Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Komnaty Tristana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Komnaty Tristana   03.05.15 1:06

Komnaty Tristana

Sypialnia urządzona została w tonacjach właściwych dla dworku, w jasnych, kremowych barwach, pośrodku ściany przeciwległej do wejścia znajduje się obszerne, dwuosobowe łóżko, ze złotym baldachimem nad nim; kotara na co dzień zarzucona jest jednak za ramę. Ściany zdobią obrazy przedstawiające piękno nagiego kobiecego ciała. Przy łóżku znajdują się dwa nieduże stoliki nocne, na jednym z nich stoi kryształowa butelka z białym winem, codziennie rano pracowicie uzupełniana przez domowego skrzata . Blisko okna znajduje kobiecy sekretarzyk z lustrem oprawionym w delikatną złotą ramę. Nieco dalej stoi elegancki parawan ozdobiony płótnem utkanym w różany wzór, za którym znajdują się ciemne, obite skórą kufry z drobiazgami. Po drugiej stronie komnaty znajduje się nieduży, okrągły stolik z dostawionymi do niego dwoma aksamitnie obitymi krzesłami. Posadzkę ocieplają porozrzucane futra z białych lisów, miękkie dla bosych stóp eleganckie ozdoby większości pokojów. Ciepła, biała narzuta z lisiego futra leży również na skraju łóżka, przygotowana na chłodniejsze dni. Z sypialni wychodzi wejście do garderoby, toalety oraz na balkon; szerokie, przeszklone drzwi na zewnątrz ozdobione są delikatną, kremową firanką. Sam balkon jest przestronny i duży, osłonięty czarną, metalową barierką ukutą we florystyczne wzory.  


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   05.08.15 2:20

Z pomocą Padraiga Tristan przedostał się do sypialni po wysokich schodach prowadzących z korytarza - kotary okien były zasunięte, a barłóg na łóżku bardziej niż wyraźnie wskazywał na to, że nie spędził tej nocy samotnie. I że dopiero co zwlókł się na nogi. Wszechogarniająca ciemność wydawała się być dla niego zbawienna, a ból głowy powoli rozmywał się w niepamięci... stanowczo zbyt powoli, jak na jego gust. Skinął głową, zwykle nie zauważał, gdy ludzie nie do końca rozumieli jego poetyckie ciągi - a może już się do tego przyzwyczaił. Wiedział, że Padraig miał rację, nie powinien tyle pić, odkąd zauważył, jaką trudność sprawia mu oderwanie wzroku od pustego denka po butelce, zaczął rozumieć, że spada wgłąb studni pozbawionej wody, o której dno, prędzej czy później, roztrzaskają się jego nagie kości.
Udał, że nie dostrzegł ani jego rumieńca, ani jego zmieszania. Właściwie nie chciał go ośmieszać.
- Siadaj - rzucił od niechcenia, właściwie nie wskazując miejsca, w którym Padraig rzeczywiście mógłby spocząć. W komnacie panował rozgardiasz, na kilku krzesłach ustawionych wzdłuż ścian leżały rozrzucone ubrania, w tym czarne kobiece rajstopy, jakie najpewniej zostawiła po sobie Cathy. W każdej innej sytuacji pociągnąłby jej temat, ale najwyraźniej teraz nie czuł się na siłach - ani na opowieści, ani... na wspomnienia. - W Hogwarcie nie uczą historii magii? - zapytał, znów bardziej nieświadomie, niż złośliwie. Nim poszedł do Beuxbatons musiał już znać historię wszystkich dwudziestu siedmiu rodów zamieszkujących Anglię i nie przyszłoby mu do głowy, że dla osób spoza szlacheckiego rodu może to być kwestia pozbawiona żadnego znaczenia. - Crouchowie założyli Londyn - stwierdził, wolnym krokiem podchodząc do szafki nocnej, wziął z niej karafkę z wodą i wypił parę łyków z butelki. Niedbałym gestem wskazał także na butelkę z winem, najwyraźniej chcąc przekazać Patowi, że może się poczęstować. - A Blackowie rościli sobie do niego prawa, przez nasze kłótnie spłonęło kiedyś pół miasta. Albo całe miasto.  - Wzruszył ramionami, biorąc kolejnych kilka łyków. - Blackowie sięgają korzeniami równie głęboko, co Rosierowie, lecz dużo płycej, niż Crouchowie, a mimo to zwą się rodem starożytnym. Wypłynęli na wojnie, walczyliśmy po przeciwnych stronach. Walczyli ramię w ramię z Carrowami.... - Umilkł w zamyśleniu, nie był w najlepszym stanie, by prowadzić historyczne wykłady. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, jakie właściwie znaczenie mają dziś historie sprzed tylu setek lat, lecz wychowywany w tradycyjnych wartościach przyjmował to wszystko jako oczywistość. - Trzymamy się razem, kiedy trzeba, Pat, ale nie musimy się przy tym lubić. Większość rodów podzielona jest zatargami zbyt długo rozpamiętywanymi, by można je było wybaczyć. - Jego zdaniem arystokracja potrafiła zbić się w miarę zgraną jedność wyłącznie wówczas, gdy coś zagrażało ich wspólnej pozycji. Z drobnymi wyjątkami, które zawsze będą w opozycji. - Z łoskotem odstawił karafkę z powrotem na szafkę, ponownie wskazując ją niedbałym gestem, prawdopodobnie chcąc zachęcić do poczęstunku.
- Evandra - odpowiedział krótko, spoglądając na twarz Padraiga. Miał wiele obaw, na czele z tą, czy panna Lestrange wydrapie mu oczy, kiedy się o tym dowie, czy może niekoniecznie. Wiedział, że nie będzie chciała go poślubić. - Do trzech razy sztuka - dodał sarkastycznie, unosząc lekko kącik ust; z pewnością spowiadał się kiedyś Padraigowi z tego, jak panna Lestrange go odrzuciła. Dwa razy. Za trzecim nie będzie już miała wyjścia, miał poparcie wuja, który ocalił jej życie. - Evandra Colette Rosier - szepnął. - Z domu Lestrange. - Na jego twarzy malowało się wiele emocji, lecz nad uwielbienie przebijały się niechęć, strach i niepewność. Targało nim wiele rozterek, nie powinien był przymuszać jej do tego ślubu. Wiedział o tym. Uciekając od tematu obszedł obszerne łoże i przeszedł w stronę garderoby połączonej z sypialnią - choć za ścianą, to jednak wystarczająco blisko, by wciąż doskonale słyszał Padraiga - i aby on słyszał jego.
- Dam ci coś swojego - powiedział, przemieszczając się między wieszakami. Nie było to łatwe zadanie, Padraig był o wiele kruchszej postury; Tristan trzymał formę. Pracował fizycznie przy smokach właściwie całe swoje życie, w szkole też nie był chuchrem. Pozycja pałkarza wymagała od niego siły, znalazł jednak coś, co wydało mu się w miarę odpowiednie  - szatę sprzed kilku (kilkunastu?) lat, prawdopodobnie jeszcze z czasów szkolnych, tylko trochę znoszona, choć już nie pierwszej mody. Zdjął ją z wieszaka i powrócił do sypialni, rzucając ją na łóżko.
- Spróbuj - rzucił w zamyśleniu, zastanawiając się, czy aby na pewno nie ma nic innego, bardziej odpowiedniego na jego rozmiar. Nie był pewien, czy szata i tak nie będzie na nim nieco wisiała, ale oczywistym było, że na szybko nie znajdzie dla niego nic idealnie dopasowanego. A mógłby mu coś podobnego sprawić, w końcu Padraig musiał się jakoś prezentować w podobnych sytuacjach.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Padraig Fitzgerald
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t599-padraig-fitzgerald http://www.morsmordre.net/t698-c-mon-baby-light-my-fire http://www.morsmordre.net/f106-doki-queenhithe-street-12-3 http://www.morsmordre.net/t1029-pat-i-kot
kelner, wolny strzelec
25
Półkrwi
Kawaler
Kobieto! Puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci Twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!
6
10
0
0
0
8
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   08.08.15 11:23

