Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Scafell Pike

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Scafell Pike   17.07.17 3:09

First topic message reminder :

Scafell Pike

Scafell Pike to najwyższy szczyt pasma górskiego Southern Fells. Te piękne okolice często odwiedzane są przez miłośników natury. Wspinaczka nie jest łatwa, jednak jeśli pogoda dopisze, dotarcie na samą górę daje każdemu wędrowcowi mnóstwo satysfakcji - nagrodą jest bowiem cudowny widok na leżące poniżej doliny, łąki i niższe szczyty. W trakcie podróży warto jednak zachować ostrożność. Na tych terenach nietrudno o spotkanie licznych zwierząt - także magicznych, niestety również tych niebezpiecznych, jak górskie trolle czy garborogi. Podczas pełni księżyca można tu zobaczyć lunaballe, warto jednak pamiętać.



Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 http://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 http://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 http://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 http://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#95109
Astronom, profesor w Hogwarcie
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
14
17
3
0
0
0
2
9
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Scafell Pike   04.09.17 18:35

Jay nie znał się na sztuce. Nie miał zmysłu malarskiego, nie tworzył niesamowitych wierszy, ani nie komponował jak jego matka. Nie posiadał odpowiedniego drygu do tej wrażliwej strefy ludzkiej historii i kultury, by umieć się rozsmakować w najdrobniejszych jej szczegółach. Nie znał niesamowicie poruszających cytatów na pamięć bez zająknięcia ani nie kojarzył wybitnych artystów z każdej dziedziny sztuki, których inni potrafili rozpoznać rzucając krótkie spojrzenie na ich dzieło. Jednak czy to oznaczało, że nie mógł mieć wrażliwości? Naturalnego poczucia symbiozy ze światem jak i żyjącymi w nim ludźmi. Gdyby Pandora zapytała go o coś, co tyczyło się znanych dzieł - milczałby. Mógłby jednak opowiadać o niebie, o historii astronomii, o ewolucji nauki, której poświęcił życie. I właśnie dlatego, przez swoje zamiłowanie do piękna rzeczywistości potrafił łatwiej zrozumieć te drobnostki, dzięki którym ludzie mogliby się częściej uśmiechać, niż najwięksi myśliciele. Tak prosto postrzegał sprawy, tak błaho i bezpruderyjnie, że niektórzy nie umieli tego pojąć. Nie potrafili zrozumieć, że nie chodziło o zaszczyty, sławę, nawet o wiedzę. Chodziło przede wszystkim o piękno, które drzemało w każdej istocie. W każdym widoku natury. Każdym lesie. Jeziorze. Źdźble trawy. Jeśli patrzyło się na to przez pryzmat zrozumienia, nie potrzebowało się wytłumaczenia. Czucie się dobrze nie było grzechem. Nie było niczym złym, chociaż niektórzy odbierali to jako oznakę własnego egoizmu i doszukiwali się we wszystkim tym nieszczęść, która mogły na nich spaść zamiast cieszyć się momentem. Czekali, aż coś popsuje ich dobre chwile i pozwalali przy okazji by te wymykały się im między palcami. Czy podobnej rozmowy nie prowadził jakiś czas temu z Lorraine? Powiedziała mu, że sama jest osobą, która właśnie tak do tego podchodzi - ze strachem i z niewiadomą. Z czekaniem na zło. Wyczekujemy go, ale kiedy już przyjdzie i przyniesie nam spokój czekamy na zło, które przyszło razem z nim. Wierzymy w pozorność i chyba właśnie dlatego przypomniało mi się to miejsce. Ulegamy złudzeniom, prawda? Nie spodobało mu się to co słyszał. Sądził, że kobieta była inną osobą. Nie tak