Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kajuta kapitana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kajuta kapitana   13.01.18 17:52

Kajuta kapitana

Miejsce dowodzenia statkiem jest urządzone w skromny, nieekspresyjny sposób. Z ciężkim mahoniowym biurkiem i dwoma krzesłami mógłby uchodzić za pusty, gdyby nie półki po dwóch stronach z niezliczoną ilością książek, map, busol, mosiężnych sekstantów i lunet. Podobnie jak reszta załogi kapitan sypia na podwieszonym pod sufitem hamaku lub bardziej stabilnej pryczy.
Kapitanem statku jest Calhoun Goyle.


Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   13.01.18 21:23

31 maja

Rozbite lustro przynosiło ponoć siedem lat nieszczęścia, jednak Caley szybko odjęła z tego zabobonu poprzednie dwa, wychodziło więc na to, że czeka ją jeszcze pięć lat mizerności, by w końcu…
W jedynym ocalałym kawałku szkła, który ostał się w ramie, dojrzała własny kpiący uśmiech i twarz zabrudzoną rozmazanym tuszem do rzęs. Płakała z wściekłości, bezsilności i frustracji, a były to uczucia tak silne, że targały nią całą do tego stopnia, że nie zawahała się rzucić szkatułką pełną błyskotek w lustro, w którym dojrzała swoje odbicie i znienawidziła je w ułamku sekundy. Pierścionki i kolczyki rozsypały się po miękkim dywanie i zimnej posadzce, a Caley nie przejmowała się szkłem leżącym na podłodze i po kolei zrzucała z siebie ubrania, włącznie z obuwiem. Marzyła o tym, by pechowy wieczór się już skończył, by sromotna przegrana, jaką odniosła w kasynie odeszła w zapomnienie, jednak nie musiała być wcale zaznajomiona z magią umysłu żeby wiedzieć, że porażki uwielbiają powracać we wspomnieniach ze zdwojoną siłą. To dlatego ostatnio rozpamiętywała wszystkie spotkania z Calhounem od momentu, w którym ten ponownie postawił stopę na ladzie po swojej długiej nieobecności.
Zasnęła wreszcie, zmęczona rozpaczaniem, a obudziła się dopiero w południe następnego dnia tylko po to, by zasłonić zasłony swojej sypialni i dalej wegetować w łóżku, przykrywając nagie ciało drogą, satynową kołdrą. Robiła wszystko, by oczyścić umysł, chwytała się sztuczek, których w swoim czasie nienaumyślnie nauczył ją Cedrik, opierający się żonie na wspólnych treningach legilimencji. Na śniadanie zamówiła wino, obiad sobie darowała, a kolację złożoną z mętnej zupy zjadła wcześniej, tuż po podjęciu decyzji, że tego wieczoru również wybierze się poza mury numeru jedenastego przy Mansfield Road. I nie obchodził jej już ewentualny gniew męża; nie miała nic do stracenia, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Doprowadziła się do względnego porządku, lecz nie miała zamiaru dbać o siebie przesadnie, w końcu udawała się w miejsce, gdzie wygląd odgrywał trzeciorzędną rolę, a to osobowość i charakter otwierały drzwi i stwarzały możliwości. Nieodłączną już czarną pelerynę zarzuciła na skromną, butelkowozieloną suknię z gorsetem, nie traciła też czasu na upinanie włosów. Cenne minuty przeznaczyła na zabranie z barku męża pierwszej lepszej butelki z alkoholem oraz upewnienie się, że na pewno posiada przy sobie różdżkę, po czym bez słowa opuściła posiadłość Spencer-Moonów, teleportując się z cichym trzaskiem do miejsca, w którym ostatnio bywała coraz częściej.
Znajomy, słony zapach uderzył ją w nozdrza niemal natychmiast, a chłodne powietrze smagnęło po twarzy, nadając jej lekkich rumieńców. Jednak prawdziwie czerwona była w środku, mierząc się z wewnętrzną burzą emocji, chęcią wyjaśnienia sytuacji, zemsty, sprawiedliwości i Merlin tylko wiedział czego jeszcze. Poruszała się szybko, nie bacząc na stukot obcasów, który mógłby zwrócić na nią czyjąś uwagę. Niech ją widzą. Niech wiedzą, że Caley Goyle nie da sobą więcej pomiatać.
Odnalazła go od razu, bynajmniej nie dlatego, że był imponujących rozmiarów lub posiadał norweskojęzyczną załogę; Aegrisson może i wyglądał niepozornie, ale na jego widok człowiek był w stanie poczuć niepokojący chłód i chyba właśnie o to chodziło załodze. A tej nie było na pokładzie, rozlazła się bowiem po porcie, w poszukiwaniu gościnności w pobliskich spelunach lub między grubymi udami angielskich dziwek. Bursztynowy płyn w butelce trzymanej przez Caley stanowił łapówkę dla wartowników – nie mogła im dać nic, czego już nie posiadali, zamierzała jednak dopomóc w przytłumieniu się ich zmysłów, by nie mogli pilnować interesu i ładunku z taką samą czujnością, co na trzeźwo. Ich kapitana nie był w stanie upilnować nikt.
Księżyc odbijał się w wodach Tamizy, gdy Caley stawiała pierwsze kroki na kładce prowadzącej na pokład trójmasztowca. Dla każdego tu obecnego musiało być już jasne, że pod peleryną kryje się kobieta, a mimo to widząc jej twarz wartownik zawahał się z zadaniem ciosu z zaskoczenia, a ona odwdzięczyła się podaniem mu butelki i bez słowa ruszyła w stronę kajuty kapitana, do której drogę wyznaczała jej intuicja. Najwidoczniej wciąż była do Calhouna niebywale podobna, a członkowie jego załogi skojarzyli ją natychmiast.
Nie zawahała się przed otworzeniem drzwi kabiny, niezależnie od tego, co miała tam zastać. Puste pomieszczenie, jego w otoczeniu innych żeglarzy, debatujących nad nowymi wyprawami lub grającymi w kości? Pijącego rum w samotności, a może wijącego się w szarej pościeli z kolejną dziwką? Była przygotowana na wszystko, pchnęła więc drzwi i wkroczyła do skromnie urządzonej kajuty, od razu lokalizując jej głównego lokatora. Siedział na krześle i czytał jakąś księgę, a nogi miał niedbale zarzucone na mahoniowe biurko; sto procent Calhouna w Calhounie, brakowało tylko papierosa, ale jakiś niedopałek jeszcze żarzył się obok, skupiając na sobie uwagę kota, spokojnie trwającego przy swym panu. Zwierzę podniosło łeb, gdy tylko Caley pojawiła się w zasięgu jego instynktów i zmysłów.
Mało brakowało, a wtargnęłaby tu z wyciągniętą różdżką, jednak na razie na wierzchu miała jedynie swoją wściekłość i dumę.
- Jeśli zamierzasz mnie dalej tak traktować, lepiej od razu wracaj tam, skąd przypłynąłeś – nie była już obolałą, poobijaną wydmuszką, jaka przyczołgała się do niego kilka dni temu, błagając o ratunek. Przez te kilka dni traktowania jej jak powietrze i wreszcie przez wczorajszy wieczór, gdy wzbudził w niej zazdrość, jakiej nigdy nie czuła, obudziła się także ta strona jej osobowości, jaka od dwóch lat leżała stłamszona w zakamarkach jej świadomości. Obudziła się i była bardzo, bardzo wygłodniała.
Z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi i chociaż miała ochotę pozrzucać wszystkie księgi, busole i mapy na drewnianą podłogę, nie zrobiła tego. Jeszcze nie. Wpatrywała się jednak roziskrzonymi ze złości oczami w swojego brata, oczekując konfrontacji.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   13.01.18 22:24

Fenrir, choć traktowany jak zwierzę, nie był bezmyślną bestią, nie był punktem do pominięcia w historii. To jego czyny zmusiły, by wielki Tyr przyszedł do Odyna, Jednookiego boga wszechrzeczy. Słowa, które padły na spotkaniu dwójki legend niosły ze sobą ogromny niepokój i pragnienie wyszukania ratunku. Nikt nie był w stanie zapanować nad wilkiem - nikt poza Wszechojcem, jednak i jego pozycja była zagrożona, wszak zwierzę przestawało słuchać kogokolwiek. Odyn nie dał odpowiedzi, jednak nie oznaczało to, że miał zostawić sprawę rozszalałej bestii bez reakcji. W kuźniach Asgardu pracowano dzień i noc na rozkaz króla, który polecił swym rzemieślnikom dokonać niemożliwego. Mieli wynaleźć sposób na ujarzmienie Nieposkromionego. W potach, krwi i cierpieniu stworzyli go i nazwali Løding. Łańcuch miał uwiązać i powstrzymać dziecko Lokiego, a słysząc o dokonaniach Fenrira wszyscy bogowie zeszli się, by obserwować zmagania wielkiego wilka z samym Odynem.
– Czy to prawda, co mówią? Że twoje wycie powala góry, pragnienie osusza rzeki, krok trzęsie ziemią, a siła przezwycięży wszystko, co stworzyły niebiosa i ziemia? – zaczął Wszechojciec, łypiąc jednym okiem na czarny jak śmierć pysk wnuka. Ten mu nie odpowiedział, a jedynie zawarczał, aż pomniejsi i powięksi ze zgromadzonych poczuli uściski w żołądkach. Ich władca jednak nawet nie mrugnął. – Udowodnij! Wszyscy chcemy być świadkami twej potęgi!
I rzucił łańcuch przed łapy zwierzęcia, które potulnie czekało, aż olbrzymy zatańczyły dokoła niego i zacieśniły okowy tak mocno, że wbijały się w skórę Fenrira. A bogowie patrzyli, jak ten z uśmiechem napiął mięśnie, rozrywając bez trudu cudowny łańcuch, który miał go spętać. Bóg wojny i wojowników, opiekun życia i strażnik mądrości nie mógł wyjść z podziwu, ale równocześnie obiecał swym ludziom pomóc ujarzmić Chaos. Kazał swym kowalom zrobić ponownie uwiąz, tym razem mocniejszy i nie zniszczenia. Z kuźni dobywały więc dźwięki śpiewu stali i kowadeł, by w końcu Odyn mógł znów stanąć przed wilkiem i ukazać mu dzieło wielu rąk silnych bóstw. Ten nie bał się niczego i nikogo. Nieokiełznany, Nieposkromiony. Tak go nazywali, a gdzie się pojawiał, zapanowywał chaos. Podjął się więc zadania, które darował mu Wszechwieczny. Sznur posypał się na ziemię i wpadł do oceanów, rzek, mórz tworząc wielkie fale, które zalały wybrzeża nadmorskich krain. Odyn już nie czuł niepewności, a rosnącą frustrację. Nie stać było go na kolejną porażkę w starciu z dzikim dzieciakiem i to na oczach innych bogów, którzy patrzyli z uwagą na swego pana. W tajemnicy przed wszystkimi wysłał Skirnira, boskiego posłańca, z misją do karłów, by zlecić im uplecenie trzeciego postronka. Nie było to zwykły powróz. Nosił nazwę Gleipnir, a do jego wykonania zręczne karły użyły sześciu szczególnych składników: brody kobiety, korzeni skały, ścięgien niedźwiedzia, oddechu ryby, śliny ptaka oraz odgłosów kociego stąpania. Tylko on mógł wyratować szukających pomocy od Fenrira.

