Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ruiny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ruiny   10.03.12 23:12

First topic message reminder :

Ruiny

Na jednym ze wzgórz, blisko czterysta mil od przedmieść Londynu, znajdują się ruiny dawnej szesnastowiecznej fortecy obronnej. Porośnięte bujną roślinnością pozostałości kamiennych fundamentów stanowią namiastkę tejże niegdyś okazałej, solidnej budowy, która zniszczona została w skutek jednej z większych bitew toczących się na tym terytorium - do dziś jednak nie wiadomo, czy bitwa ta dotyczyła mugoli czy czarodziejów. Nieczęsto można tu kogoś spotkać - miejsce to otoczone jest bowiem rozległymi pasami zieleni i wzgórz, co czyni je trudno dostępnym i - z racji na obecny stan - nieciekawym. Niektórzy szepczą o rzekomych skarbach ukrytych gdzieś głęboko pod ziemią, lecz na ile jest to prawda?


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   12.04.17 12:17

Lucinda zwykle działała całkowicie nierozsądnie. A przynajmniej z perspektywy innych osób jej działania były raczej… nierozsądne. Nie myślała o skutkach tylko o działaniu i zwykle wychodziło jej to na dobre. Tak wiele rzeczy mogłoby pójść nie tak jak powinno. I chociaż wierzyła, że na wszystko mamy wpływ i wszystko jesteśmy w stanie zmienić to wierzyła także w to, że jeżeli coś miało pójść źle i z góry było skazane na przegraną to nie pomoże nam głośne rozpatrywanie tego co właściwie źle pójść by mogło. Teraz zaskoczyła samą siebie. Wiedziała, że wyjście do smoka nie byłoby najmądrzejsze. Nawet jeśli połączona z Yaxleyem wydawała się posiadać ludzkie odruchy była nastawiona do niej w sposób agresywny, a blondynka nie miała bladego pojęcia skąd to się wzięło i dlaczego padło akurat na nią. Nie stanowiła żadnego zagrożenia. Ani dla smoka, którego przecież nie chciała w żadnym stopniu zranić, ani dla Yaxleya, którego gdyby chciała zranić już dawno by to zrobiła. Lucinda nie znała zemsty. Zwykle obwiniała siebie za to co jej się przydarzyło nawet wtedy gdy nie miała na to zbytniego wpływu. To było łatwiejsze. Zemsta niosła ze sobą za dużo negatywnych emocji. Negatywnych uczuć. Tych, które tak naprawdę nigdy się w niej nie rodziły, a jeśli nawet szybko przepadały tłumione jej wyrzutami sumienia. Ciężko było żyć w świecie  egoizmu i ignorancji wykluczając całkowicie te uczucia z życia, ale jednak nie mogła narzekać. To była część jej, z którą nie potrafiła walczyć i finalnie nawet nie chciała. Ruszyła korytarzem oświetlając sobie różdżką drogę. Chociaż na dworze było jeszcze jasno to w tym korytarzu jedynie delikatne promienie słońca przedzierały się przez mury upadającego zamku. Nie wiedziała co ma nadzieje znaleźć. Tak naprawdę chyba nie chciała znaleźć nic, ale po prostu chciała zniknąć. Skrywanie się w cieniu nie należało do jej ulubionych rzeczy, a nie było tak naprawdę wiadomo jak długo potrwa odsyłanie smoka do rezerwatu. Właściwie nie wiedziała czy w ogóle mężczyzna tutaj jeszcze wróci. Smok wymagał od niego całej uwagi i Lucinda doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nauczyła się już nie gdybać. Nie zastanawiać się i nie szukać sensu w każdej sytuacji, która ją dotknęła. To było nie tylko irytujące, ale w dużej mierze też bezsensowne. Milczeli. Ich relacja niosła ze sobą mało słów i była za to wdzięczna. Łatwo było przy nim milczeć i tego milczenia się nie bać. Nie dla wszystkich to było naturalne. Im głębiej w korytarze wchodziła tym zimniejsze powietrze odczuwała. Jakby wiatr smagający ją po łydkach. Przez myśl jej przeszło, że prawdopodobnie ten korytarz prowadzi do jakiegoś wyjścia chociaż równie dobrze mogła być to tylko dziura w ścianie. Oczami wyobraźni widziała jak to miejsce musiało wyglądać dawno temu. W czasie swojej największej chwały. Piękne fasady, wyryte na murach zdobienia. Żałowała, że nie znalazła więcej informacji o tym miejscu. Historia potrafiła jak nic innego odzwierciedlić to co prawdziwe. Może właśnie dlatego Lucinda tak bardzo to lubiła. Wiatr stawał się jeszcze silniejszy. Do uszu blondynki docierał jego świst przechodzący przez każdą wolną przestrzeń muru. Zobaczyła światło i docierając do wyburzonej ściany zaczęła się rozglądać. Ślepy zaułek? Żadnych schodów? Nie wiedzieć czemu poczuła rozczarowanie. Miała nadzieje na więcej. Podeszła bliżej krawędzi i łapiąc się krawędzi ściany spojrzała w dół. Jej wzrok odnalazł schody. Wijące się, murowane schody prowadzące na sam dół. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo niebezpieczna była przeprawa przez nie. Nie dość, że prawdopodobnie pod jej ciężarem kamień runąłby w dół to jeszcze niczym niezabezpieczone były łatwym sposobem na śmierć po utracie równowagi. Wzrokiem zaczęła błądzić po ziemi mrużąc oczy. Słysząc głos Yaxleya podskoczyła cofając się o krok by nie stracić równowagi. -Tu jestem! - krzyknęła w stronę korytarza wracając spojrzeniem do ziemi. Czy tam coś leżało czy to tylko jej wyobraźnia płatała jej figla?




