Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Hereward Bartius, Barty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Hereward Bartius
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t576-hereward-bartius-barty http://www.morsmordre.net/t626-merlin http://www.morsmordre.net/t674-bartus http://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 http://www.morsmordre.net/t1014-bartek-wsiakl
Profesor w Hogwarcie
33
Półkrwi
Kawaler
Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.
20
3
0
0
25
1
2
5
Czarodziej
Zdarzyć się musiało

PisanieTemat: Hereward Bartius, Barty   16.07.15 13:29


Hereward Bartius, Barty

Data urodzenia: 03.07.1923r.
Nazwisko matki: Blishwick
Miejsce zamieszkania: Londyn, Lord Street 10
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: nauczyciel transmutacji w Hogwarcie
Wzrost: 178 cm
Waga: 81 kg
Kolor włosów: rude
Kolor oczu: szare
Znaki szczególne: Okrągła blizna nad lewym łokciem; blizna po oparzeniu z prawej strony szyi i wokół prawego ucha, gdzie rudych włosów w tym miejscu głowy jest mniej; lekka deformacja małżowiny usznej prawej, polegająca na wklęśnięciu jej półkola ku dołowi; parę nierównych blizn o różnej długości po cięciu ostrzem na prawym nadgarstku; szersza od nich, kilkucentymetrowa, równa i pionowa blizna na szyi przebiegająca na linii położenia tętnicy szyjnej lewej.


Na zawsze zapamięta tę specyficzną woń wrzosu i morza. Zapachu starszej siostry tulącej go, gdy zdarł kolana i płakał, czytającej baśnie Beedle'a, grającej w łapki. Rudowłosa Bella. Zielonooka, uśmiechnięta Bella. Najcudowniejsza istota na świecie. Najpiękniejsza. I martwa.
Hereward przyszedł na świat trzeciego lipca tuż przed swoją bliźniaczą siostrą, Beatrycze, Betty. Bella urodziła się tego samego dnia, ale piętnaście lat wcześniej. Cała trójka obchodziła urodziny jednego dnia.


Do domu wróciłem, a tam - w czterech częściach,
Podręczny zestaw do montażu szczęścia:

Ich ojciec był daleko spokrewniony z Weasley'ami, co objawiało się rudym kolorem włosów u każdego dziecka. Dlatego w domu nikt nie wołał na nich po imieniu. Bella była Wiewiórką, Hereward Lisem, a Betty Łasicą. Barty pamięta to jak prze mgłę. Po śmierci Belli pozostałej dwójki nigdy już tak nie nazwano.
Matka prawdopodobnie w którymś pokoleniu miała powiązania z Lestrange'ami. Ciężko to jednak określić, bo było to kilkaset lat temu. Sama mówiła o tym raczej niechętnie, ale jej daleki przodek miał jakoby związać się z mugolką. Wystarczy powiedzieć, że oboje rodzice identyfikowali się jako półkrwi czarodzieje. Oboje skończyli Hogwart. Po jego opuszczeniu wyjechali do Szkocji i na wrzosowisku pod Dundee osiedli na stałe. Prowadzili coś w rodzaju szpitala dla zwierząt. Opiekowali się osieroconymi malcami hipogryfów, smoków, kelpie, zajmowali się rannymi stworzeniami, które po wyleczeniu wypuszczali na wolność, a czasem sprzedawali. Niektóre smoczątka po odhodowaniu wysyłali do Rumunii, do tamtejszej hodowli. Mieszkali więc na odludziu, gdzie żaden mugol nie mógł ich zobaczyć. Dzieci miały siebie, olbrzymie wrzosowisko i mały, sosnowy las, w którym mogły się bawić.
Betty była zawsze bardziej ciekawska od Bartiego. A przy tym odważniejsza. Mieli wtedy po cztery lata. Były ich urodziny. Bella pracująca na co dzień w Londynie, w redakcji Proroka Codziennego, przyjechała uczcić to rodzinne święto. Beatrycze namówiła swojego brata na zakradnięcie się na wybieg, na który rodzice nigdy nie pozwalali im wchodzić. Mieszkał tam czerwony trutniowiec krwiopijca. Betty wpadła w panikę. Wtedy po raz pierwszy uwolniły się jej zdolności magiczne. A były one doprawdy imponujące. Pierwsza na miejsce dobiegła Bella. Chciała złapać młodszą siostrę. Ale ta była przerażona, nie wiedziała, co się dzieje ani co robi. Barty stał oniemiały i widział jak wiązka światła uderza w Bellę. Jak podpala jej czerwone jak ogień włosy. Jak zapala jej ubranie. Słyszał potworny krzyk bólu, wwiercający się w uszy, potępieńczy wrzask. Stracił z oczu trutnia, a ten zaatakował go nagle. Dlatego nie zobaczył jak Bella upada, jak wbiegają rodzice i podejmują beznadziejną próbę uratowania jej. Było za późno. Udało im się uratować jedynego syna, ale w dniu urodzin wszystkich swoich dzieci stracili pierworodną córkę.
Następną rzeczą, jaką Barty pamięta jest żałobny kondukt. Wielu ludzi przyszło na pogrzeb pięknej Belli. Czarodzieje z Ministerstwa Magii, koledzy z redakcji, znajomi rodziców, nauczyciele z Hogwartu, odlegli krewni Weasley'owie, nawet ktoś z Lestrenge’ów. A Barty szedł z obdartymi kolanami i płakał, bo nikt go nie przytulił jak się przewrócił.


