Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Johnatan Bojczuk

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Johnatan Bojczuk
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk http://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 http://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 http://www.morsmordre.net/
żeglarz
24
Mugolska
Kawaler
Zachodni wiatr spienione goni fale.
5
6
0
0
1
0
9
10
Czarodziej

PisanieTemat: Johnatan Bojczuk   23.09.17 3:27


Johnatan Bojczuk

Data urodzenia: 20.04.1932 rok
Nazwisko matki: Beckett
Miejsce zamieszkania: dzielnica portowa
Czystość krwi: mugolak wychowany przez czarownicę czystej krwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód: żeglarz, poszukiwacz przygód, chłop co żadnej pracy się nie boi
Wzrost: 173
Waga: 70
Kolor włosów: ciemne
Kolor oczu: błękitne
Znaki szczególne: włosy czesane jeno wiatrem, smutne oczy, lekko haczykowaty nos, blizny i zadrapania powstałe w wyniku nadmiaru przygód


Moje życie to pasmo niepowodzeń, seria niefortunnych zdarzeń, a zaczęło się od tego, że w ogóle śmiałem przyjść na świat. Moja matka miała wówczas szesnaście lat i pierwszą miłość zakończoną totalną katastrofą; katastrofą, która w przyszłości miała nosić imię Johnatan. Właściwie nie wiem dlaczego zdecydowała się urodzić, może katolickie wychowanie nie pozwoliło jej pozbyć się problemu? Może babcia uważała, że i tak przyniosła już rodzinie nad wyraz dużo wstydu? A może po prostu nie było jej stać na żadne zabiegi? Nie dowiem się nigdy, ale jedno jest pewne - zmarnowałem jej życie, co zresztą nie raz powtarzała bujając mnie w kołysce; wiecie, niektórym rodzice opowiadali bajki na dobranoc lub śpiewali kołysanki, jednak ja nie miałem tyle szczęścia. Ojca z kolei nie poznałem - ulotnił się przed moimi narodzinami, przerażony faktem, że winien teraz zostać głową rodziny.

Podobno byłem głośny, brzydki i niewiarygodnie wręcz podobny do człowieka, który mnie spłodził, a co za tym idzie matula z dnia na dzień nienawidziła mnie coraz bardziej - bo znowu rzygnąłem jej na nową sukienkę, bo nabawiła się migreny przez moje wrzaski, bo rzuciłem w nią grzechotką, bo przeze mnie nie mogła wyjść z koleżankami na ploteczki, bo to, bo tamto, bo siamto... Nie mogłem także liczyć na poparcie babci, dziadka, żadnych ciotek i wujków, po prostu od samego początku byłem czarną owcą tej rodziny. A jeszcze większe problemy zaczęły się gdy skończyłem dwa lata, bo właśnie wtedy odezwała się ukryta we mnie magiczna moc. Moja familia składała się z totalnych mugoli, więc wyobraźcie sobie ich miny kiedy od moich dzikich krzyków pękła pierwsza szyba, albo jak nagle ni stąd ni zowąd znaleźli mnie na szafie. Później było tylko gorzej, a oni zwyczajnie zaczęli się mnie bać. Werdykt zapadł więc szybko - dziecko jest opętane, powstałe z nasienia szatana czy inne duperele... W każdym razie pozbyli się mnie bardzo szybko, podrzucając pod drzwi jednego z londyńskich sierocińców.



I wiecie co? Tam wcale nie było tak źle! Co prawda wszyscy nosiliśmy te same szare koszule i popielate spodnie o długości zależnej od pory roku, te same buty, o których błysk sami musieliśmy zadbać, mieliśmy mieć identyczne fryzury, ale jakimś cudem moje włosy pozostawały w wiecznym nieładzie cokolwiek by z nimi nie zrobić (po pół roku opiekunki przestały mnie czesać), to przecież miałem co jeść, z kim ganiać po podwórzu i gdzie schować się przed deszczem. Jasne, byłem trochę inny od reszty dzieci, trochę bardziej dziwaczny, działy się wokół mnie niestworzone rzeczy, ale zwykle nikt nie miał mi tego za złe - ostatecznie nie potrafiłem wytłumaczyć dlaczego pani Smith wyrósł z nosa warkocz o długości, której nie powstydziłaby się Roszpunka, akurat w momencie, w którym chciała mi przyłożyć drewnianą laską. Wy byście potrafili?... No właśnie...

