Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Jackie Rineheart

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Jackie Rineheart
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 http://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie http://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy http://www.morsmordre.net/f101-hartlake-road-18-9 http://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
auror
25
Półkrwi
Panna
to jest miecz
one nie mają być bezpieczne
co, jeśli się potnie?
to będzie dla niej ważna lekcja
21
10
0
0
0
2
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Jackie Rineheart   03.11.17 20:01


Jacqueline Howa Mavell Rineheart

Data urodzenia: 16 kwietnia 1931r.
Nazwisko matki: Belby
Miejsce zamieszkania: Hartlake Road 18/9, Londyn
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: auror
Wzrost: sto siedemdziesiąt cztery centymetry
Waga: sześćdziesiąt osiem kilogramów
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: piwne
Znaki szczególne: blizny na bokach i plecach - pozostałości po licznych wizytach w Mungu; wiecznie zmarszczone brwi; ponadprzeciętny wzrost - wszystko wina ojca


walc kwiatów

Wyobraź sobie, że jesteś córką, urodzoną jako ta druga. Wyobraź sobie, że wychowuje cię potem ojciec. Idealista, człowiek czynu i honoru, dla którego jedyny dobry wróg to martwy wróg, auror. Mieszkacie w małej klitce. Na barki twoje i twojego starszego o pięć lat brata zrzuca odpowiedzialność zajmowania się domem – chyba że masz jeszcze wtedy trzy lata, to domem zajmuje się cioteczka Sara, niemowa, biedaczka, której obcięto język, bo zbyt często nim kłapała, chwaląc się, że ma ojca mugola. Ciotka sprząta, gotuje obiad i wychodzi, nie masz w niej oparcia, nigdy ci nie pomoże. Jeśli przyjdziesz do niej z problemem pierwszego krwawienia, da ligninę i popchnie w stronę łazienki. Ojciec wrzeszczy. Na wszystkich. Wrzeszczy na ciebie, bo musisz być silna, wrzeszczy, bo widzi, że się potykasz i wrzeszczy, bo widzi, że mało jesz. Dlatego teraz sama wrzeszczysz na innych, chociaż starasz się wcale nie wrzeszczeć. Nie jest jednak takim sztywniakiem, za jakiego wszyscy go mają. Przy tobie, jeśli dobrze się sprawujesz, zamienia się czasami w pełnego żartów pana w średnim wieku, który zrobi dla ciebie wszystko – wsadzi morderców do Azkabanu, uszczknie różyczkę z krzaczka sąsiadów i uchyli nieba, żeby zleciała ci do malutkich dłoni równie malutka gwiazdka. Kiedy dorastasz, szukasz chłopców podobnych do niego – oczywiście, że nieświadomie, ale tak działa psychika, prawda? Poza tym nie jesteś pełnowymiarową dziewczynką, bo ojciec chciał mieć walecznego syna, a trafił mu się tchórzliwy łoś, więc musiał wychować córkę tak, jak chciał wychować jego, nie zwykł zmieniać swojego planu na inny. Nie jesteś ani ładna, ani brzydka. Chodzisz jak poobijana, garbisz się, boś wysoka, jak ojciec, ziewasz szerzej niż pies i zdarza ci się mlaskać przy jedzeniu. Nawet nie starasz się wyzbyć swojego irlandzkiego akcentu i połykasz wszystkie głoski, jakie tylko możesz, a potem ludzie nachylają się do ciebie z kwaśną miną, bo nic nie rozumieją.
I jesteś pamiętliwa. Jak sama cholera.