sorki za długość, tak jakoś wyszło

Pomaganie Tristanowi w pokonaniu wysokich schodów nie należało do najprostszych zadań. Każdy ruch Rosiera był sztywny, nienaturalny, jakby w efekcie całonocnej libacji w połączeniu z… późniejszym wysiłkiem, jego mięśnie zapragnęły odmówić mu posłuszeństwa. Brunet wprawdzie tylko opierał się o ramię Pata, ale on i tak miał wrażenie, że musi dźwigać dodatkowe kilkadziesiąt kilogramów żywej wagi. Fitzgerald poważnie zastanawiał się, w jaki sposób jego gospodarzowi wcześniej udało się zejść do salonu – skrzat go chyba nie zniósł? Nie powinien wszakże wykluczać takiej opcji, skoro te istoty zostały zobowiązane do wykonywania wszystkich rozkazów swego właściciela. Na ustach Padraiga wykwitł błogi uśmiech na myśl o posiadaniu takiego sługi, choć doskonale wiedział, iż takie wygody są dla niego nieosiągalne. Podobnie jak luksus posiadania garderoby (na pięć wyświechtanych szat, kilka koszul i dwie pary spodni), czy łóżka, w którym oprócz niego zmieściłyby się co najmniej trzy dziewczęta (bardzo szczupłe, ale mimo wszystko). Paddy wspomniał swój materac rozłożony w kącie zatęchłego pokoju i poczuł lekkie uczucie zazdrości. Opamiętał się jednak, złoto i tak nie miało dla niego wartości, o ile nie było one refleksem słonecznym, odbitym od jasnych włosów pięknej Evandry. Obrazy na ścianach przedstawiały zaiste niewiasty niepozbawione wdzięków, kuszące wyeksponowanymi, nagimi piersiami, ale blondyn nie potrafił docenić ich atutów. Modelki wydawały mu się zbyt pretensjonalne, ich swobodne pozy trąciły teatralnością – tysiąc razy bardziej wolałby oglądać panienkę Lestrange okutaną po sam czubek nosa, niż podobne portrety, nawet jeśli pobudzały męską wyobraźnię.
Z ulgą przyjął fakt, iż Tristan nie skomentował jego pałających policzków – jeszcze tego brakowało, aby tłumaczył się z panieńskich rumieńców przed swoim przyjacielem? . Przysiadł na jednym z krzeseł, zdejmując z oparcia czarne rajstopy. Nie miał najmniejszych problemów z wysnuciem odpowiednich wniosków. Nieład na łóżku, elementy damskiej garderoby porozrzucane po komnacie oraz tajemnicze sugestie Tristana aż nazbyt wyraźnie sugerowały, kto gościł u niego jeszcze kilka godzin temu. Paddy uśmiechnął się kpiąco, chwycił rajstopy i rzucił je Rosierowi.
- Twoje? – ironicznie uniósł brew – seksowne. Istnieje szansa, że kiedyś cię w nich ujrzę? – spytał, starając się zachować poważny wyraz twarzy, co nie przychodziło mu łatwo. Wizja Tristana w czarnych rajtuzach zdecydowanie go rozpraszała, choć nie był pewny, czy chciałby zobaczyć go w nich w rzeczywistości.
- Uczą, ale nie kładą nacisku na zwady między arystokratami – odparł – zresztą i tak nigdy nie uważałem na tych lekcjach – przyznał się, wzruszając ramionami. Nie znosił wpychania sobie do mózgu teoretycznej wiedzy. Niepotrzebne informacje tylko zawadzały i zabierały cenne miejsce, a Patowi jakoś nie było przykro z powodu, iż nie pamiętał, w którym roku miała miejsce pierwsza rebelia goblinów. Nie żałował także braków wiedzy na temat historii oraz genealogii rodów szlacheckich – przed kim miałby błyszczeć, skoro większość arystokratów traktowała go praktycznie na równi z bezpańskim kundlem? Wysłuchał jednak wywodu Tristana z pewną dozą ciekawości. Oczywiście słyszał o wielkim pożarze Londynu, jeszcze kiedy uczęszczał do mugolskiej szkoły, lecz nie przypuszczał, iż czarodzieje (w zasadzie szlachcice) mogą być zamieszani w tę tragedię.
- Każdy Black ma naprawdę wyjątkowo dużą manię wyższości. Nawet jak na was, arystokratów - skomentował, uśmiechając się gorzko. Należeli oni do najbardziej irytujących gości Wenus, pomiatali nim, jakby był jakimś podrzędnym podgatunkiem skrzata domowego. Przez co przysparzali problemów sobie i jemu, kiedy Paddy tłumaczył się gorącej zupy wylanej wprost na rodowe klejnoty pana Blacka.
- Rozumiem – przytaknął, darując sobie uwagę, iż ta cała szopka to jego zdaniem olbrzymia głupota. Wśród dwudziestu siedmiu rodów występowały kłótnie, spory i rozłamy, a mimo tego zamiast otwierać się na czarodziejów pozbawionych szlachectwa, oni nadal tkwili w swoim hermetycznym półświatku, uważając za gorszego, każdego maga, który wpuścił w obieg trochę świeżej krwi – ale na tych waszych sabatach chyba nie skaczecie sobie do gardeł? – spytał – choć to musiałoby być ciekawe urozmaicenie – dodał, puszczając oczko Tristanowi, po czym sięgnął po butelkę wina i napełnił nią przygotowany wcześniej kieliszek. Upił łyk, rozkoszując się smakiem przedniego wina (jeszcze nigdy nie pił równie dobrego alkoholu), a następnie odstawił szkło, chcąc dłużej się nim delektować.
Dobrze, iż to uczynił, bowiem po następnych słowach Rosiera, niechybnie zbiłby niebotycznie drogi kryształ.
Evandra.
Evandra Colette Rosier.
Pobladł gwałtownie, a na jego twarzy pojawił się wyraz zszokowania. Wiedział, że panienka Lestrange już dwa razy odprawiła Tristana z niczym… i miał skrytą nadzieję, iż będzie odmawiała mu w nieskończoność, podobnie jak każdemu pretendentowi do jej ręki. Wieść o rychłych zaręczynach sprawiła, że poczuł palący ból i sam nie potrafił orzec, czy płonie naprawdę, czy to tylko jego serce rozrywane jest na strzępy. Może i jego nadzieje stanowiły głupotę i mrzonki oszalałego z miłości młodziana, lecz przynajmniej mógł się łudzić i żyć marzeniami o szczęśliwym zakończeniu. Teraz stracił już wszystko, cudowny sen prysnął, a zastąpiła go mara, w której musiał zacisnąć zęby, przełknąć całe swoje cierpienie i gratulować Tristanowi zdobycia kobiety, jakiej pragnął niezmiennie, odkąd zobaczył ją po raz pierwszy. Krążył wokół niej, jakby była jego Słońcem – była czymś znacznie więcej: Słońcem, Księżycem oraz gwiazdami. W morskich falach odnajdywał barwę jej szafirowych oczu, zaś słowicze trele przywodziły mu na myśl brzmienie jej słodkiego głosu. Była najcudowniejszą istotą, jaką zrodziła ziemia, eteryczną, ulotną, uosobieniem ideału, jakiego smaku nigdy już nie pozna. Nie mógł konkurować z Tristanem w żaden sposób. Sumienie Padraiga usiłowało go zwieść, że on na nią nie zasługuje, że pannie Lestrange należy się ktoś inny, lepszy, kto przychyli jej nieba i będzie wierny aż po grób… Lecz mimo tego, Paddy doskonale wiedział, że Evandra nawet na niego nie spojrzy w towarzystwie Rosiera, czy innych szlachetnie urodzonych mężczyzn. Mógł jej dać jedynie swoją miłość oraz uwielbienie, a kobieta taka jak ona potrzebowała przecież rzeczy, których nigdy nie będzie w stanie jej zapewnić. Mało brakowało, aby w oczach Pata zaszkliły się łzy, ale szybko pokonał przejmujący smutek i uśmiechnął się szeroko, jakby naprawdę cieszył się szczęściem Tristana.
- Gratuluję – rzekł z wyraźnym podziwem w głosie – przy tobie na pewno nic już jej nie zagrozi – dodał, pocieszając się myślą, iż Rosier na pewno nie dopuści, żeby ktokolwiek wykradł mu Evandrę i zrobił jej krzywdę. Ponownie upił łyk wina, starannie ukrywając leciutkie drżenie rąk i obserwując bruneta, znikającego za drzwiami garderoby. Po chwili wyłonił się z powrotem, rzucając na łóżko szatę, sprawiającą dużo lepsze wrażenie niż ta, którą miał na sobie, nawet mimo nie najświeższego kroju. Paddy zdjął swe odzienie, starannie wieszając je na oparciu krzesła i przymierzył pelerynę otrzymaną od Rosiera. Była nieco za szeroka i ciut za długa, lecz blondynowi wydawało się, że leżała na nim całkiem nieźle.
- Dziękuję, Tristan – wyrzucił z siebie – czy poza wizytą w Londynie mogę coś dla ciebie zrobić? – spytał, ponieważ czuł się niezwykle głupio i chciał w jakiś sposób pozbyć się wrażenia, iż żeruje na Rosierze. Jedna stara szata oczywiście nie czyniła go uboższym, jednak Pat bardzo nie lubił okazywania mu litości.




Padraig Fitzgerald
Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. I przekonałem się, że jest gorzkie.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   10.08.15 22:47

Obojętnie i nieco niezręcznie złapał w locie rzucone mu przez Padraiga rajstopy, niewiele myśląc zwinął je w kulkę i wrzucił do wąskiej szufladki kobiecego sekretarzyka znajdującego się w pomieszczeniu. Dziewczyna opuściła jego dom w pośpiechu.
- Bała się, że nie zdąży wrócić do domu, zanim wstanie jej ojciec - dodał tonem usprawiedliwienia, znów zanurzając się w krótkotrwałej konsternacji. Ile ta dziewczyna mogła mieć lat? Nie mogła być zbyt młoda, skoro pracowała na nocną zmianę w Białej Wywernie, lecz obawa, z jaką mówiła o rodzicielu, budziła u niego osobliwy niepokój. Odpędził jednak od siebie te myśli, nie miał zamiaru dłużej się nią przejmować. Przysiadł na skraju łóżka, biorąc z szafki nocnej karafkę z wodą i wypił kilka kolejnych łyków; woda go orzeźwiała, przywracała do życia i stawiała na nogi, jeszcze kilka godzin i może będzie wystarczająco trzeźwy, żeby odpisać matce na list z pogróżkami, czy data oświadczyn została już ustalona.
- A chciałbyś? - zapytał z lekko złośliwym uśmiechem, nieelegancko przecierając mokrą twarz wierzchem dłoni. - Są trochę za małe, spróbuję wymienić na większe. -  Patrzył na niego rozbawionym wzrokiem; nie urągały mu podobne żarty. Tristan był wystarczająco pewien swojej męskości, by móc z niej żartować w towarzystwie, któremu to nie uwłaczało. Cieszył się wystarczająco dużym (i wystarczająco ekonomicznie wykorzystywanym) zainteresowaniem wśród dziewcząt, by nie musieć obawiać się, że ktokolwiek naprawdę weźmie go za jakiegokolwiek rodzaju zboczeńca.
Skinął głową nieco lekceważąco. Jako dumny absolwent Beuxbatons wyżej cenił sobie francuskie nauczanie niż angielskie, toteż wspomnienie, że w Hogwarcie na coś nie naciskano większej uwagi, nie mogło uczynić na nim większego wrażenia. Nie powinien się dziwić również temu, że osoba o niższym statusie nie odebrała równie dokładnego wykształcenia, co on, ani że przykładała ku temu większą wagę. Nie, żeby Tristan był orłem z historii - ale swoje musiał przed guwernantką wydukać, co zapewne jeszcze przed Beuxbatons było egzekwowane jeszcze surowiej, niż w czasach szkolnych na zajęciach. Z perspektywy czasu uważał tę wiedzę za cenną, historia uczyła wiele - o świecie, o ludziach i ludzkich namiętnościach, uczyła również wiele o zaślepieniu rządzą zemsty, tej ostatniej nauki jednak Tristan nie przyswoił tak dokładnie, jak powinien.
- To prawda - zgodził się z Padraigiem w kwestii Blacków. Mania wielkości to jedno, ale nieuzasadniona mania wielkości, jaka niewątpliwie towarzyszyła Blackom od zarania dziejów,  to już zupełnie co innego. Zasępił się nieco, choć nigdy nie myślał o swojej siostrze w kategorii Druelii Black, a wciąż widział ją jako Druellę Rosier, to myśl, że jej mąż nosił nazwisko zwaśnionego rodu, nie ułatwiała mu pogodzenia się z tym, że jego siostra odeszła z rodzinnego domu. Zamyślił się, gdy Padraig zapytał o sabat, odpowiedź wcale nie była tak bardzo oczywista.
- Częściej dziewczęta - stwierdził po chwili namysłu. - Ciągle rywalizują o miano najpiękniejszej i gotowe są wydrapać sobie pazurami oczy. Jak Evandra mi, kiedy zobaczyła mnie tam po raz pierwszy. - Uśmiechnął się, szyderczo, zręcznie maskując prawdziwe skrywane emocje. Nie był pewien, czy w tym stwierdzeniu znajdowała się hiperbola, prawdopodobnie nie, ale im bliżej datowały się jego przyszłe zaręczyny, tym dokładniej przeprowadzał sam ze sobą rachunek sumienia. Evandra nie będzie chciała go na męża, wiedział o tym, zaszedł jej za skórę jak bolesna drzazga. Lecz przecież wcześniej miała możliwość zostać jego po dobroci, wystarczyłoby nieco mniej głupoty i mniej zapalczywości, żeby minęły ją te wszystkie upokorzenia nadchodzących dni. Sumienie dudniło nad nim jak niewidzialny zegar, którego wskazówki odliczały czas do dnia, w którym klęknie przed nią na kolano.
Padraig miał rację, będzie mógł ją ochronić. Przed złem, przed porywaczami, przed gniewem, przez zazdrością... ale kto ochroni ją przed nim samym? Zawładnęła nim większa markotność, lecz prawdopodobnie tej markotności nie dało się nawet wyczuć; skacowanego Tristana nie opuszczało zasępienie, od kiedy Paddy przestąpił próg jego domu.
W milczeniu obserwował, jak Padraig zakłada jego ubranie i przyjrzał mu się krytycznie, wciąż wyglądał źle. Niewątpliwie Pat był z siebie zadowolony, ale szata wymagała przynajmniej kilku poprawek, zwężenia w kilku miejscach, podszycia rękawów, skróceniu...
- Zostaw to u Madam Malkin na mój koszt jak skończysz - dodał po zastanowieniu; ignorując podziękowania. Nie sądził, by Padraig miał mu za co dziękować, Tristan nie robił tego z dobroci serca, czy z litości, bo tej zwyczajnie względem niego nie odczuwał, traktował to raczej jako inwestycję w siebie samego. Jeśli Padraig miał w jego imieniu odwiedzać takie miejsca, jak złotnik, któremu oddał rodowy pierścień, to musiał się prezentować jak ktoś, kogo Tristan faktycznie mógłby tam wysłać. Nie odpowiedział również od razu na jego ostatnie pytanie, milcząc o moment zbyt długo. - Przynieś mi więcej whisky - dodał w końcu.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Padraig Fitzgerald
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t599-padraig-fitzgerald http://www.morsmordre.net/t698-c-mon-baby-light-my-fire http://www.morsmordre.net/f106-doki-queenhithe-street-12-3 http://www.morsmordre.net/t1029-pat-i-kot
kelner, wolny strzelec
25
Półkrwi
Kawaler
Kobieto! Puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci Twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!
6
10
0
0
0
8
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   11.08.15 16:17

