Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

  Służby Administracyjne Wizengamotu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Służby Administracyjne Wizengamotu   21.06.15 21:29

First topic message reminder :

Służby Administracyjne Wizengamotu

Podłużne pomieszczenie wypełnione biurkami pracowników, ustawionymi w idealnie równych odstępach. Pod ścianami znajdują się szafki na akta, ustawy, raporty, dokumenty, które trzy razy dziennie zabierane są przez upoważniony personel i wysyłane sowami do odpowiednich osób. Część z papierów zostaje tutaj, by po pewnym okresie trafić do archiwum Ministerstwa Magii. W pomieszczeniu zwykle panuje cisza, w której można usłyszeć szmer kartek i piór; tylko czasami ktoś odezwie się pół szeptem wydając polecenia lub instruując nowo przyjętych stażystów.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   03.12.15 20:30

Czy serce można czuć na wysokości gardła? Gdy drzwi zatrzasnęły się, Alfred miał problem z oddychaniem. Gdyby tylko mógł zapalić, wyjść na powietrze i nigdy tu nie wrócić… Powstrzymywał drganie wargi. Mocno zaciśnięte dłonie na teczkach dawały mu jakieś ukojenie. Jak powinien to zrobić? Widział strach w jej oczach. Każda sekunda wbijała głębiej nóż. Nie sądził, że będzie się tak stresować. Miał na Merlina trzydzieści sześć lat, oświadczenie się kobiecie powinno być dla niego jakąś mrzonką.
- Nie obawiaj się – powiedział, nieświadomie cytując treść listu pana Bulstrode. Przy nim musiał używać słów odpowiednich do sytuacji. Nestor, przyjaźń rodów, piękna i wyjątkowa córka, proszę o rękę. Działał jak automat. Może nie powinien w ogóle iść do niego. Chciał pokazać swoje oddanie. Lojalność rodu. I do tego wcale nie zmusił go ojciec. Nie sądził, że może ją zestresować. Chciał zachować pewną intymność, a wiedział, wiedział, że jeśli pan Bulstrode wygada się przed nim, Maire nie pójdzie z nim chociażby na spacer. Nie słuchał jej. Tłumaczyła się niepotrzebnie. Wszyscy cenili jej pracę. Gdy potrzebowali kogoś drobiazgowego, wręcz pedantycznego w swojej pracy, Alfred szybko wymawiał „panienka Bulstrode” z lekkim uśmiechem na ustach. Nie potrafił wytrwać w swojej tajemnicy tak jak postanowił dokładnie rok temu. Wpasowując się w perfekcyjność biurka, położył stos swoich teczek i pergaminów. Odwrócił go w kierunku Maire, umożliwiając jej przeczytanie zawartości. Nie chciał psuć jej idealnego porządku, więc wszystko wpasował tak jak trzeba. Pierścionek palił go w połach marynarki, a serce jeśli by mogło, wyskoczyłoby z piersi czarodzieja.
- Pierwsza teczka, otwórz – rozkazał władczym tonem, ale nie potrafił wymówić więcej zdań. Słowa wciąż wbijały sztylety w jego krtań. Głos miał zachrypnięty, drżący. Nie potrafił się już opanowywać. Na pierwszej stronie w teczce widziała pięknie zapisany zielonym atramentem pergamin. Okrążył biurko, aby znaleźć się tuż przy niej. Czekał aż przeczyta, co napisał. Sekundy zamieniały się w minuty, minuty w godziny, a gdy zerknął na zegar na ścianie, nie minęło nawet jeszcze dwadzieścia sekund. Zaginał czasoprzestrzeń, denerwował się jak nigdy. Dlaczego nie zostawił sprawy Nestorowi Rodu? Kaligrafia raniła jego serce, ale nie potrafiłby przeczytać tego listu na głos.
„Droga Maire,
To, co na papierze, zostanie z nami na długi czas. Wypowiedziane słowa uciekają wraz z wiatrem i nie możesz nigdy do nich wrócić. Dziś, dokładnie o tej godzinie mija nasz rok. Maire, Maire…”
Śledził jej wzrok, chcąc wiedzieć, który fragment czyta. Pragnął odczytać z jej twarzy emocje, ale szlachta zbyt często uczyła wszystkich ukrywania tego, co najważniejsze.
„Za płatki róż, za pieczone gruszki, za naszą wolność, za pieczone kasztany, herbatę z suszonymi śliwkami i goździkami, za piaszczyste plażę, za czerwcowe róże w Bulstrode Park, za próżność lustra Ain Eingarp, za tajemnice i sekrety, za Twoje biurko, za kłamstwa i naginanie prawy, za wspomnienia… Maire Zethar Bulstrode za zgodą Twojego ojca, ja…” – zamaszyste pismo skończyło się właśnie tutaj. Alfred uklęknął przed nią, na otwartej dłoni trzymając pierścień rodowy. Szmaragd kolor Parkinsonów miał przypominać o powinności, o parszywym obowiązku, który czekał każdego szlachcica. Ale dziś nie traktował tego jak obowiązek. Próbował powstrzymać bieg wydarzeń, sytuację, w której ona będzie zmuszona wyjść za kogo innego, a Alfred ożenić się z pełną sił szlachcianką. Miał wrażenie, że czas stanął. Paliły go kolana stykające się z chłodną podłogą Ministerstwa.
- Ja, Alfred Parkinson, w budynku najważniejszej magicznej instytucji pragnę… Maire Zethar Bulstrode, czy wyjdziesz za mnie? – głucha cisza dudniła mu w uszach.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Maire Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1777-maire-bulstrode http://www.morsmordre.net/t1850-panna-gruszka http://www.morsmordre.net/t1851-maire http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1852-maire-bulstrode
Służby Administracyjne Wizengamotu
26
Szlachetna
Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
1
12
0
0
1
0
Czarodziej
nie ma róży bez ognia

