Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Balkon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Balkon   30.08.17 12:13

Balkon

Opis będzie później

[bylobrzydkobedzieladnie]


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   30.08.17 12:57

6 maja
Nie powinno go tu teraz być. Powinien być z ojcem lub zastanawiać się nad sprawami związanymi z Azkabanem jak i tym samym - odbiciem dwóch ważnych dla Riddle'a postaci. Nie żałował Burke'a i nie zamierzał mu współczuć, bo sam fakt, że dał się złapać był jednoznaczny. Używał więc czarnej magii w obecności aurorów, sprowadzając tym samym zagładę na siebie i zapewne również na Rycerzy Walpurgii. Skoro oni mieli w swoim gronie silnego legilimentę, dlaczego zgrupowanie Zakonu Feniksa nie miało go mieć? Bardzo możliwe że poznali już wszystkie zagadki związane z ich ugrupowaniem, cele, przywódcę, członków. Jeśli to wiedzieli, dlaczego jeszcze nie reagowali? Czemu pozwalali sobie na bezczynność, skoro mogli posiadać te wszystkie informacje? Czemu wszyscy czuli się w miarę bezpieczni, a ich tożsamość jakby pozostawała bezpieczna? Na jak długo? Myśląc o tym, ponownie podniósł do ust szklankę z dobrym rocznikiem Ognistej wpatrując się w rozległe tereny, których granicy nie można było dostrzec. To wszystko należało do jego ojca, do rodu Yaxleyów, do niego samego. Wczoraj przekroczył południową linię dzielącą ich ziemie od terytorium Selwynów w tamtejszych lasach. Niezauważenie i szybko. W biały dzień pozwolił sobie na lekkomyślność, wiedząc, że wymknięcie się z rodowej siedziby było dobrym rozwiązaniem, chociaż nie w takim celu, który sobie obrał. wyprawa pozwoliła mu odświeżyć myśli, poukładać chociażby skrawek chaosu, który teraz dookoła niego panował. Tyle spraw nakładało się jedna na drugą i krzyczało o uwagę. Ojciec wzywał do siebie, powołując się na lojalność rodzinie; Czarny Pan wzywał swoje sługi, wspominając o panującej teraz czarnej magii, którą powinni pochłonąć; rezerwat słał zawiadomienia o kolejnym zaginięciu smoków i pomocy w jego odszukaniu; reszta Yaxleyów wprowadzała się do oddalonej od wszystkiego rezydencji i również wołała o uwagę. I jeszcze dzień wczorajszy... W którym postąpił jak ostatni głupiec. Nie powinien był się z nią widywać, ale po prostu nie mógł się powstrzymać przed zobaczeniem jej chociaż przez chwilę. Dał się ponieść pragnieniom, jednak wiedział dlaczego tak łatwo im uległ. Pojmowanie świata przez człowieka w niczym nie dorównywało odbieraniu bodźców pod postacią animaga. Nie wiedział jak można było być nieczułym na to co się wtedy działo. Bycie człowiekiem, a wilkiem różniło się. Było inaczej. Prościej i szybciej. Do jego zwierzęcej natury należały chaotyczne obrazy, sceny, wiedza, której nie dało się wyrazić słowami. Te wspomnienia były trochę jak sen. Nie było w nich słów ani porządku. Światło było ostrzejsze, dźwięki też. I zapachy. Tamten świat składa się z zapachów. I uczuć. Krótkich, ostrych i sensownych. Pragnień. Jedzenie, przestrzeń, bieg, polowanie, jedzenie, atak, czasem był też strach albo gniew. Czuło się i robiło dokładnie to, co się czuło. Dlatego tak łatwo to jedno uczucie nim pokierowało, by ją odszukał. Wiedział, że będzie sobie to wyrzygiwał. Że będzie o tym myślał i chciałby, żeby w głębi serca również i żałował. Ale nie mógł tego powiedzieć. Dobrze zdawał sobie sprawę, że to nie była prawda. Myśląc o tym wszystkim, stał na balkonie, nie zauważając tego, co działo się za jego plecami. Możliwe że nawet by nie usłyszał przez tę krótką chwilę wołania swojego ojca, gdyby takowe się rozlegało po wielkich, pustych korytarzach. Rzadko kiedy miał teraz czas tylko dla siebie i swoich myśli. Musiał je dzielić na rodzinę, smoki, Rycerzy. I każda z tych części jego życia pragnęło jego czasu i lojalności. Poświęcenia. Czy gdyby zrezygnował z którejś z nich wciąż byłby tym samym człowiekiem? Na to pytanie odpowiedź była dziecinnie prosta.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   30.08.17 14:50

Dużo się ostatnio wydarzyło. Anomalie, których nie potrafiłam wytłumaczyć, podczas których sufit w mojej sypialni spadł mi na głowę, i, nie wiadomo jak, znalazłam się na moczarach, setki kilometrów od własnego domu. Zniszczenie Yaxley’s Hall, tak duże zniszczenie, że wręcz nie opłacało się naprawiać całej posiadłości. Gdy tylko opuściłam mury Świętego Munga przyszedł czas na przeprowadzkę do Yaxley’s Palace, do Morgoth’a i jego rodziny, do nestora. To wszyscy bardzo mnie stresowało, byłam przejęta zniszczeniami, nie najlepszym stanem zdrowia ojca, śmiercią wujka Rosiera. Nie czułam się najlepiej. Nie czułam się bezpiecznie, nawet otoczona solidnymi murami, ogromną połacią zielonych terenów Fenland i trolli patrolujących okolicę. Coś dało radę wedrzeć się do mojego domu, zrobić krzywdę mi i mojej siostrze, zaburzyć spokój mojej rodzinie, a ja nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Ta bezsilność i niewiedza bardzo mnie bolała.
W Yaxley’s Palace nie czułam się jak w domu, póki co. Nie było to miejsce, w którym się wychowywałam, w salonie nad kominkiem nie wisiał obraz mojej matki, z piękną, pojedynczą, czerwoną różą ustawioną w wazonie. Nie było tu mojego fortepianu, mojego łóżka w mojej sypialni. Chociaż wszyscy, cała służba i domownicy, starali się, abyśmy z Lilianą czuły się jak u siebie, to jednak to nie było to. I chyba każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę.
Przemierzałam korytarze pałacu, jak księżniczka w długiej sukni odkrywałam tajemnice tego miejsca, które dotychczas nie były mi znane. Miejsce, w którym żył mój kuzyn, który był mi jak brat, było równie odległe i nieznajome co jego serce. A ja bałam się tych nowości, bo nie wiedziałam co przyniosą i jak będzie wyglądać jutro.
Morgoth nawet się nie ruszył, gdy uchyliłam duże drzwi, prowadzące do sporej wielkości, niemal pustej, sali, gdzie wielkie okna wychodziły na tereny należące do Yaxley’ów. Dostrzegłam go od razu, a on zdawał się zbyt zajęty swoimi myślami, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła. Nawet gdy zbliżałam się ku niemu nie wyczuł mojej obecności. Dałam radę podejść naprawdę blisko, niemal stanąć kilka kroków za jego plecami. Obserwowałam jak opiera się o solidną barierę, unosi rękę trzymając szklankę z alkoholem i przystawia ją do ust, aby wypić z niej kilka łyków. Przecież ledwo zaczęło się popołudnie. Martwiłam się.
Nie odezwałam się jednak ani słowem, nie chcąc dłużej stać za jego plecami przesunęłam się w bok, zbliżając się do barierki. Zacisnęłam dłonie na kamiennej balustradzie, przez chwilę stałam tak, na odległość wyciągniętych rąk. Widok był przepiękny, zapierający dech w piersiach. Yaxley’s Hall było bardziej ukryte w lesie, otoczone drzewami i z najwyższego piętra nie miałam takich widoków, a tutaj? Tutaj mogłam spojrzeć na cały teren, na piękne zielone korony, na świecące słońce i bezchmurne niebo. Przysunęłam się bliżej, stając na palcach wychyliłam się lekko, jakbym chciała znaleźć się poza barierką, bliżej tego wspaniałego widoku.
Nie zwróciłam się do Morgoth’a ani słowem, nie spojrzałam na niego gdy stanęłam obok. Ostatnio był bardzo zamknięty w sobie, małomówny i bałam się, że go spłoszę, gdy tylko będę chciała zacząć rozmowę. Musiałam znaleźć nowy sposób na dotarcie do niego, na otworzenie jego serca na siebie. Ledwo się z nim pogodziłam i nie chciałam dopuścić do tego, aby stracić go ponownie. Nie teraz, gdy ponownie stał się moim bratem.