Z drwiącym uśmiechem przyglądał się, jak Rosier chowa rajstopy w swoim sekretarzyku. Zaintrygowało go nagle, co znajduje się w pozostałych jego szufladach; może Tristan chomikował w środku pamiątki po wszystkich swoich byłych kochankach? Ciekawe, czy mógłby tam znaleźć coś jeszcze oprócz majteczek, staników oraz pończoch… Brunet wyglądał na dzikusa , a już na pewno był erotomanem i Pat snuł śmiałe przypuszczenia na temat tego, co kryło się w tym niepozornym sekretarzyku.
- Chowasz tam coś jeszcze? – spytał, unosząc brew i wpatrując się w niego wyczekująco, po czym oblizał wargę w nieco obscenicznym geście, wyraźnie sugerując przyczynę swego pytania. Przełknął sugestię, iż wobec tego należało ją odprowadzić , przecież Tristan w blasku dnia nigdy nie pokazałby się z dziewczęciem podobnym Cathy. Zresztą i tak nie był pewny, czy jej ojciec nie zareagowałby tym impulsywniej, uwzględniając dość żałosny stan Rosiera. Który naturalnie niejednej pannicy skradł wianek, a potem bezwzględnie porzucił, z czarującego poety przemieniając się w zwykłego rozpustnika hołdującego rozkoszom ciała. Oczywiście te kobiety same były sobie winne – winny szanować kwiat swego dziewictwa, nie zaś oddawać je pierwszemu lepszemu… W czym tkwił cały szkopuł, ponieważ Tristan wykraczał poza te granice i oferował biednym pannom z Nokturnu wrażenia zaiste niezapomniane. Paddy znając odrobinę tamtejsze realia, nie dziwił się, iż traciły dla niego głowę. Miał okazję widzieć przemoc, brutalność oraz biedę, a Rosier był tego zupełnym przeciwieństwem, dlatego tak atrakcyjnym i kuszącym. Gdyby on wychowywał się w podobnych warunkach, najprawdopodobniej postępowałby identycznie, nie odczuwając najmniejszych wyrzutów sumienia.
- Jasne – z nadmierną emfazą przytaknął propozycji Tristana, zachowując kamienny wyraz twarzy – rajstopy na pewno znakomicie podkreślą twoje zgrabne nogi, będziesz wyglądać wprost oszałamiająco - kpił, już bez żadnych oporów, wizualizując sobie Rosiera odzianego w kobiecą garderobę. W Wenus na czymś takim zbiliby fortunę – pomyślał, uśmiechając się szyderczo.
Fiztgerald widząc pobłażliwe skinięcie głową, dociekł, że dla bruneta znajomość genezy historii czarodziejskich rodów była wręcz oczywista. Wiedział, iż arystokratów edukowano w wielu różnych dziedzinach dokładnie, jeszcze przed wysłaniem ich do szkół magii i surowo ganiąc za brak postępów. Paddy nawet snuł teorie spiskowe, według której latorośle szlachciców rosły na prawdziwe potworki, ponieważ zostały w ten sposób pozbawione dzieciństwa – całkiem prawdopodobne?
- Pan, panie Rosier jest za to niezwykle wręcz skromny – stwierdził z pewną dozą przyjacielskiej uszczypliwości. Tristan miał wielkopański gest i manierę, ale mimo tego pozostawał… znośniejszy od większości arystokratów i tak, nawet darzył go sympatią. Z nikim innym z tamtego towarzystwa nie poszedłby popijać do nokturnowych spelun, a on… W szemranych, tanich knajpach zachowywał się równie swobodnie jak na swych włościach.
Padraig rozmarzył się, wyobrażając sobie panny przystrojone we wspaniałe suknie, stłoczone w jednej sali i rywalizujące o tytuł najpiękniejszej. Zapewne wszystkie były zgrabne, powabne i zadbane, miały gładką, alabastrową cerę, lśniące, miękkie włosy, lecz przecież żadna nawet do pięt nie dorastała Evandrze. Czuł przemożną ochotę, aby wybuchnąć śmiechem, nikt nie mógł dorównać jej nie tylko urodą, ale również wrażliwym sercem…
- Też walczyłeś o to miano? Panna Lestrange winna być wobec tego o nie spokojna – skomentował, nie okazując najmniejszej oznaki radości, iż dziewczę nie było mu przychylne. Frasunki Rosiera pozostawały aż nadto widoczne, lecz Paddy nie potrafił zatrzasnąć swych uczuć, by z pełnym oddaniem wspierać go w adorowaniu cud-dziewicy. Dość kłuło go w środku, iż musiał odebrać pierścień zaręczynowy , jaki już niedługo będzie się pysznić na jej drobnej dłoni, nieskalanej, ciężką, fizyczną pracą. Miał nadzieję, że Tristan nie wpadnie na pomysł zatrudnienia go w roli posłańca, który dostarczałby Evandrze prezenty od narzeczonego – nie zniósłby chyba takiego bólu. Nie mógłby ofiarowywać jej cudzych podarków, kiedy w rzeczywistości chciałby samemu obsypywać ją dowodami miłości.
Spojrzał na mężczyznę, a w jego oczach nie migotały już szelmowskie błyski. Oblicze Padraiga było poważne, nieco zasmucone, lecz widniała w nim też duma oraz stalowy (ośli) upór.
- Nie zgadzam się, Tristanie – rzekł stanowczo – ja… jestem ci wdzięczny, ale nie potrzebuję jałmużny – powiedział z determinacją w głosie. Nie zamierzał przyjmować od niego pieniędzy. Dotychczas jakoś udawało mu się wiązać koniec z końcem, a nie upadł jeszcze tak nisko, by pasożytować na Rosierze. Jego propozycja dotknęła Pata do żywego, doskonale radził sobie sam, nie był żebrakiem .
- Wyczerpałeś już wszystkie zapasy? – spytał, uśmiechając się blado, pozostając nieco zachmurzony z powodu jego wcześniejszej uwagi – jak sobie życzysz – dodał, dopijając wino i zabierając swoją szatę z oparcia krzesła. Jeśli miał się wyrobić przed zamknięciem zakładu jubilerskiego powinien zbierać się do wyjścia. Nie chciał przecież zawieść swego przyjaciela.




Padraig Fitzgerald
Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. I przekonałem się, że jest gorzkie.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   14.08.15 2:07

Tristan zapatrzył się na szufladkę sekretarzyka, gdy Padraig zapytał, czy ten trzymał w środku coś jeszcze. Nadużyciem byłoby rzec, że odezwały się w nim wyrzuty sumienia, ale poczuł się nieswojo - kasetka ze złotym kosmykiem włosów oraz dziecięcym naszyjnikiem z muszelek należącym do Marianne nie była najlepszym towarzystwem dla rajstop panienki porwanej na jedną noc. Czasem zastanawiał się, ile jest prawdy w tym, że zmarli patrzą na nas z zaświatów, czasem zastanawiał się, czy jego siostra rzeczywiście to wszystko widzi. W chwilach takich jak ta, rozbudzonych wyrzutami sumienia, ta myśli stawała się bardziej realną, niż kiedykolwiek wcześniej. Realną i bolesną zarazem. Wybacz, Marianne.
- Nie - odpowiedział, sztucznie obojętnym tonem. - Nic tam nie ma. - Rzadko było po nim widać kłamstwo, sztukę łgarstwa opanował do perfekcji, obiecując niezliczone skarby wraz z dozgonną miłością kolejnym kobietom. Ale tym razem skłamać nie potrafił, muszelki pociągnęły za najwrażliwszą ze strun. Prawdopodobnie dlatego tak żwawo zareagował na kolejne żarty Padraiga, ufając, że zasłoni się nimi przed smutkiem codzienności.
- Pomyślę nad tym - odparł, nie od razu przyjmując na twarz szyderczy uśmiech. - Może założę własny biznes i zrobię konkurencje Caesarowi? Z taką atrakcją nie miałby żadnych szans - oświadczył z kategoryczną pewnością siebie. Konflikt między Tristanem a właścicielem Wenus musiał być znany Padraigowi, choć on zastanawiał się czasem, czy zdradził mu właściwie powody swojej niechęci i zarzewie całego konfliktu. Może gdyby to zrobił, Padraig bardziej potrafiłby zrozumieć jego stosunek do Lestrange'a - następnym razem. Zbyt często był stawiany między młotem a kowadłem, nie potrafiąc odnaleźć słusznej drogi. Wychylił z gwinta kilka ostatnich łyków wody, po czym odstawił pustą karafkę na szafkę w nadziei, że skrzat szybko ją napełni. Nie wołał go  - rolą skrzata było pozostać niewidocznym dla otoczenia, a już na pewno - dla swojego pana.
Tristan wiedział, że skromność nie była jego przymiotem. Znał swoje mocne i silne strony, zależnie od nastroju przeceniając albo te pierwsze, albo te drugie, podstawowych jednak zawsze pozostawał świadom. Miał wrażenie, że Padraigowi czasem brakowało tego pierwszego - zwłaszcza, gdy znajdował się w obecności dam; choć być może było to wyłącznie jego nieuzasadnione wrażenie. Nie domyślał się, że wyłączną przyczyną zmieszania bywa Evandra, którą wszak dotychczas nieczęsto widywali razem. Tristan nie miał z nią kontaktu za wyjątkiem obowiązkowych uroczystości rodzinnych, takich jak chociażby urodziny chłopców Marianne. Myśli Tristana jednakże ciągle uciekały ku złotowłosej wili - może po tylu latach rozłąki, niechcianych gestów i surowych spojrzeń, zechce potraktować go łaskawiej? Nie miało to znaczenia, powtarzał sobie, i tak weźmie ją sobie za żonę. Już wziął, nawet, jeśli ona sama jeszcze o tym nie wiedziała.
- O miano nie - odparł, z parszywym uśmiechem, ponownie wznosząc wzrok na Padraiga. - O najpiękniejszą owszem. - Nie sądził, by musiał podawać imię Evandry, nawet, jeśli nie wiedział, jak bardzo dla nich obu było jasne, że najpiękniejszą pozostawała Evandra. Nie przypuszczał, by Padraig znał wiele więcej arystokratycznych imion młodych panien - do Wenus zaglądali raczej mężczyźni, a rozmawiając z nim prawdopodobnie nigdy nie zastanawiał się nad jego szkolną przeszłością. Może powinien? Osoby o niższym statusie krwi ostatnio nieustannie zaskakiwały go swoimi znajomościami ze szlachciankami. Niezbyt mu się to podobało, to przez to tyle młodych dziewcząt zostawało ostatnio wydziedziczanych.
Sięgnął ku szafce nocnej i wyjął kartkę spośród kilku dokumentów, następnie zgiął ją na pół - zapewne po to, aby łatwiej było ją włożyć do kieszeni i wstał, by przekazać Padraigowi.
- Kwit - wyjaśnił. - Nie zgub go, to ważne, idziesz po rodowe diamenty - dodał, jakby ze znudzeniem. - Za jego okazaniem powinni ci wydać błyskotkę dla pani Rosier. - Spojrzał na niego krytycznie, kiedy odmówił oddania szaty do madam Malkin, najwyraźniej nie do końca rozumiejąc, dlaczego Padraig nazywa to jałmużną.
- Daj spokój, trzeba to zrobić porządnie - rzekł, marszcząc brew. - Zresztą. - Machnął ręką; nie miał zamiaru upierać się przy swoim. Jeśli Padraig miał zamiar zrobić to ze swoich pieniędzy, mógł, byleby to jakoś wyglądało. Nie miał zamiaru następować na jego poczucie męskości, nawet, jeśli w tej sytuacji, zdaniem Tristana, było nieuzasadnione. - Rób co chcesz, Padraig, ale jeśli nie uda ci się przynieść mi tego pierścienia, będziesz mi przynosił już tylko kwiatki na grób. Moja matka mnie zabije. - Z pewnością hiperbolizował, lecz na jego ustach nie pojawił się jakikolwiek znak znamionujący żart.
Skinął głową, gdy zapytał o whisky, a kiedy jął zbierać się do wyjścia, sięgnął po karafkę z winem  - woda się skończyła. Odkręcił ją i wypił z butelki większy łyk alkoholu, krzywiąc się jak dziecko po pierwszym skosztowaniu piwa. To nie był najlepszy sposób na leczenie kaca, ale prośba o kefir byłaby już chyba przesadą.
- Dzięki, Pad - odpowiedział tylko. A Padraig musiał wiedzieć, że Tristan mówił to rzadko. Westchnął i opadł na łóżko, kiedy jego gość opuścił komnatę, nie pomyślał o tym, by odprowadzić go ku progowi. Sen, błogi sen - był jak wybawienie.

zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   20.12.16 1:59

Tak naprawdę cały czas mogli być jedynie obok siebie, nie przy sobie – milczący i odlegli. Starał się ją wspierać. Służyć ramieniem, ilekroć go potrzebowała, dać wsparcie, kiedy przytakiwała na życzenia kolejnych gości, których twarze w stresie mogły się wydać dziwnie nieznajome, choć winny zostać rozpoznane. Zadbać o każdą potrzebę – przynieść szampana, kiedy tylko spierzchły jej usta, odprowadzić do stołu, kiedy tego zapragnęła, oddać do tańca, kiedy poprosił o nią krewny. Chciał być tam dla niej – nieprzerwanie oddany. Nieprzerwanie jej pragnący. Przysięga, niepozbawiona szczerości, wypłynęła z jego ust miękko, lecz nie mamił się słowami Evandry – wiedział, że były one jedynie kurtuazją, dochowaniem tradycji, chęcią spełnienia oczekiwań własnej rodziny. Wiedział, że jego narzeczona nie chciała tutaj być. Ale była – i nie mogła się już wrócić do domu.
Chciał z nią porozmawiać od samego początku. Może nawet – przeprosić. Za to, że ją tutaj ściągnął, za to, że musiała przed nim stanąć, za to, że miała stać się jego. Ale nie było ku temu okazji, wyciągnięcie jej w zacisze ogrodów byłoby zbyt dużym nietaktem wobec ważnych politycznie gości. A wypowiedzenie tych słów, ułożonych w głowie kilka godzin temu, teraz, kiedy byli już sami, wydawało mu się pozbawione pierwotnego celu.
- Lady Rosier – odezwał się krótko, przepuszczając ją przodem do swojej sypialni, poszukując wzrokiem jej niebieskich oczu, ten tytuł dobrze przy niej brzmiał. Pasował do niej – jak do nikogo innego. Prezent od niego leżał w ciemnym kufrze pod ścianą, ku niemu podprowadził pannę młodą. Z wieka podniósł różę, już podeschniętą, wręczając ją młodej żonie i odsunął się od niej, chcąc dać jej w spokoju przejrzeć podarki. Krwista suknia ze złotym haftem i dwie białe, jedna domowa, druga bieliźniana. W szkatule bezpiecznie spoczywała rodowa biżuteria – złoty diadem kuty w delikatne róże oraz wystawna rubinowa kolia po babce. – Wybacz, jeśli to zbyt skromne. Nazajutrz przekażę ci mój właściwy dar. – Syreni teatr, sądzisz, że ci się spodoba? Być może wzgardzisz, ale jeśli wzgardzisz wszystkim, tylko on ci pozostanie. Przesunął palcem po złotej obrączce, wpatrując się w Evandrę – wreszcie z dziwnym spokojem, wiedząc, że od niego nie ucieknie. Wreszcie z dziwnym spokojem, wiedząc, że nikt inny nigdy jej nie dotknie. Że będzie bezpieczna. Czym miała być cena za to wszystko? Za zamknięcie jej w tej złotej klatce? Wieczna nienawiść, pogarda po grób?
Spójrz na mnie, Evandro, spójrz po raz pierwszy, odkąd jesteśmy sami.
-  Wyglądałaś olśniewająco – odezwał się, wciąż nie podchodząc bliżej. Oddalił się, by podchylić drzwi prowadzące na balkon i wpuścić do wnętrza komnaty kilka łyków świeżego wczesnowiosennego powietrza, miał siostry, wiedział, jak wyczerpujące mogły być podobne ceremonie, kiedy gorset opinał zbyt mocno. – Wyglądasz – poprawił się bezrefleksyjnie, prześlizgując się spojrzeniem wzdłuż jej łabędziej szyi, owijając go wokół wąskiej talii. – Goście byli tobą zachwyceni… i ja byłem. – Dziwne uczucie, móc po tym wszystkim pozwolić sobie na mniej formalny ton, wciąż nie mógł się przyzwyczaić. Wydawało mu się, że ceremonia przeciągała się w nieskończoność. - Teraz to twój dom, Evandro. Czuj się jak u siebie. – Wyciągnął ku niej dłoń, gestem zapraszając ją do siebie – z balkonu roztaczał się piękny widok na ogród.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   21.12.16 22:11

Przyjęcie męczyło, lecz wcale nie oczekiwała jego zakończenia z niecierpliwością, zbyt otępiała i zrezygnowana, by myśleć o ucieczce, albo jakimkolwiek sposobie powstrzymania nieuniknionego – wiedziała, co nastąpi później, że zostaną sam na sam. Na brodę Merlina, przecież była alchemiczką, gdyby tylko podała mu jeden ze swych eliksirów…! Od miesięcy zamęczała się wizjami tego, co nastąpi, zaś jej najgorsze wyobrażenia nie różniły się wiele od rzeczywistości.
Tristan był obok, kiedy witała gości, Tristan był przy niej, gdy próbowała zabawiać ich rozmową, gdy tańczyła z kolejnymi członkami czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej. Pilnował jej, służył swym ramieniem – musiał rozumieć, jak bardzo było to dla niej niekomfortowe, jak bardzo stresujące i jak igrała ze swą chorobą mogącą w każdej chwili popsuć ten jakże magiczny wieczór. Chciała wierzyć w jego dobre intencje, chciała nie dopatrywać się w nich podwójnego znaczenia, lecz widziała w jego oczach błysk pożądania – oczekiwał na ich noc poślubną z niecierpliwością i nie zamierzał dać jej więcej czasu, przygotować się… lub uwarzyć odpowiedni dekokt, który odebrałby mu ochotę na cokolwiek.
Nie było przy niej brata, nie było przy niej nikogo, na kogo mogłaby liczyć – tylko ona, jej małżonek i górująca nad nimi wizja tradycji, której musieli pozostać wierni. Której ona musiała pozostać wierna. Wszak nie od dziś i nie od wczoraj wiedziała, że mężczyźni dostają przyzwolenie na więcej, że Tristan zniesie ich zaślubiny łatwiej i nie powstrzyma się od salonowych flirtów, ba, że nikt go za to nie potępi. Tak samo jak za niczym nieograniczoną swobodę zachowania, za zmuszanie jej do czegokolwiek, za rozstawianie jej po kątach. Nie wierzyła, by ich relacja miała się diametralnie odmienić, by nagle zaczęli porozumiewać się ze spokojem i wyzbyli się wzajemnych urazów.
- Lordzie Rosier – odpowiedziała cicho, przekraczając próg jego sypialni, ich sypialni. Nadal nie potrafiła tego zrozumieć, nie potrafiła się z tym uosobić; lady Rosier? Była Lestrange’em, szalonym Lestrange’em z wyspy Wight i lepiej, żeby o tym pamiętał. Wolała nie zawieszać na nim wzroku na dłużej, wolała nie wymieniać się spojrzeniami, choć przecież i tak nie mogła przed nim uciec; nie chciała jednak widzieć tego dzikiego błysku w jego oku. Posłusznie podeszła w stronę ciemnego kufra, z krótkim skinieniem przyjmując od małżonka różę – nieco podeschniętą, tak samo, jak i ona sama. Posłusznie przyklękła i zaczęła oglądać przygotowane przez niego podarki; gustowne, lecz i częściowo zawstydzające. Uwadze Evandry nie umknęła bieliźniana suknia, którą, zapewne, chciałby na niej zobaczyć, chociażby tej nocy. Nie zapominała ona również o gorzkim fakcie, że podarki te, suknie, diademy i kolie, to wszystko miało być opłatą za noc poślubną. To wszystko miało zadośćuczynić odebranej cnocie i widmu zagrażającej życiu ciąży.
- Właściwy dar? – zapytała retorycznie; wiedziała, że nie odpowie, że zachowa to na jutro. Zdziwił ją jednak tą wzmianką na tyle, że odpowiedź sama wyrwała się z jej ust. – Twe podarki są piękne, lordzie, nie ma powodu, byś uważał inaczej. Lub obawiał się, że są zbyt skromne. – Nie kłamała. Ofiarowane jej prezenty nie były zbyt skromne, nie były pozbawione smaku lub obce jej gustom. Wolałaby jednak nie otrzymywać ich, a nadal być panną Lestrange. Naiwną i wierzącą w cuda.
W końcu wzniosła na niego swój wzrok; nie mogła przecież dalej uciekać, musieli jakoś przez to przejść. Ona musiała. On był u siebie, w swoim domu, w swojej sypialni, górujący nad nią znaczeniem, dominujący siłą. Była wdzięczna za to, że zachowuje dystans, że nie zbliża się, dając jej chociaż chwilę czasu na oswojenie się z tą nową sytuacją, z nowym miejscem. Błądziła palcami po diademie w delikatne róże, aż w końcu wstała, obróciła się w stronę Tristana. Wciąż miała na sobie tę białą, szytą na wymiar suknię, wciąż więziła stopy w niewygodnych pantofelkach.
- Dziękuję. – Skinęła mu krótko głową, samej nie zamierzając komplementować jego aparycji, szaty podkreślającej sylwetkę, przystojnego lica okalanego przez dłuższe włosy. Przecież doskonale o tym wiedział, wiedział, jak się prezentował, zaś jego ego nie potrzebowało kolejnych zachęt do nadmiernego rozwoju. – Rodzice z pewnością są z nas dumni, prezentowaliśmy się tak, jak tego chcieli – odpowiedziała cicho, pozwalając sobie na blady, zamyślony uśmiech. Nie czekając dłużej zdjęła pijące buty, tracąc tym samym kilka dobrych centymetrów wzrostu.
Kiedy wyciągnął do niej dłoń, zamarła. Lecz nie trwało to długo – przed oczami pojawił się jej nestor, ten sam, który upominał ją przed samą ceremonią, który przypominał, jakie ma obowiązki wobec rodu.
- Spróbuję, Tristanie. – Była już blisko, położyła swą bladą, kruchą dłoń na jego, dużo większej i silniejszej. Oszczędna w gestach i słowach, wyraźnie spięta. Lecz czy mógł spodziewać się czegokolwiek innego?
- Żywię nadzieję, że ceremonia ułożyła się po Twojej myśli.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   26.12.16 18:21

