Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 [sen] zbrodnia i kara

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

13
10
0
0
0
37
2
0
Czarownica
and she bend it over like she got no back bone

PisanieTemat: [sen] zbrodnia i kara   04.10.17 18:39

Deirdre nigdy wcześniej nie czuła tak intensywnego zapachu róż.
Zdawał się unosić w powietrzu dławiącą mgłą, osiadać na twarzy cienkim muślinem słodyczy, zlepiać wargi, skrzyć się we włosach karmazynową poświatą, przenikać przez ciężką, czarną suknię, wwiercać się w ciało. Dusił, nie kusił, otumaniał, jak czarne lilie, sypiące się wodospadem kwiatów na groby tych, którzy oddali swe życie w obronie nowego porządku. Jeszcze chwiejnego, lecz każdy kolejny tydzień materializował marzenia, zaklinał je w rzeczywistość, namacalną, prostą, zachwycającą. Słoną niczym krew, łzy i ciepłe jeszcze mięso, najrozkoszniejsze bodźce osiadające na języku - być może dlatego słodycz, wypełniająca dwór w Dover wydawała się Deirdre tak intensywna, nieznośna, utrudniająca stawianie kolejnych pewnych kroków. Wiedziała gdzie zmierza, choć nie znała drogi - wiedziała po co, choć nie potrafiłaby przytoczyć konkretów. W śnie jawiły się jej jako oczywiste, instynktowne, podstawowe, niewarte dłuższego zastanowienia, szła więc szybko i niestrudzenie, nie wahając się, nie przystając, nie próbując zmienić losu - mającego opaść na Tristana ostateczną sprawiedliwością.
Zawiódł. W pierwszej chwili nie mogła w to uwierzyć, w drugiej przejęła ją czarcia, koszmarna wściekłość, ujadająca zajadlej od przerażonego krzyku, wydanego przez tą słabszą część, zmartwiałą i sprowadzoną do prymitywnego strachu przed zagładą najbliższej jej istoty. Zdławiła ją gniewem i żalem, płonącym mocniej z każdym słowem, padającym z ust ich Pana, właśnie ją obdarzającego największym zaufaniem - i zarazem ciężarem, pod którym nie ugięła się nawet na sekundę. Nie zaprzeczała, nie próbowała zaprotestować, przyjęła brzemię w pokornym milczeniu, doskonale wiedząc, że to, co ktokolwiek inny odebrałby jako złoty laur - czyż Czarny Pan nie wezwał jej do siebie osobiście, powierzając zadanie wymagające i nobilitujące, stawiające ją wyżej, jednocześnie? - spadło na nią niczym morderczy cios. To była także jej okrutna próba, sprawdzian wierności, któremu zamierzała podołać: mimo wewnętrznego rozpadu, potwornego bólu, przeżerającego rozkwitłą na nowo duszę, którą zawdzięczała przecież jemu. Służyła jednak jednemu panu, stojącemu ponad prywatnym mistrzem, ponad nauczycielem, ponad opiekunem, ponad miłością, niewartą nic w starciu z rozkazami Czarnego Pana. Obydwoje bylit tego świadomi, wtedy, przed laty, gdy na ich przedramionach wykwitł Mroczny Znak: dlaczego więc on zagubił sens swego oddania?
Powinna zarzucić go pytaniami, wybłagać nawrócenie, obiecać, że wypełni zadanie za niego, że powróci przed Jego oblicze cała we krwi - lecz wiedziała, że rozkazy pozostawały nieugięte. Tak jak i ona sama, dojrzalsza, całkowicie spokojna - tylko serce, bijące tak, jakby przebiegła setki mil, zdradzało jakiekolwiek poruszenie, wyczuwalne jedynie dla niej samej. W końcu znalazła się na końcu korytarza: nacisnęła klamkę i przeszła przez drzwi prowadzące do gabinetu Tristana, mocno ściskając w ręku różdżkę. Jej wzrok od razu pomknął ku rosłej sylwetce, wyraźnie odcinającej się na tle otwartego na oścież balkonowego okna, prowadzącego do ogrodu: zapach róż uderzył w nozdrza ze wzmożoną siłą, sprawiając, że Deirdre zrobiło się mdło - czy tylko z tego powodu? Ruszyła ku niemu tak, jak zawsze, nie kryjąc swojej obecności, ale także omijając jakiekolwiek powitania: nie były im już potrzebne. Stał tyłem, mogła w sekundę spełnić rozkazy, jedno drgnienie różdżki, jedno zaklęcie, jedna myśl, a runąłby na ozdobną posadzkę: nie potrafiła jednak zrobić tego bez pożegnania. Nie wiedziała, czy był świadomy ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić za nieposłuszeństwo, nie wiedziała, czy gdy spojrzy mu w oczy będzie w ogóle w stanie ją wymierzyć: ale odkładała wątpliwości gdzieś na bok, po prostu podchodząc do niego, blisko, tak, że mogła przylgnąć do jego pleców i przycisnąć pełne, sine usta do odsłoniętego karku, znacząc go zębami, tak samo mocno jak zwykle, jak każdego poranka i każdego wieczora, jaki spędziła u jego boku przez ostatnie lata. Gdzieś z zewnątrz, wraz z wręcz nieznośnym zapachem róż, dochodził do nich głośny śmiech dzieci i kobiece nawoływania, lecz Deirdre właściwie ich nie słyszała, oddychając głęboko, spokojnie, prosto w kark i zagłębienie szyi - chciała poczuć go po raz ostatni, ale przez słodki aromat kwiatów nie przebijał się jego zapach, którym przesiąkała od czasów Białej Willi. Mimo to nie odsunęła się, ciągle stojąc tuż przy nim - i nie obejmując go, w prawej dłoni ciągle ściskając różdżkę skrytą w rękawie szaty, lewą: zamkniętą w pięść aż do bólu i krwi, spływającej leniwie pomiędzy zaciśniętymi palcami. Cała była drżeniem i pytaniem, wściekłością i przedwczesną żałobą, sprawiedliwością i rozpaczą.
- Dlaczego? - wychrypiała tylko cicho, odrywając zęby od skóry i przesuwając po niej policzkiem: wysokie obcasy pozwalały jej prawie równać się z nim wzrostem, w innych aspektach znajdowała się na równi z nim już od dawna, od momentu, gdy jej żyły i białka oczu zalały się nieprzeniknioną czernią a dusza została bezpowrotnie oddana Czarnemu Panu - którego rozkazów nie wypełnił, ściągając na siebie przekleństwo gorsze od śmierci.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: [sen] zbrodnia i kara   05.10.17 14:46