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   30.08.17 15:20

Właśnie przez ów anomalie, które zniszczyły Yaxley's Hall i przybycie swoich krewnych do pałacu, czuł się zaniepokojony. Nie było to absolutnie związane z ich obecnością, a bardziej z faktem, że życie jedynie w czwórkę miało zostać na zawsze przerwane. Ilość mieszkańców miała się drastycznie powiększyć i zastanawiał się jak poradzi sobie ze stawieniem czoła bliskim, którzy od teraz stali się również jego sąsiadami rozsypani po skrzydłach wedle wcześniej ustalonego porządku. Wciąż miał w głowie każdą rozpiskę wydatków, które wyłożył jego ojciec, by doprowadzić odpowiednie pomieszczenia do standardu godnego ich krewnych. Pamiętał co miało być przeznaczone do komnat Cynerica, Rosalie, Liliany. Zorganizowano również wywózkę wszystkich rzeczy z ich dawnej posiadłości do nowej. Mogli zabrać co chcieli, jednak wiadomym było, że dawne przedmioty, z którymi byli związani musiały ustąpić miejsca tym, które znajdowały się już w Yaxley's Palace. Nie mogło to być miłe uczucie, jednak czas jak i sytuacja nie zamierzała ich oszczędzać i należało stawić temu czoła. Morgoth nie miał ostatnio czasu, żeby pomyśleć o czymś tak przyziemnym jak odpoczynek. A na pewno nie brał pod uwagę zaszycia się z daleka od innych, chociaż bardzo by tego pragnął. Tym razem to do jego domu przyszła reszta Yaxleyów, szukając ostoi u nestora. Ich siedziba została zniszczona i nie zamierzali jej odbudowywać, a przynajmniej nie w tym momencie. Ojciec nie zamierzał chwilowo poświęcać uwagi na odbudowę domostwa, która mogła poczekać. Najważniejsze żeby jego bliscy znaleźli schronienie i mieli je właśnie tutaj - na bagnach oddalonych od cywilizacji i zaszytej nad brzegiem ogromnego jeziora. Pośród ciszy i mgły. Cieszył się, że nic im się nie stało, że tylko Yaxley's Hall ucierpiało, a nie któryś z domowników. Nie miał nic przeciwko ich obecności, ale w pewien sposób martwił się, że mogłoby to wpłynąć na relacje między nim a jego kuzynostwem. Czy taka bliskość Liliany mogła zaszkodzić? Nie byli w najlepszych kontaktach od referendum i nie dostrzegał, by miało się to zmienić. Nie zamierzał zabiegać o czas dziewczyny, a wręcz przeciwnie. Tak samo jak z Rosalie. Nie chciał dać się im złapać na rozmowę, podczas której musiałyby się ugruntować w zdaniu, że to nie był ten sam Morgoth co kiedyś. Nie chciał ich zawodzić, ale nie był naiwny. Kiedyś musieli się skonfrontować, a to co miały spotkać, nie miało ich uradować. Zmiany które w nim zaszły na przełomie tych kilku miesięcy nie były złe, a przynajmniej nie dla niego samego. Jedynego czego nie był pewien były ostatnie, powtarzające się sny i dziewczyna do której wracał w nocnych marach. Czy oznaczało to, że zaczął tracić zmysły? A może przyczyna była zgoła inna? Zastanawiał się nad tym czy może nie było to powiązane z magią, która związała go z Gostirem, jednak odrzucił tę koncepcję całkowicie. Szukał odpowiedzi w księgach związanych z krainą snów, ale nie znalazł nic co mogłoby mu podpowiedzieć prawdziwy sens i znaczenie wracania do jednego świata. I to w tak chronologicznym kontekście. Nie chciał mówić o tym ojcu, bo ten i tak miał dość spraw na głowie. Cyneric również ze zbliżającym się planowanym ślubem, który musieli przenieść do Yaxley's Palace. Znając Rosalie zapewne wzięła to znowu za zły omen, nie mając szczęście do ludzi, którym powierzyła swoje słabe serce. Teraz jednak nie miała czego się obawiać. Cina mógł jej zapewnić wszystko o czym tylko marzyła, łącznie z noszenia do śmierci chwalebnego nazwiska ich rodu. Poniekąd było to dość dziwne, gdy w tym samym momencie pojawiła się tuż obok niego jak zjawa w długiej sukience, której końce sunęły po posadzce niczym woal z najbogatszego materiału. Pozwolił, żeby jej perfumy dotarły do niego i odetchnął nieco głębiej, czując je tak wyraźnie jak wtedy gdy zjawiła się w ogrodzie przy kamiennym stole. Też nie spojrzał na nią i wspólnie wpatrywali się przed siebie, będąc nie tylko połączeni przez wspólne gwiazdy, ale również i miejsce, które miało stać się ich wspólnym domem. Również się nie odezwał, pozwalając, by myśli wciąż zajmowały pierwsze miejsce jak zawsze. Ta sytuacja przypominała mu ich wspólny spacer nad brzegiem Tamizy. Chyba wtedy ostatni raz rozmawiali tak szczerze i nie martwiąc się o ciąg dalszy. Jak dawno temu to było? Morgothowi wydawało się, że od tamtej chwili minęły dekady i oboje nie byli już tymi naiwnymi dziećmi, co wtedy.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   31.08.17 0:51

Wiedziałam, że nic mi tu nie grozi, że nikt nie pozwoli na to, aby stała mi się krzywda, ale ja jednak czułam obawy. Nie czułam się tu pewnie, chociaż powinnam. Nie czułam rodzinnej atmosfery, chociaż wszyscy starali się, abym ją czuła. Część moich rzeczy zostało zniszczonych, musiałam zastąpić je nowymi, co również nie było mi na rękę. Nie lubiłam zmian. Nie takich. Nie po tym co przytrafiło mi się niecały tydzień temu, jak bardzo bałam się o zdrowie Liliany, narzeczonego, ojca. Czułam ogromną niepewność i nie potrafiłam się jej pozbyć.
Martwiłam się. Tyle zmartwień miałam teraz na głowie. Czy zbliżający się ślub w tych czasach to na pewno dobre wyjście, czy Liliana zrozumiała to co jej wczoraj przekazałam, czy to co się dzieje z Morgoth’em to nic złego? Cyneric miał mieć go na oku, obiecał mi to, więc wierzyłam, że jeśli coś będzie nie tak, to nawet jeśli mi o tym nie powie, to się tym zajmie. Martwiłam się stanem ojca, budziłam się w nocy z koszmaru, że podzielił on losy wuja. Martwiłam się o Rosierów, ciotkę, jak oni to wszystko znoszą. Gdzieś na szarym końcu zostawiłam swoje bezpieczeństwo, starając poświęcić się najbliższym. Starałam się spędzać z ojcem każdą wolną chwilę, przygrywając mu na fortepianie. Przecież tak to lubił. Starałam się ogarnąć Lilianę i zadbać o to, aby więcej nie robiła głupstw. Na Morgoth’a chyba nie mogłam wpłynąć, ale myślę, że sama moja obecność już dużo dawała. Byliśmy jak rodzeństwo, dzieliło nas ledwie kilka dni, byliśmy jak bliźniaki, które naprawdę potrafiły zrozumieć się bez słów. I bez słów teraz ze sobą rozmawialiśmy. On mi dawał wolność, pozwalał wychylać się przez barierkę, abym mogła zaznać trochę wolności i wiatru we włosach. Coś, czego brakowało mi jako dziecko. A ja mu dawałam krążyć myślami gdzieś daleko, gdzie nigdy by mnie nie zabrał.
Ostatni raz byliśmy ze sobą tak blisko w listopadzie, gdy zabrał mnie na spacer nad brzeg Tamizy. Miałam wrażenie, że było to tak dawno temu, tyle się wydarzyło i tyle się zmieniło! Tamta Rosalie nadal była we mnie żywa, ale mam wrażenie, że tamtego Morgoth’a już nie było. Zacisnęłam usta, stając już na pełnych stopach. Morgoth często zaprzątał moje myśli, często przyłapywałam się na tym, że rozmyślałam na jego temat. Nie wiedziałam, czy to słuszne, ale widocznie czułam taką potrzebę. Chciałam do niego dotrzeć, mieć go przy sobie. Spuściłam wzrok, spuściłam głowę spoglądając na swoje palce zaciśnięte na poręczy. Przysunęłam się bliżej niego i jedną dłonią chwyciłam jego przedramię, zaciskając ją na materiale jego szaty. Chciałam go zatrzymać, aby nie oddalał się od nas. Yaxley’e byli samotnikami, zdawałam sobie sprawę z tego, że jest to część naszej natury, ale to była ta część, której nie chciałam do siebie dopuścić. Oparłam o niego głowę, był przecież zdecydowanie ode mnie wyższy, tak, że stojąc tak blisko i chcąc spojrzeć mu w oczy, musiałabym zadrzeć głowę do góry. Ale nie chciałam patrzeć mu w oczy, nie teraz, gdy robiłam coś, na co nie powinien mi pozwolić. Utkwiłam spojrzenie przed siebie czekając. Aż się odsunie? Aż każe mi się odsunąć? A może aż delikatnie pogładzi mnie po blond włosach, milcząc ze mną dalej?





