Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pokój muzyczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pokój muzyczny   03.05.15 1:17

Pokój muzyczny

Obszerny pokój na piętrze, w zachodniej części dworku. Przyciemniony, bowiem dopływ światła odcinają wielobarwne witraże ułożone w kształt pejzażu klifów nad Dover, ze śnieżnobiałym jednorożcem w wyskoku w centralnej części obrazu. Okno nie ma zasłon, kolorowe szyby przepięknie się mienią za dnia oświetlone słońcem, nocą - blaskiem świec srebrnych kandelabrów kutych w wile kształty. Jasne, pastelowobłękitne ściany zdobi jeszcze magiczny gobelin będący drzewem genealogicznym rodu Rosier; gałęzie krewnych ozdobione są czerwonymi różami, które bielą się w chwili śmierci. Dzieci oznaczone są drobnymi pąkami, a zdrajców krwi - ostatni trzy pokolenia temu - zwiędłymi kwiatami. Nowe gałęzie wyrastają i dojrzewają wraz z pojawianiem się kolejnych pokoleń, cały czas znajdując się w sercu drzewa. Najmocniej wyeksponowanym fragmentem komnaty jest czarny fortepian, przy którym ustawiono szeroką ławę - dość szeroką, by przy instrumencie mogły przysiąść dwie osoby. Wśród na stojaku, znajdujących się pod ręką, najłatwiej znaleźć romantycznych kompozytorów, w tym Chopina, oraz suity baletowe w fortepianowej transkrypcji. Na okrągłym kawkowym stoliku nieopodal, przy którym ustawiono wygodne, obite kremowym aksamitem krzesła, znajduje się antyczny porcelanowy wazon, w którym zawsze czerwieni się bukiet świeżych róż. Nieopodal błyszczy stalowa harfa zdobiona morskimi motywami, sprowadzona tu przez młodą lady Rosier. Miękka, szeroka kanapa niewątpliwie sprzyja odpoczynkowi oraz relaksacji przy popisach artystycznych utalentowanej rodziny. Niegdyś występy dawała tutaj Marianne, od jej śmierci pokój wydaje się dziwnie pusty. Błyszczący parkiet zdobią jedwabne arabskie dywany, część podłogi jest naga - przystosowana do tańca.


Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   17.02.16 22:11

|epilog

Wpierw nadeszła kolejna pełnia. Szamotałam się w furii, niezdolna wyrwać się z łańcuchów, którymi sama się otoczyłam niczym ramionami kochanka. Boleśnie wbijały się w moje ciało. Cierpiałam. Naumyślnie użyłam tych srebrnych, by bolało jeszcze bardziej. Pragnęłam je czuć w ramach swojej własnej pokuty, ale... Bałam się również tej pełni. Bałam się, że wyrwę się ze spętania i pobiegnę siać chaos i zniszczenie. Leonard obiecał, że mi pomoże. GDZIE BYŁ W TEJ CHWILI?!
Nie obwiniałam go o to. Dobrze wiedziałam, czemu taka byłam, czemu stałam się suką z prawdziwego zdarzenia, kundlem wyjącym do księżyca. Od samego początku byłam świadoma tego, że sama sobie zgotowałam taki los. Z głupoty! Wierząc, że kocha mnie ktoś, kto tak naprawdę nie mógł mnie kochać, kto nie należał do mojego świata, kto jedynie zawrócił w mojej głowie. Najbardziej bolała mnie chyba naiwność, którą wtedy ślicznie ukazałam, jak gdyby była najdoskonalszym malarzem. Aktualnie me dzieło mogło jedynie wywoływać pełne żalu prychnięcie albo zgrzyt psich zębów.
Obijało się to o mnie. Wszelkie wspomnienia. Samotna strona Proroka walała się po moim łóżku. Nie potrzebowałam jej, by przypomnieć sobie ich twarze. One uparcie wracały do mnie za każdym razem, kiedy zamykałam oczy. Marianne patrzyła prosto na mnie, przerażona – tak ją sobie wyobrażałam w tamtym momencie, tak sobie dopowiadałam ten zamazany obraz, który... Celeste! Musiała płakać w swoim łóżeczku. Czy to właśnie tam znaleziono jej rozszarpane...
Nie mogłam oddychać przytłoczona ścianami swojego pokoju. Rodzice wyszli chyba na jakiś bankiet, bracia gdzieś wyszli. Skrzaty krzątały się po domu, sprzątając bezgłośnie. Miałam wrażenie, że podsłuchują każdy mój jęk, że szeptają tuż za moimi plecami i donoszą wszystko mojej matce. Czy wiedziała o tym, że jej córka stała się bestią? Że była nią już od tylu lat i nie potrafiła znieść ciężaru z tym związanego?
Cisza mnie dobijała. Ściany napierały. W głowie mi wirowało. Nie wiedziałam, ile zdążyłam już wypić, ale nie mogłam tu zostać ani chwili dłużej. Nie mogłam. Nie potrafiłam również żyć ze świadomością, że zabiłam swoją kuzynkę i jej malutką kochaną córeczkę, że potrafiłam przejść obok Cezara, jak gdyby nigdy nic... Rozmawiać z Rosierami! Przyjaźnić się z Tristanem. Z kimkolwiek. Nie zasługiwałam na nic – wiedziałam to.
Nie miałam pojęcia, czy przybyłam tu za pomocą teleportacji, użyłam proszku fiuu czy podjechałam autobusem. Cokolwiek zrobiłam, nadal pozostawałam w jednym kawałku... Stałam przed posiadłością Tristana, by wtargnąć do niej bez słowa, bez zapowiedzi. Plątałam się korytarzem późno w nocy i dusiłam krzyk przerażenia, kiedy kolejna para portretowych oczu patrzyła na mnie oskarżycielsko. Szłam w określonym kierunki, nie wiedząc dokąd zmierzam. Nogi niosły mnie same, dłonie po drodze pochwyciły butelkę whisky. Tristan mnie kochał. Nie będzie miał mi tego za złe – myślałam, odpychając powód mej wizyty. Determinacja jakimś cudem prowadziła mnie naprzód, póki nie usiadłam na miejscu, na którym nie pragnęłam się znaleźć – fortepian. Moje palce musnęły białe chłodne klawisze. Skojarzyły mi się one z trupimi kośćmi.
Postawiłam butelkę gdzieś na podłogę. Głośno i niezbyt poradnie. W tej chwili nijak przypominałam damę. Już nigdy nie miałam jej przypominać, co przywoływało niejednokrotnie na me wargi kpiący uśmiech. Kpiący z całego mojego marnego szlacheckiego doskonałego życia.
Moje palce zaczęły napierać na klawisze. Z początku niepewnie, od czasu do czasu nie trafiając we właściwie klawisze. Chopin płakałby, gdyby musiał tego słuchać. Marianne również.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   17.02.16 23:27

