Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ruiny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ruiny   10.03.12 23:12

First topic message reminder :

Ruiny

Na jednym ze wzgórz, blisko czterysta mil od przedmieść Londynu, znajdują się ruiny dawnej szesnastowiecznej fortecy obronnej. Porośnięte bujną roślinnością pozostałości kamiennych fundamentów stanowią namiastkę tejże niegdyś okazałej, solidnej budowy, która zniszczona została w skutek jednej z większych bitew toczących się na tym terytorium - do dziś jednak nie wiadomo, czy bitwa ta dotyczyła mugoli czy czarodziejów. Nieczęsto można tu kogoś spotkać - miejsce to otoczone jest bowiem rozległymi pasami zieleni i wzgórz, co czyni je trudno dostępnym i - z racji na obecny stan - nieciekawym. Niektórzy szepczą o rzekomych skarbach ukrytych gdzieś głęboko pod ziemią, lecz na ile jest to prawda?


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   09.11.15 19:45

The member 'Milburga Dolohov' has done the following action : rzut kością

'k100' : 71


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   09.11.15 20:44

Rhian była już mocno osłabiona, ostatnie, co ujrzała przed omdleniem, był jasny błysk rzuconego przez Milburgię zaklęcia. Cielsko bestii bezwładnie opadło na bok, z rany nie przestawała sączyć się krew.

Milburgia, opadłszy na kolana, musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak mocno uśmiechnęła się dziś do niej przewrotna Fortuna. Pojedyncza Drętwota zwykle nie działała na wilkołaki tak mocno, z jakiegoś powodu to stworzenie było już osłabione. Pojedyncze krople krwi z rany po uderzeniu świetlistego bata Ceasara spłynęły po jej brodzie, oko piekło bezlitośnie, a krajobraz wciąż wydawał się mglisty. Niewątpliwie została sama, jej towarzysze pozostawali nieprzytomni, a okrągły księżyc wciąż zdobił atramentowe niebo. Opodal coraz intensywniej cuchniały porzucone zwłoki, a krwi, która mogłaby zwabić kolejne wilkołaki, było w okół nich aż zbyt wiele. Jak wiele tych bestii mogło jednakże kryć się w spokojnym lesie Waltham?

Neleus i Caesar są nieprzytomni, Rhian jest nieprzytomna i dogorywa, Milburga wciąż nie widzi na jedno oko. Ale przetrwała i wszystko wskazywało na to, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane - tylko jak wrócić do miasta?


Powrót do góry Go down
Milburga Dolohov
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t883-milburga-dolohov http://www.morsmordre.net/t1133-edgar#7523 http://www.morsmordre.net/t1130-nie-wygladam-dzis-przesadnie-ladnie#7494 http://www.morsmordre.net/f188-pokatna-13-13 http://www.morsmordre.net/t1132-milburga-dolohov#7519
łowczyni wilkołaków, muzyk, towarzyszka eskapad poszukiwawczych
30
Czysta
Panna
Podobno zło triumfuje, podczas gdy dobrzy ludzie nic nie robią.
Ale to nie prawda. Zło zawsze triumfuje!
1
10
0
0
1
16
0
4
Czarownica
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Ruiny   11.11.15 22:54

Zrządzenie losu, przypływ szczęścia, pochodzącego z nieznanych dotąd źródeł. Czy uda im się ujść z życiem? Zwyciężyć wyczerpującą, wymagającą misję, niosącą za sobą tyle złego? Poczuła coś w rodzaju, chwilowej ulgi, kiedy, mało wyszukane zaklęcie, ugodziło w ciało rosłego wilkołaka. Włochaty profil bestii, bezwładnie, ciężko opadł na soczystą trawę. Widziała jedynie, niewyraźne kształty, na zmianę z ciepłym podmuchem powietrza na zranionych, piekących policzkach. Osunęła się na kolana dysząc ciężko z wyczerpania. Nie wiele brakowało, aby wtulić się w miękkie podłoże i odpłynąć na dobre. Miała na uwadze, że niebezpieczeństwo nie przeminęło. Pole walki wyglądało przerażająco. Bezwładne, niemalże pozbawione życia ciała, leżały porozrzucane po skropionych krwią polanie. Okrutny swąd rozkładających się ciał, drażnił ze zdwojoną siłą. Po raz pierwszy od kilku, ciągnących się chwil, dotknęła dłonią otwartych ran, czując jak przenikliwy ból, rozchodzi się niemalże po całym ciele. Oby nie pozostawił niechcianych blizn. Mięśnie były spięte, coraz trudniej było podnieść się do góry, aby przejść odpowiednią odległość. Postanowiła sprawdzić, co z resztą towarzyszy. Była jedyną, żywą duszą na opustoszałej polanie. Wzrok nadal zamglony. Idąc zgarbiona, potykając się o wszelkie, wystające przeszkody, zbliżyła się do Lestrange. Odkaszlnęła głośno, aby po chwili wziąć go za ramiona z próbą skutecznego wybudzenia. Gdy to nie zadziałało, przypomniała sobie o zaklęciu wybudzającym, które poznali na jednym z fachowych szkoleń. Miała nadzieję, że i tym razem los się do niej uśmiechnie. - Clavum. - szepnęła.




Wszystko czego się obawiamy kiedyś nas spotka.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   11.11.15 22:54

The member 'Milburga Dolohov' has done the following action : rzut kością

'k100' : 6


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   14.11.15 16:01

Milbruga spróbowała rzucić zaklęcie ocucające - kilkakrotnie słyszała po misjach, jak rzucali je uzdrowiciele, lecz sama nigdy tego nie robiła. Nie znała się na magii leczniczej, nie potrafiła z niej korzystać; magiczna energia wybuchnęła Milburdze w twarz i odebrała przytomność, uwalniając od potwornego bólu.

Pożar wzniecony przez Milicentę zaczął się rozprzestrzeniać - i prawdopodobnie tylko dzięki temu grupę łowców po kilku godzinach odnalazły odpowiednie służby, ratując ich przed spaleniem. Cała trójka została przeniesiona do szpitala świętego Munga.

Dla wilkołaka było już za późno, Rhian zmarła.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   31.03.17 0:16