Cal już nie raz czytał tę opowieść. Mitologia nordycka, mitologia jego przodków płynęła w jego żyłach niczym woda w rzekach. Nie był wszak przyzwyczajony do omijania tej ważnej części tradycji, którą przywiedli zza morza. Z Północy do której prawdziwie należeli i w której czuł, że od zawsze powinien był istnieć. Jednak trwał tutaj. Trwał w swojej kajucie pozwalając, by kilka świec oświetlało wnętrze należącego niegdyś do szanowanego człowieka pomieszczenia. I mimo to zabił go z zimną krwią, pozwalając, by obciążyło to jego sumienie, które z łatwością wyswobodziło się z jakiegokolwiek poczucia winy. Ktoś, kto nie posiadał żadnych żali, nie mógł postąpić inaczej. Nie wtedy. Nie nocy poprzedniej. A ta była niczym kolejna dawka narkotyku, którą mógł poczuć w swoim żyłach. Niczym gęsta krew rozchodziła się po organizmie kapitana, by opanować najmniejszą z jego komórek. Jednak tym razem nie dał ponieść się opium i jego destrukcyjnym skutkom, a wręcz przeciwnie - to nie substancja wprawiła go w taki stan, ale jego siostra. Jej niesamowity upór przyciągnięcia na siebie uwagi brata, zazdrość, która buzowała w niewielkim organizmie, determinacja, desperacja. Wiedział, że jeśli nie wyszłaby z kasyna, zapewne polałaby się krew. Być może i jego, ale spojrzenie które posyłała kobiecie w czerwieni mówiło samo za siebie, co działo się w myślach Caley. Mam nadzieję, ze sowicie ukarzesz ją dziś za  w a s z ą  przegraną. Czuł pod skórą mrowienie przy każdym wyplutym w jego kierunku słowie. Czy nie tą pogardę pokochał? Nie ten wzrok? Nie aktorskie gesty i ruchy wychudzonego ciała? Nie dla niej robił to, co robił? Nie wedle jej słów postąpił? Chociaż jeszcze tego nie wiedziała, usłuchał niczym pies swojej pani. Nie sprawiało, że żałował. Wręcz przeciwnie - uśmiech błąkał się na jego ustach nieodłącznie niczym podczas szaleńczej burzy, podczas której walczyli o życie i tylko bogowie wiedzieli, co miało ich czekać za następną falą. Jej złość wyprzedzała ją o kilka kroków, a nawet gdyby nie to, Calhoun nie miał się obawiać wtargnięcia siostry. W końcu znajdowała go za każdym razem, za każdym wyrzucała z siebie żal, który do niego miała, wyrzucała złość i nienawiść. A on to przyjmował, dlatego też nie zareagował, gdy drzwi trzasnęły uderzając głośno w drewniane ściany. Pan Silver był chwilowo jego uszami i oczami, gdy uważnie obserwował postać przekraczającą próg kajuty. Postać, od której kipiało złością. Goyle w końcu podniósł na nią wzrok, gdy się odezwała w niej dawna buta. Chciała, żeby się wynosił, a jednak pojawiła się tutaj. Na jego statku. W miejscu, które w każdej chwili mogło odbić od brzegu i zniknąć za horyzontem, niosąc załogę i ładunek z dala od oczu londyńskich mieszkańców. Na jej słowa nie odpowiedział, a roześmiał się głośno, dając sobie czas na uspokojenie rozbawionego, rozczulonego wręcz jej nastawieniem wnętrza.
- Nagle zaczęło ci to przeszkadzać? Ależ z ciebie hipokrytka - odparł, nie przestając się śmiać. Bawiło go to. Bawiła go ta sytuacja i karykatura Caley, którą znał niegdyś. Owszem, to była ona. Zamknięta w ciele dorosłej kobiety czternastolatka, mająca za złe starszemu bratu, że nie zabierał ją ze sobą na rejsy. Ależ ona była okrutna sama dla siebie. Caley. Jego mała, słodka Caley. - Nie wiem czy zauważyłaś, ale kto zachowywał się tak samo jakiś czas temu? Ah... Niech pomyślę... - udał, że się zastanawia, po czym nagle sobie przypomniał. - Dokładnie. Ty. Czy przybiegłem wtedy do ciebie z krzykiem, oczekując, żebyś wypierdalała za morze? - spytał, wciąż nie poruszając się. Nie podnosząc głosu. Jedynie dając jej wyczuć kpinę, która sączyła się na podłogę kajuty niczym krew z otwartej rany i zalewała rozłożone dywany.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   13.01.18 23:14

Gdyby dał jej się podejść, nie byłby sobą, a jego obojętna reakcja była dokładnie tym, czego Caley się spodziewała, jednak nijak nie sprawiło to, że jej gniew zmalał. W mig dostrzegła, co czytał i wykrzywiła wargi w kpiącym uśmieszku. Nie od dziś dawał się ponieść lekturze i w ten sposób poznawał lepiej panteon zasłużonych, pomiędzy którymi kiedyś bez wątpienia będzie kroczył. Calhoun obcował z bogami na co dzień, gdy zmagał się z żywiołami, gdy śmiał się śmierci w twarz i robił rzeczy tak szalone, że nie powstydziłby się ich nawet Loki. Jej drogi brat był stworzony do większych celów – dostrzegła to przed wszystkimi innymi, lecz teraz chyba jako jedyna obawiała się, co to przeczucie może ze sobą nieść. Pozbawiony wszelkich skrupułów i ograniczeń, swobodnie rozrywający – niczym sam Fenrir – łańcuchy moralności i sumienia stawał się personą niebezpieczną dla otoczenia, a jednocześnie taką, która wzbudzała u innych podziw. Uosobieniem bestii, o której czytał. A naiwna Caley wciąż szukała łańcucha, którym mogłaby go spętać i nie przyjmowała do wiadomości, że jedynym będzie ten stworzony z jej rąk i nóg.
Przez jakiś czas nie odzywał się, lecz kobieta miała wrażenie, że gdzieś w oddali słyszy jego kpiący śmiech; tak nieodłącznie kojarzyła go już z osobą brata. I dopiero wtedy śmiech rozbrzmiał, wibrując w ciele Caley i doprowadzając ją do wrzenia. Chwyciła pierwszy lepszy kompas i cisnęła nim w brata, nie bacząc na konsekwencje.
- Tak samo? Tak samo?! Mogłam odmówić ci wielu rzeczy, lecz nigdy nie odmówiłabym ratunku. Gdyby role były odwrócone, byłabym z tobą w dzień i w nocy, by upewnić się, że jeszcze oddychasz – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, po czym postąpiła o krok, niemalże zakładając ręce na biodra. Nadałoby jej to niepotrzebny wygląd matrony, dlatego po prostu zacisnęła dłonie w pięści, starając się opanować, lecz ironiczny uśmieszek brata i złośliwie ogniki w jego oczach wręcz rozsadzały ją od środka.
Oczywiście, że zastanawiała się, jak skończył się jego poprzedni wieczór, lecz nie mogła wywlec tego na światło dzienne, jeszcze nie teraz; staranne dobieranie argumentów było w jej stanie niemożliwe, lecz rozpoznawała jeszcze granicę, po której zacznie się w jego oczach upokarzać bezpowrotnie. Szukała po omacku, lecz wciąż jeszcze ją wyczuwała. Był jej bratem, do cholery, taki rodzaj zazdrości był nie tyle zakazany, co po prostu pożałowania godny. Być może Cal kiedyś czułby się tak samo, lecz teraz ewidentnie bawiłaby go jej zawiść.
Sposób, jaki z nią pogrywał, był gorszy niż uderzenie w twarz, a jednocześnie w pewien sposób elektryzujący. Napędzał ją i pozwalał poczuć się jak dawniej, jak wtedy, gdy było tylko ich dwoje przeciwko całej reszcie. Gdy była jego partnerką, a nie środkiem w osiągnięciu celu. Gdy mogła użyć odpowiedniej sztuczki, a zauroczony Calhoun zrobiłby wszystko, o co poprosiła. Tak, była hipokrytką, ale uświadomienie jej tego nie było odpowiedzialnym zagraniem z jego strony.
Podeszła do niego, wyrywając mu książkę z ręki i z trzaskiem odkładając ją na mahoniowe biurko; nagle zdała sobie sprawę, że ta sytuacja coś jej przypominała. Kiedyś wyobrażała sobie, że po latach ignorowania przez ojca podejdzie wreszcie do niego, by potrząsnąć nim i prosto w twarz wykrzyczeć wszystkie te żale, jakie się w niej skumulowały. W najgorszych koszmarach nie sądziła, że jej scenariusz zostanie zrealizowany w kajucie drogiego brata, będącego od Cadmona tak różnym, jak to tylko możliwe.
- Nienawidzę, gdy udajesz, że jestem Ci obojętna – wycedziła przez zaciśnięte zęby, choć powiedzenie prawdy nie zawsze przychodziło jej z trudem; stała tuż przy jego krześle, lecz nie podniosła już ręki, nie ruszyła się nawet o cal – Ale rozumiem, dlaczego to robisz. Po prostu boisz się, że spomiędzy twojej wiecznej kpiny wypełznie coś jeszcze, coś, co da mi nad tobą ponowną przewagę. Tchórzysz, bo uważasz, ze w ten sposób utrzymasz swoją słabość na wodzy – być może nazwanie go tchórzem nie było do końca przemyślane, lecz teraz żyła już tylko tą konfrontacją.
Teraz to ona zaśmiała się kpiąco, w podobnym tonie, co wcześniej on.
Oddychała szybko, a gorset mocno ją uciskał, co tylko potęgowało doznania. Dawno już nie stawiała się Cedrikowi i zapomniała chyba, jak przyjemne może być stanięcie z kimś oko w oko i wyrzucenie z siebie wszystkiego, co leży na sercu. Zmaltretowanym, ale wciąż bijącym.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   13.01.18 23:50