Jej nastrój wydawał się naturalny. Nie widział u niej zachwytu ani wzruszenia, nie widział oczekiwania, nie widział nawet przyjaznego grymasu – była cicha, milcząca i oddalona, niewzruszona – bądź chcąca niewzruszenie wyglądać. Samotna, wciąż nie widząca, że obok przecież stał on, od dzisiaj jej mąż, ostoja i silne ramię, na którym miała się wspiąć. Jak wygłodniały wilk gonił tę sarnę siedem długich lat, tutaj ta pogoń miała się skończyć. A raczej – coś się miało skończyć, podczas gdy coś innego dopiero się zaczynało. Coś nieznanego, coś, w czym mieli poruszać się po omacku, coś czego on pragnął, a coś, czym ona gardziła. Dlaczego? Łączyło ich coś więcej, niż jego pragnienie i musiała zdawać sobie z tego sprawę, minione pocałunki, napięcie w dzielącym ich powietrzu, przyśpieszone bicia serc w tym samym ogrodzie, długie lata temu, kiedy spotkał ją po raz pierwszy – równie piękną, równie milczącą, na przyjęciu, które wzbudzało w niej podobny smutek. Nostalgia malująca na jej twarzy dodawała jej subtelnej, kobiecej powabności, ale Tristan chciałby ujrzeć jej uśmiech – choć jeden prawdziwy, nie wymuszony etykietą. Ale czego się spodziewał, sprowadzając ją tutaj wbrew jej woli? Czy dało się przekonać ptaszka zamkniętego w klatce, że jego klatka jest piękna i wygodna, kiedy ten poznał już zew wolności?
- Nie mogłem go przynieść – odparł, bardziej dla grzecznościowego podtrzymania rozmowy niż z woli rozniecenia jej ciekawości, nie sądził, by prezenty były tym, co najmocniej zaprzątało teraz jej głowę, jej podziękowania biorąc za czystą kurtuazję. Przeszły dzień przyniósł wiele wrażeń i jeszcze więcej zmian. – Odwiedzimy go jutro – dodał, wciąż trzymając się na dystans i z odległości podziwiając jej perfekcyjną sylwetkę. Blask jej złotych włosów, białą cerę zlewającą się ze śnieżnym materiałem sukni. Skinął głową, choć nie patrząc na niego, nie mogła tego dostrzec; miała rację, przynieśli dumę. Ona przyniosła – roztaczając wokół siebie blask nienaturalnie wyjątkowej urody – przyniosła ją nie tylko rodzicom, ale i jemu. A może nawet przede wszystkim jemu. Nie drgnąwszy, wciąż z odpowiedniego dystansu wiódł wzrokiem za jej – nawet w takiej sytuacji – pełnymi gracji ruchami, kiedy ściągała wysokie, białe trzewiki.
- Musisz być zmęczona. – Bardziej stwierdził niż zapytał, jego usta wreszcie wygięły się w lekki uśmiech, słysząc jej zapewnienie – że spróbuje. Kiedy po chwili zamarcia w bezruchu Evandra ruszyła ku niemu, jak obłaskawiona lwica. Obłaskawiona, czy może znajdująca się w potrzasku? Bez znaczenia. Ujął jej dłoń delikatnie, zginając własną, w subtelnym, spokojnym uścisku, jakby obawiał się, że może spłoszyć każdym gwałtowniejszym ruchem. Patrzył prosto w jej oczy – cały czas – przepiękne, smutne błękitne oczy.
- Całkowicie – odparł lekko, choć w tę lekkość nie wkładał wcale mało wysiłku. Wiedział, że dla niej to nie był ślub ze snu. Ale musieli to zostawić za sobą, ona musiała. Uniósł lekko trzymaną w ręku kruchą dłoń Evandry, by musnąć jej wierzch ustami, w geście szacunku i oddania, oswobadzając ją zaraz po tym. Obrócił się do tyłu, ku szafce nocnej, na której kazał zostawić na noc butelkę szampana. Rozlał alkohol do dwóch kielichów, choć ten, który następnie wręczył Evandrze, był wyraźnie pełniejszy. Potrzebowała odprężenia, delikatnego upojenia, wtedy wszystko stanie się prostsze i słodsze. – Chodź, odpoczniemy. – Delikatnie otoczył ją ramieniem, prowadząc na zewnątrz, na chłodny balkon, ku rześkiemu powietrzu. Śmiechy w ogrodzie już milkły, a cicha, powolna muzyka dobiegająca wciąż z kryształowej sali przyjemnie pieściła uszy. Pora była już późna – duży księżyc lśnił na czarnym niebie, otoczony haftem migoczących gwiazd, ponad morską wodą rozciągającą się za urwiskiem klifu, spienioną, targaną nocnym wiatrem. I byli już tylko oni dwoje – żadnych krewnych, gości, oficjeli. Nestorowie pewnie opuścili już ogrody. Podprowadził ją ku rzeźbionej barierce, wspierając się o nią wolną dłonią, w ciszy przenosząc wzrok na swoją młodą żonę. Wreszcie otaczał ich wyłącznie spokój. Wreszcie – miał ją tylko dla siebie.
- Evandro – zaczął, przenosząc trzymany kielich do lewej dłoni, by prawą na oślep odnaleźć jej palce i skryć w uścisku własnych. – Wiedz, że wszystko, co ci przysięgałem, tak siedem lat temu, jak i dziś, to wciąż wyraz mojej woli. Nie wabię cię przecież w pułapkę, najdroższa. Pragnę twojego szczęścia. Ja nigdy nie pozwoliłbym na wydarzenia sprzed roku. – Ja nie, Caesar to zrobił. Caesar, który znów cię opuścił, nie było go tutaj. Ja jestem, moja piękna, ja jestem i zawsze będę, mocniej splótł własną dłoń z jej. – Zaufaj mi, proszę – szepnął, nachylając się nad jej ramieniem, otulając jej ucho ciepłem oddechu, tracąc z oczu jej błyszczące źrenice. Wypuścił jej dłoń, jedynie muskając palcami, ugniecioną gorsetem talię, ostrożnie i powoli, jakby sprawdzał, że owa obłaskawiona lwica pozwoli się dotknąć. – Jak długo karzesz mi się jeszcze prosić o drugą szansę?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   27.12.16 20:40

Dużo łatwiej było udawać, że chodziło tylko i wyłącznie o jego pożądanie, że była ofiarą bezwzględnego łowcy, który postanowił zamknąć ją w złotej klatce wbrew jej woli. Lecz przecież nie mogła wyprzeć z pamięci tych wszystkich listów, niejednoznacznych sytuacji, zbyt śmiałych słów, na które sobie pozwolili. Pozwolili, bo przecież sama odwiedziła go tego wieczoru, sama igrała z nim niczym z ogniem, za nic nie rozumiejąc własnych uczuć. Zbliżyć się, czy uciekać? Wybaczyć błędy młodości, zapomnieć o wyznaniu kuzynki, czy trzymać się go niczym tonący brzytwy, dzień w dzień podsycać wieloletnie urazy?
Poznali się na ślubie Caesara i Marianne, smutnej ceremonii, która oznaczała zmiany, duże zmiany dla obu rodzin. Siedem lat później celebrowali własne zaślubiny, a wszystko wyglądało inaczej, zupełnie inaczej, lecz wciąż aktualnym pozostawał fakt ich wzajemnej przepychanki, naprzemiennego przyciągania i odpychania. Czy istniał chociaż cień szansy, by udało im się wypracować pokój? By zaczęli ze sobą rozmawiać, by dostrzegli, jak wiele mają wspólnego? Chociażby rezerwat, chęć pomocy smokom… Tristan pokazał jej coś, po co nigdy nie sięgnęłaby sama, a co okazało się na tyle magiczne, że aż zawróciło jej w głowie.
Kiwnęła tylko głową, gdy powiedział, że odwiedzą go jutro; nie chciała zadawać dalszych pytań, wszak przy odrobinie szczęścia nie dożyje jutra. Stres związany z pierwszą nocą przekraczał jej najgorsze wyobrażenia; bała się tego, co miało nastąpić, bała się wspomnień, które do niej powracały. Czy zwiększona dawka leku miała uchronić ją przed atakiem Serpentyny? Wątpliwe. I mimo że jej małżonek wiedział o dręczącej ją chorobie, nie liczyła nawet na jego łaskawość.
- Jestem – odparła krótko, zgodnie z prawdą. Miała ochotę zamknąć się w swojej sypialni i przez tydzień z niej nie wychodzić, zbyt upokorzona, zbyt rozgoryczona, by obcować z kimkolwiek. Tym bardziej, by obcować akurat z nim. Ile satysfakcji dawał mu ten widok, złapanej w sidła, przypartej do muru? – Zakładam, że Ty również, wszak dla nas obojga był to dzień pełen wrażeń.
Podeszła do niego i kornie podała dłoń, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie ma wielkiego wyboru. Musiała chociażby spróbować, zobaczyć na ile bezwzględnym okaże się jej małżonek. Nie mogła dłużej uciekać od niego wzrokiem; spojrzała mu w oczy, nie do końca rozumiejąc, co w nich widzi, a co sobie dopowiada.
Lekkość jego wypowiedzi poruszyła ją do głębi; czy naprawdę było to dla niego takie łatwe? Czy obrączka nie ciążyła, czy wizja ich przyszłego życia nie napawała grozą? Jak on mógł, jak… Drgnęła, gdy złożył na jej dłoni lekki pocałunek – na szczęście nie trzymał jej dłużej, tym razem nie doprowadzając do zawału, nie potęgując miotającego nią strachu. Z uwagą śledziła jego ruchy, bojąc się spuścić go z oka; wszak kto wie, co przyjdzie mu do głowy, czym postanowi ją zaskoczyć. Była niedoświadczona, przerażona i niezbyt chętna do zmiany tego stanu. Widziała, jak rozlewa szampana do kielichów, lecz nie oponowała w żaden sposób; nigdy nie gustowała w alkoholu, lecz ostatnimi czasy przekonała się, że ten pozwalał na odrobinę zapomnienia, że pozwalał się rozluźnić… Lub spotęgować spoczywające na dnie emocje.
Wbiła wzrok w horyzont, nie mogąc nadziwić się jego pięknu; morze przypominało jej dom, zaś jego szum od dzisiaj nie miał przynosić jej ukojenia, a jedynie gnębić i przypominać, co utraciła z dniem zaślubin. Mimo to, widok rozciągający się z okna jej klatki zapierał dech w piersiach. Spięła się, gdy Tristan otoczył ją swym ramieniem. Lecz przecież nie rzucił się na nią, nie wystraszył, a prowadził na balkon, oferując odpoczynek. Może nie miał nic złego na myśli? Może naprawdę mogła mu zaufać? Przynajmniej chwilowo.
Gdy stanęli przy rzeźbionej barierce, wsparła się o nią obiema dłońmi, jak gdyby bojąc się, że w każdej chwili może ją dopaść słabość i upadnie na balkon, spadnie z balkonu, obojętne. Wtem poczuła jego dotyk na swej skórze i zamarła, bojąc się nawet wziąć głębszy oddech, nie mówiąc już o wypowiedzeniu choćby słowa. Nigdy nie pozwoliłby na wydarzenia sprzed roku…? Po co o tym wspominał, po co przywodził na myśl te paskudne wspomnienia! Przymknęła powieki, kręcąc lekko głową, próbując odepchnąć od siebie te natarczywe, przywołujące mdłości obrazy. Na próżno.
- Dlaczego mi o tym przypominasz? Dlaczego o tym mówisz? – zapytała cicho, z goryczą, drżąc pod wpływem jego gorącego oddechu tak mocno kontrastującego z chłodem wiejącego od morza wiatru. Odsunęła odeń swe lico, poszukując wzrokiem jego oczu; naprawdę nie rozumiała, po co o tym mówił, co nim kierowało. – Nie wabisz mnie w pułapkę, Tristanie? Przecież doskonale wiesz, jak skończy się dla mnie poród. To nie jest szczęście. To jest wyrok śmierci. A teraz jeszcze przypominasz mi o tym, o tym… - była zbyt oburzona, brakło jej słów. Mimo to nie uciekła stamtąd, nie wbiegła do sypialni, oczekując jego reakcji. Nie oddaliła się zbytnio, nie pozwoliła jednak, by dotykał jej talii; wiedziała, że w ten sposób mógłby dosyć łatwo zamknąć ją w swym szczelnym uścisku i już nie wypuścić, tym samym – nie odpowiedzieć na żadne z jej pytań.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   05.01.17 20:18