/ 27 kwietnia

Czasem wolałaby nie mieć racji. Czasem wolałaby jej w ogóle nie szukać. Mówi się, że wszystko jest lepsze od niewiedzy. Prawda nawet najgorsza ma przeganiać pojawiające się myśli i stworzyć prawdziwy obraz danej sytuacji. Dążyła do niej oglądając dokładnie każdą poszlakę, która wpadła w jej dłonie. Teraz tego żałowała. Gdyby nie jej ciekawość, gdyby nie intuicja mówiąca jej od początku, że w tym wszystkim jest coś czego ona nie dostrzega, gdyby nie jej wielka wiara w ludzi i w to, że czasami należy unosić się ponad podziałami by dojść do koniecznego celu. Gdyby nie to wszystko teraz nie myślałaby kolejny raz o tym jak wiele niespodziewanych rzeczy może kryć się w człowieku. Nie znali się już. Wątpiła, że kiedykolwiek się znali. Próbowała wyrzucić z głowy ich wczorajszą kłótnię. Dowiedziała się rzeczy, których jednocześnie wiedzieć nie chciała, a z drugiej strony wiedzieć potrzebowała. I znowu zamiast myśleć o tym co zrobił, albo co próbował zrobić ze smokiem skupiła się na tym co mogło się stać gdyby smok został zraniony bardziej. Nie wierzyła w swoją naiwność. Trwała w niej nieprzerwanie idąc z nią jak z dobrym przyjacielem. Wyrzucanie sobie błędów nie miało jej już w niczym pomóc. Chciała znaleźć smoka i właśnie w takim celu wybrała się dzisiaj do lasu Waltham. Nie wiedziała dlaczego właśnie to miejsce wybrała, ale idąc w kierunku, na który wskazywałby upadek stworzenia pomyślała, że to może być właśnie to miejsce. Opuszczone ruiny z miejscową legendą przez, którą ludzie nie zapuszczają się w te okolice lasu. Przez myśl jej przeszło, że może szuka na darmo. Może Morgo kiedy doszedł wczoraj do siebie w końcu znalazł smoka. Lucinda jednak wiedziała o takich połączeniach wystarczająco by wiedzieć, że tak naprawdę dopóki smok w pełni nie wyzdrowieje to Yaxley też nie. Ryzykowałby ponownym otwarciem rany? Selwyn była tego pewna. W końcu on też nie mógł być pewien tego co zrobi ona w zaistniałej sytuacji. Właściwie była przekonana, że pomyślał iż odpuściła. Ona sama też siebie zaskoczyła. Jednak była zdania, że jeżeli się już czegoś podjęła to nie mogła z tego tak po prostu zrezygnować. Nie była to przysługa czy też jej widzi mi się. Starała przekonać samą siebie, że to praca, którą wykonać się zdecydowała. Z daleka spojrzała na kamienne ruiny mrużąc przy tym oczy. Żałowała, że wcześniej nie sprawdziła historii tego miejsca. Zawsze żałowała tak prostych rzeczy. Odetchnęła przełykając głośno ślinę. Czuła jak gula w gardle jej się powiększa. Czego się denerwowała? Bała się, że niczego tam nie znajdzie czy wręcz odwrotnie? Nie myśląc nad tym więcej ruszyła w stronę ruin.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   31.03.17 19:05

Samiec oddychał szybko, boki opadały mu rytmicznie jak miechy w kuźni, tylne łapy drgały od czasu do czasu, jakby chciał zaraz zerwać się do szalonego biegu gdzieś przed siebie. Stał na jednym z wyższych wzniesień blisko starych i dawno zapomnianych ruiny fortecy, o której było więcej opowieści niż prawdziwych informacji. Nie znalazł się tutaj przypadkiem, dając się zaprowadzić nie tylko intuicji, instynktowi, ale również i węchowi. Pomimo że ślad miał już dobry dzień, wciąż dało się wyczuć tę charakterystyczną woń, która ciągnęła się jak coraz cieńsza nić pomiędzy pętami innych należących do leśnych stworzeń. Znał jednak tę woń, której szukał. W rezerwacie było jej wiele, ale ten jeden smok posiadał swój aromat. Silny, można by powiedzieć, że w pewnym sensie nawet gorzki. Tak łatwo było oceniać pod tą postacią... Wpatrywał się w linię drzew daleko przed sobą, zupełnie jakby wyczekiwał na to, aż pojawi się ktoś na kogo czekał. Podniósł jedną łapę w górę, wyczuwając coś w tamtej okolicy. Nie mógł wiedzieć, co to było konkretnie, bo stał bokiem do wiatru. Spiął się w jednej sekundzie, ale zaraz rozluźnił mięśnie, widząc, że była to jedynie sarna. Potężna, masywna i szybka. Nie była jednak tak szybka jak on. Może i zdecydowałby się ją zaatakować, ale nie teraz. Pozwolił jej uciec, gdy dostrzegła go swoim czarnym okiem, a serce w klatce piersiowej biło jak oszalałe na widok wielkiego, czarnego basiora, który nawet nie starał się ukryć swojej obecności. Gdy wyskoczyła spomiędzy krzaków, zaraz za nią wyłoniła się mniejsza kopia sarny, która podążyła w ślad za matką. Wilk machnął głową w niezadowoleniu i zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie kolejna próba odszukania zagubionego tropu, który kończył się gdzieś tutaj. Nie było łatwo wytropić latające stworzenie, chociażby nawet tak wielkie jak Gostir. Masywny samiec trójogona edalskiego nie mógł zapaść się pod ziemię, a jednak wiedza o tym, że został porwany była przerażająca. Zsunął się na samo podnóże wzniesienia, by pobiec kawałek dalej. Wciąż kierował się w stronę ruin, chociaż nie brał pod uwagę możliwości, by gdzieś tam znajdowała się jego zguba. Wilki o tej porze nie trzymały się otwartych przestrzeni, chociaż i tak między drzewami można było zobaczyć przenikającą czarną plamę, która poruszała się o wiele szybciej niż normalny dziki pies. Rozmiarami też przewyższał każdego z nich. Szukał i zamierzał znaleźć to co strarcił. Poszukiwania dzień wcześniej były jak niekończąca się pustynia. Z każdym kolejnym krokiem Morgoth uważał, że tak naprawdę zamiast być coraz bliżej, oddalał się. Wcześniejsze odczucia związane z wyczuwaniem Gostira jakby opadły. Nie wiedział czy było to związane z raną, która się pojawiła, czy z czymś innym... Nie miało to znaczenia. Po upewnieniu się że nikt go nie widział, zmienił formę i chociaż wciąż utykając, szukał. Stracił rachubę czasu mniej więcej w tym samym momencie, w którym nie czuł już przedniej łapy. Dopiero gdy zdecydował się na odpoczynek, poczuł co się stało. Ciało w tym miejscu pulsowało, stara krew zakrzepła na sierści, a ona wciąż wylewała się małym, ale wciąż żywym strumieniem. Musiał wracać czy tego chciał czy nie. Ale wrócił i im bliżej ruin się znajdował, tym trop jakby wydawał się silniejszy, a dziwny posmak w pysku wyraźniejszy.




