. - I tu. I tu. Tu, tu... - mruczała, zaskoczona. - Constantine. Czy ty masz wszaluny? - zapytała poważnie. W jej słowniku były to magiczne wszy.




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander http://www.morsmordre.net/t5083-stosik-kostka#110212 http://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
The woods are lovely,
dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep...

And miles to go before I sleep.
20
10
0
0
0
0
5
10
Jasnowidz
przeklęty, wrażliwy rycerz

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   25.08.17 11:21

Uwagę przenosił z twarzy Sue, na jej ręce aż na swoje dłonie, w których trzymał urzekającego fluszka. Nie przemyślał dokładnie swojego planu, gnany pragnieniem sprawienia radości swojej przyjaciółce, a także udowodnienia swojej wartości jako badacza flory. W głębi ducha wiedział, że to niepotrzebne i że panna Lovegood nie wyceniała ich znajomości bazując na tak płytkich miarach jak jego umiejętności; na pewno przymknęłaby oko na to, iż nie na odpowiedź musiałaby poczekać minutę dłużej, ale taki już był — tak bardzo pragnął wywoływać uśmiech, rozsiewać rozbawienie, rozdawać szczęście. Przez jego nierozwagę, cierpiały jego buty. Piasek miał tendencję do wdrapywania się w najciaśniejsze miejsca i przyczepiania się do skarpetek w naprawdę nieprzyjemny sposób. Constantine mógł to potwierdzić, gdyby ktoś nie wierzył, bo czuł się tak, jakby stał po kostki zakopany w ziemi. Na domiar złego, górna powierzchnia jego brogsów przeżywała właśnie atak ze strony lepkiej mazi wydzielanej przez te galaretki. Kiedy to zauważył, otworzył usta żeby głośno westchnąć, ale wywód jego towarzyszki oderwał go od tego przyziemnego problemu i na chwilę zastygł z półotwartymi ustami.
Zamknął je w końcu, wykrzywiając je w dumnym uśmiechu. Widzisz, jakie te rośliny piękne? Jaka szkoda, że nie mam ze sobą swojego szkicownika i przyborów.
Taaak — odparł, przeciągając to jedno słowo, nieudolnie próbując odwlec moment, w którym prawda wyjdzie na jaw. Ich znajomość zrodziła się z niewiadomych, on nieumyślnie przepowiedział jej przyszłość, ona zwróciła na niego uwagę, czuwając nad nim przez te wszystkie lata niczym dobry duch aż kiedy miała opuszczać Hogwart młody badacz zdołał odkryć jej tożsamość. Tak czy inaczej, na każdym kroku towarzyszyły im jakieś sekrety, był przyzwyczajony do pewnego stopnia niepewności wymieszanej z oczekiwaniem na rozwiązanie. Teraz on odpowiadał za udzielenie prawidłowej odpowiedzi, ale Sue najwyraźniej już ją znała. — To fluszek napęczniały. Podoba ci się? — Odwrócił się, spoglądając na bezlik niebieskich roślin. — Czytałem o nich, a kiedyś widziałem pojedynczy okaz w szklarni w Devon, ale oderwane od swojego naturalnego środowiska wyglądają zupełnie inaczej. Te są naprawdę magiczne — Wszystkie jej spostrzeżenia były prawidłowe. Fluszki znały się na przetrwaniu, wiedziały gdzie jest ich dom i jak się trzymać swoich pobratymców. W międzyczasie poczuł dotyk na swoim policzku, to ona próbowała strącić jakiegoś intruza z jego twarzy. Posłał jej półuśmiech, zastanawiając się, co ona tam widziała. Jej kolejne słowa sprawiły, że się zafrasował.  — Oczywiście, masz rację! Jakoś nigdy o tym nie pomyślałem. To okropne z naszej strony. Trawa też na pewno ma uczucia. I drzewa… Co ja narobiłem? — ostatnie zdanie dodał ciszej. Spoglądał z rozdartym sercem na pojedynczego fluszka, mając nadzieję, iż nie ma mu za złe, że go tak bez pardonu wyrwał z objęć reszty rodziny.
Nie miał za dużo czasu na zastawianie się nad sobą, ponieważ zaraz był zaabsorbowany obserwowaniem jak Sue biegnie w stronę chmary roślinek. — Zdejmij buty! — zasugerował, ale najwyraźniej nie było to konieczne. Z jakiegoś powodu była Gryfonka przystanęła, a galaretka z głośnym chlupnięciem dołączyła do sobie podobnych. Już nie musiał się przejmować swoim wcześniejszym problemem, jego myśli ponownie okupowało jej dziwne zachowanie. No dobrze, dziwniejsze niż zwykle. Powoli zaczął zmierzać w jej kierunku, wciąż rozbawiony z powodu ich konwersacji, ale też trochę poważniejszy. Ignorował kolejne fale piasku, które teraz przyklejały się do jego butów, skupiając się na wypatrywaniu ciemnych punkcików, bądź innych robaczków. Wierzył jej, nie miał powodów żeby nie, aczkolwiek mimo usilnych prób, nie potrafił dostrzec żadnych insektów.
Co? Tu? — upewnił się, przykładając dłoń do policzka i pocierając skórę palcami. — Już nie ma? — zapytał, starając się dotykać po kolei całej powierzchni swojej twarzy. Jak widać, na marne.
Och, to niemożliwe. Przecież myję się całkiem często — próbował jeszcze zażartować, ale to już nie była dobra pora. Ukucnął obok Susanne, spoglądając jej w oczy z pewną konsternacją.