taniec śnieżynek

Urodziłam się w kwietniu. Szesnastego dokładnie. Co by tu więcej powiedzieć… mój ojciec jest aurorem. Od trzydziestu lat na służbie. W krzyżu już mu zaczyna łupać, a różdżka jest tak obdrapana, że aż żal na nią patrzeć, ale nie daje za wygraną. Kochany. Matka zmarła, kiedy miałam dwa lata. Nawet jej nie pamiętam. Magomedycy mówili ojcu, że to z powodu utajonego ataku sinicy.
Wychodzi więc na to, że wychowywał mnie sam. Znaczy, z ciotką Sarą, oczywiście, ale ona jest niemową, więc powiedzmy, że jej wkład w ułożenie mnie w jakikolwiek sposób, był niewielki. Zajmowała się domem, gdy ojciec wybywał do pracy. Nauczyła mnie haftowania, chociaż teraz nic już z tego nie pamiętam i szydełkiem mogłabym co najwyżej wydrapać komuś oko; gotowania, ale tylko w stopniu wystarczającym do nietrucia siebie i innych. Później rolę nauczyciela przejął ojciec. Nauczył mnie stawiania się sobie, zaradności i klepał po ramieniu, śmiejąc się pod nosem, gdy wyzywałam go od łachuder, psidwaczych synów i sklątkowych bękartów (można łatwo zgadnąć, od kogo nauczyłam się tych barwnych zwrotów). Wściekałam się tak jak on, by zaraz zacisnąć usta, kryjąc w ten sposób uśmiech, gdy podawał mi do dłoni malinowego lizaka. Żyliśmy w bardzo dziwnej symbiozie, gdzie każde z nas chciało się przekrzyczeć, ale nigdy nie szczędziliśmy sobie uczuć, gdy było trzeba je pokazać. Oczywiście tylko względem siebie. Względem innych byłam emocjonalnym paralitykiem. Zresztą, jestem nim nadal.
To on nauczył mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć - nauczył mnie liczyć, czytać, pisać. Nie zliczę, ile razy dostawałam linijką po łapach, kiedy źle wykonałam powierzone przez niego zadanie.

Zastanawiasz się, dlaczego cały czas mówię o sobie? W tej opowieści zostawiłam Vincentowi bardzo mało miejsce, bo ojciec zawsze wierzył, że los poświęcił mu go na ziemi zbyt wiele. Vincent był tchórzem, od kiedy tylko pamiętam. Najbardziej zapadł mi w pamięci moment, kiedy oboje stanęliśmy w obronie małego chłopca, okularnika, syna państwa Flume, nad którym znęcała się paczka rozpuszczonych bachorów z sąsiedztwa. Bobby był mugolem, a oni sądzili, że magia płynąca w ich żyłach daje im prawo do znęcania się nad przedstawicielami tej niby gorszej części społeczności. To ja na nich krzyczałam, przeklinając i popychając jednego z nich, chociaż wtedy sięgałam mu nie wyżej niż do pępka. Zamiast mi pomóc i przegonić ich, w poczuciu męskiego obowiązku przyfasolić im porządnie w nochale, Vincent uciekł. A mnie pobili. W domu dostał tęgie lanie od ojca, ale nawet ich awantura, którą słyszałam z pokoju obok, nie wymazała z mojej głowy przeświadczenia, że już nigdy nie będę mogła na niego liczyć. Uciekł z domu po skończeniu Hogwartu – co się potem z nim działo? Sam Merlin raczy wiedzieć. Ojciec nigdy go nie szukał.

Zanim jednak życie Vincenta przestało się dla ojca tak bardzo liczyć, miewaliśmy wspólne, rodzinne chwile. Raz na wakacje organizował nam wyjazdy w teren. Czasami było to New Forest, czasami sam środek Surrey Hills, innym nadbrzeżna linia Grafham Water. Uwielbiałam je. To były momenty całkiem oderwane od rzeczywistości, w jakiej każde z nas żyło. Momenty, kiedy nie byliśmy oddzielonymi od siebie fragmentami całości, tylko właśnie całością. Wtedy dopiero czułam, że mam prawdziwą rodzinę, a nie pobite lustro, w które nie należy już patrzeć.
Braliśmy na wyprawy stary namiot taty, który zabierał na każde mistrzostwa w Quidditchu. Łóżka były tak stare, że niemal się pod nami łamały, a lampa prawie się nie paliła, ale nam to nie przeszkadzało. Najważniejsze były spędzone przy ognisku wieczory. Siadaliśmy przy ojcu – ja po jego prawej stronie, Vincent po lewej – i słuchaliśmy jego opowieści, obracając powoli nad płomieniem patyki z kawałkami złowionych przez chłopaków ryb. Śmialiśmy się, jeśli coś nas rozbawiło; oplataliśmy się wokół ramion ojca, jeśli coś nas przestraszyło. Wtedy też ojciec nauczył nas podstaw szermierki, za szpady uznając długie, brzozowe witki.
Cykady brzmiące w trawach i cichy szum życia dawał nam dowody na istnienie miłości, której od zawsze nam brakowało.



