Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   13.10.17 23:47

Biegł. Bieg najszybciej jak mógł, ile tylko miał sił w nogach. Biegł przez mokrą trawę, czując jak jej źdźbła siekają mu kolana, jak moczą spodnie, jak błoto spod niej bezwstydnie brudzi mu buty. Biegł nie mając czasu na złapanie tchu, na obejrzenie się za siebie, na krzyknięcie. W myślach powtarzał wciąż, by biec i nie potknąć się o wystający korzeń, lub kamień, czy cokolwiek innego. Biegł tak długo, aż nie dotarł do kamiennego murku otaczającego ich podwórze. Na jego środku stał spory, stary dom zbudowany z szarego kamienia, którego jedną ścianę pokrywał ciemnozielony bluszcz. Doskoczył do niskiego ogrodzenia i przeleciał przez nie, upadając na drugą stronę, na miękką, równie mokrą trawę. Krople deszczu zmoczyły mu czoło; włosy przykleiły się do niego i do uszu, do rumianych, okrągłych policzków. Przez moment patrzył w równie szare jak jego oczy gęste pasmo chmur i przytulił się do zimnego kamienia, łapczywie chwytając w płuca zimne, jesienne powietrze. Dyszał ciężko, ochryple wypuszczał przez gardło powietrze, po chwili podnosząc się do pozycji siedzącej. Nim zdążył się wychylić i spojrzeć za siebie, jego brat przeskoczył przez ogrodzenie i przylgnął do niego najsilniej jak potrafił. Obaj wiedzieli, że ojciec będzie wściekły. Nie powinni tam być. Nie wolno im było się zapuszczać do rezerwatu smoków bez niego, bez kogokolwiek. Tego popołudnia nie wrócili na obiad, zgubili się w lesie, szukając smoków, bawiąc się w wielkich łowców. Cudem nie spotkali żadnego z nich, lecz przegonił ich jeden ze strażników. Ten, który pozostawił otwarte wrota na pięć minut. Łudzili się, że wieści nie dotrą do ojca, lecz nim zdołali cokolwiek powiedzieć nad ich głowami przeleciała wielka sowa śnieżna, wpadając wprost na kuchenny parapet. Wstrzymali oddechy i zamarli, patrząc w tamtym kierunku.
— To był twój pomysł — wysapał wreszcie Graham, spoglądając na niego oskarżycielko, choć jeszcze pół godziny wcześniej byli gotów pójść za siebie w ogień. — Powiem mu to — zagroził i poderwał się z miejsca. Ale nie zdążył nigdzie odejść, Ramsey uczepił się jego nogawki i powalił go momentalnie na ziemię, choć był od niego niższy i wątlejszy. Nie znosił tej próby walk, ciągłego udowadniania przewagi w chwilach, gdy ktoś musiał okazać się winny. Wgramolił się na niego i zacisnął palce na brązowej, poszarpanej kamizelce.
— Powiem ojcu, że podglądałeś tą kobietę w łazience — zagroził mu w odwecie. Uchylił się, gdy ten zamachał rękami w pobliżu jego głowy. Splunął na niego, ale ślina zbrudziła zaledwie jego ramię.— To pewnie przez ciebie mama nie żyje.
Tak naprawdę nie chciał tego powiedzieć, a mówił to za każdym razem, gdy sie kłócili. Żaden z nich nie wiedział, dlaczego mama nie wróciła któregoś razu do domu. Ojciec nie wyjawił im prawdy, nie dowiedzieli się też od ludzi z miasta. Umarła, po prostu. Odeszła. Zostali sami. Wściekle zrzucał winę na Grahama, łapiąc się tego, jak ostatniej deski ratunku, bo przecież gdyby ktokolwiek miał być temu winien to oni obaj. Byli przecież braćmi. Bliźniakami.
