Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Magiczny Lunapark

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Magiczny Lunapark   24.06.15 22:07

Magiczny lunapark

Miasteczko otwiera się w maju, przed sezonem letnim, najwięcej turystów przyciągając w okresie wakacyjnym, by już początkiem października zamknąć wszystkie atrakcje. W tym czasie przy każdym wejściu wiszą kłódki wzmocnione magią, a teren patrolowany jest przez kilku stróżów uzbrojonych w różdżki, pilnujących go przed wandalami, podejrzanymi typami i bezdomnymi. Dzięki tym zabiegom po miasteczku hula tylko wiatr, tańczący z kolorowymi liśćmi opadającymi z drzew. Natomiast latem wszystko tutaj tętni życiem, z oddali słychać śmiechy i wrzaski, by nocą kusić lśniącymi milionami świateł, zachęcającymi do ponownych odwiedzin z samego rana.

Jeżeli mugolskie lunaparki wydają ci się niezwykłe, zwykłe domy strachów przerażają, a zakątki miłości czarują urokiem... To znaczy, że nigdy nie poznałeś tych magicznych. Wesołe miasteczko w Cliodnie zostało otwarte na początku lat 50., swoimi atrakcjami od razu przyciągając czarodziejów rządnych wrażeń. Karuzele ze zwierzętami, które poruszają się, warczą, ryczą, parskają... Zwierciadła w domu luster, które chwilowo zmieniają twój wygląd, często zamieniając cię z twoim towarzyszem przygód. Wrażenie unoszenia się w kosmosie czy też przejażdżka diabelskim młynem może okazać się rozrywką tylko dla odważnych, bez lęku wysokości, bowiem z każdym obrotem, dzięki magii, widać całą panoramę innego europejskiego miasta. Dom strachu, prawdziwie nawiedzony, z różnorodnymi stworami i duchami, które cieszą się z urozmaicenia ziemskiej egzystencji. Największe kontrowersje - szczególnie wśród arystokracji - budzi jednak niepozorny tunel miłości, przyjmujący wygląd jeziora, kanału i gondoli, innym razem znów lasu czy kwiecistego parku. Ta atrakcja ma mały mankament - złośliwe chochliki, które wypuszczają w bawiące się pary strzałki z eliksirem pozorującym chwilowe zadurzenie w pierwszej osobie, na którą się spojrzało. Często kończy się to złamanymi sercami, awanturami za chwilowe awanse wobec kogoś innego niżeli swojej drugiej połówki, zmieszaniem po namiętnych uniesieniach, a nawet ucieczkami z domu czy niechcianymi ciążami. Pomimo to kolejka do tunelu nie maleje, panowie przyprowadzają tu niczego nieświadome damy... Szczególnie zależy na tym pracownikom miasteczka, najczęściej młodym czarodziejom z ubogich rodzin, często mugolskiego pochodzenia bądź też inspirujących się mugolskimi kontrkulturami... Opracowali nawet sprawdzającą się taktykę - w przerwie lunchowej wypoczywają na pobliskiej plaży i uwodzą mniej rozważne panny krwi czystej czy też szlachetnej. Wszak im większa ryba, tym lepiej!


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   02.08.17 19:54

To był maj1 maja 1956 roku
Postać A: To działo się w nocy, z kwietnia na maj. Usłyszałeś krzyk, przypominało to starą, silną szyszymorę. Początkowo nie rozumiałeś, lecz chwilę potem rozumieć przestałeś - krzyk był tak głośny, że odebrał ci jasność umysłu. Przeszył twoje ciało na wskroś, zmusił do przysłonięcia uszu dłońmi, wygiął twoje ciało i rzucił na kolana. Z twojego nosa zaczęła sączyć się krew, czułeś, że twoja czaszka zaraz eksploduje. Nie mogłeś się poruszyć, ogarnął cię obezwładniający paraliż, aż w końcu straciłeś przytomność. Obudziłeś się zalany krwią, daleko od miejsca, w którym to wszystko się wydarzyło.
Obrażenia: psychiczne (100) od czarnej magii, osłabienie

Postać B: W nocy, z ostatniego dnia kwietnia na maj, niespodziewanie poczułeś przeraźliwy ból głowy; nagły, rwący, tak silny, że powalił cię na kolana. Nagle obraz przed twoimi oczyma zaszedł jasną, śnieżną bielą, która całkowicie cię oślepiła. Nic nie widzisz. Potrzebujesz eliksiru, który przywróci ci wzrok - i czasu, żeby przyzwyczaić się do otaczającej cię mgły. Zapachy wokół przestały być znajome, prawdopodobnie nie znajdowałeś się już w swoim domu. Nie miałeś jednak pojęcia, co się stało, ani gdzie mogłeś się znajdować.
Obrażenia: utrata wzroku


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (20)
5 (26)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   07.08.17 16:35