W każdym razie to tam, w domu dziecka, poznałem panią Bojczuk - była młodą blondynką z nieco krzywym zgryzem i okularami o szkiełkach grubości denek od słoików. Robiła za wolontariuszkę, ot, przychodziła trzy razy w tygodniu żeby się z nami bawić; zabierała nas na spacery, opowiadała bajki, recytowała wiersze, śpiewała, organizowaliśmy pokazy teatralne, w końcu uczyła nas malować z wielką pasją opowiadając o artystach naszych i minionych wieków. Była dziwaczna, tak samo zresztą jak ja, w ten sam pokopany, niezrozumiały sposób... Szybko złapaliśmy wspólny język, bo jak się  później okazało i w jej żyłach płynęła magiczna substancja oddzielająca takich jak my od zwykłych mugoli. Ja nie wiedziałem dlaczego tak się dzieje, ona z kolei od razu zauważyła kim jestem. A kim wtedy byłem? Młodocianym czarodziejem mającym zerowe pojęcie o świecie magii. Potrzebowałem mentora, który pomoże mi odnaleźć swoje ja i znalazłem go. W sierocińcu spędziłem dokładnie cztery lata; dwudziestego kwietnia tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku, w dniu moich szóstych urodzin, pani Bojczuk oznajmiła, że od tej pory zamieszkam w całkiem innym miejscu. W miejscu tak fantastycznym, że przekraczało to ludzkie pojęcie. W jej domu. W Melinie, która okazała się moim azylem.



Zapamiętam ten dzień do końca życia. Było słoneczne popołudnie, jedynie nieliczne, puchate obłoki krążyły po błękitnym niebie oglądając to co działo się pod nimi - rozkwit. Pamiętam, że powietrze wokół pachniało bzem, palce pani Bojczuk zaciskały się mocno wokół mojej dłoni, a jej usta nie zamykały się nawet na sekundę. Mówiła dużo i to rzeczy, w które wcale bym nie uwierzył gdybym nie był wówczas dzieciakiem zafascynowanym krainą fantazji. Czarodzieje? Nieznany świat? Tylko sześcioletni umysł mógł ze spokojem przyjąć coś takiego! W każdym razie zanim wyjechaliśmy poza Londyn zdążyła pokrótce przybliżyć mi tę niezrozumiałą część mojego własnego ja. Co prawda niewiele wtedy zrozumiałem, ale szybko okazało się, że by cokolwiek zrozumieć muszę doświadczyć magii na własnej skórze. I doświadczyłem.

Melina znajdowała się daleko poza Londynem, to już nawet nie były przedmieścia, tylko jedno wielkie zadupie odcięte od cywilizacji górami i lasami. Sąsiedzi? Jakieś dwieście kilometrów dalej z każdej strony, dla mnie bomba, dla mojej nowej matuli również. Sam budynek? Nie z tej ziemi! Wysoka na pięć pięter budowla postawiona na planie koła, okna z białymi okiennicami wychodzącymi na zewnątrz, rzeźbionymi dłońmi znajomych artystów, błękitne ściany, dach z czerwonej dachówki i strzelisty komin. Pędy bluszczu pięły się wysoko w górę, czasem wkradając do wnętrza przez uchylone okienko. Wokół otwarte podwórze, po którym chadzały zwierzęta - kury, kaczki, dwie kozy, krowa i owca; stare szopy, jeszcze starsza szklarnia, w końcu kilka drzewek owocowych, niewielki warzywniak oraz różnobarwne kwiaty, które nigdy nie spotkały dłoni ogrodnika. Typowo angielski krajobraz - dziki i chaotyczny, odrobinę nawet romantyczny, szczególnie w momencie, w którym poranna mgła opadała na pobliskie łąki. Pamiętam te chłodne poranki, które spędzaliśmy wspólnie, całą rodziną, z parującymi kubkami gorącej czekolady w dłoniach, wpatrzeni prosto przed siebie, z delikatnymi uśmiechami na zmęczonych twarzach oraz ciepłymi kocykami otulającymi ciała.