bardzo chwiejną i niezdecydowaną. Była matką, należała do Zakonu. Nie powinna nigdy mówić takich rzecz, zasmucając przy tym Jaydena, który myślał, że nic nie stoi na przeszkodzie Zakonnikom w patrzeniu na świat z nadzieją, przejrzystością, bez zakłamania. Czy tak łatwo było podkopać ich morale i wiarę w sens ich działań? Oczywiście że każdy mógł mieć wątpliwości, zmartwienia. Jednak nie o to chodziło. Vane bał się, że jeśli ktoś o tak ukierunkowanych poglądach dał się zwieść, co z pozostałymi? Przez jakiś czas po spotkaniu z lady Prewett miał niepokój w sercu. Zakotwiczył się tam i trwał dość długo, nim w końcu jedna z uczennic z pierwszego roku nie płakała na korytarzu po jednych z zajęć ochrony przed czarną magią. Grindelwald nie odpuszczał żadnemu z dzieci - nawet tym najmłodszym. Siedząc przy niej, Jay zrozumiał, że nie chodziło o ich osobiste szczęście. Jego własne, Lorraine, kogokolwiek. Świat nie mógł być nazywany dobrym, jeśli nie zapewniło się, nie otoczyło się nim wszystkich. Do tego dążył, nawet jeśli Pandora uważała to za niemożliwe. Mugole uznawali magię za niemożliwą, a jednak czarodzieje i czarownice istnieli. Czy to nie oznaczało przełamania czegoś niemożliwego? Jayden wierzył w to, że można było osiągnąć wszystko, jeśli robiło się ile tylko się potrafiło w określonym celu. Pragnąc czegoś już wtedy sprawiało się, że ów rzecz zaczynała istnieć. Bo czy nie lepiej było zamiast tępić zło szerzyć dobro?
Zaśmiał się gardłowo, słysząc jej słowa o umieszczeniu swojej postaci w legendach. Raczej nikt nie chciałby tego czytać, szczególnie że jego postać nie należała do najciekawszych. Z chęcią jednak wskazałby odpowiednich obywateli do tego wspaniałego przedsiemwzięcia. Nie. Na pewno nie chciałby czegoś podobnego, a pisarzem był raczej przeciętnym. Jego naukowe dzieła nie były porywającymi i ekscytującymi opowieściami o walkach, smokach i romansach. Chociaż dla niego wyglądało to inaczej. On dostrzegał wielką, nieustającą bitwę galaktyk nad swoją głową, która toczyła się od zarania dziejów i zapewne po kres ich trwania miała się toczyć.
- Legendy nie da się zabić, a tego jeszcze nie odkryłem - odpowiedział, nie przestając się uśmiechać. Daleko było mu do sławnych mędrców, którzy potrafiliby w ciekawy sposób przedstawić Pandorze rzeczy, które widział i spotykał. Dla niego było to piękne. Jak i cała codzienność. Ludzie szukający niesamowitych cudów, przegapiali to, co mieli pod nosem. Gdyby byli łagodniejsi, otwarci i szczerzy nie szukając we wszystkim własnych korzyści, centaury nie miałyby powodu, by im nie ufać. Kiedyś nastąpił ten rozłam i nie trzeba było się długo domyślać, by dojść do prawdy. Do odpowiedzi - z czyjej winy było jak było? Działania Ministerstwa Magii nie przynosiło rezultatów i Jayden doskonale o tym wiedział. Tym bardziej doceniał fakt, że wpuściły go do swojego grona, dzieląc się niesamowitą wiedzą, której ani on, ani przyszłe pokolenie, ani kolejne nie potrafiłoby spisać. I jeszcze byłoby wiele do opowiedzenia i przekazania. Nie wykorzystywał jej dla siebie, nigdy nie przekazywał dalej tego, czego mu nie pozwoliły wynieść poza Zakazany Las. Doceniały to, a on doceniał to, co dla niego robiły. Miał tam swoich przyjaciół, jednak nie oznaczało to, że wiedza była dla niego jedyną motywacją, która go ciągnęła w las. Mądrość, którą obdarzały go te stworzenia, była czymś niepojętym. W prostych słowach potrafiły przekazać coś skomplikowanego i trudnego. A to trzeba było cenić i temu składać uszanowanie.