Ledwo minął drzwi wejściowe, gdy usłyszał dźwięki pianina - czyżby miał gościa? Z pewnością nie całkiem obcego, jego pies ani drgnął z legowiska, musiał go znać. Ktoś grał Chopina - Tristan grał go zawsze, kiedy wspominał martwą siostrę. Lubiła jego nokturny. Lubiła śpiewać do nich napisane przez niego wiersze. Lubiła przy nich zasypiać, kiedy miała siedem lat i ciężko się rozchorowała. Pamiętał każdy szczegół z jej życia, nawet najdrobniejszy. Składał jej codzienność z odnajdywanych w odmętach pamięci fragmentów każdej bezsennej pełni, wpatrując się w srebrzystą tarczę księżyca, która sprowadziła na Marianne i jej córkę śmierć. Tristan nie znał winnego tego straszliwego wydarzenia, zapewne dlatego poszukiwał go w każdym wokół, w świecie, w otoczeniu, a wreszcie w jej mężu.
Początkowo zastygł bez ruchu, wsłuchując się w tę nieco fałszowaną melodię i dopiero po chwili zrzucił z ramion śmierdzący smoczą siarką płaszcz - właśnie wracał z rezerwatu - na kanapę znajdującą się w holu, dopiero po chwili wspinając się po schodach, ostrożnie i powoli, mimowolnie ściskając w dłoni różdżkę. Mimowolnie, bo przecież to śmieszne; nikt obcy nie wszedłby do tego domu ot tak i nikt obcy nie grałby na jego instrumencie Chopina.
Od progu pokoju muzycznego dostrzegł wątłe plecy arystokratki, zbyt wątłe jak na zdrowe dziewczę w jej wieku - od dawna zastanawiał się, czy nie trapi jej choroba, o której nie chce mówić lub o której sama jeszcze nie wie. Martwił się o nią, a jeśli, jak u Druelli, odezwie się u niej Ondyna? Złote włosy odbijały światło przenikające przez witraże zdobiące okna, nawet zmęczona pozostawała piękna. Nawet, gdy przez jej ruchy przenikało coś... szalonego, Tristan przeniósł spojrzenie na stojącą u jej stóp butelkę, och, lub pijanego. Czy coś się stało? Uścisk jego dłoni na różdżce zelżał, rzeczywiście jego gość nie był nikim obcym. To tylko mała Diana. Dawno jej nie widział, właściwie, od wakacji, czyż nie? Nie miał okazji pomówić z nią ani razu, od kiedy oddano ją Weasleyowi. Zabawne, dopiero co go poznał, kilka dni temu. Nie zapowiedział swojej wizyty - ale czy musiała? Przyglądał się jej smukłym dłoniom sunącym jak dwa pająki po białych zębach klawiatury.
- Diano - westchnął, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę; przez dźwięki grającego fortepianu nie był pewien, czy zdołała go usłyszeć wcześniej. Ruszył w jej kierunku, powolnym, nieśpiesznym krokiem, właściwie ze zrezygnowaniem sięgając po w połowie pustą butelkę alkoholu - bez słowa biorąc łyk z gwinta. Tobie już na dzisiaj wystarczy, moja pani. Przyjrzał się jej troskliwie, poszukując cieni czasem tak mocno widocznych pod jej oczami. - Dobrze cię widzieć - powitał ją, poszukując spojrzeniem jej błyszczących źrenic. Coś musiało się wydarzyć, bez tego nie przyszłaby do niego w takim stanie. Leonard, Anthony? Gdzie podziewali się twoi bracia, Diano?
- Zabiorę cię do Anthony'ego - zaproponował po chwili wahania, wciąż trzymając w ręku butelkę. Czy to nie on ratował ją zwykle z podobnych stanów? Czy to nie w jego domu sypiała, kiedy nie mogła pokazać się na oczy swoim rodzicom?
Wszyscy mamy przy sobie demony, z którymi musimy się zmagać, Diano. Tristan nie pytał, choć się martwił, po prostu rozumiał - a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale najpierw, porozmawiajmy. Może mogę ci jakoś pomóc?
- Coś się stało? - zapytał w końcu, bez zawodu i bez oceny, po prostu - troskliwie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   18.02.16 1:11

Czy to właśnie było moje pożegnanie z Marianne i jej małą Celeste? Martwe dźwięki niby rodzące się w głuchej ciszy, ale znikające nim zdążyłabym je uchwycić i zamknąć w słoiku? Czy ta przeszywająca me ciało i przerażająca melodia była ostatnim pożegnaniem z moją kuzynką? Z moją młodością? Ze mną? Te fałszywe łzy spływające po moich policzkach... Doprawdy żałosne!
Myślałam, że uda mi się jakoś ułożyć sobie życie. Łudziłam się, iż matka znajdzie mi kawalera, w którym zakocham się ze wzajemnością, że on również okaże się być wilkołakiem, przy którym będę mogła czuć się bezpiecznie. Naiwnie! Zamiast tego miałam strach, bezkresny strach zalewający me ciało niczym paraliżująca trucizna.
Bałam się. Bałam się Jej. Ich wszystkich. Śmierci, Marianne, a nawet tej bardzo malutkiej dziewczynki, bezrozumnej jeszcze, która miała jedynie spokojnie spać w swoim łóżeczku. Nigdy więcej się nie zaśmieje. Nigdy. Nigdy nie zapłacze... Nie pozna miłości swojego życia, nie zmusi ojca do żadnych ustępstw, nie będzie lśnić na balach arystokrackich. Nie istniała. Przepadła przez jedną moją naiwną decyzję.
Szczerze siebie nienawidziłam.
Moje serce zabiło mocniej. Czułam się jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku, w trakcie popełniania zbrodni. Czułam się, jakby Tristan właśnie znalazł mnie przed rozszarpanym ciałem swojej własnej siostry, kiedy tak naprawdę siedziałam tu i grałam. Grałam. Zamilkłam. Moje wychudzone palce zatrzymały się w powietrzu, przypominając mi przygotowane do ataku pazury. Nie powinnam się tak wzdrygać. Nie powinnam być przerażona. Nie od dziś byłam bestią, kundlem... wyjącym do księżyca. Księżyc w pełni również wywoływał na mych plecach niemal bolesne fizycznie dreszcze.
Przestań, Tristan! Przestań! Nigdzie nie idę – wybełkotałam. Parodiowałam samą siebie, dumnie unosząc podbródek, póki mój jakże wrażliwy nosek nie zmarszczył się. Nieoczekiwanie złapałam się za głowę z cichym plaśnięciem i wybuchłam śmiechem. – Cuchniesz – powiedziałam jedynie przed tym całym napadem szaleństwa, które nijak nie przyniosło mi ukojenia, by zaraz rozpocząć poszukiwania butelki spoczywającej gdzieś w jego dłoni. Przyznałam sobie przy okazji, że to wcale nie było śmieszne i że najwyraźniej pragnęłam ten ostatni raz się zaśmiać. Beztrosko. Poczuć radość. Śmiech pełen żalu? Kolejna parodia, kolejne marne zastępstwo. Praktycznie jak w prawie całym moim życiu. Co w nim było szczerego? Ten stan, kiedy półprzytomna przesypiałam noc w tym domu?
Dużo się stało, kuzynie! Bardzo dużo się stało! Jestem głupia! Oddaj mi tę butelkę. Proszę cię, oddaj mi ją. Na trzeźwo tego nie zdzierżę – odparłam całkiem hardo, gdybym jeszcze się tak nie kiwała... Ma prawa ręka niechcący opadła na fortepian, który wydał pojedynczy dźwięk. Brzmiał lepiej od mych żałosnych koncertów pożegnalnych. – Nie mam już szlachetnej krwi. Wyparowała. W powietrze! Wysoko! Najwyżej, Tris – przyznałam, śledząc swą rękę niespiesznie wzbijającą się coraz wyżej i wyżej, póki nie chwyciła za butelkę w celu wydarcia jej za wszelką cenę.
Chcę się do czegoś przyznać. Do czegoś bardzo złegooo... Jestem złym człowiekiem, Tristanie. Złym człowiekiem – zaczęłam. Język mi się plątał i nie pomagał. Lekki umysł latał po całym pokoju, za szczególne punkty obierając sobie witraże i Tristana. Klify i Tristana. Musiałam mu to powiedzieć osobiście. Diana i wilkołak! Nie byle jaki wilkołak... Tylko ten, którego powinien nienawidzić najbardziej. Czyż to nie było zabawne?