Wnętrze? Zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie. Oczy atakowała feeria barw - wszędzie wisiały kolorowe chusty, wielobarwne koraliki, łapacze snów i ususzone zioła. Podłogi zalewały wzorzyste dywany oraz miękkie poduchy. W kuchni słychać było strzęk obijających się o siebie naczyń, które wiecznie wisiały nad zlewem myjąc się same. Półki zawalone były książkami, obrazami i właściwie wszystkim czego dusza zapragnie. W powietrzu czuć było nie tylko magię, ale i wszechobecną sztukę. W ogóle Melina pachniała różnie w zależności od pory dnia - rano gorącym mlekiem, jabłkiem z cynamonem i owsianką, po południu farbami, terpentyną czy innymi specyfikami z kręgów artystycznych, wieczorem słodkim winem, tytoniem oraz opium... Czasem także mieszkańcami, a tych było tu mnóstwo. Co? Myśleliście, że jak odludzie, to mieliśmy z mateczką spokój? Nic bardziej mylnego! Melina nie była tylko moim azylem, to miejsce spotkań artystycznego światka całych Wysp Brytyjskich! Bywali tu malarze i poeci, pisarze i rzeźbiarze, muzycy i zwykli ludzie zmęczeni zgiełkiem wielkiego miasta - drzwi wiecznie stały otworem, zaś w środku toczyły się niekończące dysputy na różnorakie tematy! Z błyskiem w oku słuchałem o historii sztuki, o dziejach minionych i tym, co ma jeszcze nadejść, uwielbiałem manifesty i teorie głoszone przez wszystkich mieszkańców...  To tam nauczyłem się malować, tam pokochałem sztukę, w końcu tam poczułem, że mam rodzinę. I to całkiem liczną.



W dniu moich jedenastych urodzin sowa zapukała w okienko składając na moje dłonie list z najznamienitszej szkoły magii i czarodziejstwa i w gruncie rzeczy wcale mnie to nie zdziwiło. Wtedy już wiedziałem czym jest Hogwart, ba! Z utęsknieniem czekałem aż przekroczę jego mury, poznam tajemnice zamku, w końcu spotkam inne magiczne dzieciaki, bo w gruncie rzeczy większość moich dotychczasowych znajomych miała już grubo ponad siedemnaście lat. Młodsi odwiedzali nas rzadko, może tylko podczas wakacji. W każdym razie moja szkolna wyprawka była zlepkiem... wszystkiego - każdą książkę dostałem od kogoś innego, kufer odziedziczyłem po matce, szaty po jej znajomych, pióra dawali mi zaprzyjaźnieni pisarze, a jedyną nową rzeczą pozostała różdżka zakupiona w sklepie Ollivandera na ulicy Pokątnej. No i nazwisko. Od tamtej pory nie nazywałem się Johnatan Beckett, zostałem Johnatanem Bojczukiem, bo tak było bezpieczniej, jak powiedziała mi sama mateczka. Nigdy nie chwaliłem się swoim pochodzeniem, założę się, że większość moich szkolnych znajomych nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo szlamowata krew płynie w moich żyłach. Nikt nie znał Beckettów, za to słynną Marry Jane Bojczuk kojarzyli przynajmniej ci, którzy faktycznie interesowali się sztuką. W tym okresie miała za sobą kilka większych wystaw i mnóstwo zamówień na głowie. Utrzymywałem więc, że jestem jej prawdziwym synem, w którego żyłach płynie równie czysta posoka. Ojciec? Pytany o ojca zmyślałem - raz był nim inny malarz, raz muzyk jazzowy, raz barman z Dziurawego Kotła, a raz jakiś napalony szlachcic, który wcale się do nas nie przyznawał, bo przecież to byłby wstyd. Wyobraźnię miałem zaiste bujną i wrodzony talent do kłamstwa. Nawet mi powieka nie drgnęła jak wciskałem ludziom te wszystkie kity.