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   13.04.17 22:10

Morgoth pod tym kątem był całkowitym przeciwieństwem Lucindy. Nikt nigdy nie wątpił w to, że Yaxley wiedział dokładnie co i jak robić. Zawsze miał odpowiedź na wszystkie kwestie, był niesforsowany i niezłomny jak solidny mur, o którego rozbijają się nawet najpotężniejsze fale. Nikt nie mógł powiedzieć, że znał syna nestora - nawet jego najbliżsi mieli z tym problem, ale nie było wątpliwości, że był człowiekiem, który nie podejmował nieprzemyślanych decyzji, a jego działania nie były lekkomyślne. Gdyby zrobił coś głupiego, nie byłby sobą. Znał cenę, którą przyszłoby mu zapłacić za najmniejsze wykroczenie i nie dotyczyła ona tylko jego imienia. Mało go to obchodziło, gdyby za tym nie szła również rodzina. To jej się poświęcał, dla niej pracował i wiedział, że było warto. To z jego osobą ojciec wiązał swoje największe nadzieje, a spodziewał się po nim zaiste wiele. Każdy mógł to dostrzec i nie trzeba było być dopuszczonym do ich towarzystwa. Z daleka widać było rodzinne więzi między ojcem a synem. Nikt jednak nie wiedział o słabości, którą posiadał młody dziedzic. Nawet senior. I nie chodziło wcale o matkę czy siostrę, za które oddałby wszystko. Trzeba byłoby spojrzeć kilka miesięcy wstecz, gdy spotkał się z pewną kobietą w Dziurawym Kotle, która za niedługo miała przynieść mu wiele bólu, ale i równocześnie zasiać w jego sercu coś, czego nie znał. Zafascynowało go to, ale równocześnie przerażało. Wciąż się bał i właśnie to musiał wyczuć Gostir. Lucinda była zagrożeniem nie fizycznym. Mogła zaprzepaścić wszystko czym miał się stać w przyszłości i chociaż nie przyznawał się do tego lub jeszcze o tym nie myślał poważniej, Yaxley wiedział, że tak było. Czy smok właśnie pokazywał mu, od czego powinien się odciąć bez względu na wszystko? I chociaż tak wiele ich różniło, mieli jedną cechę wspólną. Upór. Musieli to widzieć. To jak bardzo związały się ich losy, gdyby nie ta jedna cecha. Dawno mogliby się poddać, rozdzielić i zapomnieć. A jednak zmusili się, by współpracować po raz kolejny pomimo tego wszystkiego co się stało. Pomimo wszystkich słów, które sobie powiedzieli. Chociaż chciał, świat jakby nie pozwalał trzymać mu się od niej z daleka. Przerażała go ta myśl, ale jednocześnie podświadomie tego pragnął.
Oddychał przez moment w ciszy, obserwując jedynie znikający w oddali ślad smoka. Wciąż czuł go pod skórą, czuł jego ciepło, które biło prosto z ognistych żył. To było życie, którego jeszcze nigdy w sobie nie miał. Przez klątwę Ondyny zawsze był słabszy, ale teraz jakby to znikło. Nie rozdzielili się, ciągle byli pod wpływem zaklęcia, chociaż dla Morgotha stawało się w to pewien sposób codziennością. To prawda że minęły dopiero niecałe siedem dni odkąd poczuł wyraźne oddziaływanie tego złączenia, ale dokonał go znacznie wcześniej. Dlaczego wydarzyło się dopiero teraz? Jego uwaga od myśli jednak została odciągnięta, gdy usłyszał odpowiedź na swoje pytanie. Jej głos wyrwał go ze stania w miejscu i ruszył w kierunku, skąd dochodził przed chwilą krzyk. Dopiero teraz wyciągnął z powrotem różdżkę, głównie po to by rozświetlić jeszcze nieoświetlone zakamarki fortecy. Zapewne niedługo gdy słońce miało całkowicie pojawić się na niebie, promienie miały nieco ułatwić mu szukanie drogi. Do tego jednak była jeszcze chwila. Nie szedł długo nim zauważył znajomą sylwetkę stojącą przy dziurze w ziemi. Dopiero gdy dołączył i stanął obok, zauważył schody, których konstrukcja była bardziej niż wątpliwa. Z łatwością jednak dostrzegł pewien czarny cień na samym dole, który mógł przypominać ciało człowieka. Zmarszczył lekko brwi, jednak nie zamierzał zawracać. Mruknął ciche Reparo, a odgłos przesuwanych kamieni na chwilę zapanował we wnętrzu ruin.
- Pójdę pierwszy - powiedział po dłuższej chwili ciszy Morgoth, patrząc na Lucindę porozumiewawczo. Zdawał sobie sprawę, że patrzył na nią tak jak kiedyś? Jak wtedy gdy przeszukiwali groty. Jak wtedy gdy włamywali się do Tower of London. Przeszedł koło niej, znajdując się na ułamek sekundy najbliżej od chwili walki na latarni. Był to jednak urywek. Nic więcej. Szybko zszedł na sam dół, równocześnie dając znać blondynce, że mogła podążyć jego śladem. Znał to miejsce. Kawałek dalej powinna być ogromna wyrwa w bocznej ścianie, w której smok z łatwością zmieściłby łeb. Nie czekając na Lucindę, przeszedł kawałek dalej i nie zawiódł się. Odetchnął, czując na twarz powiew świeżego powietrza, które wpadło przez wielką wnękę obalonej jednej ściany podziemia, które osunęło się wraz ziemią tworząc głęboki spad. Dopiero wtedy odwrócił się i podszedł do zwęglonego ciała opartego o jeden z większych kamieni. Wyglądało jakby trup usiadł i po prostu odpoczywał. Yaxley przykucnął przy nim, starając się rozpoznać w jakikolwiek denata, chociaż wcale nie odczuwał w jego stosunku żalu. Podświadomie wiedział, że ten człowiek odpowiadał za porwanie Gostira. Informacja od wysłannika rezerwatu z Rumunii ostrzegła go o tym. Mówiła, że przybył za Yaxley'em do Angli...
- To on - odparł jedynie. Zamknął na chwilę oczy i przejechał dłonią we włosach.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   15.04.17 12:44

Wpatrywała się w przestrzeń myślami błądząc do tego czego jeszcze chwile temu była świadkiem. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Nawet jeśli mamy szlacheckie korzenie, nawet jeśli w naszej krwi płynie magia. Nadal byliśmy tylko ludźmi. Ludźmi, którzy przeżywają wszystkie proste emocje, sięgają po proste rozwiązania. Lucinda czasami zastanawiała się jak bardzo jesteśmy w stanie się do kogoś przywiązać. Tak naturalnie. Prawdziwie. Kiedy te proste emocje i uczucia zmieniają się w głębsze. Prawdziwsze. Pomyślała o ludziach, których spotkała na swojej drodze i rzeczach, które robiła dla tych ludzi. Pomyślała o wszystkich okresach w jej życiu, kiedy to z jednej strony czuła się prawdziwie kochana, prawdziwie szczęśliwa i o tych kiedy czuła się odtrącona od własnych rodziców. Nikt nie jest w stanie zapanować nad uczuciami i może w pewnym sensie jest to tylko błędne koło cierpienia, na które sami się decydujemy? Może nasz umysł nauczył się cierpieć, uzależnił się od tego by ciągle czuć. Szybsze bicie serca, szum w myślach, brak tchu w płucach. Może przywiązanie nie jest tym co nas umacnia tylko tym co sprawia, że jesteśmy podatniejsi na zranienia? Może to było bezsensowne. Myślenie o tym w tym momencie i w tej sytuacji. Powinna skupić się na tym czego unikał jej wzrok, zająć się działaniem, a odrzuceniem myślenia, a jednak nie mogła. Może dlatego, że myślenie o takich miejscach w czterech ścianach jej mieszkania nie przyniesie jej tego spokoju, który czuła teraz, a czystą irytacje. Żałowała często własnej naiwności, ale czasami też nie wyobrażała sobie życia bez niej. Bez niej prawdopodobnie w ogóle nie istniała. Spojrzała na Yaxleya, który idąc za jej wzrokiem wyjrzał znad urwiska. Widząc jego spojrzenie zrozumiała, że to wcale nie jej wyobraźnia, a prawdziwe rozwiązanie całości znajdowało się na samym dole. Domyśliła się, że smok wrócił do rezerwatu i coś zakuło ją w piersi. To był koniec. Nie wiedziała czego właściwie się spodziewała. Długich poszukiwań? Ciągłego rozwiązywania jednej sprawy? Idąc tu nawet nie podejrzewała, że to zakończy się tak szybko. Była hipokrytką. Z jednej strony zmuszała się by myśleć, że wcale nie chce tutaj być, a z drugiej strony kiedy tylko wszystko się kończy ona czuje żal za tak szybkie rozwiązanie? Nie potrafiła zrozumieć samej siebie, ale czy naprawdę powinna się dziwić? Zbyt wiele rzeczy w jej życiu uległo zmianie, zbyt wielu rzeczy była świadkiem, zbyt wiele przeżyła. Czuła nerwowe pulsowanie w skroniach od nadmiaru przeżyć. Potrzebowała… oddechu. Skinęła głową gdy ruszył po schodach. Odczekała chwile i ruszyła za nim. Schody pod wpływem zaklęcia wróciły do swojej dawnej konstrukcji. Miło było popatrzeć jak coś pod wpływem magii wraca do swojego starego wyglądu jednak właśnie ruiny, zniszczone budowle, przeklęte miejsca są przykładem tego, że magia nie jest w stanie naprawić wszystkiego. A już na pewno nie jest w stanie naprawić człowieka. Z każdym krokiem plama, którą widziała z góry nabierała kształtów. Ludzkich kształtów. Człowiek, którego zwęglone ciało widziała nie przypominał już wcale człowieka. Przez myśl jej przeszło, że równie dobrze tak mogło wyglądać jej ciało gdyby nie zjawienie się Yaxleya. To on. Słysząc to uniosła brew. Tak, też ta myśl pojawiła się w jej głowie. - Jesteś pewny? - zapytała jeszcze kontrolnie odwracając wzrok od zwłok. Może nie był to pierwszy trup jakiego widziała, ale i tak nie było to coś na co chciała patrzeć. - Dziwne. Skoro Gostir poradził sobie z porywaczem tutaj… - rozejrzała się po ruinach, w których tak naprawdę było wiele miejsc do ukrycia się. - … to dlaczego nie poradził sobie wcześniej? - wypowiedziała głośno swoje myśli i niepokój. - Nie wyglądał też dzisiaj na chorego, ale może po prostu się na tym nie znam. - westchnęła znowu wracając spojrzeniem do ciała mężczyzny. - Co zrobisz z tym… połączeniem? - zapytała czując, że to jedyna okazja na zadanie tego pytania. Może i była to jego sprawa, ale kiedy już o tym wiedziała nie mogła po prostu się nie interesować tym co może się stać.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   16.04.17 10:59