Zasłonił się lekko ręką, ale nie zdążył, gdy Pandora wyprzedziła go o kilka kroków i zrobiła zdjęcie, nie czekając na pozwolenie. Nie musiała, a on się zwyczajnie z nią przekomarzał. Uśmiechnął się na to, robią przed dziwną minę, jednak później pokręcił jedynie głową, pozwalając, by ścieżka prowadziła ich dalej - prosto do szczytu. Jeszcze pewnie kilka razy czekało go zrobienie zdjęcia z zaskoczenia, ale miały to być miłe pamiątki. Pamiątki, które miały im przypominać o tym, co się tutaj wydarzyło, chociaż nawet bez nich Jayden z łatwością przywołałby obrazy z tego dnia.
W każdej chwili mógłby odpowiedzieć na jej pytania, gdyby tylko sobie zażyczyła. Mogła o nie pytać zawsze i nie czułby się z tym źle. Jeśli ktoś szukał u niego pomocy, nawet gdy chodziło o zwykłe zadanie z astronomii, chętnie jej udzielał, bo wiedział, że tym samym przyczyniał się do większego dobra. Krok po kroku. Bo jeśli zamierzało się naprawiać świat, należało zmienić coś dookoła siebie. Było to tak banalnie proste, a jednak równocześnie trudne. Dlatego nie przekreślał nikogo. A jeśli Pandora miała wątpliwości, normalnym było, że podważała jego zdanie. Na tym polegał wolny wybór i nie mógł jej zmusić do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Sama musiała tego chcieć, jednak ufał, że jego kuzynka pomimo zagubienia, wyciągnęła rękę po pomoc. A to był już jeden krok, później miały nadejść kolejne. Słysząc jej kolejne słowa o bohaterstwie i złej postaci, podniósł głowę, by się jej przyjrzeć. Ale nie uważnie i nie bardzo narzucająco. Po prostu obserwował ją spokojnie, czekając, aż skończy mówić. Nie oceniał ani nie wybiegał myślami w przód, zastanawiając się nad tym czy wypowiedź dotyczyła jej samej. Niezależnie od tego odpowiadał szczerze i tak jak każdemu, kto zadałby to samo pytanie.
- Ten moment jest najbardziej cenny i odpowiedni. Wierzę w to. Właśnie dlatego wyobraźnia i wiara nie mogą bez siebie istnieć, bo mają wspólną istotę – nie wymagają dowodu - odpowiedział, skinąwszy lekko głową jakby na potwierdzenie własnych słów. Gdyby wypowiedziała na głos kolejne myśli, które ją nachodziły, nie zgodziłby się. Jeśli przyjaźń mogła zostać zniszczona przez jedno słowo, czy było to prawdziwe uczucie? Słowa mogły ranić, mogły zadawać ból, ale nie mogły niszczyć. Nie wierzył w to, by ktoś potrafił odegrnać od niego miłość do bliskich, przywiązanie do przyjaciół, pasję do nauki. Wiedział jednak że słowa mogły budować. Tak samo jak gesty i działania.
Gdy człowieka, któremu wiodło się dobrze, spotykało niepowodzenie lub nieszczęście, zagłębiał się on w sobie, wzmagał wymogi własnego sumienia, wymierzał sobie karę i pokutę. Właśnie tak widział Pandorę. Jej pokutą była samotność, którą sobie narzuciła i sądziła, że tym samym zmaże swoje winy, jeśli ucieknie od ludzi. Jeśli zamknie się w sobie i będzie trawiona przez wyrzuty sumienia, powoli gubiąca się w tym co było prawdziwe, a co jedynie złudzeniem. Pozwoliła rosnącemu rozgoryczeniu pochłonąć się, a ono z każdym dniem rosło. Widział jak się zmieniła, chociaż początkowo nie dopuszczał do siebie żadnych złych myśli o negatywnym powodzie tej zmiany. Nie odzywała się przez długi czas i miał nadzieję, że to dlatego że była szczęśliwa z daleka od Anglii i rodziny. Może spełniała marzenia, które skrycie ukrywała? Cokolwiek się tam działo, życzył jej jak najlepiej i wciąż nosił to ostatnie spotkanie w sercu. Nie zwiastowało ono niczego nadzwyczajnego, chociaż może gdyby wtedy wiedział to, co teraz, może odebrałby je inaczej... Czasu jednak nie można było cofnąć. Należało się skupić na tym, co przeżywali teraz. Poniekąd dość łatwo zmanipulowała go, by przeniósł uwagę na podarunek, który dostał. Uznał to za znak, że nie zamierzała dzielić się z nim wszystkim właśnie teraz i nie naciskał.