There is no Hell, no Heaven either
This world is what we make of it

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   02.04.17 14:54

Były takie miejsca, które potrafiły poruszyć wyobraźnie. Ujawnić zderzający się ze sobą czas. Lucinda tak czuła się w tym miejscu. Ostrożnie stawiała kroki czując jak buty wbijają się w miękką, przesiąkniętą deszczem ziemię. Kiedy doszła do pierwszych schodów jej starała się ostrożnie stawiać kroki słysząc, że każdy ruch powoduje kolejną fale opadających na ziemię kamyczków. Resztek zamku. Kucnęła i przejechała dłonią po jednym ze złączeń. Kurz znaczył ślady obecności, a ruiny zdawały się nie przyciągać zbyt wielu ciekawski. Sięgnęła do cholewki skórzanego buta i wyciągnęła z niego różdżkę zaciskając na drewnie mocniej palce. Zaczęła się rozglądać nasłuchując. Prócz wycia wiatru przenikającego przez dziury w podupadającej konstrukcji nie słyszała nic. Żadnego śpiewu ptaków, żadnych kroków, żadnego znaku obecności chociażby jednego zwierzęcia w okolicy. Zaskoczona tym faktem podniosła się i naciągając kaptur na głowę ruszyła w górę. Teraz czuła spokój. Mogła skupić się na własnej intuicji i tylko nią się kierować. Teraz już wiedziała, że to, że wcześniej współpracowali razem z Yaxleyem było błędem. Powinna od samego początku zająć się działaniem w pojedynkę chociaż to także prawdopodobnie nie przyniosłoby żadnych rezultatów. Gdyby działała w pojedynkę prawdopodobnie nigdy nie trafiłaby do domku starego czarodzieja ani nie dowiedziałaby się o połączeniu szlachcica ze stworzeniem. Wchodziliby sobie w drogę i tylko przeszkadzali bo przecież żadne z nich nie zrezygnowałoby z zadania. Teraz wiedziała, że może skupić się tylko na sobie i na poszukiwaniach. Tak wyglądało jej życie. To ciągłe poszukiwania; wyszukiwanie celów, dążenie do nich i przygotowanie się na powodzenie bądź porażkę. Zatrzymała się na pół piętrze czując, że schody pod jej stopami są niestabilne. Delikatnie postawiła najpierw jedną nogę chcąc sprawdzić jak duży ciężar wytrzymają. Pokonała je w szybkim i lekkim biegu przytrzymując się starych murów by nie stracić równowagi. Była już na szczycie, a widok z tego miejsca zapierał dech w piersi. Żałowała, że to nie tylko jej widzimisię ją tutaj przyprowadziło, a zadanie do wykonania. Zaczęła się rozglądać sprawdzając niemalże każdy możliwy kąt. Schyliła się widząc niskie przejście do drugiej części ruin. Nie zdążyła się ruszyć kiedy do jej uszu dotarł dźwięk przecinających powietrze skrzydeł. Podniosła się powoli zaciskając mocniej dłonie na różdżce. Cokolwiek to było znajdowało się zaraz za nią. Ryk smoka zmusił ją do odwrócenia się. Był ogromny. Jego wielkie ślepia wpatrywały się w nią jakby z nienawiścią. - Tu jesteś. - szepnęła chociaż nie pozwoliła sobie na uniesienie kącika ust w triumfalnym uśmiechu. Myślała, że smok będzie ranny. Oczami wyobraźni widziała go jako potrzebującego pomocy i słabego, ale to w ogóle nie miało się do tego jaki był teraz. Zaczęła przeczuwać, że to nie ona odnalazła smoka, ale że to smok odnalazł ją. Zrobiła krok w bok by uciec od ściany, do której była przygwożdżona. Smok obserwował ją, a gdy postawił łapska na ziemi ruiny się zatrzęsły trącając jej równowagę. - Spokojnie. Jestem tu po to by ci pomóc. By zabrać cię do domu. - odpowiedziała szeptem wyciągając powoli dłoń w stronę smoka cały czas się cofając. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że niebezpiecznie zbliża się do krawędzi. Lucinda skierowała różdżkę w stronę stwora. Smok ryknął znowu powodując drgnięcia całej konstrukcji zmuszając ją do zrobienia jeszcze jednego kroku do tyłu. Różdżka wypadła jej z dłoni i potoczyła się w bok znikając jej z oczu. Obejrzała się przez ramię i spostrzegła jak wiele dzieli ją od ziemi. Nie zdążyła wypowiedzieć nawet zaklęcia.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy


Ostatnio zmieniony przez Lucinda Selwyn dnia 02.04.17 15:39, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   02.04.17 15:38

Oddech wraz z biegiem zaczął mu się wyrównywać. Gdyby było trochę zimniej, z pyska i nozdrzy wybuchałyby gęste obłoki pary. Serce pracowało równomiernie, chociaż zastrzyk adrenaliny dopadł go w jednym momencie, gdy uderzył w niego tak charakterystyczny zapach poszukiwanego stwora. I nie był to trop sprzed dnia, ale świeży. Ślinianki zaczęły produkować więcej śliny jakby podświadomie wilk zamierzał nie schwytać smoka, a zjeść, chociaż było to niemożliwe. Yaxley nie panował nad swoimi zwierzęcymi odruchami, nie myślał o tym. Ten świat był taki prosty w porównaniu do świata ludzi, że czasem nie chciał nigdy wychodzić z tej formy. Gdy czuł gniew nie mógł równocześnie odczuwać nadziei lub jakiegokolwiek innego uczucia. Jako człowiek potrafiły kotłować się w nim te i jeszcze inne emocje, zaburzając mu trzeźwe myślenie. Tu tego nie było i to najbardziej ze wszystkiego go pociągało. Nie wspominał oczywiście o swobodzie, wolności bycia poza wzrokiem wszystkich tych, których nie można było zawieźć lub których trzeba było się wystrzegać. Jedni i drudzy byli w pewnym sensie ograniczeniem. Pierwsi jednak byli właściwym brzemieniem - takim, które chciał nieść na barkach. Gdy tylko o tym myślał, przed oczami stawał mu obraz kłótni dzień wcześniej z Selwyn. Nie nienawidził Lynn, chociaż jego słowa skierowane w jej stronę nie były wyrazem ciepłych uczuć. Oboje wiedzieli, że nie powinni nigdy mówić o tym ani nie pozwolić, by pewne emocje wzięły górę. Ale będąc w formie wilka, Morgoth nie potrafił się okłamywać. Wiedział, że to co czuł było prawdziwe, mimo tego że chciał wierzyć w to, że było to jedynie chwilowe okazanie słabości. Owszem stała się jego słabością, ale równocześnie potrafiła umocnić. Czy zaszedłby tak daleko bez jej wsparcia? Bez jej pomocy? Możliwe że nie dałby rady stanąć twarzą w twarz z duchem Parkinsona, może nie zyskałby nic pomocnego. Bez niej zapewne jego matka, jego Beatrice nie żyłaby lub pogrążyła się w coraz bardziej postępującej klątwie. Zawdzięczał jej wiele, nie mógł o niej zapomnieć, chociaż bardzo by chciał. Potrząsnął łbem, chcąc skupić się na odczuwaniu tego, co go otaczało. Był już u podnóża ruin, czując jak wiązka stała się mocniejsza niż kiedykolwiek. Nie zatrzymując się, zaczął wskakiwać po wielkich głazach będących pozostałością po dawnej fortecy. Mięśnie raz po raz prężyły się i rozluźniały, gdy wilk zgrabnie poruszał się w górę ku głównej części niegdysiejszego zamczyska. Cicho przemykał po schodach, kamieniach, opadłych częściach ścian, by w końcu stanąć przed nim. Widział grzbiet Gostira, jego poruszający się niczym u kota ogon. Najwidoczniej smok zainteresował się czymś przed sobą. Stojący za nim wilk nie mógł zobaczyć co to było. A przynajmniej nie z początku. Doświadczył już tego uczucia, tego strachu pomieszanego z zaskoczeniem. Wtedy gdy kamień spadł na jej ramię. Wtedy w wieży tego szaleńca. Jak to się stało, że zawsze znajdowała się tam gdzie on? Nie było jednak czasu myśleć nad tym fatum. Zwierzę cofnęło się, by zmienić się ponownie w człowieka. Czując pod palcami znajomy kształt drewna, Morgoth wysunął się ponownie, by ocenić sytuację. Wpierw rzucił Confringo skierowane na jedną ze ścian od wschodniej części, by odwrócić uwagę Gostira, ale nie wiedział jak szybko smok zorientuje się, że został oszukany. Nie miał zamiaru ryzykować, dlatego po chwili wymierzył różdżkę w stronę Lucindy, by przywołać ją Mobilicorpusem. Czując ją w końcu obok siebie, zaraz zeskoczył na schody, ciągnąc ją za sobą, by skryć się za jedną z grubszych ścian, uciekając równocześnie przed potężnym ogonem zwierzęcia. Kryjówka nie miała jednak posłużyć na długo, a on musiał uspokoić Gostira. Yaxley machnął różdżką, a jego peleryna z włóknami ze smoczej skóry okryła Selwyn.
- Zostań tu - rzucił półszeptem w jej stronę, kucając i odwracając się, by obserwować przez prześwit zdezorientowanego smoka. - Gdzie twoja różdżka? - dodał, zerkając na nią na sekundę.




