Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pokój muzyczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pokój muzyczny   03.05.15 1:17

First topic message reminder :

Pokój muzyczny

Obszerny pokój na piętrze, w zachodniej części dworku. Przyciemniony, bowiem dopływ światła odcinają wielobarwne witraże ułożone w kształt pejzażu klifów nad Dover, ze śnieżnobiałym jednorożcem w wyskoku w centralnej części obrazu. Okno nie ma zasłon, kolorowe szyby przepięknie się mienią za dnia oświetlone słońcem, nocą - blaskiem świec srebrnych kandelabrów kutych w wile kształty. Jasne, pastelowobłękitne ściany zdobi jeszcze magiczny gobelin będący drzewem genealogicznym rodu Rosier; gałęzie krewnych ozdobione są czerwonymi różami, które bielą się w chwili śmierci. Dzieci oznaczone są drobnymi pąkami, a zdrajców krwi - ostatni trzy pokolenia temu - zwiędłymi kwiatami. Nowe gałęzie wyrastają i dojrzewają wraz z pojawianiem się kolejnych pokoleń, cały czas znajdując się w sercu drzewa. Najmocniej wyeksponowanym fragmentem komnaty jest czarny fortepian, przy którym ustawiono szeroką ławę - dość szeroką, by przy instrumencie mogły przysiąść dwie osoby. Wśród na stojaku, znajdujących się pod ręką, najłatwiej znaleźć romantycznych kompozytorów, w tym Chopina, oraz suity baletowe w fortepianowej transkrypcji. Na okrągłym kawkowym stoliku nieopodal, przy którym ustawiono wygodne, obite kremowym aksamitem krzesła, znajduje się antyczny porcelanowy wazon, w którym zawsze czerwieni się bukiet świeżych róż. Nieopodal błyszczy stalowa harfa zdobiona morskimi motywami, sprowadzona tu przez młodą lady Rosier. Miękka, szeroka kanapa niewątpliwie sprzyja odpoczynkowi oraz relaksacji przy popisach artystycznych utalentowanej rodziny. Niegdyś występy dawała tutaj Marianne, od jej śmierci pokój wydaje się dziwnie pusty. Błyszczący parkiet zdobią jedwabne arabskie dywany, część podłogi jest naga - przystosowana do tańca.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   10.06.17 22:58

Bezczynność zdawała się omijać lady Rosier szerokim łukiem, ta zaś nawykła już do torów, które obrało jej życie – dnie spędzała w rezerwacie zjawiając się na zamku nierzadko wraz z zachodem słońca. Pozwalała wciągnąć się w wir pracy, bowiem jedynie ona zdawała się utrzymywać ją na powierzchni chroniąc przed całkowitym zatonięciem.
Nie przeszkadzały jej dnie spędzane za biurkiem na wypełnianiu raportów i pisaniu notek dla opiekunów smoków, zdecydowanie mocniej lubowała się w badaniach nad sprawami zawsze oscylującymi wokół wspaniałych zwierząt, mieszczących się w ich rezerwacie, lubiła nieśpieszne spacery z placówki badawczej do budynku administracji w czasie których mogła przystanąć na chwilę by poobserwować te zdumiewające stworzenia. Czuła się ważna i potrzebna i to nie tylko przez wzgląd na nazwisko a pracę, która wspomagała pracę rezerwatu i jego pracowników.
Dzisiaj, jak zawsze gdy wracała wcześniej odbywał podróż po ogrodach. Kochała zapach róż. Słyszała plotki krążące o ich rodzinie, jedna z nich głosiła, że Rosierowie pachną niczym róże, które hodują, a odpowiedzialnym za to niezmiennie były piękne krzewy wśród których, a nawet razem z którymi każdy z członków rodu dorastał. Rosierowe ogrody zadziwiały swoją rozpiętością i kolorystyką; rubinowe dywany rozlewały się wzdłuż i wszerz, przenikane bielą, czy różem płatków innego gatunku. I choć wszystkie były niezaprzeczenie piękne Melisande od zawsze najmocniej lubiła kwiecie o krwistoczerwony, prawie burgundowym ubarwieniu. W dnie takie jak ten znajdowała krzew z pięknymi kwiatami i z wprawą przycinała kilka gałązek tworząc z nich bukiet z którym w ramionach zmierzała w jedno, konkretne miejsce – do pokoju muzycznego.
Miejsce to najmocniej przypominało jej o utraconej siostrze. To tutaj Marie dawała swoje recitale i to właśnie w tym miejscu siostra po raz pierwszy nakryła ją, gdy ćwiczyła taneczne kroki. Nie mogła już tańczyć – a może nie chciała bardziej – choć z uporem powracała do komnaty w swojego rodzaju masochistycznym rytuale oddawanym na cześć Marie.
Zamknęła za sobą drzwi spokojnym krokiem zmierzając w kierunku wazonu ustawionego na fortepianie – dbała by znajdowały się w nim świeże kwiaty, jej własnego rodzaju hołd. Wyciągnęła stary bukiet uzupełniając zaklęciem wodę w naczyniu i wkładając nowy. Starymi rozkazała zając się skrzatowi. Zasiadła na stołku przy instrumencie przejeżdżając palcami po klawiszach, żadnego jednak nie wciskając. Uniosła się lekko wyciągając z siedzenia baletki; nieśpiesznie zmieniła buty. Podniosła się z miejsca i kilkoma ruchami różdżki wprawiła fortepian w ruch, po pomieszczeniu potoczyły się pierwsze dźwięki z Dziadka do Orzechów.
Oddychaj, poleciła sobie biorąc głęboki wdech w płuca. Przymknęła powieki pozwalając by muzyka przeniknęła ją – każdy jeden mięsień – ustawiła ciało w odpowiedniej pozie gotując się do rozpoczęcia i… nie nastąpiło nic. Nie ruszyła wraz z taktem w którym powinna. Ciało drgnęło lekko, jednak odmówiło ruchu, dokładnie tak, jakby było w tym miejscu – i w każdym miejscu na świecie – było zabronione.
To nie miało sensu. – uświadomiła sobie po raz kolejny Melisande, czując narastającą w niej frustrację. Cierpiała w środku, nie potrafiąc odnaleźć ujścia dla swoich uczuć – czegoś, co pozwoliłoby jej na całkowite wyswobodzenie się z okopów narastającej złości. Była zła na świat, była zła na siebie, gdzieś po drodze odkrywając nawet, że jest zła na Marie, że nie mam jej tutaj, nie wiedząc kiedy po raz pierwszy od lat zatraciła się w złości, dała ponieść się uczuciu palącego ją od środka i nim się obejrzała piękny, kryształowy wazon wraz z bukietem róż roztrzaskał się o deski pokoju w momencie, gdy pianino wykonywało znamienną dla utworu pauze, budującą grozę i napięcie.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   12.06.17 3:10

3?