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - odparł, podziwiając dzieło rąk swojej kuzynki. Ten szczęśliwy uśmiech, który coraz mniej gościł na jego twarzy pojawił się ponownie. Nawet oczy odzyskały dawny blask. A to wszystko była jej zasługa. Pomagała mu, praktycznie nic nie robiąc. - Wiesz, że jeśli tylko będziesz chciała, jestem obok - dodał nieco bardziej poważnie, odnosząc się do ich rozmowy. Jeśli tylko poczuje potrzebę, zamierzał wysłuchać wszystkiego. Możliwe że nigdy nie miało to nadejść, ale nie martwił się. Pandora zajmowała szczególne miejsce w jego sercu i zawsze miał ją wspierać, gdy go potrzebowała.
Nie dostrzegł jej rumieńca, gdy odsunął się od niej, by zawiesić pamiątkę na szyi. Nie widział zdezorientowania na jej twarzy, będąc zajęty czymś innym. I może to i lepiej, bo pozwolił dziewczynie dojść do siebie. Było to dla niego coś naturalnego, dla niej niekoniecznie. Wręcz coś nowego, ale nie mógł o tym wiedzieć. Wszystko dokoła układało się w pewien zsynchronizowany układ, który miał prowadzić do lepszego poznania ich samych jak i relacji, która zaczęła się zmieniać. Oboje dorastali, wspierali się i musieli również stawić czoła temu, co nadchodziło. Jayden nigdy nie podejrzewałby, że Panny może czuć się kiedykolwiek tak źle jak wtedy, gdy się przed nim odkryła. Wciąż trzymała w sobie sekrety, o których nie miał pojęcia, ale nie pozostała obojętna, gdy temat stał się poważniejszy. Nie uciekła, mimo tego że się bała. Być może nawet była zła na samą siebie, że to właśnie ją to spotkało lub pogodziła się z tym, że zawodziła. Ale nic takiego nie miało miejsca. Nie zawiodła. Nie zawiodła jego i wierzył w to, że następny dzień miał być lepszym. Miał być dniem czegoś nowego jak ten, który trwał. Jak ta noc, którą spędzili ramię w ramię.
- Idziemy - zawtórował jej, zerkając na nią, gdy dobiegła do niego i zrównała się krokiem. Zaraz jednak sam zwolnił, gdy spytała o kuguchara. Było to jednak tylko na chwilę, bo zaraz szeroki uśmiech wypłynął na jego twarzy i teraz sam musiał dogonić Pandorę, by zawieść jej czekania na strach. Mógłby zaakceptować nawet pięć tych puszastych kanapców, jeśli zamierzała zaakceptować jego ofertę. Przez chwilę nie mógł nic powiedzieć, chyba się zapowietrzył. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić po prostu, przygarnął ją ramieniem, by nieco się zabujać przez chwilową utratę podłoża pod nogami. Gdy w końcu ją puścił, potarmosił jej włosy i odetchnął, dopiero łapiąc oddech. - Ja nic nie mam. Nie wiem co na to Steve - odparł w końcu, uśmiechając się ponownie. Nieco zszokowany ruszył dalej, bo koniec końców przed nimi jeszcze kawałek drogi, ale na pewno miało im to szybko minąć na rozmowie. Dawno nic tak go nie ucieszyło. A na pewno nie po wypadkach. - Nie sądziłem, że się zgodzisz... - mruknął pod nosem, idąc i nie pozwalając, by radość zniknęła z jego twarzy. Nie mógł się jej pozbyć i nie chciał. Miał nadzieję, że tym wszystkim nie wystraszył swojej kuzynki, chociaż w tamtym momencie wcale o tym nie myślał. Nie potrafił. - To co teraz? - zagadnął, podnosząc na chwilę głowę, by sprawdzić unoszące się nad ich głowami ogniki.