Słabość człowieka nie tkwiła w nim samym. Słabością byli inni ludzie, bliscy, których trzeba było chronić za wszelką cenę. Za których oddałoby się życie. Ciało jak i umysł nie były ułomnościami, bo jeśli miało się dla kogo żyć i dla kogo walczyć, nic nie stało na drodze do osiągnięcia sukcesu. To uczucia zdradzały gdzie trzeba było uderzyć, by zabolało najmocniej. Yaxley'owie zdawali sobie z tego sprawę i nigdy nie pozwalali, by ktokolwiek wiedział, co myśleli. Ich wrodzone wyodrębnienie jedynie pomagało im to osiągnąć. Morgoth przekonywał się z tym z każdym kolejnym dniem, każdego następnego uczył się, że nie tylko słabość tkwiła w najbliższych. Świadomość i umiejętność ich obrony stanowiła, że człowiek był mocniejszy. Siła i równocześnie drzemiąca słabość w tym samym miejscu. Można było powiedzieć że to niemożliwe. Jeśli ktoś tak uważał, mylił się. Dobro bliskich było jego głównym motywatorem do podejmowania drastycznych działań. A jednak wydawało mu się zawsze, że to potrafił ich bronić. Nie tak jak jego ojciec, ale że był w stanie zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. Nie zdawał sobie wtedy sprawy z tego, że pojawi się ktoś jeszcze, kto zaburzy jego wiarę w wierność jedynie Yaxley'om. Ale ten czas już przeminął, dzięki tego co się wydarzyło uświadomił sobie własne niedoskonałości, a co za tym szło mógł to naprawić. A przynajmniej tak uważał. Próbował przekonać sam siebie, że tak było lepiej. Owszem. Dostał nauczkę i wyciągnął z niej lekcję, ale czy szło to w dobrym kierunku? Sam Morgoth się nad tym nie zastanawiał, ale jego bliscy widzieli tę zmianę. Nawet Cyneric musiał ją wyczuć. Jeszcze większe oddalenie, chłód i wycofanie nie tylko tworzyło Śmierciożercę w oczach innych, ale również dla rodziny.
Lucinda powinna dostać list, który do niej napisał jakby w dawnej, zapomnianej już rzeczywistości. Ten zanim udali się na latarnię i zaufanie między nimi pękło. Już nie współgrali tak dobrze jak wcześniej i poznali się od strony, której nigdy nie chcieli widzieć. Człowieka jednak definiowały jego decyzje i czyny. A Morgoth postanowił wtedy dokonać tego, co zrobił. Nie można było cofnąć czasu, ale jedno wciąż się nie zmieniło. Pomimo wszystkiego co się stało, pomimo wszystkich słów, ciągle myślał o niej tak samo. I gdyby miał powtórzyć słowa sprzed jej domu, wiedział, że byłyby prawdą.
Podniósł spojrzenie, by przejechać wzrokiem raz jeszcze po pozostałościach po ciele przed sobą. Czaszka szczerzyła białe zęby w straszliwym uśmiechu bez dziąseł, a pozostałości po skórze odpadały z każdym mocniejszym powiewem powietrza. Morgoth jednak nie odwracał wzroku. Nie było to coś, co mogło go zaskoczyć, a go zwłok był przyzwyczajony bardziej niż zapewne powinien. Zauważył, że zwęglone palce zaciskały się na różdżce, którą gdy tylko ją dotknął, rozsypała się na milion kawałków.
- Poznałem go, gdy byłem w Rumunii - odpowiedział na pytanie po krótkiej chwili. I tak mogła go wydać za wszystko, co zrobił. Czy tylko dlatego postanowił jej wszystko powiedzieć? - Abrax. Nazywał się Abrax. Ostrzegano mnie przed nim. Miał zapędy do posiadania coraz większej władzy. Podczas naszego spotkania posprzeczaliśmy się i obiecał, że się odegra. Poinformowano mnie o jego wyjeździe i... - urwał, po czym rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu księgi. Tak. Wspomniano mu, że zabrał ze sobą księgę. Jednak nigdy jej nie mógł dostrzec, a widać byłoby gdyby strawił ją smoczy ogień. Zresztą na pewno była chroniona zaklęciami. Lucinda ponownie spytała, a on podniósł na nią na chwilę spojrzenie i pokręcił głową. - Nie mam pojęcia. Może znał jakąś magię, do której nie mamy dostępu?
Wstał, nie odrywając uwagi od zwłok, po czym przeszedł kilka kroków w stronę obalonej ściany, by spojrzeć na rozciągające się stamtąd widoki. Stojąc plecami do Selwyn, usiadł na jednym z kamieni, pozwalając, by wschodzące słońce już powoli całe się odsłaniające, oświetlało wnętrze ruin. Słyszał jej głos i znał odpowiedź na kolejne zagadnienie. Dlaczego był zdrowy?
- Uleczył go - odpowiedział, nie odwracając się do niej. - Wiedział, że za nim pójdę i wiedział, że moja śmierć od jego ran go nie usatysfakcjonuje. Pewnie przygotował coś specjalnego - zakończył, czując ciepłe promienie słońca na twarzy. Czuł się zmęczony, ale równocześnie dalej nie opuszczał go spokój, który osiągnął w spotkaniu z Gostirem. Sam nie wiedział dlaczego, ale... Nie miało to znaczenia.
Co zrobisz z tym połączeniem?
Zdawał sobie sprawę, że usłyszy w końcu poruszenie tej kwestii. Uśmiechnął się delikatnie pod nosem w jakiś sposób czując się jak dawniej. Bo pomimo wszystko ona dalej była uparta. Nawet jeśli nie narzucała tego w tej chwili tak mocno.
- Nie wiem - odpowiedział szczerze. - Czuję się z nim silniejszy, rana się szybko goiła... Daje mi to więcej możliwości, ale... - urwał na chwilę. Nie odezwał się jeszcze przez minutę, by ponownie przerwać ciszę.- Finite Incantatem jest za słabe.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   18.04.17 19:06