Nuty walca Czajkowskiego z Dziadka do Orzechów tańczyły przez korytarz melodyjnym rytmem; wyłapał go zupełnym przypadkiem, zmierzając do własnych komnat - z zamiarem odpoczynku. Choć z początkiem miesiąca stanął wreszcie o własnych nogach, zbudzony z tej nagłej słabości, wciąż był osłabiony po przebytej próbie zgotowanej mu przez Czarnego Pana. Przekładało się to na jego wydajność, dziś zaznał ciężkiego oparzenia - skóra na piersi piekła jak pożoga i choć maść łagodziła ból, nic nie mogło zmyć ciężaru sromoty. Muzyka zza zamkniętych drzwi zatrzymała go w pół kroku - położył dłoń na klamce, nachylając czoło, tak, by lepiej ją chłonąć: starał się po rytmie, takcie, gwałtowności ruchów wyczuć, kto siedział przy klawiszach instrumentu. Po muzyce, samych nutach, Melisande uwielbiała ten utwór. Marianne też, muzyka spajała ich wszystkich, dziś jedynie przypominając o boleśnie rozdartych bliznach. Brakowało jej tutaj: była jak serce wydarte z piersi. Jak klejnot - skradziony z korony róż. Nawet nie dosłyszał, kiedy muzyka ucichła w pauzie, zanurzając się we własnych kontemplacjach - z których wyrwał go dopiero trzask z impetem rozbitego szkła. Tak, to musiała być Melisande. Nie musiał go widzieć, by wiedzieć, jak wyglądał; mieniące się drobiny szkła, pośród których jak krew sączyła się świeża woda zabarwiona pociętymi płatkami krwistych róż. Dokonana zemsta wcale nie sprawiła, że ból stał się mniejszy. Złość łaknęła krwi, więcej krwi: Diana zapłaciła zbyt małą cenę, a Crouchowie wykpili się od odpowiedzialności zbyt łatwo.
Choć zacisnął pięść wokół klamki, ta wciąż ani drgnęła; zawahał się. Wahał się nieustannie. Nie był pewien, czy to intymne spotkanie dwóch sióstr, do którego nie powinien się wtrącać, czy raczej samotna podróż przez nieznane rozdroża gęstych zielonych lasów; ani nie chciał, ani nie mógł zostawiać jej z tym samej. Pchnął drzwi, jak intruz naruszając przestrzeń owego muzycznego eremitorium, nie mówiąc przy tym ani słowa. Dyskretnie - cicho - przymknął je znów za sobą. Chciał się wedrzeć do jej samotni - nie wyrwać z niej ją samą, to byłoby zbyt brutalne. Mało wrażliwe. Bezczelne i zbyt aroganckie. Jego siostra była różą, drugą z trzech najpiękniejszych łodyg - pierwsza już przekwitła, trzecia dopiero otwierała wciąż zbity, niedojrzały jeszcze pąk; samym urodzeniem zasłużyła sobie na szczególne traktowanie. Wpierw przeniósł wzrok na rozbity wazon, bez zaskoczenia zauważając, że kwiaty były świeże. Oczywiście, że były. Zawsze były - dla niej, od ciebie. Dopiero po chwili odnalazł spojrzeniem sylwetkę siostry. Tonąc we własnej żałobie, czasem zapominał, że jego obowiązkiem pozostawało być silnym - dla swoich sióstr. Historia ich rodziny pokazała, że nikt poza nimi samymi nie był godny zaufania. Mieli - zawsze mieć będą - tylko siebie. Zabawne, morderczyni ich siostry wyznała mu swoje winy właśnie w tym pokoju. Głęboko pod białymi klawiszami pewnie wciąż znajdowały się skrzepy jej krwi. Mylił się, to trochę pomogło - kiedy uzewnętrznił swój gniew, dając się porwać wezbranym falom tego, co okrutne i nieuniknione.
Minęła dłuższa chwila, nim podszedł bliżej fortepianu, ostrożnie obchodząc porozrzucane pozostałości wazonu. Niesamowite, z błyszczącym rozbitym kryształem ten pokój miał w sobie więcej dawnego życia; jak podczas kłótni dwóch temperamentnych sióstr. Zwalczył w sobie chęć dotknięcia jej wątłego ramienia, zamiast tego - przysiadł na ławie przed fortepianem, oczekując, aż akt dojdzie dotrze do końca, wodząc wzrokiem za tańczącymi klawiszami, przerywając ich magiczną grę dopiero wówczas, gdy zaczęła wybrzmiewać pauza. Wyciągnął przed siebie smukłe palce, zmieniając repertuar - rozpoczynając dźwięki baletowej suity Strawińskiego, nie oglądając się na siostrę.
L'Oiseau de feu, Melisande.
Ognisty Ptak miał nierówne tempo, zbyt szybki takt, był dysharmonijny. Brutalny - na swój sposób nawet prymitywny. Agresywny. Przepełniony chaosem zlewającym się w złość, dziwną, szkodliwą pasję; poczuj tę złość, Melisande. Poczuj tę siłę. Jesteś jej częścią - jak wiecznie płonący ognisty ptak, który porywa carski dwór w straszne danse macabre z okrutnym kościejem, jak jego krzyk, jak fala niszczącego ognia. Jesteśmy Rosierami - ogień nas słucha, ogień pochodzi od smoków, my jesteśmy ogniem. Nie bądź dzisiaj zepsutą zabawką ani królewną, która wpada w zasadzkę myszy, nie bądź umierającym łabędziem.
Bo każda róża - ma kolce.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   15.06.17 15:02