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   18.02.16 2:42

Jego wzrok zatrzymał się na jej smukłych palcach, kiedy przerwała melodię, samemu nie rozumiejąc, dlaczego widzi w tym coś... niepokojącego. Musiało być, czy gdyby nie wydarzyło się nic naprawdę poważnego, Diana zachowywałaby się w taki sposób? Z wolna docierało do niego, że tylko mu się wydawało, że rozumiał. Bo w rzeczy samej - nie rozumiał nic. Zachowywała się dziwnie, niecodziennie, tak jak dziwną była jej pokraczna gra słodkiej melodii. To tylko mała Diana. Może wzięła za dużo? Była na Nokturnie? Ostatnimi czasy zrobiło się tam bardziej niebezpiecznie... Podejrzliwie uważniej spojrzał w jej oczy, czy jej źrenice nie były bardziej rozszerzone? Nie. Nie były. A on nie rozumiał.
Stał i patrzył, ani nie drgnął, ani wtedy, kiedy zarzekała się, że donikąd się nie wybiera, ani też wtedy, kiedy uprzejmie zauważyła jego zapach, wybuchając opętanym śmiechem. Jesteś pijana jak szmata, milady. A jej widok - budził raczej współczucie. Smutek. Co musiało się stać, by Diana doprowadziła się do podobnego stanu? Zmrużył oczy, cofając się o krok, kiedy dostrzegł jej dłoń wyciągniętą po wciąż trzymaną przez niego butelkę. Nie powinna już więcej pić. I nie drgnął, gdy fortepian wydał pojedynczy złowieszczy dźwięk.
- Nie jesteś trzeźwa - powiedział równie hardo, ostro i zdecydowanie, powoli, przeciągając głoski. Bynajmniej nie miał nastroju do żartów, kiedy widział ją w podobnym stanie. Dla jej dobra, musiał wykazać się odpowiedzialnością. Mocno zacisnął pięść na szyjce butelki, kiedy Diana spróbowała ją wyrwać, trzymał - aż pobielały mu palce, ale jej nie puścił. - O czym ty... - O czym ty mówisz, zmarszczył brew bez zrozumienia, cóż mogły znaczyć te enigmatyczne słowa? Nie miała już szlachetnej krwi? Została zbrukana? Wszyscy jesteśmy głupi, Diano i wszyscy jesteśmy złymi ludźmi, na tym polega przecież istota człowieczeństwa. Znał ją przecież, znał ją od tak dawna, od dziecka, kiedy w szkole pomagał jej podczas lekcji śpiewu. Od dziecka, którym wciąż była, kiedy spotykał ją na zdradzieckich Alejach Śmiertelnego Nokturnu.
- Spokojnie - rzucił nieco ciszej, nie odejmując spojrzenia od jej twarzy, czym była ta emocja, która ją opętała? Paniką, rozpaczą czy to po prostu szaleństwo? Jego wolna dłoń powoli podążyła ku jej wątłemu - zbyt chudemu - ramieniu, by je uchwycić, delikatnie. Nie wstawaj od tego fortepianu, Diano, siedź, potrzebujesz przecież odpoczynku. Potrzebujesz go tak bardzo. - Każdy popełnia błędy, Diano - dodał, tym samym, spokojnym głosem, tym samym, którym miał zwyczaj mówić do rozwścieczonych smoków. Wydawała mu się w tym momencie absolutnie nieprzewidywalna. - Ty, ja, wszyscy. - Niepokój rozbudzał się w nim coraz mocniej, niepokój przepełniony troską; czy ktoś ją skrzywdził? Czy zapuściła się gdzieś o trzy kroki za daleko? Powiedz mi, Diano, skoro masz taką wolę. - Powiedz mi, co się stało - powtórzył na głos, przyglądając się jej uważnie. Nie rozumiał, nie rozumiał, dlaczego przyszła do niego, nie do braci. Czy Leonard nie uczyniłby dla niej wszystkiego? Czy ich też się bała? Czy ona... postradała zmysły? Jej wzrok uciekał, od okna ku niemu, Diano, jesteśmy rodziną, czy ty się boisz? Przecież przy mnie jesteś bezpieczna jak nikt. - Cokolwiek zrobiłaś - zaczął, choć niepewnie, to wciąż spokojnym głosem. - Pamiętaj, że zawsze będziemy przy tobie. - Ja będę. Twoi bracia będą. Jesteśmy rodziną, pamiętasz? To śmieszne, choćbyś miała krew na rękach, będziemy przecież zawsze przy tobie.
Nie nalegał dłużej, by wziąć ją do Anthony'ego, porozmawiajmy najpierw, tak będzie łatwiej. Zaślepiony ufnością wobec własnej rodziny, zaślepiony braterską miłością do młodszej kuzynki, nie podejrzewał niczego, co w rzeczy samej zauważyć powinien już dawno temu. Bał się - jej czy o nią?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   19.02.16 23:02

Czułam się spragniona, zbyt trzeźwa, by móc funkcjonować. Pragnęłam przestać myśleć, uciszyć te wygłodniałe psy szczekające zajadle w mojej głowie do księżyca w pełni. Ten, piękny i lśniący, tkwił tuż za ich plecami, kiedy skupiona byłam głównie na oskarżycielskim, bądź przerażonym obliczu Marianne. Czasem wskazywała na mnie palcem, czasem szeptała Celeste, że wszystko będzie w porządku, że nie pozwoli mi jej skrzywdzić. Ja stałam i zastanawiałam się, jakim prawem jeszcze oddychałam. Jakim cudem powietrze przechodziło przez me zaciśnięte z żalu gardło.
Wyrwałam ramię spod ręki Tristana. Czułam się brudna, zbrukana, niegodna. Szczególnie przy nim. Nie był byle kim. Był kimś więcej. Od zawsze uchodził za najważniejszego mężczyznę w moim życiu. Pomagał mi, stał tuż przy mnie, kiedy nie dawałam sobie rady. Wspierał. Wiele to dla mnie znaczyło. Później robił za moje alibi przed rodzicami, kiedy zbyt naćpana, by pójść gdziekolwiek, wpadałam na niego na Nokturnie. Ratował mnie, a ja... Ja... Zatajałam przez te lata przed nim prawdę, okłamywałam go, łgałam, udawałam prawą i godną, kiedy tak naprawdę... Byłam brudna. Powinnam mu powiedzieć i stąd wyjść. Jak najszybciej. Nie mogłam dłużej tu przebywać. To był jego dom, jego sanktuarium, w którym nie powinna przebywać bestia.
Moje dłonie wydawały się być czyste, mimo iż miałam na nich krew i zakrzywione spękane pazury. Wydawałam się być niewinna, kiedy mogłam sobie przypisać jedną z największych zbrodni, o jakich słyszałam. Załkałam. Krew Marianne... i Celeste... Miałam ją wszędzie. Czułam ją wszędzie. Oblepiała mnie całą, jak gdyby była siatką, która ma mnie powstrzymać przed kolejnymi zbrodniami.
Nie rozumiesz, Tristanie! TY NIE WIESZ! NIE WIESZ TEGO – podniosłam głos, zanosząc się płaczem. Nie chciałam, by mnie dotykał. Nie powinien mnie dotykać. Choć miałam swe dawne ciało, to czułam się tym samym kundlem, co w trakcie pełni. Teraz tak się czułam. Niegodnie. Kundlem. Cienie pod oczami były tego dowodem. Zmęczenie i zbolałe po pełni mięśnie również. Na plecach nadal miałam paskudnie brzydkie pręgi po łańcuchach. Moje piersi były całe w siniakach skrytych pod zniszczoną starą szatą. Wciąż w nią byłam ubrana. Musiałam prezentować się doprawdy żałośnie. Odpowiednio. Dla mej sczerniałej duszy.
Tristanie... Zrobiłam coś naprawdę bardzo złego – mówiłam przez łzy, nie do końca mając świadomość, co mówię. Chwiejnie wstałam z krzesła. Potknęłam się, ale nie upadłam. Postanowiłam odejść od niego. Odsunęłam się jak najdalej, by nie znajdował się tak blisko. Do okna, gdzie jeden z witraży zapraszał mnie swym krajobrazem. Tak bardzo się bałam. Tak bardzo się nienawidziłam. Tak bardzo miałam siebie dość.
Tak bardzo cię przepraszam, Tristanie. Przepraszam cię mocno – wyjęczałam, garbiąc się jak stara wynędzniała starucha. Myślałam, że tak będzie bolało mniej? Że będzie lepiej? To nie pomagało. Nie miało też pomóc złapanie się za głowę. One tam pozostaną, póki tego nie zakończę na dobre. One będą tam stały, póki na wieczność nie zamknę oczu. Wiedziałam to. Od dawna.
Drżałam, żałując, że nie napisałam drugiego listu. To z pewnością okazałoby się być rzeczą bardziej prostą, mniej skomplikowaną, łatwiejszą. Prawda nie chciała przejść przez me gardło. Bałam się. Tak bardzo się bałam jak zareaguje Tristan. Nie chciałam, by mnie znienawidził. Jako jedyny chyba tak naprawdę mnie kochał... Musiał poznać prawdę. Byłam mu to winna. Byłaś mu to winna, Diana. Byłaś.
To nie byle błąd. To... Zrobiłam coś, co jest niewybaczalne. Nigdy tego sobie nie wybaczę. Jestem... Ja jestem... Nie wybaczę – powtórzyłam, myśląc, że to przedłużanie doda mi odwagi? że będzie  mi łatwiej? że jeszcze większa rozpacz pozwoli mi mówić? Bzdura! – Wybacz, Tris. Też je kochałam. Kochałam je i je zabiłam. Zabiłam Marianne i malutką Celeste – wyszemrałam, zsuwając się na podłogę i zanosząc się jeszcze większym płaczem. Chciałam pozbyć się tych obrazów z głowy. Nie chciałam ich już widzieć! Żałowałam, cholera! Żałowałam. Niech w końcu mnie zostawią w spokoju. Niech dadzą mi spokój.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   20.02.16 0:32