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   03.12.15 21:07

Usiłowała ukryć swoją niepewność i drżenie dłoni, ale niezbyt dobrze jej to wychodziło. Tego wszystkiego było o dużo za dużo. List od ojca, przesłuchanie, Alfred... Nie pamiętała, kiedy ostatni raz tak wiele rzeczy usiłowało wcisnąć ją w ziemię, rozgnieść butem, jakby była nędznym karaluchem, a nie panienką ze szlachetnego rodu. Broszka z herbem Bulstrode ciążyła, a im mocniej biło Maire serce, tym bardziej się bała, że szpilka się przesunie i wbije się w jej serce. Czy to było możliwe? Z pewnością.
Drgnęła niespokojnie, kiedy wypowiedział te trzy słowa. Czy naprawdę mężczyźni sądzili, że to wystarczy? Wręcz przeciwnie. Maire zawsze twierdziła, że jeśli trzeba kogoś uspokajać, to sytuacja musi być naprawdę poważna. A więc była. Może zbyt pochopnie oceniła swoją niewinność i rzeczywiście popełniła jakiś błąd? Wsłuchując się w echo jego słów odbijających się od ścian pustego pomieszczenia coraz bardziej wątpiła w swoją nieomylność.
Milczała, wpatrując się w niego szeroko rozwartymi oczami. Nie miała tak naprawdę pojęcia, jakie metody stosuje Wiedźma Straż i choć wiedziała, że Alfred by jej nie skrzywdził, nie, nie mógłby nic złego jej uczynić, to nie chciała przekonywać się na własnej skórze, czym naprawdę się zajmuje. Czy chował w teczce jakieś straszliwe narzędzie tortur? Bogina? Wyobraźnia podpowiadała jej coraz to gorsze rzeczy, choć trzeźwy umysł nie mógł nie docenić tego, z jaką precyzją ułożył swoje rzeczy na biurku, doskonale wpasowując je w ten mikroklimat. Idealny.
Spojrzała na niego pytająco, a potem przeniosła wzrok na teczkę. Przełknęła ślinę - głośno, zbyt głośno - ale przecież była Bulstrode. Burke. Czy powinna się bać czegokolwiek? Wyciągnęła z teczki pergamin, w pierwszej chwili myśląc, że to donos, nakaz, ale poczuła uścisk w żołądku, kiedy rozpoznała pismo Parkinsona. Idealne, zielone litery pokrywały papier, a ona kompletnie straciła głowę, nie wiedząc co powinna myśleć, kiedy przeczytała dwa pierwsze słowa. Co to miało znaczyć? Chyba zapomniała o oddychaniu, kiedy ostrożnie czytała wyraz po wyrazie, wolniej niż zwykle, jakby bała się, że coś źle zrozumie. Nie sądziła, że serce może bić tak szybko. Miała wrażenie, że zaraz wyskoczy z jej piersi albo stanie, kiedy już dotarła do końca i spojrzała na Alfreda. Za zgodą jej ojca? Przecież to było kompletnie... niemożliwe. Nie mógł być mężczyzną z listu, nie mógł być...
Nie obawiaj się.
Przymknęła oczy, słuchając dziwacznej melodii jego słów. Nie musiał tego robić. Mógł zakończyć to wszystko wczoraj, na wizycie u ojca. Mógł po prostu czekać, aż się tego dowie, bo przecież nie mogła odmówić. Nie musiał jej pytać, bo nie mogła odmówić. Oczywiście, że nie mogła. Czy nie o tym marzyła? Czy nie tego najbardziej się obawiała? Dlaczego, choć jeszcze minutę temu uważała zaręczyny za największe możliwe zło, mające odebrać jej wolność, życie i... miłość, teraz płonęła zdradliwym rumieńcem, a kąciki ust unosiły się samoistnie do góry? Och, może dlatego, że teraz przynajmniej to ostatnie przestawało być zagrożone.
- Tak. - szepnęła, otwierając dotychczas przymknięte oczy, pozwalając sobie wyrazić tym spojrzeniem wszystkie uczucia, które do tej pory ukrywała. - Oczywiście, że tak, lordzie.. Alfredzie. - roześmiała się cicho, ale cóż, nic dziwnego po takim napięciu!


Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   04.12.15 20:47

Nie dało się opanować nad emocjami, gdy były one sprzeczne z naturą człowieka. Rozsądek aż wił się do ucieczki, drżał i szukał możliwego wyjścia. Parkinson zdawał sobie sprawę, że nie będzie dobrym mężem. Nie potrafił w ogóle zdefiniować, jaki powinien być poprawny małżonek. Nie mógł pójść za swoimi uczuciami, wmawiał sobie tak przez trzydzieści sześć lat swojego życia. Wychowanie Parkinsonów obfitowało w naukę egoizmu, skupianie się na doskonaleniu własnego ciała, pokonywanie fizycznych słabości. Nie uczył się funkcjonowania w małżeństwie. Ich powinnością wobec herbu i natury było danie potomka, a do tego nie potrzeba było żadnej filozofii. Czy to było możliwe, że siódmego września rozsądek połączyć się z sercem, zmuszając do męskich, prawdziwych, a przede wszystkim nieodwracalnych decyzji?
Delektował się widokiem, że chociaż przez chwilę kierował emocjami kobiety, która za każdym razem starała się ukryć je za grubą, teatralną kurtyną. Może to była jedynie sekunda, nawet jeśli minuta, a mgiełka przyjemności dotknęła karku. Nie bał się konsekwencji, przynajmniej nie teraz. Pewnie jak wyjdzie, to przejdzie do wszystkich urzędników Służb Administracyjnych i podkreśli, że nic się nie stało. "Fałszywy alarm”, kłamstwo wypuściłoby jego usta. Nie mógłby ominąć ani tego dnia ani tej godziny. Praca nie była przeszkodą, o ile działał pod banderą Wiedźmej Straży. Tam raczej wszyscy trzymali się razem, jak muszkieterowie, bo bez współpracy nie mogliby nic osiągnąć. A jednostka była naprawdę wybitna.
Milczenie wbijało jeszcze głębiej nóż umiejscowiony między żebrami, który zabierał dech w piersiach. Gdyby mógł, próbowałby cofnąć czas. Może nawet o ten rok, gdy postanowili ukryć się w gąszczu tajemnicy i dać ponieść emocjom albo głupocie. Wskazówka zegara przesuwała się nieubłaganie, a kolana płonęły. Od poniżenia, od własnej słabości. Stalowe tęczówki dryfowały po tekście, a Alfred czuł jak kostucha zaciska długie palce na jego gardle. Z każdym kolejnym zdaniem zwiększał się uścisk, a on nie mógł złapać powietrza. Nigdy nie wiedział, że czynniki psychosomatyczne mogą być aż tak istotne w ogólnym samopoczuciu człowieka. I koniec. Kaligrafia zakończyła swój taniec, a jasnoniebieskie tęczówki wpatrywały się w jego, klękającego tuż przy jej fotelu biurowym z taką pewnością i dziwną pewnością pytający o jej rękę. Taka sytuacja mogła wydawać się aż nader oczywista i wręcz obcesowa, bo co sobie myślał Parkinson paraliżując cała jednostkę pracowniczą Ministerstwa Magii. Odnalazł jej dłoń, wsuwając ostrożnie pierścionek, dokładnie tak jakby tym gestem i obietnicą mógł zrobić krzywdę kruchej Maire. Zniszczyć życie, pozwalając wkraść się panience do rodu Parkinson.
- Nie będziesz mówić do swojego męża per lordzie – zaśmiał się. Gdy pierścionek dotarł do końca palca, czuł się wręcz dziwnie. Miał spaść ciężar z jego piersi, a wciąż czuł pulsujące napięcie. Wciąż klęcząc przed nią, nachylił się, aby objąć jej usta swoimi. Po raz kolejny uciekając w świat niewinności, delikatności i niespełnionych obietnic. Nie wiedział, czy w tym pocałunku obiecywał jej małżeństwo czy nietuzinkową ochronę przed złem całego świata, zwłaszcza tej rzeczywistości Parkinsonów. Słodkie pocałunki nigdy nie były tak obiecujące, tak realne. Wcześniejsze zawsze działy się w popłochu, czasami zastanawiał się, czy przypadkiem ich sobie nie wyobraził. A teraz, trzymając dłonie Maire, obracając pierścionek na jej palcu, czuł w każdej komórce swojego ciała, że miał rację. Wkrótce będzie jego, będzie jego żoną. Nie zauważył, gdy z tej delikatności przeszedł na bardziej namiętne pieszczoty ust. Irracjonalny strach mówił, że Maire zaraz się wycofa i rzuci w niego pierścionkiem, ale nie tym razem. Alfred otulił kobiece policzki dłońmi, spoglądając jej w oczy. Pytał o pozwolenie, przepraszał za nastraszenie i zamieszanie, a jednocześnie dziękował, dziękował, że zgodziła się zostać przy nim do końca życia.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Maire Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1777-maire-bulstrode http://www.morsmordre.net/t1850-panna-gruszka http://www.morsmordre.net/t1851-maire http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1852-maire-bulstrode
Służby Administracyjne Wizengamotu
26
Szlachetna
Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
1
12
0
0
1
0
Czarodziej
nie ma róży bez ognia