Tak czy inaczej lata szkolne wspominam z łezką w oku. Uczeń był ze mnie przeciętny - radziłem sobie z astronomią, byłem całkiem niezły z zaklęć czy obrony przed czarną magią, nawet lubiłem historię, wszystkie inne przedmioty spychając na dalszy plan. Mniej więcej w tym samym czasie co astronomią zainteresowałem się kartografią - już jako dziecko, zafascynowany historiami o piratach i poszukiwaczach skarbów, bazgrałem mapki; mapa domu, mapa ogrodu, mapa pobliskiego lasu i najbliższych łąk zdobiły ściany w salonie Meliny, później rysowałem już nie tylko ląd, próbując swoich sił w mapach niebios i gwiazd. W tej dziedzinie byłem kompletnym samoukiem i wciąż szlifuję swoje umiejętności.

W Hogwarcie także zacząłem kraść - nie dlatego, że czegoś mi brakowało, ekscytował mnie sam moment kradzieży, adrenalina buzująca w krwiobiegu; uda się, czy nie uda? Przyłapią mnie, czy nie?... Podkradałem więc innym pióra i słodycze, figury szachowe i gargulki, skarpety i bransoletki, a później wymieniałem to wszystko na monety bądź inne, bardziej przydatne rzeczy. Raz zwędziłem jednemu Ślizgonowi złoty zegarek i podczas wycieczki do Hogsmeade opchnąłem go w Gospodzie pod Świńskim Łbem za całkiem pokaźną sumkę. Chyba właśnie wtedy doszedłem do wniosku, że jest to bardzo opłacalny biznes. Niemniej moją największą zdobyczą na zawsze pozostanie zimne serce pewnej Jaskółki... które zresztą wymieniłem później na sto innych, niewieścich serc, ale do tej części historii zdążymy jeszcze dojść.

Miałem trzynaście lat kiedy Wielka Wojna Czarodziejów dotarła do Anglii i to powykręcało moje życie przynajmniej na trzy strony - przede wszystkim zmianie uległa atmosfera w Melinie, nie był to już tylko przytułek dla artystów, teraz roiło się tam od ukrywających się mugolaków, którym matka chętnie udzielała schronienia. Atmosfera bywała napięta, ogród zubożał, nie było już tak kolorowo, chociaż wszyscy starali się robić dobrą minę do złej gry. Nie wracałem już na każde święta, bo w Hogwarcie było bezpieczniej. Tylko wakacje spędzałem w domu, łapiąc się na tym, że ciężko mi zapaść w głęboki sen. Teoretycznie byłem przecież synem czarownicy czystej krwi, ale gdyby ktoś odkrył Melinę, gdyby złamali nałożone na nią zaklęcia i znaleźli tych wszystkich brudnokrwistych... Do głowy przychodziły mi najgorsze scenariusze. Bałem się, nie tylko o swoją własną skórę, przede wszystkim o wszystkich tych, których naprawdę kochałem. Ale rok w rok wracałem do szkoły, gdzie czekali na mnie znajomi oraz przyjaciele, gdzie czekała Leanne, z którą zakumplowałem się już w podróży do Hogwartu i Sophia, z którą dogadywałem się jak z nikim innym. No i te wszystkie dojrzewające panny, które trzeba było wprowadzić w arkana dorosłego świata... Tak, od zawsze lubiłem towarzystwo kobiet. Skakałem z kwiatka na kwiatek odkąd skończyłem piętnaście lat, raz nawet doszło do tego, że w ciągu dwóch miesięcy spotykałem się z czterema dziewczętami, czasem nawet jednocześnie, bo zwyczajnie straciłem rachubę. Właściwie usidlić mnie na dłużej zdołała tylko jedna bladolica niewiasta o stalowoszarych tęczówkach. Moja Jaskółka...