Od szczęścia świat tłusty, aż popruty w szwach.
A ja swego nie mam, a wziąłbym pod dach.

Nagrobek z marmuru stał na szczycie wzgórza w sosnowym lasku. Barty przychodził tam za każdym razem, kiedy miał problem. Na początku po to, żeby porozmawiać z ukochaną Bellą. Potem, żeby uciec od wszystkiego. A miał przed czym uciekać. Po tragicznym wypadku jego jedyna siostra nigdy nie odzyskała zdrowych zmysłów. Pozostała chora, zamknięta w sobie, utraciła kontakt ze światem. W Mungu nie potrafili jej pomóc. Przerzucali ją między oddziałami, oglądali ją kolejni medycy. Sięgano po eliksiry, zaklęcia, wprowadzano w śpiączki, próbowano wymazywać wspomnienia. Nic nie przyniosło efektu. Wreszcie odesłali ją do domu. Codziennie trzeba było ją zbudzić i nakarmić, a ona chodziła jak inferius i już nigdy więcej się nie odezwała. Nigdy więcej nie dały o sobie znać jej zdolności magiczne. Nigdy więcej też nie zbliżyła się do żadnego zwierzęcia. Gdy jakieś pojawiało się zbyt blisko niej, wpadała w panikę, miała atak. Stawała w miejscu i przeraźliwie krzyczała. Jej wysoki pisk wibrował w uszach, powodował ból głowy i pękanie szkła. I nie było nic, co mogłoby ją uspokoić. Trzeba było rzucać zaklęcia, które ją paraliżowały, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. I bez możliwości ruchu i wydania z siebie najcichszego nawet dźwięku, w ramionach ojca uspokajała się. Czasem wystarczyła godzina, kiedy indziej potrzebny był cały dzień. Po wielu latach Barty odkrył, że siostrze pomaga dotyk miękkiego, lisiego futra, jego mokry nos, ciche bicie serca. Dowiedział się o tym przez przypadek, ale natychmiast zrobił wszystko, by Betty zawsze miała pod ręką zwierzęcą pociechę. Oboje jednak byli wtedy dorośli, a Hereward dawno skończył już Hogwart.
Matka popadła w depresję i apatię. Zwykła mówić, że straciła wszystkie dzieci. A Barty po latach powtarzania jej, że on przecież żyje, zrozumiał, że ona już nigdy w to nie uwierzy. Nie mógł jednak patrzeć na jej pusty wzrok, oszczędne, wymuszone gesty udawanej matczynej miłości. Robiło mu się niedobrze, czuł, że się dusi. I uciekał do lasku, siadał przy grobie, na którym napisano tylko datę i dwa słowa „Bellatrix Bartius”
Ojciec musiał ponieść na swych barkach ciężar utrzymania rozbitej rodziny. Sprawił się świetnie. Jednak sporo go to kosztowało. Trud związany z opieką nad chorą córką i żoną, a także z wychowywaniem młodego czarodzieja dały mu się we znaki. W wieku czterdziestu lat jego rude włosy stały się całkiem siwe, a wiecznie uśmiechnięte oczy straciły blask.
Po wypadku Barty również długo dochodził do siebie. Płonąca siostra i jej krzyki śniły mu się co noc, kiedy tylko zdołał zasnąć. A jego zdolności magiczne nie objawiały się. Nie pojawiły się, gdy miał siedem lat, ani potem, gdy skończył dziewięć. Pomału zaczynał wierzyć, że jednak jest charłakiem. Nikomu nie zwierzył się ze swoich obaw, nawet starszej siostrze, z którą regularnie prowadził długie monologi w sosnowym lasku. Miał dziwne wrażenie, że tam jest, że go słucha i uśmiecha się do niego, gładząc po głowie. Czuł zapach wrzosu i morza. Czasem płakał, czasem się śmiał, a czasem po prostu milczał. Im więcej czasu mijało, tym bardziej imię Bellatrix kojarzyło mu się z marmurowym nagrobkiem, mniej z przeraźliwą kukłą człowieka trawioną przez ogień. Te rany goiły się powoli, ale skutecznie, rok za rokiem coraz bardziej wyglądały na blizny. Pomimo tego, że każdy widok domu bez Belli, każda łza matki, każdy atak Betty otwierały je na nowo.