Patrzył na nią - z wyrzutem? - kiedy wyrwała ramię, odsunęła się, podniosła głos; nie rozumiał i, rzeczywiście, nic nie wiedział. Nie wiem czego, Diano, powoli tracił cierpliwość; czy istniało cokolwiek, czego mógłby jej nie wybaczyć? Nie wzruszyłby nawet ramieniem, gdyby tu i teraz oświadczyła mu, że zamordowała samą Minister, nie powiedziałby jej ani słowa, gdyby miała na sumieniu tysiące ofiar bądź sterowała narzeczonym za pomocą imperiusa. A może go otruła - tego, Weasleya? Może, czy to kogokolwiek obchodziło? Cokolwiek uczyniła, miała przecież swoje powody. Ruszył za nią, kiedy wstała, nie dając za wygraną, ruszył za nią - chcąc otoczyć ją opiekuńczym ramieniem, czy to nie wsparcia potrzebowała teraz najmocniej? Braterskiej otuchy? Cokolwiek uczyniła, wydawało się to zbyt ciężkie jak na jej subtelną, kruchą wrażliwość. Diano, po prostu powiedz...
- Diano... - rzucił niemal ze znudzeniem, kiedy zaczęła go przepraszać. Jego - za co? Czy go zawiodła? Po prostu przejdź do rzeczy, dziewczyno - i przeszła.
Tristan znieruchomiał, wpierw patrzył na Dianę - jak posągowa postać, nie drgnął nawet, a źrenice utkwił głęboko w jej oczach, natarczywie, nieprzenikliwie - bo cóż się w nich kołatało? Czy to wtręt, lęk? Niedowierzanie, prawdopodobnie... ?
Marianne była jej kuzynką, cioteczną siostrą, ufała jej, jak ufała całej swojej rodzinie. Kochała ją, jak kochała ich wszystkich. Była przy niej przez te pierwsze najtrudniejsze dni młodszej od nich Diany w Beauxbatons. Milczał, patrząc prosto w jej oczy. Ślepia. Ślepia bestii.
- Nie - zaprzeczył chwiejnym głosem, jak to możliwe? Przecież był przy tym, był i widział. Był i patrzył. Był i o mały włos sam nie zginął. Diano? Czy to twoje oczy bestii wtedy na mnie spoglądały? - Byłem tam... - Jego głos, tak odległy, brzmiał jak ostrzeżenie. Ostrzeżenie, jeszcze jedno słowo, Diano, wiesz, jak cierpię, wiesz, jak mi jej brakuje. Wiesz, że rozdrapujesz teraz rany - dlaczego? - Byłem tam - powtórzył jak mantrę, stając już tuż obok niej, powstrzymując nagły odruch sięgnięcia po różdżkę. Może kłamała, może tylko chciała go zwieść? Bo czy mogłaby go okłamywać tak długo? Spośród wszystkich okrucieństw, jakie przychodziły mu przed momentem do głowy - tego jednego nie wybaczyłby nigdy nikomu. Nawet jej. Ufaliśmy ci. Wszyscy, ja, ona, Darcy, Druella. Ufaliśmy ci, Diano. A ty ją zamordowałaś. Patrzył w jej oczy wciąż, patrzył i widział, rozpoznawał - czy aby na pewno? Czy to nie szaleństwo mąci jego zmysły? Nawet nie zauważył, kiedy butelka alkoholu wypadła z jego dłoni.
- Kłamiesz - warknął, szczeknął może? Wzbierała się w nim wściekłość, dlaczego w ogóle poruszała ten temat, nawet, jeśli nie mówiła prawdy? Bo nie mówiła, prawda? Nie widziała go tam wtedy? W jednym miała rację - ten czyn był niewybaczalny, a Tristan na miejscu rozszarpałby każdego, kto wypowiedziałby podobne słowa, dlaczego zwlekał z tym teraz? Jak wiele znał okrutnych klątw, które mogły ją - po prostu - zniszczyć? Czy nie o tym marzył od tych długich lat, by dorwać mordercę Marie? To prawda, co mówią ludzie, zemsta ma jednak gorzki smak. - Marie zabiły psy - przeczył dalej, choć wiedział, że to wszystko miało sens, że jego uczucia do Diany przyćmiły jego zdrowy rozsądek. Że ta chudość, te cienie pod oczami, ten niezdrowy wygląd, wcale nie był chorobą - były spaczeniem. Obrzydliwym, wynaturzonym plugastwem, które brutalnie i bezlitośnie pozbawiło życia jego młodszą siostrę, bezbronną siostrę, śpiewaczkę, małego skowronka. Od jej śmierci każdą pełnię wpatrywał się w świetlicy księżyc, nie śpiąc, od śmierci Marianne odsunął się od wszystkich - i przez to był tak naiwnie ślepy. Przez to był tak głupi. - Co ty mogłaś mieć z tym wspólnego. - To właściwie nie było pytanie, ostrzeżenie. Ostrzeżenie, by nie mówiła więcej, by nie patrzyła więcej, bo to przecież nie mogła - musiała? - być ona. Do cholery, nikt dotąd się nie zorientował, że ona, Diana Crouch, jest pieprzonym wilkołakiem?! Tristan bez słowa odwrócił się w bok, nim pochwycił różdżkę i, wycelowawszy, wypowiedział cichą inkantację - Sectumsempra. - Marianne nie miała szybkiej śmierci, ginęła w agonii. Rozgryziona. - Rozszarpana... - na strzępy, widzieliśmy to oboje, Diano. Nie interesowały go nawet motywy. Nic nie mogłoby usprawiedliwić takiej zbrodni, zbrodni przeciwko własnej krwi. Zbrodni przeciwko jego małej Marianne - i nagle wszystko przestało mieć znaczenie. To, że oboje znajdowali się w jego mieszkaniu, to, że jeszcze mrugnięcie okiem temu zarzekał się, że oddałby za nią życie, te wszystkie chwile, które w dzieciństwie i później spędzili razem. To, że w każdej chwili ktoś mógł się tutaj pojawić. To, że ktoś mógł wiedzieć, że Diana przyszła u niego. Ledwo ją słyszał, szum w uszach zagłuszał wszystko, szum, w tle którego Tristan, był pewien, słyszał śpiewny głos Marie. Serce kołatało jak szalone, a oczy - oczy widziały już tylko bestię. Żałośnie skamlającą, dziś z podkulonym ogonem, ale wciąż - bestię. Potwora. Maszkarę. A co gorsza - zdrajczynię.  
- Celeste - szepnął, wciąż nie odwracając się w kierunku Diany. Diano, a czy pamiętasz tę krew, tę posokę, jej mięso porozrzucane po dziecięcej sypialni jej małej córeczki? Powinienem tam wtedy być. Powinienem był ją obronić. Powinienem był zginąć zamiast niej.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   20.02.16 1:45

Chciałam, by przestał. Nie mogłam znieść jego bliskości, jego wzroku wbitego we mnie, prosto w moje oczy. Patrzył wciąż i wciąż, i wciąż. Nie dowierzał, kiedy ja naprawdę to zrobiłam. Byłam obrzydliwą bestią, która zabiła jego siostrę. Celeste! Mała Celeste... Co ja najlepszego zrobiłam?! Miałam ich krew na rękach!
Nie chciałam – wyjęczałam przez łzy. Udało mi się to z trudem. Nie potrafiłam się opanować. To wszystko, co próbowałam ukrywać przez te lata, w końcu uderzyło we mnie, obezwładniając mnie od stóp do głów. I, o zgrozo!, nie sądziłam również, by pobudki i przeprosiny na cokolwiek się zdały w tym przypadku. On mnie znienawidzi! Już nigdy więcej nie nazwie mnie Dianą... Nie spojrzy na mnie jak niegdyś, jak chwilę wcześniej. Nie wybaczy mi nawet po wszystkim, kiedy mnie już nie będzie.
Tristanie... – O co niemo prosiłam? O przebaczenie? O miłość? O to, by sobie poszedł i zostawił mnie samą, czy aby zadał mi szybką i bezbolesną śmierć? Bałam się skoczyć w morską otchłań. Bałam się tam iść i zrobić ten krok... Bałam się. Cokolwiek miało się wydarzyć, bałam się tego.
Płakałam przytulona do podłogi. Cała aż dygotałam od targającej mną rozpaczy, od targającego mną strachu. Czułam, że już wkrótce nadejdzie koniec. W końcu to zrobię. Uwolnię się od bólu i zaznam spokoju. Uwolnię się od bólu i cierpienia, od nich prześladujących mnie na każdym kroku. Leonard będzie musiał mi wybaczyć. Nie mogę już dłużej tego znosić. Nie mogę żyć z tą świadomością.
TRISTAAARH! – krzyknęłam gdzieś pomiędzy wrzaskami bólu, który nagle przeszył całe moje ciało. Po stokroć intensywniejszy od mego bólu psychicznego, od tego, co znosiłam po każdej kolejnej pełni. Jeśli wcześniej czułam się rozrywana na strzępy, to teraz? Teraz zostałam rozerwana? Nie wiedziałam, ale ból był wszystkim. Ból miałam przed oczami, w myślach, w ustach... w ustach czułam coś innego – krew. Czy... Czy one... Czy on...
Oddychałam ciężko, próbując się uspokoić. Najdrobniejszy ruch sprawiał, że krzyczałam jeszcze bardziej. Płakałam i krzyczałam, cierpiałam i cierpiałam. Czy Tristan...? Nienawidził mnie i to sprawiało, że to wszystko było jeszcze bardziej... bolesne? beznadziejne? bestialskie? Ileż krzywdy mu wyrządziłam, by uciekał się do tortur, by pragnął tego samego dla mnie, co zrobiłam... Im zrobiłam.
Błagam – spróbowałam do niego powiedzieć, choć gardło miałam jak papier ścierny. Wirujący pokój nie pomagał. Strach, ból... Wszystko mi się mieszało. Drżałam i jednocześnie nie śmiałam się ruszyć. Wszędzie czułam wodę? Tonęłam? Jeśli tak, to czemu mnie to wszystko tak cholernie bolało? Czemu czułam krew... Czemu... Błagałam Tristana? Przecież chciałam umrzeć.
Szukałam go wzrokiem, który nie rozpoznawał już otaczających mnie przedmiotów. Oddychałam ciężko. Nie krzyczałam, a może uszy miałam zalane krwią. Szukałam go wzrokiem. Ból był wszystkim, choć bardziej chciałam odnaleźć go wzrokiem, przeprosić, błagać...
Leżały tuż obok. Rozerwane, krwawiące, umierające w agonii. Zrobiłam im to. Ja im to zrobiłam. Sprawiłam, że nim umarły cierpiały niemiłosiernie... Zaniosłam się kolejnym spazmem płaczu. Pragnęłam, by w końcu zniknęły sprzed moich oczu, pragnęłam, by zostawiły mnie już. Umierałam rozerwana na strzępy. Powinny odczuć satysfakcję i odejść.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   22.02.16 3:41