Zmarszczył brew, nie rozumiejąc jej reakcji. Jego dłoń zastygła w powietrzu, kiedy jej talia wywinęła się od jego dotyku. I patrzył – wprost w jej śliczne niebieskie oczy, błyszczące już nie tylko smutkiem, ale i złością. Powinien był wiedzieć. Powinien był domyśleć się, że nie przyjmie tego z łatwością, ale naiwnie sądził, że po włożeniu obrączki na palec pogodzi się z przyszłością i tym, co nieuchronnie niósł dla niej los. Że zaakceptuje jego bliskość – że zaufa, że da mu wreszcie szansę, o którą zabiegał całe siedem lat. Siedem lat to wieczność, liczba nieskończoności – niestrudzenie przez ten czas błagał ją o uwagę, by nawet po ślubie zaznać odrzucenia. Przygryzł zęby, siłując się z chęcią otoczenia jej ramieniem tak, by nie mogła się wymsknąć spod jego uścisku, szarpnięcia jej za ramię z powrotem do komnaty, gdzie mógł z łatwością zerwać z niej ubranie i wziąć to, czego pragnął. Być może doprowadził ją na skraj przepaści, ale czy sam nie stał tam razem z nią? Owładnięty szaleństwem pragnienia jej posiadania, zraniony bezradnością i poczuciem porażki – nie wiedział już, co robić, tracąc nadzieję na to, że przez kolejne lata napotka choć jedno jej przychylne spojrzenie. Zacisnął dłonie na rzeźbionej balustradzie, prostując się nad nią, ściągając brodę w dół w milczącym zamyśleniu.
- Winisz mnie za to? – Dopiero po chwili na nią spojrzał, ton jego głosu był daleki od tego, którym raczył ją jeszcze przed momentem; był bardziej zgorzkniały i przesycony tłumioną złością. Jego źrenice złowrogo zaiskrzyły. – Naprawdę, Evandro?
Naprawdę wciąż nie zasłużyłem na drugą szansę?
Była arystokratką, dziedziczką błękitnej krwi jednego z najznamienitszych czarodziejskich rodzin. Jedyna przyszłość, jaką miała, to powicie dzieci – tak, powicie ich, nie śmierć w połogu, na którą nigdy nie pozwoli. Bo przysięgał, przysięgał strzec jego bezpieczeństwa, dlaczego wciąż ignorowała jego słowa? Wierzył, wierzył, że był w stanie zrobić dla niej wszystko – w tym nawet i zatrzymać czas, by dać sobie więcej czasu na znalezienie rozwiązania. Może nie istniał lek, ale zahamowanie choroby na tyle, żeby była bezpieczna, czy to mogło być niemożliwe? Trudne – być może – ale nie niemożliwe. Czuł narastającą złość, odchodzącą od niego cierpliwość, czuł kołatanie serca wprawione w ruch wściekłością boleśnie ocierającą się o połamane serce. Zastygł, jak ponury gargulec wpatrujący się w błyszczące z wolna pojawiającą się poranną rosą.
- Naprawdę pytasz mnie dlaczego? – Usiłował odnaleźć jej wzrok, czy w ogóle miała odwagę patrzeć na niego i wypowiadać te brednie? – Czego ode mnie oczekiwałaś? Że pozwolę ci wyjść za kogoś innego i będę patrzeć, jak przysięgasz mu wierność? Nie jesteś wolna, Evandro, nigdy nie byłaś. Nie unikniesz przeznaczenia inaczej niż przez zdradę, której nie pozwolę ci się dopuścić. – Chciałabyś, zdradzić własną krew? Wyrzec się szlachectwa, wszystkiego, czego jesteś dziedziczką? Tylko wtedy ominęłaby cię przyszłość, której się lękasz. Przecież ją chronił. Chciała w nieskończoność odwlekać nieuniknione, nie rozumiejąc, że to jedynie spychało ją w paszczę lwa. – Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim, co cię spotkało, ktokolwiek pozwoliłby, żebyś dłużej została panną? I naprawdę…  – I naprawdę nie pamiętasz, że przysięgałem, że nie zbliży się do ciebie nikt, kto nie da ci szczęścia? Ostatnich słów jednak nie miał odwagi wypowiedzieć głośno, jego głos złamał się  w trakcie.
- Jesteś moją teraz żoną – wycedził zamiast tego, przybierając oschły, szorstki ton, maskując nim emocje, które przypadkiem na moment obnażył. – Żadna choroba tego nie zmieni. – Nie zmieni tego, co jest twoim obowiązkiem; serpentyna nie sprawiała, że Evandra była zwolniona z konieczności posiadania potomków, oczekiwano od nich dzieci, a jeśli tych dzieci nie będzie – zabiorą mu żonę i dadzą inną. Słowa przysięgi zostały wypowiedziane, a obrączki wymienione, to koniec, Evandro, nie ma już odwrotu. Jeśli chciała wciąż błyszczeć w chwale swoim przodków, musiała dać mu dzieci. Tristan wiedział jednak, że żadna choroba nie zdoła mu jej wyrwać z objęć – będzie walczył, zaciekle jak pies, tocząc z pyska pianę, aż zwycięży. Jakąkolwiek cenę miałby zapłacić, choćby samym sobą, ustrzeże ją przed losem, którego się obawiała. Ale kotłowała się w nim feeria sprzecznych uczuć, smak niepokoju i niepewności zmieszane z pragnieniem serca i ciała, bezradnością, nonsensem, niecierpliwością. Wściekłością.
Tyle dla ciebie zrobiłem. Tyle jestem gotów dla ciebie zrobić.
- Odejdź, chcę odpocząć. – Sama tego pragnęła, czyż nie? Oschłości, dystansu, niech ma. Ona była jego żoną, a on był jej mężem i winna mu była posłuszeństwo.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   07.01.17 13:37

- Nigdy nie byłam wolna, nie musisz mi o tym przypominać, Tristanie. Ani o tym, ani o tym cholernym porwaniu, bo każdego dnia i każdej nocy myślę swej niedoli i bez Twojej pomocy – odpowiedziała szybko, nawet nie ruszając się z miejsca, chociaż jego słowa zapiekły jak siarczysty policzek. A może właśnie dlatego – że wyprowadziły z równowagi i wolała już narazić się na jego gniew, zetrzeć z nim w kolejnym słownym pojedynku, niż skorzystać z okazji do uniknięcia typowej małżonkom bliskości. Zacisnęła dłonie w piąstki, lecz w mroku nocy Tristan nie mógł tego zobaczyć; może i lepiej, wszak teraz mógł z nią zrobić, co tylko chciał. Nieprawdaż? Nikt nie kiwnąłby nawet palcem, gdyby zapragnął podnieść na nią dłoń – czy uraczyć jakąś paskudną klątwą za nieposłuszeństwo. Lecz przecież czy byłby w stanie; to Tristan, ten sam Tristan, którego znała tyle długich lat, który był częścią ich rodziny od prawie dekady…
- Myślałam o zdradzie, lecz to nie Ty mnie przed nią powstrzymałeś. Jesteś moim mężem, tak chciały nasze rody, jednak nie zapominaj, że z ceremonią nie utraciłam świadomości. Wciąż jestem sobą, mam swój rozum, swoje uczucia i to ja jestem panią własnego losu – nawet jeśli wydaje Ci się, że jest inaczej. Jeśli będę chciała, uwarzę Dziesięć Agonii i nikt nie uratuje mnie od śmierci. – Łzy napłynęły jej do oczu, lecz głos nawet nie zadrżał, kiedy wypowiadała kolejne, powodowane histerią, słowa. Wyraźnie dźwięczała w nich złość, rozgoryczenie i granicząca z szaleństwem desperacja. Oczywiście, że nie chciała tego robić. Nie chciała zdrady, śmierci nie chciała jeszcze bardziej, lecz nie znaczyło to, że potulnie zgodzi się z jego protekcjonalnymi wywodami na temat swojego miejsca w świecie.
Czy naprawdę nie rozumiał? Nie rozumiał, że wspominanie Nokturnu, na którym – prawie – sprzedali ją komuś w niewolę, jako urodziwą nałożnicę, nie było szczególnie rozsądne? Zwłaszcza tuż przed tym, kiedy winna oddać mu się, również nie do końca z własnej, nieprzymuszonej woli? Przecież widział ją u swego wuja, wiedział, jak bardzo ją to dotknęło. Tyle nieprzespanych nocy, koszmarów spędzających sen z powiek…
- To teraz mój dom i nigdzie się nie wybieram – odpowiedziała twardo, przez zaciśnięte zęby, rzucając mu wyzywające, zdeterminowane spojrzenie – a przynajmniej na tyle wyzywające, na ile mogła mieć przy szklących się oczach i zaróżowionych od mrozu policzkach.
Zraniona, odtrącona i niezrozumiana, wciąż wystrojona w szytą na miarę suknię ślubną, z rozmazującym się powoli makijażem stała tam, obca w jego posiadłości, obca w Dover, patrząc na obce morze i marząc już tylko o tym, by móc zamknąć się w swoim pokoju, ze swoim kotem. Kotem, którego dostała od niego, o ironio.
- Czy naprawdę jest to dla Ciebie taka różnica, czy będziesz żyć tutaj ze mną, z Isoldą czy Hariettą? Pomijając oczywiście fakt, że Harrietty nie pozwoliliby Ci wziąć za żonę. Nie jesteś święty, Tristanie, nie potrafię wierzyć, że jesteś, chociaż bardzo bym chciała. Mam nadzieję, że pamiętasz jeszcze moją drogą kuzynkę, którą pozbawiłeś wianka? – kontynuowała, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo źle może się to skończyć; nie myślała o tym, liczyły się tylko buzujące emocje, unosząca się to w górę, to w dół pierś. Była zła, była wściekła i miała dosyć udawania przed całym światem, że pogodziła się ze swym losem. Bo nie pogodziła.
- I myślałeś, że zniosę to w spokoju? Że z łatwością pogodzę się z wizją naszej pierwszej nocy? O czym powinnam teraz myśleć, o Adelajdzie? O innych dziewczętach, które poznałeś w szkole, a które zawróciły Ci w głowie? Albo raczej którym to Ty zawróciłeś w głowie. – Pokręciła energicznie głową, jak gdyby próbując odrzucić od siebie bolesne myśli, próbując zapomnieć o tym wszystkim, co powracało teraz ze zdwojoną mocą. Ciągle nie spuszczała wzroku z jego lica, powoli rozumiejąc, że to może nie były najrozważniejsze słowa i najlepsze tematy na tę chwilę. – Tak jak mnie zawróciłeś – dodała już ciszej, bardziej do siebie niż do niego, powoli cofając się w stronę wejścia do sypialni. Nie była w stanie powstrzymywać dłużej łez; przestała widzieć, co dzieje się dookoła, kierowała się po omacku, czy raczej próbowała. Nie tak powinno to wyglądać, nie tak miało wyglądać; miała ochotę biec, uciekać, a już na pewno skryć się przed jego gniewem, który z pewnością zaraz uderzy ze zdwojoną mocą. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, jak musi teraz na nią patrzeć, jak musi wyglądać, kiedy przepełnia go istna furia. Bo to miała opanowane do perfekcji, doprowadzanie go do furii.
Z jej gardła wyrwał się cichy szloch, który wstrząsnął wątłą sylwetką, kazał jej się wesprzeć o coś – o okiennicę, o balustradę, o cokolwiek, co było pod ręką. On nic nie rozumiał, naprawdę nic nie rozumiał. Chciałaby móc mieć w nim wsparcie, chciałaby móc mu zaufać, lecz… jak?