Odrobinę magii wykrzesał z siebie na kilka dni przed swoimi dziesiątymi urodzinami. Zamienił poduszkę z igłami w jeża. Trzydziesty czerwca był dniem, w którym ojciec naprawdę się uśmiechnął. Po raz pierwszy od pamiętnego wypadku. Śmiały się nie tylko jego usta, ale też oczy. I Barty postanowił, że to ten dzień będzie świętował jako swoje urodziny, zaś trzeci lipca na zawsze pozostanie dniem żałoby. Po zjedzeniu tortu, po który tato udał się do miasta, poszli zaopiekować się zwierzętami w klinice. Ich cowieczorny obchód, ich rytuał. W jednej z zagród stał ranny testral, który następnego dnia zabrany został do Hogwartu. To dopiero w szkole Barty dowiedział się, czemu czarodziej, który przybył odebrać zwierzaka tak zdziwił się, gdy chłopiec na pożegnanie pogłaskał łeb wierzchowca.
Do Hogwartu jechał podekscytowany. Miał walizkę pełną szat, kociołek, tiarę i różdżkę. Ta ostatnia należała wcześniej do jego starszej siostry. Nie miała jej przy sobie, gdy spłonęła. Jednak różdżka wybrała Barty’ego i działała idealnie, jakby dla niego była stworzona. Puste miejsce na zdjęcie w głowni zapełnił obrazkiem przedstawiającym całą rodzinę sprzed kilku lat. W komplecie i szczęśliwą.
Tiara Przydziału wybrała dla niego Ravenclaw, gdy ledwie dotknęła jego głowy. I słusznie. Tam prawdziwie rozwinął swoje umiejętności. Okazał się niezwykle zdolnym czarodziejem. Świetnie wychodziła mu transmutacja i zaklęcia. Pokochał oba te przedmioty. Równie dobrze szła mu opieka nad magicznymi stworzeniami, jednak była to kwestia doświadczenia, jakie zebrał przez lata mieszkania w klinice, przedmiot ten nie sprawiał mu przyjemności, nie przynosił satysfakcji, gdy opowiadał o zwierzętach rzeczy, które nie były zamieszczone nawet w podręczniku. Profesor bardzo go lubił, przymykał oko na spóźnienia czy nieobecności. Wyniesiony z domu szacunek do innych nie pozwolił jednak Barty’emu na nadużywanie tej przychylności. Choć zdarzało mu się czasem opuścić jedne zajęcia lub okazyjnie spóźnić, nie miało to miejsca zbyt często. Hereward był chłopcem grzecznym, zawsze kłaniającym się nauczycielom i z reguły przestrzegającym regulaminu. Nigdy przynajmniej nie zdarzyło mu się popełnić poważniejszego wykroczenia. Szybko zyskał sobie opinię zdolnego acz nieśmiałego. Nie odzywał się, kiedy nie padło pytanie, wolał słuchać niż mówić, a gdy zmuszony był odpowiedzieć robił to cicho i możliwie krótko, choć wyczerpująco. Pewności siebie nabierał tylko na zajęciach z transmutacji, gdzie odważył mówić się nieco głośniej i pewniej. Ta nieśmiałość była powodem alienacji w początkowych latach jego edukacji. Jego zamknięcie w sobie utrudniało mu zawiązywanie przyjaźni, a nawet nieco bliższych znajomości. Nigdy nie doświadczył ostracyzmu ze strony rówieśników, ani ich niechęci, ale jego sposób bycia nie zachęcał innych młodych czarodziejów do bliższego poznania. Pozwalali mu uczestniczyć w rozmowach, zapraszali na wspólne spacery, gdy wychodzili większą grupą, odpisywali zadnia domowe, dyskutowali na temat nauczycieli, zadanych prac, zajęć, wspólnie obgadywali uczniów z innych domów, na ewentualne pytania i prośby odpowiadali uprzejmie, nie zbywali go. Hereward był im w zasadzie obojętny. Dobrze, że ktoś taki istniał, kiedy pojawiały się trudne zadania domowe, ale nie był potrzebny, żeby się dobrze bawić, z kimś porozmawiać, wyżalić się, gdy nawiedzi tęsknota za domem. Od tego byli przyjaciele, a młody Bartius dla nikogo nim nie był. Doskwierało mu to, zwłaszcza na początku. Pogodził się z takim stanem rzeczy po pierwszym semestrze i samotność przestała mu przeszkadzać. Sam wychodził na błonia i, gdy nikogo nie było, rozmawiał z Bellą. Polubił bycie samotnikiem. I choć po kolejnych semestrach spędzonych w szkole rówieśnicy zaczęli dostrzegać go nieco częściej i polubili jego towarzystwo, a on sam otworzył się nieco, nigdy nie należał do osób zgarniających całą uwagę dla siebie.