Chciał dodać coś jeszcze, ale został przewrócony na plecy. Pierwszy cios padł znikąd, poczuł tylko jak usta zalewają mu się krwią, jej metaliczny smak znał bardzo dobrze, w końcu bili się często. Nie mogąc znieść takiej zniewagi, oddał mu, trafiając pięścią prosto w oko. Wiedział, że trafił, choć celował przez przymrużone oczy. Szarpali się jeszcze przez chwilę, póki drzwi wejściowe nie otwarły się ze skrzypnięciem, które ich obu zaalarmowało. Jak na dźwięk wystrzału podczas startu wyścigów, ruszyli biegiem na tył domu, licząc, że drugimi drzwiami dostaną się do środka i znajdą w swoim pokoju, przygotowując do popołudniowych, codziennych obowiązków. Jak gdyby nigdy nic. Graham okazał się szybszy, choć zwykle biegał znacznie wolniej. Przepchnął się w progu, pozostawiając Ramseya w tyle i doskoczył do schodów, po których na czworaka wdrapał się na samą górę. On nie miał tyle szczęścia. Wchodząc w zakręt poślizgnął się na mokrej podłodze, wywijając orła godnego orderu prawdziwego łamagi. Upadając na plecy, uderzając potylicą o ziemię nabawił się guza; przymroczyło go na chwilę. Ta zwłoka wystarczyła, by ujrzeć nad sobą ojca, gdy tylko rozchylił powieki.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   14.10.17 23:42

Lubiłem te krótkie chwile spokoju po obiedzie, w których mogłem usiąść z fajką nad zwojami pergaminu i spisać raporty dla lorda Rosiera. Praca w Kent dostarczała wielu emocji, wystarczająco, bym umiał docenić te jej aspekty, które były wręcz trywialnie zwykłe. Kiedy mieszkało się jednak z dwójką ośmiolatków i psem, a z całej trójki to ten ostatni ma najwięcej oleju w głowie, chwilami spokoju nie można było cieszyć się długo. Znajoma sowa wpadła do salonu, w którym siedziałem, dostarczając mi krótki list. Jego lakoniczna treść kryła w sobie całą dozę złości, jaką wzbudzili w Peetcie moi chłopcy. O wilkach mowa. Mogli myśleć, że nie słyszę ich krzyków, a ja mogłem udawać, że faktycznie tak jest. Nie zmieniało to jednak faktu, że zawsze doskonale wiedziałem, kiedy moi synowie są w domu. Są trzy rzeczy, których naprawdę nie da się przeoczyć - ryczący smok, piękna kobieta i hałas, jaki wytwarzają Ramsey i Graham wszędzie, gdzie tylko się pojawią. Wychowywałem ich sam odkąd moja żona postanowiła poszukać szczęścia poza małżeństwem. Znudzona moim towarzystwem, rozczarowana brakiem miłości, zawiedziona rolą matki, jaka przypadła jej w udziale. W ramionach kochanków coraz chętniej zadawała się z obcymi, będącymi wszak wrogami, niż własnym mężem. Naturalnie wszystkim ulżyło, gdy pewnego dnia po prostu zniknęła. Ciała nie odnaleziono, nie było listu pożegnalnego. Franceline Mulciber rozpłynęła się w powietrzu i nikt jej nigdy nie szukał. A już najmniej ja. Gdybym chciał, potrafiłbym ją bez problemu odnaleźć. A raczej te jej resztki, którymi nie nakarmiłem naszego psa ani smoków. Nigdy, nawet przez chwilę nie zastanawiałem się nad tym, że pozbawiłem synów matki. Sama od nich odeszła, nigdy nie kochała mnie, a w swoim zadufanym sercu nie potrafiła znaleźć także miejsca na dzieci. Było nam lepiej bez niej. Bez ciągłych kłótni i niemych pretensji. Cichych dni i wiecznego robienia sobie na złość. Bez szantażowania mnie dobrem i bezpieczeństwem synów. Nikim w życiu nie pogardzałem tak jak moją żoną, która dla czystej satysfakcji zrobienia mi na złość gotowa była nieodwracalnie skrzywdzić nasze dzieci. Czasem jednak, w chwilach takich jak ta, żałowałem, że jestem sam. Niekoniecznie chciałem mieć obok Franceline, ale ktoś, kto wyręczyłby mnie w wymierzaniu chłopcom dyscypliny, żebym mógł w spokoju pracować, byłby całkiem przydatny. Tymczasem zaszczyt ten ponownie przypadał mi. I ponownie to z moją złością musieli mierzyć się moi synowie, którzy po raz kolejny postanowili złamać jasny zakaz - nie zapuszczać się do rezerwatu.
Ramsey leżał obity na ziemi przed tylnymi drzwiami. Kroki Grahama dopiero cichły pospiesznie na górnych stopniach. Tak nawet było łatwiej, rozprawić się z nimi pojedynczo. Nic nie powiedziałem do syna, kiedy leżał zamroczony na progu. Czekałem patrząc na niego w milczeniu, unosząc brwi w niemym oczekiwaniu na wyjaśnienia.