Lucinda czuła się pewniej gdy miała go obok siebie. Po tym wszystkim to nie było normalne, ale to było całkowicie niezależne od niej. Pomimo tego, że nadal o niczym jej nie mówił, pomimo tego, że większości rzeczy musiała się domyślać. Dochodziła do wszystkiego tylko idąc po jego śladach. Był zwykle kilka kroków przed nią chociaż właściwie powinni działać wspólnie. Nie dziwiła mu się. W końcu chyba w ogóle nie powinni razem współpracować. Nie wiedziała dlaczego nadal tu była. Jeżeli jakakolwiek klątwa została rzucona na smoka to i tak smok spoglądając na Yaxleya prawdopodobnie pozbyłby się porywacza właśnie dla niego. To powiązanie było zbyt silne chociaż zdała sobie z tego sprawę dopiero kiedy zaczął krwawić pod domkiem na skraju lasu. I tak jej wiedza niczego nie zmieniała. Patrzyli właśnie na rozwiązanie całej sytuacji. Pomyślała, że właśnie teraz powinna skinąć głową i teleportować się do domu. Wiedziała, że tak naprawdę ma jeszcze ręce pełne roboty przed jutrzejszym pozbyciem się klątwy. Czasami bawiło ją to jak ludzie reagują na działanie klątw. Po co im to? Po co sięgają tam gdzie nie powinni? Skutki był różne i niestety musieli się z tym liczyć, a jednak wszystko co zakazane przyciągało czarodziejów bardziej niż mogłoby się wydawać. Powinna nie zadawać już pytań. Właściwie to nie ona miała się z tego wszystkiego tłumaczyć, a Yaxley. Opowiedzieć o całej sytuacji, o tym jak odnalazł smoka i jak odesłał go do rezerwatu. Była jednak pewna, że nie powie ni słowem o połączeniu, które ich łączy. To nie było normalne. Czy ona w ogóle go znała? Chciała wierzyć, że w jakimś stopniu tak i że ten nie zrobiłby nic co by doprowadziło do złych komplikacji. Sam ich nie potrzebował. Był lordem. Pomimo wykonywanej pracy przede wszystkim był lordem. Nawet jeśli to o kobietach mówi się więcej w szlacheckim świecie. Nawet jeśli to kobiety były ciągle na widoku, a ich wszystkie kroki były ciągle analizowane to mężczyzna też mógł doprowadzić do tego, że jego imię zostanie narażone na szwank. Nie wiedziała czy akurat przez takie sprawy, ale wiadomo, że każdy powinien dbać o własne imię, a ona… ona jeżeli chodziło o niego nie potrafiła mówić. Milczała po sytuacji na latarni i milczałaby i teraz. Czy to sprawiało, że była do niego podobna? Nazwała go kłamcą, manipulantem… mordercą. Żyła ze świadomością tego czego się dopuścił, a i tak prawdopodobnie gdyby ktoś ją o to zapytał milczałaby jak grób. Chroniła go i nie wiedziała dlaczego to robi. Czy nadal myślała, że jest w nim coś dobrego? Coś co widziała wcześniej? Zależało jej na własnym obrazie tego człowieka i uparcie się tego trzymała. A więc był w Rumunii? Skinęła głową. - Źle trafił. Nie spodziewał się pewnie, że smok może tak zareagować na to, że chce cię skrzywdzić. - powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Co zrobił Yaxley, że ten chciał go zabić? Dlaczego przejechał aż do Wielkiej Brytanii by zająć się Yaxleyem. Spojrzała na wschodzące słońce. - Może wiedział więcej. To już i tak koniec. - powiedziała wiedząc, że naprawdę to był koniec ich wspólnego zadania. Smok był w rezerwacie. Porywacz nie żył. Kącik ust uniósł jej się w uśmiechu chociaż nie dlatego, że ktoś go ścigał. Pomyślała, że ten nie może trzymać się od kłopotów z daleka. Te znajdują go wszędzie. Nawet w Rumunii. Zadając to pytanie wiedziała, że wtrąca się w coś co nie powinno być jej sprawą, a jednak co miała zrobić? Chciała wiedzieć. Chciała mu… - Jeśli chcesz i potrzebujesz mojej pomocy to mogę nad tym pomyśleć. Może jakieś zaklęcie, którego używam do łamania klątw. Może powinniśmy zacząć od początku. Od każdego zaklęcia. Myślę, że… - przerwała. Nie powinna od razu się tak nakręcać. Powinna milczeć. Ugryzła się w język i spuściła wzrok. Nie powinna proponować mu pomocy w końcu najlepiej by było jakby w końcu się od siebie uwolnili. Ale to była Lucinda. Ona nie umiała być obojętną nawet a może i przede wszystkim na niego.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   18.04.17 22:07

Traktowanie jej jak resztę członków szlacheckiej socjety było dla niego czymś tak nienaturalnym i dziwnym jak spędzanie całego życia przez ptaki na ziemi bez ani jednego wzbicia się w powietrze. Powinien się zdziwić, że tak szybko uległ temu magnetyzmowi, który się za nią ciągnął i działał na każdego człowieka. Widział to podczas ich pierwszego zadania, widział to również teraz. Była tak inna od tego, co znał... Czuł się źle, gdy musiał udawać ten zewnętrzny chłód i opanowanie, gdy zobaczył ją w oranżerii. Ta grzeczność, która była dla niego normą, stała się niechcianym płaszczem fałszu, którego tak nienawidził. Nienawidził samego siebie za to jak ją wtedy traktował. Jak musiał się wobec niej zachowywać. Tak bardzo sztucznie i z dystansem, który w innych relacjach był czymś rutynowym, tutaj tylko przeszkadzał. Dało się wyczuć to dziwne napięcie, chociaż jak miał przy niej normalnie funkcjonować skoro normą dla nich była szczerość. Otwartość. Brak konfliktu. Wcześniej było to normalne. Wcześniej zanim stanęli w sytuacji tak oczywistej, która miała miejsce miesiąc temu. Z jednej strony była niezwykle oczywista, a z drugiej wciąż wybijała go z równowagi. Nie było to dla niego jasne - to, co się tam stało. Może gdyby dotyczyło to innej osoby, bardziej otwartej, normalnie żyjącej w społeczeństwie nie byłoby problemu. Morgoth chociaż nigdy jej nie okłamał, czuł się kłamcą zgodnie z jej zarzutami. Kłamał swoich zachowaniem w rezerwacie i kłamał jeszcze później. Sam jednak nie wiedział, co robić. Idąc za rozumem, który nigdy go nie zawodził, powinien odwrócić się już wtedy, gdy zobaczył ją w Peak District. Była jednak również intuicja, która mówiła mu, że nie może dać jej odejść. Już nigdy i to za wszelką cenę. Czy spotkanie ze smokiem i wizja jej utraty była tą wszelką ceną? Morgoth nigdy nie pragnął żadnej rzeczy, której posiadać nie powinien. Tego był nauczony i zawsze się tego trzymał. Chociaż i od tego był wyjątek. Jednej rzeczy chciał, ale wiedział, że w tym świecie było to nieosiągalne. Dlaczego więcej nie potrafił tego zrozumieć, że nie miał szans? Los jednak lubił z niego sobie kpić, łącząc jego losy z kobietą, która stała za nim. Podtykał ją mu pod nos, zupełnie jakby wprost wypowiadał swoje zdanie o tym, że ich przeznaczenie się jeszcze nie wypełniło. Do czego miało to dążyć? Miała rację. Był lordem. Synem nestora, a ona była szlachcianką i członkinią poważanej, starej rodziny arystokracji. Powinni znać swoje miejsce i swoje przeznaczenie. Ona znała swoje? Morgoth nie wiedział już jaką przyszłość miał widzieć dla siebie samego. Czy ona kończyła się tu i teraz, czy może wręcz przeciwnie? Zaczynała? Czuł spokój, który zapewne trwałby nawet wtedy, gdyby kobieta się teleportowała, zostawiając go samego. Cokolwiek by uczyniła, cokolwiek by powiedziała, zaakceptowałby to. Uznałby, że ma rację i zawsze ją miała. Ale czy zmieniłoby to jego serce i postrzeganie jej osoby?
To i tak już koniec.
Nie odpowiedział na jej słowa. Oboje wiedzieli, że miała rację. Gostira nie było, chociaż najwyraźniej sprawa związana z nimi wcale nie zwieńczyła się wraz ze wzbiciem się smoka w powietrze. Mogła odejść, a jednak została. Morgoth podniósł się wolno, gdy mówiła i podszedł kilka kroków, zatrzymując się w pewnej odległości od Lucindy, słuchając w ciszy jej wypowiedzi. On już podjął decyzję. Samym wspomnieniem o tym, że Finite Incantatem nie miało wystarczającej mocy. Przyznał się do tego, że potrzebował jej pomocy. Wiedziała o tym? W pewnym momencie jednak urwała, a dalsze słowa jakby zawisły w powietrzu między nimi. Poddał się temu, ale nie trwało to zbyt długo.
- Chciałem... - zaczął, nie wiedząc czy mógł poruszać ten temat. Wiedział jednak że gdyby się nie odezwał, nie wybaczyłby sobie tego, że zmarnował być może jedyną szansę, by jej o tym powiedzieć. Odetchnął krótko, by podnieść spojrzenie na Lynn i uważnie zbadać wzrokiem tak dobrze znane sobie, zielone oczy. - W teatrze nie powiedziałem tego, co chciałem... Mówiłem, że nigdy niczego nie żałuję, ale to nie jest prawda. Wiem, że to zbędne słowa i nic dla ciebie nie znaczą po tym wszystkim, co widziałaś. Chciałem cię jednak przeprosić. Wcale nie żałuję, że kiedykolwiek cię poznałem, Lucindo Selwyn. Byłaś najlepszym, co mnie wtedy spotkało i nie mówię to, dlatego że wiem, że bez ciebie nie zerwę połączenia. Chciałem, żebyś to wiedziała.
Nie odezwał się już więcej, czekając na jakiekolwiek potwierdzenie z jej strony, że jednak będzie z nim i postara się przełamać to, co go wiązało ze smokiem.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   18.04.17 23:46