Na ścieżkę wydeptaną przez mieszkańców lasu niedaleko spadła szyszka, po zboczu stoczyły się małe kamyki. Na chwilę zapadła gęsta, martwa cisza. Patrzyli na siebie - człowiek i wilk. Otworzył szerzej pysk, a ciepła jeszcze dłoń z wygłuszonym odgłosem upadła na ściółkę. Cały czas warcząc gdzieś w środku, zaczął podchodzić do opartego o drzewo czarodzieja, nie spuszczając z niego wzroku. Gdy był praktycznie tuż przed nim, stanął. Ale tylko na sekundę. Błyskawicznie wbił zęby w odsłoniętą szyję. Raz. Potem drugi. A potem jeszcze trzeci. Oddychał ciężko, słysząc swój ciężki, charkoczący niemal bulgoczący oddech. Wdech wydech. Serce pracowało mu jak szalone, a żądza krwi uderzyła do głowy. Wspomnienia ostatnich miesięcy przeleciały mu przed oczami jak obrazy dawnych chwil. Tych prawie zapomnianych i tych całkiem świeżych. Twarze osób. Niektóre uśmiechnięte, inne zimne i niedostępne. Zawiedzione. Kłamca… Manipulant. Morderca. Jej głos odbijał mu się w głowie jeszcze na długo po tym jak krzyki ucichły.

Morgoth wędrował jeszcze jakiś czas z daleka od miejsca, w którym zostawił zwłoki Barry'ego Weasleya, gdzie miały go rozszarpać dzikie zwierzęta. Szedł przed siebie w jakimś dziwnym transie, pozwalając, by pustka szalała w jego umyśle. Zdawało mu się, że nawet las dokoła niego umilkł, gdy nie już pod postacią wielkiego, czarnego wilka, ale człowieka wędrował przed siebie nieprzytomnym spojrzeniem, patrząc w przód. Krok za krokiem zbliżał go do celu, o którym nie miał pojęcia. Po prostu trwał w swojej wędrówce niczym otumaniony lub zaklęty. Nie miał pojęcia, co miało się zaraz wydarzyć, ale nie zmieniłby przez to kierunku. Nie zatrzymałby się ani tym bardziej nie zaczął uciekać. Yaxley był wyczerpany i przez to też czuł się pusty w środku. Nie wiedział jak długo nie zatrzymywał się, gdy w pewnym momencie poczuł oszałamiający ból głowy, który zmusił go, by upadł na kolana na zimną, pokrytą liśćmi ziemię. Próbował się podeprzeć dłonią, jednak pisk i wzrastające napięcie nie pozwalało mu oderwać dłoni od skroni. Nie wiedział czy krzyczał, czy cokolwiek dookoła niego uległo zmianie. Wszystko skończyło się równie szybko, co zaczęło, ale nic nie było już takie same. Próbował otworzyć oczy, ale jedyne co widział przed sobą to jasność i biel tak okrutną, że chciał przed nią uciec, ale nie dało się. Odurzenie było coraz dłuższe i to właśnie wtedy kiedy próbował z tym walczyć. Walczył zbyt ciężko i wiedział o tym. Potem wszystko ucichło. Wszystko działo się wewnątrz jego umysłu. Płomień jego oczu zgasł tak nagle, jakby ktoś nacisnął wyłącznik. Ból także już minął. Czuł jedynie tak silnie pulsującą krew w mózgu, że niemal rozsadzała jego głowę. Ale to było uspokajające. To było bezbolesne. To była ulga podczas tonięcia. Mógł myśleć. Oślepł, ale nie stracił umysłu. Bo tylko ci, którzy przestawali myśleć, umierali. Musiał zebrać wszystkie informacje o tym, co działo się dookoła. Nie mógł już tego zobaczyć, ale miał jeszcze słuch, węch i dotyk. Morgoth wysunął dłonie w przód, chcąc dotknąć ziemi i podnieść się, ale szybko cofnął je, gdy nie natrafił na liście. Nie natrafił również na mokrą ziemię. Dotykał piasku, sypkiego i suchego. Chłodnego, ale niespotykanego w lasach. Zmarszczył brwi i zaczął powoli badać dłońmi teren dookoła. Wszędzie piach, a odgłosy również były inne - wydawało mu się, że słyszał krzyki mew i delikatny szum fal. Był nad brzegiem morza? Ale jak? Jak się tu znalazł? Nie zamierzał poddawać się uczuciu paniki tak mu nieznanej i niepożądanej. Musiał myśleć, bo nikt inny nie miał zamiaru za niego tego robić. Przez sekundę przebiegło mu coś przez myśl. Coś absurdalnego, ale niewiadomego. Czy to była kara za to co zrobił Weasleyowi? Szybko jednak wyzbył się tego i skupił na faktach. Musiał wstać i zaczął się orientować.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
John Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3850-john-jeffrey-carter#72069 http://www.morsmordre.net/t4560-poczta-johnnego#97455 http://www.morsmordre.net/t3939-johnny http://www.morsmordre.net/f158-baker-street-3-12 http://www.morsmordre.net/t3911-john-carter
Barman i właściciel pubu "Pod Wypatroszonym Zającem"
51
Półkrwi
Kawaler
"Sooner or later, the past is going to catch up to you like it always does. You know what happens then? People die. Baby, the people closest to you die."
0
6
0
0
25
0
7
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   30.08.17 0:05

Mega, mega cię przepraszam Morgo Embarassed Przeprowadzka mnie przerosła.