Słyszał jej stopy, czuł zapach jej ciała; nawet nie drgnął, kiedy poczuł na karku jej usta, zimne, jak pocałunek śmierci. Jej zęby nie budziły ani dreszczu pożądania, ani dreszczu grozy; wiedział, po co tutaj przyszła - wiedział i nie przerażało go to. Popełniając haniebny czyn wiedział, jak to się skończy, choć sądził, że on pojawi się osobiście; nie, oczywiście, że nie, z jej różdżki to miało być bardziej upokarzające. Deirdre była mu równym przeciwnikiem, urosła w siłę przez ostatnie lata, ale wciąż wątpił, żeby go umiejętnościami przewyższała - czy Czarny Pan gotów był stracić również ? Czy istniały dla niego jakiekolwiek granice? Co z obietnicami, które im składał, kiedy obdarzył znamieniem, znakując ich jak zwierzęta - czy spełnił choć jedną z nich? Służył mu wiernie przez lata, stając się cieniem siebie; był blady, wyniszczony przez czarną magię, czarne jak smoła żyły odznaczały się na jego szyi grubą, nienaturalnie wyraźną pajęczyną; oddał mu siebie, swoją służbę, swoje umiejętności, oddał mu wszystko i poświęcił dla niego wszystko. Zabił Evandrę, otulił szmaragdowym całunem Avady Kedavry nestora swojego rodu, poświęcił mu dwójkę dzieci, został z niczym: z niczym oprócz Deirdre, ich dzieci, i kilku smoków, których nie przerobiono jeszcze na ingrediencje dla alchemików Czarnego Pana. Zostały te najbardziej niedołężne - a i tak przegrywali wojnę, wszyscy Mulciberowie dzielili celę z dawno pojmanym Burke'm. Był gotów na śmierć, nic innego już go nie czekało, ale nie miał zamiaru oddać własnego życia łatwo - pociągnie za sobą tyle trupów, ile mógł. Wszystko inne - oddał bez mrugnięcia okiem, czas przerwać to szaleństwo. Wiedział, że nie uderzy od tyłu - nie zrobiłaby tego - a brak powitań wydawał się bardziej niż naturalny w perspektywie ostatecznego pożegnania. Zdradził, stanął po drugiej stronie, stanął naprzeciw niej - już nigdy nie będzie między nimi tego, co było. Nabrał powietrza, słodki zapach róż dodawał mu sił i odganiał lęk, przypominał mu o ty, kim naprawdę był. I kim być przestał w dniu, w którym stał się śmierciożercą. Zdeptał herb własnego rodu, tradycję pielęgnowaną wiekami w imię - czego? W imię człowieka, który wzgardził nim po tylu latach wiernej służby i całkowitego oddania. Zadarł brodę w książęcym geście, nawyk nie zmalał z czasem; nie miał zamiaru dać jej tej satysfakcji i wić się jak piskorz, kwiląc ze strachu i bólu. Nie chciał być żałosny - był żałosny przez ostatnie lata, wierząc w ideę, za którą bezcelowo zmarło tak wielu. Co teraz, Deirdre - zastąpisz mnie? Pokręcił głową, zawsze była głupia, choć nie mógł ganić jej za zaślepienie: ślepi byli wszyscy. Ślepy był on. Ciepły oddech na szyi przypominał ostatnie tchnienie życia, jakie znał: jeśli wyjdzie z tego żywy, będzie musiał błąkać się z dala od wszystkiego, co znał, ukrywając się przed nim. Nie widziała, że trzymał w rękach różdżkę. Nie wiedziała, że to zaszło tak daleko? Trzymał ją w rękach, z zawahaniem; lekko, niegotowy do obrony, niezdecydowany. Odejść - czyż nie byłoby łatwiej? Zabrać za sobą ją  - czyż nie byłoby dla niej przysługą? Ogień, bolesny ogień palił go od środka i niszczył przez ostatnie tygodnie, teraz wypalił już wszystko. Nie mógł odpędzić się od wątpliwości - może to skutki sinicy, może czarna magia, która wyniszczała jego ciało, odebrała mu także umysł, może tak naprawdę świat, który widział, nie był tym, po którym stąpał. Może tak naprawdę wszystko było ułudą. Nawet ona? Może popełnił błąd, a wszystko, co ostatnio dostrzegł, nie było prawdą - brzmiało przecież tak bardzo irracjonalnie. Jak kamień, który był tylko częścią ogromnej lawiny: potoczył się, kiedy spadała ze szczytu góry, toczył się z innymi, toczył z nią, aż w końcu zorientował się, że oto uderzył w samo dno, niszcząc po drodze wszystko. Ona też otworzy oczy. Wszyscy otworzą. To nie zmierzało do niczego, Czarny Pan niczego nie zmienił, chciał władzy dla siebie - tylko dla siebie - był gorszy od tyrana, jakim był Grindelwald. Gardził nimi. Gardził nim. Czystość krwi była tylko pretekstem.
- Nie wiesz - odparł, kąciki jego ust pogardliwie uniosły się w górę - dostrzegał to wyraźnie w odbiciu szyby, przed którą stał, podobnie jak widział jej drapieżne oczy. Czarne: stracone. Zawsze myślała wolniej, zawsze trudniej było jej zrozumieć. - Chciał kolejnej bezsensownej ofiary. - Ile ich już zabrał? Żadna nie zdała się na nic. - Nie rozumiesz - słowa padały z jego ust oskarżycielsko, ze złością, bo rozumieć powinna. - Jesteśmy tylko pionkami na jego szachownicy. Użytecznymi narzędziami w jego rękach. Wreszcie to zrozumiałem - Uniósł wzrok lekko ku górze, sięgając spojrzeniem zachmurzonego nieba. - Powinnaś uciekać - dodał, wciąż nie odwracając się za siebie; jej twarz stawała się coraz bardziej zepsuta - ale wciąż była piękna. Ucieknij ze mną, Deirdre. - To tylko kwestia czasu, kiedy wszystko upadnie całkiem. Śmierć będzie łagodniejsza od Azkabanu. - Otwórz oczy, Deirdre, poznaj świat kolejnym zmysłem: otworzyłem ci już jeden, może mogę otworzyć również drugi? Znowu możemy po prostu wznieść się na czarne niebo - i polecieć na czarnych skrzydłach w inną stronę, imperium Czarnego Pana stało na glinianych nogach - już się trzęsło - a oni byli jego ofiarami. Zmanipulowanymi, bezwolnymi, ogłupionymi i zaślepionymi, straci ich wszystkich, jak stare szmaciane lalki, które nie były już potrzebne. Jak mógł tego nie zauważyć wcześniej? Jak mógł być tak głupi? Był głupcem i głupcem został, stracił wszystko - stracił samego siebie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