Shoot for the moon n' if you miss, you'll land
among the stars

Powrót do góry Go down
Pandora Sheridan
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4892-pandora-a-sheridan http://www.morsmordre.net/t4914-poczta-pandory#107112 http://www.morsmordre.net/t4913-never-say-no-to-panda http://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 http://www.morsmordre.net/t4917-pandora-a-sheridan
Wytwórca amuletów i talizmanów.
22.
Czysta
Panna
Someone I loved once gave me
a box full of darkness.

It took me years to understand
that this, too, was a gift.
5
13
0
0
12
5
2
0
Czarownica
ten czas

PisanieTemat: Re: Scafell Pike   08.09.17 20:47

Wszystko było sztuką, a raczej miało potencjał się nią stać.
W najprostszym rozumieniu l’art ściśle wiązało się z powszechnie uznawanym pięknem, obejmowało wytwórstwo wszelkiego rodzaju i dzieła, które s ł u ż y ł y, miały sprawiać przyjemność. Oczywiście, tak też było, jednakże według niej był to zaledwie mały skrawek, istotna, acz skupiona na sobie interpretacja dziedziny, obejmującej wszystko. Nawet ona w swej emocjonalnej powściągliwości potrafiła stwierdzić, że w sztuce chodziło o uczucie. Tam, gdzie kończyły się słowa i tylko zmysły były w stanie ogarnąć znaczenie oraz głębię, tam leżało prawdziwe sedno artyzmu. Jayden ze swoimi przekonaniami, swoją wiarą i duszą odkrywcy jak najbardziej pasował do tego światka, wręcz poszerzał jego horyzonty. Dostrzegając urok w nauce, znajdując czar na kartach historii i w końcu w pozornie zwyczajnych, otaczających nas zewsząd przedmiotach oraz zjawiskach, otwierał drzwi na całkiem inną perspektywę. Na możliwość spoglądania na życie nieco śmielej, bez łańcuchów strachu, ciągnących nas na dno, bez tego oczekiwania na dzień, w którym skończy się szczęście. Jego nastawienie było niewymuszone, nie musiało karmić się kruchymi, kolorowymi szkiełkami, oferującymi krótkotrwałe wytchnienie od wewnętrznej walki, a jednak dla wielu było albo niewystarczające, albo wręcz nierealne. Wina całego tego utrapienia leżała chyba w ludzkiej chciwości, zaczynała się, gdy zaczynali pożądać coraz więcej, gdy samo oglądanie piękna nie było dostateczne i chcieli je posiąść lub zniszczyć. Zrywali przecież kwiaty, zamykali w klatkach fantastyczne stworzenia, licząc na to, że odbiorą im ich niewinność, którą później przemienią we własne szczęście. Ale się mylili. Niezmiennie popełniali błędy, zatracali się w tej pogoni, zamiast przystanąć na moment i zauważyć ile wspaniałości kryje się chociażby w chwili ucieczki słońca za linię horyzontu. Może słowa w tym przeszkadzały, przecież nawet poeta nie potrafił oddać niektórych wrażeń i może tak miało być. Niektórych rzeczy nie mogliśmy oswoić, przeinaczyć, zostały nam dane niezmienione i takie pozostaną na zawsze. Kruchość i siła — w obu tkwiła wrażliwość, trzeba tylko było wiedzieć, gdzie jej szukać. Pełno było ludzi zagubionych, nawet jeśli część z nich udawała, że dokładnie wie czego chce. Sama do nich należała, a jednak zdecydowała się do tego przyznać przed swoim kuzynem. Nie była pewna dlaczego; być może mogło to uzasadnić część jej zachowań, może zwyczajnie potrzebowała to komuś powiedzieć. Nie wydawało się to realnym problemem dopóki nie wydostało się na zewnątrz. Ignorowała ten stan, łudziła się, że pewnego dnia wstanie i przed jej oczami zmaterializuje się jakiś klarowny