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   08.01.17 16:23

Jej słowa były jak rozżarzony pręt bijący o twarz, gorzkie, gorzkie i prawdziwe, brutalnie szczere, dosadne. Czego się spodziewał, nie rozmawiając z nią o tym wcześniej? Czego się spodziewał, pomijając jej sprzeciw, uznawszy, że słowo jej ojca okaże się wystarczająco wiążące, by zburzyć dzielące ich mury? Czego się spodziewał – nakładając na jej palec pierścionek, nie łamiąc wpierw oporu i nie przedzierając się przez wstręt, który żywiła do niego tyle lat. Lecz czy nie udało mu się do niej trafić, przez ostatnie miesiące pielęgnując jej fascynację jego smoczym dziedzictwem? Czy nie adorował jej, jak powinien, czy nie traktował jej jak damę swojego serca, dzisiaj koronowaną królową róż, którą z dumą trzymał u boku? Evandra chciała wolności, której nie mogła otrzymać, była więźniem krwi, więźniem rodziny, więźniem tradycji. Teraz – jego więźniem. I tak jak każdy więzień, mogła próbować się zabić. Nie on ustrzegł ją przed zdradą, w tym miała rację – on ustrzegł ją przed losem o wiele gorszym, ale tego ona nigdy nie doceni.
Odejdź, powiedziałem. Bo chciał, żeby zniknęła, oddaliła się, poza zasięg jego ręki – nie uczyniła tego. Kazał jej odejść, bo nie chciał zrobić niczego, czego mógłby pożałować, bo nie chciał jej skrzywdzić, kiedy wypluwała na niego kolejne gorzkie słowa. Bał się, że rzuci kamieniem, który stoczy ze wzgórza lawinę, jakiej już nic nigdy nie zatrzyma. Zaciskał ręce na rzeźbionej balustradzie balkonu, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, dopiero przy dźwiękach ostatnich wypowiadanych przez nią słów przenosząc spojrzenie ku jej twarzy, łzy błyszczały w jej źrenicach równie pięknie, co gwiazdy na czarnym niebie ponad nimi, coś się w nim skruszyło.
Nazwała ten dom swoim domem - poczuł ukłucie dumy. Dumy, ale i podziw, Evandra bez trudu odnajdywała się w roli pani tego miejsca. Buta mimo łez skrzyła w jej oczach, wyniosłość – godna najszlachetniejszej krwi. Być może ten widok pozwolił mu znieść w milczeniu również jej kolejne słowa, nie mniej gorzkie, nie mniej kąśliwe, choć zdecydowanie mniej prawdziwe. Naprawdę nie rozumiała, że była jedną, którą chciał poślubić? Że była jedyną – która władczo ściskała jego serce w garści, nie dając mu o sobie zapomnieć, nawet kiedy wspomnienia wracały do dawnych miłości. Że była jedyną – której odrzucenie znosił i znosiłby nawet kolejne siedem lat, gdyby miało to cokolwiek zmienić. Że łączyło ich coś wyjątkowego, co potwierdził jej cichy szept, kiedy tylko odsunęła się o krok.
- Evandro – zaczął, odsuwając się od balustrady, czy mógłby dać jej odejść? Ależ nie, chwycił ją za kruche ramię jeszcze zanim straciła siły, biorąc ją w ramiona, obejmując w ściśniętej gorsetem talii, aby nie upadła, nachylając się ku jej długiej, białej szyi, intymnie blisko. Jestem przy tobie. – Jestem twoim mężem, bo ja tego chciałem – szepnął przy jej uchu, ledwie przedzierając się przez świsty nocnego wiatru. Nie rody, nie zmusiłyby go do tego. Mógł wziąć inną. Być może w innych okolicznościach jego słowa mogłyby zabrzmieć jak okazanie władzy, przewagi, wyższej pozycji, ale nie tego dzisiaj pragnął. Pragnął jej przypomnieć, ile zrobił, żeby ją tutaj ściągnąć, jak długo czekał, jak długo się starał, jak wiele starszyzny musiał ku temu przekonać. Gdyby on nie chciał, jej ród by jej ku nie niemu nie wypchnął. Ale chciał – bo przekląłby każdą inną kobietę, która stanęłaby przy nim zamiast niej. – I jeśli z własnej woli zszedłem w piekło twojej wiecznej pogardy, jeśli zaryzykowałem twoją nienawiść… pomyśl, jak strasznym byłoby mi piekło, w którym w ogóle nie miałbym ciebie? – Niczym nie zraniłaby go równie dotkliwie, co odebraniem sobie życia. Ale o tym nie chciał słuchać, żeby to zrobić, potrzebowała ingrediencji, a od nich mógł ją odciąć. – Ty, Evandra Lestrange, porównujesz się do innych kobiet? Ty mnie pytasz, czy kobieta, której uwagi pragnę, odkąd ją poznałem, jest mi równie obojętna co Isolda, z którą przez krótki czas musiałem znosić, zraniony każdym twoim spojrzeniem? Ty, najpiękniejsza pośród wil, najdoskonalsza pośród dam, sądzisz, że oddałbym całe swoje dziedzictwo na łono kobiety pozbawionej nazwiska? – Czym było jego dziedzictwo? Ogrodem pełnych róż, smoczą krwią, tytułem budzącym szacunek wzdłuż i wszerz całego świata. Było najcenniejszym, co posiadał. I nigdy nie pozwoliłby, żeby to wszystko przedostało się w ręce rozrzedzonej krwi. Zbył Adelaidę milczeniem, równie dobrze mógł o niej zapomnieć. I ona też. – Daleko mi do świętości, Evandro – przyznał, tonem dalszym od gniewu. – Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo daleko. Ale czy nie zdążyłem zapewnić cię jeszcze o szczerości moich uczuć? Czy naprawdę nie zasłużyłem, byś dała mi drugą szansę po siedmiu przeklętych latach wymownego milczenia? Przysięgam – tutaj, nie na oczach naszych wujów, gwiazdy będą mi świadkami – że uczynię wszystko dla twojego szczęścia. Przysięgam, że tutaj zapomnisz o troskach, a ich wspomnienia przestaną być ci straszne. Bo przy mnie nikt nigdy nie uczyni ci krzywdy. – Choć wciąż nie wiem, kto uchroni cię przede mną samym. Wziął ją w ramiona pewniej, otoczył z czułością, szukając niemego potwierdzenia. – Nikt, nigdy. – Bo rozszarpię. Wyszarpię serce. Zatłukę na śmierć. - Nie jestem już małym chłopcem, jak wtedy, kiedy ginęła Marianne. – I miał nadzieję, że wiedziała, ile kosztowało go to wyznanie, choć sytuacja nie była równa; Marie nie była wtedy przy nim. Gdyby była – wszystko wyglądałoby inaczej. Dziś wierzył, że ochroniłby ją nawet z daleka.
- Jesteś wszystkim, czego pragnę. – Uniósł głowę, lekko, powoli, nie chcąc się odsunąć, a jedynie spojrzeć jej w oczy. - Jesteś snem, nawiedzającym mnie w najpiękniejsze noce. Prawo miłosne dla mnie niełaskawe: mnie – bezbronnego - tak we krwi ubroczyć, a ciebie – zbrojnej - nie zadrasnąć nawet. Pojmij wreszcie moją udrękę. Szaleństwo, kogoś kto wzdycha za tobą latami. - Słyszysz mnie, Evandro? Rozumiesz mnie?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   09.01.17 21:57