To było w siódmej klasie. Nie wiem czemu zwróciłem na nią uwagę - była młodsza i nosiła szaty podszyte zielenią; ludzie uważali, że jest wredna i złośliwa, ale mnie zafascynowała. Jak teraz o tym pomyślę, to chyba lubiłem w niej po prostu wszystko - jej nieobliczalny, zadziorny charakterek, urodę, siłę, do tej pory wspominam historie, który snuliśmy, nasze wielkie plany i obietnice, zawsze mieliśmy być razem, odkrywać tajemnice tego świata, szukać przygód... Tylko ja i Mia, idealnie niebezpieczny duet. Wtedy chyba naprawdę w to wierzyłem, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Doskonale pamiętam dzień, w którym podbiła nos swojemu niedoszłemu amantowi, pamiętam jak gość chciał jej oddać, ale ja wkroczyłem do akcji. Jak prawdziwy bohater! I chyba faktycznie jej to zaimponowało, bo niby dlaczego ktoś taki jak ja miałby wpaść jej w oko? Od tamtej pory byliśmy prawie nierozłączni.



Ale wszystko się zmienia kiedy opuszczasz szkolne mury i dociera do ciebie, że dopiero teraz wkraczasz w prawdziwie dorosłe życie. OWUTEMy zdałem całkiem nieźle, jednak nigdy nie miałem wygórowanych ambicji, ot, zależało mi głównie na tym, żeby się dorobić, ale nie narobić. Kombinowałem więc jak tylko mogłem. Pierwszy miesiąc koczowałem w rodzinnym domu, przy boku matki, pomagając przy zwierzętach i warzywach, spędzając dnie na malowaniu oraz dyskutując z innymi. Szybko jednak zapragnąłem samodzielności, wolności, chciałem wyfrunąć z gniazda, zacząć życie na własną rękę. No to wziąłem plecak i zacząłem. Z braku lepszych perspektyw zatrudniłem się w Dziurawym Kotle na stanowisku barmana. Płacili mi marne knuty, ale dostawałem przydział jedzenia, alkoholu i małą izbę, która robiła mi za sypialnię. Zresztą... ja naprawdę nadawałem się do tej fuchy. Wiecie, dobry barman zawsze cię wysłucha, więc słuchałem, podsuwając klientom następne kolejki - im więcej wypili, tym więcej mówili, a im więcej mówili, tym więcej ja wiedziałem. Co, gdzie, jak, kto z kim i kiedy, zapychałem mózg informacjami, które kiedyś mogły mi się przydać i faktycznie w końcu zaczęły. Potrzebowałeś kupić coś nie do końca legalnego? Ja wiedziałem gdzie to dostać i za drobną opłatą dzieliłem się wszelkimi informacjami. Czasem sam latałem za czyjąś sprawą, w zamian przyjmując sakwy pełne monet. No i kradłem, handlowałem, kradłem i handlowałem, pracowałem na barze, słuchałem, znowu handlowałem i tak w kółko, w kółko, w kółko, aż do dnia, w którym zawiązałem współpracę z jednym typem spod ciemnej gwiazdy.