Takty rozbrzmiewały wypełniając salę; ulatywały od klawiszy fortepianu rozchodząc się w każdą ze stron. Przenikając każdy przedmiot, mebel, ściany które znajdowały się w pokoju, a nawet nieśmiało wychylając się poza jego ramy. Docierał też do Melisane, wchłaniał się w nią, wypełniając wątłe ciało znajomymi dźwiękami. Rozchodząc się swobodnie od stóp do głowy, znajdując swoje stałe miejsce, przygotowując ciało do wysiłku.
Jednak na próżno.
Nie ruszyła spętana obawą, poczuciem winy zalegającym w niej niczym pasożyt, który odbierał jedną z umiłowanych rzeczy. Logika zdawała się nie działać, sumienie kroczyło własną ścieżką stawiając mur, niewerbalnie zabraniając wykonywać ukochanych ruchów jakby było zbrodnią.
Zbrodnią przeciw Marianne.
Kryształowy wazon rozbił się na podłodze pokoju gdy frustracja owinęła swoimi obślizgłymi mackami lady Rosier. Chciała cieszyć się dalej życiem, chciała zawierać w nim hołd dla tradycji, dla rodziny. Ale nie mogła, gdy gorzko smakujący fakt rozlewał się na języku. Marie nie była w stanie dzielić z nimi dalej radości i smutków, pomagać, a nawet prowadzić w niektórych kwestiach. Życie zdawało się wyblaknąć, nabrać smutnych, szarawych odcieni od kiedy zniknęła z tego świata. Szczęście zaś zostało zabronione, było wykroczeniem przeciw niej. Ale kochała tańczyć, chciała tańczyć. Kiedy ostatnim razem poprawnie wykonała assemblé – nie pamiętała.
Oddychała ciężko unosząc klatkę piersiową przy każdym wdechu. Jedna z dłoni zaciskała się w pięść, jakby odnajdując w tym próbę skumulowania irytacji w jednym miejscu. Wzrok lustrował spokojnie rozrzucone po podłodze - wśród wody i kryształowych kawałków wazonu – kwiaty. Spięła lekko plecy słysząc szczęk zamka. Nie odwróciła się.
W pierwszej sekundzie była zła. Ktoś śmiał przerywać jej – lady Rosier. Wnikać do jej prywatnej strefy, zaburzać ją swoją osobą w momencie najbardziej intymnym. W chwili, gdy starała się być bliżej siostry, poczuć jej obecność, podtrzymać wspomnienie o jej osobie żywe i wyraźnie, prawie tak jakby to pozwalało jej przez chwilę żyć. Ale nie mogła być zła. Nie na niego
Wiedziała, że to on. Dedukcja nie była trudna. Matka załamałaby się nad stanem wazonu, zganiła za brak kontroli nad własnymi czynami. Ojciec z niepokojem zapytał by czy nic jej nie jest. Siostra z pewnością też zaanonsowałaby swoją obecność werbalnie. Z Tristanem posiedli więź inną, głębszą. Był dla niej, a ona była dla niego. Nigdy wymagająco, zawsze nienachlanie, po cichu wspierająco. Tak było i tym razem. Nie zaznaczył obecności słowami. Po prostu był idealnie odnajdywał się w obchodzeniu się z Melisande, najzwyczajniej w świecie wiedział który klawisz nacisnąć by rozbrzmiał odpowiedni tak.
Utwór się zmienił. Czy raczej - został zmieniony przez Tristana, odważne, szybkie i nierówne tempo wypełniło całą salę. Brutalność dysharmonii otuliła Melisande zdając jej się idealnie pasującą do wszystkiego, co roztaczało się w jej wnętrzu. Była rozstrojona, nierówna, nie potrafiąca odnaleźć właściwego balansu. Tak, jakby kiedyś bez trudu przychodziło jej balansowanie na linie rozwieszonej nad przepaścią, niby jedna z cyrkowych linoskoczków, od lat jednak spadająca w ową czarną i głęboką dziurę, która zdawała się nie mieć dnia, pochłaniając ją z każdą chwilą coraz mocniej.
Posłuchała go, tego co mówił jej muzyką. Wzięła wdech, przyjmując odpowiednią pozycją, pozwalając by cała złość, cała frustracja wypełniła ją po brzegi niewielkiego ciała. Oddając się jej, tak jak kiedyś, jak za dziecka, gdy nie zakładała maski, gdy nie spełniała życzeń matki, gdy nie poddawała się powinnością. Ruszyła, trochę ociężale, mimo że niepewnie brnąc przez pierwsze takty poprawnie – nie idealnie, ale w ogóle. Głuche tąpnięcie, które wbiło się w minimalną pauzę w dźwiękach świadczyło o jej porażce. Soubresaut był ciężki, ospały i zakończył się tak samo. Dokładnie tak, jak nie powinien. Rubinowa, szyfonowa spódnica opadła układając się wokół kostek. Nie ruszyła dalej. Tylko kaleczyłaby sztukę, którą kochała. W balecie na stawiano kroków jak buchorożec, stopy winny dotykać ziemi niczym pióro.
- To jeszcze nie dziś. – powiedziała tylko, na pozór spokojnie, zajmując miejsce obok. Tylko w nerwowych ruchach dłoni podczas rozwiązywania baletek dało dostrzec się niecierpliwość, złość na samą siebie. Na własną nieudolność niepozwalającą na wykonanie czegoś, co wcześniej przychodziło jej bez problemów.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   07.07.17 3:18

Szło jej dobrze. Przynajmniej spróbowała. Nie potrafił ocenić stawianych figur baletowych, widział jednak jej emocje - wyczuwał je doskonale - i widział też zniechęcenie i nerwy, które jak ciężkie kule przyciągały ją bliżej ziemi, nie dając ognistemu ptakowi wzlecieć i rozłożyć skrzydeł. Rozumiał to, spotkała ich straszna tragedia; żal i ból po stracie Marie nie zniknie z ich pamięci nigdy. Tęsknota za nią - zawsze będzie żywa, odchodząc najstarsza z sióstr od każdego z nich zabrała coś dla siebie: cząstkę ich samych, kawałki serc, fragmenty dusz, na zawsze wiążąc się z nimi pamięcią, ale i na zawsze pozostawiając po sobie rozdarte blizny. To dobrze - nigdy nie chciałby o niej zapomnieć. Nigdy nie chciałby przestać odczuwać smutku. Nigdy nie chciałby zatrzeć najpiękniejszych wspomnień o niej, tych samych, które przypominają mu o tym, jak ważne - jest dzisiaj chronić rodzinę. Już nie tylko Melisande i matkę, ale i Evandrę. Tak samo jak ona pozostawał głuchy na idiotyczne frazesy - że świat nie zatrzymał się w miejscu, że idzie dalej, że Marianne chciałaby, żeby cała jej rodzina odnalazła spokój. Wiedział, że wcale by tego nie chciała -  to byłoby jak zatarcie pamięci o niej. Ta żałoba miała trwać jeszcze długo.
- Zostaw je - poprosił, a może stwierdził, kiedy dłonie uderzyły w klawisze, wyciszając dźwięk, nie obejrzał się w bok, choć czuł jej ciało tuż obok swojego. I czuł, że nachyliła się zsunąć ze stóp baletki. Marianne nigdy nie chciałaby odejść w zapomnienie - ale przez sztukę, która łączyła ich z nią dawniej, łączyli się z nią wciąż. Porzucając to - zacierała wspomnienia. Chciał jej pomóc, choć nie był, za którą ze strun powinien szarpnąć; którym klejnotem zastąpić ten wydarty fragment - nie po to, by stracić pamięć o bliźnie, lecz po to, by ciało mogło z nią funkcjonować.
Przymknął powieki, prostując palce nad klawiaturą pianina, dla niego przecież też istniały podobne świętości. Wiersze pisane dla niej i muzyka, którą uwielbiała. Nawet pieprzony naszyjnik z muszelek, który zrobił dla niej jako chłopiec - a który wciąż gdzieś tutaj leżał, zabrał go od Lestrange'ów po jej śmierci. Powinien dać go Melisande, będzie miała dwa. Drżące palce uderzyły w klawisze ponownie - próbował być silny, naprawdę próbował. Dla niej.
Pauza po pierwszych nutach trwała zbyt długo, dlatego początkowo trudno było rozpoznać walc z Kopciuszka Prokofiewa. Marianne go uwielbiała, to przy tych dźwiękach jego siostry uczyły się tańca długie lata temu, jeszcze nienaznaczone cieniem przyszłych zdarzeń. Wszyscy się uczyli - tańczył przy tej muzyce z Marianne, tańczył z Melisande, tańczył z Darcy. Ostatni raz - zatańczył przy niej z Dianą.
- Wiesz, to było tutaj. W tym pokoju - zachrypnięty, lekko drżący głos szybko odnalazł równowagę - lecz ktoś, kto znał go tak dobrze, jak jego siostra, z pewnością wyczuł zachwianie. - Bezczelnie przyszła pod nasz dach - Zsunął wzrok na palce, nie przerywając gry. W jego głosie mniej było złości, a więcej - niedowierzania. Chaotyczne myśli skupiały się wokół morderczyni, werbalizując jedynie krótkie, urywane zdania. - Nie zapytałem jej, dlaczego. Nie obchodziło mnie to. - Dalej mnie nie obchodzi. Nic nie usprawiedliwia takiej zbrodni, przebywała pod ich dachem, jadła z nimi posiłki, błyszczała we francuskiej szkole. Wychowali żmiję. - Jej oczy były oczyma bestii, którą tamtego dnia widziałem. - Więcej dowodów - nie potrzebował. - Nie wiem, czy liczyła na szybką śmierć. - Jeśli tak, była głupia. - Nie dostała jej. - Umierała powoli. Cierpiała w chorej agonii, a on - grał. Grał na tym samym pianinie, tę samą melodię, co teraz. - Wykrwawiała się przy jednej z ulubionych melodii Marianne. Czasem wydaje mi się, że słyszę w niej jej głos. Perlisty śmiech i cichy płacz, szmer ciężkiej sukni sunącej po parkiecie. - Mówił cicho, ledwie poruszał ustami, ale przecież jego siostra siedziała tuż obok. - Jej złość i zawód - ufała Dianie. Ufała, jak oni wszyscy.
- Ona tu jest, droga Melisande. Sądzisz, że mogłaby nas opuścić? Jest tutaj, mocniej wyczuwalna niż każda pojedyncza nuta tego utworu. - Dłonie zadrżały tylko na moment, przerywając w pół taktu - zaraz powróciły, snuć dalszą opowieść. - I chciałaby z tobą porozmawiać. Pozwól jej na to. - Tańcem. Muzyką. Podłogą i ścianą. Tkaniną i szpadą. Ten dom był nią, a ona była tym domem, otoczonym przez jeden i ten sam usłany cierniami krzew czerwonych róż.
Była Rosierem. Jest Rosierem - zawsze będzie.
- Tańcząc tutaj, tańczysz na grobie tej suki. - Być może między panelami podłogi wciąż dało się znaleźć fragmenty jej ciała. - Schodząc w cień, pozwalasz jej tryumfować. - Nie wypowiadał imion, wiedział, że nie musi.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   29.07.17 18:09