Była zmęczona. Zmęczona ciągłym uciekaniem, ciągłym rozczarowywaniem się ludźmi, ciągłym bólem. Zmęczona wędrówką do szczęścia, którego nigdy nie poznała. Była niczym jak ptak przymierzający kilometry w nadziei na znalezienie nowego miejsca do życia. Szła przed siebie nie mając pojęcia czy droga, którą wybiera jest dobrą czy złą. Nie miała też nikogo przy sobie kto powiedziałby jej czy w końcu kiedyś dokądś dotrze. Była zmęczona wieczną niewiedzą. Jedyne co poznała dość dokładnie to ból. Oczywiście nie zawsze była nieszczęśliwa i nie zawsze było jej źle. Wybrała sobie życie jakim chciała żyć. Tam, daleko, od wszystkich i wszystkiego – była szczęśliwa. Miała już dwadzieścia sześć lat i poznała ból dość dokładnie. Wiedziała, że to nie jest odłamek wbijający się w skórę zostawiający pojedynczą kroplę krwi, wiedziała, że nie jest to ucisk w gardle kiedy brakło jej powietrza przy jednym z ataków jej choroby, wiedziała, że to nie siła zaklęcia rzucająca nas na kolana. Znała doskonale to uczucie gdy serce ściśnięte stratą rozbija się na najdrobniejsze fragmenty. Niektóre ranią głębiej, niektóre płycej, ale wszystkie ranią. Ten ból, który zdążyła poznać wcale nie nauczył jej by unikać takich sytuacji. Rozumiała wszystko. Dosłownie wszystko. Nawet to czego rozumieć nie powinna. Nawet to czego rozumieć naprawdę nie chciała. Może właśnie dlatego na samym początku, jeszcze w oranżerii, starała mu się pokazać, że już nie są przyjaciółmi. Że to co między nimi było skończyło się i nie miało już wrócić. Może to, że kolejny raz uratował jej życie, a może to, że kolejny raz ogarnął ją spokój, który czuła zapomniała o tym by nie być ufną sobą. Ona rzadko zachowywała się tak jak powinna. Rzadko zachowywała się zgodnie ze swoim statusem. Miała swoje granice i wiedziała, że nigdy ich nie przekroczy jeżeli mogłoby to zaszkodzić jej lub jej bliskich, ale dość często nie spoglądała na relacje, które mogły poruszać tymi granicami w jakikolwiek sposób. Dlatego nigdy nie chciała być traktowana w pełni jak lady w momencie, w którym była po prostu Lucindą Selwyn. Tak jak teraz. To nie było miejsce dla lady. Ruiny zamku, smok idący za nią chcący doprowadzić do jej upadku, spalone zwłoki, wschód słońca i obecność szlachcica. Jego. Tak jak nie dla niej było poruszanie się po górach, przeszukiwanie jaskiń, walczenie z trollami czy uganianie się za duchami. A jednak ciągle się tym zajmowała. Jej życie było zagadką, którą ciągle chciała rozwiązywać. Nie potrafiła tego zmienić więc za tym podążała. Nikt nie mógł już tego zmienić. Patrzyła na Morgo i gdzieś głęboko była zaskoczona tym z jakim spokojem potrafią teraz tkwić obok siebie. Jakie to było naturalne przez chwile. Jakby tak naprawdę nic przez ten miesiąc się nie wydarzyło, a oni nadal byli tylko sobą. Yaxley miał coś w sobie ze smoka. Nie tylko upór i nie tylko szlachetność. Mogła zauważyć to w jego oczach. Przez większość czasu pewnych, lordowskich, ale czasami… wahających się. Miała wrażenie, że bierze udział na większej wojnie. Wojnie między powinnością, a potrzebą. Kiedy się podniósł ciężej było jej mówić. Spoglądała na niego widząc w nim zmianę, którą musiał i on spostrzegać. Nie był już chłopakiem, którego spotkała w Dziurawym Kotle. Był mężczyzną. Prawdziwym Yaxleyem. I chociaż lubiła go takiego to bała się myśleć o tym co go takim ukształtowało. Naprawdę chciała mu pomóc. Czy powinna sobie dać spokój? Czy to nie od pomocy to wszystko się zaczęło? Czuła jednak, że tego potrzebuje. Może by upewnić się w swoich myślach, a może po to by im zaprzeczyć. Kiedy podszedł bliżej nie cofnęła się, ale wlepiła wzrok w podłoże. Dopiero jego słowa sprawiły, że podniosła wzrok. Pokręciła najpierw głową jakby chciała od razu mu przerwać. Usłyszała już dużo. Widziała już dużo. Nie chciała tego znowu. Jednak nic nie powiedziała ciągle czekając na koniec. Nigdy nie powinienem cię poznawać, Lucindo Selwyn. Te słowa od razu pojawiły jej się w głowie. Serce podskoczyło jej w klatce gdy usłyszała jego słowa. Rozgrzebywanie tego co stało się w teatrze nie było dobrym pomysłem, ale się stało. Przez chwile tylko wpatrywała się w jego twarz szukając odpowiedzi. Nie chciała już rzucać słów na wiatr. Bez przemyślenia. - Sam powiedziałeś, że życie nie polega jedynie na dobrych zakończeniach. - odparła spoglądając na swoje dłonie zaraz powracając znowu spojrzenie do mężczyzny. - Miałeś racje. Teraz już nie mamy na to wpływu. - dodała, a kącik jej ust uniósł się w delikatnym uśmiechu chociaż nie do końca wiedziała skąd to się w niej wzięło. Ten spokój. - Możemy się spotkać dwudziestego dziewiątego? Jutro muszę zająć się pewną klątwą, a do tego czasu powinnam się już czegoś dowiedzieć. - dodała otulając się szczelniej płaszczem gdy zimny powiew wiatru przeszył jej skórę.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   19.04.17 12:10

Lucinda mogła czuć się oszukana. Nie mówił jej wszystkiego, ale czy nie działało to w obie strony? Wydawało mu się, że obie sytuacje, w których się znaleźli, jego samego wystawiały w sposób bardzo prywatny - i naszyjnik matki i teraz smok. Wiedziała o nim zdecydowanie więcej niż on o niej. Może i nie znał sytuacji rodzinnej rodu Selwyn ani nie mówiła mu o swoim dzieciństwie - nie miało to znaczenia. Wiedział jak reagowała, gdy się martwiła. Wiedział, co oznaczało, gdy była smutna lub gdy się bała. Gdy była szczęśliwa i kiedy była zła. Wiedział również jak wyglądała, gdy cierpiała. Czy to nie oznaczało, że ją znał? A ona? Czy znała jego? Morgoth wciąż nie przyznawał się Lynn jeszcze do jednej rzeczy. Nie tylko smok wspomógł mu w lepszej regeneracji. Czuł to już wcześniej, gdy zaatakował go wilkołak, chociaż te rany były niezwykle trudne do wyleczenia. Nikt chyba jeszcze nie zbadał wpływu animagii na zdrowie czarodzieja, ale Yaxley mógł odczuć na sobie zmiany, idące właśnie za rozwinięciem tej umiejętności. Było mu łatwiej żyć w tym świecie i gdyby mógł, chciałby pokazać go również i Selwyn. Widać było przecież gołym okiem, że zmizerniała. Rysy twarzy jakby się uwydatniły, sama twarz nabrała bardziej ostrego wyrazu. Czuć było również jakiś wewnętrzny smutek. Zastanawiał się czy to była głównie jego wina, czy może coś większego trapiło blondynkę. W przeciwieństwie do niej nie czuł zmęczenia swoimi działaniami. Może dlatego że zawsze miał plan i wiedział, co robić. Nigdy nie wydawał się zagubiony lub niezdecydowany. Miał jednak dobry motyw, by być skupionym. Sprawy nestora również i przechodziły na niego, dlatego nie miał czasu na głębsze przemyślenia swoich potrzeb i emocji. Ojciec wydawał się wycofać z aktywnych spraw Rycerzy Walpurgii, chociaż wciąż działał w ich imieniu i gdyby przyszło, co do czego, wiedziałby co robić. Tak jak wcześniej zajmował się rodzinnym sklepem, tak teraz pochłonęły go sprawy sojuszy i relacji między rodami, które w ostatnim czasie gwałtowniej się wyostrzyły. Dawne dobre stosunki upadły i przerodziły się we wzajemną wrogość, nowi sojusznicy pojawili się w okolicy i trzeba było przemyśleć wszystkie ruchy na wielkiej szachownicy rosnącego konfliktu. Morgoth chciał walczyć i przecież właśnie to zamierzał zrobić. Jego życie kręciło się ostatnio dość intensywnie dokoła zagubionego Gostira, ale poza tą sprawą byli jeszcze Śmierciożercy, których próba była wyzwaniem nie tylko poprzez odebranie trzech żyć. Po tym wszystkim, co zrobił ofiary wciąż były w nim obecnej. Krew jednorożca, krew czarodzieja, czaszka mugola. Dwie pierwsze wtopiły się w jego skórę, tworząc tatuaż, którego żadnym zaklęciem nie dało się zasłonić, ale póki nie musiał, nie martwić się o to. Mroczny Znak towarzyszyć miał mu już do końca życia i mimo że nikt tego nie wypowiedział wtedy na spotkaniu z Czarnym Panem, wiedział, że tak właśnie było. Do tego słowa Wieczystej Przysięgi wciąż odbijały się echem w jego umyśle za każdym razem, gdy spojrzał na swoje znamię. Teraz patrzył na nią i widział pewne oczekiwanie. Jakby spodziewała się, że odpowie jej na nigdy nie zadane pytanie. Nie wiedział, czego tam szukała, ale nie zamierzał odzywać się już więcej. Może i ją tym skrzywdził, ale nie wszystko rodziło się bez bólu. W każdej również chwili mogła o wszystkim zapomnieć, jeśli tylko chciała. A chciała tego? Gdy usłyszał propozycję spotkania, zmarszczył prawie niezauważalnie brwi, wiedząc, że tego dnia, wydarzy się coś, na co nie będzie miał wpływu. Spotkanie Rycerzy Walpurgii z ich przywódcą zawsze niosło za sobą konsekwencje, tym razem czuł, że będą one znacznie poważniejsze.
- Wolałbym wybrać inny dzień - odparł jedynie, patrząc na nią z delikatnie pochylonej głowy. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że chciałby jeszcze przeszukać ruiny w poszukiwaniu wspomnianej księgi, którą podobno miał przy sobie Abrax. Nie poruszył się jednak tylko stał jeszcze chwilę. - Mimo wszystko... Dobrze mieć cię obok - odparł, lekko się uśmiechając i przeszedł z powrotem w stronę zwłok. Może znalazłby coś, co wskazywałoby na miejsce, gdzie zostawił księgę... Do tego może kryłoby się w nim coś, co pomogłoby im złamać czar?