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   04.12.15 21:56

Z pewnością wiedział więcej niż ona na temat małżeństwa. W końcu jedno miał za sobą, (nie)szczęśliwie zakończone tragiczną śmiercią małżonki. Maire była na jego ślubie, ale nie sądziła wtedy, że Alfred kiedykolwiek zaistnieje w jej życiu tak znacząco. Był z zaprzyjaźnionego rodu, ale dziesięć lat starszy. A przede wszystkim był mężczyzną, a ona przecież od wczesnego dzieciństwa przyrzekła im wieczną nienawiść. Może wybrał rok temu jej biurko ze względu na te parę spojrzeń wymienionych podczas rodzinnych uroczystości, a może przez przypadek - tak czy inaczej, była to najlepsza kryjówka jaką mógł kiedykolwiek znaleźć.
Nie śmiała nawet podejrzewać, że tajemniczym gościem ojca mógł być właśnie Alfred. Nawet nie przeszło jej przez myśl, że zdecydowałby się na taki krok. Nie on. Nie myślała o nim w ten sposób do tej pory. Miała cichą, naiwną nadzieję, że małżeństwo jakimś cudem ją ominie. Chciała spędzać z Parkinsonem czas, rumienić się delikatnie pod jego spojrzeniem i wzbraniać się przed pocałunkami, ale jej wyobrażenia nie szły dalej. Gdzieś w nieokreśloności istnieli oni, oderwani od zasad rządzących szlachetną krwią i to jej całkowicie wystarczało. A jednak teraz bez zawahania się zgodziła, wcale nie dlatego, że sprzeciwiając się woli ojca ściągnęłaby na siebie plagi, ale dlatego, że naprawdę właśnie tego chciała. Chciała móc spotykać się z nim bez obawy, że dostrzegą ich zbyt ciekawskie oczy, wdychać jego zapach bez przejmowania się przekraczaniem granicy bliskości, patrzeć w jego jasnozielone oczy, delikatnie dotykać palcami dłoni, patrzeć z wyższością na kobiety, przed którymi nigdy się nie otworzył, nosić jego pierścionek i nazwisko. Chciała... nie, nie chciała rodzić mu dziedzica. Wszelkie pogadanki o pogodzeniu z losem były kłamstwami, nie chciała umierać. Wykrwawić się we własnym łóżku w imię ciągłości rodu. Ale jeśli miała, jeśli musiała podjąć to ryzyko dla kogokolwiek, to tylko dla Alfreda. Tylko dla niego.
Spojrzała na pierścionek, którego kamień przypominał nieco oczy jej narzeczonego. Narzeczonego! Alfred Parkinson jej narzeczonym! Ale kamień był zimny, a w jego oczach dostrzegała ciepło. Nie pozwoliła mu zabrać dłoni, chciała mieć namacalny dowód na to, że to wszystko dzieje się naprawdę. Szmaragd mógł zniknąć, ale nie Alfred.
Z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, kiedy poczuła na nich usta Alfreda. Nie był to pierwszy raz, trzeba przyznać, ale pierwszy raz nie walczyła z ochotą, by pozwolić mu na ten pocałunek. Czy miała odepchnąć mężczyznę, który obiecywał, że zostanie jej mężem? Z pewnością nie musiała. Ba, nie powinna... Chciała, żeby ją całował, żeby nie przestawał nigdy. Nieco nieporadnie, niewinnie na to odpowiadała, zapominając całkowicie o swoich obawach. O tym, że Alfred mógłby jej nie chcieć, gdyby wiedział o chorobie, która mogłaby ją zabić nawet w tej chwili, kiedy serce przyspieszało, a oddech się urywał.
Może lepiej, że przerwał. Serce mogło wyskoczyć jej z piersi od nadmiaru wrażeń, należało dawkować je ostrożnie. - Sterroryzowałeś dla mnie cały dział. - Szepnęła ni to z wyrzutem, ni to pełnym dumy zachwytem, kiedy przestała czuć na ustach żar. Która kobieta nie chciałaby tak wpływowego męża, który zdolny był wykorzystać swoją pozycję w Wiedźmej Straży tylko po to, by zapewnić chwilę prywatności? Maire mogła z satysfakcją stwierdzić w duchu, że Alfred należy do niej i czuła się przez to absolutnie wyjątkowa.
Gdzieś w oczach, kącikach ust czaiła się jeszcze radość, choć górę brało już przyzwyczajenie skrywania się za maską obojętności. Ale jej policzki i usta płonęły, kiedy wpatrywała się w jego oczy, marząc o tym, by pocałował ją raz jeszcze, powtarzając swoją niewypowiedzianą obietnicę, której tak ufała.


Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   05.12.15 15:00

Zabił swoją żonę, co on mógł wiedzieć o trwaniu w małżeństwie? Seks, nieodłączna część pożycia małżeńskiego, nie stanowił dla niego zagadki. Ciągle zadawał sobie pytanie jak jego rodzice ze sobą wytrzymują. Jak można pozwolić, aby nienawiść dryfowała z ciszą? Chociaż dwór był wręcz olbrzymi, spotykali się pewnie tylko w okresie, gdy trzeba było spłodzić jak najwięcej rzeczy, ale Alfred nie potrafił tak żyć. A co z rozmową? Ich posiłki były groteską. Cisza, wszechobecna cisza zaciskała pętle na ich szyjach. Nic dziwnego, że Parkinsonowie mieli dom mody, skoro w domu trudno było jeść z apetytem. Panował kult mięśni, posągowej wręcz postawy. Alfred potrafił odnaleźć siebie w aktywności fizycznej, ale robił to dla własnego zdrowia, a nie po to, żeby wpasować się w idealną, rodzinną tradycję.
Wiedział, że Nestor rodu może załatwić po raz kolejny wszystko za niego, ale ten ślub miał być inny. Bo z jego kandydatką a nie ojca. Wiedział, że przez swoją decyzję może pokutować do końca swojego życia. Ta żona miała dać mu piękne, zdrowe dzieci i spokojne dni. Dogadywał się wspaniale z Maire, ale nie miał zielonego pojęcia o jej chorobie. Tej chorobie, która może wydziedziczyć go z rodu Parkinson za niedane odpowiedniego, męskiego dziedzica. Chciał, aby ich zaręczyny były takie, jakie być powinny. Już w swoim dworze zacznie przygotowania do różanego ogrodu, którym Maire będzie mogła się zajmować. Chciał stworzyć jej jak najbardziej przychylne warunki. Do znoszenia go, a przede wszystkim do pracy nad dziedzicem. Nigdy nie sądził, że list od Nestora zmieni jego wartości. Od kiedy, żeby wykupić swoją wolność, musiał ofiarować męskiego potomka?
Ten pocałunek zaczynał nowy etap w życiu. Pierścionek na palcu był tylko klasyczną formą obietnicy, a w tym złączeniu ust obudziły się prawdziwe emocje, których ani ona ani on nie potrafili dużej ukrywać. Chociaż w głównej mierze ich życie wiele się nie zmieni, wszak nie będę mogli pokazywać sobie uczuć publiczne, w ich szlacheckich, złamanych sercach pojawiła się iskierka nadziei. Ten układ nie tylko wyjawiał ich tajemnice, ale także dawał ochronę przed innymi. Alfred nie wyobrażał sobie po raz kolejny oddać swoje życie w ręce ojca i w dniu ślubu poznać swoją narzeczoną. Nie wiedział, co się dzieje w głowie Maire, ale nie mieli czasu na rozmowy pod tytułem: a co ty sądzisz. Nestor kazał, trzeba było działać. Teraz będzie przychodził do jej biurka nie jako lord Parkinson, ale jako narzeczony, który w każdej chwili może zabrać swoją ukochaną w teren. Wiedźma Straż uwielbiała wykorzystywać tak zwane „sprawy służbowe”. Ten pocałunek otworzył przed nimi kolejny etap w relacji i nie chodzi o małżeństwo, ale o kwestię duchową. Wcześniej spotykali się jako przyjaciele. Alfred czasami wykorzystywał sytuację, by poczuć jej bliskość, ale pewnie nie raz go spoliczkowała albo delikatniej odtrąciła. Teraz mógł to robić, w końcu mógł ją całować w Ministerstwie Magii nawet jak posadzka wbijała się w kościste kolana.
- Po wyjściu z sali zostali powiadomieni o tym, że nie są o nic podejrzani. „Sprawy służbowe” – zacytował, nie wiedział, czy chce ją uspokoić czy się wytłumaczyć, że to wcale nie jest tak, że będzie terroryzował w życiu. – Aczkolwiek ich strach przed Wiedźmą Strażą jest uzasadniony, powinni nam ukazywać należyty szacunek – tu w jego głosie pojawił się ton szlachcica, który nie odpuści, a będzie bronił swoich racji i pochodzenia. Jednak ta władczość kłóciła się z widokiem, Alfie wciąż trzymał jej dłonie, opuszkami palców wodząc o pierścieniu jakby upewniając się, że on na pewno tam jest. Słowa kontrastowały z jego gestami. Po raz drugi nachylił się do panienki Bulstrode, składając na nich delikatne, wręcz niewinne muśnięcie.
- Reszta teczek jest dla ciebie – spojrzał na stos, nie wiedząc, czy ma się cieszyć ze swojego pomysłu czy uciekać już gdzie pieprz rośnie. On był tylko miły i część przyniósł z archiwum wraz ze swoimi oświadczynami. Przerwał ich bliskość, wstając z klęczków.
- Lepiej żeby jedno z nas zostało z praca – zażartował, otrzepując swoje szaty z kurzu. Drzwi trzasnęły, a ludzie zaczęli wracać do swoich biurek. Wszystko zgodnie z planem. Och, Alfredzie, Ty organizatorze. – Panno Bulstrode, cieszę się, że wszystko wyjaśnione, następnym razem takie doniesienia będę traktował z przymrużeniem oka – rzucił surowo, wpasowując się idealnie w grę agent – urzędniczka. Jeszcze raz spojrzał na pierścionek i doprawdy nieznacznie się uśmiechnął. Urzędnicy myśleli, że Maire miała poważną rozmowę z pracownikiem Wiedźmej Straży, a nawet nie wpadną na to, że dziś, dokładnie 7 września 1955 roku zacznie się dla nich nowy etap i wkrótce panienka Bulstrode będzie panią Parkinson.
zt






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Maire Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1777-maire-bulstrode http://www.morsmordre.net/t1850-panna-gruszka http://www.morsmordre.net/t1851-maire http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1852-maire-bulstrode
Służby Administracyjne Wizengamotu
26
Szlachetna
Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
1
12
0
0
1
0
Czarodziej
nie ma róży bez ognia