Lemoniadowy Joe był stałym klientem Kotła. Chociaż chyba bardziej moim - opychałem mu wszystko co wpadło w moje lepkie ręce, czasem dzieliłem się informacjami, a on w zamian obrzucał mnie forsą. Pewnie się zastanawiacie czemu lemoniadowy, co? Bo włosy miał żółciutkie jak cytryna i wszędzie targał ze sobą piersiówkę wypełnioną płynem w takim samym kolorze. Raczej nie była to lemoniada, ale taki otrzymał przydomek i tak już zostało. W każdym razie dostrzegł Lemoniadowy Joe mój potencjał. Pamiętam jak mu podsunąłem następną kolejkę a on wyciąga wtedy do mnie łapsko i mówi - marnujesz się tu chłopcze, znam takich jak ty; płacą ci tu jakieś marne knuty, ale trzymaj się mnie, a obsypią cię galeonami. Oczy mi aż zaświeciły na samą myśl. Wyszczerzyłem się wtedy w uśmiechu i uścisnąłem jego rękę. Zawarliśmy pakt. Na drugi dzień pakowałem manatki, żegnałem się z Kotłem i zaczynałem całkiem nowe życie. Nie było łatwo, o czym przekonałem się nie raz i nie dwa razy. Wiecznie chodziłem z podbitymi oczami, jednak wiedziony chęcią zarobku wciąż trzymałem się Lemoniadowego Joe prowadząc wraz z nim interesy. Nauczył mnie wszystkiego, czego jeszcze wtedy nie umiałem. Byliśmy partnerami przez kolejny rok. Długi rok spędzony w zatęchłej kawalerce dzielonej na pół.



I to jednak szybko mi się znudziło. Zawsze mnie gnało gdzieś w świat, czułem zew przygody nawet wtedy, kiedy siedziałem na dupie upijając się w lokalnych spelunach. Marzyłem o podróżach, o wielkich przygodach i zakazanych skarbach. O sławie, pieniądzach, kobietach. Los jest naprawdę sprytny, bo wtedy właśnie, kiedy najbardziej pragnąłem zmiany, postawił na mojej drodze starego żeglarza. Snuł opowieści, o których nawet mi się nie śniło, przypomniał mi o dziecięcych fascynacjach, kiedy to marzyłem by wypłynąć daleko na ocean, szukać tajemniczych wysp i żyć pełnią życia. Tego dnia postanowiłem, że ruszę dalej, a nazajutrz żegnałem się z Joe ściskając go jak starego kompana i ruszałem w stronę portu, spragniony morskiej bryzy czeszącej moje włosy.

Niełatwo było zaciągnąć się na statek - byłem młody, niedoświadczony, nie wiedziałem gdzie szukać. Tułałem się po porcie tydzień, drugi i trzeci, melinując w jednej z lokalnych tawern. Tam poznałem córkę właściciela - rumianą Peggy, która od razu wpadła mi w oko. Żal było nie skorzystać, szczególnie, że i ona okazywała mi względy. Dostawałem od niej darmowy alkohol oraz jedzenie, w zamian serwując jej słodkie obietnice - oczywiście, że się z tobą ożenię, będziemy żyli długo i szczęśliwie, jak prawdziwa królewska para! - mówiłem, a ona robiła maślane oczy. Tylko jej ojciec zawsze zerkał na mnie spod byka, zaciskając zęby tak mocno, że słyszałem jak się kruszą. I tak długo wytrzymał, a pewnie dusiłby w sobie złość i jeszcze dłużej, gdyby nie pewien felerny wieczór. Spiłem się  wtedy niemiłosiernie, Peggy krzątała się po sali obsługując klientów i choć co rusz ją podszczypywałem, nie miała dla mnie czasu. Tedy mój wzrok padł na inną niewiastę i to w jej ramionach wylądowałem, podgryzając delikatną, jasną szyję. Radosny śmiech dziewczęcia przyciągnął spojrzenia zebranych. Później wszystko zadziało się bardzo szybko - usłyszałem krzyk, szloch, poczułem ból w potylicy, kiedy pierwszy cios sięgnął mojego głupiego łba. Tak oberwałem miotłą, że mnie na moment zamroczyło i choć ledwie stałem na nogach, już za chwilę gnałem przed siebie co sił, po drodze wywracając krzesła i stoliki. Przebiegłem przez izbę i sru na ulicę! Miałem nadzieję zgubić wściekłego karczmarza, który siedział mi na ogonie wymachując miotłą, ale koleś nie chciał dać za wygraną! To musiało wyglądać komicznie, wyobrażacie sobie? Światło księżyca oświetla brudną ulicę, po której pędzi niecodzienny orszak - ja na przedzie, zataczający się i zasłaniający rękami, za mną rozwścieczony, gruby chłop z miotłą, dalej dziewka, którą uwiodłem, zapłakana i z moją niedoszłą żoną targającą ją za włosy, na końcu kilku pijaczków kibicujących swoim faworytom. Założę się, że ten szalony pościg trwałby do rana, gdybym nie wpadł wówczas wprost w ramiona nieznajomego. W moich oczach kryła się tylko jedna prośba - ratuj mnie! I uratował. Szczerze? Nie wiem jak udało mu się to załatwić, ale obyło się bez kolejnych siniaków i złamanych kości. Tak poznałem Glaucusa Traversa. Tak Glaucus Travers uratował moje marne życie, a ja, w ramach wdzięczności, obiecałem mu służyć po wsze czasy. Był rozbawiony, ale przyjął mnie do swojej załogi. Wreszcie mogłem odetchnąć pełną piersią, zacząć żyć tak jak chciałem. Wreszcie poczułem się prawdziwie wolny.