Sami tworzyli własne historie. Czy to spisane na kartach ksiąg zbierających mityczne legendy, czy krocząc dzień po dniu po tym samym bruku. Jedna decyzja mogła zmienić losy wszechświata. Dla niektórych mogli być bogami, podejmując się tej drogi, a nie innej. Reszta mogła ich nienawidzić, kolejny w ogóle o nich nie słyszeć, ale nie oznaczało to, że byli im obojętni. Świadomość istnienia i korzystania z darów, które oferowała ziemia, wynagradzała wszystko, co w jakikolwiek mogło podkopać wiarę w rzeczywistość czy własne kroki. Caley zdawała sobie z tego sprawę, on zdawał sobie z tego sprawę, ale jako jedyny z czwórki potomków Barbary i Cadmona potrafił złapać wiatr w żagle i powędrować tam, gdzie zaprowadziło go nieznane. Zaburzył życie własnej rodzinie i dlatego opowieść o Fenrirze była od zawsze jego ulubioną. Bo chociaż spętany, wciąż był silny i czekał na odpowiedni moment, by zemścić się na tych, którzy go spętali. By pójść w pojedynkę na Asgard i nie patrzeć na to, że miał stanąć oko w oko z najsilniejszymi z bóstw. Jego gniew, jego moc zbierały się tak długo, że znał już swoje przeznaczenie. Czekał wieczność, by uwolnić się z okowów i dokonać swojej zemsty. Na Odynie, na Tyrze, na Thorze, na wszystkich, którzy patrzyli i śmiali się głośno podczas jego szamotania się w węźle wykutym z magii. Magii, która została przekazana przodkom Goyle'a i chociaż każdy mówił, co innego, tak on wierzył, że mistyczność pochodzenia energii mogącej tworzyć z niczego, leżała u podstaw bóstwa. Niczym części łańcucha uderzającego w ziemię, Wielką Brytanią wstrząsnęły anomalię, a wraz z nimi pojawił się i on. Szukający autorki desperackiego listu, na którego odpowiedzią było jego przybycie.
Nie myliła się, sądząc, że wkrótce przyjdzie jej się zmierzyć ze śmiechem brata. Szukała potwierdzenia w tym co oczywiste, a równocześnie nieprzewidywalne. Musiała czegoś oczekiwać po tej wizycie. Chciała, żeby odpłynął? Chciała, żeby został? Jaki cel miał ten wybuch, jeśli nie jedynie rozładowania emocji i oznajmieniu swojego upokorzenia. Swojego bólu, który trawił ją niczym piekielny ogień nie mający nigdy końca. Uchylił się w ostatnim momencie nim kompas świsnął mu niecały cal od twarzą i roztrzaskał się o wzmocnioną zaklęciami szybę za jego plecami, by upaść na ziemię z głuchym brzękiem. Pozwolił jej na to, chociaż pan Silver wygiął grzbiet w górę i nastroszył sierść, sycząc na zbliżającą się kobietę. Cal jednak nie reagował, więc kot bacznie czuwał w każdym momencie gotów rzucić się na sprawczynię zamieszania. Cofnął się gwałtownie, gdy książka z hukiem uderzyła w blat stołu, jednak nie uciekł. Chociaż oddalony, wciąż był gotowy. A Calhoun milczał, by usłyszeć wszystko, co leżało na sercu siostrze. Jej bliskość była jak mocna, pierwsza fala nadchodzącego sztormu, która ochlapywała wszystkich znajdujących się na głównym pokładzie. Widział tę furię i rozumiał, skąd pochodziła, ale słysząc kolejną wypowiedź, nie zamierzał pozostać obojętny.
- Jesteś żałosna - odparł bez mrugnięcia okiem. Wręcz znudzonym głosem, odwracając przy tym na chwilę spojrzenie od kobiecej sylwetki. Dopiero po chwili zdjął buty z biurka i wstał, stając naprzeciwko drobnej dziewczyny. Wbijał w nią spojrzenie z taką samą intensywnością w jakim robiła to ona, a pomieszczenie jakby znów zrobiło się zbyt małe. Caley mogła mówić co uważała za słuszne, jednak na tym statku to nie ona trzymała władzę. I jakby odczytując myśli swojego kapitana, deski zaskrzypiały, a cały okręt poruszył się jakby wypłynął na szerokie wody, chociaż w porcie nie wiał nawet najlżejszy z zefirów. On jednak tego nie zauważył, bo miał przed sobą tylko ją i ta noc nie miała być równie przyjemna jak ta, którą pamiętali ostatnio. - Myślisz, że to wszystko co robiłem, miało swoje odciśnięcie na oddaniu tego samego z twojej strony? Myślisz, że byłem interesowny? Nie obchodziło mnie to, żebyś zajmowała się mną, gdybym umierał. Chciałem jedynie czuć, że mi zaufałaś. Że byłaś ze mną. Beze mnie byłaś nikim i teraz przypełzłaś, bo doskonale wiesz, że gdy wrócisz do tego, czegoś co sobie wybrałaś, będziesz jedynie kulić się w pościeli, prosząc, by coś się zmieniło. Bo nie potrafiłaś sama tego zrobić. Musiałaś znów zawołać starszego brata, bo nie wiedziałaś co robić. Chciałaś, żeby ktoś odwalił za ciebie brudną robotę i oczekujesz, że wiedząc to, zrobię wszystko, co jaśnie pani chce, bo zwija mnie na samą myśl o tym, co masz między nogami - rzucił i sięgnął dłonią do dolnego materiału jej sukienki, nie zamierzając w żaden sposób posuwać się dalej. Szarpnął ręką zieloną spódnicę i postąpił krok w stronę siostry. - A teraz? W takim razie gdzie jest twoja przewaga? Mogłabyś ją wykorzystać czy tego też zabronił ci ojciec?




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 0:21

Zwinnie uchylił się przed kompasem, a ona straciła niepowtarzalną okazję do ujrzenia odciśniętej wskazówki na jego policzku; zgrzytnęła zębami, ale nie traciła animuszu. Podobnie, jak z niego wylewała się kpina, z niej ciekła złość, której drobne ciało Caley nie było już w stanie dłużej utrzymać. Razem z nią wypłynąć miały wszelkie żale, niedomówienia i ukryte pragnienia, jakie trzymała w sobie szczelnie przez te wszystkie miesiące i lata. Nigdy nie przypuszczała, że w jej relacji z bratem nastąpi taka zmiana i dojdzie do konfrontacji, która nie zapowiadała polubownego rozwiązania.
Matka zawsze pilnowała, by poza obdarzeniem braci miłością, Caley odczuwała w stosunku do nich należny im szacunek. Była wszakże dziewczynką, słabszą płcią i osobą stojącą od nich stopień niżej, lecz mała Goyle zawsze starała się wspiąć wyżej, stanąć na równi z nimi. Jednym uchem wpuszczała uwagi matki, by później namawiać braci na wspólne wygłupy i nie przeszkadzało jej, że za niektóre burę zbierali tylko oni, podczas gdy ona świetnie udawała niewiniątko. Z Calhounem było inaczej – w pewnym momencie poczuła się tak, jakby to ona była o stopień ponad nim, a poczucie wyższości, pielęgnowane przez lata, w końcu ją zgubiło. Nigdy nie miał już jeść z jej ręki, teraz czarownicy wydawało się, że prędzej jej ją odgryzie, niż ponownie podda się kaprysom siostry.
Jesteś żałosna.
Wreszcie zrzucił nogi z biurka i łaskawie stanął przed nią, spoglądając z góry wzrokiem pełnym kpiny. Ironia i sarkazm mieszały się w jego wypowiedzi, a słowa sączyły do uszu Caley jak największa obelga. Mógł ją nazwać szlamą czy charłakiem, a nawet wtedy i tak nie obraziłby jej w połowie tak bardzo, jak czynił to teraz.
- Nie będę kulić się w pościeli, nie będę już więcej skamleć o twoją pomoc. Jesteś taki sam, jak oni wszyscy, widzisz we mnie tylko środek do celu i traktujesz gorzej, niż te wszystkie dziwki, z którymi sypiasz – a jednak wyrwało jej się oskarżenie, którego nie planowała używać tak szybko. Zawstydzona tym faktem Caley chciała jak najszybciej zamaskować swój wybuch, dlatego wyciągnęła ręce przed siebie i z całych sił pchnęła brata na krzesło, a pociągnięta za spódnicę wylądowała mu na kolanach. Błyskawicznie dobyła różdżki, celując nią w pierś Calhouna.
Odnalazła jego spojrzenie i rzuciła mu niewerbalne wyzwanie. Czy tak naprawdę byłaby w stanie skrzywdzić go zaklęciem? W tym momencie jeszcze by się zawahała, nie miała jednak pojęcia, co stanie się w niedalekiej przyszłości. Jego kot miał być niemym świadkiem tego wszystkiego, co rozgrywało się w kajucie; stworzenie obserwowało walczącą ze sobą parę, lecz na razie trzymało pazury z dala od pięknej buzi Caley, posłuszne rozkazom swojego pana. Jego siostra nie wątpiła, że kocur był już tak wytresowany, że dałby radę zadrapać ją na zawołanie. Musiał się jednak nauczyć, że jego właściciel nie zawsze dostaje to, czego chce.
- Moja przewaga jest tutaj – dwa razy dźgnęła go lekko końcem różdżki w lewą pierś, sadowiąc się wygodniej na jego kolanach i nachylając lekko do przodu – Uważasz się za takiego nieprzewidywalnego, a jednak siedzisz wciąż na lądzie, chociaż Twój statek tęskni za pieszczotą morskich fal – uśmiechnęła się złośliwie, przypominając sobie chybotanie, jakie odczuła chwilę temu – Jeśli rzeczywiście nie robisz tego dla mnie, masz inny cel. Nie utrzymasz go długo w tajemnicy.
Czy odebrałby to jako groźbę? Zapewne nie, choć przecież nie mógł mieć pojęcia o zdolnościach, jakie jego siostra posiadła w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. A może jednak wiedział? Nawet jeśli ktoś doniósł mu, że Caley para się legilimencją, tym lepiej. To czyniło to spotkanie jeszcze ciekawszym.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 1:03