Zasnął. Zasnął z głową na barze przytulając do blatu swój policzek odciskając na nim wielki czerwony ślad. Taki widok nie był raczej niczym niezwykłym. Nie miał w domu nikogo kto by na niego czekał. Żony, dzieci, czy nawet zwierzaka. Chomikiem nawet nie byłby w stanie się zająć, a co dopiero rodziną. Myślenie w ten sposób było wygodne. Nikt niczego od niego nie chciał, nikt niczego nie oczekiwał. Samotność dawała wolność, której ten tak bardzo pragnął. Wolność... przysypianie w swoim własnym barze właśnie nią było? Zapewne tak.
Uniósł głowę ze zdezorientowaniem rozglądając się naokoło. Dziś nie było zbyt wielu klientów. Ba! Nie było ich niemal wcale, więc uznał, że zamknie wcześniej... i tak już tu został. Potarł kilkukrotnie dłonią swój zarost ziewając. Chyba powinien wrócić już do domu. Powinien... ale chęci na to nie mógł w sobie w żaden sposób znaleźć. Jak się miało okazać nie miało być mu dane zbyt prędko wrócić do swojego małego mieszkanka.
Otaczającą go ciszę przerwał krzyk. Niezwykle głośny, przeszywający, sprawiający wrażenie jakby zaraz miały mu popękać bębenki w uszach. Co ciekawe, krzyk wcale nie ustawał, a z każdą sekundą coraz bardziej się nasilał. Wstał naglę z krzesła rozglądając się na wszystkie strony szukając rozpaczliwie źródła hałasu. Nie widział nic niepokojącego, a przynajmniej tak mu się własnie wydawało. Krzyk nabierał na sile, zupełnie zresztą jak i przeraźliwy ból głowy jaki za sobą niósł. W geście obronnym zakrył swe uszy dłońmi, lecz krzyk nie zelżał nawet o tonę. Nie mógł już myśleć, nie mógł się już rozglądać, bo przez ból widział przed sobą jedynie czarne mroczki. Z głośnym jękiem na ustach opadł na kolana wyginając swe ciało w nienaturalny sposób, a następnie zaczynając kiwać się w przód i w tył błagając jedynie, aby krzyk ustał. Nie mógł już wytrzymać. Ból głowy był nie do zniesienia. Gdyby jego świadomość mogła skupić się na czymś innym, prócz przeszywającego bólu mógłby poczuć sączącą się z jego nosa krew. Istniał tylko ból. Nie zorientował się nawet, w którym momencie przestał się poruszać, gdyż nie mógł już zmusić do jakiegokolwiek ruchu. Ból ustał zastąpiony ciemnością.
Tym razem otwarcie przez niego oczu było sto razy trudniejsze. To nie był sen. Nie obudził się zdezorientowany w Zajączku z głową na blacie. Nie... Obudził się zdezorientowany na ziemi, będąc całym we krwi, w nieznanym miejscu. Na zmianę otwierał i zamykał oczy próbując zorientować się w sytuacji. Z cichym westchnieniem ulgi przyjął fakt, iż ból minął. Niepewnie rozglądnął się dookoła orientując się, że nie leżał na ziemi, tak jak wcześniej mu się wydawało, a na piasku. Nie znał tego miejsca, ale atrakcje znajdujące się kilkanaście metrów od niego upewniły go w tym, iż jest to jakiegoś rodzaju lunapark. Tylko co on tu właściwie robił i jak tu się w ogóle dostał?
Czuł się osłabiony. Szum morza nie koił jego skołatanych nerwów, a brak sił wcale go nie pocieszał. Co do cholery się właśnie wydarzyło? Chciałby znać odpowiedź na to pytanie. Podpierając się wstał na chwiejne nogi zauważając, że dokonał tego z niemałym trudem. Jak się tu właściwie dostał? Teleportacja? Na pewno nie za jego przyzwoleniem. I co miał właściwie znaczyć ten cały krzyk, ból, utrata przytomności. Odepchnął te pytania na dalszy plan zauważając postać znajdującą się nie tak daleko od niego. Nie był w stanie z tej odległości stwierdzić nic poza tym, że definitywnie był to mężczyzna i wyglądał on na równie zdezorientowanego jak i on sam.
- Hej! - Krzyknął starając się zwrócić jego uwagę na siebie.
- Wszystko w porządku? - Zapytał chwiejnie idąc w kierunku mężczyzny, który wyglądał jakby nic nie było w porządku.