cel, do którego będzie mogła dążyć. Te naiwne przekonanie nosiła w sobie od długiego czasu, licząc na to, iż ktoś ją obudzi i, przywróci w niej ogień i wszystko będzie w niej jak niegdyś. Powoli, jeszcze w podświadomości, rodziło się w niej nowe zrozumienie, obejmujące dwa główne filary. Po pierwsze, musiała ruszyć do przodu. Przeszłość pozostawała przeszłością, nie można było na nią wpłynąć ani od niej zbyt wiele wymagać. Nie było wyjścia jak tylko przejść przez most utkany ze wspomnień i nie zapominać o nich, ale ich też nie rozgrzebywać, nie poddawać im powodów do powrotu. Wiedziała, co powinna zrobić, tylko egzekwowanie tego nie było już takie proste. Astronom miał rację, zgodziłaby się z nim, gdyby wiedziała wokół czego krążą jego myśli. Magiczny świat niemalże codziennie łamał konwencje, zmieniał niemożliwe w zwyczajne, więc rzeczywiście — może to dobro, do którego dążył, nie było aż tak poza zasięgiem ich rąk, jak jej się wcześniej wydawało.
Podobnie, dlaczego Jayden nie mógłby się zapisać na kartach ksiąg z legendami jako przyjaciel centaurów albo słynny astronom? Gdyby była obdarzona nieco bardziej bogatą wyobraźnią i gdyby prościej przychodziłoby jej formułowanie górnolotnych zdań, sama podjęłaby się tego zadania. Profesor Vane i jego gwiezdny kompas! Uśmiechnęła się do siebie, nie dzieląc się z nim jednak tą zabawną myślą. Nie miał przecież jeszcze swojego kompasu, a właściwie miał, lecz tkwił on w nim samym.
Kiedyś słyszałam, że jeżeli zakocha się w tobie pisarz to masz szansę żyć wiecznie — powiedziała zagadkowo, ukradkiem spoglądając w jego stronę. Ze swojej wiedzy o literaturze i sławnych postaciach wyniosła to, że artyści często przeżywali sercowe rozterki i rzadko zwykli trzymać się miłości do jednej osoby. Kto wszak słyszał o szczęśliwym poecie? To brzmiało jak oksymoron! Dlatego właściwie to lepiej, jeżeli Jay nie był mistrzem pióra, bo świat go potrzebował dokładnie takim jakim był teraz. Każdy prowadził walkę, ale często to nie potworów czyhających za rogiem się baliśmy, a tych, które istniały w nas samych. I tylko my mogliśmy z nimi walczyć, cóż, może z małą pomocą. Nie widziała się z nim tak długo, jeszcze miał nadejść ten czas, w którym będą mogli przetestować jak wielce tak naprawdę sobie ufają, przetestować granice, chociaż podejrzewała, że uformują się one naturalnie same. Dopiero wtedy, kiedy wyczerpią już wszystkie tematy, jej kuzyn będzie mógł twierdzić, że nie jest ciekawą postacią i nie ma jej nic więcej do przekazania. Z jej strony, wątpiła by nadszedł taki dzień, moment, w którym wyczerpią im się historie, zagadnienia, słowa. Wyjątkowość ich znajomości wszak leżała w ich różnicach — dwie tak odmienne osobowości w zetknięciu mogły owszem ryzykować konflikt, acz oni nie byli nim zainteresowani.
Jayden był wyjątkowy. Musiał sobie zdawać z tego sprawę. Wybrała go, prawda? A teraz… chyba nie chciała pozwolić mu odejść. Jej słowa i gesty były jeszcze ostrożne, niepewne, nie była przyzwyczajona do takiej pozycji. Bała się, że wystawi się za bardzo, bądź czymś go urazi. W pewien sposób, sytuacja między nimi przypominała jego przyjaźń z centaurami. Wydawałoby się, iż dzielą ich całe światy… lecz spotykały się one w tym samym miejscu, na drodze na szczyt Scafell Pike. Manewrowała więc między jednym i drugim, śmiejąc się, ale po chwili się powstrzymując. Nie