We can’t let fear interfere
Knowing that we can be
happy
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   29.08.17 18:46

Ach, buty - przecież nie mogła im pozwolić stawać na drodze odkrywcom i poszukiwaczom! Nie zwracała uwagi na piach, powoli sypiący się do środka, miewała w życiu gorsze dyskomforty, więc ten nie był jej straszny. Zdjęła je jednak, zauważając gdzieś pomiędzy słowami - swoimi czy Constantine'a, czy miało to znaczenie? - że jest w tym jakiś sens i może faktycznie prościej będzie poruszać się boso. Entuzjastycznie pokiwała głową w energicznym potwierdzeniu - podobał się to mało powiedziane! Była nimi zauroczona, całą łąką błękitnych roślin, które tylko czekały, by poznać ich zbawienne właściwości. - O! - odpowiedziała krótko, zerkając na trzymanego fluszka. Inaczej? Były zielone? Miały kropki? A może czułka? Pochłonięta swoimi nieprawdopodobnie nieprawdopodobnymi wizjami nie zdążyła zapytać, za to uśmiechnęła się łagodnie, kręcąc głową na słowa Ollivandera. - Hoho, panie sir Ollivanderze - nie orientowała się w tytułach, ale na Godryka, przecież wiedziała, że jej przyjaciel był arystokratą! - Ja narobiłam niewiele, ale za to pan się nabadał i jeszcze nabada, a żeby zbadać drzewo, trzeba do niego przejść po trawie, nie inaczej - wzruszyła ramionami - taka kolej rzeczy. Dobrze, że zielone, pojedyncze źdźbła nie miały mikroskopijnych serduszek - przynajmniej nie musieli przejmować się, że depczą emocjonalne organy. - A jedyne drzewa, jakie płaczą, to wierzby - ale one są po prostu romantyczne, nie skrzywdzone - tak było, sama prawda. Były do płaczu zupełnie uprawnione, tak jak oni byli uprawnieni do chodzenia po trawie. Tylko kto, do jasnej ciemnej, upoważnił te wszystkie robaczki i pajączki do chodzenia po nich? Ostatnim razem, gdy tu była, żadne insekty jej nie atakowały, dlaczego więc teraz... I dlaczego Constantine ich nie czuł? Zarzekała się na wszystkie przeczytane strony książek dziadka, których nie rozumiała, że lazło ich więcej, więcej, coraz więcej, cała armia pajęczaków? Rozejrzała się zaniepokojona, wyciągając szyję w lewo, w prawo, jakby chcąc dostrzec, czy za przyjacielem nie czai się jakaś wielka akromantula, lecz teren był pusty. Żadnych stworów na horyzoncie - ba, nawet na piasku! spojrzała na beżowe, sypie podłoże, ale mogła tam znaleźć co najwyżej kilka złamanych muszelek.
Chciała się zaśmiać - naprawdę, ale najazd czarnych punkcików zaczynał robić się przerażający, nie mogła oderwać zaskoczonego wzroku od twarzy chłopaka, to wszystko było tak absurdalnie realne. Zakryła palcami usta, unosząc dłoń z zamiarem pozbycia się pająków, lecz wtedy kątem oka dostrzegła wędrującą po ręce hordę. Nie bała się ich - wszelkie żuczki, pajączki i inne czarne kulki były normą przy obcowaniu z magicznymi stworzeniami, ale obawiała się tego, że nie dało się ich pozbyć. Im bardziej starała się zdjąć je z siebie, tym więcej ich było! Cofnęła się mimowolnie, tracąc równowagę i chlupnęła z plaskiem w dywan fluszków, mrugając oczami zdziwiona.
- Uhm, to całkiem przyjemne - stwierdziła dziarsko, nieprzejęta upadkiem - lądowanie było miękkie. Wyciągnęła rękę z roślin. - Nie chcę cię martwić, ale jest ich coraz więcej. Po mnie też chodzą, ale inne. Widzisz? - zapytała, machając ręką w powietrzu. Przestała kiedy zorientowała się, że w ruchu raczej ich nie zobaczy.