Skamlała jak pies, który dopiero co ugryzł rękę właściciela. Skamlała w oczach Tristana żałośnie, w ostatecznej, nic nie wartej agonii. Zadziwiająco łatwo odciął się od bliskiej więzi, jaka dotąd łączyła go z Dianą, żadne z jej słów, żadna z jej reakcji, przedśmiertnych drgawek, nic nie pozwoliło mu dojść do wniosku, że Diana kłamała. Chciał, by kłamała. By całe to jej groteskowe wyznanie okazało się farsą, ale tak nie było. Tristan to widział. Rozumiał, coraz lepiej rozumiał wszystko, co działo się wokół nich, przy nich. Gdyby widział jej zachowanie tuż po śmierci Marie... ale nie widział. Był zajęty użalaniem się nad sobą samym, podczas gdy tą, którą winien rozszarpać jako winną straszliwej zbrodni cały czas miał tuż pod nosem. A nawet - tuż pod sercem. Zdradziła nie tylko Marianne, zdradziła również jego, zdradziła Rosierów, zdradziła Crouchów. Umierała jako zdrajczyni własnej krwi. Wiedział, że powinna otrzymać ten tytuł oficjalnie, zginąć jako bezimienna, ale aby tak się stało, on musiałby wypuścić ją ze swoich rąk. A tego zrobić nie mógł. I nieważne, co pomyślałaby o tym Marianne, Tristan zada tej ptaszynie więcej bólu, niż jego siostra zaznała przed śmiercią. Nie miał w sobie ani krztyny litości, wciąż znajdowała się tak blisko nich - a gdyby, gdyby to samo zrobiła z Druellą i małą Narcyzą? Z Darcy i jej dzieckiem, kiedy zacznie je nosić pod sercem? Z jego matką? Z Evandrą? Parszywa gnido, dlaczego zniszczyłaś tę rodzinę? Nie mógł się nadziwić własnej głupocie - przez cały czas oskarżając rodzinę jej męża, zaślepiony przepełnioną furią nienawiścią, nie dostrzegł, że to jego, że to jej własna rodzina stała za tą zbrodnią. A może - może dzięki Ceasarowi tak naprawdę była bezpieczniejsza? Na wyspę było trudniej się dostać niż tutaj, do Dover, gdzie wszyscy witali Dianę z otwartymi ramionami.
Jej lękliwy głos, wołanie jego imienia, nie uczynił na nim żadnego wrażenia. Patrzył - wciąż przed siebie, nie na nią, wciąż oplatając palce wokół różdżki.
- Marie - odezwał się grobowym, nieobecnym głosem, z odrazą odsuwając się o krok, gdy obok chlupnęła kropla krwi. - Krzyczała tak samo czy głośniej? - Choć nie wiedział nawet, czy Diana usłyszała te słowa, rozdarta wrzaskiem bólu. Diana wiedziała, ile Tristan był gotów uczynić dla rodziny, a już z całą pewnością wiedziała, ile byłby w stanie uczynić, by ochronić swoje siostry i jak okrutnie byłby w stanie pomścić ich krzywdę. Nie należał do ludzi litościwych, nie miał w sobie współczucia, a uległość Diany jedynie rozbudzała jego władcze poczucie przewagi nad zranioną i chorowitą młodszą kuzynką. Pokręcił głową, na nic błagania. Błagania nie sprawią, że czas się cofnie, błagał o to tyle razy.
- Powinienem uwiązać cię na łańcuchu jak psa - jął mówić dalej, ostrożnie ważąc różdżkę w dłoni, ton jego głosu wciąż wydawał się nieobecny. Był zawiedziony, okrutnie zawiedziony, ale nade wszystko został zdradzony. - I dać ci zdechnąć z głodu. - Śmierć głodowa, czy nie była najokrutniejsza ze wszystkich, jakie potrafił sobie wyobrazić? Najokrutniejsza, bo najdłuższa, nieuchronnie zmierzająca ku ostatecznemu końcowi - poezja. - Ale Marie okazałaby ci łaskę - dodał, choć głos jego zadrżał jak chłopcu. Okazałaby ją, bo kochała Dianę. Bo jej ufała. Bo w ich żyłach płynęła ta sama krew Crouchów. Bo, w przeciwieństwie do tej maszkary, była szlachetna. Pokręcił z niedowierzaniem głową, jak mógł być tak głupi tak długo? Jak mógł być tak ślepy?
- Crepito - rzucił bez namysłu, celując różdżką w jej prawe oko. To zabawne, Diano, wiesz, że to dzięki tobie znam podobne sztuczki? Wierzyłem, że czarna magia pomoże mi dorwać jej mordercę, a ją samą - ożywić. Wiesz, że to przez ciebie stałem się tym, czym jestem? Stworzyłaś potwora, Diano, potwora, który cię pożre, bez litości. Gdyby Marie przeżyła ten atak, kazałaby mi to zrobić szybko. Ale jej tutaj nie ma. Przez ciebie. Więc będziesz umierać powoli i dasz mi się rozkoszować tymi jękami.
Zasługiwała na coś gorszego. Mógłby ją zabrać, nagą i zakrwawioną, na Nokturn, który tak lubiła i tam ją porzucić w rynsztoku, czekając, aż żywcem rozszarpią ją dzikie psy. Ale to byłoby ryzykowne, a na ryzyko nie mógł sobie pozwolić. Nie mógł pozostawić choć cienia szansy na to, by Diana przeżyła dzisiejszy wieczór.
- Zdradziłaś krew, wiesz o tym? - Głos pozornie beznamiętny maskował te wszystkie tragiczne emocje walczące w nim od początku tej rozmowy, choć kochał Dianę, chęć zemsty była o wiele silniejsza i przyćmiła wszelkie przywiązanie - nic nie boli przecież równie mocno, co zdrada. A ona zdradziła, popełniając zbrodnię najstraszliwszą. Może po jej zaginięciu zdoła dowieść, że była wilkołakiem i doczeka się chwili, w której spalą jej imię z drzewa genealogicznego? Niech chociaż wie, że jest jedynie gnidą niegodną swojego nazwiska. - Kto jeszcze o tym wie? - Dopiero teraz na nią spojrzał, w jego oku błysnęło coś drapieżnego. Czy ktokolwiek jeszcze wiedział o tym, jak naprawdę zginęła Marianne Rosier? A może - był tam z nią ktoś jeszcze, ktoś, kto przeżył i kogo opacznie mogliby pominąć w rachunku rozprawiania się z przeszłością? - Nie każ mi długo czekać na odpowiedź - ostrzegł, a głos jego znów zabrzmiał jak warknięcie, warknięcie dzikiego psa, żadnego błagania o litość, Diano, to żenujące i wcale nie przybliży cię do upragnionej już zapewne śmierci.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   25.02.16 15:10