taniec wieszczki cukrowej

Mój Hogwart składał się głównie z nieprzyjemnych wspomnień, chociaż to wcale nie jest tak, że wyniosłam z niego tylko przykre doświadczenia. Zdarzyło się kilka pięknych chwil, o których nigdy nie zapomnę. Na przykład o tym, że tiara przydziału wysłała mnie do Gryffindoru, domu odważnych, podczas gdy Vincent już dawno grzał ławy Krukonów – ponurych kujonów, którzy zawsze wydawali mi się mdli i pozbawieni życia. Nie miałam z nim styczności, za co naprawdę jestem temu kawałkowi starej skóry wdzięczna. Z początku, dokładnie na pierwszym roku nauki, zamek otoczył mnie opieką, jakiej nigdy jeszcze nie doświadczyłam. W dzieciństwie rzadko miałam kontakt z innymi dziećmi, ale te, z którymi dzieliłam stół w czasie posiłków, wyrobiły mi pogląd na rówieśników – nie mogło być ze wszystkimi dzieciakami tak źle (nie liczyłam Ślizgonów, oni byli ewenementem w tej dziedzinie, parszywe robale), skoro Gryfoni byli tak przyziemnie dobrzy, tak bliscy. Zmieniłam zdanie na drugim roku. Ojciec rozpoczął wtedy swój tajny plan mobilizowania swojej córki do nauki, skoro już pierwszy przetrwała. Wysyłał mi wyjce. Nie jeden, nie dwa na semestr. Dostawałam je za każdym razem, gdy do Wielkiej Sali wlatywały sowy z pocztą. Ojciec wrzeszczał w nich na mnie, przenosząc swój donośny głos oczywiście też na najbliżej siedzących mnie uczniów, przyczyniając się tym w późniejszym czasie do tworzenia wokół mnie pustej plamy na ławie, bo nikt nie miał zamiaru psuć sobie słuchu na tych krzykach; kazał mi się uczyć, popierając to wszystkimi znanymi ludzkości argumentami na temat głupoty, na sam koniec zawsze chwaląc na uszach wszystkich innego dzieciaka, którego rodzice byli w jakikolwiek sposób powiązani z Biurem Aurorów czy inną, tak samo wpływową jednostką. A, tak, nie było dla mnie innej drogi. Od zawsze pisana mi była ścieżka aurora – Vincent miał nim zostać, ale był taki, jaki był, więc to nie wchodziło w grę. Wracając do sprawy wyjców – z początku śmiano się ze mnie, przez co czerwieniłam się jak dojrzały pomidor, potem przestało to robić na mnie wrażenie i przyzwyczaiłam się do niechęci, jaką wzbudzałam. To nigdy nie była moja wina. To ojciec. To zawsze był on.
Teraz mogłabym mu za to podziękować, czego oczywiście nie zrobię, nie pozwala mi na to rozrośnięta duma. To wyobcowanie, które mi zagwarantował, zapewniło mi pewną autonomię działania. Mogłam zająć się nauką, która tak bardzo mi nie szła na początku, a którą nawet zdążyłam polubić. Chcąc zrobić na złość ojcu, robiąc tak naprawdę na złość samej sobie, wykorzystywałam łapówki, żeby wkupić się w łaski tych bardziej uzdolnionych ode mnie i wyłudzić pomoc przy trudniejszych esejach albo dodatkowych rolkach wypracowania za kolejne spóźnienie (czasami zdarzało mi się być na bakier z czasem). Radziłam sobie świetnie sama, a kiedy przyszła ochota na wyżywanie się za te wszystkie krzywdy, postarałam się o przyjęcie do drużyny Quidditcha. Naturalna energia, hardość, a przede wszystkim – bystry wzrok, pozwoliły mi cieszyć się od początku pozycją obrońcy. To właśnie na boisku poznałam swoich pierwszych, prawdziwych przyjaciół. Z butnej dziewczynki, chodzącej z wiecznie umorusanymi zielenią policzkami i z plamami po ziemi na podartych sukienkach, stałam się dojrzałą dziewczyną, która powoli wyrastała z opieszałości, lenistwa i niepopartej niczym chęci zemsty.
Nie zrezygnowałam z planów, jakie wtłaczał mi do głowy ojciec. Tak długo wmawiał mi, że powinnam zasilić szeregi Biura Aurorów, że w to uwierzyłam. Jego droga stała się moją drogą. Wymagało to jednak ode mnie ogromnego poświęcenia – auror powinien posiadać wiedzę nie tylko z dziedziny obrony przed czarną magią, ale także zaklęć, transmutacji i warzenia chociażby podstawowych trucizn i antidotum, co oczywiście ciągnęło za sobą zielarstwo i poniekąd opiekę nad magicznymi stworzeniami. Nie byłam zbyt dobra z eliksirów, ale praktykę nadrabiałam wiedzą teoretyczną, to samo zresztą tyczyło się pozostałych przedmiotów, z jakich musiałam zdać egzaminy, żeby w ogóle móc podejść do stażu. Skończyłam tę część mojej historii z naprawdę dobrymi wynikami – spodziewałam się ich i byłabym ogromnie niepocieszona, gdybym którykolwiek z tych najważniejszych zaliczyła na mniej niż powyżej oczekiwań.