13
10
0
0
0
37
2
0
Czarownica
and she bend it over like she got no back bone

PisanieTemat: Re: [sen] zbrodnia i kara   09.10.17 22:53

Zazwyczaj to on stał tuż za nią, o krok, blisko - czyż nie w takiej samej konfiguracji prowadził ją od dawna, od wielu lat, pragnąc, by stawiała pierwsze kroki samodzielnie? Nie idąc jego śladem, a podejmując je sama, z mocnym uściskiem męskiej dłoni na ramieniu lub karku, popychającym ją w odpowiednią stronę? Jak przez mgłę pamiętała czar pierwszych zaklęć Niewybaczalnych, złote włosy, piegowatą twarz, puste oczodoły, otwierające się na nieśmiertelność - względną, toczoną toksyczną krwią inferiusa, powstającego z martwych. Z perspektywy czasu wydawało się jej to śmieszną, dziecinną wręcz igraszką: dzięki Czarnemu Panu ruszyli znacznie dalej i coś, co kiedyś wydawało się im ostatecznością, kresem magicznych możliwości, obecnie znajdowało się tuż za nimi. Przeszłość ginęła w mroku ograniczeń, przyszłość rozpościerała widok na najsłodszy obraz triumfu, całkowitego zniszczenia, czarodziejskiej mocy tak potężnej, że przerażającej ich samych: ale przecież tego pragnęli od samego początku, od pierwszego spojrzenia w oczy Lorda Voldemorta.
Pragnęli - lub pragnęła. Samotnie. Ktoś, kto był jej nauczycielem, mistrzem, ktoś, kto wprowadzał ją w tajniki czarnej magii, zniknął bezpowrotnie. Zdradził. Zawiódł powierzone mu zaufanie, zaprzepaścił pokładaną w nim nadzieję; zrównał się ze szlamem, którym pogardzali i który pragnęli zniszczyć. Nie potrafiła tego pojąć, wydawało się jej to niemożliwe - a jednak stało się prawdą, namacalnym dowodem na to, że mężczyzna, którego pokochała, okazał się ohydnym, słabym człowiekiem. Uginającym się pod ciężarem odpowiedzialności, drżącym w obawie przed absolutem, niegodnym szacunku, niegodnym też łask, które otrzymywał do tej pory jako najbliższy sługa Czarnego Pana. Stała tuż za nim, tak dosłownie jak i w przenośni, krocząc ścieżką wytyczoną przez najwierniejszego sługę, by finalnie móc wymierzyć mu ostateczną karę.
Nie chciała tego. Czuła mocny zapach francuskiej wody kolońskiej, czuła równie intensywny aromat jego skóry i czuła róże - które zdołała przez te wszystkie lata pokochać, tak samo jak ten dwór, jak szlachecką rzeczywistość, do której nie pasowała, jak macierzyństwo, które wystawiło ją na ciężką - i wygraną - próbę. Macierzyńska słabość, której tak potwornie się obawiała, nienawidząc każdego miesiąca brzemienności, okazała się jej siłą, rdzeniem, na którym opierała rozwijające się umiejętności. Dzięki dzieciom stała się silna, bezwzględna, brutalna, wiedząc, że dzięki poświęceniu tworzy dla ich potomstwa lepszy świat. Świat, którego Mortimer miał nie doczekać.
W momencie, w którym Tristan odezwał się po raz pierwszy, westchnęła ciężko, jeszcze raz głęboko wdychając zapach jego ciepłej skóry, tak podobny do woni bliźniąt, słodkich dzieci, już od poczęcia obarczonych brzmieniem czarnej magii. Uśmiechnęła się krótko, smutno, nie odstępując jednak Tristana nawet na krok: przylgnęła do niego jeszcze ściślej, instynktownie pragnąc znaleźć się, choć na chwilę, jak najbliżej niego.