Nie potrafiłam skupić na niczym wzroku, choć usilnie próbowałam. Powieki opadały mi zmęczone, oczy uciekały gdzieś na bok. W głowie pojawiło się przeświadczenie, że oto nadchodził ten czas. Konkretny. Uwalniający mnie od siebie samej. Jeśli istniało życie pozagrobowe, ja pragnęłam obrócić się nicość, zniknąć i przestać istnieć nawet tam.
Nie miałam siły, by walczyć o swoje życie. Brakowało mi motywacji, by przetrwać tortury. Nie chciałam tego – oczywiście, ale miałam świadomość tego, że dokładnie na to zasługiwałam. Na męki, nie zaś na miłość Tristana, co bolało mnie niezmiernie. Lata, kiedy był mi niczym brat przelatywały chaotycznie przez moją głowę, w której wirowało mi nieprzyjemnie. Czułam się tak strasznie senna, zamulona, a jeszcze te mdłości. Docierający do mego nosa intensywny zapach mdlił mnie i sprawiał, że czułam się jeszcze podlej. Jako wilkołak pragnęłam tego... Pragnęłam krwi.
Ponadto pragnęłam, by Marianne z Celeste w końcu zniknęła sprzed moich oczu. Nie chciałam widzieć ich zmasakrowanych ciał. Niech ktoś mnie zabierze z dala od tej krwi. Dłużej tego nie wytrzymam. Czułam się osaczona przez wyrzuty sumienia i ból – zarówno psychiczny, jak i fizyczny. Kiedy pozbawiono mnie oka, wrzasnęłam po raz kolejny, by następnie załkać. To tak cholernie bolało, czułam się taka słaba i niewarta. Niech to się w końcu skończy...
Tristanie... Tristan, proszę cię – zaskomlałam, zastanawiając się, czy nadal byłam żywa, cz już umarłam. Wcale nie czułam się lepiej, ale czy po śmierci, po tym wszystkim, naprawdę miałam doznać spokoju? Szczerze w to wątpiłam. – Błagam... Proszę... – jęłam powtarzać, sama do końca nie zdając sobie sprawy z tego, co do niego mówiłam i że mówiłam.
Cooo... Nie... Nie wie... – odpowiedziałam na jego agresywne pytanie. Przed oczami stanęła mi twarz Cassandry i Leonarda, którzy wiedzieli. Nigdy jednak nie przyznawałam się sama przed sobą, że mogliby cokolwiek wiedzieć. Udawałam, że wcale tak nie było, że nie wiedzieli... że byłam normalna. Pragnęłam być normalna. Albo definitywnie martwa.
Nie chciałam... Marianne, nie chciałam ci tego zrobić – wyszeptałam niemal niemo, wyciągając słabą dłoń przed siebie na podłodze. Otwarte krwawiące rany bolały, oko bolało... serce bolało. Czy ja odchodziłam? Czułam się taka słaba...


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   01.03.16 15:49

Nie rozumiał, o co go prosiła - o litość? Przebaczenie? Szybką śmierć? Jeśli choć odrobinę naprawdę znała Tristana, powinna wiedzieć, że żadnej z tych rzeczy nie otrzyma. Był zaciekły, zawzięty, a dobro jego sióstr było dla niego wartością nadrzędną; czy czuł się za nie odpowiedzialny? Poniekąd, przede wszystkim - kochał je, jak mocno kochał swoją krew. Kochał je, bo były częścią niego. Kochał je, bo ich głosy składały się razem na najpiękniejszą melodię; kiedy jednego z nich zabrakło, Tristan poczuł, jakby żywcem wyrwano mu serce. Zawładnęła nim tęsknota, żal i smutek, złość, wściekłość, którą ukoić mogło tylko odnalezienie morderczyni. Czy otrzymał wtedy litość? Szansę na ostatnie pożegnanie z Marie? Nie, była już martwa, kiedy pojawił się w domu Ceasara. Czy otrzymał wtedy szybką śmierć? Nie, oszczędzono go - oszczędzono go, żeby do śmierci przez lata rozpamiętywał tę straszliwą noc. Mogła go wtedy też zabić - wtedy oboje cierpieliby mniej.
- Milcz - warknął ze złością, dopiero teraz wyrywając się z odrętwienia, w które wpadł; co sił nadepnął na wyciągniętą dłoń kuzynki, a potem - kopnął ją w żebra. - Nie masz prawa wypowiadać jej imienia - Nie masz, właściwie w ogóle nie masz prawa mówić, może powinienem po prostu wyrwać ci język? Avada Kedavra, dwa słodkie i gorzkie jak zemsta słowa. Czy to już ten moment, w którym zaczynała ich pragnąć? Nie wiedział, wiedział za to, że nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy. Obszedł ją z niesmakiem, przenosząc spojrzenie na malunek drzewa genealogicznego na jednej ze ścian, na zwiędnięty kwiat Marianne i Celeste, na nowo rozkwitnięty kwiat małej Narcyzy. Może to w niej zakwitła mała Celeste? A może sama Marianne? Przyszedł czas pogodzenia się z przeszłością; zemsta odcinała go od przeszłości. Zemsta okrutna i krwawa, zemsta godna popełnionej zbrodni. Mógłby się pastwić nad kuzynką dłużej - tak, mógłby - ale Marie nie byłaby z tego zadowolona. Rzuć tę Avadę, szeptała do niego, szeptała, wiedział. Prawie słyszał. Ale Marie była jego młodszą siostrą, młodszą siostrą, którą się opiekował i która również tym razem musiała zawierzyć jego osądowi, która i tym razem musiała usłuchać jego.
- Vulnerario - wypowiedział melodyjnie, wykonując zgrabny gest różdżką; celując nie prosto w serce, obok, ale to i tak miał już być ostateczny cios. Jeszcze kilka chwil, Diano. Zaraz się wykrwawisz. Zaraz nadejdzie koniec. Nikt nie wiedział - czyżby? być może, bo kto mógłby ją kryć? Jej bracia? Anthony? Leonard wciąż wzdychający za Darcy? Oni wszyscy kochali Marianne, nikt nie wybaczyłby jej podobnej zbrodni. Krew z krwi jego matki, powinna dowiedzieć się o tej śmierci pierwsza. Powinna dowiedzieć się prawdy. Diano Crouch, zamordowałaś najukochańszą siostrę, córkę, matkę i żonę. Nie zaznasz spokoju nawet po śmierci.
Ominął jej ciało, nie zważając na to, czy broczy w kałuży sączącej się od niej krwi i zasiadł przy fortepianie, by odetchnąć. Odetchnąć i spojrzeć w jej gasnące oczy - oko - ten ostatni raz. Zdradziłaś wszystko i wszystkich. I nie jesteś godna niczego.
Bez słowa obrócił się w kierunku fortepianu, kładąc dłonie na klawiszach; kilka pierwszych smutnych dźwięków płynnie przeszło w melancholijny utwór, Seneville, Mariage D'Amour. Pamiętasz, Diano? Kiedyś grałem dla ciebie. Marianne uwielbiała tę melodię. Tańczyliśmy do niej na jej pierwszym dużym balu, kiedy miała piętnaście lat. W naszym ogrodzie, miała w ręku różę oskubaną przeze mnie z kolców. Ja pamiętam wszystko, Diano. Każdy gest, każdą chwilę, która już nie wróci i każde kłamstwo, które od ciebie usłyszałem.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   02.03.16 20:53