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - Zachęciłem Ramseya do przyspieszenia swoich zwierzeń, gdy otworzył oczy. To nie była pierwsza ich wycieczka do rezerwatu, z pewnością jednak ostatnia, czego zamierzałem dopilnować osobiście. Pomijając karygodne łamanie ojcowskich zakazów, moich zakazów, sami narażali się na niebezpieczeństwo. I skoro rozumem nie potrafili tego pojąć, znajdę inny sposób na wbicie im rozsądku do głów.




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   15.10.17 9:02

Naiwnie wierzyli, że uda im się umknąć przed karcącym spojrzeniem i domowym wymiarem sprawiedliwości. Grahama już nie było, ale nawet gdyby mu w tej chwili towarzyszył, zrzuciłby na niego całą winę nim jeszcze ten zdołałby wydusić z siebie choćby słowo. A wystarczył tylko moment po otwarciu oczu, by doznać paraliżu całego ciała, który szybko przeistoczył się w nieprzyjemne mrowienie i nerwowe drgawki. Zadrżał, błyskawicznie podrywając się do góry, przystając przed ojcem na baczność, gotów — nie, nigdy nie był gotów do przyjęcia zasłużonej — nie, nigdy nie zasłużonej kary.
Nigdy nie rozpatrywał go w kategoriach dobrego i złego ojca — po prostu był, budząc niewysłowiony szacunek i lojalność. Wychowywał ich twardo i konsekwentnie odkąd z ich życia zniknęła matka i to w takich chwilach jak ta, żałował najbardziej, że jej nie ma. Był za mały, by widzieć w jej oczach fałsz choć odczuwał go na własnej skórze i nie dowierzał jej słowom, które wypowiadane odbierały mu całą pewność siebie. W ciszy i samotności ojciec potrafił przekazać im więcej wsparcia i uczucia niż ona, lecz gdy dochodziło do starć i awantur buntowała się przeciw niemu. Nie wiedział dlaczego, nie zastanawiał się też nad tym, kto miał rację. Chował się za długą spódnicą z nadzieją, że uchroni go przed gniewem ojca. Teraz jej nie było, a pomiędzy rodzicem, a dzieckiem nie istniała żadna bariera ochronna. Wiedział, że był już mężczyzną i powinien to znieść jak mężczyzna, lecz tak trudno było się przemóc i nie kulić pod przytwierdzającym do podłogi spojrzeniem. Wyrażało w sobie to wszystko, co doprowadzało go niemal do płaczu — niezadowolenie, rozczarowanie, dezaprobatę i niechęć, i to jeszcze nim zdołał się odezwać, a nawet gdy już tak się stało, a jego głos jeszcze nie wyrażał tego, co spojrzenie.
Wbił wzrok w podłogę i zacisnął mocno zęby, powstrzymując się przed rozpłakaniem, bo mężczyźni tego nie robią. Zacisnął powieki, uniemożliwiając łzom wypłynięcie na zewnątrz.
— To był jego pomysł — skłamał od razu, momentalnie, nie żałując tego ani przez sekundę, choć wiedział, że prawda lada moment i tak wyjdzie na jaw. Ale to zawsze był jego pomysł, by udać się do rezerwatu, by oglądać smoki, by stać się ich opiekunem. — To on mnie tam zaciągnął— podjął znów w przypływie nagłej, idiotycznej odwagi. — Tak naprawdę to odwodziłem go od tego, ale mnie nie słuchał, wiesz jaki jest.– Nie spojrzawszy mu w oczy ruszył się z miejsca, zbyt gwałtownie i nerwowo, by wyglądało to naturalnie i podszedł do wielkiego fotela, w którym często siadał ojciec. Odwrócił go w jego stronę i wgramolił sie pod stół, nie przestając mówić: — Jest moim bratem, nie mogłem go zostawić. Jeszcze coś by mu się stało. Musiałem go zatrzymać, ale uciekał przede mną. – Wyciągnął spod stołu kapcie i ułożył je idealnie równo przed fotelem. — Więc ruszyłem za nim do smoków, a tam była otwarta brama, więc wbiegłem za nim do środka. Musiałem go odnaleźć, martwiłem się o niego— kontynuował, tym razem szukając po pokoju czegoś innego. W końcu to znalazł. — Goniłem go aż do wzgórza, tam dorwałem i powiedziałem mu, że postępuje bardzo źle, że będziesz bardzo zły, ale wiesz, gumochłon ma więcej rozumu, nie słuchał mnie. Kretyn.— Chwycił gazetę i doskoczył szybko do fotela, by na podłokietniku ją ułożyć. Idealnie równo, aby tacie się dobrze czytało.