Mijał czas, a on rósł, coraz bardziej traktując Hogwart jak własny dom. Nie wracał na święta, na wakacje przyjeżdżał niechętnie. Tęsknił za ojcem, ale atmosfera, jaka panowała u rodziny była przytłaczająca, dusiła go, pozbawiała tchu. Ojciec zdawał się to rozumieć. Nie nalegał, by Hereward wracał, choć zawsze żegnał syna z bardzo smutnym uśmiechem i łzami w oczach. Barty tego nie zauważał zaczytany w książkę. Jednego dnia jednak wrócił do domu na Boże Narodzenie, nie zapowiadając wizyty. Zastał w nim bałagan, zaniedbaną matkę wyglądającą, jakby była bezdomna, zarośniętego ojca siedzącego w sosnowym lesie i płaczącego gorzkimi łzami. I Betty. Beatrycze, jedyną wypielęgnowaną osobę w domu, mieszkającą w swoim pokoju, rysującą przerażające obrazy. Jeden z nich przedstawiał nocne niebo z zieloną czaszką i dwoma wychodzącymi z niej wężami. Inna, tłum zamaskowanych ludzi celujących różdżkami w grupę ludzi. Małego chłopca ugodzonego zielonym promieniem zaklęcia. Hereward po raz pierwszy zrozumiał, co tak naprawdę działo się w domu, kiedy jego nie było. W rozpaczy napisał do swojego nauczyciela i kogoś, kogo uważał za autorytet, Albusa Dumbledore’a nauczającego ulubionego przedmiotu Barty'ego, transmutacji. Dzięki niemu dowiedział się, że młodsza siostra ma zdolności do przewidywania przyszłości. Jej czarodziejska moc podążyła w kierunku, w którym ona dalej mogła pozostać zamknięta i odizolowana. Starszy czarodziej pomógł Herewardowi znaleźć ludzi, którzy się nią zajęli w Londynie. Zaopiekował się też samym młodzieńcem. Barty przejawiający od zawsze zainteresowanie transmutacją chłonął wiedzę szybko, w tempie lepszym niż reszta jego roku, a mając za opiekuna kogoś takiego jak Dumbledore nie trzeba było czekać aż jego ponadprzeciętne umiejętności zostaną zauważone także poza murami Hogwartu.
W szkole nie narzekał na popularność. Rudy chudzielec z nosem w książce, wiecznie odrzucany na naborach do drużyny Quidditcha. Zmieniło się to, kiedy na szóstym roku został rezerwowym pałkarzem i zagrał w dwóch meczach. Miał nieco szczęścia, wszyscy, którzy mogli grać, byli albo kontuzjowani, albo mieli szlabany. Nie został najpopularniejszym uczniem w szkole, jednak zaczęto go zauważać. Niewiele osób kojarzyło jego starszą siostrę, nikomu o niej nie mówił, nie wspominał o tragedii, która go spotkała. Gdyby to zrobił niektórzy mogliby połączyć fakty i zapamiętać jego nazwisko. Jego imię zaś nie należało do najkrótszych i najwdzięczniejszych, ciężko było utworzyć od niego sensowny skrót. Upowszechniło się więc przezwisko z dormitorium. Zaledwie po miesiącu cała szkoła mówiła do niego Barty. Pod koniec edukacji nie zwracał się tak do niego jedynie Albus Dumbledore.
Kiedy Hereward zdobywał swoje owutemy, rodzice sprzedali klinikę i dom pod Dundee. Przeprowadzili się do niewielkiego mieszkanka w Londynie, gdzie mogli być bliżej córki, która pod opieką uzdrowicieli ze Świętego Munga nieco się uspokoiła. Gdy Barty przyjechał na wakacje, zobaczył matkę w nieco lepszym stanie. W jej oczach, po raz pierwszy od wielu lat pojawiła się nadzieja. Nowatorskie techniki leczenia chorób psychicznych mogły pomóc Betty. W pierwszym odruchu Hereward ucieszył się, oczami wyobraźni zobaczył swoją siostrę zdrową, znowu uśmiechniętą i rozmawiającą z nim. A potem przyszło zwątpienie. Zaczął dowiadywać się coraz więcej o tym „leczeniu”. Zaczerpnięto je od mugoli, polegało na jakichś wstrząsach, operacjach na mózgu. Po raz pierwszy w życiu Barty okazał swoim rodzicom brak szacunku krzycząc na nich, kategorycznie zabraniając poddawania Betty jakimkolwiek tego typu terapiom. Sam postanowił się nią zająć tracąc całkowicie zaufanie do ojca i do matki, rozumiejąc, że oni już zawsze