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   31.08.17 10:28

Nie było wielu rzeczy pewnych, jednak Morgoth nie wątpił w poświęcenie i oddanie swojej rodziny. Zamierzał powierzyć jej całe swoje życie i tak własnie działał. Od swojego urodzenia wiedział, że będzie wykonywał zadania powierzone mu przez nestora i ojca. A teraz te obie funkcje znajdowały się w jednym ciele człowieka, któremu ufał jak mało komu. Vasilas nie podejmował pochopnych decyzji, analizując je w swoim umyśle i często znał odpowiedź szybciej niż jego syn, który wciąż się uczył. Chciał być jak najlepszym synem i szlachcicem, którego celem było dobro rodziny. Przebywając od dziecka w towarzystwie tak znakomitej osobistości, jaką był jego ojciec, bał się, że nigdy mu nie dorówna. Że nigdy nie będzie potrafił tak chronić bliskich jak on. Bo tylko oni się liczyli na całym świecie. Czy walcząc właśnie za te przekonania, można było mieć wątpliwości co do podejmowanych działań? Dlatego się nie wahał, gdy trzeba było zareagować. Gdyby nie poczucie odpowiedzialności za ród, nie stałby się częścią Rycerzy Walpurgii ani nie postąpiłby kroku dalej - nie złożyłby Przysięgi Wieczystej, składając na szali nie tylko swoje zdrowie, ale również życie. Bo kim by był, gdyby nie był gotów oddać go za to w co wierzył? Ile oznaczałyby jego słowa? Jeśli ktoś składał fałszywe obietnice, przestawałyby mieć znaczenie. A on nie był kłamcą. Nie był też krzywoprzysięzcą. Dlatego robił wszystko, by zachować swój ród w jedności i bezpieczeństwie.
Nie martwił się więc o siebie. Nigdy tego nie robił, wierząc, że skupienie się na swojej osobie jedynie oddalało go od bliskich, którymi obiecywał się zająć. Gdy dał się zaprowadzić własnym myślom, własnym pragnieniom nie skończyło się to dobrze, dlatego nie zamierzał dać się zaprowadzić złudnym uczuciom na ścieżkę, z której mógłby nigdy nie wrócić. Znał swoją powinność, a osobiste zachcianki nie mogły stanąć jej na przeszkodzie. Zdawał sobie sprawę, że należało je eliminować. Niezależnie od konsekwencji, które za sobą ciągnęły. Dlatego pod tym względem byli do siebie podobni z Rosalie. Ona również wiedziała, że najważniejsza przede wszystkim była rodzina. I chociaż dojście do tego zabrało jej wiele lat, podczas których krążyła po wijących się ścieżkach lekkomyślnie podjętych własnych decyzji, była teraz na tej właściwej. Tylko u boku Cynerica mogła stać się kimś, kim zawsze chciała być - osobą, która miała zadbać o swoją rodzinę. Z każdym innym mężczyzną, którego sobie wybierała, nie czekało ją nic innego jak tylko cierpienie. Czy właśnie życie nie prostowało tych błędów przez zbiegi okoliczności? Morgoth nie pragnął nieszczęścia dla swojej kuzynki, która była w końcu częścią jego samego, jednak nie mógł powiedzieć, by utrata tamtych miłostek go zasmuciła. Zaprowadziły ją do właściwego człowieka. On też często o niej rozmyślał. Była w końcu Yaxleyem. Bliższym krwią nawet od Cynerica. Wiedział, że jej wrażliwa dusza miała się zadręczać jego postępowaniem, ale nie chciał by tak było. Czy się zmienił? Jednak trzeba było sobie zadać pytanie co ta zmiana ze sobą niosła. Nie było już dziecka, naiwnego i nie znającego błędów. Czy dziewczyna u jego boku dalej tkwiłaby tutaj, gdyby wiedziała co robił? Co zamierzał zrobić? Krew Barryego Weasleya jeszcze nie ostygła w ciemnej trumnie, a on planował już dalsze działania. Nie poruszył się, gdy go dotknęła ani nie zareagował, czując jej głowę przy swoim ramieniu. Miała rację. Nie powinna była tego robić, jednak gdyby była kimkolwiek innym, odsunąłby ją. Ten gest nie był oznaką czegoś niedobrego, a jedynie troski, która drzemała w delikatnym ciele blondynki. Pozwolił, by jeszcze kilka chwil milczeli, wpatrując się przed siebie zupełnie jakby spoglądali wspólnie w przyszłość. A przecież równocześnie była to przeszłość ich przodków. Pochylił na moment głowę, odrywając spojrzenie od rozległych terenów i zerkając na kuzynkę. Widział jej jasne włosy, nos, oczy zapatrzone w przód.
- Rosalie... - powiedział. Tylko jej imię. Nic więcej. Kryło się za tym jednak wszystko co chciał powiedzieć i wiedział, że rozumiała. Szukała kogoś, kogo tam już dawno nie było i nie miał wrócić. Czekała na cień człowieka, mając nadzieję, że poświęceniem swojego czasu wydobędzie go na światło dzienne. Ale on nie mógł jej dać tego czego chciała.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   31.08.17 17:57

Gdy Morgoth dorastał w obliczu swojego ojca, z którego mógł brać przykład ja miałam ciotkę, która wychowywała mnie jak swoją własną córkę wpajając, mimowolnie, nauki odpowiednie dla Rosierów, które nadal gdzieś siedziały w głębi mojego serca. Zamiłowanie literaturą, sztuką, wrażliwość, obycie oraz nienaganne maniery. Ojciec, typowy Yaxley, nie był w stanie nam tego zapewnić, a ciocia postawiła solidne fundamenty, na których z późniejszym czasem gówernanci mogli swobodnie budować. Dlatego, czując się w pełni Yaxleyem jednocześnie nim w pełni nie jest. Wychowanie oraz geny matki, Rosierówny, wzięły nade mną górę. Co nie oznacza jednak, że ojciec nas, mnie i Lilianę, źle wychował. Wpoił nam wszystkie najpotrzebniejsze zasady, historię naszego rodu jestem w stanie opowiedzieć wybudzona ze snu w środku nocy, uwielbiam oglądać szermiercze pojedynki i jestem niezwykle dumna, nie raz przyłapując się na uważaniu innych rodów za gorszych, bo młodszych. No i rodzina, która była dla mnie najważniejsza i, dla której byłam w stanie zrobić wszystko i poświęcić wszystko. To chyba była prawdziwa siła Yaxley’ów.
Oraz to, że swoje dobro i potrzeby zostawiali za sobą, nie przejmowali się tym i nie zwracali na to uwagi, poświęcając swoją uwagę rzeczom czy osobom ważniejszym. Taki był Morgoth i wiedziałam o tym dobrze, taki był Cyneric, taki był mój ojciec i taka byłam również i ja. I się z tym nie kryłam, każdy chyba wiedział, że zrobiłabym dla Yaxley’ów wszystko, ale nie tylko dla Yaxley’ów, taki Tristan był mi równie bliski.I dla niego również skoczyłabym w ogień.
Żałowałam każdej straconej chwili z Morgot’em, ale musiałam dojrzeć do tego, aby do mnie dotarło. Zajęło mi to kilka lat, podczas których nosiłam w swoim sercu całkowicie niepotrzebną urazę, przez którą straciłam szmat czasu, gdy mogłam spędzać go z Morgoth’em i zacieśniać nasze rodzinne więzy. Może teraz byłby mi bliższy, może byłby w stanie powiedzieć mi co się z nim dzieje, dlaczego tak się dzieje i zapewnić, abym się nie martwiła? Chociaż nie wiem czy jego słowa przyniosłyby zamierzony sukces. Ale nie odtrącił mnie, pozwolił, abym okazała mu swoją czułość, pokazała, że się martwię i mi na nim zależy. Bo zależało bardzo, przecież zawsze chciałam mieć starszego brata. Szkoda, że z własnej woli, chociaż miałam go na wyciągnięcie ręki, odsunęłam go tak, że nie byłam w stanie go dosięgnąć. Przez chwilę milczeliśmy, wpatrywałam się przed siebie nie chcąc, aby ta chwila minęła. Mogłaby trwać wiecznie. Chociaż czekały na nas obowiązki, to w tej chwili było mi na tyle dobrze, że nie chciałam puścić jego ramienia i odsunąć głowy. Aż w końcu wypowiedział moje imię.
- Wiem, czuję to - odpowiedziałam cicho, zaciskając mocniej palce na materiale jego szaty.
Nie prosiłam o wyjaśnienia wiedząc, że i tak nie powie mi co się wydarzyło, że zaszła w nim tak duża zmiana. Prawdopodobnie nigdy nie miałam się dowiedzieć, że miał krew na rękach i to niejedną, w tym jednorożca, który był mi tak bliski jak rodzina. Prawdopodobnie nigdy nie miałam się dowiedzieć, że to jego przeklinałam w myślach dowiadując się o kolejnych zabójstwach tych pięknych zwierząt. I może lepiej?
- Nie potrafię tego zrozumieć - szepnęłam, wtulając się mocniej w jego ramię. - Ale szanuję i wspieram cię.
Cóż mogłam innego zrobić? Byłam kobietą, moje miejsce było o krok za mężczyzną, powinnam go wspierać i szanować tak i jego jak podjęte przez niego decyzje. I nie ważne, czy był to mój ojciec, mój narzeczony czy mój najbliższy kuzyn. Każdy mężczyzna, każdy męski potomek Yaxley’ów zasługiwał na to ze strony kobiet. Więc i mojej.
Nie puściłam go, a jedynie przymknęłam oczy. Już wiedziałam, że zamknął dla mnie drogę, że nie dopuści, abym próbowała wrócić dawnego Morgoth’a. Trudno było mi to zaakceptować.