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   05.12.15 17:12

Miejmy nadzieję, że czegoś jednak już się dowiedział od tamtego czasu. Wprawdzie śmierć czyhała na Maire niczym krążący ponad głową sęp, nie oznaczało to jednak, że chciałaby skończyć tak jak pierwsza żona Alfreda. A jeśli już miał ją zabijać, mógł wybrać nieco mniej dramatyczny sposób, mniej bolesny? Ostatecznie mógł też ją po prostu wyprowadzić z równowagi albo zmusić do nadmiernego wysiłku... niemniej jednak o wiele milej byłoby, gdyby udało się jednak nie powtórzyć tamtych wydarzeń. Z których na całe szczęście Maire nie zdawała sobie kompletnie sprawy, bo trudno byłoby przewidzieć jej reakcję na wieść, że jej narzeczony jest - jakby nie patrzeć - mordercą.
Serpentyna nie była żadnym usprawiedliwieniem. W rodzinach szlacheckich istniały tylko dwa argumenty, które umożliwiały rozwiązanie węzła małżeńskiego - zdrada lub bezpłodność. Nikogo nie interesowało, czy chora kobieta umrze, rodząc potomka. No cóż, może oprócz niej i współczującej rodziny. Gdyby jednak usuwać wszystkie dziewczęta cierpiące na choroby genetyczne z puli potencjalnych kandydatek na żony, możliwość korzystnego małżeństwa pomiędzy rodami szlachetnej krwi byłaby niezbyt ciekawa. Lata krzyżowania się rodzin robiły swoje. Matka Maire zdążyła przecież wydać ją na świat pomimo swojej przypadłości, a zatem nie istniał żaden powód, dla którego ona nie mogłaby urodzić dziecka. Mogła umrzeć, fakt. Mogła spędzić w łóżku wiele miesięcy. Ale była zdolna do posiadania potomstwa, a to przecież było w ich świecie najważniejsze. Nie było zatem powodu, by lord Bulstrode miał chwalić się chorobą córki nawet jej narzeczonemu. To i tak by nic już nie zmieniło.
Choć zmieniło się wiele innych rzeczy. Dręczące poczucie nieodpowiedniości ich spotkań mogło zostać wreszcie rozwiane. Pocałunek palił nie ze względu na wstyd poddania się słabości, ale ze względu na emocje, jakimi był naładowany. Pierścionek na dłoni mógł uzasadniać wiele rzeczy. Odbierał strach przed nieznanym, mogła już nie drżeć odbierając listy od ojca z myślą, że może została właśnie zaręczona. Ale i jej największej obawie zostało nadane imię. Depcząca Maire po piętach śmierć wreszcie przestała być bezosobowa. Miała zielone oczy i urzekający uśmiech.
Podobno wolność człowieka oznacza jedynie możliwość wybrania sobie więzienia. Nawet ten wybór w wypadku Maire był iluzoryczny, bo tak naprawdę nie mogła odmówić. A jeśli nie chciała? Czy był sens przejmować się nestorem, ojcem, powinnością, nazwiskiem, skoro i tak pragnęła właśnie Alfreda? Może nie do końca tak by to wyglądało, gdyby nie byli zniewoleni przez szlacheckie tradycje, ale przecież było dobrze... było, prawda?
- Sprawy służbowe? - spytała z rozbawieniem, nie mogąc powstrzymać się od cichego westchnięcia. Najsmutniejsze było chyba to, że nie było to tak bardzo sprzeczne z prawdą. W końcu relacje w rodach szlacheckich niemal do złudzenia przypominały drabinę hierarchii w pracy. Zlecenia, rozkazy, obowiązki, a jeśli nie przypadłeś szefowi do gustu - lądowałeś na bruku jak zdrajca krwi.
- Dla... - zdziwiła się, dopiero chwili orientując, o co tak naprawdę chodzi. Na jej czole pojawiła się zmarszczka, usta zacisnęła w cienką linię. - No tak. Sprawy służbowe. - przypomniała sobie głośno nieprzyjemnym tonem, patrząc na niego niemal karcąco. Niemal. Nie mogłaby patrzeć tak przecież na lorda, tym bardziej, jeśli klęczał na twardej posadzce. Westchnęła więc znowu, uspokajając się nieco, a przynajmniej starając się to zrobić, bo wyprowadził ją z równowagi przynosząc pakiet zadań. Jak ona miała po tym wszystkim pracować? Sterroryzował jej dział, rzucił na nią podejrzenia, oświadczył się... nie miała pojęcia, co było z tego wszystkiego najgorsze.
- Mam nadzieję, że nie zostawisz mnie z nią sam na sam zbyt długo. - Niechętnie pozwoliła mu puścić swoje dłonie i przerwać tę bliskość. Już miała szaloną myśl, by zaproponować, żeby ją aresztował i zabrał na dokładniejsze przesłuchanie, uwalniając dziś od pracy, ale zanim coś tak niedorzecznego zdołało przejść przez jej gardło, on już wrócił do swojej roli, zmuszając ją do zmazania z twarzy rozmarzenia. Skinęła sztywno głową, jak przystało na przesłuchaną (ileż czasu to zajęło!), skarconą, ale niewinną pracownicę, powstrzymując się od uśmiechu. Nie na darmo jednak w herbie Bulstrode znajdowała się maska.
Wszyscy wrócili na swoje miejsca, rzucali jej spojrzenia. Nie przejmowała się tym. Wpatrywała się w szaty oddalającego się Alfreda może odrobinę zbyt długo, niż powinna, nim wróciła do pracy nad tymi nieszczęsnymi teczkami, które przyniósł. Nie miało to już jednak znaczenia. Szmaragd na palcu gwarantował, że już niedługo nie będą się musieli ukrywać. Wieści o zaręczynach rozchodziły się stosunkowo szybko, szczególnie wśród rodów szlacheckich. Szczególnie wśród pracowników Ministerstwa.

[zt]


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 11:48

5 stycznia

Nie szafował swoim zaufaniem i nawet w ludzi, z którymi teoretycznie łączyło go wiele (błękitna krew, polityczne poglądy i pewien... brak poszanowania dla większości oraz wszelkich zasad, jakie ich ograniczały) pokładał nikłą wiarę. Wynikało to nie tyle z ostrożności, ile z przezorności, mającej chronić Avery'ego przed ewentualnymi skutkami nieudolności jego kompanów. Lepiej zapobiegać niż leczyć; to nie praktyka uzdrowiciela wryła w pamięć owe mądre słowa, a pewne doświadczenie w kontaktach międzyludzkich. Zbyt twardo stąpał po tej ziemi, aby myśleć, że może liczyć na kogokolwiek poza sobą. Laidan była słaba, nie nadawała się już na sojuszniczkę, ani nawet na marną pomagierkę. Mortimer znowu zniknął, więc Avery został całkiem sam. I bardzo mu to odpowiadało.
Wolałby mieć pozostawione duże pole do niemalże ekwilibrystycznych, erystycznych manewrów, aczkolwiek towarzystwo Yaxley'a wyjątkowo mu nie wadziło. Nieraz ubrudzili sobie ręce krwią, potwierdzając milczący sojusz. Żaden z nich nie umył dłoni i Samael poniekąd przez wzgląd na dawne czasy wtajemniczył Morgotha dokładnie w każdy cal doskonałego planu. Stworzonego wręcz pośpiesznie, ale mimo błyskawicznego podejmowania decyzji, każda wydawała mu się dobra. Śmierć Reagana dodała Avery'emu olbrzymiej werwy, napełniając go pewnością siebie oraz kolejnymi pokładami niekontrolowanej megalomanii. Formalnie był już lordem Shropshire i odziedziczył ojcowiznę - Soren mógłby rościć sobie do niej prawa jedynie po to, aby dziecinnie zrobić mu na złość, Samael wszak znał brata za dobrze, by wiedzieć, że nie identyfikuje się z rodziną równie mocno, jak on. Miał więc w kieszeni nie tylko wpływy, ale i wszystkie atutowe karty. Pozostawało jedynie mądrze przeprowadzić rozdanie, żeby całą sprawę zakończyć szybko, gładko oraz niezauważenie.
Nie broniono mu dostępu do Ministerstwa Magii, choć nie pozwolił przypiąć sobie łatki petenta. Nazwisko rzeczywiście otwierało mu wszystkie drzwi, zwłaszcza, iż pozostawał zrozpaczonym synem, cierpiącym po stracie ukochanego rodzica. Spojrzenia pełne współczucia oraz podziwu (idealny pierworodny, wyręczający pogrążoną w żałobie matkę w załatwianiu formalnych zawiłości) spotykały go ze wszystkich stron, a Samael wyjątkowo nie zbywał kondolencji, przyjmując je również w imieniu Laidan. Nie śpieszył się, powoli brukując sobie drogę do rzeczywistego celu, posługując się siatką niczego nieświadomych pionków, dzięki którym idealnie zgrał się w czasie z Yaxley'em, natykając się na niego przypadkowo w windzie, zjeżdżającej na drugie piętro. Posiadał sprawdzone informacje, że o tej porze Burroughs będzie w biurze sam i że uda im się go tu przyszpilić znacznie łatwiej, aniżeli napadając nań w ciemnej uliczce. Nie byli wszak pospolitymi bandytami i nie mogli sprawiać takiego wrażenia, kiedy zapukali do drzwi, wchodząc dopiero po usłyszeniu przytłumionego zaproszenia. Avery znał reputację tego urzędniczyny, o którym z pogardą wypowiadał się sam Marcolf. Przekupny, tchórzliwy, acz jednocześnie bardzo skrupulatny. Mogący przysporzyć wiele problemów, jeśli nie potrafi się z nim należycie obchodzić. A sprawa była wszak niezwykle delikatna: Jarboe od tygodni przetrzymywali w Tower, a on wiedział zbyt dużo, by dopuścić do jego przesłuchania i ryzykować, że puści parę z ust.
-Dzień dobry, panie Burroughs - zaczął Samael, niezwykle grzecznie, choć jego oczu pozostawały chłodne i czujne - Poświęci nam pan chwilę czasu, prawda? - spytał, sugerując mężczyźnie, że może pozwolić sobie wyłącznie na jedną odpowiedź.
-Colloportus - mruknął cicho, tak aby zastawiony stosem papierów Burroughs nie mógł tego usłyszeć. Lepiej nie wywoływać paniki zawczasu?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 11:48