There is no Hell, no Heaven either
This world is what we make of it

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   03.04.17 22:32

Czuła pustkę. Nagle wszystkie myśli wyleciały jej z głowy. Mogła skupić się tylko na wielkim stworzeniu stojącym tuż przed nią. Ponoć nie można wybrać sobie momentu śmierci. Ponoć zawsze jesteśmy w stanie znaleźć rozwiązanie. Ona w tym momencie nie miała żadnego. Mogła albo pozwolić ciału runąć w dół, albo poczekać aż smok sam to zrobi. Jedyną rzeczą odbijającą jej się echem w głowie była myśl, że może dane jej było spłonąć. Zawsze powtarzała, że w jej żyłach płynął ogień będący w stanie spalić ją całą, spalić wszystkich w pobliżu niej. Teraz patrzyła na prawdziwy ogień. Nie oderwała spojrzenia o wielkich, złotych ślepi ciągle kątem oka spostrzegać miejsce, w którym zniknęła jej różdżka. Zrobiła krok w tamtą stronę, ale kamienie pod jej stopami zadygotały się niebezpiecznie i blondynka musiała przychylić się do przodu by nie runąć w dół razem ze spadającymi drobinkami gruzu. Wtedy usłyszała uderzenie, a serce jak dotąd dziwnie spokojne podskoczyło jej szybko w piersi. Spojrzała w stronę hałasu, ale zaraz ciągnięta magiczną siłą oddalała się od krawędzi zamku. Przez chwile całkowita dezorientacja wzięła nad nią górę i potrzebowała momentu by zdać sobie sprawę z tego, że to nie jest tylko gra jej umysłu ani pośmiertna alternatywa, ale rzeczywistość. Czemu wcale nie zdziwiło ją to, że tutaj był? Czemu nie zdziwiła się, że ją uratował? Przecież powinno. Skryła się za nim, ale tylko na chwile by zaraz wypatrywać bestii i spoglądać na nią kątem oka. Zwodzona stała się jeszcze bardziej śmiercionośna i Lucinda doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Różdżka. Potrzebowała jej. Skuliła się szukając jej wzrokiem po podłodze. - Upuściłam… - zaczęła, a na usta cisnęło jej się przekleństwo, które nigdy nie powinno wyjść od szlachetnie urodzonej. - Upuściłam ją. - dodała jeszcze zsuwając z głowy kaptur, który tylko blokował jej widoczność. Przeniosła wzrok na mężczyznę, ale zaraz skupiła się na smoku, którego ryk odbijał się o ledwie trzymających się ścian zamku. Przygryzła wargę ważąc w głowie to co powinna zrobić. Ściana dzieląca ich od smoka nie wytrzyma zbyt długo, a oni nie mają szans z rozwścieczonym smokiem na otwartej przestrzeni. - Nie rań go. Nie możesz. - nie mógł bo tym samym zrobiłby krzywdę sobie. On był tylko człowiekiem nawet jeśli miał  w ręku różdżkę. Smok był potężnym stworzeniem, które jednym podmuchem ognia mogło ich zabić. Znała jednak Morgo już wystarczająco by wiedzieć, że gdyby miało to pomóc zraniłby samego siebie by uspokoić smoka. Spojrzała na prześwit obok, którego jeszcze niedawno stała gdy nadleciał smok i pomyślała, że to jej szansa. Wystarczyło pobiec, przejść przez dziurę w ścianie i znajdowałaby się po drugiej stronie muru. Wystarczyło sięgnąć po różdżkę. Przełknęła ślinę. -  Dziesięć sekund. Potrzebuje ich. - a jej uśmiech drgnął jakby w uśmiechu. Przed oczami stanął jej czas kiedy jeszcze potrafili sobie ufać, kiedy potrafili razem współpracować i kiedy robili to z czystą przyjemnością. Teraz? Teraz nie wiedziała czy to wszystko jest prawdziwe. Nie czekając na zgodę rzuciła się biegiem w stronę dziury w murze.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   03.04.17 23:32

Sam nie wiedział jak to się stało, ale ruiny wcale nie wyglądały na doskonałą kryjówkę do przetrzymywania smoka. Były na wzgórzu, na widoku... Kto chciałby się skryć w takim miejscu? Nic nie rozumiał, ale te wszystkie myśli wyparowały mu z głowy w chwili, w której dostrzegł, że była tam jeszcze Lucinda. Nie zareagowałby, aż tak gwałtownie, gdyby dostrzegł tam kogoś innego. Kogokolwiek. Na pewno starałby się pomóc, ale serce nie podskoczyłoby mu gwałtownie, a oddech nie wstrzymał się na ułamek sekundy. To było praktycznie dla nich jak mantra. Oboje spotykali się w chwilach, w których nie powinni. Gdy były jakieś kłopoty, znajdowała się tam akurat ich dwójka. Wcześniej współpracowali ramię w ramię i potrafili zmierzyć się ze wszystkim na swojej drodze, ale teraz Morgoth nie był już tego taki pewny. Czy gdyby przyszli tu razem, nie musiałby się bać, że coś jej się stanie? Nie. Na pewno wraz z pojawieniem się Gostira, chciałby by trzymała się z daleka. Nie była przeszkolona ani oswojona ze smokami. Nie znała ich zachować ani on nie znał zapachu czy ruchów Selwyn. Samiec był bestią, której nie dało się oswoić. Od zawsze był dziki i niedostępny. Dopiero po jakimś czasie odkąd trafił w ręce Yaxley'a, zaczął się zmieniać. Morgoth miał cierpliwość i upór, dzięki któremu udało mu się podchodzić zdecydowanie bliżej od innych opiekunów. Pewnej nocy też wykorzystał to, by złączyć ich umysły w jedno. Szło mu znakomicie. Być może zbyt znakomicie.
- Wiesz gdzie? - spytał, nie zważając na jej dalsze słowa. Chwilowo byli bezpieczni. Jednak tylko chwilowo zważywszy na to, że ściana nie miała wytrzymać mocnych uderzeń ogona smoka, który przypominał przecinający powietrze mocarny bicz. Obserwował jego ruchy. Był podenerwowany, wściekły, do tego widać było wyraźną ranę na skrzydle. Gdy Gostir próbował wspiąć się na przeciwległy mur, zsunął się po nim przy okazji zahaczając na chwilę na kamieniach raną. Wydał gwałtowny syk i w tej samej chwili Morgoth drgnął, czując ból w przedramieniu. Spojrzał na Lynn w tej samej chwili, w której wypowiadała te słowa. Nie było jednak innej opcji. Zresztą nie chciał go ranić, a jedynie ogłuszyć. To raczej była niewielka cena za to, co mogło się wydarzyć, prawda? Szczególnie że domyślał się, co chodziło po głowie łamaczce klątw. I chociaż ich spojrzenia zetknęły się jedynie na ułamek sekundy mogła w nich dostrzec to co już tak dobrze znała. Bez bohaterstwa. Wiedział jednak że nie była w stanie się powstrzymać. Zrobiłaby wszystko, byle tylko osiągnąć swój cel, który przed sobą postawiła. Jak mogli kiedykolwiek sądzić, że zupełnie się nie znają? Przecież potrafili odczytać swoje reakcje. przewidzieć zachowania w chwilach kryzysu. On jednak zareagował za późno. Wyciągnął dłoń, nie odrywając spojrzenia od Gostira, by złapać ją za płaszcz, ale jego pięść zacisnęła się jedynie na powietrzu. Nie był na tyle szybki, by to zrobić. Zaklął w myślach, ale w jednej chwili zobaczył jak biegła w stronę dziury w ścianie, a kątem oka dostrzegł odwracającego się smoka. Machnął różdżką, a zaklęcie popchnęło silniejszym podmuchem wiatru Lucindę w obraną przez nią stronę. Równocześnie ściana przy której się znajdował, upadła. Nie byłby w stanie się obronić, gdyby nie coś, czego się nie spodziewał. Ogon uderzył go i odepchnął na kamienie obok w sekundę przed upadkiem muru. Morgoth poczuł silny ból w plecach, ale znajomy ryk przywrócił go do rzeczywistości. Podniósł się gwałtownie, by spojrzeć prosto w żółte oczy swojego podopiecznego. Tego którego tak usilnie szukał. Był bliżej niż kiedykolwiek. Yaxley dosłownie czuł jego ciepły dech, gdy owiewał mu twarz. Trwali tak przez moment, który wydawał się trwać w nieskończoność, gdy za plecami stworzenia coś się poruszyło. Gostir kłapnął paszczą i znowu się odwrócił gwałtownie niczym wąż. Śmierciożerca chciał przemknąć obok zwierzęcia, ale ten skutecznie blokował mu drogę swoim cielskiem przesuwając je w strony, które upatrzył sobie Morgoth. Tym razem jednak wyglądało to jakby... Smok go zasłaniał, ale to było niemożliwe. Uparcie szukał rozwiązania, ale chwilowo był w potrzasku. Za plecami wysokie na kilka metrów ściany, przed nim smok. A ona tam była. Lynn.