Zatrzymała dłoń w połowie gestu gdy jej odpowiedział. Zawisła nad baletkami z lekko przyśpieszonym oddechem, automatycznie wykonując polecenie. Wcale nie dlatego, że musiała. Nie też dlatego, że głos nosił w sobie ślad nakazu. Bardziej pobrzmiewała w nim prośba, które usłuchała. Wyprostowała się spoglądając przed siebie, dłonie układając na kolanach. Milczała, nie potrafiąc odnaleźć odpowiednich słów. I znów, Tristan doskonale wiedział jak zagrać, nie tylko zmuszając białe klawisze fortepianu, do poddania mu się, ale i znajdując odpowiednie słowa.
Nie zwróciła w jego kierunku głowy, gdy ponownie zabrał głos. Przymknęła lekko powieki, pozwalając by jedynie dźwięki docierały do jej umysłu nie zaburzone, nie rozkojarzone obrazem rozbitego wazonu. Złość zaczęła wspinać się ku jej sercu gdy mówił. Melisande nie była już zła na świat, nie była też na siebie, czy na Marie. Ogarniał ją wielki, trudny do opanowania gniew na nią. Na żmiję, której wszyscy zaufali. Na osobę, która śmiała postawić kroki tutaj, w miejscu, które należało tylko do nich. Świadomość że umierała długo przynosiła zbolałemu sercu okład z zimnej satysfakcji. I dobrze. Powinna ginąć po stokroć razy. Śmierć zdawała się marną zapłatą za uniesienie dłoni na Rosiera. Nie istniała w tym świecie kara okrutnie odpowiednia. Byli różami, najpiękniejszymi kwiatami w bukiecie przeciętnych bratków. Królami i królowymi, którym należał się szacunek. Żałowała tylko jednego. Tylko tego, że nie mogła patrzeć jak ginie, jak wygina się w agonii, jak rozszalały z bólu umysł wyrzuca z ciała ból i świadomość nadchodzącej śmierci w łzach i szaleńczym śmiechu.
Choć widok ten z pewnością nie pozwoliłby jej spać w nocy. Tristan oszczędził jej tego. Chronił je, był ich protektorem i wiedziała, że nie pozwoli na to, by ponowna tragedia znalazła dla siebie miejsce w Dover. Nie, kiedy on sprawował wartę.
Powieki nadal przysłaniały tęczówki, jednak w wyobrazi obrazy malowały się same przy pomocy wyobraźni. Drgnęła lekko słysząc swoje imię. Tak, Marie była z nimi nadal w małych, z pozoru nic nie znaczących gestach w tym, jak układały się wargi Tristana, gdy próbował opanować rozbawienie. Widziała to i to wszystko jednocześnie przynosiło ukojenie, ale i wbijało kolejne cierniowe kolce. W końcu uchyliła powieki pozwalając by obraz odzyskał ostrość, spoglądając na jedną z róż. Skinęła lekko głową unosząc się z siedzenia. Znów stając na środku pokoju, przymykając powieki pozwalając by crescendo wypełniło jej ciało. Porwało wraz z sobą, nie bacząc na konsekwencje. Ruszyła. Spódnica zwiewnie zatańczyła wokół kostek, układając się w lżejszych rytmach. Wirowała, przechodziła przez odpowiedni ułożenia stóp i głowy nie pozwalając, by błędy zatrzymały ją ponownie. Nie uniknęła ich, ale pozwoliła im trwać. Oddała się muzyce. Oddała się Marie. Przymykając powieki, zostając z nim sam na sam na chwilę. Do momentu, gdy ostatni ton utworu nie rozbrzmiał w pokoju.
Jeszcze kilka chwil stała, pozwalając by rozbujane serce ciężko obijało się o żebra w ciszy pokoju. Potem ponownie usiadła obok niego, tym razem spokojniejsza. Na chwilę ciemne chmury rozeszły się, pozwalając, by wyszło zza nich słońce. Nie mówiła dziękuję – nie musiała, doskonale wiedział, że jest mu wdzięczna.
- Chciałaby poznać twoje zdanie. – skoro już jesteś obok. I tak zamierzała udać się do niego w tej kwestii. Co prawda z rana, gdy rozpisze wszystko odpowiednio, jednak nie miewała opór, by konfrontować z nim swoje pomysły i przemyślenia. Zdroworozsądkowe spojrzenie na sprawę z innej perspektywy zawsze było w cenie. Zwłaszcza, że ceniła jego zdanie, właściwie trudno było stwierdzić, czy usłuchałaby kogokolwiek, poza nim. – Myślę nad przydzieleniem Baldurowi i Houdurowi oddzielnych opiekunów, wprowadzeniu zmian w oparciu o zebrane informacje do wychowania jednego z nich i sprawdzenie, czy nastąpią znaczne różnice między ich zachowaniem. – nawiązała do dwóch nowych, młodych smoków w ich rezerwacie spoglądając w jego twarz. Czekając na opinie, która pozwoli jej rozwiać wątpliwości nad sensem swoistego rodzaju eksperymentu.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   03.08.17 11:45