żyć będą tragedią sprzed lat, nigdy nie docenią syna. Wyprowadził się od nich, zaczął na siebie zarabiać. I zajął się Beatrycze. O nic więcej nie poprosił już rodziców ograniczając się do kurtuazyjnych wizyt na święta i kartek na urodziny. A oni, o dziwo, wydawali się z tego zadowoleni, woleli uznać, że nie mają żadnych dzieci niż wyrzucać sobie obarczanie ich własnymi troskami. Po latach Herewardowi udało się naprawić relacje z ojcem. Kiedy dojrzał i zrozumiał, jak wiele tego człowieka kosztowało dźwiganie na swoich barkach śmierci pierworodnego dziecka i choroby ukochanej żony i córki. Kiedy poznał życie na tyle, by wiedzieć, że nie każdy potrafi podnieść się po tragedii, i że czasem jedno nieszczęście potrafi na zawsze pozbawić człowieka radości.
Po zakończeniu edukacji w Hogwarcie wszyscy oczekiwali, że Barty, jako bardzo obiecujący, młody człowiek, rozpocznie błyskotliwą karierę w Ministerstwie Magii. Jakież było ich dziwienie, kiedy zamiast zdecydować się na dalszy rozwój, skierował się do Munga, gdzie został salowym. Niewielu wiedziało, skąd w nim nagle taki zapał do pracowania w szpitalu. Nigdy nie był dobry w leczeniu, z eliksirami radził sobie przeciętnie, podobnie z zielarstwem. Był jednak zdolny, gdyby zechciał z pewnością nauczyłby się wszystkiego, co potrzebne do zostania uzdrowicielem. Ale w takim razie, dlaczego nie postanowił podjąć studiów medycznych? Czemu miał sprzątać sale, kiedy równie dobrze mógł być medykiem? Odpowiedź była prosta, zupełnie go to nie interesowało. Na pytanie, dlaczego więc szpital, odpowiedź znali nieliczni. Jednym z nich był Albus Dumbledore. Wiedział on o bliźniaczej siostrze młodego Bartiusa, która została umieszczona właśnie w Mungu. I doskonale rozumiał, że chłopak chciał być blisko niej, opiekować się nią, pilnować, by nie poddano jej żadnym ryzykownym czy bolesnym terapiom. Sam w końcu przeżył podobną tragedię. Prawdopodobnie dlatego wyciągnął do Herewarda  rękę. Po dwóch latach spędzonych w szpitalu, Barty czuł się zmęczony jakby był bliżej kresu swego życia aniżeli jego początku. Był jednak zdecydowany nie zostawiać siostry ani przez chwilę. Na nic zdawały się argumenty i błagania. Przekonał go dopiero Albus Dumbledore. Ciężko powiedzieć, dlaczego zajął się chłopakiem. Czy była to kwestia jego dobrego serca, powszechnie znanej wrażliwości na ludzkie krzywdy, fakt, że oboje stracili kogoś bliskiego, czy może po prostu to, że Hereward kiedyś zwrócił się do niego o pomoc. Niezależnie jednak od motywów, jakie kierowały czarodziejem, wyciągnął Barty’ego z beznadziei, w jakiej ten utknął.
- To nie jest twoja wina, Barty – powiedział mu. -  Nie możesz zmarnować całego swojego życia na obwinianiu się o rzeczy, na które nie miałeś wpływu. Myślisz, że pomożesz Betty, kiedy będziesz nieszczęśliwy? Ile razy dziennie ją widujesz? Raz na tydzień? Równie dobrze możesz robić coś, co kochasz i odwiedzać ją raz w tygodniu. Szczęśliwy. To jej bardziej pomoże.
Chociaż te argumenty słyszał już nie raz od wielu osób, chłopak uwierzył dopiero swojemu nauczycielowi transmutacji. Rzucił pracę w Mungu. I rozpoczął staż w Ministerstwie. Na początku skierował się do biura aurorów. Okazało się jednak, że o ile jego wiedza jest wystarczająca, o tyle kondycyjnie nie wytrzyma trudów pracy. Przekierowano go wobec tego do policji, gdzie miał nabrać odpowiedniego doświadczenia. Nie odnalazł tam swojej drogi życiowej. Dowiedział się za to dwóch bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, nie nadawał się do takiej pracy. Po drugie, nauczył się wyczarowywać patronusa. I była to jedyna rzecz, dzięki której nie uznał całego roku za zmarnowany. Swoją karierę w Ministerstwie zakończył definitywnie.