There is no Hell, no Heaven either
This world is what we make of it

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   04.04.17 0:25

Lucinda też idąc tu nie podejrzewała, że go odnajdzie i prawda wydawała się być całkowicie inna. To nie ona odnalazła smoka lecz smok odnalazł ją. Przeszukiwała każdą skałę ruin mając nadzieje, że znajdzie tu jakikolwiek ślad obecności zaginionego smoka. To nie było zwierze, które można było pominąć. Imponował wielkością i zaciętością. Blondynka była zaskoczona, że tak długo zwlekał z reakcją kiedy powinien działać instynktownie. Może nie wiedziała o smokach wszystkiego, może nie była przeszkolona by się z nimi odnosić, ale myślała, że wie wystarczająco by wiedzieć jak proste są ich działania. Bodziec, który go napędzał i reakcja, która za tym szła. Teraz wydawało się to być bardziej przemyślane. Niemalże ludzkie. Przez myśl jej przeszło, że smok na coś czeka. Skryta za mężczyzną widziała jak bestia podchodzi by zamachnąć się na nich ogonem, ale zaraz odchodzi niepewna komu tak naprawdę w tej sytuacji może zrobić krzywdę. Jak mógł się z nim związać? To ogromne stworzenie, które powinien ktoś kontrolować. Kontrolować, ale nie w taki sposób w jaki zrobił to Yaxley. Nikt nie powinien łączyć swojego życia z życiem zwierzęcia czy kogokolwiek innego. Nie chciała myśleć, że mogły to być skutki uboczne innego zaklęcia. Nie chciała myśleć, że w rezultacie mogło to być coś o wiele gorszego. Spojrzała na mężczyznę. Tak łatwo było teraz jej wyrzucić to wszystko co jeszcze chwile wcześniej ich dzieliło. Zapomnieć o kłótni, którą odbyli poprzedniego dnia, o przemilczanych poszukiwaniach, o chwilach słabości. Nie wiedziała czemu tak się działo. Mogli działać razem tylko napędzani sytuacjami niebezpiecznymi i kryzysowymi. Sytuacjami, które nie powinny ich spotykać. Lucinda miała już plan i podejrzewała, że mężczyzna doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie ciężko było sobie wyobrazić, że raczej nie jest typem stojącej z boku. Znał ją i chociaż nie napawało ją to optymizmem, a jedynie smutkiem to nie mogła nie przyznać temu racji. Musiała odzyskać kontrolę, a w tej sytuacji jej kontrola leżała na zakurzonej podłodze po drugiej stronie muru. Może i to był jego smok, może tylko on mógł tak naprawdę go uspokoić, ale nie byłaby sobą gdyby schowała się czekając na koniec potyczki. Gdyby tak myślała… zostałaby w swoim mieszkaniu na Pokątnej. Ostatni raz spojrzała na mężczyznę i wiedziała doskonale co chce jej tym spojrzeniem przekazać. Jak to jest możliwe, że nadal to widziała? Gdzieś tam pod tym wszystkim czego była świadkiem i tego co sprawiło, że diametralnie zmieniła o nim zdanie? Gdzieś pod tym wszystkim trwał nieprzerwanie. Jak żywy. Biegła pozwalając sobie tylko na jedno spojrzenie w stronę obracającej się do niej bestii. Poczuła jak powiew powietrza pcha ją do celu. Na kolanach przeszła przez dziurę w ścianie zaraz szybko stając na nogi i rozglądając się za różdżką. Ziemia pod jej nogami zatrzęsła się gdy ściana runęła z hukiem. Kurz utrudniał jej widoczność, ale wiedziała, że musi ją znaleźć. Zmusiła się do myślenia, że smok nie zrobi krzywdy Yaxleyowi. To połączenie działało na nich dwóch równie silnie. Zaczęła przeszukiwać podłogę starając się dosięgnąć różdżki, a kiedy w końcu poczuła znajome drewno pod palcami uśmiechnęła się triumfalnie. Rzuciła się w stronę przejścia i wychodząc z podniesioną różdżką zaczęła się rozglądać. Sytuacja jednak się zmieniła. Nie było już ściany, która mogła ich zakryć, nie było też przestrzeni przez, którą mogłaby przebiec do Morgo. Wyszła na środek przełykając głośno ślinę. Patrzyła na wlepiającego w nią ślepia smoka i znowu cofnęła się o krok. Czyżby znaleźli się w tej samej sytuacji co jeszcze chwile wcześniej? Mina smoka właśnie to jej komunikowała. Blondynka zaczęła rozglądać się na boki. Zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu i jeszcze jeden. Gdy znalazła się ramieniem na wysokości dziury w ścianie rzuciła. - Conjunctivitis – i widząc jasny promień wydostający się z jej różdżki skuliła się i znowu zniknęła w dziurze przyklejając się do ściany po drugiej stronie. To była chwila, którą mogła wykorzystać by zniknąć. Nie wiedziała jednak jak na zaklęcie zareaguje Yaxley. Nie miała pojęcia czy ono może na chwile oślepić i jego. Domyślała się jednak już o co tu może chodzić i serce zaczęło szybciej uderzać jej w piersi bo nie widziała wyjścia z tej sytuacji. - Morgo… - zaczęła podniesionym głosem mając nadzieje, że ją usłyszy. - Morgo, słyszysz mnie? Ja myślę, że on cię chroni. Chroni przede mną. - przymknęła oczy starając się złapać oddech.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   04.04.17 10:46