140/240; kara: -20


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (20)
5 (26)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   01.09.17 17:22

Oddychał. Myślał. Odczuwał. Nie mógł przestać zbierać informacji o tym, gdzie się znajdował. Pierwszym zmysłem nic nie wskórał. Panująca ciemność nie była jedynie wynikiem braku odpowiedniego światła, a odebrania mu tymczasowo tej umiejętności. Przyspieszył mu oddech, zastanawiając się czy było to długotrwałe, ale nie mógł dać ponieść się emocjom. Musiał myśleć, nie powinien przestawać. Dalej... Słuch. Dochodził do niego szum fal, które równomiernie posuwały się po brzegu i znów wracały. Poza tym nic. A więc znajdował się gdzieś z dala od ludzkich domów nad wodą. Chociaż z tym pierwszym osądem nie powinien był się spieszyć. Ostatnie co zapamiętał to noc. Możliwe że wciąż trwała, a przynajmniej tak mu się wydawało. Do tego prowadził również kolejny zmysł - dotyk. Na skórze czuł zimne powiewy charakterystyczne dla godzin wieczornych i nocnych, co upewniało go, że nie minęło tak wiele czasu od ów skoku. Klęczał na piasku plaży. Nie odczuwał na swoim ciele żadnej bolączki, więc prócz wzroku był sprawny. Czy powinien był się zmienić i pozwolić, by zaprowadził go węch? Gdzieś gdzie mogło być bezpiecznie? Na pewno nie był w Fenland. Tam nie było plaż. Jako człowiek nie za wiele mógł zdziałać pod zmysłem węchu, jednak jeszcze się wstrzymał. Musiał się upewnić, że mógł to zrobić. I jego zapobiegliwość znowu go ocaliła. Znieruchomiał słysząc jakieś poruszenie niedaleko siebie. I nie mylił się. Zaraz rozległ się jakiś głos, w którego stronę się nie odwrócił. Z tego co pamiętał wciąż panowała noc, ale nie zamierzał pozwolić, by tamten dostrzegł jego twarz. Nic nie widział, jednak drugą osobą musiał być starszy mężczyzna, sądząc po tonie. Nie podobało mu się to, jednak nie mógł dać się w żaden sposób przestraszyć. Nie mógł też postępować pochopnie, bo to prowadziło do błędów, a nie było go na nie stać. Nie odpowiedział jeszcze, analizując wszystko za i przeciw swoim pomysłom działania. Jednak musiał działać szybko i bez zbędnego zastanowienia. Pomimo braku zmysłu wzroku wciąż pozostawał mu słuch. Nie był w stanie walczyć. Pod postacią człowieka nie było to bezpieczne, szczególnie, że dodatkowo nękała go Klątwa Ondyny. Jako wilk miał nie tylko słuch, ale również i węch. O wzmocnionej sile i zwinności nie wspominając. Miał zdecydowanie większe szanse, jednak nigdy nie podejmował nigdy niczego pochopnie. Co jeśli mężczyźnie udałoby się zbiec i zapamiętałby jego twarz? Co gdyby wiedział, że jest animagiem? Nie. Nie mógł sobie na to pozwolić. Rezygnacja z tego pomysłu była koniecznością, ale Yaxley nie zamierzał podejmować zbędnego ryzyka. Nie, gdy stawka była tak wysoka. Mimo wszystko ścisnął mocniej różdżkę schowaną w rękawie płaszcza, będąc przygotowanym na każdą ewentualność. Gdy będzie musiał... Dopiero wtedy odwrócił się w stronę tamtego głosu.
- Stój - warknął, nie chcąc by tamten podchodził. - Co tu robisz? - rzucił zaraz, nie zamierzając pytać naiwnie co to było za miejsce. Mógł się jedynie zdradzić tym, że nie widział i stracić grunt, który miał pod nogami. Nie. Nie mógł do tego dopuścić. Zdawało mu się, że to samo zwierzę, które niedawno miażdżyło gardło Weasleya, czaiło się w środku. A zranione tym bardziej było niebezpieczne.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 14:51