W stół huknąłem pięścią - łup!
Tobołek na grzbiet, na nogę but.


Śmierć Albusa Dumbledore’a mocno go dotknęła. Ciężko mu było się pozbierać, spróbować wrócić do normalnego życia. Bardzo cenił swojego nauczyciela, szanował go i darzył olbrzymią sympatią. Wyjechał z kraju, uciekał. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca, miotał się po Europie, zawitał też do Azji, ale wszędzie prześladowało go widmo śmierci. Próbował zostawić je za sobą, ale ono niczym cień, pojawiało się gdy tylko słońce wzeszło i nie opuszczało nawet w nocy, choć pozostawało niewidoczne. Nie mógł zrozumieć, dlaczego jego starsza siostra musiała umrzeć tak okropną śmiercią w tak młodym wieku, dlaczego jego bliźniaczka nie była już nigdy więcej normalna, dlaczego matka żyła w przekonaniu, że straciła wszystkie swoje dzieci, co również ją zabijało, wolniej i okrutniej niż ogień, dlaczego ojciec, kiedyś wiecznie uśmiechnięty, teraz częściej płakał, dlaczego jedyna obca osoba, która okazała mu tyle serca zginęła i wreszcie, dlaczego jemu nigdy nic się nie działo? Czemu on nie zwariował, czemu nie on wtedy zginął, tam w zagrodzie? Dlaczego jemu cały czas nic nie było? Czym sobie zasłużył na to, by po kolei tracić swoich bliskich samemu pozostając nietkniętym? Miotany wątpliwościami, znalazł się we Francji. I dopiero tam odetchnął. Spodobał mu się ten kraj, tempo paryskiego życia, zamki rozciągające się nad Loarą, mury przesiąknięte historią, mosty, na których spotykali się zakochani. Zabawił tam nieco dłużej, zaczął uczyć się języka, budować nowe życie. Poznał innych czarodziejów, zawiązywał różne znajomości, pogłębiał wiedzę o transmutacji spotykając podobnych sobie pasjonatów, nabrał pewności siebie i nauczył się etykiety oraz manier, o których pojęcie w Anglii miała jedynie arystokracja. To w Paryżu zaczął palić czarodziejski papierosy, początkowo okazyjnie, z czasem coraz częściej aż w kieszeni jego szaty zawsze można było znaleźć jedną paczkę. Nauczył się też inaczej ubierać. Stawał się inną osobą, zapominał o wcześniejszym życiu. I to mu odpowiadało. Chciał zostać Bartym, inteligentnym, czarującym młodzieńcem w dobrze dopasowanej szacie, z papierosem w zgrabnych palcach naznaczonych drobnymi bliznami nadającymi mu nieco tajemniczości, dyskutującego o niuansach zaklęć z transmutacji, francuskiej poezji czy klasycznej muzyki, w których zakochał się podczas pobyty w Paryżu. Dzięki zbiegowi okoliczności, znalazł się w Akademii Magii Beauxbatons. Akurat tak się złożyło, że tamtejszy nauczyciel transmutacji zachorował. Hereward wskoczył więc na jego miejsce, na roczne zastępstwo. I wtedy zrozumiał, że wszystko, czym zachwycał się do tej pory we Francji, jest niczym w porównaniu z przyjemnością płynącą z nauczania. Dokładnie wiedział już, co pragnie robić w życiu. Chciał zostać w tym pięknym kraju i wykładać swój ukochany przedmiot, opowiadać z pasją o jego tajemnicach młodym czarodziejom, zaszczepiać w nich ciekawość i widzieć jak błyszczą im oczy, kiedy zadaje ciekawe zadanie, które wymaga sprytu, by móc je rozwiązać. O tym marzył. A jego marzenia się spełniały. Po raz pierwszy w dorosłym życiu był prawdziwie szczęśliwy. Planował zostać w szkole jak najdłużej, oddać się pasji nauczania, poświęcić się temu. Nie było to jednak takie łatwe. Po zaledwie roku pracy w charakterze profesora transmutacji musiał zakończyć swoją przygodę w Beauxbatons. Tęsknota jaką odczuwał za uczelnią była we Francji nie do zniesienia, więc z żalem pożegnał kraj Rousseau obiecując sobie, że jeszcze tam kiedyś wróci.
Po kolejnym roku bezcelowego błądzenie po świecie, kiedy to pracował jako barman bądź sprzedawca, odnalazł swoją drugą pasję, jaką zostały pojedynki. Stało się to po powrocie do Anglii, do której przybył na zaproszenie przyjaciela. I tam rzeczywistość, przed którą długo uciekał dopadła go ponownie. Przypomniał sobie o obowiązku, jaki ciążył na nim względem siostry. O przeszłości, której tak panicznie się bał. Uzbrojony jednak w nowe doświadczenia potrafił jej już stawiać czoło, był innym człowiekiem, gdy zaczął smakować przyjemności płynącej z wygrywania pojedynków. Zawody organizowano regularnie, a Barty zaczął w nich coraz częściej brać udział aż wreszcie przyzwyczajono się, że w nich występuje. Charakteryzował się używaniem zaklęć