- Nie jest bezsensowna. To największa ofiara, jaką możemy mu złożyć. Ofiara z naszej krwi. Powinieneś być z tego dumny - wyszeptała cicho w jego kark, a jej uśmiech poszerzał się z każdym dźwiękiem dziecięcego śmiechu, dobiegającego zza balustrady balkonu. Zrobiłaby dla dzieci wszystko - łącznie ze złożeniem ich na ołtarzu idei, za którą gotowi byliby oddać własne życie. Sądziła, że Tristan przewodził w tej trudnej drodze, lecz to ona wykazała się większym oddaniem, stając ponad nim, ponad tym, który służył mu najwierniej. Cierpiała. Cierpiała i jednocześnie drżała z zachwytu. Nie mogła uwierzyć w zdradę Tristana, nie mogąc też zaufać w pełni nagłemu wywyższeniu. Znalazła się w potrzasku własnych pragnień i zależności, poddaństwa i wierności, chwiejąc się na krawędzi przepaści: zrobiłaby wszystko, by ochronić własne dzieci, lecz w tej samej chwili złożyłaby je na ołtarzu ofiarnym bez wahania, byleby sprostać wymaganiom tego, który pokazał im prawdziwą potęgę. Sprzeciw Tristana wywoływał w niej gniew i ból, gięła się pod tym ciężarem, realnie: stojąc za nim prosta, wysoka, dumna, wręcz uśmiechnięta, pomimo głośno bijącego serca i wrzasku sprzeciwu, tłumionego w ściśniętym gardle.
- Jak śmiesz przywoływać w ten sposób naszego pana. Nie pamiętasz, ile mu zawdzięczamy? - wysyczała prosto w jego kark, szczękając zębami: uderzały równomiernie o siebie, nie o skórę mężczyzny. Mężczyzny, który mówił dalej; nie mogła znieść tych bezeceństw; zacisnęła gwałtownie dłonie na jego barczystych ramionach i odwróciła go w swoją stronę, wbijając paznokcie i różdżkę w umięśnione barki. Bała się jego spojrzenia, lecz gdy wzrok czarnych jak smoła oczu napotkał nieco jaśniejsze tęczówki, nie zgięła się w ból, przeszyta bólem, a odważnie stawiła mu czoła, wpatrzona w twarz, którą kochała od tylu lat. Nie ugięła się pod nawałnicą emocji, nie zaczęła błagać o opamiętanie się: po prostu patrzyła martwym, choć intensywnym wzrokiem, zaciskając wargi w wąską linię. - Bluźnisz - syknęła ponownie, nie odstępując go nawet na krok, lecz nie kierując także różdżki w jego stronę. Nadzieja na opamiętanie ciągle tliła się gdzieś pod warstwą gniewu i rozpaczy. Sugerował jej ucieczkę? Jakże śmiał, jakże śmiał wystąpić przeciw niej i przede wszystkim: przeciw niemu. - Okaż skruchę, zrób to, czego on od ciebie wymaga. To twoja ostatnia szansa - kontynuowała, cicho i stanowczo, przenosząc wzrok z jego osłoniętej elegancką szatą klatki piersiowej, przez obnażoną szyję aż po twarz: dopiero po dłużej chwili spojrzała mu prosto w głęboko czarne, puste oczy, mocno, nieustępliwie, ciągle wbijając paznokcie w jego ramiona. Musiał się opamiętać, musiał zgodzić się z rozkazem - nie wierzyła w inny koniec, mający postawić ich po przeciwnych stronach barykady, którą budowali od lat, niszcząc zło, rozpleniające się wraz z ideologią Zakonu. - Jeśli kiedykolwiek mnie kochałeś, zrobisz to. Zrobisz to dla nas. Dla naszych dzieci. Dla niego - szeptała cicho, lecz nieustępliwie,  wręcz szalenie, robiąc krok w przód, w stronę balkonu, popychając go przed sobą: wystarczyło jedno zaklęcie, jedna klątwa, jedno ciało. Jedna ofiara. Jedno poświęcenie, gwarantujące im miejsce najbliżej Czarnego Pana. Wewnętrzni zwijała się z bólu, lecz istniały sprawy ważniejsze od miłości - wiedziała przecież, co będzie musiała zrobić, gdy Tristan ponownie sprzeciwi się rozkazom i stanie naprzeciwko, toczony potworną, niezrozumiałą chorobą. Nie mógł tego zrobić. Nie teraz, nie im, nie posiadając tak potężną władzę. Jedno życie, stworzone przez nich, odebrane także przez nich - powinni a kolanach dziękować Czarnemu Panu za łaskę, jaką ich obdarzył, pozwalając złożyć im ostateczną ofiarę. - Zrób to - szepnęła prosto w jego usta, nachylając się tuż nad jego twarzą; cała drżała, przemęczona, zdenerwowana, wściekła i przerażona zarazem, nie wypuszczając z dłoni różdżki i zarazem błagając o to, by Tristanowi zwrócono zdrowy rozsądek.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: [sen] zbrodnia i kara   20.10.17 1:21