trepak

Nadal oczekujesz kontynuacji charyzmatycznej opowieści o dziewczynie z irlandzkimi korzeniami, która zawojowała świat w pojedynkę i nie doznała przy tym żadnej krzywdy? Nie, nie dostaniesz jej. Ale opowiem ci za to o tej samej dziewczynie, która nauczyła się, że jeśli życie i ambicje położyły ją na łopatki, za wszelką cenę musi wstać i walczyć o swoje, choćby za chwilę miał się skończyć świat.
Dostanie się na staż aurorski to był dopiero początek drogi, pstryknięcie palcami, pierwszy krok w ciemnościach z lśniącym na różdżce lumos. Początek, przysięgam.
Wyobraź sobie moje szczęście, kiedy wywieszono w Ministerstwie listę przyjętych na kurs kandydatów. Nie pamiętam, na którym miejscu przyklejono moje nazwisko, ale w tamtym czasie to miało naprawdę najmniejsze znaczenie. Pierwsze miesiące były niemal lustrzanym odbiciem czasu spędzonego na pierwszym roku w Hogwarcie – miałam wolną rękę, co oczywiście nie znaczy, że nie dawałam z siebie wszystkiego. Ojciec, który wtedy jeszcze pracował w terenie, nie wściubiał nosa w moją edukację na tym etapie. Radziłam sobie świetnie, czułam się świetnie jako początkujący kursant, pochłaniałam wiedzę z niesamowitym łakomstwem, a młodość i zaangażowanie, jakie mnie wtedy cechowały, wyłoniły ze mnie wszystkie możliwe pokłady determinacji. Euforia nie trwało zbyt długo.
Potem przyszła oklumencja.
Nie wiedziałam, że ojciec był legilimentą, że wiedzę wyniósł jeszcze z młodych lat spędzonych w Irlandii i że tym, który tę wiedzę mu przekazał, był jego dziadek. Postawił mnie przed faktem dokonanym – musiałam nauczyć się oklumencji, musiałam zablokować swój umysł przed wpływem niepowołanych mocy, przed umiejętnościami osób mu podobnych. Porównywał się wtedy, całkiem zresztą świadomie, do czarnoksiężników – jeśli on będzie miał dostęp do moich wspomnień, moich najbardziej intymnych myśli, do moich snów, inni legilimenci też będą go mieli. Nie byłam wtedy na to gotowa, chociaż twierdziłam, że jest zupełnie inaczej. Lekcje były wyczerpujące. Raz na dwa dni, w początkowej fazie, mieliśmy sesje trwające nawet kilka godzin (czasami do trzech, jeśli ojciec miał gorszy dzień i chciał się na mnie najwyraźniej wyżyć). Zaczynał lekko, sięgał do wspomnień najświeższych, których wyjmowanie nie sprawiało mi zbyt wiele bólu, a bronienie się przed tym stanowiło pewnego rodzaju zabawę z nim. Potem zaczął wchodzić głębiej, a kiedy kończył, nie spałam całymi nocami, słysząc w głowie tylko smugi wyciągniętych na powierzchnię myśli. Moje samopoczucie odbiło się na kursie – wyniki spadły, ciało odpowiadało sztywniejącym bólem, dłoń nie prowadziła różdżki tak, jak na początku. Na drugim roku stażu niemal zrezygnowałam z powodu otępienia, w jakie wpadałam. Odłączałam się od siebie, co powodowało, że wiedza, którą musiałam posiąść, umykała mi jak woda z dziurawej piłki. Ostrzegano mnie, że jeśli nie wezmę się za siebie, wyrzucą mnie z kursu. Mój stan psychiczny zaczął się pogarszać, atakowałam innych bez powodu, prowokowałam do bójek i wszczynałam kłótnie jak znerwicowana nastolatka. Byłam o krok od tragedii. Przełomu nie było. Był za to krok nad przepaścią.
Kiedy ojciec dowiedział się o wszystkim, pożarliśmy się jak jeszcze nigdy dotąd. Wymierzył mi policzek, wrzeszcząc mi prosto w twarz, że wszystko, co do tej pory osiągnęłam, zaraz przepadnie. Wiedziałam, że jest źle, nie potrzebowałam olśnienia, żeby to do mnie w końcu dotarło. Już w czasie naszej awantury zaczął znowu wdzierać się do mojego umysłu. Nie pozwoliłam mu na zbyt wiele. Patrzyłam mu prosto w oczy z płonącą w tęczówkach wściekłością, blokując mu drogę do swoich myśli tak dobrze, jak tylko potrafiłam. Kiedy osiągnęłam pułap, zawisła nad nami nagła, rozdzierająca cisza. Zamknęłam przed nim swój umysł, a on już nigdy więcej nie mógł sforsować do niego bram.