Nietrafiony cel, w którego chciało się rozładować całą wściekłość musiało ją zaboleć niczym policzek i rozjuszyć jeszcze bardziej. Żadne już nie liczyło na słodkie kłamstewka, którymi mogli się poić, to nie miało się skończyć tak jak chcieli. Calhoun wiedział, że jego siostra była zbyt dumna by przyznać się do błędu, on zaś zbyt butny, by miało to na niego wpłynąć. Był to dobry moment, by wyrzucić sobie wszystko, co kłębiło się w nich przez dwa długie lata. Czego żadne jeszcze nie powiedziało i nie przyznało się do bólu, który czuło. Ranili się wzajemnie za dawne czasy, a to koło nakręcało się samo i bez przerwy. Nie chciało się nawet zatrzymywać, mając dwóch pomagierów, którzy toczyli je sami. Idealnie zsynchronizowani i obrzucający się krzywdami - czy to w słowie, czy w uczynku. Nic dziwnego, że tak na siebie działali, skoro od miłości było tak blisko już do nienawiści. A co czaiło się między nimi? Calhoun podejrzewał, że nic z tych rzeczy, bo nie był w stanie poczuć satysfakcji bez jej udziału, ale równocześnie raz po raz dawała mu sposobność, by dostrzegł jak bardzo zepsuta była przez życie. Ani jednak na moment, nawet gdy mówił jej to wszystko, nie przestał wiedzieć, że była jedyną kobietą, której prawdziwie pragnął. I nic nie miało to zmienić. Jej gorzkie słowa były jedynie małą kroplą w całym oceanie nienawiści, gniewu, obwiniania, jaki serwowano mu przez życie. I chociaż słuchał ich w przeciwieństwie do innych, ciężko było przebić się przez tę skorupę zatwardziałości i obojętności, którą sobie stworzył. Caley rozbijała się o nią, jednak nie oznaczało to, że wszystko miało niknąć bez reakcji. Wszak stał teraz przy niej i obserwował uważnie tę doskonale znajomą sobie twarz. Chciała konfrontacji i miała ją dostać. Musiała się liczyć z tym, że nie miała to być przyjemna noc, jednak jej zachowanie wyraźnie mówiło, że nawet jej nie chciała. Świetnie - on czekał na to od dwóch lat. By w końcu zmierzyli się, nie zakładając masek, a ich sceną tym razem miał być pokład jego statku. Gdy usłyszał jej gniewny zarzut, na chwilę znieruchomiał.
- A więc tylko o to chodzi? - rzucił, mierząc ją spojrzeniem od dołu do góry jakby nie dowierzał, że jeszcze przed nim stała. - Boli cię to, że biorę, co chcę? I kiedy chcę? Wolałabyś, żebym żył w pierdolonym celibacie? A może skoro twierdzisz, że traktuję je jak królowe, to może chcesz, żebym opowiedział ci o wszystkim, co z nimi robiłem? - spytał, nachylając się do jej ucha na krótką chwilę, by znów się wyprostować, ale w tym samym momencie Caley popchnęła go z powrotem na krzesło, a sama wskoczyła mu na kolana, by przywrzeć swoją różdżkę do jego klatki piersiowej. Ale on jej nawet nie zauważył tylko mówił dalej, nie odrywając spojrzenie od jej twarzy. - Chcesz, żebym tobie też zapłacił? Myślisz, że wtedy byłbym milszy? A może w końcu zmierz się z tą cholerną prawdą, że mogę się pieprzyć z każdą, ale żadna nie jest w pełni moja, bo nie jest tobą - warknął ostatnie słowa, by złapać ją mocno za uda, okalające jego nogi. Zupełnie jak wtedy w kasynie, gdy chciał ją mieć tylko dla siebie. I miał, chociaż w zdecydowanie bardziej podniecającej scenerii niż mógłby podejrzewać. Widział ten grymas słodkiego zwycięstwa na jej twarzy i wręcz pragnął, by posunęła się dalej. By zrobiła to, co zamierzała, ale jeszcze chwilę musiał odczekać. - I cóż... Masz mnie - dodał już spokojniej, a dłonie zaciskające się na ciele Caley zjechały w dół, by oprzeć się wygodnie na ramionach krzesła. Przejechał palcami we włosach i sięgnął po dopalającego się papierosa, nie robiąc sobie nic ze wciskającego się w jego pierś drewna. Słuchał słów padających z ust Spencer-Moon i zdawały się nie robić na nim wrażenia, chociaż w jego oczach tliła się dzika ciekawość. Uwielbiał przekraczać granice, a czy rzucone przez nią zaklęcia nie miało nią być? Nie miało być czymś nowym? Czymś czego jeszcze nie zaznał z jej strony. Przeniósł więc na nią wzrok i uśmiechnął się nikło. - To zrób to. Czemu zwlekasz? - spytał, wydmuchując kłąb dymu. Zrób to.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 1:29

Przez dwa lata małżeństwa i wypełniania powinności żony w najpodlejsze ze sposobów, Caley ani razu nie odczuła choćby iskierki ekscytacji podczas kłótni z Cedrikiem. Nie dlatego, że wiedziała, że je przegra, bowiem na początku ścierali się jak równy z równym, a czarownica dzielnie mu się stawiała. Jednak Spencer-Moon całą swoją osobą odpychał ją i obrzydzał, jego dotyk powodował mdłości, wstrętne jej były nawet potyczki słowne przeprowadzane z mężem w jadalni. Nienawidziła go, to oczywiste, lecz nie było to uczucie soczyste, czerpiące z wielu innych emocji na raz i zlewające się do czegoś, czego nie potrafiła określić. Była to prosta, nieskomplikowana i pusta nienawiść, połączona jedynie ze strachem o własne życie i żądaniem sprawiedliwości za poczynione krzywdy.
Kłótnię z Calhounem odczuwała zgoła inaczej. Nie nienawidziła go, ba, wciąż kochała niezmierzenie, lecz w ich relacji od zawsze było coś, co pozwalało im rozpalić jakiś wewnętrzny ogień, którego nigdy nie wykorzystali w sprzeczce, a teraz mieli do tego pierwszą tak poważną okazję. Krew w żyłach Caley wrzała, lecz kobieta wciąż była nienaturalnie wręcz blada i tylko zaróżowione policzki były oznaką tego, jak bardzo ekscytuje się tą potyczką. Tak, ekscytacja była doskonałym słowem na opisanie tego, co czuła. Nie przestawała go kochać nawet mimo tego, co mówił i co robił i choć jej słowa mogły świadczyć o czymś zupełnie innym, tak naprawdę wciąż bardzo go potrzebowała i nie wyobrażała sobie załatwienia porachunków z Cedrikiem bez pomocy brata.
Chcesz, żebym tobie też zapłacił?
Spoliczkowała go niemal natychmiast, gdy przypomniała sobie uczucie upokorzenia, towarzyszące syklowi wkładanymi między zęby. Naprawdę nie pamiętał, jak bardzo wtedy ją poniżył? Bo ona masochistycznie wracała do tego wieczoru w dokach, kiedy spróchniała, drewniana kładka okazała się być scenerią do spotkania po latach. Lecz nawet wtedy nie wylała się nawet połowa żali i roszczeń, jakie padały teraz. Ani wyznań, bowiem i te wkradły się w słowa Calhouna, na moment wytrącając Caley z równowagi.
Uścisk na udach sparaliżował ją na moment; niestety niezmiernie kojarzyła ten gest z mężowską tyranią, lecz wyłapanie znajomych, zielonych oczu pozwoliło jej odegnać złe demony. Nie bała się go, chociaż najprawdopodobniej powinna. Za to on najwyraźniej kpił z niej w żywe oczy, bo oparł się na krześle i sięgnął po papierosa, znieważając ją tym gestem bardziej, niż nawet chwyceniem za spódnicę. Ostatecznie odrzuciła swoją rozpiętą do połowy pelerynę na podłogę, a karą za niesubordynację było mocniejsze ściśnięcie brata udami.
Zrób to.
Jak sobie życzysz, najmilszy.

- Legilimens – różdżka umiejscowiona tuż przy jego ciele nie mogła chybić celu, a na moment przed wdarciem się w umysł Calhouna Caley poczuła podniecenie, jakiego nie odczuwała nigdy wcześniej przy rzucaniu tego zaklęcia. Odkrywały się przed nią zupełnie nowe perspektywy i naiwnie sądziła, że naprawdę ma nad nim przewagę. Czy swoją postawą Cal dawał jej zgodę, czy tylko prowokował? Czy tak samo czuł się Cedrik, gdy robił to jej? Na razie odpychała od siebie świadomość, jakoby w pewnym aspekcie była tyle samo warta, co jej mąż. Czy istniała możliwość zniszczenia potwora, jednocześnie nie stając się jednym z nich?