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander http://www.morsmordre.net/t5083-stosik-kostka#110212 http://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
The woods are lovely,
dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep...

And miles to go before I sleep.
20
10
0
0
0
0
5
10
Jasnowidz
przeklęty, wrażliwy rycerz

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   30.08.17 15:26

Nigdy nie śmiałby przypuszczać, że cokolwiek mogłoby powstrzymać Sue, a już na pewno nie coś tak przyziemnego jak buty. Pokręcił głową z rozbawionym niedowierzaniem. Jego postanowienie o pozostaniu poważnym podczas tego spotkania, rozsypało się i zagubiło pośród tysięcy ziaren piasku, który wypełniał tę plażę. Jego przyjaciółka zawsze go zadziwiała siłą swojej osobowości, swym nieugiętym temperamentem i tym, iż pozostawała sobą bez względu na to, co zsyłał jej los. Nie mógłby wątpić w kogoś takiego. Składała się z elementów magicznych wymieszanych z wiedzą o sprawach mugolskich, wyobraźnia współpracowała z jej troskliwością, odważne serce szło w parze z nieodgadnionym, bogatym umysłem. Mógł górować nad nią wzrostem, ale pod innymi względami wyglądało to tak, że ona go nauczyła więcej niż on był jej wstanie przekazać. Może nie była tego świadoma — a może wręcz przeciwnie, dobrze wiedziała co robi? — jednakże zagadki, które pozostawiała mu do rozwiązania w postaci książek i osobliwych rysunków, stanowiły obszerny rozdział w jego życiu i pomagały mu, kiedy gubił się pośród fałszywej uprzejmości i krótkowzrocznych opinii jego kolegów z roku. Panna Lovegood nie musiała niczego udawać. W tej prostocie komunikacji, w jej szczerych słowach, niepodszytych nitką ukrytych intencji, odnajdywał spokój, bo wiedział, iż on też może być po prostu sobą.
Wiesz, one usychają z tęsknoty za swoimi braćmi! — rozwinął swoją wcześniejszą wypowiedź, ubierając fakty w trochę bardziej ozdobne słowa. Wiązało się to z naturą tych roślin, potrzebowały plaży, najlepiej rozwijały się w większej liczbie, zapewniając sobie nawzajem odpowiednią wilgotność i ochronę przed nieprzychylnymi warunkami pogodowymi. Nie zauważył nawet, że Sue w to nie wnikała, musiał to dodać sam dla siebie, nawet jeśli ona była już myślami dwa kroki dalej.
W jednej chwili przed sobą widział pogodną twarz swojej towarzyszki, w drugiej zdawało mu się, że może to wszystko tylko sen albo kolejna wizja. Te uczucie oderwania od rzeczywistości trwało krótko — zarówno dotyk na policzku jak i szuranie piasku oraz pocałunki morskiej bryzy były realne, zbyt prawdziwe, by mogły być tylko złudzeniem. Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół w poszukiwaniu stałych znaków, które cechowały objawy jego daru.