Nie odjął palców od klawiatury instrumentu, ani kiedy wstawała, ani kiedy go obeszła, ani kiedy znalazła się na środku pokoju; przeciwnie, skupił się na grze mocniej, bacząc, by nie popełnić błędu - teraz nie mógł sobie na niego pozwolić, siostra mu zaufała. Dźwięk za dźwiękiem, klawisz po klawiszu, muzyka musiała płynąć czysto, nieskazitelnie, dając idealne podłoże na ten od nowa pisany wiersz. Widział tylko jej cień, który kładł się przed nim tanecznym śladem, cień, który motywował go, żeby nie przestawał. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, jak pięknie wygląda lub żeby dostrzec, jak czuje muzykę - słyszał to, wsłuchując się w tupot jej delikatnych, cichych stóp, czuł, kiedy emocje uderzały w niego czarującą falą. Początkowo zastawiał się, czy nie cofnąć się kilka taktów, nie sprawić, by ta chwila trwała dłużej, dając jej dłuższy fragment utworu, ale to byłoby przecież nieuczciwe, a Melisande mu ufała - i nie chciał tego zaufania zawodzić. Wybrzmiały ostatnie nuty, a palce oderwały się od klawiszy, dając dźwiękom popłynąć w przestrzeni. Dopiero teraz przeniósł ku niej spojrzenie, utkwiwszy je na twarzy siostry; jej opuszczone powieki sprawiały, że czuł, jakby wkroczył w jej intymną strefę. Ale nie zrażało go to. Na jego twarzy nie pojawił się też uśmiech, zrobiła pierwszy krok do przodu, ale to niewiele, przed nią rozciągała się jeszcze długa czarna droga, by powrócić do dawnej formy. Nie czekał na podziękowania i wiedział, że ona nie chciała słuchać komplementów - i nie oponował, gdy spróbowała zmienić temat, z wolna, delikatnie, opuszczając klapę zakrywającą klawiaturę; potrafił zrozumieć milczące porozumienie, o które prosiła, nie wracając już do tematu ani siostry ani jej tańca, musiała zostać z tym sama. Zamiast tego, zamyślił się nad jej słowami.
- Są słabe - rzucił, niedbale wspierając się  o zabezpieczoną klawiaturę łokciem  - leniwie przeciągając się po meblu. - A nie nakarmione mlekiem matki nie staną się silniejsze. Twój eksperyment albo osłabi je bardziej, albo doda im sił. - Nie mówił nic odkrywczego, rysował sytuację przed sobą samym, a może częściowo i przed nią, przed nimi. Melisande wkładała w swoją pracę badawczą dużo serca, szanował to i służył radą zawsze, kiedy mógł. Osierocone smoki pozostawały zagadką, którą można było wykorzystać do wielu badań. - Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy się nie mylimy - wtrącił jeszcze, zaznaczając niejasny fragment krajobrazu. To było ważne. - Wcale nie muszą być z jednego miotu. - Znaleziono je razem, stąd przyjęto taką tezę. Niekoniecznie prawdziwą. Przyjrzał się jej badawczo, ciekaw jej opinii, to by wiele zmieniało w jej badaniach, stanowiło niewiadomą, niedookreśloną zmienną. - Badur rośnie szybciej od Hodura, różnią się, temperamentem też zaczną. Jeśli zostaną razem, większy zdominuje młodszego. - Sięgnął dłonią do jej smukłej szyi, odsuwając z ramienia ciemny kosmyk włosów, który podczas tańca wysunął się z upięcia. - Jeśli zostawimy je osobno, Hodur może mieć większe perspektywy rozwoju. - Zamyślił się, zbierając myśli; szukał luk w tym planie. Siostra pytała go o zdanie, chciał jej pomóc najlepiej, jak potrafił, znaleźć w tym planie ewentualne niedociągnięcia, przeszkody, na które mogłaby natrafić. Przezornie przestrzec przed wszystkim, co mogło się wydarzyć. - Doskonały pomysł, Melisande - przyznał w końcu. - Komu chcesz ich przydzielić? Badur potrzebuje silnej ręki, nie wydaje ci się, że zaczyna być... agresywny?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   01.09.17 22:32