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 8:39

Piegi. Nie mogła ich tej nocy przysłonić jak zawsze to robiła, bojąc się, że ktoś dojrzy ów skazę na jej twarzy. Uwielbiał, gdy któryś z nich uciekł przed obsesyjnym gestem swojej właścicielki i przebijał się ponad mocny makijaż, ukazując wewnątrz zagubioną dziewczynkę, która liczyła, że ktoś ją pokocha i tym samym zasłuży sobie na ojcowską wdzięczność. Lekko odstające płatki uszu zarysowane w białym marmurze. Ostre kości policzkowe. Rzadko zupełnie zamknięte usta. Były jego słabością. Czułym punktem, którego nie był w stanie się wyprzeć ani odepchnąć od siebie. Nie chciałbym nawet zapomnieć o nich pod największą z gróźb, które mógł dać człowiek człowiekowi. Siedząc z nią twarzą w twarz, widział każdy z detali najdokładniej, a bliskość powodowała jedynie szum w uszach, który jedynie wzrastał, gdy jej ciało nie zmieniało swojego położenia. Linia żuchwy ostro oddzielała brodę od gardła, nadając typowego dla kobiet wcięcia łabędzich szyj, które miał w swoim posiadaniu. Nieważne ile razy, by je pieścił, ile badał, nie miały być przedmiotem kultu, który nachylał się w tym momencie ku niemu, wzywając go do wielbienia. Jednak zakazana przez świat bogini musiała odczekać i gorzko zapłakać, bo mimo że wierny wyznawca mógłby dostać się do miejsc jej nieznanych, wcześniej brutalnie skalanych, czekać na jej ruch. Policzek więc był mocny jak mocne były jego słowa i wspomnienia. Nie poczuł jednak w ustach krwi, a promieniujące po twarz chwilowe zdrętwienie przerodziło się w pulsujący ból. Calhoun nie zaśmiał się jednak tym razem, a jedynie pozwolił sobie chwilę trwać w bezruchu z twarzą odwróconą w drugą stronę. Cichy pomruk zadowolenia przetoczył się po kajucie, a delikatny szybki uśmiech wystąpił na twarzy kapitana. Dopiero wtedy spojrzał na nią, zaglądając w głąb szybko bijącego serca. Zupełnie jakby znał jej pragnienia, jakby dostrzegał coś, czego nawet sama Caley o sobie nie wiedziała. Przez chwilę, przez ułamek sekundy mogła uchwycić to w spojrzeniu brata, które później spłynęło po jej ciele, aż zatrzymało się w nieznanym punkcie. Wiedział, co nadchodziło i nie zamierzał z tym w żaden sposób walczyć. Jeśli takie było przeznaczenie dzisiejszej nocy, niech i tak właśnie będzie. Początkowo odrzucony kamień stał się kamieniem węgielnym dla szukającej ujścia Freyi. Zrobiła coś z niczego i miał być jej za to wdzięczny do końca istnienia Wszechojca. Nim wypowiedziała zaklęcie, znów wwiercali się w siebie spojrzeniami, odnajdując swoje miejsca dokładnie tam, gdzie mieli się znajdować.
Legilimens.
Ciemność wchłonęła go, odbierając zmysł wzroku i zabierając siedzącą na nim siostrę wraz z kajutą w nieznane. Już nie czuł jej ciężaru na swoich kolanach, uścisku ud na ciele. Było tylko spadanie i towarzyszył temu ból. To nie był jednak ból, od którego mógłby krzyczeć. Zapewne wykrzywił twarz, tylko na chwilę. W końcu wychowała go ciemność, ból, pasja, ambicja. Znał je dobrze i przyjął, zaakceptował, wiedząc, że wraz z nimi osiągnie wszystko, czego pragnął. Dlatego z ich nadejściem, pojawiły się wspomnienia ostatniej nocy, które starała się z niego wyrwać Caley. Mogła ujrzeć ślady krwi w nieznanym sobie pokoju, a oczy Calhouna kierowały się wtedy na postać skuloną w kącie na łóżku. Mogła usłyszeć jego szybki oddech, który już się uspokajał, by zamienić się w równe unoszenie się klatki piersiowej. By zapanowała nieprzerwana niczym cisza, która mogła wręcz ogłuszać. Ponowne zobrazowanie sobie tamtej chwili nie było czystym przypadkiem, a pragnieniem zobaczenia tego wszystkiego przez kogoś innego. Siostra już tam była i zamierzała doprowadzić swoje czyny do końca. A on pomimo zatłoczenia wewnątrz swojego umysłu, pomimo uczucia bezsilności względem swojego oprawcy, czuł, że kąciki jego ust wykrzywiały je w uśmiechu. I chociaż ciało wyprężyło się pod wpływem zaklęcia, dłonie zacisnęły na oparciach, wciąż nie mogła zaprzeczyć, że jej brat chłonął doznania z nieuleczalną satysfakcją. Jeszcze. Zażądał od niej, licząc na to, że doskonale go usłyszała. Nie znał się na obronie przed legilimentami, ale nawet nie chciał. Caley mogła wdzierać się więc dalej, a on nie stawiał żadnego oporu. I dostrzegła siedzącą na kolanach Calhouna kobietę w czerwieni, dokładnie w tej samej pozycji, w której i ona teraz trwała. Gdzieś poza świadomością. Jego dłonie wędrowały po zakazanym ciele, a dotyk nieznanych ust był niesamowicie przyjemny. Caley mogła doskonale czuć to, co on i nie mogła się wyrwać z tego jarzma. Nie mogła również zaprzeczyć uczuciu w podbrzuszu, gdy ręka prostytutki zamierzała zawędrować do jego spodni. - Spójrz na mnie - rozbrzmiał jego własny głos, gdy przerwał na chwilę przyjemności z poznawania nowego ciała. Wspomnienie jednak tak prędko jak się pojawiło, znikło, pozostawiając na chwilę uczucie frustracji. Uczucie, które należało do Caley. Nie chciała utracić tego, co widziała, dlatego boleśnie wwiercała się w umysł brata, by odzyskać to, co widziała przed momentem. Jej obecność tam jedynie podniecała go, wiedział bowiem co w końcu dojrzy siostra, czego będzie świadkiem. Wedle jej życzenia jego podświadomość, wszystkie jaźnie, świadomość skupiały się na zalewie informacji, które przeciskały się przez jego głowę, by odszukać konkretne, wczorajsze wspomnienie. Dostała je. Jednak nie dokładnie to, gdzie przerwali, a chwilę później. Gdy krew sączyła się na teraz i c h klatkę piersiową, przesiąkając ubrania, na i c h dłonie, na i c h  twarz, dostając się kilkoma kroplami do ust. Krew była wszędzie, tonęli w niej, rozpływali się, a jednak wciąż byli spokojni. Oddychali i obserwowali zastygłą w grymasie zaskoczenia kobiecą twarz. Odłożyli różdżkę na blat stolika obok i wstali, przytulając do siebie wciąż krwawiące ciało, by ułożyć je na łóżku i rozejrzeć się. Znów wspomnienie urwało się i przed ich oczami stanął obraz pana Silvera, który z zaciekawieniem zlizywał świeżą krew z podłogi. Jeszcze tylko znów grę w pokera i Calhoun zobaczył pogrążony w nikłym świetle świec sufit własnej kajuty. Oddychał szybko i płytko, skronie dosłownie pulsowały od nadmiaru emocji, a pot wystąpił na całym ciele, przypominając o sobie okrutnym dreszczem zimna. Jęknął, czując ból w karku, gdy jego głowa odgięła się w tył podczas trwania zaklęcia. Zaraz jednak z gardła wydobył się charkot, przemieniający się w śmiech. Cierpienie, które powinno paraliżować jego ciało, było niczym rozgrzewająca kąpiel, bombardująca odsłoniętą skórę tysiącami małych igiełek, by w końcu przynieść ukojenie. Nie odrywając spojrzenia od sufitu, słyszał oddech siostry, a mimo że jego zmysły wciąż jakby zatarte, zaczął również czuć na powrót jej ciężar na kolanach.
- Widzisz, kochana siostro - przerwał na chwilę śmiech. - Twoje życzenie, by wyszła z tego cało nie spełniło się - odparł, z trudem łapiąc oddech, ale w końcu udało mu się przenieść wzrok na znajomą sobie twarz. Czy tego się spodziewała? To chciała odnaleźć? Czy chciała widzieć nagie ciało kobiety złączonej z tym, czego pragnęła najmocniej? Chciała stać się tego częścią? Chciała wiedzieć jak to jest być z nim? Jak to jest być nim? Cisza, która zapanowała we wnętrzu kapitańskiej kajuty, była tak uwiązana, że niemalże można było usłyszeć dwa bicia bliskich sobie serc, zbyt bliskich.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 11:45

Dłoń zapiekła ją od siły uderzenia, ale nawet przez moment nie pożałowała, ze to zrobiła. Poczuła chwilową ulgę, lecz już zaraz na powrót znalazła się w chaosie własnych emocji i usiłowała nie zwracać uwagi na pomruk zadowolenia, jaki przetoczył się po kajucie. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko sprawia bratu jakiś chory rodzaj przyjemności, lecz powinna pogodzić się z faktem, że nie ona jedna jest tutaj masochistką. Jego szybki uśmiech i przewiercające na wskroś spojrzenie przypieczętowało decyzję, jaką podjęła. I tak stała już nad przepaścią, ale teraz zrobiła krok do przodu.
Uczona, by do ludzkich umysłów wkradać się niepostrzeżenie, tym razem nie mogła być bardziej oczywista. Wmawiała sobie, że nie chciała sprawić mu bólu, a jednak podświadomość ucieszyła się na widok jego zakrzywionych w grymasie dyskomfortu ust. Chwilowa ciemność zastąpiona została przez pierwsze, rozmazane wspomnienie, jakby Calhoun wciąż się opierał, a przecież Caley wiedziała, że wcale tego nie robił. Poddawał jej się, chciał, żeby zobaczyła z czym naprawdę miała do czynienia i straciła wreszcie ostatnie resztki naiwności. Czym więc spowodowana była niewyraźność? Może to ona za słabo tego chciała? Lecz przecież siłę jej zaklęcia napędzała wściekłość, zazdrość i ciekawość, które połączone z nabytą jakiś czas temu umiejętnością powinny stanowić klucz do umysłu żeglarza. Czy nawet i to znaczyło zbyt mało?
Ślady krwi, ciało w kącie, urwany oddech, przejmująca cisza.
Widziała to wszystko jego oczyma, czując się trochę jak w transie, a trochę jak po zażyciu narkotyku o wiele mocniejszego od tego, którego próbowała w zeszłym tygodniu. Wszystko wydawało się względnie spokojne, nienaturalnie wręcz łagodne, lecz była to jedynie cisza przed burzą, a choć Caley zdawała sobie z tego sprawę, nie mogła powstrzymać swoistego szarpnięcia, które porwało ją do następnego wspomnienia. Czy to statek miarowo kołysał się na wodzie, czy myśli Calhouna wzbierały niczym niespokojne morze? To ona dzierżyła różdżkę, to ona powinna mieć władzę, a cała wycieczka po jego wspomnieniach wyglądała tak, jakby mimo wszystko to brat prowadził ją za rękę i pokazywał tylko to, co chciał.
Znajoma twarz kobiety z poprzedniego wieczoru zatańczyła przed jej oczami, początkowo roześmiana, później obleczona prowokacyjnym spojrzeniem i wykonująca gest, który również na legilimentkę sprowadził nieznany wcześniej bodziec. Niepokojąca przyjemność bardzo szybko zamieniła się w przerażenie, gdy sceneria zmieniła się, a ona, słysząc z tyłu głowy głos brata, spoglądała na kałużę krwi i bezwładne kobiece ciało. Wreszcie dostała to, o czym marzyła od tak dawna – spojrzała na świat oczami Calhouna, ale przeraziło ją to, co zobaczyła. Ostatnimi obrazami przed ucieczką z braterskich myśli były kocur i kości rzucane na stół, a później wszystko się zatrzymało i Caley zamrugała, na powrót odnajdując się w ciasnej kajucie na pokładzie trójmasztowca.
Wypuściła z siebie ciężkie, przepełnione bólem westchnięcie, lecz zginęło ono w salwie jego śmiechu, a każdy dźwięk ranił nie jej uszy, ale pozostałości sumienia, jakie jeszcze się w niej tliły. Miała krew tej kobiety na własnych rękach, dosłownie i w przenośni, nie tylko w zdobytym wspomnieniu. Przecież to ona sama poprosiła brata, by ukarał niewdzięcznicę, która odważyła się im przeszkodzić i rzucić kości, wydając tym samym wyrok na samą siebie. Caley odgarnęła włosy opadające na czoło i zdała sobie sprawę z obecności kropelek potu na rozgrzanej skórze; skoro Calhoun sam poddał się jej zaklęciu, cóż wymagało od niej tyle wysiłku? A może nie była to jego oznaka, a po prostu jej drobne ciało reagowało tak w odpowiedzi na strach, jaki czuła?
Cofnęła różdżkę i nie patrząc bratu w oczy, zsunęła się z jego kolan. Nie mogła w tej chwili znieść ani jego spojrzenia, ani dotyku. Panująca w kajucie cisza dzwoniła jej w uszach, a przymykając powieki Caley wciąż i wciąż widziała przed oczami ślady krwi na drewnianej podłodze. Być może efekt uboczny zaklęcia okazał się zbyt silny, bowiem plamy zaczęły nagle zmieniać swoje kształty, a podłoga w wizjach nie była już zbitkiem desek, a marmurową posadzką, tak dobrze pani Spencer-Moon znaną. Sukienka zmieniła barwę z czerwonej na białą, na której jeszcze wyraźniej odcinała się krew, a twarz ofiary nie była już nieznajoma; teraz to puste malachitowe oczy gasły gdzieś w oddali, a jasne pukle okalały w nieładzie jej własną bladą twarz.
Caley jęknęła głucho i zacisnęła powieki, próbując odgonić od siebie te obrazy. Postąpiła parę kroków i stanęła przy jednej z półek, plecami do brata. Wyciągnęła rękę, by się przytrzymać, lecz to nie kołysanie statku sprawiało jej trudności w utrzymaniu pionu, a wszystkie rewelacje, jakie spływały na nią z olbrzymią prędkością i siłą, powodując uczucie bliźniaczo podobne do podtapiania. Oddychała ciężko i otworzyła wreszcie oczy, usiłując skupić wzrok na czymś, co ją uspokoi. Zniszczony grzbiet książki z norweskim tytułem natychmiast przyciągnął jej uwagę, lecz blondynka nie była w stanie odczytać liter, nic jej nie mówiły, chociaż biegle znała język swoich przodków.
- Jak mogłeś? – wyszeptała wreszcie, nie odwracając się – Dlaczego?
Nie musiał odpowiadać jej na te pytania, ale desperacko pragnęła, by zastanowił się nad tym czemu w ogóle dopuścił się takiej zbrodni. Dla zabawy? Dla poczucia ekscytacji, własnego sprawstwa?
- To mogłam być ja – wyrzuciła z siebie wreszcie, a rumieniec z policzków ustępował bladości.
Czy nie widział kim w jej oczach się stawał?
Jej brat nie wrócił zza morza, a swoim listem sprowadziła na ląd kogoś zupełnie innego.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 16:26