Życie na morzu okazało się tak cudowne jak sobie je wyobrażałem, chociaż z początku głównie szorowałem pokład lub pomagałem kucharzowi. Musiałem się wiele nauczyć, ale mój umysł, spragniony nowości, chłonął wszystko jak gąbka. Przydały mi się także nabyte wcześniej umiejętności - zająłem się kreśleniem map. Naprawdę polubiłem kapitana Traversa oraz resztę załogi, byliśmy jak rodzina, razem przeżywaliśmy przygody, odkrywaliśmy to co nieodkryte, wspólnie narażaliśmy swoje własne zdrowie i życie, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Ach, cudowny jest żywot wilka morskiego! Rum, szanty i kobiety, w porcie witają cię jakbyś był królem, żegnają jeszcze dostatniej. Moja dola wystarcza bym opłacał kawalerkę na Nokturnie, czasem wysyłam pieniądze matuli, to co dostanę to sprzedam, to co niepotrzebne wymieniam na coś potrzebnego. Czas płynie powoli, czasem tylko zdarzają się nieoczekiwane sztormy.

To było w 53' może 54'... nie pamiętam dokładnie. Szykowałem się do owej wyprawy wraz z resztą załogi, dopracowywałem mapy, nosiłem skrzynie i szorowałem pokład. Byłem podekscytowany jak nigdy, bo jeśli mam być szczery najlepiej czuję się daleko na morzu, gdzie woda ciągnie się aż po horyzont. Kończyliśmy kolejną butelkę rumu, ktoś przygrywał szanty, nazajutrz mieliśmy wyruszyć, więc wyobraźcie sobie jak byłem zły, kiedy lejąc przed tawerną poczułem, że coś opierzonego ląduje mi na łbie - Cezanne'a poznam wszędzie, to stara sowa mojej matki, która wiecznie plątała mi się w lokach. Odganiam tego gada jedną ręką, w drugiej trzymając interes i obszczywając sobie nowe buty... No wybornie po prostu! Ledwie mi się udało go odgonić, czuję jak gruba koperta zsuwa mi się pod stopy. Kilka kropel moczu wylądowało na jej powierzchni więc przeklinam  głośno czym prędzej chowając ptaka w gaciach. Pamiętam, że miałem wówczas w głowie jedną myśl - człowiek się nawet odpryskać w spokoju nie może. Ale zaglądam do środka a tam list na pięć stron, że mam wracać do Meliny bo mateczka Bojczuk choruje. Przestraszyłem się nie na żarty, aż od tego kompletnie wytrzeźwiałem! Wbijam ino do tawerny, żegnam załogę i już mnie nie ma - jak bardzo bym kochał morze, matkę szanuję najbardziej. I tak w czasie kiedy moi towarzysze wypływali w morze ja przekraczałem próg rodzinnego domu łapiąc matulę w ramiona. Później się okazało, że wcale nie była chora tylko miała PRZECZUCIE, wiecie, takie przeczucie, że stanie się coś złego. Ta, srały baby, dyrdymały... Nieźle się wtedy na nią wkurzyłem, nie odzywałem przez kolejne kilka dni, dopóki nie  doszły mnie tragiczne wieści - morze zabrało statek, zabrało załogę i kapitana. Morze, moja kochanka, zabrało mi wolność.