Jej słowa były tylko kolejnym absurdem, dowodem na to, jak daleko to wszystko zabrnęło. Nie reagował nijak na jej bliskość, przyjmując ją z utęsknioną obojętnością - bo choć jej pragnął, to nie mógł jej mieć. Nie po tym wszystkim, nie spodziewał się po niej otwarcia oczu - nigdy przecież nie myślała samodzielnie. Tchnął w nią szacunek do Czarnego Pana, przedstawił mu ją, doprowadził do miejsca, w którym mogła stanąć na nogi. Nie potrafiła zrobić tego sama - nie będzie potrafiła również teraz. Siła ją zgubiła, poczuła się zbyt pewnie siebie, by posłuchała zdrowego rozsądku teraz - czy na pewno? Jego usta - wyjątkowo, nie jak u niego - nie wygięły się w wilczym uśmiechu, kiedy poczuł jej ciepły szept na karku, trwały w zobojętniałym, przepełnionym goryczą grymasie. Goryczą i bólem, cierpienie było trudne do opisania, oddał przecież tej idei wszystko: samego siebie, własną krew, własną rodzinę, własne ciało, własną moc. I to wszystko - na próżno. Po trzynastu latach wiernej służby Czarny Pan nie darzył go nawet sentymentem - i tak prosto strącił go z piedestału, oddając w ręce najdroższej sercu kochanki. Może wiedział - może był po prostu przezorny - do czego to doprowadzi. Może zrobił to z premedytacją, naciskając struny ambicji Deirdre, kusząc możliwością zajęcia jego miejsca - kusząc, ciągle kusił, nigdy nic nie dawał, nie odda jej go, wejdzie tam ktoś inny - chcąc ich skłócić, zerwać zbyt bliską więź, nie doprowadzić do tego, by na oczy przejrzała również ona. Utrata samego Tristana będzie go wiele kosztowała, utrata Tristana i Deirdre kosztowałaby go jeszcze więcej. Nie dbał o to. Nie dbał o nikogo z nich.
- Dumny - z czego? - oświadczył gorzko, wygiął szyję, chcąc strącić z siebie jej ramiona, lecz ostatecznie odwrócił się w jej stronę - trzymał w rękach różdżkę, subtelnie obracając ją między palcami. Wahał się, wahał się, kogo chciałby zabić jako pierwszego. Mortimera i Myssleine, żeby nie ginęli śmiercią krwawą, na ołtarzu chorego czarnoksiężnika, Deirdre, żeby zatrzymała się w tym szaleństwie, czy raczej samego siebie - uciekając od tego wszystkiego. - Evander, Cosette, Mireille, to nic nie dało - Jego dzieci z prawego łoża były już martwe, odeszły bolesną, przepełnioną cierpieniem śmiercią. Ich odejście miało pomóc w zwycięstwie, które wciąż nie nadeszło. - Oddamy Mortimera - i co dalej? Dalej będzie chciał Myssleine. - Nie zamierzał do tego dopuścić. - Potem skończą się dzieci, zabierze ciebie - I mnie, ale to nie miało już znaczenia, byli ostatnim, co mu pozostało. Bez tego - żyć nie chciał. - A potem cień feniksa przysłoni nasze trupy - Przegrywali, musieli to przyznać. Przegrywali już od dawna, a Czarny Pan zamiast przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, sam mordował swoich popleczników. Szukał w jej oczach zrozumienia, choć wiedział, że szuka go na próżno. Otrząśnij się, Deirdre. Otrząśnij się, nim będzie za późno. Jej wzrok był dokładnie taki, jakiego się spodziewał - pusty. Nijaki. Nawet to go bolało, chory fanatyzm sprawił, że przestała być sobą. Pokręcił głową, wiedząc, że wcale nie bluźnił; mówił prawdę. Gorzką, okrutną, ale prawdę. - Ostatnia szansa na co? - zapytał od niechcenia, bo wcale nie bał się konsekwencji tego, co zrobił. Nie chciał być desperatem - a w desperację wpadali, starci na mieniący się jak węgiel proch przez siły jasności. Skrzywił się, niechętnie.