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   20.04.17 10:05

To wszystko co się z nią działo od końca grudnia całkowicie ją przerastało. Chociaż zwykle żyła szybko i często była nastawiona na niebezpieczeństwa to i tak to co się stało od grudnia źle na nią wpłynęło. Tego wszystkiego było za dużo, a ona nie miała czasu na to by wszystko przetrawić. Czasu na to by ruszyć dalej. Nie wiedzieć czemu myślała, że Londyn chociaż raz w życiu stanie się jej odskocznią. Miejscem spokoju. Prawda była jednak zupełnie inna i może właśnie to konfrontowanie się z rzeczywistością tak bardzo ją bolało. Czuła się zmęczona. Prędkością, bólem, smutkiem. Zbyt długo w tym tkwiła, a to wszystko tylko się w niej piętrzyło nie znajdując żadnego ujścia. Jednak jedyną osobą, którą mogła za to winić była ona sama. Pozwoliła się w to wciągnąć, a potem nie potrafiła odpuścić. Ciągle walczyła w imię czegoś czego nie rozumiała, a może właśnie rozumiała, ale nie potrafiła się z tym pogodzić. Jak można tak bardzo się pomylić? Czuła się oszukana. Trochę przez niego, trochę przez, ale głównie przed samą siebie. Miała już dwadzieścia sześć lat, a dalej wydawało się, że kompletnie nie zna życia. Żyła wysoko w górach. Tych chmurach oplatających jej myśli niczym bluszcz. Pozorności i udawaniu. Łatwo było zachwycić się takim życiem. Nie stracić optymizmu w świecie, w którym wydawał się on w ogóle nie istnieć. Była szlachcianką. Lady Lucinda Selwyn. Czekała na spełnienie obowiązku jakim było wyjście za mąż za szlachcica, który będzie dobrym rozwiązaniem politycznym obu rodów. Czekała na urodzenie dzieci, które będą przedłużeniem rodu. Tak właśnie powinno wyglądać jej życie, a jednak… uparcie szukała dla siebie czegoś więcej. Dlaczego to sobie w ogóle robiła? Przecież to oczywiste, że nigdy nie będzie jej dane znaleźć prawdziwego szczęścia z kimś kogo sama by sobie wybrała. Tak naprawdę ludzie, którzy wkradali się do jej myśli i serca byli całkowitym zaprzeczeniem tego czego chciałby dla niej ojciec i nestor. Czego chcieliby dla całego rodu kłamców i manipulantów. Była inna niż reszta członków jej rodziny, a przynajmniej chciała tak siebie widzieć. Wbrew pozorom nie wiedziała jaka jest prawda. Gdzieś po drodze zgubiła świadomość samej siebie. Spojrzała na Yaxleya nie chcąc dłużej zagłębiać się w wypowiedzianych przez niego słowach. Znaczyły zbyt wiele i raniły za bardzo. Od razu wracała wspomnieniami do tych wszystkich słów wypowiedzianych w jej kierunku, do tego delikatnego dotyku jego dłoni na jej policzku, do smaku ust tak wtedy niepoprawnych, do słów napisanych w liście. Słów, które nigdy nie powinny do niego trafić. Ich znajomość łączyła ze sobą skuteczność z urwanymi uczuciami. Sekretnymi spojrzeniami. Słowami wybiegającymi pod wpływem emocji. Teraz była spokojna, a jego słowa wydawały się być pewne i szczere. Pozwoliła sobie tak myśleć chociaż nie pozwoliłaby sobie już tak szybko zaufać. Skinęła głową ze zrozumieniem. - W takim razie może po prostu prześlij do mnie Kylo z najlepszą dla ciebie datą i… umówimy resztę szczegółów. - mruknęła już pewniej odzyskując wcześniejszą równowagę. Tylko na chwile i tylko pozornie, bo jego ostatnie słowa znowu sprawiły, że serce delikatnie podskoczyło jej w piersi. Po co jej to mówił? Patrzyła jak podchodzi do zwęglonego ciała mężczyzny obracając się w jego stronę. - Dziękuje, że uratowałeś mi życie. Kolejny raz. - mruknęła i chociaż cisnęło jej się na usta jeszcze kilka słów, które pewnie powiedziałaby mu gdyby nie to co działo się z nimi wcześniej. Nie mówiąc już nic teleportowała się do swojego mieszkania na Pokątną.

z.t x2




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ruiny   28.09.17 20:29

| 11.05?