Powrócił do siebie, przywabiony jej słowami. Powstrzymał szeroki uśmiech, który z wielką determinacją chciał się wkraść na jego usta i uzewnętrznić rozbawienie, jakie wywołała cała ta rozmowa.
Droga panno Lovegood, dla ciebie to będzie lord Ollivander. — Wyprostował się, odwrócił się do niej profilem, ponieważ uznał, że w ten sposób Sue nie zauważy dziwnego tańca jaki wykonywały jego wargi, które usilnie próbowały pozostać poważne. — Tak pannę tylko sprawdzałem, przecież jestem wielką lordowską mością i mogę sobie deptać po czym chcę — rzekł przekornie, po czym mrugnął do niej, niszcząc tak starannie budowany obraz dystyngowanego szlachcica.
Uznał, że to, co powiedziała o wierzbach miało w sobie wiele prawdy. Pokiwał więc głową z zamyśleniu. Tak, te drzewa mają po prostu wrażliwe wnętrze, tak jak on, a stojąc na tej ziemi tyle lat naoglądają się nie tylko tragicznych miłości, ale też chaosu, który próbował co rusz ogarniać świat. Jaka szkoda, iż nie dało się z nimi porozmawiać, wypytać o wszystko, czego rośliny były świadkiem!
Bardzo wytężał wzrok, ale nawet przez ten moment, kiedy zakręciło mu się w głowie od dziwnych myśli, nie potrafił dostrzec tego, co widziała jego przyjaciółka. Nie wydawało mu się, by swoim zachowaniem próbowała skonstruować dla niego kolejną zagadkę, nie po to się tu umówili, więc cóż to mogło być? Nie chciał sugerować, że Sue może mieć z w i d y, to by było z jego strony niegrzeczne. Być może jej fantazja dzisiaj poczuła chęć manifestacji, może jasnowłosa nie wyspała się i trochę śniła na jawie?
Nie zdążył jej złapać, kiedy się przewróciła, ale w następnej chwili jego kolana zatapiały się w piasku, by być blisko. — Nic ci nie jest? — zaniepokoił się, chociaż upadek w tym miejscu nie powinien grozić żadnymi nieprzyjemnościami. To, co wzbudziło jego zatroskanie to raczej powód, dla którego dziewczyna znalazła się w takiej pozycji.
Susanne, jak one dokładnie wyglądają? — zapytał, chcąc skupić jej zainteresowanie na sobie. Przytrzymał ją delikatnie za ubranie na rękawie, uważając, by nie dotknąć jej bladej cery, w końcu zazwyczaj odruchowo chronił się przed przywołaniem kolejnej wizji. — A więc są różne… Nie znam się na owadach, tylko trochę na takich, które sprawiają przykrość roślinom, ale czy ty je już wcześniej widziałaś?
Zmarszczył brwi. Przeczącym ruchem głowy dał jej znać, że wciąż pozostawały one poza jego postrzeganiem.