- Nie zrobię tego, Deirdre, ani dla naszych dzieci, ani dla ciebie - oświadczył ze zrezygnowanym spokojem, podjął tę decyzję i nie miał zamiaru się z niej wycofywać. Była ostateczna. - Tym bardziej nie zrobię tego dla niego - dodał, wciąż patrząc jej w oczy. Bolała go ta przepaść: był pewien, że starannie wyreżyserowana przez niego. Sycił się ich cierpieniem. Być może dzięki temu przetrwa - on sam - potężny, zawieszony gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią. Być może kiedyś narodzi się na nowo i zacznie walczyć o swoją ideę od nowa. Ale teraz - ta walka mogła skończyć się już tylko przegraną. - Nie wiesz, o co prosisz - odparł, jego głowa nie drgnęła, kiedy otworzyła usta, kiedy zbliżyła je do jego twarzy tak mocno, torturując każdy skrawek tego, co z niego pozostało. Komenda, rozkaz, zrób to, odbijała się w jego głowie jeszcze przez chwilę głuchym echem, zrób to: zabij ją. Dla jej dobra, w dowód miłości, o który prosi. Przymknął powieki, nie tyle nie potrafił, co wcale nie chciał tego robić. Musiał przyznać przed sobą, że zawsze był tchórzem - chciał tego, co akurat było najwygodniejsze. Taką wygodą była nawet ona - gdyby nie Deirdre, nigdy nie poświęciłby półwilej piękności. Sięgał po to, co proste, zamiast po to, co ważne. To miało się dzisiaj zakończyć.
- Jeszcze nie jest za późno - oświadczył powoli, nieprzerwanie patrząc jej w oczy - równie nieustępliwe, jak jego. - Zabiorę was stąd. Zaszyjemy się w krajach Europy Wschodniej, tam nikt nas nie znajdzie. Ani Ministerstwo, ani służby aurorów, ani to, co z niego zostanie. Dzieci przeżyją, być może nawet dorosną. - Myssleine przypominała ją tak bardzo, chciał, chciał zobaczyć ją starszą. Dojrzałą. Dorosłą. Chciał jej szczęścia. Chciał poczuć ciało Deirdre, pulsujący rytm jej serca, krwawe zęby, ostre panzokcie, które tak mocno wbijały się w jego ramię, bynajmniej nie przywodząc na myśl groźby, która przerażała: a rozbudzając wspomnienia długich i namiętnych nocy. Nie chciał tracić wszystkiego, choć wszystko już zostało utracone. Palce mocniej zacisnęły się na drewienku czarodziejskiej różdżki, raz jeszcze pokręcił głową. - Wyjedź ze mną - nie prosił. Nigdy nie prosił. Rozkazywał, wbrew woli Czarnego Pana, korzystając z przywilejów, które od niego dostał - nie powinien był tego robić; lewe przedramię zaogniło się bólem, zacisnął zęby i zamknął pięść, syknął. Był głupi sądząc, że wciąż da się przed nim uciec, oznaczył ich przecież - jak zwierzęta  - na zawsze pozostawiając w każdym z nich cząstkę samego siebie. Póki żył, byli niewolnikami. Póki żył...