transmutacyjnych, co w tamtych czasach nie należało do najpopularniejszego sposobu walki. W 1950 roku nawet udało mu się wygrać, co wzbudziło niemały podziw wśród amatorów tej rozrywki. Były to jednak ostatnie zawody, w których wziął udział. Dostał bowiem posadę nauczyciela transmutacji w Durmstrangu. Przekonując siebie, że nie ma obowiązku zostawać w Londynie wyjechał, choć wyrzuty sumienia odzywały się w nim co jakiś czas nieprzyjemnym ukłuciem z tyłu głowy. Zagłuszał je potrzebą pieniędzy, których potrzebował, by zapewnić siostrze godziwy byt. Wyjechał więc i był profesorem w szkole, która wychowała Gellerta Grindelwalda. Nauczył się tam równie wiele, ile przekazał swoim uczniom. Miał także sporo czasu, by w zimne i długie wieczory pisać swój pierwszy podręcznik. W Norwegii także jednak nie zagrzał miejsca. Miał za to okazję zetknąć się z czarną magią nieco bliżej, poznać nową kulturę, popracować nad tężyzną fizyczną, na którą taki nacisk kładzie się w Durmstrangu, zastanowić nad tym, czego oczekuje od życia i na ile jest to relane. Nawet fakt, że nie pochodził z czystokrwistej rodziny został mu wybaczony za jego dużą wiedzę. Potrafił też doskonale kryć się ze swoimi przemyśleniami, szybko więc inni wyrobili sobie pogląd, jakoby znacznie bardziej doceniał arystokrację i czystą krew, a on nigdy nikogo nie sprostował pozwalając wszystkim żyć we własnych wyobrażeniach co do jego osoby. Obycie i wiedza zdobyta w Paryżu wśród tamtejszych czarodziejów pomogły mu tylko to przeświadczenie podtrzymywać. Jednak to wszystko nie przekonało go to do pozostania. Atmosfera była ciężka do zniesienia. Taka, od jakiej całe życie próbował uciec. A wyrzuty sumienia pojawiały się coraz częściej. Ostatecznie wrócił do Londynu. Ponownie zajął swoje mieszkanko w okolicy portu. Wydanie podręcznika i zwycięstwo w turnieju zrobiło z niego postać znaną w niektórych kręgach. Pojawiły się zaproszenia na kolacje, obiady, wieczorki towarzyskie, którym grzecznie odmawiał. Jako że nie należał do największych sław wybaczano mu to i szybko zaprzestano wysyłania kolejnych propozycji spotkań, nikomu aż tak na jego towarzystwie nie zależało. Barty nadrabiał czas, w którym go nie było, spędzał go z Betty.
Po powrocie zdarzało mu się wypowiadać na różne tematy związane z transmutacją. Uchodził za eksperta w tej dziedzinie, więc nieraz zapraszano go do radia czy proszono o przesłanie krótkiego materiału dotyczącego jego konika. Przez rok napisał całkiem poczytną książkę pod tytułem „Lykantropia a animagia. Ile w animagach wilkołaków?”. Akurat debaty dotyczące wilkołaków były na czasie, dlatego publikacja przyniosła Herewardowi sporą sławę. Wiele znajomych ze szkoły jednak nie rozpoznało w tym pełnym pewności siebie, wysokim, dobrze zbudowanym, uśmiechniętym, wiecznie rozczochranym rudzielcu swojego kolegi, Batry’ego. Trzeba przyznać, że we Francji przeżył niemałą metamorfozę. Nijaki strój zastąpił ładnymi, szarymi, szytymi na miarę szatami podkreślającymi kolor jego oczu. Staranny, dobrze dopasowany ubiór kłócił się z lekkim zarostem, który jakby zapomniał zgolić.
Powrót do Londynu otworzył zamkniętą i skrzętnie ukrytą skrzynię z przeszłością. I choć potrafił sobie z nią radzić, ona nigdy więcej nie dała się już zamknąć w kufrze, prześladując go, budząc w nocy, powodując niepokój, przypominając o duszącym uczuciu beznadziei i braku kontroli nad tym, co dzieje się dookoła. Pogodził się z tym, tak jak kiedyś ze swoją samotnością, ale nigdy więcej już nie poczuł tej wolności i szczęścia z Beauxbatons.
Po rezygnacji poprzedniego profesora otrzymał propozycję objęcia posady nauczyciela transmutacji w Hogwarcie. Nie trzeba chyba mówić, że pomimo niechęci, wręcz nienawiści, jaką darzył Grindelwalda, propozycję przyjął. Tłumaczył sobie, że ktoś musi dbać o edukację młodych czarodziejów. Hogwart leżał na terenie Wielkiej Brytanii, Berty nie zostawiał więc Betty całkowicie. A przynajmniej tak czuł i w to postanowił wierzyć. Prawda była jednak taka, że marzył o tej posadzie od dawna, odkąd odkrył, że kocha uczyć. Pragnienie powrotu do Hogwartu i dzielenia się swoją wiedzą było tak silne, że potrafił nawet znieść fakt, że dyrektorem szkoły jest Grindelwald oraz to, że ponownie musi zostawić siostrę, której kilka lat temu gotowy był poświęcić całe swoje życie.