Jej aportacji towarzyszyło głośne plaśnięcie, kiedy jej buty wylądowały na rozmokłej po ostatnich intensywnych opadach ziemi. Pogoda w minionych dniach była kapryśna i deszczowa, więc Sophia prawie poślizgnęła się na warstewce błota, i tylko aurorski refleks pozwolił jej uniknąć wywinięcia malowniczego orła na zdradliwym, mokrym podłożu. Szybko odzyskała równowagę i rozejrzała się; wylądowała kawałek od ruin, osłonięta przez drzewa, i wyglądało na to, że w najbliższej okolicy panował spokój. Jedynie spłoszona wiewiórka umknęła w zarośla, kiedy w niewielkim zagajniku aportowały się dwie aurorki.
Miała to być rutynowa akcja polegająca na sprawdzeniu poszlaki dotyczącej jednej ze spraw. Informator zdradził, że poszukiwany przez Biuro Aurorów podejrzany w sprawie rozprowadzania nielegalnych wywarów i trucizn był ostatnio widziany w okolicy tych ruin, i być może urządził w nich swoją najnowszą kryjówkę lub miejsce przekazywania zamówień. Nie był to stuprocentowo pewny trop, ale Biuro postanowiło go sprawdzić, wysyłając dwie młode aurorki, które miały zrobić rozpoznanie i rozejrzeć się za podejrzanym i ewentualnym składzikiem eliksirów lub innych niebezpiecznych przedmiotów. Oczywiście mogło się okazać, że informator wprowadził Biuro w błąd, bo i takie sytuacje się zdarzały, ale wszystko należało sprawdzić, nawet jeśli fakt, że przysłano tu dwie osoby o krótkim stażu pracy, mógł świadczyć o tym, że nie traktowano tej sprawy priorytetowo; w dobie szalejących anomalii były znacznie pilniejsze sprawy, co najwyraźniej wykorzystywali też i pomniejsi opryszkowie, próbujący rozwijać nielegalną działalność i licząc, że chaos ukryje ich poczynania. Ich też ktoś musiał łapać, co stanowiło dobrą okazję do wykazania się dla najmłodszych aurorów.
Spojrzała na swoją kuzynkę, z którą przyszło jej się tu znaleźć; znała Anemone na długo przed tym, zanim obie trafiły do Biura Aurorów, i choć ich relacje nie zawsze były proste, doceniała fakt, że mogły dzielić trudy szkolenia i pracy. Zawsze było dobrze mieć z kim porozmawiać o niektórych sprawach, których nie rozumieli ludzie nie pracujący w Biurze Aurorów.
- Jak dobrze, że wylądowałyśmy blisko siebie - rzuciła w ramach powitania, zdając sobie sprawę, że w czasie nieprzewidywalnych anomalii teleportacja mogła zostać zaburzona.
W zamglonym i wilgotnym lesie panowała cisza. Najwyraźniej nawet stworzeniom udzieliła się panująca w kraju ponura, pełna niepokoju atmosfera, która nastała, odkąd noc na przełomie kwietnia i maja rozpoczęła pasmo groźnych i niepokojących anomalii. Poza nimi nie było widać żywej duszy, a same ruiny widoczne zza drzew i osnute mgłą sprawiały niemal złowieszcze wrażenie.
- Musimy spróbować podejść bliżej i poszukać oznak obecności. Trzeba sprawdzić to miejsce, zanim spróbujemy dostać się do środka i zaczniemy szukać potencjalnych kryjówek, które mogą, ale wcale nie muszą być puste – powiedziała cicho. Jeśli podejrzany tu był, zapewne znalazł sobie kryjówkę wewnątrz ruin. Jeśli był sprytny i zabezpieczył się przed odkryciem, mogły mieć problem z odnalezieniem go. Jeśli go nie było, nadal powinny poszukać oznak bytności i miejsc, gdzie mogły lub nadal mogą znajdować się niebezpieczne eliksiry. Jeśli znajdą cokolwiek, to by oznaczało, że poszlaka nie była zupełną pomyłką. Tylko czy ukrywający się przed Biurem czarodziej byłby tak głupi lub tak pewny siebie, żeby pozostawiać wyraźne ślady? Okaże się.
Przed przybyciem tutaj udało jej się znaleźć w archiwum pobieżne plany ruin, które skopiowała zaklęciem i zabrała ze sobą. Teraz wyciągnęła je z kieszeni i ostrożnie rozwinęła, pokazując drugiej aurorce i zaznaczając najbardziej prawdopodobne miejsca, gdzie ktoś mógłby kryć się przed światem. Choć zapewne rzeczywistość dopiero miała zweryfikować, jak jej podejrzenia miały się do rzeczywistości i czy znalezione szkice nielicznych zachowanych korytarzy w ogóle oddawały istotę wnętrza opuszczonych wieki temu i niszczejących ruin.
- Według tych planów, wejście do korytarzy powinno znajdować się gdzieś od tamtej strony – rzekła, wskazując jedną ze stron czegoś, co kiedyś mogło być zamkiem. – Więc musimy się tam dostać. Tylko ostrożnie.
Rozejrzała się raz jeszcze. Dzięki mgle, która unosiła się nad ziemią oraz otulała zamek, widoczność była mniejsza i w tych warunkach łatwiej będzie im się ukryć i niepostrzeżenie pokonać kilkadziesiąt metrów dzielących je od podnóża ruin. W tym przypadku nieprzyjemna jak na maj i zapewne spowodowana anomaliami pogoda miała być im na rękę, choć same też miały ograniczoną widoczność. Należało zachować szczególną ostrożność, więc Sophia miała oczy dookoła głowy i poruszała się możliwie jak najciszej, a jej dłoń lekko ściskała drewno ukrytej w kieszeni różdżki.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Anemone Sprout
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4584-anemone-sprout#98505 http://www.morsmordre.net/t4611-zlosnik#99442 http://www.morsmordre.net/t4600-zawilec http://www.morsmordre.net/t4612-anemone-sprout#99450
początkujący auror
23
Czysta
Panna
Blind faith
Heartache
Mind games
Mistakes
10
12
0
0
5
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   02.10.17 0:31

Usta Zawilca wykrzywiły się w delikatnym grymasie, kiedy zmierzyła spojrzeniem otoczenie, w którym się znalazła. Czuła, jak jej buty grzęzną wręcz w błocie, wywołując niesamowity dyskomfort. Mogła kochać przyrodę, mogła kochać las, jednakże zdecydowanie nie była w stanie zdzierżyć świadomości, iż każdy jej krok mógł się zakończyć widowiskowym upadkiem na ziemię i, o zgrozo, ubrudzeniem całych swoich ubrań. Nie wyglądała na rasowego pedanta z tymi lekko rozczochranymi, nieokiełznanymi włosami, niemniej jednak brudne otoczenie wywoływało u niej ciarki i silną chęć ucieczki. Dokładnie tak, jak teraz. Westchnęła ciężko, unosząc jedną nogę i spoglądając na swojego obłoconego buta. Nie mogła zaprzeczyć; praca aurora wymagała poświęceń i w takich właśnie momentach czuła to najbardziej.
Miała mieszane uczucia co do tej sprawy. Nie znosiła stać na niepewnym gruncie, a cała ta poszlaka takowym właśnie była. Czymś niepewnym, jedynie słowem, elementem, który wcale nie musiał pasować do całości układanki. Czymś, co nawet, pomimo wszelkich jej wątpliwości i niechęci, wypadało sprawdzić. Zatem była. Stała, grzęznąc w błocie i przejeżdżając lekko dłonią po dosłownie delikatnie umalowanej twarzy. Nie miała zamiaru jednak narzekać, ba, nigdy tego nie robiła. Zaciskała zęby, ukrywając w sobie wszelkie niezadowolenie. Nie były tak istotne; liczyło się to, by wykonać dobrze swoją robotę, tak, jak miała to zamiar zrobić teraz. Schować emocje do kieszeni, najlepiej wyrzucić je za siebie, i iść do przodu, robiąc to, co trzeba. Och, była w tym całkiem dobra. Nie raz zaciskała zęby, gdy bolało, gdy aurorski trening dawał jej w kość na tyle, gdy miała ochotę usiąść i jedynie głośno zapłakać. Miała swój cel, cel, który był ważniejszy od jej samopoczucia, od emocji. Może nawet od niej samej.
Kiedy Sophia odezwała się, ona jedynie zerknęła na nią kątem oka, mrucząc pod nosem niewyraźne "mhm" w odpowiedzi. Bardzo dobrze. Doceniała jej obecność, nawet w tak okropnych i irytujących warunkach. Cóż, cały jej świat ostatnio taki był. Okropny i bardzo, bardzo nieprzyjemny. Wszystko przez to, co się działo dookoła. I świadomość, iż jedyne, co może zrobić, to wzruszenie barkami. Nie mogła absolutnie nic. To ją irytowało.
Kiwnęła głową. Mogą, ale wcale nie muszą być puste. Z jednej strony - lepiej, by tam był. Wolałaby, żeby tak właśnie było. Pozbyła by się wtedy poczucia stania na niepewnym gruncie i... jakiejś bezużyteczności. Westchnęła ciężko. Z drugiej nie była tego takaż znowu pewna. Czuła, jak jej serce kuje delikatny niepokój, który z całych sił próbowała zdławić. Jak zresztą zawsze, przed każdą akcją. Mimo to parła dzielnie do przodu. W końcu... Była silna i to nie miało zamiaru się zmieniać. Podeszła lekkim krokiem do kuzynki, mrużąc delikatnie oczy, kiedy ta zaczęła pokazywać jej plany ruin. Obserwowała uważnie, jak ta zaznacza miejsca, które, jak podejrzewała, mogły robić za kryjówkę. Kiwnęła głową i wyprostowała się, sięgając do swojej różdżki. Wolną ręką chwyciła za brzegi rozpiętego, czarnego płaszcza, tuż przy szyi, jakby zasłaniając się przed zimnem, i zacisnęła na nich pięść. Schowała różdżkę do kieszeni, acz wciąż mocno ją trzymając.
- Oczywiście - odparła cicho na ostatnie słowa kuzynki, marszcząc lekko brwi. - Uważaj na siebie - dodała niewyraźnie, wręcz burcząc pod nosem i... Ruszyła. Tuż za Sophią, stawiając stopy uważnie i wolno, co chwila rozglądając się na boki, mierząc spojrzeniem absolutnie każdy skrawek otoczenia. I, w momencie, kiedy już znalazły się wystarczająco blisko, wskazała brodą na wejście, czymkolwiek by to nie było. Panie przodem.