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

13
10
0
0
0
37
2
0
Czarownica
and she bend it over like she got no back bone

PisanieTemat: Re: [sen] zbrodnia i kara   21.10.17 12:56

Oddychała głęboko, lecz szybciej niż normalnie, licząc na zbawienną właściwość powietrza przesyconego zapachem Tristana, przywracającego ją do stanu całkowitego spokoju. Zawsze tak było, krew, francuska woda kolońska i jego skóra, ubrania, włosy, ciało, słodko-słona woń przynosząca ukojenie i czułość, nawet jeśli zlizywała ją wraz z potem, deszczem i kroplami czerwieni wprost z jego szyi, czując pod językiem pulsujące podekscytowaniem żyły. Pasją, namiętnością, morderczą zawziętością, po jakiej nie pozostał jednak żaden ślad - stojący tuż obok niej mężczyzna był martwy i choć wyraźnie czuła bicie serca, dudniące w jej głowie nieznośnym echem, to przecież nie należał już do świata żywych, ściągając na siebie nieodwołalny wyrok. Dawała mu szansę, ostatnią, wbrew pozorom paniczną w swym zdecydowanym stoicyzmie, a on odrzucał ją niefrasobliwie i arogancko. Jak mógł zadawać takie pytania, jak mógł wspominać hojne ofiary, jak mógł wyrzucać z siebie oszczerstwa i okrutne wątpliwości, nie mające nic wspólnego z prawdą? Nie odrywała wzroku od jego twarzy, kątem oka zauważając różdżkę w jego dłoni - nie obawiała się go, w sennej rzeczywistości czuła się silniejsza, niezwyciężona, pełna, wywyższona ponad każdego, kto kiedykolwiek służył Czarnemu Panu: nawet ponad tego, kto wprowadził ją w szeregi Rycerzy, ucząc, mentorując i prowadząc wgłąb mrocznych sztuk, karmiąc ją własną krwią i doświadczeniem. Ufała mu bezgranicznie, pożywiając się na nim, wznosząc wyżej, by finalnie wręcz stracić go z oczu - przez sekundę przeszyła ją bolesna świadomość, może to jej wina, może zaniedbała obowiązki, może gdyby zerknęła do tyłu, odrywając spojrzenie od mrocznego celu, pochłaniającego czas i myśli, w porę spostrzegłaby szaleństwo, powoli oblepiające Tristana swymi mackami, wciągające go pod wodę łgarstw, spychające w bezdenną otchłań. Byli ze sobą połączeni, od zawsze na zawsze; odpowiedzialni za swoje błędy i sukcesy, przyjmujący potworne kary i rozkoszujący się triumfem - Deirdre zdawało się, że przeżyli wspólnie całe stulecia, niezłomni, niezwyciężeni. Aż do teraz.
Zacisnęła usta w wąską linię, lecz i tak z jej ust wydarł się ostrzegawczy choć nieco stłumiony, warkot, wprawiający pełne wargi w drżenie. Nie poznawała go, podającego w wątpliwość wszystko, o co walczyli, umniejszającego zasługi, ślepego na to, jak wiele osiągnęli. - Ich krew umocniła Czarnego Pana, dostąpiłeś zaszczytu mogąc dokonać tak hojnej ofiary - wycedziła, coraz wyraźniej tracąc spokojną obojętność, z jaką pojawiła się na progu pomieszczenia. Zazdrościła mu wtedy, potwornie i paląco: miał tak wiele i tak wiele mógł Mu podarować; ona oddała już wszystko, co miała, lecz było to niewystarczające, marne, żałosne w porównaniu z poświęceniem Tristana. Nestor, żona, dzieci, rodzina, nazwisko, galeony, nazwisko - żegnani jej szczerymi łzami, łzami niesprawiedliwości, ona także chciała udowodnić Lordowi Voldemortowi swoją miłość - i być może właśnie spełniały się jej szaleńcze marzenia, nie tak słodkie, jak sądziła przed laty, obserwując wykrwawiającą się Evandrę, śniąc o tym, że kiedyś to ona złoży na ołtarzu ofiarnym kogoś, kto był jej najbliższy. - Dzieci i tak należą do niego, zawsze należały, doskonale o tym wiesz - syknęła, nie poruszając się z miejsca, dalej stojąc tuż przy nim, z dłońmi na barkach, z różdżką niewygodnie wbitą między palcami, trzęsąca się coraz bardziej z targającego nią gniewu, zawodu, rozpaczy, których - jeszcze? czy kiedykolwiek zdoła? - nie osłodził nadchodzący triumf, prowadzący ją najbliżej Czarnego Pana. - Gdyby nie On, nie donosiłabym ciąży, a bliźnięta nigdy nie przyszłyby na świat, nigdy nie stałyby