Posiadali nieopisaną, trudną do jednoznacznego sklasyfikowania więź – mocniejszą i trwalszą, niż cokolwiek innego, co stąpało po świecie. Była tego pewna. Łączyła ich nie tylko krew, a cicha melodia dusza, grająca wspólnie w dźwięcznej harmonii, dopełniająca się w cichym, ledwie słyszalnym mormorando. Rozumiał ją – czasem nawet myślała, że nie musi wypowiadać słów, że potrafi czytać z jej oczu i gestów jak nikt. Doskonale też wiedział czego jej potrzeba, albo czego oczekuje, tak jak teraz, gdy w ciszy wyczytał cichą prośbę. Akceptował ją całą już od dziecka, jako jedyny spełniał jej całkowicie – jak choćby to głupie ochrzczenie się Robem. A ona wiedziała też by nie prosić o zbyt wiele, a jedynie tyle ile był w stanie jej dać. A był naprawdę dużo. Świadomość że dla niej i Fantine jest zrobić dosłownie wszystko, nie budziła w niej trudniej do zaspokojenia żądzy podjudzającej umysł do kolejnych próśb. Właśnie ta świadomość sprawiała, że nie chciała prosić o zbyt wiele, mając jednak poczucie, że zawsze może poprosić o wszystko. Pokrętnie ta wiedza wlewała w jej ciało spokój.
Skinęła lekko głową na jego słowa które tylko potwierdziły jej pierwotne założenia. Zdawała sobie sprawę z dwóch możliwych opcji w kierunku których mogła rozwinąć się sytuacja. – Myślę, że to nigdy do końca nie będzie kwestią reguły, a jednostki. – wypowiedziała spokojnie rzucając luźnym przemyśleniem. Przenosiła dłonie z kolan, układając ja na po swoich bokach i wspierając lekko na nich. – Wszystkimi jednostkami rządzi ten sam los i wszystkie poddane są temu samemu prawu natury, a jednak tylko niektórym udaje się stawić mu czoła. – wiedziała, że i ona nie mówi niczego odkrywczego, zdawała sobie sprawę że i Tristanowi znana jest istota zarówno rozwoju, jak i ewolucji, a co więcej i siły przetrwania. Niezależnie od tego, czy była mowa o smokach, czy też innych zwierzętach, a nawet ludziach – wszystkie gatunki posiadały wśród siebie słabsze i mocniejsze osobniki. Ale na to, kto finalnie lądował w której z grup miało wpływ wiele czynników – począwszy od urodzenia, poprzez wychowanie, skończywszy na indywidualnych predyspozycjach. Na kolejne słowa brata spojrzała na niego, by po kilku chwilach odwrócić spojrzenie i unieść prawą dłoń, której palec wskazujący oparła na wardze – kompletnie niekontrolowany gest, który pojawiał się zawsze, gdy jej myśli rozpatrywały nowe możliwości i dodawały kolejne niewiadome. Skubnęła wargę łapiąc ją między kciuk a palec. – Nie muszą, ale mogą. – zastanowiła się na głos, wzrok nieobecnie prześlizgiwał się po przedmiotach, tak naprawdę buszując po skrywanych wewnątrz umysłu wiadomościach. – Kwestia uwarunkowania genetycznego, nawet w jednym miocie mogą pojawić się osobnik słabsze, albo jedynie pozornie słabsze, przez późniejszy – niż u innych – rozwój, który w całości jednak trwa czasem krócej. Czasem. – zaznaczyła jeszcze, popadając w swoistego rodzaju tor rozstrzygania wszystkiego w kilku możliwych wariantach jednocześnie. Kolejne słowa Tristana niemal pokrywały się dokładnie z jej własnymi wnioskami, dłoń zgarniająca z jej szyi pukiel nie zdawała się obca, a naturalna odwróciła głowę w jego stronę. – Może. – zgodziła się z lekkim wahaniem. – Ale niekoniecznie też musi. Czasem posiadanie silniejszej jednostki obok, jest motorem do budowania silniejszej wersji siebie. Zdrowa rywalizacja. Ale jestem niemal pewna, że to nie zadziała w tym wypadku. – powiedziała krzyżując z bratem spojrzenia, ceniła go za wiele rzeczy, jedną z nich było to, że mogła przy nim na głos myśleć, przerzedzać myśli, układać i formować wnioski. Znała swoje smoki i wierzyła, że każde podejmowane wobec nich działania są jedynie na ich korzyść. Na razie przypuszczała i snuła tezy, względnie nie dotyczące żadnego ze smoków, ale były one podobne do ludzi – każdy miał swoją osobowość i od zrozumienia jej i wybrania najodpowiedniejszej drogi była właśnie ona. Przytaknęła jeszcze raz bratu, dobrze było mieć świadomość, że nie tylko ona dostrzega drobne niuanse w zachowaniu podopiecznych. – Czuje się silny – głównie przez obecność słabszego, przynajmniej na razie, Hodura. – skwitowała pewnie. – myślę, że Edward powinien sobie z nim poradzić. – wybrała spośród opiekunów smoków, ten konkretny pracował w rezerwacie od lat, a Melisande miała szansę obserwować go przy pracy. Troska, ale i profesjonalizm sprawiały, że był dobrym opiekunem, który nie obawiał się swoich podopiecznych i potrafił nad nimi zapanować. – Hodur… - zastanowiła się chwilę nad wyborem, ale nie mogła jednoznacznie postanowić. – Waham się między pozwoleniem mu na dużą swobodę u Arienn, a osadzeniu obok niego Teddy’ego. – Arienn zajmowała się głównie młodymi smokami, często sierotami, kochała je i w jakiś sposób zastępowała im matkę. Teddy zaś wszystkie traktował jak dobrych przyjaciół, ale potrafił wymusić na nich posłuszeństwo, jednocześnie stawiając przed nimi zadania i pilnując, by się rozwijały. Spojrzałam na Tristana czekając na jego zdanie w tej sprawie. Najchętniej oddałaby oba smoki pod jego opiekę, albo sama się nimi zajęła. Czasem nadal ciężko było jej zwalczyć chęć by znaleźć się bliżej, może były ciężej, gdyby praca nie przynosiła jej satysfakcji, a większość czasu w rezerwacie spędzałaby na mrzonkach o sobie w roli opiekuna. Było jednak inaczej i za to z pewnością należało dziękować Merlinowi.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   05.09.17 14:14

- Zawsze chodzi o jednostkę - przytaknął jej, bo róża pod inną nazwą wciąż byłaby różą; Fantine, Melisande i Marianne podług wszelkich praw zrodzone i chowane były tak samo, a jednak różniły się od siebie na tyle, by każdą mógł postrzegać jako wyjątkową i jedyną. Zwierzęta nie różniły się od ludzi, nigdy nie stawiał granicy w ten sposób - ludzie wszak we własnym gronie różnili się wystarczająco mocno: od mugoli, przez ich dzieci, po prostych czarodziejów, na błękitnej krwi skończywszy, smoki, na przykład, plasowały się gdzieś pomiędzy ostatnią a przedostatnią wymienioną kategorią, czyli znacznie wyżej od większości ludzi. Były mądre, inteligentne i niezwykle potężne, a podziw Tristana dla tych stworzeń właściwie pozbawiony był granic. Nic dziwnego, gady były częścią ich krwi i częścią ich dziedzictwa, smocza krew była właściwie ich krwią. Lubił słuchać Melisande, kiedy mówiła o rzeczach ważnych i refleksyjnych, miała w sobie zaskakującą dla tych, którzy jej nie znali, dojrzałą mądrość. Podążył wzrokiem za jej gestem, zatrzymując spojrzenie pomiędzy jej palcem a oskubaną wargą, matka nigdy nie zdołała wyplewić jej tego gestu. Skinął głową, ostrożnie i powoli, uważnie wsłuchując się w każde jej słowo, analizując je - podobnie jak ona - pod wieloma kątami i różnorodnością znaczeń, żeby upewnić się, że któraś z dróg prowadzi donikąd - należało ją wpierw przeanalizować.
- Z rywalizacji można uczynić motor, kiedy rywalizacja w ogóle jest możliwa - ocenił po chwili, z wolna ujmując refleksję w zwerbalizowaną myśl. - Silniejsza jednostka pociągnie za sobą trochę słabszą, podczas gdy Hodur jest od Badura znacznie słabszy. Silniejsza rywalizacja skończy się śmiercią, zdrowa nie zajdzie. - Snuł na głos przypuszczenia, jedynie potwierdzając przyjętą przez nią tezę, dodając argumentów na jej uwiarygodnienie i rozwijając zaczętą myśl. Miała rację, to nie mogło zadziałać. Melisande miała doskonałe podejście do podopiecznych rezerwatu, cenił ją na tym polu za jej mądrość i przemyślane podejście do smoków, nie działała pod wpływem chwili ani nagłej emocji. Jej pomoc była nieoceniona, nie dostrzegał wpływu słabszego na silniejszego, szukając przyczyn gdzie indziej - a przecież mogła mieć rację. - Jeśli czuje się silniejszy przez słabość brata - oficjalnie wciąż byli braćmi, niezależnie od ostatecznej konkluzji - jego brak mu zaszkodzi. Nie wiemy, czy słabszy ze smoków wyrośnie na wartościowego, podczas gdy Hodur ma szanse stać się potężną bestią. Czy rozłąka nie stępi jego temperamentu? - Czy mogli podjąć takie ryzyko? Czy istniał sposób, żeby wywołać w nim poczucie siły równie skutecznie? Edward miał siłę charakteru, która pozwoliłaby mu zapanować nad gadem, bez wątpienia. Ale to mogło być za mało - siła Hodura była niebezpieczna, ale niesamowicie imponująca. Nie mogli jej stłamsić, smoczy żywioł z natury był niszczycielski, nieokiełznany temperament, przynajmniej według Tristana, świadczył o najlepszych genach. - Nie jestem przekonany do metod Arienn - kontynuował, leniwie wstając z krzesełka pod fortepianem, wolnym krokiem przechodząc pod okno, zerkając na krajobraz ogrodów rozświetlony blaskiem migoczących na czarnym niebie gwiazd i pełnego księżyca. - Wydaje mi się, że jej zachowanie czasem stępia pazury - Smoki to nie były koty albo psy, żeby uczyć je miłości i potulności. Zatrzymał spojrzenie na twarzy Melisande, od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie pozbyć się tej dziewczyny. Dałby jej dobre referencje, oddawała się pracy całym sercem i być może nawet znalazłaby zatrudnienie u Greengrassów. - Co o tym sądzisz? - Zdanie Melisande było ważne. Potrafiła poczynić obserwacje, które pozostawały obce dla jego oka, mogła w tym dostrzec wartość, której sam nie dostrzegał lub potwierdzić jego obawy. - Duża swoboda mogłaby mu pomóc nabrać pewności siebie, lecz czy ta pewność będzie wystarczająca? Czy po wyjściu spod jej opieki nie zderzy się z rzeczywistością, dzikimi prawami natury, zbyt brutalnie? - Nie mógł przecież zostać wychowany w iluzji siły, prędzej czy później pozna prawdę. Przymknął okno, wyczuwając nadciągający deszcz, po czym podszedł bliżej siostry, podając jej dłoń, chcąc pomóc damie elegancko powstać z siedziska. Robiło się późno, powinna odpocząć, nie powiedział jednak ani słowa - wierzył, że ten gest wystarczy. Nie chciał przerywać poważniejszej rozmowy. Wiele dzisiaj przeszła, nie zapominał tego, pomimo płynnego przejścia w rozmowę o smokach należących do rodziny.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Melisande Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 http://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 http://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 http://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow http://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
badacz-behawiorysta smoków
24
Szlachetna
Zaręczona
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
10
10
0
7
5
0
12
4
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   07.09.17 22:14