Jeśli ktoś był na tyle głupi, by nie doceniać magicznych stworzeń, którego przedstawiciela miał przed sobą, równie dobrze mógł wejść im prosto w paszczę. Te szlachetne zwierzęta nie były jedynie bezmyślnymi monstrami, na które się często je kreowało. Nie mając z nimi styczności, można było zawierzyć nędznym gazetom lub opowieściom ludzi o tym, że te krwiożercze bestie powinno się wytępić, bo kolejny pracownik któregoś z rezerwatów stracił życie. Morgoth wiedział, że smoki specjalnie by nikogo nie zabiły - chyba że w obronie młodych lub by chronić terytorium. Człowiek, który złamał te granice rzadko kiedy mógł wyjść żywy z takiego spotkania. Opiekunowie ginęli, ale przez własną lekkomyślność i nieuwagę. Sam przecież jakiś czas temu wyciągnął poranionego świeżaka spod pazurów rozognionej smoczycy, która chroniła swoich młodych, gdy ten zdecydował się zajść zdecydowanie za blisko. Był to kolejny przypadek ludzkiej ignorancji, nie krwiożerczości smoków. Sam nosił pamiątkę jednego z takich spotkań, chociaż nie było to tak niebezpieczne jak stanięcie oko w oko z dorosłym osobnikiem. Ale przynajmniej miał pamiątkę na całe życie, która przypominała mu, by nigdy nie odwracać się do smoków tyłem. Nigdy i pod żadnym pozorem. Raz zrobił to, bo musiał i przypłacił blizną ciągnącą się od prawego ramienia na skos do lewych żeber. Rana na plecach zadana przez młodego rogogona węgierskiego goiła się długo i boleśnie, na szczęście eliksiry od Inary pomogły mu się zregenerować. I chociaż już nigdy nie spotkał tego smoka, podskórnie wiedział, że gdzieś tam jeszcze jest i poznałby go, gdyby go zobaczył. Każdy popełniał błędy i musiał z nimi żyć lub tymi błędami kończył życie.
Gostir nigdy go nie zranił. Żaden z podopiecznych z rezerwatu w Peak District tego nie zrobił. Nie dlatego że nie mogły, ale po prostu wiedział jak się z nimi obchodzić. Wtedy był młodszy, mniej doświadczony. To miało swoje znaczenie i podłoże. Znał siłę i potęgę smoków, którymi się zajmował. Wiedział, który z nich jest najsilniejszy, który najszybszy, najinteligentniejszy. Który zawsze znajdował się w jego okolicy. On znał je, a one znały jego osobę. Były niezwykle inteligentnymi stworzeniami. Morgoth nigdy nie mógłby pasjonować się czymś, czego nie szanował. Jego pasja wypłynęła właśnie z szacunku do tych ogromnych gadów. Smok to była czysta potęga. Władza, gracja, strach, ale i piękno. Nigdy nie szły na kompromisy tylko twardo zmierzały ku swojej ścieżce niezależnie od otoczenia. Mogły więc iść nawet po trupach, by osiągnąć cel. To właśnie w nich podziwiał i było podłożem dla całego nad nimi zachwytu. Teraz jednak oddałby to wszystko, byle tylko dowiedzieć się, co wydarzyło się po drugiej stronie smoka. Nie wiedział czy Lynn udało się odnaleźć różdżkę, bo nie widział jej odkąd zaklęcie popchnęło ją ku wyrwie, do której zmierzała. Co się wydarzyło?! Uchylił się w pewnym momencie przed świszczącym w powietrzu ogonem smoka, próbując przedostać się do małego prześwitu po prawej. Trójogon edalski miał doskonały słuch, co znacznie ułatwiało mu skupienie się na Selwyn przed i Yaxleyem za sobą. Jemu nie mogło się to udać. A przynajmniej nie pod tą postacią. Zamierzał wykorzystać animagię, by o wiele szybciej przedostać się pod poruszającym się wciąż ogonem smoka lub zrobić coś znacznie głupszego - wskoczyć na jego grzbiet, by przedostać się na drugą stronę. Nie obchodziło go czy Lucinda mogła go zobaczyć. Był gotowy, gdy nagle oślepł. Na chwilę ale jednak nie mógł dostrzec nic prócz ciemności, a ból w oczach był przeraźliwy. Wydawało mu się, że wychwycił krzyk i słowa zaklęcia, które dobrze znał. Często używano go właśnie w rezerwatach lub na łapankach smoków. Gostir wydał przeraźliwy ryk, ale po chwili z ciemności zaczęły wydobywać się plamy jasności, a obrazy zdobywały kształty, nie będąc już rozmazanymi, zlewającymi się w jedno kolorami. Po omacku zaczął kierować się w jedną ze stron, nie wiedząc czy za chwilę nie uderzy go smoczy ogon. Wiedział jednak już co się działo. Im bliżej był trójogona, tym powiązanie było o wiele silniejsze. I wtedy doszedł go głos. Jej głos. A więc nic jej nie było. Była bezpieczna, a przynajmniej na tak długo jak Gostir skupiał się na nim. Potrząsnął głową i chociaż oczy dalej szczypały, widział już mniej więcej drogę. Zwierzę było bardziej oślepione jako to, które dostało zaklęciem bezpośrednio, jednak niedługo miało zapewne odzyskać świadomość. Wykorzystał jednak tę chwilę i sposobność, by przedostać się na drugą stronę i nie będąc już w wymuszonym potrzasku. Nie chciał odkrzykiwać, nie chciał drażnić swojej zguby jeszcze bardziej i narażać oboje na niebezpieczeństwo. Gostir zaryczał kolejny raz, jednak był to głos gniewu. Morgoth kątem oka mógł dostrzec jak ten wykręcił lekko szyją, by znowu wrócić do swoich zmysłów. I jego paszcza była skierowana dokładnie tam, gdzie znajdowała się przyczyna jego cierpienia. Nie spodziewał się jednak jednego. Yaxley stanął między wściekły smokiem, a miejscem, gdzie przebywała Lynn, nie mając w dłoni nawet różdżki. Schował ją i spróbował zawierzyć czemuś tak niepewnemu jak ustąpienie stworzenia przed sobą. A przecież zmierzały do celów po trupach... Pamiętał to i z tą świadomością tkwił jak wbity w ziemię i nie zamierzał się poruszyć.
Smok syknął. Zniżył się jeszcze bardziej, pochylając w stronę osamotnionego człowieka. Płaszcz mężczyzny łopotał na wietrze wywołanym przez jego skrzydła. Gostir stał przed nim na dwóch tylnych nogach i pomimo że wyglądał monstrualnie, postać przed nim się nie poruszyła. Żadne nie drgnęło, jedynie łopotał skrzydłami, a ogon siekał powietrze niczym bicz. Smok wciągnął niebezpiecznie powietrze jakby zaraz z jego gardzieli miał się wydobyć niszczycielski ogień. Każde czekało na reakcję drugiego. Czekaj. Czekaj. Słyszał już tylko ich oddechy. Zapach człowieczy i swój. Patrzył na niego, a on oddawał spokojny wzrok. Czekaj. Syknął, obnażając kły. Czekaj... W końcu opadł na przednie nogi, wyciągając głowę w stronę znanego mu człowieka. Ziemia przy tej czynności zadrżała, gdzieś za jego plecami spadł wielki głaz, ale nie zwracał na to uwagi. Skupił się na mężczyźnie. I chociaż zdawał sobie sprawę, że byli dwoma innymi stworzeniami, w pewien sposób stanowili jedno. Morgoth również to czuł, dlatego nie bał się, gdy łeb smoka zawisł przed nim, a ślepia wpatrywały się w niego uważnie. Zdał sobie sprawę, że nawet oddech pracował im w tym samym momencie. Nie wiedział jak to się stało, ale był to jeden z najlepszych momentów w jego życiu, stojąc w takim spokoju tuż przed nieokrzesaną potęgą, którą zawsze chciało się osiągnąć. Yaxley w pewnym momencie uśmiechnął się do siebie, obserwując pochylonego nad nim Gostira. Był piękny. Wiedział jednak że musi go jakoś zabrać z powrotem do rezerwatu. Nie zamierzał go ogłuszać, ale co jeśli był w stanie mu to w pewien sposób przekazać? Przez ten moment zapomniał o wszystkim. Nawet o Lynn dając się zahipnotyzować temu, co się działo. Razem jednak z jej przemijaniem, wrócił do rzeczywistości i powoli zaczął się wycofywać w stronę miejsca, gdzie chyba była kobieta. Nie wiedział dlaczego, ale odwrócił się plecami do smoka i przykucnął przy wyrwie, szukając jej spojrzeniem. Był spokojny. Spokojny jak jeszcze nigdy dotąd.