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ruiny   02.10.17 17:01

Praca aurora nie była lekka i wymagała umiejętności odnalezienia się w każdych warunkach. Kursantom bardzo szybko to uświadomiono, nie roztkliwiając się nad nikim. To nie była praca dla wątłych, wrażliwych panienek, dla których życiową tragedią była odrobina błota czy złamany paznokieć. Na szczęścia Sophia nigdy taka nie była; zawsze była chłopczycą, męskie zabawy pociągały ją o wiele bardziej niż te typowo dziewczęce, i nie przerażało jej to, że może się pobrudzić. Ani to, że czasami może ją zaboleć. Po kursowych zajęciach często wracała do domu brudna, poobijana i bardzo zmęczona, ale pełna determinacji. Robiła coś, co chciała robić już jako nastolatka. Była taka dumna, gdy udawało jej się zaliczyć egzaminy, i gdy w końcu ukończyła kurs, po czym przyjęto ją do Biura Aurorów. Ale nie dało się nie zauważyć, że jako młoda kobieta nie przez wszystkich była traktowana równo. Często musiała mierzyć się z tym, że nie zawsze ją doceniano, i że często, szczególnie na samym początku, przypadały jej mniej wdzięczne zadania. Niektórzy uważali, że miejsce kobiety było co najwyżej za biurkiem, nie w akcji, ale na szczęście nie wszyscy, więc i Sophia miała okazję, by się wykazać, i o wiele bardziej wolała wyrywać się poza mury Biura niż siedzieć po uszy w papierach. Na szczęście nie była też jedyną kobietą; czasy się zmieniały, coraz więcej kobiet podejmowało się zadań niegdyś uważanych za typowo męskie, więc i dyskryminacja stawała się coraz mniej odczuwalna, gdy aurorki potrafiły udowodnić swoją wartość równie dobrze, jak aurorzy. Zazwyczaj przydzielano ją do pary z kimś bardziej doświadczonym, ale tym razem było inaczej; obie z Anemone były w tym samym wieku i miały zbliżony staż pracy, więc można było to interpretować dwojako: albo Biuro coraz bardziej im ufało, albo po prostu sprawa nie była priorytetem. Gdyby w ruinach miał czekać ktoś naprawdę niebezpieczny, wysłano by więcej aurorów. Je przysłano przede wszystkim w celu sprawdzenia poszlaki odnośnie tego, że podejrzany ukrywał się tu lub miał tu składzik nielegalnych eliksirów, które rozprowadzał. Ale gdyby tak udało im się go nakryć i schwytać... Cóż, Sophia z pewnością by tym nie pogardziła. Chciała się wykazać.
Anemone sprawiała wrażenie dość wrażliwej osoby, ale Sophia wiedziała, że nie zostałaby przyjęta do tej pracy, gdyby nie była wystarczająco zdolna i silna. Choć obie były kobietami, i niektórzy mogli uważać je za słabe, obie dźwigały swój bagaż doświadczeń. Sophia sama nie lubiła, gdy ktoś w nią wątpił i oceniał tylko przez pryzmat płci i młodzieńczych rysów; w jej przypadku lalkowaty wygląd był tylko mylnym wrażeniem, a nazwanie jej wiotką panienką byłoby dla niej niemal obelgą. Spojrzała na kuzynkę przyjaźnie, wierząc, że sobie poradzą, bo przecież nie mogły im przeszkodzić tak drobne niedogodności, jak warunki.
- To rutynowa akcja, tak mi powiedziano. Wypatruj wszystkiego, co wyda ci się niezwykłe i co może okazać się przydatne... i gdy wejdziemy do środka, uważajmy, bo on może tam wciąż być. – Jeśli w ogóle kiedykolwiek był. A czy był, to należało ustalić. Pragnęła znaleźć cokolwiek, choćby puste fiolki, bo to by znaczyło, że informator nie wywiódł ich w pole, i może jakiś trop doprowadzi ich do kolejnej kryjówki. – Trzeba liczyć się z tym, że może znać czarną magię. – Bo gdyby był zwykłym, podrzędnym opryszkiem, nie zaangażowano by w to aurorów. Ale zdawała sobie też sprawę, że większość alchemików, intensywnie oddając się magii eliksirów, zaniedbywało bardziej ofensywne dziedziny czarów. O wiele bardziej prawdopodobne było, że poszukiwany okopał się w jakiejś głębokiej norze, niż że będzie strzelać zaklęciami z murów, ale mimo to nie mogły go lekceważyć.
Skinęła głową i ruszyła pierwsza, ściskając różdżkę i zachowując daleko posuniętą ostrożność. Stąpała szybko i bezszelestnie, umiejętnie przeskakując po kępach trawy i większych kamieniach, korzystając z naturalnej osłony, jaką zapewniała gęsta mgła, zza której ledwie było widać zarysy ruin. Gdy jednak dotarła do muru, przylgnęła do niego plecami, ściskając różdżkę i nasłuchując. Cisza. Nie słyszała nic poza swoim własnym oddechem, cichym stąpaniem Anemone i odległym skrzeczeniem jakiegoś ptaka w pobliskim lasku. Dopiero, gdy druga aurorka znalazła się obok niej, Sophia zdecydowała zbliżyć się do wejścia; napływała z niego intensywna woń wilgoci i stęchlizny, a w środku panował półmrok.
- Idziemy – szepnęła ledwie słyszalnie, wchodząc do środka jako pierwsza, po uprzednim sprawdzeniu, czy nie czają się tam jakieś pułapki.
Znalazły się w środku. Wieki temu z pewnością był to okazały zamek, dziś niewiele pozostało z jego dawnej świetności. Mury były wyblakłe i wyraźnie rozpadające się, sporej części pomieszczeń po prostu nie było. Miejscami mogła dostrzec pozostałości starych rzeźbień i stertę gruzu, która kiedyś musiała być schodami prowadzącymi na nieistniejące górne piętro. Podejrzany mógł więc czaić się na tym poziomie lub w podziemiach, do których musiały odnaleźć przejście.
- Zacznijmy od tej strony - szepnęła, kierując się w lewą stronę, oznaczoną na planach jako ta będąca w lepszym stanie, i zastanawiając się, czy w ogóle coś znajdą. Było ich tylko dwie, więc nie proponowała rozdzielenia; dla bezpieczeństwa lepiej było trzymać się razem, bo nawet jeśli nie zagroziłby im czarodziej, same ruiny mogły okazać się niebezpieczne.
Weszły do wąskiego, ponurego korytarza z oknami od dawna pozbawionymi szyb, przez które wiało zimne, wilgotne powietrze. Sophia rozglądała się czujnie, wypatrując oznak czegoś nietypowego. Może szczątków fiolek albo plam mikstur? Lub nawet potencjalnej drogi w dół?

| Rzucamy na spostrzegawczość. Która wyrzuci większą wartość (rzut + biegłość), tej uda się wypatrzeć pierwsze poszlaki. ST wypatrzenia potencjalnej drogi do podziemi wynosi na ten moment 80.
Sophia – bonus +40 za IV poziom biegłości





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ruiny   02.10.17 17:01

The member 'Sophia Carter' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 95


Powrót do góry Go down
 

Ruiny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Ruiny Zakazanej Świątyni
» Ruiny miasta Ilion
» Ruiny Magazynu
» Ruiny Eisenwald
» [ME] Tajemnicze Ruiny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17