Sądziła, że znała swojego brata. Sądziła, że wiedziała co czai się w jego duszy, jednak tak naprawdę znała jedynie jego lojalność. To że opowiadał jej o swoim życiu oznaczało jedno. Inną rzeczywistością wszak było prawdziwe dostrzeżenie jego twarzy. Był rozszalały, nieposkromiony, dziki, nie do zdarcia. Nie można było mu grozić, nie czuł bólu, a każda próba złamania go kończyła się tak samo - niepowodzeniem. Im więcej wysiłku wkładano w to, by zniszczyć jego wiarę w swoje istnienie, by zaprzestał swoich działań jak Fenrir był nie do zatrzymania przez nikogo, tym on stawał się silniejszy. Łańcuchy, którymi próbowano go spętać, niszczył jednym ruchem ręki, a siła woli, która czyniła z niego jednostkę pod tym względem wręcz wybitną, równała się jedynie z szaleństwem tlącym się w zakamarkach jego umysłu. Calhouna upodabniano do bestii, więc nie zamierzał nikogo przekonywać, żeby było inaczej. Stworzyli go na swoje podobieństwo, stworzyli go ze swoich lęków i ukrytych żądz. Dlaczego nie miał spełnić ich oczekiwań? Czemu nie miał się stać ich własnym potworem, na którego można było zrzucić wszelką winę? Był na tyle szczery sam ze sobą, że nie zaprzeczał, że było inaczej. Zamierzał wprowadzić Caley w to, co znał. Musiała to zobaczyć. Chciała to zobaczyć, chociaż początkowo miała to odrzucić i się nim brzydzić. Ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Mogła widzieć w nim dokładnie to samo, co inni, lecz nie mogła zaprzeczyć swojej ślepocie lub ograniczonego pola widzenia. Bo nie chciała dopuścić do myśli tego, czego się dopuszczał. Sądziła, że pisząc do człowieka w sprawie zamordowania męża, ten okaże się być niewiniątkiem w tej dziedzinie, jednak popchnięty miłością do niej dokona niewybaczalnej zbrodni? Nie. Czuła, że przywołała Fenrira do swoich stóp, którego należało jedynie spuścić ze smyczy, by oddał się szaleństwu. I tak jak wcześniej, nie zamierzał słuchać się nikogo. Pozwolił jej penetrować zakamarki swojego umysł, nie opierając się. Nie znał się na tego rodzaju magii, lecz w ich rodzinie manipulowanie innymi według swej woli, wodzenie ich słowem i gestem było wpisane od zawsze. W końcu byli nieustraszonymi wojownikami, którzy dążyli do swego celu po trupach, nie oglądając się na zniszczenia, które siali po drodze. Nie bał się działań Caley, wiedząc, że tylko ona była w stanie zrozumieć cokolwiek z tego, kim był. Jego oderwanie od rzeczywistości nie zaczęło się jednak wraz z odepchnięciem z jej strony, a dużo wcześniej gdy ojciec zadał pierwszy cios. Nie była to jednak kwestia fizyczności, a psychiki, którą Cadmon zamierzał roztaczać na wszystkim podlegającymi mu ludźmi. Cal nie chciał być niewolnikiem, a jedyne wyjście, jakie miał to poddanie się szaleństwu. Nie winił za to ojca, bo domyślał się, że buzująca w nim krew prawdziwych Goyle'ów znalazłaby swoje ujście prędzej czy później. Im jednak szybciej, tym chłopiec mógł się do niej przyzwyczaić, nauczyć się jej. Niech więc jego siostra podziwia twór ojca. Niech odnajdzie to, czego bała się najbardziej, ale podświadomie pragnęła. Gdy odskoczyła od niego z wyraźnym przerażeniem malującym się na twarzy, poczuł dziwny smutek z powodu zniknięcia jej ciężaru. Ale trwało to tylko krótką chwilę, bo jego oczy skupiły się na tym, co działo się przed nim. Spencer-Moon musiała czuć to, co on - krew na sukni, twarz, w ustach. Musiała czuć ulatujące ciepło kobiecego ciała. Musiała czuć pustkę, która szła za machnięciem różdżką i wypowiedzeniem niewerbalnego zaklęcia. Pozwolił jej na przyzwyczajenie się do tych uczuć, a sam podniósł się ponownie z miejsca i wziął miauczącego pana Silvera na ręce. Kot jakby odetchnął, czując znajomy dotyk, jednak zaraz musiał poczuć znów pod łapami twarde deski podłogi, gdy Calhoun odstawił go na ziemię, by przyjrzeć się siostrze. Oparł się o biurko i w milczeniu trwali wspólnie kilka chwil, które zdecydowała się zburzyć Caley. Oczywistym było, że zada te wszystkie pytania, a on nie musiał się zastanawiać. Doskonale wiedział dlaczego.
- Gdybyś się nie pojawiła, czekałby ją taki sam los. Zasługiwała na to. Podobnie zresztą jak każdy, kto zamierza stawać po stronie Odyna. A może powinienem był ci powiedzieć o tym, co szeptała na ucho twojemu mężowi? - odparł, nie wymawiając imienia ojca. Tak samo jak Cedrica. Mogła go mieć za bestię, ale on był jedynie tym, który niszczył prawdziwe potwory. - Nie to chciałaś zobaczyć? Jeśli chciałaś widzieć jak się pieprzę, wystarczyło poprosić. Ale nie po to tu przyszłaś. Bo w głębi duszy wiesz, co miałaś zobaczyć - dodał ciszej, a pan Silver ocierał mu się z mruczeniem o nogi. Zupełnie jakby znów wyczuwał nastrój swojego pana i chciał dać mu pokrzepienie. Chociażby tylko takie, które mogło nieść nieme zwierzę. Cal zawiesił na nim spojrzenie przez chwilę, jednak jego oczy były puste. Jakby patrzyły na przestrzał gdzieś, gdzie nikt nie istniał. To mogłam być ja. - Nie byłaś - odparł krótko. Nie wiedział dlaczego w ogóle porównywała się do kogoś, kto uczynił więcej zła niż mogła pojąć? Nie była pionkiem, a była jego kultem. Gdyby nie ona, nie powstałby. Nie byłoby ostatniego z braci Goyle, a jego zwłoki obmywałyby właśnie fale Atlantyku. Ciężka cisza wciąż trwała i zdawała się wydłużać. Żadne nie chciało zabrać głosu lub zwyczajnie nie było takiej potrzeby. A przynajmniej do pewnej chwili, gdy w uszach nie słyszał już absolutnie niczego. - Gdy zejdziesz z pokładu, nie zobaczysz więcej ani statku, ani mnie. Dostaniesz to, co chcesz i zapomnisz - powiedział, kierując się w przeciwną stronę kajuty, gdzie na ziemi leżała odrzucona książka. Nawet nie zauważył, gdy pod wpływem zaklęcia pozrzucał swoje rzeczy z biurka.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 17:59