się tak wyjątkowe - kontynuowała, pomimo upływu lat ciągle dotknięta tamtymi księżycowymi miesiącami, które wyłącznie dzięki Jego łasce okazały się najpiękniejszymi w jej życiu. Zamiast słabnąć - nabierała niespotykanych mocy, a czarna magia nie raniła jej, czyniąc z każdą niewybaczalną klątwą coraz silniejszą. Ją i dzieci, rozwijające się pod jej czarnym sercem, od poczęcia przesiąknięte mroczną magią, pojone mrocznym eliksirem, wtłaczanym do ich krwi. Gdyby nie protekcja Voldemorta, umarliby we troje, banalnie, zwyczajnie - to Jemu zawdzięczał istnienie prawdziwej rodziny, towarzyszącej mu przez kilkanaście lat. Kilkanaście lat szczęścia - czy nie było to wystarczające? - Jesteśmy mu to winni a poświęcenie napawa mnie radością. Mortimer, Myssleine, są...są wspaniali, są najdoskonalszym darem, który możemy mu oddać - mówiła coraz szybciej, prawie bełkotliwie, a jej oczy w końcu rozbłysły czymś w rodzaju matczynej czułości: tak, bliźnięta były najdoskonalszym, co stworzyła, pełne czarnej magii, inteligencji, za to bez moralnej słabości. Wzruszenie zgasło jednak szybko na wspomnienie feniksa - Deirdre skrzywiła się tak, jakby z ust Tristana padło najohydniejsze przekleństwo. - Zakon to przeszłość, niedługo zetrzemy ich na proch, jeszcze kilka miesięcy i zakończymy tę farsę - wycedziła, pewna swych słów, ignorując kwestię poświecenia jej samej; gdyby tylko On zapragnął ofiary z jej życia, złożyłaby ją bez najmniejszego zawahania. Wierzyła jednak, że to ostateczność, że służyła mu tak wiernie, by zostać u jego boku aż do końca - jeszcze niedawno była przekonana, że staną tam oboje, ona i Tristan, tak, jak wtedy, gdy sprowadzał ją przed oblicze Czarnego Pana po raz pierwszy, lecz stuprocentowa pewność roztrzaskała się o nagłe szaleństwo. Nawet teraz wierzyła, że się opamięta, że wykorzysta tą ostatnią szansę, że okaże skruchę - i tym samym pozwoli się uratować. Próżna nadzieja, rozbita w proch wraz z następnymi obrazoburczymi słowami, sprawiającymi, że aż zamilkła, wzburzona i spetryfikowana bezeceństwami, które wypowiadał. Nie dla niej, zrozumiałaby to - lecz nie dla Niego? Zrobiło się jej niedobrze, już nawet ciało reagowało mimowolnie i alergicznie na tak karygodne nieposłuszeństwo. - Milcz - syknęła, co nie przyniosło żadnego rezultatu, mówił dalej - i wypowiadał coraz bardziej przerażające herezje, plugawe bluźnierstwa, snując tchórzliwe plany. Patrzyła mu prosto w oczy, po raz pierwszy dzisiejszego popołudnia przerażona - cofnęła się od niego gwałtownie, robiąc kilka kroków w tył, jakby brzydziła się bliskości, mogącej zarazić ją toczącym go szaleństwem. Kiedyś jego słowa przyjęłaby jako świętość, najdokładniejszą wskazówkę, radę, której zamierzała słuchać wbrew własnemu osądowi, ale zwierzęce posłuszeństwo należało już do przeszłości. Przekreślił ją sam, brutalnie, bełkocząc o ucieczce. Zbladła, lecz na policzkach wykwitł niezdrowy, siny rumieniec a z kącików ust, z każdym słowem, zaczynała sączyć się krew - kara za powolność wymierzania sprawiedliwości. - Gdziekolwiek się udamy, znajdzie nas - wychrypiała, zaciskając mocno palce na różdżce, już czując nadchodzący błysk oślepiającego bólu - nie wahała się, ale zawodziła, przedłużała tę rozmowę, kontynuowała ją, ciągle nie raniąc go żadnym zaklęciem, nie rzucając go na kolana, okazując łaskę, przeciągając chwilę przed w nieskończoność. Nie wiedział, co mówi, rozsnuwał przed jej oczami kolejną ułudę, żałosną próbę pokazania swej siły - której nie posiadał. Pokręciła gwałtownie głową, przymykając oczy - jeśli nie uniesie różdżki teraz, nie zrobi tego nigdy; nie, nie pozwoli, mu zatruć swojego umysłu: więc dlaczego jej ręce ciągle pozostawały opuszczone wzdłuż drżącego ciała?





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
 

[sen] zbrodnia i kara

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17