There is no Hell, no Heaven either
This world is what we make of it

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   07.04.17 16:01

Lucinda powinna to przewidzieć. Przez całe swoje życie doświadczała całego pechu świata i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że jeżeli stanęłaby przed wyborem właściwiej ścieżki wybrałaby właśnie tą złą, tam gdzie świat właśnie miał uparcie przypomnieć o swojej złośliwości, tam gdzie na ludzi czekała krzywda; ona tam była. Niby zawsze po takich sytuacjach wyciągała z tego wnioski i obiecywała sobie, że następnym razem będzie ostrożniejsza, że następnym razem nie będzie szukać problemów, które przecież znajdują ją same. Oczywiście ktoś kto dobrze ją znał wiedział, że to słowa rzucane na wiatr, których nie potrafiła respektować. Tak już się działo. Ona i świat po prostu się nie lubili. Ostatnimi czasy potwierdziło się to bardzo dobitnie bo od jej powrotu do domu, od momentu, w którym rzuciła wszystko, dowiedziała się o chorobie i zdecydowała się pomoc Yaxleyowi z klątwą pech jej nie opuszczał. Nazywała to pechem bo tak zwyczajnie było jej łatwiej. Nie chciała myśleć, że była temu winna. Gdyby pozwoliła sobie na to niczego by to nie zmieniło, a jedynie mogłoby pogorszyć jej spostrzeganie własnej osoby, które przecież i tak było na dość niskim poziomie. Nigdy nie zastanawiała się nad tym skąd się u niej to postrzeganie brało. Nie lubiła zbyt dużo myśleć o sobie zakładając, że więcej pożytku zrobi skupiając się na innych ludziach. Tak też robiła i każdy doskonale o tym wiedział chociaż Merlin jej świadkiem, że próbowała to w sobie ukryć. Teraz także domyślała się, że mogła uniknąć znalezienia się w środku tego wszystkiego. Tłumaczyła sobie, że dopiero ryzyko jakie czuła i adrenalina przepływająca w jej żyłach sprawiała, że żyje. Czuła, że żyje. Oparta o ścianę czuła jej zimno przenikające jej skórę aż do samych kości. Nie wiedziała skąd wzięła się w smoku ta walka by ją dostać. Nie rozumiała dlaczego tak bardzo zależało mu na tym by się jej pozbyć. Chronił Yaxley'a i to doskonale było widać po jego zachowaniu, ale nadal nie wiedziała dlaczego. Czy była dla niego zagrożeniem? Czy zależało to od tego co się między nimi wydarzyło, a może to kwestiach ich powiązania, które nadal ją zadziwiało. Chciałaby wiedzieć więcej. Chciałaby mieć więcej czasu by dowiedzieć się o tym co się stało i w jak dużym stopniu są ze sobą złączeni. Mogłaby to zrobić gdyby powiedział jej o tym wcześniej, ale gdzieś głęboko chyba nie potrafiła go za to winić. Miał racje, że jej tego nie powiedział i ona raczej też by tego nie zrobiła gdyby sytuacja dotyczyła jej. Nie potrafili już podchodzić do siebie neutralnie. Ona mogłaby przypisać mu całe zło świata tylko by zetrzeć te wszystkie dobre rzeczy, które w nim widziała, a on nie mógł pewny jak zareaguje mając w pamięci jej ostatnią reakcje. Była zła bo się bała. Bała się tego co to połączenie mogło ze sobą przynieść. Widziała jak koszula mężczyzny nasiąka krwią i od razu pomyślała o tym co by się z nim stało gdyby smok zginął? Czy patrzyłaby jak i szlachcic ginie nie będąc w stanie nic zrobić? Teraz oboje ryzykowali i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Teraz jednak działali wspólnie, a przynajmniej takie miała wrażenie. Wcześniej była to tylko jej chęć myślenia, że właśnie tak działają. Słyszała ryk smoka, a ona zadrżała. Chociaż bardzo chciałaby zrobić więcej wiedziała, że każde słowo skierowane w stronę bestii, każdy ruch miał sprawić, że wszystko zaczęłoby się od nowa. Gdyby nie połączenie mogłaby się bronić, ale teraz? Nie mogła. Ku jej zdziwieniu nastała cisza. Cisza jaka, albo zwiastowała spokój, albo była tylko zwiastunem ich katastrofy. Mogła się teleportować, ale oboje dobrze wiedzieli, że to nie wchodziło w ogóle w grę. Chociaż nie miała już tej samej determinacji co wcześniej nie było przecież tak, że przestało jej na nim zależeć. Przekonywała się, że po tym ich ścieżki się rozejdą. Nie będzie już smoków do znalezienia, problemów do rozwiązania, klątw do złamania i chociaż to sprawiło, że w jej sercu pojawiała się pustka to wiedziała, że tym razem musiała zaufać rozumowi, który skutecznie zrzucał ją na ziemię przy każdym uniesieniu. Urzeczona tą ciszą zsunęła się po ścianie siadając przy ścianie czekając na jakikolwiek znak. Różdżka spoczywała obok niej jakby czekając by w razie czego zostać użytą. Słysząc poruszenie przeniosła wzrok w stronę dziury w ścianie, którą się tutaj dostała. Spojrzała na mężczyznę nic nie mówiąc. Bała się, że jakiekolwiek jej słowo wzbudzi w smoku znowu tą samą reakcje. Patrzyła na niego zastanawiając się co teraz myśli. Czy to był już koniec? Mógł zabrać smoka do rezerwatu? W jej oczach pojawiło się pytanie; co teraz zrobisz? I musiał wiedzieć, że nie pytała tylko o to co stanie się ze smokiem właśnie w tym momencie, ale co z ich połączeniem. Co z całym szukaniem winnego. Spuściła wzrok na ziemię i sięgając po różdżkę ostrożnie podniosła się. Spojrzała na przejście do części ruin, których nie miała okazji jeszcze przejść. Może powinna dać mu chwile, a samej zająć się sprawdzeniem reszty. Tak, to wydawało się być dobrym rozwiązaniem. - Sprawdzę czy… czy już tutaj skończyliśmy. - mruknęła szeptem wskazując przejście, a kącik jej ust delikatnie drgnął w uśmiechu. Nie musiała nic mówić bo przecież wiedział po co to robi. Szybko przemknęła by smok jej nie zauważył i zniknęła w korytarzu odwracając się jeszcze na chwile, ale mężczyzny już nie było.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   08.04.17 23:33