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   31.08.17 18:56

Morgoth również posiadał dwójkę odmiennych rodziców, których charaktery różniły się jak ogień i lód, ale razem stanowili ogniwo tak spoiste i niezniszczalne jakiego jeszcze nigdy nie spotkał. Ona spokojna, nie podnosząca głosu, kochająca matka ukazująca swoim dzieciom miłość, której potrzebowały. On twardy, małomówny i wymagający ojciec, który mało kiedy mówił coś dobrego w stosunku do syna. Leia miała zupełnie inaczej, jednak wiadomym było, że córki zawsze prowadziły zupełnie odmienne życie od swoich braci. Mężczyzn przygotowywało się do roli głowy rodziny, do zapewnienia przyszłym potomkom dostatnich lat dorastania, mieli podejmować twarde decyzje. Mieli być silni i nieustępliwi w swoich działaniach. Morgoth nigdy sobie nie wybaczył, że już na początku zawiódł swojego ojca pod tym względem. Nie był w pełni sił, nawet gdy choroba nie atakowała jego ciała i wydawało się, że był względnie zdrów. Klątwa Ondyny pochłaniała go z każdym dniem, aż w końcu miała zaprowadzić do grobu. Jedynym znakiem zapytania było kiedy to się wydarzy? Dlatego jedyny syn Vasilasa i Beatrice poświęcał tak dużo czasu zajęciom, które nie powinny nigdy go interesować. Już sama praca ze smokami była niebezpieczna, a dodatkowe obciążenie w postaci choroby jedynie narażało go na jeszcze większe ryzyko. Ale nie zamierzał rezygnować. Nie tylko było to związane z walczeniem z przeciwnościami i udowadnianiem sobie, że nic nie mogło ograniczyć Yaxleya. W końcu kochał swoją pracę. Uwielbiał przebywanie z podopiecznymi, zajmowanie się nimi. Dzięki zobaczenia świata ich oczami miał również inne podejście do tego zajęcia. Więź, która została zawiązana między nim, a jednym ze smoków była tak potężna, że pozwoliła mu nawet odczuwać jego rany. Wiedział, że nie powinien był, ale mrok, który ogarnął jego umysł po druzgocących wydarzeniach z końca lutego zbyt mocno zdominował go w tamtym okresie. Każde kolejne silniejsze odczucie przypominało mu jakby ktoś raz po raz uderzał w niego tłuczkiem, chcąc specjalnie zadawać mu ten ból. Nauczył się jednak by nie zawierzać uczuciom, które nigdy nie miały prowadzić ku dobrym zakończeniom. Nie w tym życiu. Nie nigdy.
Rosalie posiadała wrażliwość, którą również miała jego matka. Wyczuwała instynktownie gdy działo się coś złego z jej bliskimi i swoją obecnością starała się złagodzić burzę w ich umysłach. Nie potrzebowali słów. Nie byli rodami, które ceniły sobie bardziej bogactwa nad opanowanie i zrozumienie otaczającego ich świata. Nie analizowali poczynań w swoich sercach, nie odcinali się tak bardzo od świata, nie opierali się przed okazaniem własnego zdania i uczuć. Yaxleyowie byli zamknięci w sobie i otwarcie stręczyli od wielkich balów, które brylowały w świecie arystokracji. Nie lubili przepychu, chociaż ich domy nie świeciły pustkami. Doceniali naturę, pozwalając, by jej dzikość ich otaczała, dając również schronienie trollom. Byli odmienni od innych rodzin, nie wstydząc się tego i nie robiąc sobie nic z silnego przywiązania do tradycji. Wręcz była to ich chluba, gdy reszta rodów posiadała o wiele krótszą od ich własnej historię. Oboje z Rosalie zdawali sobie z tego świetnie sprawę i tak jak ich przodkowie wierzyli w siłę rodzinnych więzów.
To byłoby dla niej zbyt ciężkie doznanie. Nie mogła się dowiedzieć o tym, co się wydarzyło w jego życiu. Nie chciał, żeby kiedykolwiek widziała w nim słabość, której uległ i której się wstydził. Jednak nie tylko to miał ukrywać. Również i ukryty pod materiałem lewego przedramienia znak często dawał o sobie znać, a Morgoth mógł przysiąc, że czuł jak się porusza. Nie sprawiał jednak bólu. Chodziło o przypomnienie powinności, przysięgi, którą złożył i która związała go z Tomem Riddle do końca. Czy gdyby to wiedziała, poczułaby się lepiej z posiadanej wiedzy? Nie. Bałaby się. Poczuł jak mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu, dlatego znowu przeniósł na nią spojrzenie. Wtulała się w niego jak gdyby bała się, że zaraz odejdzie. Lub jakby żegnała się z tym, co straciła wraz z dawnym kuzynem. Jej słowa dotknęły go mocniej niż mógłby podejrzewać, ale nie poruszył się również i wtedy. Różniła się od Liliany, która z wrodzonej ciekawości i bezpośredniości chciałaby zaraz wiedzieć wszystko. Jedna i druga nie pogodziłaby się z odmową, jednak widok Rosalie był bardziej szczery i prawdziwszy. Im bardziej ktoś się opierał, tym łatwiej było przełknąć czyjś zawód. Ona jednak się z tym pogodziła, ugięła się pod jego wolą, nie starając się nawet zaprotestować. Przeniósł dłoń, by dotknąć delikatnie jej podbródek i nakierował jej twarz na swoją. Chciała by na niego spojrzała, chociaż ten raz. Przez chwilę milczał, wpatrując się w znajome rysy.
- Jesteś Yaxleyem. Zawsze będziesz mi droga. Gdy będziesz mnie potrzebowała, będę obok - powiedział spokojnie, wiedząc, że mógł dotrzymać tego słowa. A przynajmniej tak długo jak chodził po ziemi. I może już ten, kogo szukała nie istniał, ale mogła znaleźć oparcie i obecność. Nawet milczącą i niezrozumianą. Nie każda relacja musiała się wszak opierać na słowie. - Nie bój się - dodał, przejeżdżając kciukiem po zarysie jej brody. Nie chciał, żeby się martwiła. Nikt nie musiał się martwić o niego, chociaż wiedział, że taka była jej natura.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   01.09.17 0:16