—Zobaczył nas pan Peeta, ale nie był zły. Tylko się zmartwił i kazał nam wrócić do domu. — Pozostawił ojca za sobą, nie spojrzawszy na niego ani razu i pobiegł do kuchni, oczywiście cały czas mówiąc: — Po drodze spadliśmy z urwiska. Ale nie było wysokie, nie martw się. Nic mi się nie stało. Tylko rozdarłem sobie szatę. Ale dziurka jest malutka, prawie nie widać!— krzyknął z kuchni. Tam, szczęśliwie, stała na blacie szklanka ze świeżo zapażoną herbatą. Wyciągnął z lodówki butelkę mleka, którą wcisnął sobie pod pachę, by móc wolnymi rękami przesunąć krzesło, a po którym po chwili wspiął się na blat. W ten sposób zabarwił herbatę mlekiem i zdjął ją. — I zaciągnąłem tego skrzata za uszy do domu. Musisz wiedzieć, że był bardzo nieposłuchany dzisiaj — poskarżył się z całą przykrością, jaką zalewało jego serce, jednocześnie próbując nie wylać herbaty, którą w ślimaczym tempie niósł do salonu. Postawił ją w końcu na stoliku obok fotela i wrócił przed srogie oblicze ojca, z pochyloną głową. Wciąż na niego nie patrząc. — No i to tyle. Nie krzycz na niego. Jest po prostu głupi— dodał szeptem, w obawie, że podsłuchujący zapewnie Graham się obrazi.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   15.10.17 15:22

Nie spodziewałem się chyba niczego innego po moim nieodrodnym synu. Kłamstwa mające na celu uniknięcie kary były równie dla niego naturalne, co oddychanie. Ramsey nawet nie musiał się zastanawiać nad zrzuceniem całej odpowiedzialności na brata, zrobił to w mgnieniu oka, całkowicie przekonany, że postępuje słusznie. Otóż nie. Dostał swoją szansę na uniknięcie dotkliwszej kary, ale z niej nie skorzystał. Nie przerywałem jego monologowi, w którym to przerzucał na Grahama winę za kolejne etapy ich podróży do rezerwatu. Kiedy Ramsey szykował mój fotel licząc najwyraźniej na to, że usiądę w nim i zapomnę o całej sprawie, ja podszedłem do drzwi, za którymi krył się wieszak. Na wieszaku wśród peleryn i dwóch parasolek znajdował się zaś gruby, skórzany pas, który obaj moi synowie znali aż za dobrze i najwyraźniej pragnęli poznać jeszcze lepiej. Z nim w dłoni spojrzałem na kłamiącego jak z nut chłopca.
- Graham - nie podniosłem głosu za bardzo pewien, że drugi z bliźniaków dokładnie się wszystkiemu przysłuchuje. - Pozwól tutaj.
Po chwili w salonie byli już obaj bracia.
- To nie było tak! To był jego pomysł! To zawsze są jego pomysły! To on pierwszy wybiegł za bramę! - Chłopiec wykrzyczał wszystkie swoje oskarżania na jednym wdechu mierząc przy okazji swojego bliźniaka niechętnym spojrzeniem. Jak to się stało, zawsze wszystko robili razem, a na koniec z całą mocą gotowi byli puścić drugiego na pożarcie smokowi, byle samemu uchronić się od konsekwencji.
- Cisza - przerwałem kolejny wypływ żalu zanim na dobre zdążył rozbrzmieć. - Teraz opowiecie mi dokładnie, co się działo. Bez krzyków i bez przerywania sobie - usiadłem w przygotowanym przez Ramseya fotelu wskazując jednocześnie miejsce przed sobą, milcząco przywołując synów by przede mną stanęli. Skórzany pas spoczął sobie na kolanach w spokoju, gotów jednak do użycia jak wąż czający się do skoku. Na wszelki wypadek koło mnie leżała biała niczym kość słoniowa różdżka z cisu. Nie używałem magii w wychowywaniu synów. Nie bardziej niż było to konieczne. Zapoznawałem ich z nią, to oczywiste, opowiadałem, tłumaczyłem, nie unikałem czarowania w domu. Ale po kary związane w jakikolwiek sposób z magią sięgałem bardzo rzadko. Różdżka nie była czymś, czego mieli się bać. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby okazali się wyjątkowo nieposłuszni, nie wahałbym się przed sięgnięciem po odpowiednie zaklęcie. Które na przykład przyciągnie ich na miejsce, jeśli okażą się na tyle nieroztropni, by próbować uciekać. Poza tym miałem zamiar dzisiaj zrobić wyjątek i przy pomocy czarów zmusić bliźniaków do odrobiny współpracy, która zupełnie im się ostatnio nie układała.