The member 'Samael Avery' has done the following action : rzut kością


'k100' : 1


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 12:50

Burroughs miał dziś ciężki dzień. Nie dość, że Ministerstwo Magii zasypała fala papierkowej roboty, związana z rozpoczęciem nowego roku, to jeszcze do zwyczajnej o tej porze klęski urodzaju doszły problemy natury politycznej. I społecznej. Ciągłe skargi, wyjce i inne atrakcje, przesyłane przez przestraszonych i wściekłych szlachciców, zalewały biurka urzędników. Zupełnie niezwiązanych z wydarzeniami Sabatu, bo cóż mogli oni poradzić na jakiegoś szaleńca, postanawiającego wymordować kilku nestorów? Mozolnie odsyłano skargi do innego departamentu, zajmującego się bezpieczeństwem, ale widocznie i tam nie wyrabiano ze swoimi obowiązkami, w związku z czym w Ministerstwie panował dziś chaos większy, niż zazwyczaj. A do tego Williama bolała głowa. A kawa, jaką rano przyniosła mu asystentka, wystygła. Czy mogło być gorzej?
Widocznie mogło, bo gdy w końcu znalazł chwilę dla siebie, by móc w spokoju swego gabinetu zapalić papierosa, ktoś znów pojawił się w drzwiach. Burroughs skrzywił się widowiskowo, ale kiedy poprawił druciane okularki, wbijające się w pękaty nos, ostrość widzenia została mu przywrócona. Dzięki czemu całkowicie zmienił swoje nastawienie. Uśmiechnął się przymilnie i powstał z fotela, co nie zrobiło na nikim wrażenia, bo mężczyzna nie należał do wysokich. - Och, lord Yaxley i lord Avery, jakże miło lordów widzieć - powitał ich z wyraźną, oślizgłą służalczością, choć z jego drobnych oczkach widać było trochę złośliwe błyski. Utrzymywanie dobrych stosunków z poważanymi rodami szlacheckimi nie należało do zadań najłatwiejszych, ale Williamowi się to udawało...albo tak przynajmniej sobie wmawiał, traktowany przez arystokratów niczym ministerialny skrzat. Otrzymujący jednak sowitą zapłatę. Kiwnął więc zachęcająco tłustymi rączkami w kierunku dwóch rozklekotanych foteli, stojących przed biurkiem, za którym ponownie zasiadł, poprawiając się kilkukrotnie. - Co panów do mnie sprowadza? Noworoczne zmiany w dokumentach? - zapytał wręcz wesoło, uśmiechając się to do lorda Avery'ego, to do lorda Yaxley'a, jakby nie mógł napatrzeć się na tak poważanych gości. Wielokrotnie załatwiał drobne sprawy na korzyść arystokratów i tym razem także węszył spory woreczek galeonów, mający wpaść do jego kieszeni za wykreślenie jakiegoś nazwiska ze spisu kandydatów na stanowisko podsekretarza Ministra. Albo dopisania szlacheckiej stażystki do niezbyt wymagającego dyrektora departamentu.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 13:09

Minęło dopiero kilka dni od tragedii na Sabacie, jego matka ciągle była w koszmarnym stanie, ojciec praktycznie co chwila spotykał się ze swoim bratem w celach rodzinnych, a doszło do tego wszystkiego jeszcze kolejne zmartwienie w postaci Jarboe. Jeśli ktoś nie znał zwrotu o złośliwości losu, Yaxley mógłby podać to jako idealny przykład. Nie wszyscy zdążyli się jeszcze otrząsnąć po tych wszystkich wydarzeniach, jednak niektórym ten fakt był bardzo na rękę. Morgoth wolał nie zastanawiać się nad tym zagadnieniem głębiej, szczególnie że miał własne sprawy. I nie chodziło jedynie o te najbliżej rodowi. Owszem. Wybieranie nowego nestora było niezwykle intrygujące i zajmujące, tak samo zresztą jak śledzenie wysłanników Ministerstwa Magii, którzy mieli złapać sprawcę tego wszystkiego (prawdę powiedziawszy ich wyczyny podchodziły do miana żałosnych i nieudolnych), jednak nie poświęcał temu szczególnej uwagi. Nie przez ignorancję, a zwyczajną zmianę priorytetów. Rodzina stała dla niego na najwyższym szczeblu, nawet ponad sytuacją związaną z nestorem, dlatego szukanie leku dla Beatrice absorbowało go w znacznym stopniu, przekładając daną sprawę nad resztę obowiązków. Działał między gabinetem ojca, a swoim pokojem. Ale musiał się chwilowo wstrzymać z tymi poszukiwaniami, a przynajmniej na ten jeden dzień. Nie miał ostatnimi czasy kontaktu z Avery’m, prócz kilku wymienionych między sobą słów na Sabacie, dlatego wiadomość od nowego lorda Shropshire wprowadziła go w zaciekawienie i zdumienie. Jarboe czekał na proces, a to oznaczało tylko jedno. Musieli się tym zająć i to jak najszybciej. W końcu nie można było dopuścić, żeby ten człowiek zaczął mówić. Uległość jego charakteru była znana większej grupie zainteresowanych, a to co mógł powiedzieć, nie mogło ujrzeć światła dziennego. Oczywiście że się zgodził. Zresztą Avery nie prosił go o to, a Yaxley nie miał obiekcji. Nikt nie musiał mu powtarzać dwa razy planu, który został mu przedstawiony i który przyjął bezkrytycznie. Zresztą to był jego obowiązek.
Znalazł się w Ministerstwie Magii zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, wiedząc, że przeróżni czarodzieje i czarownice będą chcieli go zaczepić w związku ze śmiercią najważniejszego w rodzinie człowieka. Dobrze że był wcześniej i mógł zmarnować na to chwilę czasu. Kiwał jedynie głową na te słowa, które owszem były ucieleśnieniem tradycji i uhonorowaniem pamięci zmarłego tragicznie Yaxley’a, ale słuchanie tego od niżej urodzonych było mu niezbyt w smak. Ale przyjmował je z uprzejmością. Dostał je również i w windzie, w której spotkał się zgodnie z planem z Samaelem. Przywitali się i każdy udawał zajętego czym innym. Odbieraniem kondolencji. Bo to ich teraz znowu łączyło. Wyszli na tym samym piętrze, gdzie spokojnie skierowali się do swojego celu. Wchodząc do gabinetu, pozwolił, by Avery zaczął wyjaśniać spokojnie po co przyszli. Morgoth w tym czasie spokojnie rozsiadł się na jednym z dwóch foteli naprzeciwko biurka urzędnika i czekał. Myślał o czarodzieju, który tkwił teraz w Tower, a jego sprawa leżała w dłoniach właściciela tego pomieszczenia. Tylko on dzielił ich od wydania wielu interesujących informacji. Sam moment aresztowania Jarboe był godny pożałowania. Płotka, która znała nazwiska została zatrzymana w chwili w której posiadała kilka czarno magicznych przedmiotów. Rycerze nie byli więc głównym powodem nadchodzącego procesu, ale znając tamtejszy system przesłuchań… Cóż. To było bardziej niż pewne, że Jarboe wszystko by wyśpiewał.
- Słyszałem, że jest pan człowiekiem kompetentnym i rozsądnym, panie Burroughs – powiedział Yaxley, przykuwając uwagę mężczyzny. Fałsz i służalność wręcz od niego biła. Gdyby nie wrodzony spokój, Morgoth chętnie pozbyłby się tego wyrazu na jego twarzy. – Mam nadzieję, że pomoże nam pan w naszym… No, cóż. Zmartwieniu.
Oczywiście za przyzwoitą sumę, pomyślał, chociaż doskonale wiedział, że Burroughs zdawał sobie z tego sprawę. W przypadku, w którym nie trzeba byłoby korzystać z innych, mniej przyjaznych sposobów perswazji.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 16:48