Nie spodziewał się, że stanie się tego dnia na tym wzniesieniu to, co się działo. Bo czy ktokolwiek mógł to przewidzieć? Czy ktokolwiek zresztą mógł chociażby mieć na tyle dużą wyobraźnię, by zrozumieć, że zespolenie umysłów człowieka i zwierzęcia może być rozwinięte do tego stopnia, by związać ich na dłużej niż normalnie odnotowano? Niż normalnie powinno trwać zaklęcie? Co więc poszło inaczej? Chodziło o umysł Yaxley'a czy może o świadomość smoka, który w pewnym sensie musiał wpuścić do wnętrza czarodzieja, pozwalając mu na przejęcie kontroli. Gostir uległ, ale równocześnie był na tyle silny, by zostawić wiązkę tego porozumienia również i w samoświadomości Morgotha. Stali się jednym, chociaż równocześnie potrafili działać oddzielnie. Dlaczego więc w niektórych sytuacjach byli zdolni odczuwać swoje rany? I nie tylko? Gdy Lucinda złapała go za ramię, magiczne stworzenie też musiało to odczuć. Dlatego też go przed nią chronił? Czy było to tylko związane z tym, że była kimś obcym? Kimś kogo trzeba było przegonić lub się pozbyć. Dlaczego jednak Gostir nie mógł zrozumieć, że nie była zagrożeniem? Yaxley to wiedział, czuł to. Smok nie. Jeszcze nie.
Gdy tu wchodził, nie czuł zmęczenia. Idąc w górę zbocza, po twardych, wyboistych ścieżkach usłanych jedynie kamieniami. Rosły tu tylko pojedyncze, długie źdźbła trawy. Ta wspinaczka pod koniec długiej, całodziennej wędrówki porządnie go wymęczyła, chociaż wcześniej o tym nie wiedział. Dopiero teraz miał szansę rozejrzeć się dookoła i obserwować widoki, które roztaczały się z wzniesienia. Znajdował się na zielonym, bezdrzewnym płaskowyżu. W dole, jak okiem sięgnąć, rozciągała się puszcza - tylko z jednej strony, na wschodzie, widać było coś innego, coś połyskliwego i ruchliwego. Rzeka. A w samym środku zielonej przestrzeni wznosiły się ruiny starej fortecy, na środku których stał. Była to olbrzymia kupa odłamków z szarego kamienia, wsparta na trzech wieżach. Zerknął na jedną ze ścian, za którą schowała się Lucinda. Wyglądała na bardzo starą: pokrywały ją dziwne ornamenty i znaki, przywodzące na myśl litery jakiegoś nieznanego alfabetu. Był to wspaniały widok - zwłaszcza teraz, gdy prześwietlały go promienie wschodzącego słońca. Schylając się do niej, wychwycił jej porozumiewawcze spojrzenie. Wiedziała, że nie było jeszcze bezpiecznie. Ale nie musiał nic mówić. Podniósł się, by obrócić z powrotem twarzą do Gostira. Ten czekał dalej, obserwując uważnie Yaxley'a jakby szukając odpowiedzi w jego ruchach. Morgoth czuł jak serce lekko mu drgnęło, gdy zaczął powoli zbliżać się do smoka. Stworzenie ruszyło łbem, Śmierciożerca przystanął, ale zwierzę zaraz pochyliło się z powrotem, opadając na przednie, grube jak konary dębów nogi i wysunęło głowę do czarodzieja. Czuł na twarzy smoczy oddech, tak ciepły, że niemal palący. Obserwowali się przez dłuższą chwilę, aż znowu nie uświadomił sobie, że myślą o tym samym. Sam nie wiedział jak to było możliwe. Po prostu czuł. Jak wtedy gdy stawał się wilkiem, gdzie uczucia rządziły tamtym światem. Tutaj było podobnie. Tylko... Inaczej. Morgoth bił się z myślami, gdzie był człowiek odpowiedzialny za to wszystko. Nie spodziewał się żadnej odpowiedzi, bo nawet nie sądził, że może taka być. Gostir mrugnął jednak wciąż mając pysk na wysokości twarzy Yaxley'a i w tej samej chwili ten zobaczył pewne miejsce. Było ponure i oddalone od wszystkiego, czego znał. A jednak wiedział, gdzie było. Zupełnie jakby tam był, jakby kojarzył je z dawno zapomnianego snu. Zmarszczył lekko brwi, ale zaraz domyślił się co to było. Porozumiewali się w jakiś niewyjaśniony sposób. Przecież zaklęcie, które praktykował nie mówiło o podobnych efektach, ale nie zastanawiał się nad tym. Skoro wiedział już gdzie szukać pozostawała jedna rzecz - odesłanie smoka do Peak District. Ten nagle warknął, a ziemia pod stopami zadrżała od potężnego głosu, który wywołał gęsią skórkę. Nie bał się jednak. Wiedział, że nie musi. W odpowiedzi jedynie zmarszczył brwi i spojrzał zdecydowanie na Gostira.
- Musisz wracać - odparł, patrząc w pewnym sensie twardo, ale również i z żalem na swojego podopiecznego. Smok nie poruszył się jeszcze przez moment, ale najwyraźniej czując wyraźne polecenie, wyprostował się, by spojrzeć w niebo. Szarpnął głową niczym wąż, po czym wydobył z siebie długi i przeraźliwy ryk. Nie był to jednak gniew, a zew powracającego do domu. Morgoth zasłonił się dłonią, gdy powietrze zaczęły siekać wielkie skrzydła wywołując silny podmuch. Podniesienie cielska tak wielkiego jak jego zajęło chwilę, ale osiągnął efekt. Był w górze, na niebie. Po raz ostatni rzucił długie spojrzenie na ruiny i zniknął na horyzoncie, lecąc w stronę Peak District. Yaxley stał jeszcze chwilę wpatrując się w dal, aż nie poczuł drżenia wszystkich mięśni i zmęczenia, które kazało mu upaść. Nie zrobił jednak tego, przypominając sobie o Lynn. - Lynn? - wypowiedział słabym głosem, ale zaraz odchrząknął i krzyknął w stronę wyrwy, w której zniknęła. Krzyczał jej imię.




There is no Hell, no Heaven either
This world is what we make of it

Powrót do góry Go down
 

Ruiny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

 Similar topics

-
» Ruiny Zakazanej Świątyni
» Ruiny miasta Ilion
» Ruiny Magazynu
» Ruiny Eisenwald
» [ME] Tajemnicze Ruiny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17