- Po ostatniej wycieczce do rezerwatu obiecałem, że spiorę wam tyłki tak mocno, że nie będziecie mogli na nich siedzieć do końca dnia. Cztery razy na was dwóch w zupełności powinny wystarczyć. Jak się chcecie podzielić?
Chwyciłem w dłoń pas i spojrzałem na synów wyczekująco. Doskonale pamiętałem, kiedy to mój ojciec siedział w fotelu i obdarzał mnie dokładnie tym samym świdrującym wzrokiem, który nigdy nie wróżył nic dobrego. W oczach bliźniaków dostrzegałem ten sam błysk strachu, który zapewne przemykał po mojej twarzy dwadzieścia lat temu. Jednak udało mi się wyrosnąć na ludzi, im też się uda, moja w tym głowa. Jeśli konieczne okaże się wymierzenie im sprawiedliwości przy pomocy pasa jeszcze i sto razy, to dokładnie tyle razy ją wymierzę. Ich dziadek, nie mogłem przestać odnosić takiego wrażenia, i tak miał rękę dużo cięższą od mojej. Ja jednakże miałem matkę, za której spódnicą chowałem się podobnie do Ramseya. Tylko że ona nigdy nie wykorzystała moich przewin do obrażenia męża. Jeśli zasłużyłem i próbowałem ukryć się za nią, ryzykowałem nie tylko podwójne lanie od ojca, ale jeszcze policzka od matki za to, że nie byłem dość dzielny. Mężczyzna musi umieć brać na siebie konsekwencje za własne czyny. To jest lekcja, którą wbito mi do głowy pasem. I to jest lekcja, którą starałem się włożyć do głów moim chłopcom wszelkimi możliwymi sposobami. Wszystko, co w życiu zrobią ma swoje konsekwencje. Niesłuchanie ojca uruchamiało jego rękę z pasem, który zwykle wisiał spokojnie za drzwiami. Milcząco przypominał, co ich czeka w razie nieposłuszeństwa. Ani Ramsey, ani Graham nie mogli udawać, że nie wiedzieli, co się stanie.
W progu salonu usiadł Vasyl przekrzywiając swój łeb i wpatrując się w nas swoimi mądrymi oczami. Wychowanie psa było o wiele łatwiejsze od wychowania dzieci. Może ich też powinienem przypiąć na łańcuch i trzymać tak długo, aż nie nauczą się chodzić tam, gdzie nie mogą. Ale to zostawię sobie na następny raz. Któryś. Bo pewnie jeszcze trochę podobnych rozmów czeka na nas w przyszłości.




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   16.10.17 10:30

Uczyniłby to samo — ta myśl o Grahamie przyświecała jego kłamstwom wypowiadanym z dziecinną łatwością w kierunku własnego ojca, choć nie miał wciąż na tyle odwagi, by zrobić to, patrząc mu prosto w oczy. To było naturalne: unikanie odpowiedzialności, nie branie konsekwencji za własne czyny i kombinowanie, które pozwoliłoby mu się wywinąć. Nigdy nie skutkowało względem ojca, a mimo to działało wobec innych i uparcie nie zamierzał się poddać, jakby wierzył, że któregoś dnia zdoła oszukać i jego — nie z nienawiści, nie ze złośliwości ani braku szacunku. Sądził, że któregoś dnia lepiej na tym wyjdzie. Uniknięcie takiej kary, jaka go czekała za to przewinienie będzie sukcesem, z którego wedle własnych przekonań będzie niezwykle dumny. Tym razem jednak wiedział, że się nie udało, a gdy wezwał brata na dół cały plan spalił na panewce. Kłamał lepiej niż Graham, ale był też od niego bardziej rozgadany. Potrafił mówić i żartować, kiedy jego brat tylko się przyglądał, płakać na zawołanie, jeśli tego wymagała sytuacja. Był towarzyski, otwarty, bardziej od brata odważny, a odkąd matki nie było również pewny siebie. To wszystko sprawiało, że z tej dwójki był też bardziej nieznośny.