Dość szybko zdała sobie sprawę, że nie chodziło jej o ujrzenie jego pół lub kompletnie nagiego ciała splecionego z kobiecym w namiętnym akcie; krzywizny jego sylwetki znała już dobrze, a widok samej tylko kopulującej pary tak naprawdę wiele by jej nie powiedział. Była jednak ciekawa tego, jak traktował swoją jednonocną towarzyszkę, czy jego gesty były zbliżone do tych, którymi czasem obdarowywał samą Caley, czy testował na niej podobne sztuczki i wykorzystywał słodkie słówka, a może po prostu siedział i czekał, aż to ona wykorzysta swoje umiejętności, by przynieść mu spełnienie? Czy wodził za nią wzrokiem, czy bawił się jej włosami? Chciała to wszystko wiedzieć, powodowana tylko i wyłącznie nadzwyczajną zazdrością; nieuzasadnioną i nie mającą prawa bytu. Byli krwią z krwi, nieważne jak często zaprzeczałby temu Cadmon.
Podświadomie jednak pragnęła zobaczyć i poczuć znacznie więcej – jak to było być wolnym, nieograniczonym, niespętanym żadnym z łańcuchów, które tak usilnie starano się na niego zarzucić? Jak to było kroczyć przed siebie tak pewnie, że wszystko rozstępowało się na drodze? Jak to było posiadać władzę, prawdziwą i realną, a nie tylko jej marną iluzję? Obrazy tego wszystkiego czaiły się w umyśle jej brata, bo jego nauczycielem było doświadczenie, bo wszystkie te przygody rzeczywiście miały miejsce i osiągnął to, co chciał, wspinając się na wyżyny tylko i wyłącznie dzięki własnej sile przebicia i niezłomności. Nie widziała w tym swojego udziału. Nie rozumiała, jak można było nie być dumnym z takiego dziecka, lecz jakiś czas temu odkryła wreszcie smutną prawdę o osądach swojego ojca – były nietrafione i potrafiły ranić wszystkich dookoła, jak gdyby stary Goyle rzeczywiście był ślepy na jedno oko. Nie widział tego, co wyrosło mu przed twarzą, bo inaczej już dawno zacząłby się zbroić na nadchodzący pojedynek.
Nigdy nie zrobiła nikomu fizycznej krzywdy, choć poprzez zaniedbanie bądź męki psychiczne nie raz, nie dwa stawała w roli kata. Choć teraz jej dłonie były czyste, widziała na nich plamy rozbryźniętej krwi, którą czuła także na ustach. Metaliczny posmak doprowadzał ją do szaleństwa i w nerwowym geście sięgnęła do warg drżącą dłonią by zetrzeć z nich coś, czego tak naprawdę tam nie było.
Czy usprawiedliwiało ją to, że po chwili dowiedziała się o winie nieznajomej kobiety? Bardzo chciała w to wierzyć i jednocześnie wybielić Calhouna w swoich oczach, jednak jego spojrzenie było puste, a postawa obojętna. Jedynie w geście skierowanym do zwierzęcia kryła się delikatna pieszczota; a więc nie zatracił się jeszcze do końca, skoro miewał przebłyski dobroci w stosunku do zwierzęcia. Caley gotowa była się założyć, że własnego kocura stawiał w hierarchii o wiele wyżej niż członków rodziny. A ona gdzie stała, gdzie było jej miejsce?
- Powinieneś był mi powiedzieć cokolwiek – wyrzuciła z siebie wreszcie, bo to przecież cisza z jego strony zagnała ją do kasyna i doprowadziła także do spotkania w kajucie; nie mogła znieść tego, że ją pominął, że w jego oczach nie stała już obok niego, a gdzieś daleko – Chciałam zobaczyć co sprowadziłam na ląd – wyznała, odwracając się wreszcie i odszukując jego spojrzenie – Wypełzłeś niczym Kąsający Lęk na to nasze wybrzeże umarłych – zakpiła.
W dzieciństwie drżała przed niektórymi mitami, jak to miały w zwyczaju małe dziewczynki, jednak nic nie przerażało ją tak, jak opowieści o Náströnd i przebywającym tam wężu. Gdy jej pulchna broda zaczynała się trząść, Calhoun zatrzymywał ją zawsze własnymi palcami i opowiadał legendy w ten sposób, że przestawała się ich bać i zamiast tego wolała je przeżywać. Dlaczego więc teraz stawał się uosobieniem strachu, nad którym nie sposób było zapanować?
Ponownie zapadła obciążająca cisza, lecz nie przyniosła ona Caley spokoju – fale złości wzbierały od nowa, lecz prawdziwy sztorm miał rozszaleć się dopiero po słowach jej brata.
Nie zobaczysz więcej ani statku, ani mnie.
Czyż nie była to odpowiedź na pierwsze słowa, jakie wyrzekła po przekroczeniu progu kajuty? Czyż nie dawał jej w ten sposób do zrozumienia, że jego zachowanie w stosunku do niej nie ulegnie zmianie, nie ważne jak mocno by się ze sobą starli lub jak nisko siostra ukorzyłaby się w swoich błaganiach. Nieprzejednany Goyle zawsze dostawał to, czego chciał, lecz tym razem nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji.
Dostaniesz to, co chcesz i zapomnisz.
Odpowiedziała mu gardłowym, krótkim i kpiącym śmiechem, który wreszcie upodabniał ją do niego w tym przejawie chwilowego szaleństwa. Nie chodziło już nawet o Cedrika, ani jego martwe ciało, które pragnęła zobaczyć. Chciała tego całą sobą, lecz nie pragnęła ponad wszystko. W jednym momencie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca, segregując hierarchię pragnień Caley.
Przecięła kajutę w kilku krokach, rozeźlona i niemalże biegnąca w jego stronę w poszukiwaniu swojej małej zemsty i sprawiedliwości jednocześnie, a nade wszystko odpowiedzi na jedno pytanie. Nie miała szans w fizycznym starciu z kimś o jego posturze, a mimo to zaryzykowała, całą sobą usiłując popchnąć go na ścianę w ten sam sposób, w jaki on potraktował ją w dokach
- Zapomnisz? Będziesz w stanie zapomnieć o tym wszystkim, odpłynąć i już nigdy nie wracać? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, starając się odnaleźć jego wzrok.
W jej oczach musiał zobaczyć, że gdyby miała odpowiedzieć na własne pytanie, bez wahania odpowiedziałaby soczyste, dźwięczne nei.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   14.01.18 22:09

Czułość. To słowo było tak obce, tak nieznane mu od wielu lat, bo jeśli kiedykolwiek mógł precyzować coś pod tym tytułem to tylko i wyłącznie były to wspomnienia z Caley. Nawet leżąc w Parszywym Pasażerze na łóżku w smugach gęstego dymu z papierosa i diablego ziela, dosięgnęła ich namiastka tej emocji, jednak nie mogło się to równać z dawną niewinnością przewijającą się w ich relacji. Nigdy nie głaskałby w ten sam sposób włosów innej, nie byłby szczery i nie chciał, by została na dłużej. Puste marionetki, którymi były nie mogły odnaleźć w jego ramionach delikatności czy ułudy jakiegokolwiek uczucia. Jeśli nie mordował ich reputacji ani nie sprawiał, że płakały całymi nocami, uspokajał się, badając ich ciała dotykiem i spojrzeniem. Czerpał z tego przyjemność, gdy nie były to jedynie ulicznice, a szare obywatelki, które nigdy nie miały do czynienia ze zdradą czy cielesnym pożądaniem. Znalazły się czasem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Nie zabijał ich jednak. A przynajmniej nie te, które nie sprzedawały swoich ciał, bo były czasem miłym wspomnieniem, lecz równie szybko jak przewijały się przez karty jego historii, tak samo prędko znikały. Wielkie damy, szmaciane lalki, niewinne i bardziej zatwardziałe w swoim fachu. Mijał je wszystkie, by mimo wszystko w myślach mieć jedną jedyną, która wołała go z daleka i nigdy nie miała przestać. Nieważne jak wiele krzywd mu przyniosła, jak bardzo czuł się przez nią upokorzony i zmieszany z błotem. Wiedział, że zawsze by do niej wrócił bez względu na wszystko, nawet jeśli oznaczałoby to powolną śmierć. Bo dla niego to było bez znaczenia, wszak każdy kiedyś umrze, a jedynie chciał wybrać odpowiednie na nią miejsce. Bał się tylko tego, że przed opuszczeniem tego świata nie zrobił wszystkiego, do czego tak usilnie dążył. A na jego liście znajdowało się jeszcze kilka znamienitych punktów, których opuszczenie byłoby plamą na honorze, którego nie posiadał. Była na niej również pewna ułudna dziwka, która zaśmiewała się z cierpień jego siostry, leżąc nago przy boku Cedrica Spencer-Moona. Wszak polecił mu ją jego własny ojciec. Calhoun wiedział o wiele więcej niż się zdawało, a podczas tych dni, w których Caley szalała na brak wieści, szturmował cicho miasto w poszukiwaniu odpowiednich informacji i ludzi, którzy mieli się stać jego środkami do celu. Spokojnie czekał nawet kilka godzin w burdelowym barze, obserwując zamknięte drzwi pokoi, w tym samym momencie płacąc odpowiedniej z pracujących tam dziewczyn, by wydobyła z interesujących go klientów to, czego oczekiwał i szukał. Nie siedział, nie robiąc nic. Nie czekał na to, aż siostra spadnie mu z nieba. Przecież jego plan był wdrażany z momentem, w którym dobił do brzegu - nie zamierzał, więc marnować cennego czasu. Nie musiała mu wierzyć. Nie musiała. Mogła jednak zaufać jego gniewowi, który sama obudziła, a jej list był jedynie dobrym pretekstem do wrócenia do dawnego domu.
Powinieneś był mi powiedzieć cokolwiek.
- W tej rozgrywce nie bierzesz udziału. To jest coś, co muszę załatwić sam - odpowiedział, widząc oczami wyobraźni postać Cadmona. Jego skrzywioną twarz, obwisłą w niektórych miejscach skórę, rzadkie, chociaż wciąż silne włosy, zmęczone oczy wpatrujące się w syna z paskudnym żądaniem pozbycia się go z horyzontu. Ojciec był jego nagrodą. Jego śmierć nie miała przynieść Calowi ukojenia, bo na nie nie liczył i spokój ducha nigdy nie był opcją. To naprawdę przypominało mitologiczne zmagania się skłóconych bogów, a intrygi i spiski były ich drugim życiem. Przygotowywanie się do ostatecznego starcia trwało długo, zajmowało wiele czasu, jednak koniec końców miało przynieść walkę mającą zdecydować który ze zmagających się miał zwyciężyć. Jeśli miała to być ostatnia rzecz przed śmiercią, Calhoun był gotowy, by zobaczyć jak krew tryska z otwartych ran ich własnego Odyna, ich Wszechojca, ich Cadmona. Wypełzłeś niczym Kąsający Lęk na to nasze wybrzeże umarłych. - Nidhögg zostanie zabity podczas Ragnaröku - odparł jej, w żaden sposób nie reagując na śmiech, który przetoczył się przez kajutę. Owszem, ironia była wyczuwalna, jednak w przeciwieństwie do niego, nie kryła się za tym chęć zakamuflowania własnych uczuć. Mogła zarzucać mu wszystko, lecz to tylko on wciąż i bez ustanku deklarował jej swoje uczucia, nie dostając nic w zamian. Była niczym Angurboda, olbrzymka w Jotunheimie, czyli ta, która niosła cierpienie i smutek. Gdy dopadła do niego, nie poruszył się, a pozwalał spokojnie, by robiła z nim co chciała. Po jej siarczystym policzku zaczął zbierać się różowy kolor na jego twarzy, którego nie dało się ukryć. Był znakiem tego, że nie było to jedynie próba przyciągnięcia na siebie uwagi. Gdyby był to tylko wstyd, nie pojawiłoby się tyle emocji, które dosłownie buzowały w małym ciele panny Goyle. Gdy szukała jego spojrzenia, podniósł na nią wzrok, który nie był jednak tym, którym obdarzał ją tego wieczora. Czaiła się w niej głębia, tego którego w nim szukała. Którego sądziła, że utraciła na zawsze, a on wypłynął na powierzchnie niczym nabrzmiałe ciało.
- Bo zapomnieli, jak im smakowały tamte historie z morza albo z lasów, niech i tak będzie. A mnie pozostanie podzielić los ich i wraz z piratami lec w zapomnieniu pośród dawnych skarbów - odpowiedział jej dawnym, praktycznie zapomnianym hymnem, który usłyszeli we dwójkę od jednej starej czarownicy na portowym targu. Wymknęli się wtedy na całe dwa dni w siedemnaste urodziny Caley, by spędzić wspólnie je włócząc się, gdzie tylko sobie wymarzyli. Nie bacząc na ojcowski gniew w domu. Żyjąc jakby były to ostatnie dwa dni ich wspólnego życia.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
Caley Spencer-Moon
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5536-caley-spencer-moon http://www.morsmordre.net/t5568-idun http://www.morsmordre.net/t5569-cry-little-sister http://www.morsmordre.net/f116-mansfield-road-11 http://www.morsmordre.net/t5566-caley-spencer-moon
tłumaczka
25
Czysta
Zamężna
these violent delights
have violent ends
0
20
5
0
0
10
10
0
Czarownica
no matter where I sleep, you are haunting me