Doskonale wiedziałam jak to jest być słabą. Nie tylko ze względu na moją słabszą płeć ale i chorobę, która mi doskwierała. Wiedziałam co przechodził Morgoth z codziennymi inhalacjami, otwartymi w nocy oknami, aby organizm mógł oddychać świeżym powietrzem, ze strachem, czy obudzi się następnego dnia żywy czy umrze podczas snu. Czy to nie było zabawne? Dwoje ludzi, w jednej rodzinie, urodzeni z różnicą zaledwie kilku dni, posiadający tą samą chorobę powinni być tak blisko. A my byliśmy sobie tak dalecy. Chociaż właściwie byliśmy sobie i bliscy i dalecy jednocześnie, było to bardzo trudne do wyjaśnienia, nasze relacje były niezwykle skomplikowane i nie potrafiłam określić ich nawet całym zdaniem. Bo może sama ich do końca nie rozumiałam? Podziwiałam go, że mimo swojej słabości robił to, na co miał ochotę. Nie ograniczał się, ryzykował, czerpał z życia pełnymi garściami i robił wszystko, aby stać się dumnym synem nestora, który w przyszłości, miejmy nadzieję, przejmie jego rolę. Wiedziałam, że Morgoth się do tego nadaje, od zawsze się nadawał, nawet gdy myślał, że zawodzi. Nie zawodził, robił to co mógł i starał się na tyle, na ile mógł. Jego ojciec to doceniał, jednak jego postawa i wychowanie nie pozwalały mu tego okazać. I w taki sam sposób wychowywał syna, na osobę, która również w przyszłości nie będzie potrafiła tego okazać. Cyneric również nie potrafił i mój ojciec też nie. Prawdopodobnie gdybym była mężczyzną byłabym taka sama jak oni. Ale byłam kobietą, teoretycznie wymagano ode mnie mniej, ale i ja zawsze czułam na swoim karku surowe spojrzenie ojca. Odpowiednia prezentacja, to było coś czym powinnam się zająć. Nie pracą w Ministerstwie, na co mi ojciec nie pozwolił, a pozwolił Lilianie, nie pracą w Rezerwacie, co cudem wybłagałam. Miałam być idealną córką, sprawiałam takie wrażenie, a nieraz ojca zawiodłam. Więc Morgoth nie był jedynym, który się z tym mierzył. Podziwiałam go, tak jak każdego innego mężczyznę z naszego rodu, ufałam jego słowom, jego wiedzę stawiałam ponad wszystko wiedząc, że nie powiedziałby czegoś nie mając pewności, że nie zrobiłby nic co miałby nam zaszkodzić. Podziwiałam go za ten spokój, za opanowanie, umiejętność milczenia i rozwiązywania problemów, które go otaczały. W moich oczach był idealnym Yaxley’em, opiekunem, przyjacielem, moim bratem. Dlatego też nie mogłam go do niczego zmusić. Cokolwiek myślałam na temat jego zmiany, jak bardzo mnie ona nie bolała, tak nie miałam prawa wymagać od niego, aby się zmienił. Aby dawny Morgoth wrócił. Nie miałam do tego prawa. Mogłam się jedynie z tym pogodzić, zaakceptować, chociaż bardzo było mi z tego powodu przykro. Ugięłam się pod jego wolą uznając ją za wyższą, nie protestowałam, nie prosiłam. Dzisiejszego dnia, ani żadnego następnego, nie usłyszy ode mnie krytyki czy pytań. Stało się i, cokolwiek bym nie zrobiła, nie odstanie się już. Mogłam się jedynie poddać i zaakceptować to wierząc, z całego serca wierząc, że jego decyzje były słuszne i zgodne z wolą jego serca. Czując jego dłoń na swoim policzku, dalej na brodzie, gdy unosił moją twarz posłusznie na niego spojrzałam swoimi błękitnymi oczami. Milczałam, czekając aż zdecyduje się odezwać. Byłam dzisiaj niezwykle cierpliwa, milcząca jak nigdy, ale miałam wrażenie, że tego wymaga ode mnie sytuacja i sam Morgoth. Słuchałam jego słów, wszystko co mówił zapisywałam w swojej pamięci, było to dla mnie bardzo ważne.
- Wiem - odpowiedziałam tylko cichym głosem. - Nigdy mnie nie zostawisz, a ja nigdy nie zostawię ciebie.
Przymknęłam oczy, delikatnie przechylając głowę dopasowując się do jego ruchu. Do czułego dotyku na mojej twarzy. Nie było w tym nic złego, ja nie widziałam w tym nic złego. Nie bardzo potrafiliśmy ze sobą tak beztrosko rozmawiać, używając słów. My rozmawialiśmy za pomocą ciszy, dotyku, przekazując w ten sposób sobie otuchy, przekazując nasze obawy i zmartwienia. Jego głos tak ciepły i spokojny, działał na mnie kojąco, zabierał wszystkie lęki i strachy, które mi towarzyszyły.
- Nie będę się bać - stwierdziłam.
Lęk towarzyszły mi zawsze i będzie towarzyszył nadal. Świat pogrążał się w mroku, którego nie rozumiałam i którego nie chciałam zrozumieć. Na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo, coś mogło stać się mi, Lilianie czy innemu członkowi mojej rodzinie. Coś wtargnęło do naszego domu, zaburzyło nas spokój. Ale byłam Yaxley’em, potomkinią odważnych i walecznych anglosaskich wojowników. Nie powinnam się bać, byliśmy najstarszym rodem, który zniósł wiele i ciągle trzymał w swojej garści ogromną siłę. To co się działo nie mogło na nas wpłynąć, a jeśli, to tylko mogło nas to wzmocnić. Byliśmy jak stal, która za każdym razem gdy zostanie rozgrzana, zostaje wzmocniona. Taki był Morgoth, Cyneric, ale taka byłam też ja - mieliśmy to w końcu w swojej krwi.





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   01.09.17 10:49

Ostatnio jego sny były aż nadto pełne wrażeń, by zastanawiał się czy się z nich wybudzi. Nie myślał o swojej chorobie, nie miał na nią czasu, dlatego poniekąd zaniedbał ostatnie inhalacje i pewnie gdyby Rosalie o tym wiedziała, zaraz by go przywróciła do porządku. Nie było to jednak zagrożenie, aż tak wielkie. W niektórych okresach roku mógł sobie na to pozwolić, a ostatnio zlewało się to idealnie z jego dostępnością. Miał wiele do zrobienia i jeszcze więcej czekało go w kolejnych dniach. List od Riddle'a mówił wyraźnie, co się będzie miało wydarzyć; ojciec chodził zadumany i patrzył na syna z nieodgadniętą twarzą; razem z Cynericiem obaj kuzyni byli mocno milczący, zajmując się przeprowadzką. Jeśli coś miało pójść nie tak, Morgoth mógł po raz ostatni spędzać w domu chwile z rodziną i nawet nestor nie miał o niczym pojęcia. Kiedyś miał więcej czasu na sprawy Rycerzy Walpurgii, jednak teraz nie mógł podzielić mocnego wsparcia dla organizacji jak i rodziny. Musiał wybierać, chociaż nie zapomniał o idei, która przyświecała im wszystkim. Nigdy nie rozmawiali o tym, co działo się na spotkaniach, a młody Yaxley nie poruszał tego tematu, odgadując myśli ojca jeszcze nim ten się odezwał. Dlatego tak rzadko słychać było ich głosy za drzwiami gabinetu seniora. Ostatnio coraz rzadziej nawet widywało się tę dwójkę razem. Zajęci sprawami rodu mało kiedy spędzali wspólnie czas. Cyneric z Morgothem na terenie dawnego Yaxley's Hall nadzorowali to, co z niego zostało i to co miało znaleźć swoje miejsce w nowym domostwie, a ojciec... Zajmował się taką ilością zadań, że ciężko było doprecyzować którą z nich. Tak jak jeszcze miesiąc temu syn orientował się we wszystkim, teraz dochodziły do niego jedynie strzępki informacji, a wzrok ojca mówił o pewnej zmianie, która miała nadejść. Tylko czego dotyczyła? Kolejnej rewolty w Ministerstwie Magii? Ich rodziny? A może jednej osoby? Jakie korzyści miała przynieść? Te pytania zostawały bez odpowiedzi. Głuche i wciąż rozbrzmiewające w jego myślach.
Nawet teraz nie mógł zupełnie o tym zapomnieć, chociaż również i myślał o Rosalie. O tym jak wiele ich dzieliło przez te wszystkie lata, mimo że jako rodzina byli blisko. Nawet część urodzin świętowali wspólnie, nie chcąc, by zbyt dużo razy w tak krótkim czasie wielu gości nawiedzało ich dom i burzyło naturalny spokój. Ale nie umieli dojść do porozumienia. Nie, gdy tak bardzo się różnili charakterami. Cele mieli wspólne i właśnie do nich dążyli, jednak ze słabością Rosie do niewłaściwych mężczyzn, nie odnajdowali wspólnego języka. Morgoth nie potrafił tego zaakceptować, nie potrafił milczeć, gdy widział, że kuzynka gubiła drogę. Nie uważał się za mężczyznę, za którego teraz go miała. Doceniał to, że pomimo wielu przeciwności wciąż nie straciła tej charakterystycznej dla siebie tęsknoty i marzycielstwa. Bo pomimo tego że zdawała sobie sprawę o swojej pozycji, o tym że nigdy nie będzie wiedziała wszystkiego o ruchach, które wykonywała męska część rodu, część niej samej liczyła na dobre zakończenie bez ofiar. Yaxley widział w niej teraz idealną kobietę noszącą to dumne nazwisko. Nie pozwalała ciekawości brać górę i nie pytała go o nic, a przy okazji wiedziała jak ważne było dla wszystkich to, by wzorowo się prezentowała. I spełniała te wymogi, nie potrzebując przy tym przypomnienia. Zapewne starała się również i Lilianę naprostować z jej raczej buntowniczego. Samo wyobrażenie tego spowodowało, że Morgoth delikatnie się uśmiechnął, pozwalając, by na pokrytej blizną twarzy zapanował pogodniejszy wyraz. Ale tylko na chwilę. Zdawał sobie sprawę jak wielu wyrzeczeń musiała dokonać Rosalie, by spełniać rolę, która została jej narzucona. Podziwiał w niej tę siłę, która trzymała ją w ryzach z daleka od zgubnego drążenia własnej ciekawości i podsycania jej ognia. I on dostrzegł to, że tego dnia blondynka była milcząca, cierpliwie czekała na jego decyzje, mówiąc mu tym samym w milczeniu, że pogodziła się z tym. Nie chciał jej mówić, że nadejdzie czas, że oboje będą mieli własne rodziny i że przestaną zamartwiać się tym, czym teraz. Rosalie miała zostać matką, a to wiązało się z nowymi wyzwaniami, nowymi doświadczeniami, o których jeszcze nie wiedziała. Owszem. Mieli żyć obok, ale również oddzielnie. Na tym polegała ta rola i naturalny bieg wydarzeń. Miał tylko nadzieję, że będzie mógł wrócić, by to wszystko zobaczyć. Widząc spokojną twarz kuzynki, wiedział, że jego pewność przechodziła również na nią. Pewność słów, w które wierzył. Nie potrafili ze sobą rozmawiać w sposób, który dla innych wydawał się być normalny - z przewagą słów, które równocześnie były podstawą większości ludzkich relacji. Ale nie wszystkie musiały wyglądać tak samo. Ich na pewno taka nie była. Słysząc jej ostatnie słowa, delikatnie poruszył jej podbródkiem, uśmiechając się nikło, a jego ręka znów odnalazła chłód balkonowego muru.
- Nie będzie mnie parę dni - powiedział nagle, rzucając krótkie spojrzenie prosto w oczy półwili. - To tylko wyprawa - dodał, wiedząc, że chciałaby wiedzieć, co go skłoniło do opuszczenia domu właśnie teraz. Nie odezwał się więcej. Być może czekał na reakcje ze strony kuzynki, a może po prostu na ciszę, która i tak była mu tak dobrze znana?