Każdy obcy stawał się wrogiem, przeciwko któremu się mierzyli. Braterski sojusz obowiązywał wszędzie tam, gdzie świat stawał naprzeciw nich — pomagali sobie, szli ramię w ramię, kryli siebie wzajemnie. Więzy krwi, łącząca ich od urodzenia telepatia i szósty zmysł czyniły z nich duet doskonały; duet nierozerwalnie związany i lojalnie pojednany. Ale kiedy zostawali ze sobą sam na sam, lub ojciec miał wymierzyć sprawiedliwość wszystko przestawało mieć znaczenie. Jeden wskazywał na drugiego, byli gotowi wzajemnie wepchnąć się w paszczę starego lwa, obsmarować błotem i oskarżyć o najgorsze świństwa.
Kiedy jego druga, gorsza połowa się odezwała, zmierzył go tylko nienawistnym, pełnym pogardy spojrzeniem. Milczał, gdy ojciec zapytał o wyjaśnienia — swoich już udzielił i nie zamierzał się z nich wycofywać. Liczył — och, jakże naiwnie — że jego brat potwierdzi jego wersję wydarzeń. Może rozsądniej byłoby się umówić, raz jeden, raz drugi weźmie na siebie całą odpowiedzialność?
Stanęli przed obliczem stwórcy z pochylonymi głowami. Ramsey miał zaciśnięte zęby i mocno zmarszczone brwi, a Graham gryzł wargę i marszczył czoło. W końcu ten drugi uniósł głowę.
— Ramsey powiedział, że smok zaatakował opiekuna i powiedział, że musimy to zobaczyć— odezwał się w swych słowach wyrażając całą pewność odnośnie sytuacji. Był przerażony, ale wyrzucił z siebie wszystko potokiem słów prawie pozbawionych przerw: — Poszliśmy tam i brama była otwarta, mówiłem, że to zły pomysł, ale on się uparł, poszliśmy tam, ale pan Peeta nas zobaczył i zaczął krzyczeć, chciał nas gonić, ale się schowaliśmy, a potem się zgubiliśmy, sturlaliśmy się ze zbocza, w końcu doszliśmy do ogrodzenia i wróciliśmy wzdłuż niego do bramy, pan Peeta chciał nas zaprowadzić do domu, ale odwróciliśmy jego uwagę i...i... uciekliśmy.
Ot, cała historia. Ramsey powstrzymał się przed wywróceniem oczami; przecież chwilę wcześniej powiedział dokładnie to samo. Zerknął na skórzany pas, czując jak wzdłuż kręgosłupa przechodzą mu ciarki. Sam jego widok sprawiał, że chciało mu się kulić, choć nie tak bardzo, jak wtedy, gdy patrzył ojcu w oczy. Ból pasa mógł znieść, wiedział, że będzie bolało, i to jak cholera, będzie czuł go przez kilka dni, ale w końcu przestanie. Wzrok ojca był przeszywający i powodował długotrwałe uczucie wstydu. Nienawidził tego.
— Jeden do trzech dla niego!— odezwali się jednocześnie, usłyszawszy swój wymiar kary i podchwytliwą propozycję. Zgromili się spojrzeniem, a później w ruch poszły ręce. Jeden drugiego próbował uderzyć, ale przecież znali się na wylot, wiedzieli jak się obronić. Cały ten krótki zamęt przypominał nieudolną walkę w defensywie; jeden blokował drugiego, w efekcie tylko się obijali przedramionami i łokciami. Wyrażali w tym za to całą swoją nienawiść do siebie w warkotach, pomrukach i jękach bezsilności, kiedy nie udawało im się doprowadzić wymachu do pożądanego miejsca; nawet jeśli po wyjściu z domu i spotkaniu kogoś innego stawali się nierozerwalnymi połówkami jabłka. Kropka w kropkę – dwóch małych brunetów o bladych licach, identycznych rysach twarzy i całkiem odmiennych oczach — szarych jak matki i brązowych ojca.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
 

[SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Gdyby Pokemony istniały naprawdę..
» Jak by wyglądała Twoja postać... gdyby była innej płci.
» Brama Trzynasta-Fairy Tail Path Magic

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17