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   15.01.18 18:59

Ich własny, prywatny Ragnarok zbliżał się wielkimi krokami, a myślenie o tym wcale nie sprawiało, że Caley chciała go powstrzymać. Niech wszystko strawi ogień, niech gwiazdy zgasną, a morze wstąpi z brzegów i pochłonie całą ziemię – jeśli to miało oznaczać oczyszczenie i nowy start, była na to gotowa, a nawet wypatrywała tego z nadzieją. Byle tylko zamknąć oczy i zostawić za sobą wszystko, co naznaczyło jej życie tragedią, wszystkich ludzi, jacy zatruwali jej dni i stawali na drodze do osiągnięcia wielkości. Po raz kolejny liczyła na błyskawiczne rozwiązanie, lecz wcale nie łudziła się, że będzie bezbolesne, bo czyż nie wprawiła maszyny w ruch swoimi desperackimi słowami w liście do Calhouna? Trybiku ruszyły i nic już nie mogło ich zatrzymać.
A on robił to wszystko dla niej. Ta myśl uderzyła ją nagle, gdy już popchnęła go pod ścianę, a brat nie zareagował, nie odepchnął jej. Gdyby była członkiem jego załogi i zachowywała się w ten sposób, już dawno by się jej pozbył. Nielojalna, butna czarownica z wiecznymi roszczeniami. Czemu wciąż ją przy sobie trzymał, jeśli nie z miłości? Był wyrachowany, ale nie do tego stopnia, za to ona była niewdzięczna i za pomoc odpłacała mu się buntem. Nie rozumiała tak wielu rzeczy, bo wciąż była ślepa i naiwna, a do tego posiadała wiele słabości, które mogli wykorzystać ich wrogowie. Jeden fałszywy ruch i oboje spadliby w przepaść bez powrotu, nie dożywając początku nowej ery. Nic dziwnego, że nie mógł ją wtajemniczyć w całość swojego planu, ale wyraźnie zachował jakąś jego część dla niej. Chaos miał ją otoczyć i wchłonąć, lecz to wszystko musiało nadejść w swoim czasie, nadzorowane przez Calhouna. To on był wielkim projektantem, a ona musiała mu po prostu zaufać.
Jeszcze na moment zacisnęła pięść na jego koszuli, wpatrując się w zielone oczy intensywnie, szukając znaku, że być może pomyliła się w swojej ocenie, lecz nie znalazła go. Poluźniła uścisk i powoli powędrowała dłonią do jego zranionego policzka, by delikatnie go pogładzić. Przepraszam. Nie przeszło jej to przez gardło, lecz musiał dostrzec żal za grzechy w jej spojrzeniu.
Wsłuchała się w jego słowa, nie odwracając wzroku.
Wcześniej rozgrzana do czerwoności przez złość, teraz ostygała powoli, regulując oddech; uformował ją niczym żelazo i mógł liczyć na broń, jaką powoli się stawała. Jakiś czas temu uważała, że nie miała nic do stracenia, teraz jednak przewartościowała ten pogląd, głównie pod wpływem słów, jakie padły w tej kajucie wcale nie tak dawno temu. Nie była w stanie zapomnieć, a do stracenia miała zdecydowanie zbyt dużo. Jego.
- Tu znajduje się skarb – odparła w podobnym tonie, przysuwając się do niego, przyciągając go do siebie i stykając się swoim szczupłym ciałem z jego.
Przez moment jeszcze patrzyła mu w oczy, trzymając głowę zadartą, lecz zaraz opuściła ją i ułożyła na wysokości jego klatki piersiowej. W ten wieczór pełen wspomnień, jego zapach zadziałał niczym najlepsza myślodsiewnia, a Caley zmrużyła oczy i pozwoliła obrazom przepływać przed nimi. Pamiętała swoje siedemnaste urodziny i słowa starej czarownicy z portu, które brat przed chwilą zacytował. Widziała naukę gry w kościanego pokera i nieudane próby ogrania brata, odliczanie wyniku na własnych pulchnych paluszkach. Zobaczyła też dzień, w którym Calhoun złamał ojcowską różdżkę, a ona po raz pierwszy w pełni stanęła po jego stronie, dając wyprowadzić się z domu i zasmakować wolności na bocianim gnieździe. Posiadali razem tak wiele dobrych wspomnień, że nie mogła pozwolić, by cokolwiek je przekreśliło. On się zmienił, lecz ona także. Tylko dotrzymanie mu kroku nie oznaczało rozłąki, więc to właśnie zamierzała zrobić.




But in allchaosthere is calculation


Powrót do góry Go down
Calhoun Goyle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5475-cal-pracujemy#124811 http://www.morsmordre.net/t5485-okno-parszywego-pasazera#125261 http://www.morsmordre.net/t5593-hear-the-ocean-s-roar#130336 http://www.morsmordre.net/f109-doki-parszywy-pasazer-pokoj-7 http://www.morsmordre.net/t5484-calhoun-goyle#125257
kapitan, żeglarz, przemytnik
27
Czysta
Kawaler
I don’t believe in no
devil
Cuz I done raised this
hell
0
25
0
0
0
5
26
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kajuta kapitana   15.01.18 21:02

Ich serca już dawno przesiąknęły nienawiścią i chęcią zemsty, która krzyczała i upominała się o swoje. Nie mogli udawać, że ten lament nie dochodził do ich uszu, a skargi gromadzące się każdego dnia nie dotykały pewnej odpowiedzialności za własne czyny. Wszak mogli coś zaradzić. Nie mogli ignorować znaków pojawiających się nie tylko w magicznym świecie, bombardujących Wielką Brytanię raz za razem kolejnymi tragediami - czas zmian w życiu Goyle'ów i Spencer-Moonów nadchodził, a każdy dzień zbliżał ich do ostatecznego starcia się dwóch sił przeważających w konflikcie. Po jednej trwał Cadmon ze swymi starszymi dziedzicami, roszcząc sobie prawa do panowania nad życiem również wydanej już za mąż córki, a za jego plecami stał również i Cedric. Jego postać miała się rozpłynąć w trakcie, gdy na ostatecznym polu bitwy miała zostać jedynie rodzina, w której żyłach płynęła krew Normanów. I tak jak stulecia temu najechali Anglię, tak samo Calhoun przybił do brzegu wspólnie z grupą czystokrwistych synów trwającej w tradycji swych przodków. Naprzeciwko podporządkowanych rządom Wszechojca mieli stanąć ci, którzy chociaż najmłodsi, wcale nie byli najsłabsi. Szamoczący się na grubym łańcuchu wilk i prowadząca go bez trudu delikatna kobieta. Mieli walczyć i nie zamierzali się poddać, stając przed najbliższymi. Ich krew miała bulgotać niczym ogień w wulkanach, ich serca miały stwardnieć i nie znać czegoś takiego jak miłosierdzie, a ich oczy miały pozostać sługami chaosu, który stąpał z nimi, nie odstępując ich ani na chwilę. A oto otwarły się bramy Asgardu i wkroczyły przez nie dzieci Zguby. Loki, tak dano na imię temu, który dał życie największym z potworów, mających rozszarpać krainę bóstw. Hel wszak władała śmiercią, brat jej Fenrir siał zniszczenie. To miało nadejść, a wizja upadającego królestwa była jedynie nadchodzącym obrazem rzeczywistości. Miała popłynąć krew, bogowie mieli stać się śmiertelni, a jedynie jedni mogli zwyciężyć.
Poczuł dotyk jej chłodnych palców na swoim policzku, równocześnie odnajdując żal za to, co się stało. Jednak nie potrzebował jej wybaczenia, bo już dawno nauczył się, że bez względu na to, co robiła, nie mógł z niej zrezygnować. Już dawno temu wryła się w jego istnienie wpierw jako siostra, później jako kobieta i chociaż mógłby się opierać, wiedział, że było to bezcelowe. Potrzebował jej jak morza, po którym pływał. Odbierając mu jedno, tonął w tym, co najbardziej ukochał. Jak i woda potrafiła być zdradliwa i z sojusznika zmienić się we wroga, tak jego siostra zrzucała emocje jak suknie, by żądać tego, czego pragnęła. Być może dlatego tak ją sobie upodobał. Tę nieprzewidywalną część tak samo jak spokojną i pojednaną niczym sięgające po horyzont dzikości nieznanych krain złożonych z fal, co jakiś czas spotykających się z lądem. Przepraszam. Wiedział, że nie chodziło jedynie o to, co wydarzyło się jeszcze chwilę temu. Ich porozumienie zależało od akceptacji i stanięcia twarzą w twarz z prawdę, którą Caley musiała pokonać w pojedynkę. Calhoun miał stać zaraz za nią, by w razie czego wskazać jej drogę, podtrzymać, ale by to się ziściło, potrzebowała zrozumienia.
- Spójrz na mnie - powiedział po chwili, obserwując przytuloną do siebie głowę siostry. Wiedział, że usłucha. Szczególnie teraz, a dostrzeżenie jej szczerze wpatrzonych w niego oczu, rozchwianych warg i delikatnie poruszającego się podbródka było wszystkim. Złość wyparowała w kilka sekund, dając pogląd na to, co naprawdę siedziało w ich umysłach. I choć w okrutny sposób, przed chwilą byli jednym i tym samym. Wąż zjadł swój własny ogon, a dwie części rozłupanego Gjallarhorna scaliły się w jedno. Sięgnął jej ust. Jednak nie tak jak wcześniej, kryjąc się z tym oczywistym ruchem i igrając na granicy przyzwoitości. Nie chciał jedynie posmakować tego, co i tak powinno należeć się jemu; zamierzał rozsmakować się w tym delikatnym jak na nich geście, chociaż ten pocałunek nie należał do niewinnych. Okres zabaw i igraszek mieli za sobą, pozwalając w ten sposób, by ich niepewna relacja wypłynęła jeszcze dalej na szerokie wody. Sięgnął dłonią do złotych włosów, wysuwając z nich jedną spinkę i zamierzając rozkoszować się ich miękkością. Przyciągnięcie jej talii jeszcze bliżej było gestem zachłannym, jednak nie mogącym zostać w żaden sposób przerwanym. Trwało to pół uderzenia serca, gdy Cal odsunął się od siostry, nie zostawiając jej bioder daleko od siebie, a palcami meandrując między morzem jasnych fal. - Jeg elsker deg.




Everyone is a monster to someone
Since you are so convinced
that I am yours, I will be it

Powrót do góry Go down
 

Kajuta kapitana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Kajuta Kapitana
» Kapitana i Marynarza kącik anonimowych porad życiowych.
» Kajuta #13
» Kajuta Scattershota
» Pokład statku Czarnobrodego

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: Aegirsson-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18