Ból. Białe gwiazdy. Bezkresna krew, którą czułam niemal wszystkimi zmysłami. Wszystko powoli odchodziło, a jednocześnie chwilowo unosiło się w powietrzu wraz ze mną, by zaraz opadać brutalnie na podłogę i jeszcze bardziej uświadamiać mnie o swoim istnieniu.
Zawroty głowy nie ustawały. Mdłości również. Tristan stał nade mną i patrzył pogardliwie jak na psa, który śmiał obślinić mu buty. Tego psa potraktowałby łagodniej, Diano – przeszło mi przez myśl, kiedy się do mnie odezwał, kiedy nadepnął na mą dłoń wyciągniętą w kierunku Marianne. Chyba połamał mi kości, ale czy to było ważne?
Nigdy więcej jej nie tkniesz, Diano. Nigdy więcej nie uczynisz jej krzywdy. Tristan na to nie pozwoli. Tristan będzie ją chronił przed tobą. Przede mną.
Płakałam. Każda łza zdawała się być głazem przeciskającym się przez moje oczy... przez brak mojego oka. Zastanawiało mnie, czy to są jeszcze łzy, czy tylko już sama krew. Czy wyglądałam jeszcze jak człowiek, czy byłam magicznie podtrzymywanymi cząstkami? Z pewnością wyglądałam paskudnie, niegodnie, nieszlachetnie. Upadłam.
Zimno. Zimno mi się robiło. Chłodna dziś noc... I bolesna. Drżałam i cierpiałam z bólu, otoczona płaszczem cierpienia. Z cierni on czy z soli – nie robiło mi to różnicy. Wszystko wypalało mnie z równie mocnym skutkiem, choć widok Marianne i Celeste... Ja im to zrobiłam! JA! – ta świadomość dobijała mnie najbardziej.
Zaparło mi dech, kiedy usłyszałam gdzieś jedno słowo. Zaklęcie. Interesowałam się zaklęciami. Mogłam bardziej się nimi zaczytać. Zostać sławna i nie chodzić na Nokturn. Nie pozwolić się namówić Clarissie. Zapomnieć o głupich pomysłach, które nie przystały szlachciance.
Tristan mnie nienawidził. Miłość do mnie zniknęła w mgnieniu oka. Nie zasługiwałam na miłość. Niczyją. Zwłaszcza Tristana. Zabiłam siostrę, którą kochał nad życie. Widziałam go na pogrzebie. Jego oczy...
Aktualnie również...
...patrzył na mnie? Nie, odwrócił wzrok...
...i grał. Znałam ten utwór, choć dochodził do mnie znacznie przytłumiony. Czułam jak odpływam. Wiedziałam, co nadchodzi. Wiedziałam. Bałam się. Byłam sama.
Wybaczcie mi... – pragnęłam wyszeptać, ale słowa uwięzły mi w gardle wypełnionym krwią, a może po prostu zbyt mocno zaciśniętym z żalu. Naprawdę nie chciałam tego zrobić.

I to był już koniec. Zamknęłam oko i policzyłam do dziesięciu.

|the end


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   30.03.16 0:22

I grał. Jego dłonie sunęły po klawiaturze pianina w chaotycznym szale, który zagłuszał jęczenie dogrywającej Diany, coraz szybciej i szybciej, tracąc takty, melodię i kolejne nuty; muzyka prędko zamieniła się w hałas. A hałas ucichł dopiero, kiedy Tristan opadł z sił. Uderzył w klawiaturę, wspierając się na łokciach o klawisze, wplatając dłonie we włosy; kałuża krwi doszła już do jego stóp. Czuł ją.
Była już martwa, na pewno, choć nawet na nią nie spojrzał, był przekonany, że przez tak długi czas powinna się już dawno wykrwawić. A może - powinien zapytać kogoś o radę? Przecież była wilkołakiem, czy to nie potrafiło się w jakiś magiczny sposób zregenerować? Nie wiedział. Nie wiedział nic oprócz tego, że zasłużyła sobie na wszystko, co jej zrobił. Na jej rozlane oko, na jej przeciętą na wylot pierś, na zmiażdżone ręce, na zalaną krwią twarz; na wszystkie rany, mniejsze i większe, na każdą jedną pojedyncza klątwę, którą ją uraczył. I nie żałował żadnej z nich, choć każda mogła zaprowadzić go prosto do Azkabanu.
Dopiero po dłuższej chwili odwrócił wzrok na zwłoki, krzywiąc się nad nimi; zebrało mu się na wymioty - Diana wyglądała makabrycznie. I, co paradoksalnie powinno go raczej uspokoić, w najmniejszym stopniu nie przypominała siebie. Trudno było rozpoznać twarz, zlepione krwią włosy nie dodawały jej urody, a ciało... przecież z niej prawie nic nie pozostało. Skrzywił się, w pokoju zaczynał unosić się nieprzyjemny swąd wątpiów.
I patrzył. Cały czas patrzył, powoli zdając sobie sprawę z tego, co właściwie zrobił. Zamordował arystokratkę, krew z własnej krwi, bratanicę jego matki, swoją młodszą kuzynkę, dla której winien być oparciem. Zamordował wilkołaka. Morderczynię Marie. Zamordował zdrajczynię.
Powoli wstał z krzesła, wolnym krokiem zbliżając się jej zwłok, brocząc w kałuży jej brudnej krwi - i ze wszystkich sił kopnął ich bok, gruchocząc żebra i rozchlapując krew na stojący nieopodal regał ze zdjęciem Marie odwróconym fotografią ku dołowi. Chciał się upewnić, że Diana nie żyje. Tragikomicznie, była przeszyta na wylot czarnomagiczną klątwą - nie miała najmniejszych szans tego przeżyć, ale człowiek, który myśli racjonalnie, nie dokonałby przecież tego, co on przed momentem uczynił z Dianą. Pokój tonął w jej krwi, a przed sobą miał jej zmasakrowane zwłoki, nawet, jeśli trudne do rozpoznania, to wciąż obwieszone rodową biżuterią Crouchów, której nie dało się pomylić z żadną inną. Mógł spróbować zabrać to do rezerwatu, dać smokom - ich ogień pewnie spaliłby te błyskotki, ale czy nie ryzykowałby w ten sposób zbyt dużo? Przecież nawet nocą mógł tam spotkać przynajmniej kilku smokologów...
Nie panikuj, odlicz do trzech, najlepiej od tyłu.
Otworzył ozdobione ciężkimi witrażami okno; nie pomylił się, Vespasien akurat wracał z nocnych łowów. Sowa zwinnym lotem wtargnęła do pomieszczenia i przysiadła na fortepianie, strosząc pióra. Nie chciał myśleć, chwycił napoczętą butelkę wciąż leżącą na podłodze - i pociągnął z gwinta większy łyk ognistej whisky, nim wypuścił z domu sowę z wiadomością. Chyba potrzebował pomocy...

[zt]

[bylobrzydkobedzieladnie]




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown



Ostatnio zmieniony przez Tristan Rosier dnia 27.04.16 13:34, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Rita Sheridan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t600-margerita-sheridan http://www.morsmordre.net/t714-poczta-rity#2428 http://www.morsmordre.net/t605-rita-sheridan http://www.morsmordre.net/f100-smiertelny-nokturn-13-3 http://www.morsmordre.net/t989-panna-rita
Trucicielka, lichwiarka, hazardzistka
30
Czysta
Panna
The black heart angels calling
With kisses on my mouth
There's poison in the water
The words are falling out
1
2
16
3
0
1
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   30.03.16 1:25