Waldo niespiesznie przemierzał ścieżynki, które prowadziły go od jednej atrakcji do kolejnej. Przyglądał im się bez większego zainteresowania, co jakiś czas pomrukując coś do siebie na temat stanu w jakim się znajdowały. Jego życie przepełniała rutyna - lepka, ciężka, szara nuda, oblepiająca zarówno jego sferę prywatną jak i zawodową. Lata jego młodości były upstrzone pasmem porażek, a teraz, kończąc sześćdziesiąt lat zbierał ich żniwo. Nieudane małżeństwo, nieudana kariera aurora, niespełnione marzenia, szanse, po które nie sięgnął, ponieważ był zbyt leniwy. To jedno mu zostało. Zawsze, gdy się odwracał, widział odbicie swoich złych wyborów, krążyły one za nim niczym uparte upiory i nie dawały mu spokoju. Kiedy szedł, podpierając się swoją dębową laską, tak bardzo przypominającą tę, którą niegdyś groził mu dziadek Willoughby, wydawało mu się, że z każdym stuknięciem o ziemię trochę je przepędzał, oddalał moment swojego końca. Przeczuwał, iż nadejdzie dzień, gdy nie będzie potrafił im się oprzeć, kieliszek nie wystarczy, a własna beznadzieja go pożre, pochłonie, wszyscy o nim zapomną. Nie był myślicielem, lecz tyle rozumiał. Uważał nawet, że to dość zabawne. Wszyscy brali go za miłego dozorcę, nikt nie potrafił dostrzec - nikt nawet się nie starał - co go trapiło od wewnątrz. Odgłos kroków, stuknięcie jego trzeciej nogi, i w tył, i w przód o dwa, coraz bliżej do jego dekadencji. Tik, tak, moi drodzy.
Dzisiejszy wieczór, a raczej już noc, nie zapowiadały niczego niezwykłego. Owszem, zdarzało mu się wpadać na dzieciaki, szukające prywatności i zastrzyku ekscytacji, na bezdomnych, urządzających sobie kąt w domu strachów i prawdę mówiąc, czasami przymykał już na to oko. Może bał się, że jego magia osłabła albo zwyczajnie nie chciał sobie psuć nerwów, które i tak były w strzępach. Lubił ten okres przed otwarciem lunaparku. Nie było tłumów, jaskrawych świateł, kolejek, przeraźliwych dźwięków. Był sam, był królem tego rozpadającego się interesu, mógł udawać, że jest nieśmiertelnym strażnikiem, panującym poza czasem. Niestety nadeszła już wiosna i trzeba było się przygotować na kolejny sezon.
Pogładził się właśnie po długiej brodzie, kierując kroki do miejsca, w którym zwykł urządzać sobie przerwę na przekąskę, ale - któż by pomyślał - ktoś go w tym ubiegł. Dostrzegł męską sylwetkę, pochylającą się nad czymś... nie, nad kimś! Zmarszczył brwi niespokojnie i pewnym krokiem ruszył ku nieznajomym.
- Panowie, proszę to robić gdzie indziej - zwrócił się do nich surowym tonem. Nie! Nie będzie żadnych bójek na jego warcie. Jeszcze zniszczą jedyne miejsce, które mógł znieść w tym przeklętym wesołym miasteczku.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (20)
5 (26)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 15:16

Zrezygnował ze swojego zamiaru zmiany w wilka i tym samym starać się jakoś pozbyć się tego mężczyzny. Nie znał go i nie było to też możliwe, by w jakikolwiek sposób był czarodziejem urodzonym w szlachetnej rodzinie. Morgoth nie miał przyjemności lub nieprzyjemności poznawać wszystkich arystokratów, ale na pewno zachowywali się inaczej, a sam zapach mężczyzny, który do niego dotarł cuchnął gorzałą i dymem. I zdecydowanie nie był to alkohol wysokiej jakości. Yaxley nie wiedział czy byli sami, a atakowanie kogoś przy świadkach zdecydowanie nie była rozsądna. Nie teraz. Nie w takim momencie. Nie, gdy mogło mieć to dla niego katastrofalne skutki. Nic nie widział, więc lepiej było się utrzymać w tej postaci i nie przyciągać niczyjej uwagi. Tamten najwyraźniej stracił przytomność lub zrezygnował z dalszych pytań, Morgoth nie słyszał, żeby się poruszał, ale nie obchodziło go to. W pewnym momencie wydawało mu się, że gdzieś w oddali rozległo się poruszenie, chociaż równocześnie mógł to być wiatr poruszający jakimiś nadbrzeżnymi atrakcjami. Później, im dłużej się wsłuchiwał, tym mocniej upewniał się w przekonaniu, że nie były to odgłosy natury, a nadchodzącego człowieka. I nie mylił się, bo po chwili rozległo się jakieś zachrypnięte wołanie, które wyszło im naprzeciw. Yaxley nie wiedział czy powinien był się cieszyć, czy może martwić, ale nie miało to znaczenia. Na razie nikt go nie atakował - można było to uznać za dobry omen, chociaż brak wzroku wciąż mu dokuczał. Morgoth ruszył w stronę usłyszanego drugiego głosu, który wydawał mu się należeć do starszego człowieka. Ale nie takiego jak ten za nim. Ten był o wiele starszy i drżący, ale zdecydowany.
- Gdzie ja jestem? - spytał głucho, potykając się o lekkie wzniesienie i zsuwając się co kawałek na sypkim piasku. Miał nadzieję, że spotkał czarodzieja, a nie mugola. Czarodzieja, który mógłby mu powiedzieć, co się działo, gdzie się znajdował i pomógł uwolnić się z tego przeklętego miejsca raz na zawsze. Sieć Fiuu byłaby idealnym rozwiązaniem, chociaż bez niej również mógłby sobie jakoś poradzić... Jakoś. Jakkolwiek byle tylko zniknąć stąd i odzyskać wzrok. W pewnym momencie nie wyczuł w odpowiednim momencie wystającego kamienia, o który zahaczył. Warknął, gdy mocno upadł na ziemię, uderzając policzkiem w chłodne drobiny plaży. Musiał wypluć ich część, gdy dostały się do ust, jednak poruszanie się na oślep nie było czymś do czego przywykł. Z chęcią by zaklął, gdyby przeklinał. Zamiast tego zaczął podnosić się z piachu i otrzepywać tam, gdzie wiedział, że wciąż została ziemia. Miał nadzieję, że w tym czasie starszy mężczyzna podszedł do niego na tyle, by zrozumieć, że ma do czynienia ze ślepcem.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 16:01