Przytaknęła lekko głową, gdy przyznał jej rację. Wiedziała, że ma w tym względzie dokładnie ten sam osąd. Genetyka w dużej mierze nie była do końca zbadana i posiadała wiele tajemnic. Ale jedno było pewne, skrzyżowanie tych samych genów nie było jednoznaczne z otrzymaniem takich samych potomków, mogła ich różnić już płeć, a to tylko pierwszy z podziałów, potem pojawiały się mniejsze, od kolorów oczu, owłosienia, po małe charakterystyczne gesty i sposobności, które nabywa się wraz z rozwojem i wzrostem.
- Wydaje mi się, że Hodur może dorównać siłą Badurowi, ale by mógł to osiągnąć, nie może przebywać obok niego. Potwierdzasz tylko moje przypuszczenia, że silniejszy zdominuje słabszego. Tak samo jak i fakt, że silniejszy może nie rozwinąć się tak sprawnie, bez obecności Hodura. – zgodziła się, gdy Tristan wyraził swoje zdanie potwierdzając wiele z jej przypuszczeń. - Trzeba znaleźć drogę by nie zahamować w żaden sposób rozwoju obu smoków. Wydaje mi się jednak, że Badur potrzebuje stabilizacji i opieki w postaci kompana stawiającego przed nim wyzwania i pozwalającego na równomierny rozwój siły i charakteru. Hodor natomiast – moim zdaniem – lepiej się rozwinie etapami. Jeden stały opiekun i drugi, zmieniający się, dopasowywany do jego rozwoju. Z konkretnymi etapami i zmianami „przeciwnika” w postaci opiekuna. Finalnie chciałabym zobaczyć oba smoki razem, jeszcze nie całkiem dorosłe, ale możliwe zrównane poziomem i siłą do siebie – jeśli wszystko potoczy się według założonych ram. Dalej powinny ponownie rozwijać się razem.  – zamilkła odciągając dłoń od wargi, przez chwilę jeszcze podziwiając widok jaki roztaczał się na różanego ogrody za oknem. Potem przeniosła spojrzenie na brata unosząc leciutko, nienachalnie kącik warg jakby przepraszając, jeśli z jest ust wydobyła się jakaś niesłychana głupota. Nigdy nie miała pewności czy jej wnioski i tezy mają choćby odrobinę sensu – często okazywało się, że tak, ale i tak lubiła je podeprzeć potwierdzeniem z ust Tristana. Mimo upływu lat i zmian w jakich dokonał w nich czas, nadal pozostawał jej niezachwianym autorytetem w każdej z dziedzin – choć na wyszywaniu znała się pewnie lepiej, zawsze uważając tą umiejętność za mozolnie nudną i kompletnie niepotrzebną. Ufała mu bardziej niż komukolwiek. Nie sprzeciwiała się matce zbyt często – mimo biegnącego czasu relacje między nimi nadal pozostawały neutralnie oziębłe – by nie musiał kłopotać się kolejnym zażegnywaniem kryzysu. Z ojcem nigdy nie miała problemów, miłowała go prawie tak mocno jak brata. Prawie, bo w głębi serca wiedziała, że gdyby tylko miała wybrać, nie namyślałaby się długo, bowiem wybór nigdy nie był realną opcją. Wybrała już za dziecka, wiernie trzymając się tego, komu ufała najmocniej.
- Arienn byłaby pierwszym etapem Hodura. Przy niej mógłby poczuć się silniejszy, zyskałby pewność w ruchach i działaniu. Ale nie mogłaby być jego stałym opiekunem – przyznała wzdychając lekko. Nie tyle nad słowami, co nad samą kobietą, próbowała znaleźć dla niej miejsce w rezerwacie, lubiła ją i ceniła za wiedzę, ale jej podejście do smoków nie posiadało elastyczności, która była w cenie. Zwłaszcza przy gadach. Elastyczność, lub pewność. Najlepiej obie te cechy. – Trudno mi to przyznać, ale Arienn może zajmować się tylko młodymi smokami i też nie za długo, bo posiada manierę przyzwyczajania ich do siebie i zbyt wielkiego pobłażania. – podała dłoń bratu podnosząc się z miejsca oplatając dłoń wokół ramienia. Jakby była to naturalna kolej rzeczy. Właściwie była – wiedzieli to oboje – za oknami zszarzało i salony zaczęła wpełzać noc. Rozmowę mogli dokończyć idąc korytarzem. – Jeśli mam być szczera, nie wiem co powinniśmy z nią zrobić. – przyznała otwarcie unosząc twarz i spoglądając w oczy Tristanowi, szukając w jego spojrzeniu kolejnej rady. Zawierzała mu we wszystkim i to on prowadził rezerwat, ale nie chciała pozbawić pracy kobiety, którą darzyła szacunkiem i sympatią. – Myślisz, że powinnam rozmówić się z Greengrasami w jej kwestii? Pracuje dla nas od lat i włożyła w rezerwat wiele, ale przychodzą nowi opiekunowie, zdecydowanie bardziej odpowiadający naszym metodom. - zamilkła w oczekiwaniu na kolejną opinię brata. Mentora, autorytety, obrońcy, człowieka, któremu świadomie powierzała los swój. Człowieka, dla którego zrobiłaby wszystko i który - była tego pewna - zrobiłby wszystko dla niej, gdyby któreś z nich poprosiło. Ta myśl została przy niej, gdy przypomniała sobie o drugiej sprawie. - Gdybyś mógł szepnąć o mnie dobre słowo lordowi Abraxasowi, myślę że to właściwy moment. - dodała jeszcze, Tristan wiedział o którą z kwestii musi jej chodzić. Gdy stanęła przed ojcem kilka lat temu przedstawiając swoją propozycje jasno wyraziła chęć zajęcia się dyplomacją rezerwatu, obecny pracownik sprawował się dobrze, jednak miał już swoje lata i w pewnych sprawach Melisande nie zgadzała się z jego decyzjami. Wiedziała też, że nie nauczy się od niego niczego więcej. Specyfika pracy lorda Malfoya różniła się od tej, którą miała podjąć, ale była niemal pewna, że jej przypuszczenia o tym, że to właśnie u niego nauczy się najwięcej, są prawdziwe.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój muzyczny   11.09.17 23:57