Nie było mi dane długo ich opłakiwać, nie mogłem dłużej usiedzieć na miejscu, więc wróciłem do podziemia, gdzie witałem starych znajomych odnawiając niegdyś zawiązane kontakty, szukałem nowych przyjaciół, wróciłem do złodziejstwa i handlu, z tęsknotą zerkając na wszelkie marynistyczne obrazy zdobiące obskurne ściany mojej kawalerki. Moja egzystencja była jakaś taka... pusta. Żyłem, ale nie czułem z tego żadnej radości. Trwało to rok - może trochę dłużej, może trochę krócej, nie wiem, nie liczyłem, jednak wraz z wieściami o powrocie Traversa, wróciła moja chęć do życia. Znów mogłem stąpać po pokładzie, znów morska bryza targała moje włosy, znów wyruszałem w nieznane, w pogoni za kolejną przygodą.




Patronus: Pewnie zastanawiacie się dlaczego sroka, ha? Sroka to złodziejka, to plotkara, to ciekawskie stworzenie uwielbiające błyskotki, sroka to zły omen, zwiastun nieszczęścia, opierzony pech; wychodzi więc na to, że sroka to po prostu ja i nawet nie próbuję z tym polemizować.
Marszczę brwi, bruzdy rysują się także na moim czole i wtedy to widzę - najpierw stalowoszare tęczówki, im bardziej próbuję się skupić tym wyraźniej widzę czarne plamki szpecące jedną z nich, mam wrażenie, że czuję drobne palce wplątane w moje loki, w końcu w wyobraźni rysuję kształt twarzy otoczony kruczymi puklami... Moja jaskółka; jakież to banalne!...


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 +3 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 6 +1 (różdżka)
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 1 +1 (różdżka)
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
Historia magiiI2
KłamstwoIII25
RetorykaI2
SpostrzegawczośćI2
Ukrywanie sięII10
Zręczne ręceII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Malarstwo (tworzenie)III10
Malarstwo (wiedza)III10
KartografiaII3
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI1
PływanieI1
ŻeglarstwoII7
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 1

Wyposażenie

różdżka, piersiówka "bez dna", woreczek ze skóry wsiąkiewki, sowa





Ostatnio zmieniony przez Johnatan Bojczuk dnia 24.09.17 21:14, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Johnatan Bojczuk   29.09.17 17:00

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Łobuz, rozrabiaka, niechciane dziecko ojca nieznanego i matki, która oddając go do sierocińca sprezentowała mu szczęśliwe życie u przybranej, kochającej matki, która otworzyła jego oczy na świat dwojakiej magii ograniczonej jedynie wyobraźnią: magii artyzmu i magii prawdziwej, o której istnieniu dotąd nawet nie śnił. Nic dziwnego, że w końcu poczuł zew przygody - i porwały go morskie fale, przed których niszczycielską mocą ponownie ochroniła go jego mentorka. Jak długo jeszcze jej bezpieczny klosz będzie w stanie oddzielać go od trudów dzisiejszych - nieprzyjaznych dla czarodziejów mugolskiego pochodzenia - czasów? 

OSIĄGNIĘCIA
wilk morski
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Tristan Rosier


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Johnatan Bojczuk   29.09.17 17:01

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa, woreczek ze skóry wsiąkiewki, piersiówka "Bezdna"

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCI Karta Postaci; +15PB
[02.11.17] +1PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[23.09.17] Karta Postaci, -85 PD


Powrót do góry Go down
 

Johnatan Bojczuk

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17