Im bliżej podchodził do przyuważonych postaci, tym bardziej zastanawiał się czy to na pewno dobry moment na spełnienie się jako dozorca. Miał w kieszeni swą wierną różdżkę, lecz nie był prawdziwym stróżem ani ochroniarzem. Właściwie to wolał spokojną papierkową robotę, zgłaszanie usterek i pilnowanie swojego nosa. Było jednak za późno. Dał im znać o swojej obecności - wcale się z tym nie krył, poza tym sylwetkę miał raczej tęgą - więc trzeba było doprowadzić sprawę do końca.
No dobrze, dobrze, być może trochę opacznie ocenił całą tę sytuację. Nie było wysuniętych różdżek ani agresywnych obelg rzucanych jeden na drugiego, a jednak coś złowieszczego krążyło w powietrzu, cała atmosfera była przesycona mrokiem i wrogością, której nie potrafił umiejscowić. Spoglądając na to z mniejszego dystansu, poprawił okulary i próbował najpierw na własną rękę określić, co też go czekało. Miał wielką ochotę na swoją kanapkę, nastawił się już na chwilę odpoczynku, a tu kolejny kłopot, z którym pan Waldo musi sobie dać radę. Zmieniając trochę perspektywę zdołał zanotować, że chuliganami byli mężczyźni. Jeden młodszy, drugi starszy, obaj wyglądający jakby wieczór spędzili w jakimś pubie, nawet zapach powietrza był przesiąknięty alkoholem. Zacisnął szczękę z pewną irytacją, nikogo nie będzie stąd wynosił, niech sami guzdrają się tam, skąd przyszli. Zanim zdążył to powiedzieć, ciemnowłosy nieznajomy zaczął iść w jego stronę, ale najwyraźniej proste stawianie kroków sprawiało mu wielką trudność.
- Panie! Proszę się do mnie nie zbliżać - wykrzyknął mimo wszystko, przesuwając się nieco w lewo, gdzie stała samotna lampa naftowa. Miał nadzieję ją zapalić, jednakże w ostatniej chwili stwierdził, że lepiej jak będzie jeszcze jakiś czas miał oko na obcych, bo choć wyglądali na pijanych, nie mógł być przesadnie ostrożny.
- Ma pan tam kamień! - dodał jeszcze, niestety po fakcie, więc zdążył zaobserwować jak młodzieniec potyka się i zagłębia się w piasku. Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym podszedł do niego, wyciągając dłoń w jego stronę i opierając drogą rękę na swojej lasce. - Pan jest ślepy czy co? - burknął zniecierpliwionym tonem, pochylając się ku niemu aż poczuł, że kosmyk jego brody wplątuje mu się w górny guzik jego marynarki. Przeklął pod nosem, mając dodać, że musiała to być całkiem spora okazja do świętowania, skoro młody nie wie, gdzie się znajduje. Wtem poczuł się trochę nieswojo, jakby coś było nie tak. Jego jasnobłękitne tęczówki naznaczone wiekiem lustrowały w skupieniu twarz tamtego i z pewną dozą zdziwienia musiał przyznać, że może rzeczywiście miał do czynienia z kimś, kto nie widział. Odchrząknął, pragnąc pogrzebać wspomnienie swych poprzednich słów.
- Jesteśmy w Lunaparku. Cliodna, drogi panie. Czy wszystko w porządku? Czy on - tu wskazał na drugiego mężczyznę - coś panu zrobił?




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (20)
5 (26)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 16:30