była fotografem, nie chodziło im przecież o zdjęcia niesamowitej jakości tylko o prywatne mementa. Poza tym dobrze czuła się za obiektywem, łączyło się to z jej osobowością obserwatora. Kto wie, może kiedy nazwisko Vane stanie się sławne, w gazetach użyją jednego z tych zdjęć? Oczywiście, jeśli po wybuchach magii i anomaliach, miał istnieć jeszcze jakiś świat. Pokręciła główką, odtrącając od siebie ponure myśli. Uważała, że była mu winna chociaż to — by próbować wierzyć. Właśnie takiego go pamiętała, pogodnego profesora, zawsze skorego do pomocy w sprawach nawet niekoniecznie związanych z astronomią. Pewnie i tak przemycał coś o gwiazdach do konwersacji, które obracały się wokół czegoś innego. Nie wyobrażała sobie, by było inaczej. Miał coś swojego, własnego, charakterystycznego, co było jego trzonem i pozbawiony tych elementów byłby kimś innym. Zaledwie przypadkowym przechodniem zamiast kimś, kto miał na stałe zagrzać miejsce w jej życiu.
Ścieżka, po której kroczyli, była przyjemna. Raz na jakiś czas trącała czubkiem buta mały kamień, bądź wydawało jej się, że dostrzega żabę czy inne małe zwierzątko, pospiesznie uciekające z dala od dwóch olbrzymów, przybyłych by naruszyć ich prywatność. Lubiła zwracać uwagę na otoczenie, mogła z niego wiele wyczytać, a także służyło za dobry element rozpraszający. Wymijała się spojrzeniami z ludźmi, udając, iż szumiące w oddali gałęzie pochłaniały ją bardziej niż konwersacje jej rówieśników. W swojej dziwnej taktyce, była o krop przed nimi — nie mogli jej zwieść, jeśli nie dała im ku temu szansy. Nawet teraz, jej reakcja rysowała się podobnie. Wypłukana z argumentów, z wielkim zajęciem skubała nitkę, która oderwała się od jej płaszczyka i z wystudiowanym wyrazem twarzy raz próbowała się jej pozbyć, raz przyczepić z powrotem.
Chciałabym… — zaczęła cicho, nic więcej jednak nie opuściło jej ust. Być może to było początkiem i końcem jej wypowiedzi. Chciałabym wierzyć. Chciałabym widzieć sens w cierpieniu i odnaleźć nadzieję w ciemności. Chciałabym być jedną z tych świecących kul, beztrosko wskazywać drogę innym, one miały jakiś cel.
Gdzieś musiała istnieć granica, chyba od zawsze wyczuwała, że jest tam i czeka aż nieświadomie ktoś ją przekroczy. Granica, za którą nie było już drogi powrotnej. Nie wiedziała o tym co go niedawno spotkało, bo gdyby tak było, pewnie by uznała, że ktokolwiek maczał w tym palce, musiał już tam być. Być może samotnie czekał aż wybuch magii pogrąży wszystkich w chaosie, zwróci bliskich przeciwko sobie. Ten ktoś miał się rozczarować, tak czy inaczej, ponieważ skoro istniał taki Jayden, musiało ich być więcej. Skoro podjął się podniesienia jej z kolan, na pewno zaoferowałby też podobną pomoc innym zagubionym. Może wystarczyły tylko jego chęci. To, że trwałby obok niej, wspierając ją w razie potrzeby. Ona musiała uratować samą siebie, to od niej wszystko zależało i przecież nie mógł przeżyć za nią życia. Musiała to zrobić sama. Być może teraz była w stanie, może. Dokładnie taka wewnętrzna walka rozdzierała Pandorę od wnętrza. Jedna strona była jej najgorszym wrogiem, ciemnością, i jak na razie to ona utrzymywała władzę w swoich łapczywych szponach. Przygniatała jej niewinność, ukrytą i zapomnianą, karmiąc ją kłamstwami. Niedobrze, niewystarczająco, już za późno. I chyba w końcu zaczynała w to wierzyć. Odcięta od swojej rodziny, odepchnąwszy swoich przyjaciół, miała tylko słów głos, żadnej alternatywy do wysłuchania. Szkodziła sobie, to oczywiste. A jednak gdy pierwszego maja jej życie było zagrożone, wzbudziło to w niej strach. Było coś, czym się przejmowała. To już jakiś start.