Trudno mi było nadrobić materiał na kursie, ale wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to zrobić. Jeśli nie wstanę, stracę wszystko, co do tej pory uzyskałam, a to byłaby potworna strata – dla mnie wręcz irracjonalnie frustrująca. Teraz jednak, kiedy wykonałam krok ku lepszej siebie, znacznie łatwiej radziłam sobie z trudnościami na szlaku. Wysiłek był ogromny, ale nauczona hartu ducha, poradziłam sobie z nim. Uspokoiłam się, odcięłam od przeszłości, która znów nie zagwarantowała mi przychylności wśród rówieśników – powtórka z rozrywki. Ale to nic. Znów zapewniłam sobie autonomię w działaniu. To ona stała się moją domeną, kiedy zaczęłam pracę w Biurze Aurorów.



taniec pasterski

Nie powinno wydawać ci się, że nie jestem pokorna. Wiem, kto stoi w hierarchii nade mną i kto zajmuje miejsce pode mną. Wiem, co mogę robić jako auror i czego robić nie powinnam. Czasami tylko zdarza mi się naginać reguły podług własnych intencji i zamiarów. Mam plany, które często nie wymagają duetu i mogę wykonać je solo. Coraz więcej rozumiem. Wyrastam ze skóry przemądrzałej, awanturującej się młodej dziewczyny i przywdziewam tę należącą do czujnej, bystrej aurorki, która razem z nowymi bliznami zdobywa potrzebne sobie doświadczenie w walce z czarną magią. Świat niebezpiecznie szybko traci równowagę, a my jesteśmy tymi, którzy nie mogą do tego dopuścić.