Opadała z sił, zawładnięta przez szloch i przerażającą prawdę, która przez chwilę stała się niewygodnie wyraźna; jej również zawrócił w głowie, co w końcu przyznała na głos. Mogła krzyczeć, szarpać czy unosić się dumą, lecz gdziekolwiek nie poszła, gdziekolwiek nie próbowała uciec, jego wspomnienie nie chciało dać jej spokoju. Gdyby malowała, nie zaś grała na harfie, potrafiłaby z pełną szczegółowością odwzorować jego lico z pamięci – usta składające się w uśmiechu, zmrużone drapieżnie oczy, dłuższe, muskające policzki włosy. Wciąż rozpamiętywała ich pierwsze spotkanie, schadzkę w ogrodzie Rosierów, oraz te późniejsze, na kolejnych rodzinnych ceremoniach czy gdy opiekowali się dziećmi Caesara i Marie. Nie mogła odpuścić; mimowolnie powracała do nich myślami, analizując każde wypowiedziane słowo, każdy, choćby najdrobniejszy gest, na który się zdobyli. Czy mogli uniknąć tak długiej rozłąki? I czy po tych siedmiu latach na pewno nadszedł czas na związanie ich węzłem małżeńskim? Nikt nie mógł odpowiedzieć na te pytania, nikt nie znał odpowiedzi. Mogła tylko mieć nadzieję, że z wiekiem przyszły mądrość i rozwaga. A przynajmniej większe niż te, którymi odznaczali się kilka lat wstecz.
Nie walczyła w żaden sposób, gdy wziął ją w ramiona, choć może powinna – wszak wyprowadziła go z równowagi, doprowadzała do zimnej furii. Jednak czy w jego głosie wciąż pobrzmiewał gniew? Czy wypowiedział jej imię z pogardą? Nic nie widziała, nie mogąc otworzyć zlepionych płaczem powiek; czuła jednak bijące od Tristana ciepło, czuła gorący oddech na swej szyi i nie stawiała oporu. Ucieczka nie miała sensu, przecież i tak padła już ofiarą jego zalotów, przecież i tak była już cała jego.
Był jej mężem, bo on tego chciał – on. Lecz czy świadczyło to o jego uczuciu, o miłości, czy jednie o chęci zniewolenia półwili, zdobyciu pięknego trofeum, którego będą zazdrościć mu na salonach? Chęci udowodnienia jej, że jeszcze mu ulegnie, że jest jedynie przedmiotem do kupienia? I choć sama podsuwała sobie coraz to kolejne powody, które mogły nim kierować, a które przedstawiałyby go w złym świetle, serce wiedziało swoje – lub raczej chciało wiedzieć.
Słuchała go w ciszy, czy raczej bez słowa, bo wydając z siebie dźwięki podobne łkaniu, ciągle próbując powstrzymać napływające wciąż łzy. Zaciskała mocno usta, wyginając je w płaczliwych grymasach, za wszelką cenę próbując odzyskać spokój albo przynajmniej władzę nad swym ciałem. Zapamiętywała każde kolejne słowo, zaś jej serce trzepotało coraz szybciej, jak gdyby próbując wyrwać się z piersi. Tristan doskonale wiedział, co mówić, by poruszyć odpowiednie struny, by wprawić ją w drżenie i powstrzymać przed nawrotem złości. Mogłaby go tak słuchać godzinami, skryta w jego ramionach, muskana przez każde kolejne wydobywające się z jego ust słowo; czy czuła się bezpiecznie? Przy nim, w jego domu. Ich domu.
Wiatr zawiał mocniej, a ona przylgnęła do Tristana bliżej, jak w amoku poruszając głową, by dotknąć policzkiem jego chropowatej, pokrytej odrastającym zarostem skóry. Sama modliła się już, by uśpił jej czujność, by omotał, oczarował i uspokoił skołatane nerwy. By przekonał, że zrobiła dobrze, gdy oddała mu  swe serce i zainwestowała w niego swe młodzieńcze uczucia. Jej upór topniał w jego ramionach, zaś słodkie obietnice zachęcały do wodzenia wątłą dłonią po jego karku, do wplecenia jej w jego włosy. Na chwilę wyzbyła się wszelkich wątpliwości, będąc już tylko bezwolnym omdleniem, chłonącym każde kolejne słowo z wdzięcznością i ulgą. Pokiwała krótko głową, wciąż nie mając odpowiednio dużo siły, by odpowiedzieć tak, jakby tego chciała; on zaś wydawał się oczekiwać jakiejś reakcji, potwierdzenia, że rozumie, że wierzy i ufa.
Gdy wspomniał imię swej zmarłej tragicznie siostry, Evandra odzyskała władzę w członkach, momentalnie budząc się z tego półsnu, w którym tkwiła. Wiedziała przecież, jak bardzo przeżył jej śmierć, jak przeżywał ją nadal – i że niełatwym było każde wspomnienie, a tym bardziej takie… Musiał obwiniać się za jej śmierć, musiał żałować, że nie był wtedy starszy, że nie było go wtedy na miejscu; jej biedny, jej wrażliwy Tristan. Przeniosła dłoń z karku na policzek, by pogładzić czule, marszcząc przy tym brwi w zmartwieniu. Cóż mogła zrobić, by zapomniał o tym choć na chwilę? Cóż mogła mu dać, by pokazać, że rozumie, docenia i wierzy? Że nie powtórzy się jego koszmar, że nic się jej nie stanie; nie powinna mówić o warzeniu trucizny, nie powinna nawet tak myśleć, a co dopiero…
- Shh – szeptała cicho, próbując uspokoić i siebie, i jego. Nie uciekała przed nim wzrokiem, gdy spoglądaj jej w oczy z tak bliska, gdy najwyraźniej szukał w nich odpowiedzi na swe pytania. Cóż mogła mu dać, jeśli nie siebie? - Śniłam, że czarami wciągnąłeś mnie do łóżka i śpiewałeś mi obłąkany miłością, całując mnie całkiem szaleńczo – odpowiedziała cicho, ledwie słyszalnie, nim przycisnęła swe usta do jego ust, nim uczyniła pierwszy krok ku temu, czego tak panicznie się bała. Lecz przecież Merlin jej świadkiem, jak długo na to czekała. – Wierzę Ci. Wierzę we wszystko – dodała, gdy przerwała ten delikatny pocałunek, a przemawiało przez nią tylko i wyłącznie serce; rozsądek zniknął gdzieś, pozwalając porwać ją uczuciu.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komnaty Tristana   10.01.17 13:03

Trzymał ją w ramionach, do czego mógłby porównać ten uścisk – do trzymania w rękach pięknego ptaka, którego odlotu nie chciał. Do trzymaniu w dłoniach życiodajnej wody, kiedy samotnie błąkał się po gorącej pustyni. Z jednej strony delikatnie, tak, by nie uczynić krzywdy, by nie zgubić ani kropli, z drugiej zaś z determinacją, uwagą i skupieniem, bo każdy błąd mógł kosztować go porażkę.
Patrzył na nią, na sklejone od łez powieki – on ją do tego doprowadził? nie chciał jej krzywdy – na spuchnięte usta, policzki zaczerwienione już nie tylko od chłodnego powietrza, na spazmy, które wstrząsały całym jej ciałem przy każdym pojedynczym łknięciu. Na jasny jedwab jej włosów, w pasmach których odbijało się może złowieszcze, a może romantyczne światło księżyca. Przyciągnął ją ku swojej piersi bliżej – tak blisko, jak blisko dotąd byli tylko raz, ten raz, kiedy zawiódł jej zaufanie. Trzymał ją sztywną talię na tyle mocno, że doskonale wyczuwał pod palcami, pod delikatnym materiałem przepięknej sukni sznurowadła jej gorsetu. Przejął na siebie jej ciężar, gdyby tylko straciła czucie w nogach – nie upadłaby, bo on stał obok. Tak blisko, tak słodko – że aż czuł jej zapach, nie zapach piżmowych perfum, nie zapach kwiatów, którym się pryskała, a najsłodszy zapach jej skóry. Nie płacz, najdroższa. To tylko trudny dzień, on już się skończył, a nam przygląda się już jedynie jasny księżyc. Gwiazdy zaczęły już walca, o którym mówisz, walca twojego błękitu i mojej czerwieni.
I czuł, jej drobne, chłodne palce wpierw sunące wzdłuż jego włosów, potem muskające jego policzek, czule, rozkosznie jak nigdy. Nie drgnął, wpatrując się w jej zaczerwienione oczy, zupełnie jakby bał się, że każdy ruch może tę płochą sarnę spłoszyć. Zupełnie jakby nie dowierzał – chwili wyjętej z dawno pogrzebanych snów. I, wreszcie, dosłyszał jej szept, szept, który koił nerwy i topił lód, jakim jeszcze przed momentem się od niej odgrodził. Szept był jak pokusa, smak wiosny, szum morskich fal, nowy, a jednak znajomy, obcy, choć bliski. Była jak woda – nieposkromiony strumień, oceaniczne fale, ciepłe źródło. Jak woda, w której pragnął się zanurzyć i utopić, na zawsze.
Smak jej ust – jeszcze nigdy nie smakował tak słodko jak dzisiaj. Aksamit czerwieni był miękki jak płatek róży, ale więcej satysfakcji niż ich dotyk sprawił mu sam fakt, że to jej usta jako pierwsze uchwyciły jego. Że  to ona – pragnęła jego. I uwierzyła. Po siedmiu latach – nareszcie mu uwierzyła. Odważny fragment poezji był jak kurtyna zdarta ze sceny, zawstydzające słowa w ustach niedorosłej dziewczyny, która tej nocy miała stać się kobietą, wypłynęły jak lejące się srebro, podczas gdy jej dłonie otulały go jak jedwabny szal. Nieśpiesznie odjął prawą dłoń od jej talii, sunąc nią ku drobnemu podbródkowi, który uniósł lekko, eksponując łabędzią szyję dziewczyny, smakując jego ust mogła wyczuć kącik lekko uniesiony w zadowoleniu ku górze. I nie wypuścił jej podbródka, kiedy odsunęła się lekko po krótkim pocałunku, nie pozwalając jej odwrócić wzroku.
- Kocham cię, Evandro – wyznał szeptem, bo jeśli to uczucie nie było miłością – czym było? Nieprzezwyciężone mimo upływu lat, wwiercające się w serce jak sztylet, roztapiające lody okalające czarne serce. Czymże były, te lata mąk zadręczających go zmierzch za zmierzchem, jak rozgrzane żeliwo wypalające na jego sercu głębokie blizny? Czym były, te samotne noce spędzane w ramionach innych kobiet, w oczach których tak rozpaczliwie poszukiwał Evandry? Czym był ten zapach – oszałamiający go jak ziołowe opary wróżebnego absyntu? Zakochał się w niej, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy – i od tamtej pory cierpliwie jak wilk czekał na jej łaskę, aż do teraz. Nachylił się, sięgając ustami do jej bladej szyi – składając nań subtelny pocałunek, a zacisnąwszy lewą dłoń na jej wąskiej talii, delikatnie wziął między zęby jej skórę, rozkoszując się smakiem tego, co jeszcze wczoraj było mu zakazane – a co odtąd należało już tylko do niego. – Jesteś jak rajskie ptaszę, dotąd nieuchwytne. Tak piękne, że aż dech zapiera. Głos twój, głos szepcze piękniej i ciszej od szumu morskich fal. W swoich oczach zamknęłaś mój świat. – Otoczył ją mocniej lewym ramieniem, przesuwając prawą dłoń ku krańcowi śnieżnego materiału otulającego jej ramię, zsunąwszy je lekko, odsłaniając przed sobą bielszą jeszcze skórę, jej kuszące, dziewicze ciało. I przesunął się wraz z nią, z balkonu głębiej ku komnacie, nim nie przykryła ich przed światem jak mgła delikatna, rozwiana wiatrem biała firanka, wpierw uchwyciwszy jeszcze do ręki zostawiony przez nią kielich szampana – wręczając go jej ponownie, splatając własną dłoń z jej dłonią, znacząco unosząc ją wyżej. Nie miał zamiaru ustąpić, alkohol nie tylko zamota w jej umyśle, ale i sprawi, że nieuchronny ból okaże się mniej dotkliwy.
Nie opieraj się temu dłużej, najdroższa. Bądź moja. Nie tylko słowem złożonym przede mną i przed naszymi rodami, bądź moja całym sercem. Bądź moja naprawdę. – Wyszeptał do jej ucha, leniwie unosząc spragnione usta nad nie, nie odstępując tej słodkiej bliskości. Chciał poczuć – jej bijące serce własną piersią. Chciał poczuć, krew krążącą w jej żyłach. Chciał poczuć, jej urywany oddech na własnym ramieniu. Wypowiedziane przez nią słowa rozbudziły jego ciemne żądze mocniej, a oczekiwanie niebezpiecznie wydłużało tę młodą noc, kiedy gładzić w dłoniach jej kruchą zziębnięta nocnym powietrzem dłoń.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Komnaty Tristana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Komnaty Królowej
» Komnaty Władcy (Zamek Pyke)
» Komnaty Maestra Edvyna
» Komnaty księżnej Ivory Targaryen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Kent, Dover, Château Rose-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17