Jeśli starszy człowiek miał mu pomóc wydostać się z tego całego zamieszania, z wielką chęcią przyjąłby każde zgorzkniałe słowo skierowane w jego stronę. Nigdy nie przejmował się tym, co inni o nim mówili, dlatego nie stanowiło to wielkiego problemu. Chciał jedynie stąd zniknąć. Wiedział już tyle, że nie był w Fenland, ale w Anglii, bo akcent przybyłego mężczyzny wyraźnie o tym świadczył. Nie był żadnym Szkotem, Irlandczykiem, Walijczykiem. Nie. To wciąż była Anglia, a on nie potrafił pojąć jak się to wszystko wydarzyło i jakim cudem z głębi lasu przeniósł się tutaj - na pustkowie z daleka od wysokich drzew i odgłosów zwierząt nocy. Wydawało mu się, że krzyk Weasleya był jakby z innego życia, dawno zapomnianego snu, ale równocześnie bardzo prawdziwy, mocny i trwały. Podobnie jak wycie zbliżających się wilków, które miały rozpocząć to, co zaczął Yaxley. Dlaczego stało się to, co się stało? Nie miał to większego znaczenia, a przynajmniej nie w tym momencie. Morgoth miał się nad tym zastanawiać jeszcze później, wspominając krok po kroku swój gniew, który obudził się w nim razem z pozbawieniem go zdobyczy. To Weasley stał mu na drodze do osiągnięcia satysfakcji i musiał za to zapłacić. Gdyby martwi potrafili nieść opowieści, zapewne Barry miałby wiele do opowiedzenia. Na jego nieszczęście jedyne co po nim zostało, właśnie było rozszarpywane przez wygłodniałe wilki, które przyciągnęły krzyki jak i zapach krwi. Wtedy jeszcze widział, a nie był ograniczony przez jakiś urok, który zasłonił mu widok na świat i frustrował tą bezczynnością.
- Tak - warknął pod nosem, podnosząc się z ziemi, gdy człowiek wspomniał o kamieniu. Cóż... Trafił na niego, aż za dobrze. Nie mógł widzieć wyciągniętej w jego stronę dłoni ani nawet ciemnego, ledwo widocznego zarysu czyjegoś ciała. Ślepy los, skrzywił się lekko, gdy podobna myśl przemknęła mu przez głowę. Zignorował dość ironiczne pytanie tamtego, wiedząc, że nie chciał źle, ale przypomnienie Morgothowi o jego sytuacji wcale nie czyniło jego stanu lepszym. Mimo wszystko odetchnął, gdy dowiedział się, gdzie się znajduje. A więc dobrze dedukował! Anglia, Cliodna, w której znajdował się magiczny lunapark, a zatem to musiała być jego plaża. Chyba był tu kiedyś z małą Inarą, gdy zabrał ich Adrien. Słysząc słowa starca pokręcił głową. - Nie znam go - odparł pokrótce, dziękując w duchu Merlinowi, że trafił na miejsce związane z magią. Widać było na jego spiętej twarzy pewne rozluźnienie. - Muszę dostać się do Munga - oznajmił, podnosząc głowę i blade spojrzenie w górę jakby starając się odszukać i zlokalizować przez słuch położenie starca. Błądził więc oczami w prawo i w lewo, nie wiedząc, gdzie je zatrzymać. W końcu jednak odwrócił twarz, nie chcąc wprawiać nikogo w zakłopotanie. Wiedział, że przebywanie z kimś niewidomym było niezręczne. Nie śmiał prosić na pomoc, ale był wdzięczny za to, że mężczyzna nie wyrzucił go zaklęciem gdzieś w ciemność nocy, a zaoferował wsparcie.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 18:54

To nie tak sobie wyobrażał swoją wartę, acz nie mógł w sumie narzekać. Co prawda te dziwne przebłyski na niebie, które zaczęły się pokazywać kilka godzin wcześniej trochę go niepokoiły i nie mógł wyzbyć się odczucia, że coś prawdziwie złego się nadchodzi, ale nie mógł nic poradzić na to, że właściwie odetchnął z ulgą, uświadamiając sobie z kim ma do czynienia. To znaczy, tak mu się wydawało. Młody chłopak, do tego niewidomy, trafił tu przypadkiem - no, mogło być gorzej! Nie żeby Waldo wierzył w przypadki, na to był za stary i za dobrze poznał już ten świat. Jego jednak najbardziej interesował własny interes, własne bezpieczeństwo i komfort. Najlepiej pozbyć się nieznajomych szybko, sprawnie, zanim ktoś inny ich zauważy, trzeba będzie ich przesłuchać, spisać raport, tak dalej.
Zerknął na drugiego mężczyznę. Wydawał się na razie nieszkodliwy, więc powrócił spojrzeniem na tego niewidomego. Westchnął przeciągle. Coś w jego sylwetce przypominało mu jego syna, który co prawda teraz dobiegał już czterdziestki, lecz pozostał na zawsze w jego pamięci jako dwudziestolatek. Ta rama realizacja sprawiła, że poczuł się nagle taki stary, bezbronny, aż musiał unieść wzrok i skupić się na powrocie do rzeczywistości. Mijały dni, miesiące, życie uciekło mu przez palce. To nie był na to czas.
- Dobrze, dobrze - mruknął dość ochryple, zapewniając sam siebie, że podjął prawidłową decyzję. Uśmiechnął się przepraszająco, jego mięśnie z trudem drgnęły, a przecież i tak chłopak nie mógł zobaczyć efektów. Mimo to, złapał go za ramię, chcąc pomóc mu się podnieść. Wyglądało na to, iż nie był w najgorszym stanie. Może trochę się ubrudził, lekko obił przed momentem, lecz nie potrafił dostrzec większych ran czy zadrapań. Oczywiście, było dość ciemno, tylko wątłe światło dobiegało z kanciapy woźnych, było możliwe, że jakieś obrażenia kryły się jeszcze pod jego ubraniem. - Dasz radę iść? - zapytał go krótko, wynajdując w sobie siłę, by w razie czego młodzieniec mógł się na nim oprzeć. - Tylko nie rób mi kłopotów, a zabiorę cię, gdzie trzeba - dokończył, klepiąc go po przyjacielsku po barkach. Po namyśle, nie najlepsza decyzja, jeśli znajdowały się tam siniaki. W razie czego, pod nosem wyszeptał przeprosiny.
Musieli najpierw przejść kawałek po niewygodnym piasku, później skierować się w lewą alejkę i minąć dwie kolejne atrakcje. Przez całą drogę instruował go, podpowiadał gdzie stawiać stopy, choć w jego głosie ani razu nie pojawiła się nuta sympatii. Wykonywał zadanie, musiał jeszcze wrócić po drugiego mężczyznę.
W końcu dotarli do budynku zarządu. Otworzył go swoim kluczem i raz dwa znaleźli się przed kominkiem.
- No, chłopcze, do widzenia! - Sypnął do środka trochę proszku Fiuu, zielone płomienie buchnęły. - Szpital św. Munga - wypowiedział ze spokojem, wiedząc, że już zaraz będzie po wszystkim.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#110829
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (20)
5 (26)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczny Lunapark   11.09.17 19:11