Melisande miała niesamowite wyczucie, rozumiała smoki, potrafiła się wczuć w ich psychikę, wiedziała, czego się po nich spodziewać. Z doskonałą wręcz precyzją potrafiła przewidywać - ich rozwój, możliwości, potencjał. Odkąd pojawiła się w rezerwacie nieustannie z podziwem -  i szacunkiem - przyjmował jej kolejne spostrzeżenia, odnajdując w nich intuicyjną mądrość. Miała naturalny talent płynący razem z krwią, ale i przeczucie, które pozwalało jej stawiać ważne i wartościowe tezy. Nie wierzył w słabszego ze smoków i gotów byłby go zostawić na zmarnowanie na korzyść silniejszego, który w jego oczach uchodził za bardziej wartościowego. Melisande szukała wyjścia, które pozwoli im zatrzymać obydwa gady w dobrej kondycji, wyciągając delikatną kobiecą rękę w kierunku tych, którzy tylko pozornie wydają się słabsi. Już niejednokrotnie przekonał się, że warto jej posłuchać - była subtelną przeciwwagą dla jego często gwałtownych osądów. Obserwował jej unoszący się przepraszająco kącik ust, w odpowiedzi skinąwszy głową na potwierdzenie jej słów i rozwianie obaw. Patrzyli na jedną sprawę z dwóch różnych punktów widzenia minimalizując ryzyko pomyłki, miał obawy, czy wymiana opiekuna nie wprowadzi w słabszego ze smoków zbyt dużej dezorientacji, nie wyartykułował jednak swoich obaw, nie tym razem. Metoda zaproponowana przez Melisande była eksperymentalna i mogli spróbować ją wypróbować w surowym stanie. Był niemal pewien, że osiągną skutki, które ich zadowolą, a jeśli nie - to przynajmniej zbiorą bardzo cenne doświadczenie. Nie wątpił, że jego siostra zadba o dokładną dokumentację, dla nich i dla potomnych.
- Spisz dyspozycje - zaproponował spokojnie, biorąc siostrę pod ramię; wolnym krokiem wyprowadzając ją z pokoju muzycznego; śpij tej nocy dobrze, Marianne. - Im wcześniej zaczniemy działać, tym lepiej. Być może opracowana przez ciebie metoda przyniesie zbawienny wpływ na Badura. I oby tak się stało - mogli mieć jedynie pobożne życzenia, nie znając przyszłości; jeśli tylko istniał sposób na ocalenie smoka przed przyszłością miernoty - musieli tego spróbować. - Powinni zacząć jak najwcześniej - kontynuował, unosząc lekko głowę, puszczając siostrę przodem w drzwiach. - Najlepiej od jutra. - Zakończył bez zająknięcia. Wierzył w nią, wierzył w jej tezy i wierzył jej myślom. Analizując koncepcję w głowie - wydawała się mieć sens.
- Smoki, którymi opiekuje się Arienn - kontynuował, z siostrą pod ramieniem przemierzając dalsze części korytarza - rosną na mało agresywne. Słabe charakterem. - Nie takie geny próbowali osiągnąć. - Jeśli ma być pierwsza, tym bardziej nie powinniśmy zwlekać z twoim programem. Niech skończy ten projekt, a potem ją oddalimy. - Ziarno wątpliwości w słowach Melisande jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że u Rosierów dla Arienn nie było miejsca. Przeniósł na nią spojrzenie, ponownie uchwyciwszy jej w głosie obcą sobie łagodność, ostatecznie nie miał powodów, żeby pożegnać ją źle. Była im wierna, pracowała skrupulatnie, choć nie wszystko potrafiła i nie zawsze podejmowała roztropne decyzje. Zaoferowanie jej nowej posady równocześnie z wręczeniem zwolnienia wydawało mu się zbytkiem łaski, a jednak pozytywnie oddziałującym na morale pozostałych pracowników. Zbyt często o tym zapominał. - Mogłabyś to zrobić? - nie prosił jej o to, pertraktacje z Greengrassami zwykle i tak bywały trudne -  domyślał się, że było to konsekwencją kilku oczywistych obraz, jakie w ich kierunku zdążył wystosować. Ale przecież nie głosił w ich kierunku żadnych osądów, które mijałyby się z rzeczywistością, uwielbiali mugoli, pobłażali smokom i nie potrafili prowadzić rezerwatu, będąc na smocze bestie zwyczajnie zbyt słabi. - To byłoby właściwe - stwierdził w końcu, zatrzymując się pod znajomymi drzwiami komnat starszej z sióstr, stając naprzeciwko Melisande. Badawczo przyjrzał się jej twarzy, obserwując usta, oczy, każde poruszenie, każdy grymas, chcąc się upewnić, że jego siostra była co do swojej prośby przekonana. W końcu - nie odnajdując nic niepokojącego - skinął głową. - Doświadczenie Abraxasa będzie dla ciebie nieocenione - nie musiał tego mówić, wiedzieli o tym. I ona i on, w trudnej sztuce dyplomacji Malfoy nie miał sobie równych. - Porozmawiam z nim - obiecał, unosząc lekko dłoń na jej talię, z wolna przysuwając się bliżej niej, uderzyła go woń różanych olejków, gdy złożył na jej czole oszczędny, troskliwy pocałunek. - Śpij dobrze, Melisande - pożegnał ją, odstępując od drzwi - dopiero, kiedy w nich zniknęła, ruszył dalej oświetlonym blaskiem świec korytarzem.

/zt x2 Pwease




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Pokój muzyczny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Kent, Dover, Château Rose-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17