Pulchny człeczyna wtłoczony w niewygodne, biurowe krzesło mógł budzić w Averym jedynie wstręt. Świńskie oczka ukryte za drucianą oprawą okularów poruszały się nieustannie, obserwując bacznie to jego, to Yaxley'a, jakby urzędnik czegoś się spodziewał. Lub, co bardziej prawdopodobne, na coś oczekiwał. Błysk złota, wesołe brzdąknięcie galeonów w kieszeni, głuchy stukot ciężkiej sakiewki wcale nie dyskretnie rzucanej na zagracone biurko. Cała trójka obecna w ciasnym, oddzielonym od reszty biura lichymi ściankami boksie doskonale wiedziała, co dokładnie się tutaj dzieje. Nie przybyli przecież z przyjacielską wizytą, ani też z prośbą - Avery nie zwykł korzyć się do tego stopnia, by prosić o coś ministerialne kreatury. Burroughs trzymał w swoich tłustych łapskach zdecydowanie za dużo realnej władzy i był stanowczo zbyt butny w swych pertraktacjach. Jeszcze się przed nimi kłaniał, jeszcze uniżenie padał do stóp, lecz Samael zbyt dobrze znał podobne pokraki, by wiedzieć, że kiedy tylko wyczuje, jak wiele od n i e g o zależy, spróbuje ugrać możliwie najwięcej.
Musieli zatem od początku postępować twardo. Był przeciwny malwersacji, zdecydowanie woląc przycisnąć mężczyznę i nieco go postraszyć. Tak, by nie czuł się pewny. By sądził, że jest osaczony. By bał się zrobić jakikolwiek ruchy, który mógłby pogorszyć jego i tak rozpaczliwe położenie. Avery dokładnie przestudiował wszystkie informacje, jakie posiadał o Burroughsie, mogące nieco ułatwić mu zastraszenie Williama. Przeczuwał jednak, iż naprawdę niewiele potrzeba, by napełnić go prawdziwym lękiem. Utrata złota? Pożegnanie się z ciepłą posadką? Groźba publicznego procesu i wywleczenia na wierzch każdej brudnej sprawy, w jakiej zanurzył swe chciwe łapska?
Nie wątpił, że Burroughs wolałby w tej sytuacji rozmówić się z Yaxley'em, który mimo dość sugestywnych słów, zdawał się pozostawać bardziej przyjaźnie nastawiony. Avery nie silił się już absolutnie na żaden ton, mający zwiastować ich polubowne rozstanie się. Najbardziej ryzykowna część, mianowicie przeniknięcie praktycznie niezauważonymi do siedziby administracji Wizengamotu udała się bez zastrzeżeń, czym zatem było starcie na trop drobnego urzędniczka, który potrafił wyłącznie liczyć pieniądze?
-Gdy pewien człowiek - zaczął Avery, wpatrując się w Williama bez mrugnięcia okiem - oddaje innym przysługę, przyjmując za to wynagrodzenie - zaakcentował ostatnie słowo, wciąż pozostając idealnie opanowanym, choć najwyraźniej drobny człowieczek za biurkiem zdążył już się spocić - jak to się nazywa? - spytał retorycznie, nie kierując swych słów ani do Morgotha (którego wstęp zbył obojętnym spojrzeniem, równie dobrze mogli prowokować zachowania dobrego i złego aurora) ani do Burroughsa. Miał zasiać niepewność, ziarenka strachu później kiełkującego w szczere przerażenie. I paraliżującą chęć współpracy, jaka z pewnością nie wyszłaby na jaw.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 18:12

William ponownie pokiwał głową, jakby słowa Morgotha sprawiły mu wielką przyjemność. Oczywiście, że był człowiekiem rozsądnym: odpowiedni mężczyzna na odpowiednim stanowisku, z odpowiednim doświadczeniem, odpowiednią urzędniczą prezencją i odpowiednimi zasadami. Prawo i sprawiedliwość, niechęć do machlojek, czyste sumienie. W dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto, bowiem kimże by był, gdyby odmawiał zmartwionym szlachcicom? Jako zwykły osobnik o krwi zaledwie czystej - ale dobrym rodowodzie - okazywał szacunek każdemu przedstawicielowi arystokratycznych rodów, wiedząc, jak bardzo przysłużyli się czarodziejskiemu światowi. Może i ich blask powoli przebrzmiewał, zwłaszcza po tym, co stało się na Sabacie, ale...och, właśnie, Sabat. Burroughs poruszył się niespokojnie na fotelu. Na śmierć Merlina zapomniał o złożeniu kondolencji, ale obydwaj mężczyźni nie wydawali się zbyt przybici. Raczej bardzo...skoncentrowani na celu. Na zmartwieniu, jak to pięknie ujął młody panicz Yaxley, w kierunku którego Will posłał wyczekujący uśmiech.
- Jakieś to zmartwienie, sir? Postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy - za odpowiednią cenę, dopowiedział już w myślach, składając pulchne rączki w piramidkę, wzorem Możnych i Potężnych tego świata, co w wykonaniu przekupnego urzędnika wyglądało raczej żałośnie. Na szczęście on sam tego nie widział, zerkając na lorda Avery'ego. Rozpoczynającego jakąś...przypowiastkę? Zmarszczył brwi, przyglądając się pytająco Samaelowi. Podobno pracował z czubkami: może i trochę tego paternalistycznego tonu przeciekało także i do innych rejonów życia? Pokiwał jednak ponownie głową, jakby zupełnie niezrozumiałe słowa Avery'ego stanowiły jakąś prawdę absolutną. - Tak, tak, chodzi o pracę. Praca za wynagrodzenie - odparł, nie siląc się na zgłębianie myśli nieco niepokojącego lorda, powracając wzrokiem do Morgotha. On wydawał się być w bardziej korzystnym nastroju do rozmowy. - Więc? W czym mogę panom pomóc? Nie ukrywam, że czas nas goni, styczeń to parszywy miesiąc w Ministerstwie, doprawdy parszywy, także proszę o konkrety, sir - powtórzył, wskazując na zegarek z (sztucznego) złota, zaciskający się na jego grubiutkim przegubie. Udawanie niezmiernie zajętego (co nie mijało się aż tak bardzo z prawdą) na pewno wzmocni jego niesamowitą pozycję w oczach dwóch młodych szlachciców.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 20:04