Na razie, jej sekrety zasnęły. Zagrzebały się, nieszkodliwe, pozwalając im kontynuować wspinaczkę, może nawet powrócić do lekkich rozmów.
Okej. — Czy było to lepsze od „wiem”? — Jakoś to przeżyję — dodała żartobliwie.
Poklepała go trochę niezręcznie po ramieniu, równocześnie posyłając mu uśmiech zabarwiony wdzięcznością. Jeszcze do końca nie ochłonęła, więc bała się, że nagle wyrwie jej się coś, co wolała zachować dla siebie lub ponownie spanikuje. Zwłaszcza, iż nie umknął jej t e n wyraz twarzy, za którym tęskniła i którego wypatrywała. Rozjaśnił cienie pod oczami astronoma, prawie zapomniała, że gdzieś się tam kryły. Nie wiedziała dlaczego właściwie jej na tym tak zależało. Być może podświadomie przeczuwała, iż i jego coś dręczy, jakieś ciemne chmury zwątpienia. Pewnie miała się o tym dowiedzieć wkrótce.
Otuliła się szczelniej szalem, poprawiając wiszący na jej szyi aparat. On miał swój amulet, ona swój. Może ją ochroni przed następnym przejawem emocji, a może odwrotnie — to on był wszystkiemu winien? Kradł jej duszę, zastępując ją czymś bardziej prawdziwym, mocniej odczuwającym. Prawie siebie nie poznawała, nieco zziębnięte palce, niedawno wczepione w koszulę kuzyna, serce wybijające nowy rytm. Osobliwe zjawisko, doprawdy! Znów pokręciła głową, straciła już rachubę, ile razy to zrobiła w przeciągu ostatniej godziny. Cale szczęście chociaż trochę pozbierała się w sobie, osiągając zamierzony efekt. Szła dalej tym samym tempem, oglądając się przez ramię i wykrzywiając usta w niewinnym uśmiechu. — Chodź, chodź — mruknęła, a Jayden zaraz ponownie do niej dołączył. Ona w tym czasie złapała w dłonie jedną z kulek, przyglądając się z jej nową fascynacją. Ach, ciekawe czy byłaby w stanie przemienić ją w kuguchara? Transmutacja szła jej całkiem dobrze, chociaż coś takiego mogłoby być ponad jej umiejętności… w tym momencie, przerywając łańcuch jej myśli, astronom przygarnął ją do siebie i z tego wszystkiego puściła futrzaste światełko. Wydała z siebie niecodzienny odgłos, coś pomiędzy urażonym parsknięciem, a marudzeniem, lecz nic nie powiedziała, może sama była zaskoczona tym, że nie zbył jej sugestii byle powodem, więc postanowiła już mu nie robić takich żartów.
Wzruszyła tylko ramionami, sama nie sądziła, iż Jay jej to zaproponuje, nie podejrzewała też siebie, że tyle w niej to obudzi emocji. Jej zgoda była jedyną opcją. Nie sądziła, by rzucał swoje słowa na wiatr, więc nie mogło chyba chodzić o to, że i tak uznawał, iż nie będzie chciała z nim mieszkać? Posłała mu uważne spojrzenie, lecz nic nie wskazywało, by był niezadowolony. Wręcz przeciwnie.
Teraz? — powtórzyła, wykonując teatralny gest myśliciela.  — Gdy byłam młodsza, co wieczór wypatrywałam z mamą pierwszej gwiazdki. Myślę, że od tego możemy zacząć. — Znów, trochę zagadkowa odpowiedź. Przymknęła jedno oko, lustrując niebo w poszukiwaniu tego, czego szukała.
Och, oby nie było jeszcze za późno!

| zt x 2




hope is the thing with
feathers
that perches in the soul


Powrót do góry Go down
 

Scafell Pike

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17