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   01.09.17 17:49

Trochę mi to zajęło. Musiało się dużo wydarzyć, musiano kilka razy złamać mi serce bym zdała sobie sprawę z tego, że szukanie miłości na siłę i na własną rękę nic się nie zda, a jedynie może przynieść cierpienie i rozpacz. Najbardziej cierpiałam chyba po stracie Perseusa, ale to chyba normalne, skoro był moją pierwszą miłością i, mimo upływu lat, nadal miałam do niego słabość. Chciałam, aby ułożył sobie życie, aby u jego boku stanęła godna jego kobieta i dała mu to, czego pragnie. Ja nią być nie mogłam, nie mogłam od samego początku, chociaż usilnie starałam się wyprzeć to ze swoich myśli. Pozostali byli błędem, próbą załatania dziur w dość prowizoryczny i nieodpowiedni sposób. Z biegiem czasu, wraz z mijającymi miesiącami, zdawałam sobie sprawę z tego jak wiele błędów popełniłam i było mi z tego powodu wstyd. Jestem pewna, że Morgoth był jedną z niewielu osób, która wiedziała o tym, jak było mi głupio i jak bardzo chciałam naprawić swoje błędy. Chciałam być tą idealną. Córką, siostrą, kuzynką, narzeczoną, potem żoną i matką. Chciałam, by moja rodzina była ze mnie dumna, by patrzyli na mnie z podziwem, gdy dumnie będę reprezentować nazwisko mężą, które de facto, było moim własnym nazwiskiem. Które miałam nosić aż do własnej śmierci. Było mi z tym naprawdę dobrze. Nie dla mnie inne rody, inne posiadłości, moje serce należało do Yaxley’ów, do Fenland i nigdzie indziej nie czułabym się jak w domu i żaden inny mężczyzna nie mógłby mi tego zapewnić. Czekałam na to co przyniesie mi przyszłość, starałam się udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, chociaż dostrzegałam to, jak mrok zaczyna roztaczać się nad Anglią. Kiedyś myślałam, że w Fenland byłam bezpieczna, że nic mi tu nie grozi. Po pierwszomajowych anomaliach nie byłam już tego taka pewna. Ale miałam się nie bać, chwilę temu zapewniłam o to Morgoth’a, więc unosząc wyżej brodę dumnie patrzyłam przed siebie wiedząc, że cokolwiek się wydarzy my będziemy trwać. Wszystko mogło legnąć w gruzach, mogła rozwinąć się wojna, inne rody mogły ulegnąć woli silniejszego, ale my nigdy nie padniemy na kolana. To inni powinni padać na kolana przed nami. Takie było moje zdanie. I wiedziałam, że Morgoth również uważa się, nasz cały ród, za lepszych od innych. I cokolwiek robił, to robił to dla naszego dobra, aby nasza pozycja nigdy nie została zachwiana. Nie musiałam do niego mówić, aby mieć pewność, że zrozumie co mam mu do przekazania. On również nie musiał się kłopotać używaniem słów, wystarczył jeden jego gest, abym wiedziała o co mu chodzi, jeden gest, aby mnie uspokoić, jeden gest, aby dodać mi wiary w siebie i jeden gest, abym karcie spuściła wzrok i zrozumiała swój błąd. Ruch ręką, spojrzenie, postawa ciała, dotyk. Tak wiele można było w ten sposób przekazać. Rodzeństwo nie musiało używać słów, aby się zrozumieć. Odsunęłam od niego swoją głowę, ale nie puściłam jego ręki. Chociaż mój uścisk delikatnie zelżał, gdy usłyszałam o podróży. Popatrzyłam w jego oczy przez krótką chwilę, a potem ponownie przed siebie zaciskając mocniej usta. Nie lubiłam gdy wyjeżdżał, tym bardziej nie chciałam jego wyjazdu teraz. Oczywistym było, że byłam ciekawa gdzie chce wyjechać i w jakim celu. Przynajmniej mnie poinformował, ostatnim razem dowiedziałam się na chwilę przed tym jak wszedł na pokład statku.
- Do Rumunii? - zapytałam tylko.
Ostatnim razem to tam podróżował, więc oczywistym było dla mnie, że i ta podróż odbędzie się właśnie w tamtym kierunku. Byłam przekonana, że chodzi o smoki, dlatego nie zmartwiłam się tak bardzo, jeśli chodzi o te potężne zwierzęta, to miał wystarczającą wiedzę do tego, aby się nimi zajmować i abym była przekonana o tym, że będzie tam bezpieczny. W tych czasach oczywiście niczego nie można było być pewnym, ale przecież miałam się nie bać. Więc starałam się spełnić swoją obietnicę i trzymać swój strach na krótkim sznurze i nie pozwolić, aby wziął on nade mną górę. Wzięłam głębszy wdech i uniosłam głowę, aby jeszcze raz na niego spojrzeć. Kąciki moich ust drgnęły ku górze, dość tych smętów, dość tych smutków i ciszy. Uniosłam prawą dłoń, dotknęłam jego policzka i tym razem to ja przejechałam po jego skórze. Kiedy nabawił się tych blizn, kiedy jego twarz przestała wyglądać jak twarz młodzieńca, a zaczęła jak mężczyzny? Odsunęłam dłoń, zatrzymując ją w połowie.
- Wróć cały i zdrowy. Może znajdziesz tam dla mnie prezent ślubny? - uśmiechnęłam się szeroko, mrużąc przy tym oczy.
Uśmiechnij się, Morgoth. Pokaż, że nadal potrafisz cieszyć się chwilą.