Gdyby mógł, Morgoth chętnie by się zaśmiał. Lub co bardziej odpowiednio opisywało jego stan - wyśmiał zachowanie małego grubasa, który siedział w swoim fotelu i próbował pozbyć się uwagi Avery'ego. W sumie trudno było się dziwić. Starszy szlachcic wzbudzał pewną dozę trwogi, która była niesamowicie pomocna. Jednak Yaxley nie miał ochoty pomagać w czymkolwiek urzędnikowi. Mężczyzna bawił się dłońmi jakby się zdenerwował lub czekał niecierpliwie nad ten moment, w którym jeden z nich wyciąga sakiewkę wypchaną pieniędzmi i łaskawie prosi o to, po co przyszli. Czuł, że ten skłonniejszy będzie do ugody, jeśli chociaż jeden z nich pozostanie w miarę uprzejmy. Fałszywie czy nie, nie miało to znaczenia. Oboje z Avery'm dobrze wiedzieli, że sprawa była zbyt poważna by zawierzyć takiemu przekupnemu pracownikowi Ministerstwa na słowo. Może i siedziałby cicho razem ze swoimi pieniędzmi, ale co potem? Morgoth spokojnie tkwił na swoim miejscu, obracając w palcach ulubioną srebrną zapalniczkę z wygrawerowanymi na niej inicjałami B.F. Nie patrzył w stronę Burroughsa, pozwolił wyrażać głośno myśli swojemu towarzyszowi. Dopiero gdy ten skończył i zapadła chwila ciszy, podniósł spojrzenie na urzędnika.
- Lord Avery chciał powiedzieć, że będziemy bardzo wdzięczni za to, że wyciągnie pan pewien pergamin i zostawi na nim swój podpis - powiedział spokojnie, pochylając się lekko w przód i opierając przedramiona na kolanach. - Zrobi to pan w ramach pracy za wynagrodzenie, które co miesiąc wypłaca panu Ministerstwo. Nie będzie to ani mniej, ani więcej.
Kąciki jego ust lekko się uniosły, ale wzrok pozostał ten sam, wpatrujący się w mężczyznę naprzeciwko. Gdy tamten próbował się tłumaczyć beznadziejnymi wymówkami, młodszy Rycerz westchnął i spokojnie wyciągnął różdżkę. Urzędnik był na razie zbyt zaaferowany swoim głosem i dziwnymi gestami, które wykonywał od początku pojawienia się ich dwójki w jego gabinecie. Morgoth chciał się stamtąd wynieść jak najszybciej, nie prowokując przy tym Avery'ego, który zdecydowanie miał mniej cierpliwości.
- Mobiliarbius - mruknął pod nosem, wskazując na dokument, który miał podpisać urzędnik. Nudziło go czekanie, a i tak mieli właśnie dochodzić do sedna. Tak czy inaczej. Wolał uniknąć paplania bez sensu sługusa pieniądza i zakończyć to spotkanie. Im dłużej tam siedzieli, tym gorzej dla każdego.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 20:04

The member 'Morgoth Yaxley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 68


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Służby Administracyjne Wizengamotu   27.07.16 21:05

Nie pokładał zbyt dużej nadziei w ludzkim gatunku, lecz miał tę odrobinę, by sądzić, że na stołkach w ministerstwie nie zasiada banda bęcwałów, ograniczonych do znajomości języka ojczystego w stopniu przejrzystym oraz umiejętności postawienia stempla i parafki (rzecz trudniejsza, od podpisania się przez postawienie krzyżyka) w odpowiednim miejscu. Mylił się.
Burroughs był tego najbardziej dobitnym przykładem. Półinteligent, rażący w oczy swoją taniością - od chciwego błysku w małych oczkach, uległy wyraz twarzy i służalczy ton, aż po replikę drogiego zegarka, wpijającego się w tłusty nadgarstek mężczyzny. Avery'ego mierziło w nim [i[wszystko[/i], ale obrzydzenie osiągnęło swoje apogeum w momencie właściwego braku interpretacji jego słów. Płynące z taktyki udawania Greka, czy rzeczywiście William był pozbawiony części mózgu, odpowiadającej za abstrakcyjne myślenie? Samael mógł jedynie dywagować, choć nie stanowiło to przecież kwestii istotnej, a przynajmniej problemu ważnego dla niego.
Faktem pozostało jednak, że mężczyzna zachowywał się nadal bezwstydnie swobodnie - nic nie wczytał między słowami Avery'ego? - a co gorsza, bezczelnie zignorował jego osobę, zwracając się bezpośrednio do Morgotha. Urażona godność osobista (jakby potrzebował atencji tego szczurka) nie sprowokowała jednak Samaela do podjęcia już konkretnych, zdecydowanych działań. Mieli zapracować na sukces wspólnymi siłami, nawet jeśli w nieco ślamazarnym tempie i nie podejmując zawczasu zbyt gwałtownych i ryzykownych kroków.
Docenił więc spokój i precyzję Yaxley'a, trafnie wyjaśniającego Burroughsowi jego sytuację. W prostych słowach, jakich najwyraźniej potrzebował ten urzędniczyna od siedmiu boleści, aby zrozumieć, co się do niego mówi. Pozwolił bez przeszkód działać Morgothowi, który początkowo świetnie zwiódł Williama sympatycznym pozdrowieniem oraz lekką, brzęczącą zachętą i teraz również poradził sobie znakomicie, niewątpliwie wytrącając mężczyznę z jego wyimaginowanej równowagi.
-Czas nas goni - powtórzył po Burroughsie Avery, specjalnie wkładając w swe usta jego własne słowa. Ciekaw, czy tę aluzję urzędnik zdoła zrozumieć, czy też będzie potrzebował dodatkowej zachęty w postaci różdżki przytkniętej do skroni oraz cichych gróźb, jakie z łatwością przecież mogły zostać spełnione. Bez zmrużenia oka; po noworocznych wydarzeniach nikt nie opłakiwałby trupa ministerialnej płotki.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Służby Administracyjne Wizengamotu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Ministerstwo Magii :: Poziom II: Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17