We can’t let fear interfere
Knowing that we can be
happy
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia   13.09.17 18:08

Podziały nie istniały w świecie Sue - nigdy nie potrafiła ich pojąć, choć system i hierarchia wyraźnie dawały jej w kość. Ta niezgoda, wyższość i egoizm nie mieściły się w jej rozumku, skupiającym się wokół dobroci i równości. Człowiek był tylko człowiekiem, niczym więcej - urodzenie nie mogło go uczynić ani ważniejszym, ani mniej ważnym. Nie interesowała się chociażby polityką, pewnie dlatego, że w niej podobne rozgraniczenia miały - podobno - znaczenie. Nie czuła się ani gorsza, ani lepsza od kogokolwiek innego, lubiła za to ludzi szczerych i prawdziwych, taki zaś był Constantine. Nie miała pojęcia, że mogła stanowić dla kogokolwiek wzór, choćby pozostawania sobą bez względu na okoliczności. Cieszyła się z tego, że miała przy sobie przyjaciela tak bogatego - w sensie psychicznym, wszak kosztowności nie leżały w zainteresowaniach Sue, nie dało się z nimi ścigać, żartować ani rozmawiać. Złote monety i błyszczące kamienie nie powiedziałyby jej, że tajemnicze, niebieskie kreatury na złotym piasku, to tak naprawdę fluszki napęczniałe, które kończą żywot, gdy zabierze się je od rodziny, wydrze z domu. Sykle i knuty nie odpowiedziałyby na spontaniczne zaproszenie, dotyczące wyprawy badawczej.
Myśli miała tak zajęte cudacznymi roślinami i obecnością owadów, że nie zwróciła uwagi - przynajmniej niezbyt świadomie - na słowa chłopaka, komentujące żywot fluszków. Gdzieś z tyłu głowy zapisało się, że usychają i było tego tyle. - Hmm - mruknęła pod nosem w zamyśleniu, na przypomnienie o dystyngowanej naturze szlacheckiej. Prawdę mówiąc, po przybyciu do szkoły sądziła, że lord to jakiś nowy gatunek stworzenia, które na pozór nie różni się od czarodzieja, ale nauczyciele szybko rozwiali te podejrzenia, z rozbawieniem i lekkim zażenowaniem tłumacząc, że to tylko tytuł, dodawany przez niektórymi z nazwisk. Nigdy nie zdołała zapamiętać, które dostępują tego zaszczytu, o ile nie były to osoby bardzo jej bliskie lub bardzo wrogie. Nie wszyscy, na przykład Julia, lubili ich używać. - O'Llordivander - głęboki pokłon, teatralny, aż omiotła palcami piasek - O, Lordivander - kontynuowała, szukając idealnej kombinacji i wciąż odganiając wredne mrówy. - Ollivandelord albo Olli van de Lord. Albo Vanlordollider. Rednavillord! - uznała w końcu, przecież lubiła czytać od tyłu. - Proszę wybaczyć, Rednavillordzie, ale Doogevolady nie wie, co ma myśleć o takich podstępach - rzuciła, psując cały poważny efekt szerokim uśmiechem. Niedługo później wyłożyła się już na miękkie rośliny, ani nie myśląc o podnoszeniu się z tego naturalnego dywanu. Pokręciła głową, by dać przyjacielowi znać, że wszystko w porządku, lecz w otoczeniu fluszków przychodziło jej to trochę trudno. Słyszała ich zabawny chlupot, na który zachichotała krótko.
- No wiesz, są takie... - zaczęła, marszcząc lekko gładkie lico. - normalne. Mrówki, robaczki, pajączki - wzruszyła nieudolnie ramionami. Aż jej się coś przypomniało! - O. Mówiłeś, że one zasychają? A, wiesz, może powinieneś poleżeć, jak ja, i wtedy z ciebie zejdą? - zapytała, podsuwając propozycję. Wspinały się wciąż po znajomej twarzy. - Może fluszki je jedzą i dlatego jest ich tyle wokół?




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
 

Plaża odpocznienia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Budka na plaży.
» Dzika plaża
» Dzika plaża.
» Plaża
» Plaża niestrzeożona

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Walia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17