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   01.09.17 18:49

Nie mógł w żadnym stopniu potępiać jej zachowania. Czy nie byli do siebie w tym przypadku podobni? Czy on również nie dał się wywieść na manowce tylko dlatego że zapomniał na moment o zdrowym rozsądku? O tym by nigdy nie tracić głowy? Nawet nie zauważył, gdy stracił grunt pod nogami i wpadł w sidła czegoś, co nie miało pojawić się w jego życiu. Nie wymawiał tego słowa nawet w myślach, wiedząc jak bardzo głupio i naiwnie to brzmiało. Jak bardzo z niego robiło to głupca i naiwniaka. Zawsze uważał siebie za kogoś, kto wiedział jakie jest jego przeznaczenie. Że nie odda nikomu swojej lojalności tylko rodzinie i tylko jej będzie wierny. Z biegiem czasu zrozumiał, że każdego musiała dopaść wątpliwość. Jednak właśnie ona na szczęście potrafiła umocnić, dostrzec błędy i wykuć dystans do tego, czego dawniej się nie zauważało. Do tego, co, jak się sądziło, nie mogło dotknąć danej osoby. A jednak mylił się. Bardzo się mylił. Zastanawiał się nad tym, kiedy stało się to co się stało... Kiedy zwykłe zlecenie przestało nim być, a zmieniło się w coś więcej. Wszystko co się wtedy działo, nie mogło odejść w niepamięć, jednak chyba nawet tego nie chciał. Bez tego nie zrozumiałby jak to jest czuć się słabym. Jak to jest znowu być silnym. Jak to jest walczyć z samym sobą. I nie można było też zarzucić wychowaniu, bo to działało bez zarzutów. To on uległ i postąpił tak jak nie powinien. Miał jednak nauczkę, by już nie słuchać uczuć, które nigdy nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Stał się dosłownie tym, kim nie chciał być - bezmyślnym dzieciakiem, który myślał, że świat ulegnie pod jego wolą nawet jeśli wcześniej ani drgnął. Ale musiał podziękować lady Selwyn za tę dość bolesną lekcję. Nie mógł jej tak łatwo wyrzucić z myśli, chociaż bardzo by chciał. Możliwe że nie miał już nigdy o niej zapomnieć, a może też coś bardziej bliskiemu mu miało odciągnąć tę uwagę. By w końcu pogodził się z tym, że popełnił błąd. I że już nigdy nie miał go popełnić.
Gdyby powiedział o tym wszystkim Rosalie, zrozumiałaby go. Bo czy ona również nie walczyła z podobnymi rozterkami? Ale wtedy był on, by przypomnieć jej o powinnościach rodzinie. A gdy on robił to samo, był sam. I przegrał. Poznał swoją słabość i musiał z tym żyć już do końca. Nie chciał jednak nic nikomu mówić, bo to była sprawa między nim a Lucindą. Nie chciał denerwować Rosie, nie powiedział tego również Cynericowi, chociaż ten na pewno dostrzegał więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie. Z tym musiał się uporać sam, bo sam do tego dopuścił i sam musiał to naprawić. Zapewne jego kuzynka nie domyśliłaby się tego wszystkiego, ale wiedziała o innych rzeczach, o których jej nie mówił. Dostrzegał to porozumienie i wsparcie płynące z niej w jej oczach. Bardzo szczerych i ciepłych. Dawno nie widział, by ktoś tak na niego patrzył. Możliwe że jedynie matka, gdy tak bardzo się o niego martwiła, ale unikał jej, nie chcąc przysparzać jej jeszcze więcej zmartwień. Jednak rozumiała. Rosalie również. Obie posiadały ten dar wyczuwania potrzeb wsparcia płynących z innych. Morgoth nie musiał nawet zdawać sobie sprawy, że czyjeś towarzystwo mogłoby go pokrzepić. Jednak nie twardego Cynerica, którego kochał jak brata. Nie Liliany, z którą nie potrafił teraz się porozumieć. Potrzebował jej siostry, która przyszła do niego z cierpliwością i czułością. Po prostu stała obok i nie potrzebowała żadnych słów.
- Nie opuszczę Wielkiej Brytanii - odpowiedział na jej pytanie, samemu nie wiedząc jeszcze dokąd mieli się udać. Tristana wciąż pochłaniały inne sprawy jak ich wszystkich. Nie znał szczegółów wyprawy, ale nie mogli sobie pozwolić na dalsze wyjazdy. Nie teraz. Gdy zaprzeczał, jego głos delikatnie zabarwił się rozbawieniem, czując, że nie mógł być ciągle poważny. Nie, gdy to pytanie o kolejny wyjazd padło ze strony dziewczyny. Nie cofnął się przed jej wyciągniętą dłonią. Wciąż była tą samą Rosalie, a jednak zmieniła się. Dorosła i mógł jedynie cieszyć się z tego, że już nie cierpiała. Martwiła się o najbliższych jak on. Gdy odsunęła rękę, złapał tę dłoń i lekko ucałował wnętrze, ściskając niego mocniej w swojej. Słysząc o prezencie ślubnym, nie mógł też pozbyć się rozbawienia, które niepozornie ogarnęło również i ją. - Jak sobie życzysz, kuzynko - odpowiedział, po czym uśmiechnął się już szerzej, puszczając jej rękę. Nigdy nie zaznali wspólnej beztroski jako dzieci, dlatego to było coś nowego, ale równocześnie nie czuł się w tej chwili zagubiony. Zupełnie jakby była to ich codzienność.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Balkon   03.09.17 18:54

Oczywiście, że byliśmy do siebie podobni. Osoby, które są tak bardzo sobie bliscy muszą być do siebie podobni. Problem w tym, że oboje z jednej ścieżki rozeszliśmy się na dwie, zupełnie inne, ścieżki. Widzieliśmy się przez gęsto posadzone drzewa i krzewy, mogliśmy wyciągnąć do siebie dłonie, mogliśmy dotknąć się opuszkami palców. Ale już nigdy nie mieliśmy się spotkać na jednej drodze. Mogliśmy się mijać, raz ja mogłam iść górą, raz Morgoth dołem, mogliśmy się widzieć, uśmiechać do siebie, ale już nigdy nie mieliśmy być razem. Taką decyzję podjęliśmy i teraz takie były tego konsekwencje. Mieliśmy wspólne ideały, wspólne poglądy, przejawialiśmy te same zasady, byliśmy rodziną, niemal rodzeństwem, ale każde z nas poszło swoją drogą. I żadne z nas nie mogło potępiać tego drugiego za podjęte decyzje, bo oboje mieliśmy coś na sumieniu, oboje zrobiliśmy coś złego, oboje żałowaliśmy swoich czynów. Gdybym wiedziała jak kończy się moja ścieżka wybrałabym ją jeszcze raz. Mimo upokorzeń, bólu, płaczu, w końcu dotarłam do celu. Na końcu mojej drogi stał Cyneric, do którego kroczyłam już powoli, spokojnie, nie obawiając się niczego. To był cel mojego życia. Co było celem życia Morgoth’a? Jak kończyła się jego ścieżka? Miałam wrażenie, że jego ścieżka była zdecydowanie dłuższa niż moja, może nawet bardziej pokręcona? Na pewno nie kończyła się tam gdzie moja, będzie musiał jeszcze długo iść do przodu, aby trafić na jej koniec. Stawić czoła przeciwnościom losu, nie ulec pokusie, aby z niej zboczyć. Gdy już stanę obok mojego ukochanego, gdy ja już będę szczęśliwa i spełniona, będę obserwować jak mój kuzyn idzie dalej. Będę ściskać za niego kciuki, życzyć mu powodzenia i jeśli tylko będę mogła, będę usuwać mu wszystkie przeszkody, aby nie upadł. A jeśli upadnie - pomogę mu wstać. Bo byłam kobietą, osobą, która powinna wspierać i z całych sił wierzyć w jego siłę. Nie był tylko kuzynem, był dla mnie bratem.
Gdybym wiedziała, to bym zrozumiała. Wsparła i powiedziała mu to samo, co on powiedział mi wtedy, w przerwie zimowej gdy spotkaliśmy się w lesie. Zabolałyby go te słowa, tak samo jak mnie zabolały wtedy, ale były tak bardzo prawdziwe. Ile lat zajęło mi ich zrozumienie? Morgoth był jednak mądrzejszy, był mężczyzną, więc jemu przyszło by łatwiej. Mimo tego, że nie wiedziałam wszystkiego, to czułam bardzo wiele. Potrafiłam określić kiedy był smutny, kiedy zły, kiedy szczęśliwy, a kiedy po prostu chciał być sam. Potrafiłam stwierdzić, że coś go trapi i jedynie swoją obecnością, tak jak teraz, mogłam dodać mu wsparcia. Chciałam by dzielił się ze mną swoimi problemami, chociaż wiedziałam, że jest to niemożliwe. Yaxley’e nie lubili przyznawać się, że potrzebują pomocy. Woleli trawić to we własnym wnętrzu udając, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nawet gdy przez uśmiech do oczu cisnęły im się łzy. Spoglądałam na kuzyna uważnie, chociaż nie pytałam, to w jego zachowaniu szukałam odpowiedzi na swoje pytania. Ton głosu, mimika, zachowanie. To wszystko miało znaczenie.
- Nie opuścisz Wielkiej Brytanii? - zapytałam zdziwiona.
Dlaczego więc opuszczał dom? Cóż było tak ważne, że musiał dla tej sprawy opuścić Yaxley’s Palace, skąd mógł się dostać niemal wszędzie za pomocą kominka. Zacisnęłam usta, nie spuszczając z niego swojego wzroku nawet wtedy, gdy ujął moją dłoń i ucałował jej wierzchnią część. Uśmiech pojawił się na jego twarzy, na co odetchnęła z lekką ulgą.
- Liczyłam na coś z innego kraju, no nie wiem, egzotycznego? - zaśmiałam się, zakrywając usta dłonią.
Atmosfera się rozluźniła. Rozmawialiśmy tak beztrosko, dawno nie zdarzyło nam się, abyśmy tak swobodnie wymieniali zdania. Oboje się uśmiechaliśmy, ta chwila trwała jakby wieczność. I nie chciałam, aby minęła. Rzadko widziałam uśmiech na twarzy mojego kuzyna i bardzo mi tego brakowało. Nie byłam osobą, która trzymała w sobie to co chciałam powiedzieć. Chyba wszyscy z rodziny wiedzieli, że jeśli o nich chodzi, to nie czułam żadnych ograniczeń i mówiłam prawdę, to co uważałam za słuszne. Morgoth więc nie powinien się zdziwić, gdy dłoń, którą przed chwilą ściskał, położyłam na jego klatce piersiowej w okolicach serca. Spuściłam wzrok, ale uśmiech nie zszedł z mojej twarzy.
- Powinieneś się częściej uśmiechać - stwierdziłam tylko. - Boli cię tu?
Wpatrywałam się w swoją dłoń, którą próbowałam wyczuć bicie jego serca. Jakbym chciała sprawdzić, czy Morgoth nadal jest człowiekiem. Czy żyje?