Morgoth nie widział przebłysków, nie widział burzy, nie słyszał krzyków i nie wiedział, co się wydarzyło. Nie miał pojęcia jaka siła wyrwała go ze środku lasu i wyrzuciła gdzieś daleko poza granice rozsądku. Mógłby podpytać tego mężczyznę, co się wydarzyło, jednak nie sądził, by wiedział coś więcej od niego samego. Sam zdziwił się, że na jego plaży znajdowały się dwie obce mu osoby. Gdyby miał pojęcie jakiekolwiek o wydarzeniach z tej nocy, na pewno by się nimi podzielił. Tacy byli ludzie, a w jakiś sposób podejrzewał, że stary dozorca nie różnił się niczym specjalnym. Wydawał się być dobrym człowiekiem, który nie lubił kłopotów, preferując spokój i ciszę. I Yaxley się z nim zgadzał. Z chęcią nawet by mu pomógł tę ciszę i spokój utrzymać. Nie mógł zobaczyć uśmiechu starca, jednak gdy poczuł jego uściska na ramieniu podniósł się bez większych przeszkód. W końcu nie miał żadnych większych ran spowodowanych teleportacją. Mógł sam chodzić. Potrzebował jedynie przewodnika, który mu się trafił. O tamtym mężczyźnie niemal zapomniał, bo wciąż się nie poruszał ani nic nie mówił. Czyżby stracił przytomność? Nawet lepiej. Im mniej spojrzeń trafiało na sylwetkę młodego lorda tym lepiej. Nie potrzebował rozgłosu o tym, że wylądował brudny i do tego ślepy na nieznanym sobie terytorium. Nie. Ale teraz potrzebował odzyskać wzrok, a później szybko dowiedzieć się czy z jego rodziną wszystko było dobrze. Matka, Leia, ojciec. Mieszkańcy Yaxley's Hall. Czy i oni dali się wyrwać nieznanej sile? Oby nie. Serce zabiło mu szybciej na samą myśl, choć starał się nie dawać ponieść rosnącemu niepokojowi. Na szczęście w porę wyrwał go z tej zadumy czarodziej.
- Tak - odpowiedział, gdy usłyszał pytanie o to czy będzie mógł iść. Żeby nie męczyć za bardzo starca, położył mu jedynie dłoń na ramieniu, pozwalając się zaprowadzić tam, gdzie miał nadzieję znajdował się kominek. Musiał zaufać człowiekowi, że ten chce mu pomóc i może było to naiwne, ale w razie czego Morgoth wciąż miał różdżkę. Nie zamierzał jej jednak używać. Chyba że w nagłych przypadkach, a ten takowym nie był. A przynajmniej na razie. Nie odpowiedział na słowa o kłopotach - akurat tego nie zamierzał robić. Nie był na tyle głupi, zresztą nie widział. Co mógł zrobić? Uśmiechnął się niemrawo i prawie niezauważenie, gdy staruszek poklepał go po ramieniu. Zaczęła się ta gorsza część. Parę razy się potykał, ale nie przewracał, słuchając głosu przewodnika i wyobrażając sobie trud człowieka niewidomego. Koniec końców usłyszał odetchnięcie mężczyzny, a zaraz potem pożegnanie. - Dziękuję - zdołał jedynie powiedzieć, nim słowa o Świętym Mungu rozległy się dookoła, a on poczuł ciepło płomieni na skórze.

|zt Morgo i lusterko




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
 

Magiczny Lunapark

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Magiczny klub Rozing
» Magiczny kanał od wioski
» London Lunapark
» Magiczny Urząd Stanu Cywilnego Ministerstwa Magii
» Wesołe miasteczko - Lunapark

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Cliodna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17