Patronus: W Szkocji tumaki są spotykane w między innymi młodych lasach, na łąkach czy trawiastych wrzosowiskach.

By wyczarować patronusa, Hereward skupia się na momencie przystąpienia do próby Zakonu Feniksa. Na wyciągniętej dłoni z wygaszaczem, po którą sięga, przywołuje dźwięk pieśni feniksa, przypomina sobie te wszystkie anonimowe twarze, które poprzysiągł chronić. Od czasu zostania Gwardzistą jedynie te obrazy potrafią wzbudzić w nim emocje na tyle silne i szczęśliwe, by pojawił się jego patronus.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 20 Brak
Zaklęcia i uroki: 3 +1 (różdżka)
Czarna Magia: 1 +1 (różdżka)
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 25 +3 (różdżka)
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiII2
Język obcy: norweskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
NumerologiaIV40
ONMSI2
RetorykaII10
SpostrzegawczośćI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Brak-0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon FeniksaI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I½
Literatura (tworzenie prozy)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 4

Wyposażenie

różdżka, sowa (Merlin), komplet szachów, teleportacja



[bylobrzydkobedzieladnie]




Ocalałeś, bo byłeś pierwszy
Ocalałeś, bo byłeś
ostatni



Ostatnio zmieniony przez Hereward Bartius dnia 27.07.17 22:54, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Hereward Bartius, Barty   09.09.17 17:33

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

   
O rany, naprawdę nie rozumiem, dlaczego marudziłaś na tę kartę - czytało mi się świetnie, no, i popłakałam się przy małym Bartim, który zdarł kolanko i został z tym kompletnie sam ;( Wyłapałam jedynie kilka literówek, ale to drobiazgi, wszystko drobiazgi. Niech wyrzuty sumienia dopadną Cię na fabule! Idź i baw się dobrze.
   

   
OSIĄGNIĘCIA
Stary (lis) wyjadacz
Weteran, Księżniczka na wieży
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Evandra Rosier


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Hereward Bartius, Barty   09.09.17 17:34

WYPOSAŻENIE
różdżka, sowa (Merlin), komplet szachów, pierścień Zakonu Feniksa

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: krew jednorożca, krew reema

BIEGŁOŚCI [11.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[17.07.15] 900 - 875 = 25
[17.09.15] 87 + 90 = 177
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[25.12.15] Klub Pojedynków +35 pkt
[30.01.16] Spotkanie Zakonu +15 pkt
[12.03.16] Więzienie +60 pkt
[20.04.16] spotkanie zakonu feniksa +30pkt
[15.07.16] Sylwester w Dolinie Godryka: +15 pkt
[8.11.16] Osiągnięcia: Weteran, Księżniczka na wieży +130 pkt
[11.12.16] pierścień Zakonu Feniksa (+3 do OPCM)
[15.12.16] Misja Zakonu Feniksa, +150 pkt, +3 punkty biegłości Zakonu Feniksa
[25.12.16] Spotkanie Zakonu Feniksa, +10 pkt
[25.12.16] Badania naukowe +40 PD
[26.02.17] Próba Gwardzisty: +100 PD, +3 PB organizacji, +2 pkt OPCM
[15.03.17] Wykorzystanie bonu na różdżkę - Winorośl, pióro lelka wróżebnika (+3T, +1Z, +1CM)
[17.03.17] Zakup 2 punktów statystyk transmutacji -240PD
[05.06.17] +5 pkt do statystyk
[18.06.17] Aktualizacja postaci: +5opcm, -75pd
[26.07.17] Odsiecz, +50 PD, +1 punkt biegłości zakonu
[27.07.17] -700 PD, +2OPCM, +5T
[05.05.17] Spotkanie Gwardzistów, +10PD
[11.11.17] Zwrot za statystyki, +180 PD


Powrót do góry Go down
 

Hereward Bartius, Barty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Hereward Bartius, Barty
» Barty Crouch Jr
» Barty Crouch Jr.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17