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   04.09.17 22:47

Rosalie miała Cynerica, który bez wątpienia był silną osobowością i mógł jej zapewnić coś więcej nad rodzinne nazwisko. Morgoth widział w oczach kuzyna uczucie, którym darzył kuzynkę. Wiedział o tym od długiego czasu, jednak dopiero teraz starszy z Yaxleyów dostał szansę na spełnienie swojego marzenia. Jego droga również nie była łatwa. Nie tylko przechodził trudne dzieciństwo, ale później wraz z dorastaniem musiał się liczyć z będącym niczyim synem. Nie należał ani do Fortinbrasa, ani do jego ojca. Po prostu był sierotą, którą przyjęło Yaxley's Hall, gdzie musiał patrzeć jak kobieta, którą kochał dostrzegała wszystkich tylko nie jego. Ale był cierpliwy i gdy dostrzegł szansę, wykorzystał ją bezbłędnie. Cyneric był przedstawicielem ich rodu tak idealnie odwzorującym ich losy, że chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak właśnie postępowali - cicho, długo, wytrwale. Ale zawsze dosięgali celu i brali to, czego pragnęli. Mając na względzie oczywiście dobro rodziny. W sensie całościowym, bo szczęście najczęściej łączyło się z dobrem. Dlatego widząc spełnienie związane z pobudkami w pozytywnym sensie związanymi ze sprawą, Morgoth nie mógł cieszyć się szczęściem kuzynostwa. Oboje zasługiwali na najlepsze i tego właśnie im życzył. Wkrótce mieli to dostać i przeżyć resztę swoich dni jedno przy drugim. Oby jak najdłużej. A czy jemu również było to pisane? Długie życie i doczekanie końcowych dni po wielu latach czekania? Jakimś sposobem nigdy nie podejrzewał, że dożyje starości. Nie oznaczało to jednak że specjalnie wychodził śmierci naprzeciw - daleko mu było do takich zachowań, chociaż niekiedy jego działania mogły świadczyć zgoła inaczej. Nie znał końca swojej drogi, ale wiedział jedno. Że jakiekolwiek przyjdzie mu spotkać zakręty, rozdroża czy pułapki zawsze będzie wybierał te, które będą prowadzić do dobra rodziny. I jeśli miał wybrać między n i ą, a rodziną nie miałby najmniejszych skrupułów, by wybrać drugą opcję. Oboje by tak postąpili i nie mieliby do siebie wyrzutów sumienia. Żyli mrzonkami, które pozwalały im łudzić się wystarczająco dużo czasu. A każda droga prowadząca do niej oddalała go od rodziny. Widział to i musiał to zakończyć, wiedząc, że to jedyny sposób.
Słysząc pytanie Rosalie, podniósł na nią spojrzenie, zastanawiając się dlaczego tak bardzo się zdziwiła. Już nie raz odbywały się wyprawy, podczas których nie nocował w domu. Cyneric również wybierał się w dalekie ostępy, by szukać odpowiednich jednostek trolli. On miał to samo ze smokami. Jedyna różnica tkwiła w rozmiarach stworzeń, które mieli pod opieką. Zaraz jednak uświadomił sobie, że nie mieszkali razem, gdy to się działo. Żyli osobno tworząc wspólnotę z odległości na krańcach terenu, którym władali. Teraz mógł jedynie spekulować, gdzie tak naprawdę miał się udać wraz z Tristanem i resztą znawców, chociaż domyślał się, że anomalie nie zostawiły świata magicznych zwierząt w spokoju. W samym Peak District musieli szybko interweniować, by okazy nie padły od odniesionych tamtej nocy ran. Uśmiechnął się, słysząc jej przekomarzanie się, a delikatny śmiech zamruczał mu w gardle.
- Wyspa Wight nie jest dość egzotyczna? - spytał, rzucając nazwą nawet tego nie kontrolując. Lokacja ze snów nawiedzała go od jakiegoś czasu i nie zdziwiłby się, gdyby to właśnie tam miała się udać wyprawa. Ile jeszcze zbiegów okoliczności miał przeżyć? Gdyby był naiwny, mógłby przypuszczać, że spotka tam również dziewczynę, o której śnił. Słysząc perlisty śmiech kuzynki, pozwoliłby by i ten grymas pozostał na jego twarzy nieco dłużej. - Doceniłabyś to wtedy? - odpowiedział pytaniem, jednak nie oczekiwał odpowiedzi. Nie spodziewał się jednak jej następnego gestu. Być może licząc, że nie dostrzeże. Nie odpowiedział, tylko posłał jej dość długie spojrzenie z lekko pochylonej głowy, które mówiło znacznie więcej niż powinno i jeśli by chciała z łatwością znalazłaby tam odpowiedź. Morgoth nie cierpiał, nie był rozdarty przez to, co się wydarzyło. Im dalej od tego tym zdawał sobie sprawę, że było łatwiej. Było łatwiej odsunąć wspomnienia na dalszy plan, a wraz z nimi uczucia. Jeśli był zajęty, jeśli mógł skupić się na czymś innym niż marnotrawienie czasu na rozmyślania o własnej głupocie. To nie mogło się dobrze skończyć i próbował przekonać sam siebie do tego. Przekonać nie rozum, ale duszę, która wciąż trzymała się go jak topiący. Chciałby się jej pozbyć i postępować jedynie idąc za własnym rozumem. - Stryj lepiej się czuje? - spytał, nie mówiąc nic więcej. Przeniósł uwagę z powrotem na rozłożyste tereny, dając do zrozumienia, że nie odpowie jej na to pytanie. Nie bezpośrednio. Nigdy już tego nie poruszy.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Zaręczony
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Balkon   13.09.17 11:56

Nie potrafił się skoncentrować na niczym innym niż wieczornym spotkaniu. Odpowiednio wcześniej kazał skrzatowi starannie zapakować ingrediencje, które miał na nie przynieść. Osobiście wszystko nadzorował - wszystko, żeby tylko nie stała im się krzywda. Później chodził nie w sosie - był taki odkąd przenieśli się z Yaxley's Hall. W niczym nie umniejszał domostwu nestora, nie zamierzał się również buntować, lecz było mu ciężko. Nie spodziewał się, że byłby w stanie przywiązać się tak mocno do zwykłego budynku oraz ogrodów. Nie miał też daleko do zagród trolli, mimo to czuł się jak oderwany od korzeni. Jeszcze niedawno naiwnie sądził, że zdołałby się wyprowadzić z rezydencji i zamieszkać z Rosalie w osobnym dworze nieopodal - teraz był pewien, że raptem po kilku dniach miałby dość oderwania od znanych sobie czterech kątów. Niby często bywał w domostwie kuzynostwa, niby nie stanowiły dlań zupełnie obcych terenów; mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych faktów nie odnajdywał się jeszcze w tym miejscu. Może powinien dać sobie więcej czasu na oswojenie się z myślą, że zakończył pewien rozdział swojego życia? Że ostatecznie odciął się od ducha przeszłości zaklętego w każdym kącie - jak dotąd - głównej siedziby rodu?
Nie sypiał wiele. Dręczyły go koszmary po pierwszomajowej nocy podczas której obudził się na stacji kolejowej w innym hrabstwie. Dręczyły go również obawy o życie rodziny - świadomość, że jego najbliższym nie stało się nic poważnego, pozwoliło na ulotne poczucie szczęścia. Ustąpiło ono obawom o każdy nadchodzący dzień; aż wreszcie zrozumiał, że tęsknił, chociaż sam nie wiedział za czym. Za kim?
Dzisiejszy dzień nie różnił się od pozostałych. Zbliżające się rychle spotkanie dołożyło jedynie cegiełkę do pochmurnego oblicza. Magia oszalała z nieznanych nikomu przyczyn - stracili też kilka trolli. Reszta zachowywała się jak dzikusy i to gorzej niż zwykle. Trudno było nad nimi zapanować kiedy zamiast magicznego lasso pojawiały się objawy sinicy lub zamiast ogłuszać stworzenia to z końca różdżki wystrzeliwał bukiet kwiatów.
Nastały trudne czasy.
Rozdrażnienie Cynerica z powodu braku zajęcia prawdopodobnie mógł odczuć każdy ze służby kiedy mężczyzna burczał na dosłownie wszystko będąc równie kapryśnym co pogoda w kraju. Na balkonie szukał wytchnienia, lecz nawet tam go nie odnalazł. W przeciwieństwie do - rozmawiających? - Rosalie i Morgo. Zmierzył ich od stóp do głów stojąc w połowie przejścia, ni to sugerując wejście, ni to wyjście.
- Przeszkadzam? - spytał surowo, niechętnie, odrobinę zbyt nerwowo, nie powinien. Tym samym - być może - dając im do zrozumienia coś zupełnie innego niż było w rzeczywistości. Jakoby jego złość miała źródło w tej dwójce, chociaż wcale tak nie było.




Sanguinem et ferrum potentia immitis
Powrót do góry Go down
 

Balkon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Balkon księżycowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Fenland, Yaxley's Hall-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17