Tajemnice Zakonu Feniksa uchylił przede mną ojciec – należał już do niego, dołączył najprawdopodobniej pod koniec grudnia, mnie wcielił stosunkowo niedawno, bo przy początku kwietnia. W czasie rozmów, które i tak były rzadkością, wymienialiśmy się zdawkowymi poglądami na tematy niedawnej przeszłości. Grindelwald poszerzał swe wpływy, Wilhelmina Tuft podejmowała decyzje pozbawione jakiegokolwiek rozsądku, magiczna społeczność szczerzyła kły do niczemu winnych mugoli, którzy i tak wiele już wycierpieli, czarodzieje parający się czarną magią poczuli, że puszczają pęta niewoli – ślady po ingerencjach ich różdżek coraz częściej widziane były na ciałach niewinnych ofiar. Słuszność sprawy Zakonu Feniksa była bardziej niż wyraźna i jasna – była oczywista. Stałam się jej częścią i chociaż nie znałam wielu, którzy trwali w jej szeregach już wcześniej, wystarczył mi fakt, że dzieliliśmy wspólne poglądy.
Rozwijam się nieprzerwanie, obserwuję i poznaję, ale co najważniejsze – dążę do przodu. Jestem mądrzejsza z każdym upadkiem, silniejsza z każdym drżącym podnoszeniem się z kolan.

A teraz wybacz, bo zdecydowanie za dużo o mnie wiesz.
Obliviate.




Patronus: Gronostaja zobaczyłam po raz pierwszy podczas jednej z naszych wypraw do New Forest. Niewielkie zwierzę stało na tylnych łapkach, aksamitnym, mokrym noskiem niuchając po okolicy, którą zalewał aromat pieczonego nad ogniskiem mięsa. Był cholernie szybki, kiedy kilkoma susami pokonał odległość dzielącą go od talerza pełnego smakowitości i nim zdążyłam zareagować, chwycił w pyszczek parujący jeszcze skrawek upolowanego zająca. Potem już zawsze sylwetka gronostaja kojarzyła mi się z naszymi wspólnymi wypadami, na których w końcu stanowiliśmy jedność; na których w końcu ja, Vincent i tata byliśmy prawdziwą rodziną.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 21 +1 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 10 +2 (różdżka)
Czarna magia: 2 +2 (różdżka)
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 2 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
irlandzki I 1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia magii I 2
ONMS I 2
Retoryka I 2
Spostrzegawczość III 25
Ukrywanie się III 25
Zastraszanie I 2
Zielarstwo I 2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Jasny umysł I 2
Silna wola II 5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Gotowanie I ½
Literatura (wiedza) I ½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotle I 1
Pływanie I 1
Szermierka I 1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 0

Wyposażenie

Oklumencja, różdżka, sowa





Ostatnio zmieniony przez Jackie Rineheart dnia 06.11.17 15:30, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jackie Rineheart   25.11.17 22:28

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Wojownicza, nieustraszona i pewna siebie Jackie z pewnością nie wyrosłaby na tak silną kobietę, gdyby nie zupełnie odmienny charakter brata, niespełniającego pokładanych w nim oczekiwań, oraz wpływ ojca. Jego nauki, także te dotyczące magii umysłu, oraz zdecydowane - choć bez wątpienia destrukcyjne - metody wychowawcze, wpłynęły na kształtujący się charakter, zmieniając dziewczynkę w odważną, dorosłą kobietę. Podnoszącą się po upadkach, zaciskającą zęby i pięści, by wywalczyć każdy kolejny dzień, niezależnie czy w samotnych latach Hogwartu czy na aurorskim stażu. Stąpanie po cienkim lodzie z wysoko uniesioną głową nie jest łatwe - ale Jackie twardo rusza przed siebie, wpatrzona w horyzont, pewna wewnętrznego, moralnego kompasu, kierującego ją ku sprawie, o którą warto walczyć. Z własnej woli i własnego powołania.  

OSIĄGNIĘCIA
Jackie Lwie Serce (i donośny lwi pomruk)
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Oklumencja
Kartę sprawdzał: Tristan Rosier



Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jackie Rineheart   25.11.17 22:29

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: strączki wnykopieńki, czułki szczuroszczeta

[06.11.17] Losowanie ingrediencji (maj)

BIEGŁOŚCIBrak

HISTORIA ROZWOJU[04.11.17] Karta postaci, -650 PD
[06.11.17] Zakup zaklęć ochronnych: Abscondens, Bubonem, Cave Inimicum, Duna, Muffliato, Repello Mugoletum, Tenebris, Tenuistis vivere; -0 PD
[08.11.17] Wykonywanie zawodu (maj) +50PD
[11.11.17] Zwrot za oklumencję, +100 PD


Powrót do góry Go down
 

Jackie Rineheart

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Jackie boy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18