Była zaskoczona otrzymując wiadomość od Tristana. Szczególnie z uwagi na późną porę i dość niepokojącą treść listu. Intuicja podpowiadała jej jednak, że nie jest to coś co można zlekceważyć. Kocica z Nokturnu potrafiła wyczuć kłopoty na odległość i Morgana jej świadkiem, że to cuchnęło na kilometr. Postanowiła nie tracić czasu i natychmiast udać się do Dover, by dowiedzieć się co się stało. Wygasiła ogień pod kociołkiem, narzuciła na ramiona płaszcz i zamknęła okno za sową Rosiera, która umknęła w noc, dłuższą drogą zmierzając do swego pana. Rita wymknęła się z domu niczym cień, jak zawsze bezszelestna i ostrożna. Z kapturem na ciemnych włosach zakradła się do najbliższego zaułka i tam na moment przystanęła, przywołując w myślach obraz Dover. Zniknęła z cichym trzaskiem deportacji, by ułamek sekundy później, pojawić się na ziemiach Rosierów. Z każdą chwilą była coraz bardziej niespokojna. Rozglądała się czujnie, zmierzając w stronę rezydencji, która zgodnie z wiadomością była celem jej wędrówki. Na szczęście po drodze nie spotkała ani jednej żywej duszy, co uznała za dobry omen. Zastukała do drzwi wejściowych, ale kiedy po dłuższej chwili nikt nie odpowiedział gnana niepokojem o dziedzica Rosierów, nacisnęła klamkę i pośpiesznie weszła do środka. Nie żeby było to pierwszy raz jak wpraszam się do czyjegoś domu. - pomyślała z nutą ironii, przemierzając ciemne korytarze. Kusiło ją, by zawołać go po imieniu, ale w ostatniej chwili zagryzła wargi. Nie wiedziała jakie kłopoty na nią czekają, wolała nie zdradzać się ze swoją obecnością. Wreszcie udało jej się dosłyszeć odgłosy świadczące o ludzkiej obecności i blade światło świec. Niepokój mocniej zacisnął swoje długie palce na jej gardle, choć początkowo nie mogła zrozumieć dlaczego - dopiero po chwili do jej świadomości dotarło przed czym instynktownie chciała uciekać. Zmarszczyła lekko nos i skrzywiła się odruchowo. Potrafiła rozpoznać zapach śmierci, gdy go czuła. Przyspieszyła kroku, w duchu modląc się, by szlachcic był cały. Po czasie, który wydawał się wiecznością, popchnęła odpowiednie drzwi i wkroczyła do salonu. Smród uderzył ją z jeszcze większą mocą i pewnie zebrałoby się jej na wymioty, gdyby nie ta Nokturnowa znieczulica, której nabawiła się przez lata. Szybko przebiegła wzrokiem po scenie dramatu, szukając zagrożenia i z pewną ulgą przyjęła, że dziś już nikt więcej tu nie zginie. Schowała różdżkę, którą kilka chwil wcześniej wyjęła z rękawa i przemierzyła salon, kierując się do Rosiera. Póki co intensywnie ignorowała ciało rozciągnięte na podłodze i krew wsiąkającą w podłogę. Najpierw najważniejsze.
- Tristanie. - odezwała się spokojnym, niezwykle jak na nią kojącym głosem, wyciągając w jego stronę ręce. Jej gesty były ostrożne, jakby podchodziła do zapłakanego dziecka, a nie dorosłego mężczyzny, który wedle jej przypuszczeń kilka godzin temu dopuścił się tutaj brutalnego morderstwa. W ciemnych tęczówkach nie było widać strachu ani złości, jedynie odrobinę niepokoju o jego stan. Wkraczając do salonu, automatycznie poczuła się za niego odpowiedzialna. Jeśli coś stanie się dziedzicowi Rosierów pod jej obecność... Strach myśleć co zrobi z nią Cedrina! Choć to nie lęk przed królową róż przygnał ją tutaj tak szybko, wręcz przeciwnie. Jeśli kiedykolwiek miała jakiekolwiek poczucie obowiązku, to właśnie względem fascynującej madame Rosier i tym samym wobec całej jej rodziny.
- Jesteś cały? - spytała miękko, kiedy już do niego dotarła. Ujęła delikatnie jego ramiona i obróciła go w swoją stronę, by móc uważnie mu się przyjrzeć. Z bliska czuła, że śmierdział alkoholem, ale była to zaskakująco przyjemna woń, w porównaniu z odorem krwi i wydzielin ciała. Nie dostrzegła żadnych urazów, co pozwoliło jej odetchnąć spokojniej i przenieść spojrzenie na nieszczęsną istotę rozciągniętą na podłogę. Jej wargi skrzywiły się nieznacznie, gdy przyglądała się ciału. Kobieta. Raczej nie prostytutka, wnioskując po stroju i biżuterii. Cierpiała. - orzekła zimno w myślach, bezwzględnie tłumiąc w sobie wszelkie przejawy współczucia. Nie pomogą jej w tym, co jak sądziła przyjdzie jej za chwilę zrobić.
- Musiała Ci zajść za skórę. - stwierdziła z doskonałą obojętnością, której przeczyły jej minimalnie drżące dłonie. Bez trudu odpaliła jednak papierosa i zaciągnęła się nim głęboko, pozwalając by dym z tytoniu i szałwii odegnał smród śmierci. - Muszę się napić, jeśli mam jej dotknąć. - zastrzegła. Merlinie, to nie będzie miły wieczór.






She wears strength and darkness equally well
The girl has always been half goddess, half hell.

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   01.04.16 14:53

Emocje powoli z niego opadały i równie powoli docierała do niego przykra rzeczywistość. Usiłował rozjaśnić umysł kolejnymi łykami silnego alkoholu, whisky, którą wzięła Diana, była naprawdę mocna, a jej smak pomagał zachować dystans od wydarzenia sprzed kilku chwil, od tego, co leżało przed nim - od tej sterty krwawych resztek, które pozostały po jego najdroższej kuzynce, Dianie Crouch, a które uparcie nie chciały sprzed jego oczu zniknąć. Rzeczywistość była brutalna, Diana naprawdę zdradziła. Naprawdę zamordowała wtedy Marie. Naprawdę to ją wtedy tam widział. Nawet jej nie zapytał dlaczego, pytanie o motyw wydało mu się kompletnie irracjonalne. Jaki motyw mógłby w jakikolwiek sposób usprawiedliwić zdradę własnej krwi? Jak mogła zdradzić własną krew... ?
Nie rozumiał, nie wiedział, nie potrafił rozpoznać - czy znajdował się na jawie, czy kroczył wśród snów, najgorszych z koszmarów. Jeszcze przed momentem, ciskając w nią kolejnymi brutalnymi klątwami, nie czuł nic prócz gniewu, nie słyszał nic prócz krzyku Marie. Teraz słyszał już tylko krzyk Diany, gardłowe ostatnie charknięcia i chlupot kolejnej fontanny krwi. Diana, jego mała Diana Crouch... Leonard, Anthony, czy wiedzieli? Nie mógł tego wykluczyć, ktoś musiał pomagać jej się ukrywać. To niemożliwe, żeby wszyscy w jej otoczeniu byli tak ślepi jak on... Drażniący smród go mdlił, a zmęczenie wywołane natężeniem zbyt silnych emocji osłabiało; Tristan bezwładnie oparł się o pobliską ścianę, odchylając głowę do tyłu, zamykając oczy i wciąż kurczowo zaciskając dłoń na szyjce butelki. Nie od razu spojrzał na drzwi, kiedy przeszła przez nie Rita, w duchu błagając Merlina, by nie był to nikt inny. I nie otworzył oczu, nie spojrzał, póki nie usłyszał jej głosu. Nie musiał zastanawiać się nad lojalnością Rity, była dla niego bardziej niż oczywista - choć mimo to alchemiczka musiała dostrzec mimowolne drgnienie jego ręki, kiedy podeszła bliżej; Tristan sięgał po różdżkę, ale powstrzymał ten ruch w połowie.
Jej kojący, łagodny, na przekór wszystkiemu delikatnie kobiecy głos pomagał mu opanować ciężkie do okiełznania emocje, zachować racjonalność myślenia i trzeźwość umysłu. Spojrzał na nią, obawiając się reakcji - czy wiesz, jak bliska była Diana mojej matce? - w jej oczach nie dostrzegł jednak ani osądu ani dezaprobaty, ani nawet obrzydzenia. Już było po wszystkim, zbrodnia i kara, Marie mogła odetchnąć, a on  - wreszcie zaznać spokoju, Druella z Narcyzą były bezpieczne. Darcy i Evandrze nic już nie groziło. A zmarła Marianne, gdziekolwiek była, mogła odetchnąć z ulgą po dokonanej zemście, odetchnąć spokojem, którego tak długo nie mogła odnaleźć.
Poczuł kojący dotyk dłoni Rity i choć wiedział, że to ona, wciąż nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że to siostra dziękuje mu za tę śmierć. Rita nie tylko przyszła, kiedy ją o to poprosił, Tristan nie musiał jej nic tłumaczyć; rozumiała, a w każdym razie - sprawiała takie wrażenie, był zbyt poruszony, by dostrzec subtelne drżenie jej dłoni. Zamknął oczy, wciąż wsparty o ścianę opodal okna, z głową wciąż ciężko odchyloną do tyłu i sercem wciąż bijącym zbyt szybko. Jak długa tak stał, bez słowa, nim dobiegła go woń papierosów? Jak ze ścianą - zdawało się nie być z nim żadnego kontaktu, nie odpowiadał, prawdopodobnie nawet nie rozumiał. Musiała zajść za skórę... za skórę...  - obedrzeć ze skóry... - mruknął z na nowo rozbudzoną wściekłością, która jednak błysnęła w jego oczach tylko na chwilę. Przyłożył dłoń do czoła, wyczuwając dłonią pulsujące żyły; już po wszystkim, ona była już martwa. Nawet wilkołak nie mógłby się pozbierać po tym, co zrobił z jej ciałem.
- Zdradziła - wymamrotał bez składu i ładu jak mantrę, jego głos drżał - zabiła... - I choć zdawać by się mogło, że nie słyszał jej wcale, Tristan podał Ricie wciąż trzymaną butelkę z whisky, przenosząc wzrok znów na rozwleczone zwłoki. Zasłużyła sobie na to wszystko i jeszcze więcej, zasłużyła sobie na każde jedno pieprzone ukłucie bólu, zasługiwała na długą śmierć w męczarniach...
Odetchnij. Jeszcze raz, policz do trzech.
Szarpnął ręką do pobliskiego okna, wpuszczając do środka świeże powietrze; ogród Rosierów był wystarczająco gęsty, by mógł to zrobić bez obaw o świadków z ulicy.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Pokój muzyczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Kent, Dover, Château Rose-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17